Matka śmierci i świtu - Carissa Broadbent - ebook + audiobook

Matka śmierci i świtu ebook i audiobook

Broadbent Carissa

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Powiedz, motylku, co takiego zrobisz dla miłości?

Tisaanah i Maxantarius ponieśli druzgocącą porażkę i zostali rozdzieleni. Bohaterka za wszelką cenę stara się uwolnić Maxa z niewoli, nawet jeśli w tym samym czasie ludzie, na których jej zależy, coraz zacieklej walczą o wolność. W murach Ilyzath umysł Maxa stał się tylko cieniem dawnego siebie – skrywając jego przeszłość w mroku, a przyszłość pozostawiając na łasce okrutnej nowej królowej Ary.

Aefe, dzięki władcy, który przysięga zniszczyć dla niej całe cywilizacje, ponownie trafia na ziemie Feyów. Nawet jeśli upomina się o nią przeszłość, dziś jest już zupełnie inną osobą.

Tisaanah, Max i Aefe zostają wrzuceni w sam środek katastrofy rozgrywającej się pomiędzy światem ludzi a krainą Feyów. Niezwykła magia, która ich łączy, stanowi klucz do zwycięstwa w tej wojnie… albo do zagłady.

Niestety moc żąda ofiary. Tisaanah może stanąć w obliczu wyboru pomiędzy miłością a obowiązkiem. Max nie odzyska przyszłości, nie mierząc się z tym, co kryje jego przeszłość. Aefe natomiast musi zdecydować, czy wrócić do tego, kim była, czy może postawić na tę, którą się stała.

Ich decyzje albo na zawsze zmienią ten świat… albo doprowadzą do jego upadku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 754

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 22 godz. 30 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Magdalena Emilianowicz

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Mother of Death & Dawn

Copyright © 2022 by Carissa Broadbent

All rights reserved

Translation copyright © 2026 by Grupa Wydawnicza Filia

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Ilustracja na okładce: Ina Wong: artstation.com/inawong

Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio

PR & marketing: Karolina Nowak

ISBN: 978-83-8441-165-0

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

SERIA: HYPE

Dla Ciebie. Poprzednią powieść również tak podpisałam, ale nie wyobrażam sobie, żebym mogła zadedykować tę komukolwiek innemu. Dziękuję, że towarzyszysz Tisaanah i Maxowi w ich wędrówkach, jak również, że pozwalasz mi odbyć moją własną.

Prolog

Powiedz, motylku, co takiego zrobisz dla miłości?

Kobieta zna już tę twierdzę.

Poznała każdy kąt tej imponującej budowli, która wynurza się z fal. Pamięta dotyk zawijasów wyżłobionych na jej powierzchni. Wie, jak wygląda biały jak kość kamień, gdy umaże się go jej krwią. Rozpoznaje zapach – gryzący i stęchły niczym sama śmierć.

Ogarnia wszystko prócz tego, jak dostać się do środka.

Ta twierdza coś jej odebrała. Skradła to, co dla niej najcenniejsze.

Powiedz, motylku, co takiego zrobisz, aby go odzyskać?

Cokolwiek. Wszystko.

Po raz pierwszy próbuje z czystej desperacji. Podbijała miasta i pokonywała armie. Kładła kres wojnom. Na pewno ma wystarczająco dużo mocy, by dostać się do środka.

W tej chwili jednak nie musi podbijać miasta, a jedynie więzienie.

Nie musi wyzwalać całej cywilizacji. Tylko jedną osobę.

Kamień pokonuje ją jak dłoń muchę. Po dłuższej chwili ponownie wpada do wody i zostaje wyciągnięta przez przyjaciół, którzy ledwo uchodzą z życiem.

Jednak kobieta nie zna czegoś takiego jak porażka.

Próbuje raz jeszcze, a potem wielokrotnie to powtarza. Kończy z kolejną blizną, a przez następną noc pęka jej serce i znów umiera w niej jakaś cząstka. Jednak kobieta wstaje i znów bierze się do pracy.

W ostatnią noc rozpętuje się burza – panuje aura jak z horroru. Przyjaciele błagają, by nie wyruszała. Proszą, by poczekała choć jeden dzień. Mówią, że jeśli strażnicy jej nie zabiją, zrobi to nawałnica.

Co po tym wszystkim znaczy dodatkowy dzień? – pytają.

Dodatkowy dzień? Zaśmiałaby się, gdyby nie tłumiła silnej wściekłości. Dodatkowy dzień to dwadzieścia cztery godziny, tysiąc czterysta czterdzieści minut, osiemdziesiąt sześć tysięcy czterysta sekund tortur dla mężczyzny, który został uwięziony w tych murach.

Burza nie daje za wygraną. Jest tak ciemno, że kobieta ledwie widzi – białą wieżę Ilyzath oświetlają tylko ostre niebiesko-białe błyski, gdy pioruny na chwilę przepędzają mrok. Deszcz rozdziera powietrze niczym srebrne ostrza. Kobieta jak zawsze dociera do więzienia. I, jak zwykle, a może nawet szybciej, strażnicy bez oczu są przy niej w dosłownie kilka sekund.

Kobieta walczy. Mimo to jest ich zbyt wielu, a ona – jedna. Uderza głową o ziemię.

Trzask!

Niebo pęka, podobnie jak jej skóra i serce.

Podnosi się z ziemi. Krew zalewa jej oczy, barwiąc świat szkarłatem.

Nagle, w tej pełnej desperacji chwili, czuje przebłysk magii, która przez ostatnie tygodnie pozostawała poza jej zasięgiem – iskrę znajomej duszy, zniekształconej od bólu i pogrzebanej pod warstwami kamieni.

On jest tak blisko.

To uwalnia w niej coś pierwotnego.

Kobieta zupełnie nie czuje, gdy chwilę później ostrze rozcina jej ciało. Walczy jak zwierzę. Nie ma przed sobą ludzi – tylko przeszkody. Bariery trzymające ją z daleka od najcenniejszej osoby. Nie baczyły na jej złamane serce, ilekroć przybywała i walczyła z królową, bo ta wbiła jej sztylet w plecy.

Pochłania ją chęć spalenia świata, który mu to zrobił.

Trzask!

Pioruny rozświetlają plamy krwi, otwarte ciała, gnijące tkanki. Pokazują jej własne broczące rany.

Walczy bez ustanku, a po policzkach spływają jej łzy.

Powiedz, motylku, co takiego zrobisz dla miłości?

ROZDZIAŁ 1

Tisaanah

Bardzo mu się podobałam.

No jasne, że tak. Przecież przewidywałam każdą jego potrzebę, niewygodę i pragnienie. Nie przestawałam go słuchać. I obserwować. Tańcząc, liczyłam kroki.

Minęło wiele miesięcy, a przeważnie nie byłam w stanie czerpać z magii. Niegdyś z łatwością przychodziło mi sięganie do jej najgłębszych pokładów, przez co przypominałam siłę natury. Teraz, od czasu zapadnięcia się Szramy, nie potrafiłam bezproblemowo posługiwać się mocą. Niemniej nauczyłam się, że jej nie potrzebuję, aby być perfekcyjną niewolnicą. Stałam się dokładnie taka, jak chcieli tego ci mężczyźni.

Lord Farimov uśmiechnął się do mnie. W każdej innej sytuacji byłby to przyjazny wyraz na rumianej twarzy atrakcyjnego mężczyzny z siwiejącymi, piaskowymi włosami. Może gdybym nie była sobą – i kimś innym niż ta, którą w tej chwili udawałam – mogłabym uznać tego człowieka za miłego.

Jednak nie byłam kimś innym, a niewolnicą. Farimov może wydawał się miły, ale prezentował dobroć, jaką okazuje się potulnemu psu. Nawet najżyczliwsi karcili pupile za nieodpowiednie zachowanie. Mnie natomiast nigdy nie trzeba było upominać, więc zapewne dlatego tak przyjaźnie się uśmiechał, gdy kładłam na stole talerz z jagodami.

– Dobrze, Roza – pochwalił.

Roza. Imię, które nosiłam przez ostatnie dwa tygodnie. Pokornie skinęłam głową, wyprostowałam plecy, założyłam kosmyk gładkich, kasztanowych włosów za ucho, przy czym dostrzegłam swoje odbicie w lustrze.

Twarz, która spoglądała na mnie z tafli, nie była znajoma, chociaż gdybym przyjrzała się jej bardzo uważnie, dostrzegłabym ślady osoby, którą byłam przez całe życie. W tej chwili nie miałam fragmentarycznej skóry, a równomierną, piaskową opaleniznę. Żadnych białych pasm we włosach, a tylko ciemnokasztanowe. Jak również żadnych blizn. Nieco szersze usta, węższy nos, łagodniej opadające brwi. To byłam ja… a jednak nie. Pozostawiłam niezmienne tylko oczy – jedno srebrne, a jedno zielone. Ishqa mówił, że ich nie da się zamaskować żadną iluzją, nawet za pomocą silnych eliksirów feyów, które zabrał z Ela’Daru.

Niestety żadna iluzja nie była idealna i żadna nie mogła trwać wiecznie. Tę nosiłam na sobie już zdecydowanie za długo. Za każdym razem, gdy zerkałam na swoje ciało, podejrzewałam, że zdołam już dostrzec moją prawdziwą fragmentaryczną cerę.

Miałam uciec stąd już kilka dni temu, ale ilekroć wizyta feyów u threllskich sojuszników się opóźniała, przychodziło mi na myśl: Trwam tu już za długo, by się teraz poddać. Stwierdziłam więc, że iluzja będzie musiała jeszcze trochę wytrzymać.

Spędziłam tu kilka tygodni, przyglądając się rytmowi życia w tej posiadłości, gdy czekałam na ich spotkanie.

Farimov spojrzał na jagody i zmarszczył brwi. Uczta zasługiwała na podziw – stoły uginały się od mięs, serów, owoców i kwiatów. Służki krzątały się po pomieszczeniu, poprawiając dekoracje.

– Myślisz, że feyowie w ogóle lubią owoce? – zastanawiał się na głos, nie zwracając się jednak do nikogo konkretnego. – Kiedyś słyszałem, że tacy jak oni jedzą tylko surowe mięso. Może powinienem podać coś… żywego?

Wyobraziłam sobie, jak Ishqa pożera żywe istoty i niemal parsknęłam śmiechem. Akurat temu feyowi ledwie udawało się ukryć obrzydzenie na samą myśl o włożeniu do ust czegoś, co się wcześniej ruszało.

– Jakim cudem nie mieliby być pod wrażeniem? – rzuciłam. – Przecież to wszystko jest takie wspaniałe. Mądrze zaprezentować to, co najlepsze z każdego regionu threllskiego imperium. Przecież to genialny pomysł, a także uczta godna królów, mój panie.

Farimov nadął się nieco z dumy. Spodobało mu się to, iż zauważyłam wybrane przez niego dania. Nie sposób było nie zwrócić na to uwagi.

„Najlepsze z każdego regionu threllskiego imperium” tak naprawdę oznaczało to, co skradziono podbitym narodom. Pośrodku stołu leżały nyzereńskie krwiste morele, tuż obok stał wazon pełny deraliańskich turkusowych kwiatów.

Nieco zbyt długo wpatrywałam się w to kwiecie. Przed oczami stanął mi niezbyt przyjemny obraz, na którym Max trzymał te same kwiaty w dłoni, gdy siedzieliśmy w nocy na równinach. Kiedy to po raz pierwszy go pocałowałam. Kiedy pozwoliłam sobie na upadek.

A teraz był…

– Mój panie. – W drzwiach stanęła zdenerwowana służąca. – Przybyły wysłanniczki feyów.

***

Nigdy wcześniej nie widziałam tych feyek. Po miesiącach wojny można by pomyśleć, że poznam ich znacznie więcej, ale Threllianie i ich niewolnicy bywali o wiele częściej wrogami niż feyowie. Dwie kobiety wydawały się nietypowo, eterycznie piękne – choć nauczyłam się już, że oni wszyscy zazwyczaj tacy byli. Włosy jednej z nich sięgały do ramion i były tak ciemne, że zdawały się połyskiwać błękitem, gdy światło padało na nie pod odpowiednim kątem. Druga była wyższa, z gładkimi, jasnymi kosmykami do talii, wydatnymi kośćmi policzkowymi oraz przenikliwym spojrzeniem, które wydawało mi się znajome.

Niekiedy obserwowanie relacji pomiędzy Threllianami a feyami mnie bawiło. Nasi lordowie pragnęli uchodzić za potężnych – bardzo przypadło im do gustu to, że feyowie po setkach lat wyszli z ukrycia i od razu zaproponowali im sojusz. Co lepiej połechtałoby ich ego niż rasa niemal nieśmiertelnych istot, która wybrała ich spośród wszystkich ludzi na swoich jedynych współpracowników? Byli głupcami. Ishqa opowiedział mi całkiem sporo o królu feyów, który pragnął zagłady całej ludzkości. Prędzej czy później, gdy Threllianie przestaną mu być potrzebni, unicestwi również ich. W międzyczasie jednak ludzie zapewnią liczebność armii, której brak feyom, rumieniąc się przy tym z powodu tego, że ich wybrano.

Farimov z uśmiechem na ustach zaczął wylewnie się witać, ale blondynka mu przerwała.

– To moja zastępczyni Nessiath Vareid. – Wskazała na ciemnowłosą towarzyszkę, a potem się pokłoniła. – A ja jestem generał Iajqa Sai’Ess. Przysyła nas król Caduan. Wybacz, ale nie mamy czasu na wymianę uprzejmości.

Sai’Ess.

Zachowałam kamienny wyraz twarzy, polewając mrożonej herbaty przy stole.

Nic dziwnego, że od razu wydała mi się znajoma – była krewną Ishqi. Siostrą? Kuzynką?

Za nimi do pomieszczenia weszła kolejna para – wysoki mężczyzna o bystrych, ciemnych oczach i jasnych, schludnie zaczesanych do tyłu włosach oraz drobna kobieta z wielkimi, niebieskimi oczami i złotymi puklami, przez które niemal prezentowała się jak porcelanowa lalka. Odziali się w eleganckie, jedwabne stroje. Oczywiście wszystkie białe. Jeden rzut oka wystarczył, bym wiedziała, że to threllska szlachta.

Farimov spoważniał i wytrzeszczył oczy.

– Lord i lady Zorokov. Co za… niespodzianka.

Niemal upuściłam dzbanek. Nic nie przygotowało mnie na niechciane wspomnienia – smród gnijącego mięsa, odcięte dłonie w stojącej na progu skrzyni, krzyki umierających, które podarował mi potwór.

„Ród Zorokovów nie lubi być okłamywany” – szepnął.

Ta rodzina wymordowała setki niewolników. A wszystko przeze mnie.

Ustawiłam prosto dzbanek, zaciskając na nim palce tak mocno, że pobielały mi knykcie. Moje omsknięcie wychwyciła jedynie lady Zorokov – spojrzała na mnie tymi swoimi oczami łani.

– Rety. Nic ci nie jest?

Gdybym nie wiedziała lepiej, pomyliłabym to z prawdziwą troską.

– Nie, pani – mruknęłam. – Najmocniej przepraszam.

Przechyliła głowę z uśmiechem.

– Och, masz najpiękniejsze oczy, co?

Natychmiast zwiesiłam głowę.

– Dziękuję, pani.

W tej chwili na blacie leżało przynajmniej osiem niedawno naostrzonych noży. Ręce mnie świerzbiły, aby porwać któryś z nich. W sekundę mogłabym załatwić ich oboje. Nawet nie potrzebowałabym do tego swojej magii.

– Oczywiście miła ta niespodzianka. – Lord Farimov pospiesznie naprawił swoje niezbyt radosne powitanie. – Zawsze przyjemnie jest was gościć.

– Odkrycie tego pokroju zasługuje na to, by osobiście uczestniczyć w wydarzeniach – stwierdził lord Zorokov.

Farimov wziął się w garść i obdarzył go szerokim uśmiechem.

– Cudownie. Mamy aż nadto jedzenia! Zapraszam, siadajcie, jedzcie, a my…

– Obawiam się, że nie mamy czasu na takie rozkosze – przypomniała Iajqa. – Król Caduan się niecierpliwi. Biorąc pod uwagę tempo arańskiej agresji, musicie zrozumieć, że czas odgrywa kluczową rolę.

– Ale szkoda by było…

– Szczerze przepraszamy, lordzie Farimov – powiedziała ciemnowłosa Nessiath, chociaż nie wyglądała przy tym na ani trochę skruszoną.

Farimov westchnął, nie kryjąc rozczarowania.

– Dobrze zatem. Oczywiście, rozumiem. – Wykonał gest do niewolnicy, która wyszła z pomieszczenia, a po chwili wróciła ze skrzynką z polerowanego mahoniu i ze złotym zatrzaskiem. Była niewielka, mniejsza niż talerz obiadowy, który odsunął lord, aby umieścić pudełko na stole. Rzeźbione wieko nadgryzł ząb czasu, choć ewidentnie ktoś próbował je odrestaurować.

Zapadła całkowita cisza. Wydawało się, że wszyscy zgromadzeni jednocześnie wypuścili wstrzymywane powietrze.

– Czy to jest to? – zapytała cicho Iajqa.

– Tak. Wiecie, mam całkiem niezłe zbiory. Odnalezienie tego zajęło mi wiele miesięcy, ale niestety…

Odpiął zatrzask i uniósł wieko.

W środku skrzynki na czarnym jedwabiu znajdowała się szklana kula. Kłębiła się w niej mgła niczym chmury burzowe. Wydawała się subtelna, a jednak upiornie niepokojąca, aż małe włoski na ciele stanęły mi dęba, a w piersi zrodziło się dziwaczne wrażenie. Nawiedziło mnie przeczucie, jakiego nie miałam od miesięcy – odkąd po arańskiej wojnie utraciłam magię.

– Zatem to w tym król Caduan pokłada aż tak wielkie nadzieje – mruknął zafascynowany lord Zorokov.

Iajqa milczała. Wyciągnęła rękę, aby dotknąć kuli, a pod jej palcami na szkle zebrały się chmury i iskry.

Próbowałam nie pokazać po sobie ciekawości, więc się odwróciłam i ze zdenerwowania przełknęłam ślinę. To wcale nie wyglądało jak broń. Może to był magiczny przedmiot, ale z pewnością nie służył do walki.

Dwie feyki wymieniły niezbyt podekscytowane spojrzenia, jakby myślały o tym samym, co ja.

– Mam… również inne – oznajmił Farimov, wychwytując ich rozczarowanie. – Posiadam wiele różnych artefaktów. Jedne z najznamienitszych skarbów w całym Threll! Może dla waszego króla okażą się równie cenne?

W tej samej chwili poczułam na opuszkach palenie złowrogiej mocy.

Żołądek skurczył mi się ze strachu. Udając nonszalancję, spojrzałam w dół i dostrzegłam, że koniuszki palców mi migoczą. Na przemian moja fragmentaryczna skóra pojawiała się, to znów znikała.

Szlag. Ja pieprzę. Nie teraz. Iluzja nie mogła wybrać sobie gorszej chwili, by zniknąć. Dłonie jeszcze zdołam ukryć, ale zostało mi może z pół godziny, nim całe to moje przebranie rozsypie się w pył – a może nawet mniej do momentu, w którym obecni w pomieszczeniu połapią się, że coś jest nie tak z moim wyglądem.

Założyłam ręce za plecy i wydusiłam z siebie najbardziej czarującym głosem:

– Lord Farimov posiada kolekcję najrzadszych artefaktów w całym Threll – poinformowałam zgromadzonych. – Wiele z nich odnaleziono w tych samych grobowcach, co ten przedmiot.

Farimov promieniał. Tak bardzo pragnął się pochwalić swoimi skarbami, że duma przysłoniła niezadowolenie z niewolnicy, która odezwała się zupełnie nieproszona. I zgodnie z moimi przypuszczeniami słowa te zwróciły uwagę feyek.

– Dobrze więc – powiedziała Iajqa. – Zobaczmy je.

– Obdarzę was prezentem – stwierdził Farimov, wyprowadzając je z pomieszczenia. – Cokolwiek zechcecie.

Kiedy tylko ich kroki ucichły na korytarzu, podeszłam do stołu i otworzyłam skrzynkę.

Inna niewolnica – chyba miała na imię Melina – doskoczyła do mnie, wytrzeszczając oczy.

– Ale…

– Ciii… – Posłałam jej na tyle nieprzyjazne spojrzenie, że natychmiast zamknęła usta.

Uniosłam wieko.

Nasi szpiedzy sporo słyszeli na temat tej rzeczy, której szalony król feyów, Caduan Iero, tak bardzo pragnął. Nie mieliśmy jednak pojęcia, co to takiego ani do czego służy. Wyglądało na to, że nie wiedzieli tego nawet ci Threllianie, którzy sprzymierzyli się z feyami. Niemniej to, że tego przedmiotu szukano z taką desperacją wystarczało, żeby Ishqa zarzekał się, że nie może wpaść w ręce ani feyów, ani Threllian.

Snuliśmy teorie, że cokolwiek to było, mogłabym to wykorzystać, biorąc pod uwagę moje połączenie z głęboką magią, którą władał również Caduan. Okazało się to trochę naciągane, bo przez ostatnie miesiące nie miałam żadnej mocy.

Wpatrując się w magiczny bibelot, miałam jedynie egoistyczne myśli.

Marzyłam o czymś na tyle potężnym, że zdołałoby zburzyć mury starożytnego więzienia i zniszczyć jedną z najpotężniejszych armii na świecie. Roztaczałam w głowie wizje czegoś, co byłoby tak wspaniałe, że mogłoby sprowadzić do mnie najważniejszą osobę we wszechświecie.

A ta szklana kulka wcale tak nie wyglądała.

– Roza… – szepnęła nerwowo Melina. Zignorowałam ją i wyciąg-nęłam rękę do artefaktu…

Zanim pojęłam, co się dzieje, walnęłam plecami o podłogę. Oddech uleciał z moich płuc, jakby na piersi wylądował mi wielki głaz. Moja skóra płonęła tak intensywnie, że musiałam mocno zagryźć zęby, aby nie krzyczeć.

Moja skóra… ręka…

– Roza! – Melina uklękła przy mnie.

Po dłuższej chwili ból ustąpił i zmienił się w znośne pulsowanie. Uniosłam powieki i stłumiłam sapnięcie.

Opuszki moich palców pokrywało złoto, rozchodząc się po mojej dłoni niczym żyłki w liściu. Smużki były lekko wypukłe, a moja skóra przylegała do ich krawędzi, podrażniona w tych miejscach.

To coś nie było na moim ciele, a w nim.

Spojrzałam na stojącą na stole skrzynkę. Wnętrze okazało się puste.

Na bogów.

Z całkowicie nowym przerażeniem przeniosłam wzrok z powrotem na złoto rozlewające się po mojej dłoni. To coś – artefakt.

Spanikowana Melina jęknęła i nagle ode mnie odskoczyła.

Dopiero po chwili dotarło do mnie, skąd u niej taka reakcja. Tak usilnie skupiałam się na złocie, że nie zdawałam sobie sprawy z tego, co ono pokrywało – moją skórę. Moją zwyczajną, fragmentaryczną cerę. Iluzja zniknęła.

Melina ruszyła do drzwi, prawdopodobnie po to, aby sprowadzić pomoc. Poderwałam się na nogi. Popędziłam za nią, złapałam i zakryłam jej usta.

– Ani drgnij – syknęłam. – Jestem jedną z was.

Opierała się o mnie plecami, gdy mocno ją obejmowałam, aby mi się nie wymknęła. Nie widziałam jej twarzy, ale czułam, jak się trzęsie.

– Nazywam się Tisaanah Vytezic – szepnęłam. – Znasz to imię?

Przez chwilę nic się nie działo, potem ostrożnie pokiwała głową.

– Musisz mi powiedzieć, jak możemy stąd uciec, Melino. Szybko. Po cichu.

Nieco się wzdrygnęła. Wiedziałam dlaczego – bo użyłam liczby mnogiej.

To jedno słowo wyraźnie komplikowało mi życie, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że prawie nie znałam tej dziewczyny. Jednak nie mogłam zostawić jej w tej rezydencji, aby samodzielnie zmierzyła się z konsekwencjami mojej ucieczki.

Powoli zabrałam rękę, którą trzymałam na jej ustach, chociaż tak na wszelki wypadek jeszcze jej nie puściłam.

– Nie możemy – odparła szeptem. – W środku dnia jest tu zbyt wiele ludzi.

– Musi istnieć jakiś sposób.

– A nie możesz… użyć magii?

Niemal parsknęłam śmiechem. Wiedziałam, o czym myśli: Ta dziewczyna wygrywała wojny, a teraz nie potrafi wydostać się z tego głupiego domu?

Ostatnio naprawdę sporo zastanawiałam się nad swoją magią i wszystkim, czego nagle nie byłam w stanie zrobić.

– Nie – rzuciłam. – Nie tutaj. Za dużo tu osłon.

Na początku wojny na posiadłość Farimova, podobnie jak na inne rezydencje threllskich lordów, nałożono wiele stratagramów, co miało ochronić władających magią przed zbuntowanymi niewolnikami – jak ja – oraz przed żołnierzami Nury.

Próbowałam nie myśleć o tym, że gdybym wciąż miała w sobie Reshaye, z łatwością mogłabym przedrzeć się przez te bariery. Gdybym nadal potrafiła połączyć się z głęboką magią…

Odsunęłam tę myśl od siebie. W niczym nie pomagała.

Wsadziłam rękę do kieszeni i zacisnęłam palce na złotym piórze. Ishqa nie spodziewał się mnie o tej porze. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami miałam wezwać go w nocy, gdy pokonam już najsilniejsze stratagramy, a następnie plan zakładał, że stąd ze mną wyleci. Taka ucieczka za dnia mogła okazać się o wiele żmudniejsza.

Mimo to fey stanowił naszą najlepszą szansę, abyśmy uszły stąd z życiem.

Wyjęłam pióro i przytknęłam je do płomienia świecy. Ishqa poczuje, że go przyzywam, ale nie miałam pojęcia, gdzie teraz był ani nawet, czy zdoła dotrzeć do nas na czas.

– Tunele dla służby – powiedziałam. – Wyjdziemy nimi z budynku?

– To tak naprawdę nie są żadne tunele. To raczej… piwnica. I nie sięga dalej niż mury posiadłości.

– Musimy tylko wyjść na zewnątrz.

Pióro się spopieliło, resztki wsunęłam pod obrus.

Broń. Musiałam mieć czym się bronić. Zauważyłam, że na ścianie wisi ozdobna szabla. Zdjęłam ją najciszej, jak to tylko było możliwe. Wydawała się elegancka, rękojeść niepraktycznie inkrustowano rubinami, a ostrze okazało się tępe. Wyraźnie nie przeznaczono tej broni do walki, chociaż gdybym uderzyła nią kogoś wystarczająco mocno, mogłaby poważnie zranić.

– Chodźmy. – Kiedy znajdowałam się już przy drzwiach, dotarło do mnie, że Melina nie ruszyła się z miejsca. Odwróciłam się i zobaczyłam, że wciąż stoi z szeroko otwartymi oczami i rozchylonymi ustami, ale nic nie mówi.

Wydawała się całkowicie przerażona. Czy ja też się tak prezentowałam, gdy Serel wsadził mnie na konia i nakazał jechać w poszukiwaniu nowego życia? – dumałam.

Nigdy nie przyznałabym tego na głos, ale w tamtej chwili bardzo bałam się porzucić wszystko, co znajome. Uporałam się z tym, obsesyjnie skupiając na przyszłości, którą zarzekałam się sobie stworzyć. Jednak…

W mojej głowie pojawiło się nieproszone wspomnienie – trzask ognia w chłodnym powietrzu nocy. Znajoma woń popiołu i bzu. Łagodny, sarkastyczny śmiech. Uśmiech, który rozpoczynał się od lewego kącika ust.

Dom. Nigdy nie sądziłam, że go odnajdę.

Nawet jeśli miał być tylko tymczasowy.

Poczułam ból w piersi i nieco się uspokoiłam. Ponownie spojrzałam na Melinę, a następnie w mocnym, pocieszającym geście złapałam ją za rękę.

– Jest wielu takich jak ty – wyznałam cicho. – Jak my. Jeśli uda się nam dziś stąd wyjść, zdziwisz się, jak może wyglądać wolność.

Obdarowała mnie słabym uśmiechem i z trudem przełknęła ślinę.

– Tędy.

ROZDZIAŁ 2

Max

Wcale nie tak trudno zachować zdrowe zmysły, jeśli jest się dostatecznie elastycznym w definiowaniu tego terminu.

Chodzi o odnalezienie jednej niezmiennej rzeczy – stałej. Teoretycznie liczby się sprawdzały, przynajmniej na początku. Trójka nieustannie pojawiała się po dwójce, a ta po jedynce. To się nigdy nie zmieniało. A jednak, kiedy człowiek nie ma w życiu niczego poza tymi liczbami, łatwo mogą zawieść. Czy trójka naprawdę występuje po dwójce? Czy tysiąc siedemset sześć rzeczywiście będzie po tysiąc siedemset pięć?

Właśnie w tym tkwi problem z liczbami. Są zbyt nieuchwytne. Chyba właśnie z tego powodu skupiłem się na rysunku.

Dokładnie – rysunku – bo był tylko jeden. Trzy kształty zawsze w takim samym układzie. I to „chyba” wzięło się stąd, że nie pamiętałem, kiedy ani dlaczego zacząłem to szkicować. Wiedziałem tylko, że to jedyna czynność, podczas której moje ręce zdawały się zadowolone.

Może te kształty miały kiedyś we śnie jakieś znaczenie. Może oznaczały coś we wspomnieniu. Teraz to wszystko pozostawało zamglone.

Leżałem na podłodze na brzuchu, trzymając lewą rękę płasko na kremowym kamieniu. Wszystko było tu takie samo – posadzka, ściany, sufit. Ilyzath to martwe miejsce. Puste. Powietrze pozostawało upiornie ciche, magia więzienia tłumiła każdy dźwięk. Mury były nagie z wyjątkiem wyżłobień. Żadnych okien czy drzwi. Kiedy ktoś tu przychodził, w kamieniu pojawiał się otwór, a po wyjściu gościa znikał.

Biel dręczyła, była jednocześnie tak jasna i ciemna, że paliła w oczy, jednak zdawało się to lepsze niż alternatywa.

W drugiej ręce ściskałem niewielki fragment metalu, który był na tyle ostry, że mogłem ryć w kamieniu. Znałem Ilyzath na tyle, by wiedzieć, że kiedy tylko przestanę patrzeć na swój rysunek, zniknie. Więzienie wymazywało wszelkie ślady, jakie próbowali pozostawić po sobie osadzeni.

Może to tylko drobny akt buntu z mojej strony.

Rysunek za każdym razem wyglądał tak samo. Trzy kształty w identycznym rozmieszczeniu – asymetryczny okrąg po lewej stronie, drugi nieco mniejszy po prawej oraz trzecia figura, bardziej podłużna, pod pierwszą. Wszystkie razem tworzyły trójkątną bryłę plam.

Na początku rozmyślałem o tym, czym mogą być te rzeczy. Teraz pojąłem jednak, że nie ma to żadnego znaczenia.

Powietrze się poruszyło, a ja zamarłem.

Znałem już to uczucie. Żołądek mi się skurczył, niemniej to zignorowałem, wciąż wpatrzony w ryt stworzony przeze mnie na podłodze, nawet jeśli w pomieszczeniu zrobiło się ciemniej.

Nie zamierzałem patrzeć.

Nie będę, kurwa, spoglądał.

Czułem, że spotniał mi kark. W pomieszczeniu zrobiło się czerwono. Trzaskające płomienie wydawały się nienaturalnie głośne.

– Max.

Znałem ten głos. Znałem, nawet jeśli nadal nie wiedziałem, do kogo należy. A jednak dźwięk ten sprawiał, że unosiłem wzrok bez względu na to, ile razy powtórzyłem sobie wcześniej, by tego nie robić.

Widok jak zawsze był przerażający.

Miałem przed oczami dziewczynkę jedenasto-, może dwunastoletnią, z długimi, gładkimi, czarnymi włosami. Jej zachowanie pod wieloma względami zdawało mi się znajome. Ale, co najważniejsze, dziecko płonęło.

Niekiedy płakało, czołgając się w moją stronę. Czasami było wściekłe i próbowało mnie uderzyć. Dziś natomiast mała stała spokojnie, nawet jeśli topiła jej się twarz.

I wyglądała na smutną.

– Dlaczego mi to zrobiłeś? – zapytała. – Dlaczego akurat ty? Wiesz, tak właśnie wyglądały moje ostatnie myśli. Bolały bardziej niż to. – Wskazała na swoje płonące ciało.

Na chwilę pojawiło się coś dodatkowego, jakiś okruch wspomnienia, który był jak fizyczny cios. Zniknął jednak, nim zdołałem go złapać.

A może… może odciąłem się od tej świadomości.

Odwróciłem wzrok.

– Nie jesteś prawdziwa – mruknąłem.

– Ależ jestem.

– Nic w tym miejscu takie nie jest. Stanowisz jedynie kolejny koszmar.

Do mojego nosa dotarł swąd palonego mięsa. Zmusiłem oczy, by ponownie spojrzały w podłogę. Tak jak podejrzewałem, zniknęły znaki, które wyryłem dosłownie chwilę temu.

No cóż.

Zacząłem od nowa – niezmiennie te same trzy kształty.

Kątem oka dostrzegałem, że ślady na ścianach Ilyzath zmieniają położenie, suną jakby ku mnie.

Ach, uważasz, że to koszmar?

To nie do końca był głos. Brzmiało to bardziej jak milion zmieszanych, nieartykułowanych trzasków, skrzypień, świstów wiatru i jęków kamienia, które uformowały się jakby na kształt słów.

Nie odpowiedziałem. Pewnie, że rozmawiałem z wytworami mojej wyobraźni, ale zasadniczo starałem się nie gadać z samym więzieniem. Człowiek musiał gdzieś postawić granicę.

Dlaczego według ciebie, Maxantariusie, koszmary nie są czymś prawdziwym? Może wszystko to jest realne, a to największy koszmar z nich wszystkich?

Zacisnąłem usta i zatrzymałem dłoń podczas znajomego ruchu. Nie zamierzałem tego przyznawać – nawet w duchu – ale ta myśl dogłębnie mnie poruszyła.

W końcu tak wiele nie wiedziałem o własnej przeszłości.

Wydarzenia sprzed przybycia do Ilyzath stanowiły tylko jedną wielką plamę, jakby zmieszać ze sobą sto różnych barw i zrobić z nich farbę w kolorze szlamu. Co jakiś czas udawało mi się wyłowić jakiś obraz, odczucie lub doświadczenie – niekiedy woń kwiatów i pewien szczególny odcień zieleni – które wryło się w mój umysł na tyle, że niemal prowadziło do wspomnień wciąż pozostających poza moim zasięgiem. Innymi razy wizje okazywały się mroczniejsze, był popiół, jęki i spoczywający w moich dłoniach zimny, zakrwawiony metal oraz płomienie, tak wiele języków ognia.

Zacisnąłem mocno powieki.

To tylko koszmar, Max. Weź się w garść.

Płonąca dziewczynka nadal stała przede mną.

Nie zamierzałem na nią patrzeć.

– Max… – powtórzyła, ale przerwał jej zgrzyt kamienia.

Raptem zniknął zarówno blask ognia, jak i cienie. Uniosłem głowę i zobaczyłem, że otworzyło się wejście do mojej celi. Stały w nim dwie ubrane na czarno żołnierki bez oczu, trzymające w rękach włócznie.

– Wstań – powiedziała blondynka. – Królowa ponownie cię wzywa.

Podniosłem się. Prawdę mówiąc, wolałem tortury królowej niż te samego więzienia.

A dziś przynajmniej miałem plan.

***

Sytuacja się pogorszyła.

W Arze toczyła się wojna. Kiedy siedziałem w więzieniu, rozumiałem to tylko mgliście – murów Ilyzath nic nie przenikało, co tyczyło się również straszliwej, militarnej potyczki. Jednak za każdym razem, gdy królowa wydawała rozkaz, aby sprowadzić mnie na ląd, wszędzie widziałem ślady jej działalności.

Tym razem okazało się, że są gorsze niż kiedykolwiek wcześniej. Szedłem wybrukowaną ścieżką z Syrizenką. Cichy, smętny pałac znajdował się po naszej lewej. Od mojej ostatniej wizyty dwie z ostrych jak noże iglic zostały zniszczone. Przede mną majaczyły wieże. Na górze tej srebrnej rozbito okna, sam szkielet konstrukcji niknął w chmurach.

Wokół nas zgromadzili się w grupach wyczerpani żołnierze. Zwolniłem kroku, aby się im przyjrzeć. Jedna gromada rozstąpiła się i zobaczyłem, iż pośrodku leży wielkie, zakrwawione ciało.

Na wywyższonych.

Widok stwora, nawet jeśli był martwy, przyprawił mnie o dreszcz. Kreatura wydawała się przynajmniej dwa, a może nawet trzy razy większa niż otaczający ją żołnierze. Postać składała się z mroku oraz zbyt długich odnóży. Wpatrywałem się w to coś, ale kontury truchła zdawały się niewyraźne, czułem się, jakbym nie umiał określić, gdzie kończy się ciało, a zaczyna cień.

I widziałem już wcześniej coś takiego.

Myśl o tym pojawiła się w mojej głowie zupełnie bez ostrzeżenia. I, podobnie jak pozostałe ostatnimi czasy, niezbyt pomocna.

Jeden z żołnierzy uniósł wzrok i popatrzył mi w oczy. Wybałuszył swoje, nim się obrócił i gorączkowo rzucił coś do swoich towarzyszy.

Z zamyślenia wyrwało mnie szturchnięcie. O mały włos, a bym się potknął. Miałem skute nogi w kostkach skokowych, choć na tyle luźno, żebym mógł stawiać kroki. Nadgarstki natomiast skrępowano tak mocno, że w ogóle nie mogłem nimi poruszyć.

– Miejmy to już z głowy, Max – mruknęła jasnowłosa Syrizenka, która szarpnęła mnie za prawą rękę. – Nie ociągaj się.

– Ile ich było? – dociekałem. – Tych stworzeń. Musiało być całkiem sporo. Więcej niż tutaj. – Ruchem głowy wskazałem na pole, na którym żołnierze pochylali się nad zwłokami. – feyowie je wysłali, prawda? Jak daleko dotarły? Czy udało im się wejść na szczyty wież?

Strażniczka nie odpowiedziała, ale zacisnęła mocno usta, czym potwierdziła moje domysły.

– I czy pojawiły się tu zaledwie kilka godzin temu? – ciągnąłem. – Bo na to mi to wygląda.

Znów cisza.

Nie potrzebowałem słów. Wiedziałem, że mam rację.

Najwyraźniej od jednego z najstraszliwszych ataków nie minął nawet cały dzień, a królowa już wyciągnęła mnie z więzienia. I zrobiła to w tej chwili – za dnia – co miało miejsce bardzo rzadko i zdarzyło się dopiero niedawno. Na początku nakazywała, bym stawiał się nocami, gdy wokół nie było zbyt wielu świadków. Nie umiałem dojść dlaczego. Dopiero teraz wszystko nabrało sensu, gdy przyglądałem się, jak zgromadzeni wokół żołnierze unoszą głowy i gapią się na mnie.

Oni mnie znali. A ja nie wiedziałem skąd.

Królowa z jakiegoś powodu wolałaby, aby o mnie nie myśleli. Znów nie miałem pojęcia, o co mogło chodzić.

Zabiłeś setki niewinnych osób, szepnął głos w głębi mojej głowy. Czyż to niewystarczający powód do hańby?

Strażniczka przybrała wyraz twarzy, którego nie byłem w stanie odczytać.

– Panuje przekonanie, że królowa ma rację i będziesz naszym przeklętym wybawcą – mruknęła i popchnęła mnie do przodu. – Chodźmy.

ROZDZIAŁ 3

Tisaanah

Melina miała rację. Pod posiadłością nie biegły żadne tunele, a zwykłe korytarze, które w dodatku tętniły życiem. Minęłyśmy zbyt wielu ludzi, jak na mój gust, większość z nich była niewolnikami i chyba tylko dzięki temu nic nam się nie stało. Być może niektórzy mnie nawet rozpoznali – zwłaszcza biorąc pod uwagę mój nietypowy wygląd – ale na szczęście nikt nas nie zatrzymał. Im bardziej oddalałyśmy się od centrum posiadłości, tym ciszej robiło się na korytarzach.

Zatrzymałyśmy się na rozwidleniu.

– Tamtędy dojdziemy do stajni – powiedziała Melina, a następnie wskazała drugą odnogę. – A tędy na pola.

– Co jest dalej od domu?

Zamyśliła się na chwilę.

– Pewnie…

Moje serce na chwilę zgubiło rytm.

– Ciii… – syknęłam. Przyjrzała mi się z ciekawością, ale złapałam ją za rękę i przyciągnęłam do ściany, po czym sama do niej przywarłam. – Ciii… – powtórzyłam.

Zapadła cisza, więc gdy nadstawiłam uszu, dobiegły do nich głosy z góry.

– …zaszły za daleko… nadal możemy je dogonić… Rozkazałem wszystkim w domu… Tak, zapewniam, że każdemu strażnikowi.

Stłumiłam chęć rzucenia przekleństwem.

Melina spojrzała na mnie szeroko otwartymi z przerażenia oczami.

– Zdajesz sobie sprawę, ilu strażników jest w tym budynku? Zorientują się, że tu weszłyśmy…

– Nie mamy czasu na strach – skarciłam ją zdecydowanym tonem. – Tylko na działanie. W którą stronę, Melino?

Rozejrzała się pomiędzy dwoma korytarzami, a potem wskazała.

– Na pola.

Pobiegłyśmy.

Choć wcześniej mijane osoby tylko na nas zerkały, teraz otwarcie się gapiły. Zacisnęłam palce na nadgarstku Meliny, ciągnąc ją za sobą, gdy obawy sprawiły, że zwolniła kroku.

– Skup się – rzuciłam do niej. – Jesteśmy już tak blisko…

Wychynęłyśmy zza rogu, a ona się zatrzymała, przez co obie straciłyśmy równowagę.

Dostrzegłam przed nami krótkie schody i drzwi, przez które do środka wpadało światło słońca. W wyjściu stał młody mężczyzna w mundurze strażnika. Wydawał się być w wieku Meliny, może nawet był jeszcze nastolatkiem. Ciemne, nieuczesane włosy opadały mu na czoło – na tyle nisko, aby okalać oczy, w których pojawiło się zdziwienie na nasz widok.

– Melina?

– Markus.

Dziewczyna znieruchomiała. Oba imiona padły szeptem, niosąc ze sobą zbyt wiele emocji, by je zliczyć.

Żołądek skurczył mi się z niepokoju, gdy przyglądałam się tej parze – obserwowałam, jak na siebie patrzą. Jak zakochani nastolatkowie.

Na bogów, czy istniało na świecie coś bardziej nieprzewidywalnego i niebezpiecznego niż miłość tak młodych osób?

Od wolności oddzielał nas tylko Markus. Zmarszczył brwi. Spojrzałam na dłoń, którą trzymał na rękojeści miecza.

– To ciebie szukają? – Przeniósł wzrok na mnie i coś zmieniło się na jego twarzy.

– Musimy stąd uciec, Markus – zakomunikowała cicho Melina. – Możesz iść z nami i…

– Uciec? – Zmarszczył brwi.

Dopadło mnie okropne przeczucie.

– Chodź z nami. – Zbliżyła się o krok, wyciągając rękę. – Możesz nam towarzyszyć. Nigdy nas nie znajdą. Nigdy się nie dowiedzą.

W niemal niewidocznym spięciu mięśni wokół jego oczu dostrzegłam, że nie zrobi tego za żadne skarby świata.

Ten młody mężczyzna nie był niewolnikiem. Zatrudniono go jako strażnika i zapewniano wypłatę – choć skromną – za jego pracę. Być może Melina mu się podobała. Być może ją kochał albo tylko tak myślał.

Jednak w chwili, w której użyła słowa „nas” i uczyniła mężczyznę naszym wspólnikiem, utraciła go.

Nadal się do niego zbliżała.

– Markus, proszę…

Dotknęła go, a on ją złapał.

Ale byłam już na to gotowa. Poruszyłam się równie błyskawicznie.

Cokolwiek mruknął w ramach przeprosin, zostało stłumione przez dźwięk jej ciała uderzającego o ścianę, gdy próbował ją zatrzymać.

Następnie rozległ się szczęk stali, gdy zaatakowałam go skradzioną szablą. Sparował cios, ale był rozproszony i niezdarny. Okazałam się lepsza w szermierce i wykorzystałam jego brak doświadczenia.

Z gardła Meliny dobył się zduszony krzyk. Opryskała mnie krew.

Markus upadł, trzymając się za rozciętą szyję, chwilę później z jego otwartych oczu uszło życie.

W korytarzu panowała cisza. Słyszałam jedynie dźwięki osób nad nami, a także szum krwi w uszach. Roztrzęsiona Melina oparła się o ścianę, zasłaniając ręką usta.

Serce mi się krajało.

– Musimy ruszać.

– Ja… Ja…

Delikatnie, aczkolwiek stanowczo chwyciłam ją za rękę.

– Przykro mi, ale natychmiast musimy iść, Melino.

Odetchnęła głęboko, oderwała wzrok od ciała młodzieńca i obróciła się do drzwi. Razem przeszłyśmy nad zwłokami jej kochanka i skierowałyśmy się ku wolności.

***

Na zewnątrz świeciło słońce. Kiedy wybiegłyśmy z piwnicy, ukazał się przed nami wspaniały widok – pola zasiane pszenicą, drzewa z zielonymi liśćmi i owocami posadzone w rzędach niczym smugi farby. Różowo-błękitne, bezchmurne niebo. Pobiegłyśmy.

Przedarłyśmy się przez zboże. Miałam nadzieję, że Ishqa się tu pojawi…

Nagle dłoń Meliny została wyrwana z moich palców. W powietrzu poniósł się jej głośny krzyk. Ktoś próbował mnie pochwycić, ale siekłam szablą, wyswobodziłam się i cofnęłam pod ścianę silosu na zboże.

Przede mną strażnik trzymał Melinę, a obok niego stali lady i lord Zorokov z trzema innymi żołnierzami.

Starałam się nie okazać paniki, nawet jeśli serce waliło mi w piersi jak młotem. Zbyt głośno zachowywałyśmy się w piwnicznych korytarzach. Za dużo osób nas tam widziało. Za wolno się przemieszczałyśmy. A może po prostu miałyśmy pecha.

Lady Zorokov uśmiechnęła się do mnie.

– Chyba cię znam, prawda? Tisaanah Vytezic! Bardzo mi miło w końcu spotkać się z legendą.

Nie mogłam oderwać spojrzenia od Meliny. Upuściłam szablę i uniosłam ręce.

– Jestem nieuzbrojona – powiedziałam. – Puść ją.

Lord Zorokov prychnął.

– Chyba nie oczekujesz, że damy się na to nabrać?

Mimo to nadal do mnie nie podeszli. Najwyraźniej po zrujnowaniu posiadłości Esmarisa Mikova i moich wyczynach podczas wojny domowej w Arze dorobiłam się całkiem niezłej reputacji. Zapewne spodziewali się, że władam dostatecznie potężną magią, by za pomocą pstryknięcia palcami zniszczyć całe miasto.

Gdyby tylko wiedzieli, jak bardzo w tym momencie byłam bezużyteczna.

No dalej, Ishqa. Pospiesz się.

Coś poruszyło się po lewej stronie – osaczały mnie dwie feyki.

– Artefakt – powiedziała zimnym tonem Iajqa. – Gdzie on jest?

– Nie mam go.

Dłoń zapiekła mnie po tym kłamstwie. Modliłam się, żeby nie wpatrywały się w nią ze zbyt wielką uwagą.

Ale dalej nikt się nie ruszył. Dotarło do mnie, że te kobiety się mnie bały, nawet jeśli były z rasy feyów.

Melina krzyknęła z bólu, krew zabarwiła jej szyję.

– Próbowała mnie powstrzymać – rzuciłam. – Nie ma z tym nic wspólnego.

Musiałam kupić nam nieco czasu.

Streszczaj się, Ishqa. Proszę, pospiesz się.

Lord Zorokov uśmiechnął się leniwie.

– Tym razem możemy dać ci stopę? Wydaje mi się, że rąk masz już pod dostatkiem.

Wściekłość chwyciła mnie za gardło, utrudniając mówienie.

– Nie przybyłam, by grać w wasze gierki – odparłam z takim spokojem, jaki tylko byłam w stanie z siebie wykrzesać. – Puśćcie ją, a ja zastanowię się, czy oddać wam to, co…

Ciemnowłosa feyka szepnęła pod nosem nieznane mi słowo, które wybrzmiało jak przekleństwo.

– Dosyć – rzuciła. – Masz to.

Patrzyła na moją rękę – na dziwaczne złoto, które ją pokrywało.

Szlag.

– To niedorzeczne… – zaczęłam, ale te słowa ledwie wyszły z moich ust.

– My również nie przybyłyśmy tu po to, by się bawić, mała niewolnico – warknął Zorokov.

Nie dając mi czasu na reakcję, strażnik poderżnął gardło Melinie i upuścił jej krwawiące ciało na ziemię.

Inny mężczyzna rzucił się na mnie. Dołączył do niego drugi, a potem trzeci.

– Złap ją za rękę! – krzyknął ktoś, po czym w moim nadgarstku rozgorzał ból tak silny, że na chwilę wszystko zniknęło.

Z trudem odzyskałam przytomność. Sięgnęłam do swojej magii.

Zrób to, Tisaanah. Zginiesz, jeśli tego zaniechasz.

Przyzwałam do siebie każdą smużkę magii, każdą resztkę, która jeszcze się we mnie tliła. Skupiłam się, aby przepchnąć energię żyłami. Na bogów, ale to bolało, jakby moc spalała mnie od środka.

Trzymający mnie strażnicy krzyknęli z bólu i zabrali pokryte zgnilizną dłonie. Moja prawa ręka okazała się bezużyteczna – zranili mnie w nią tak głęboko, że widać było kość. Kiedy podniosłam szablę z ziemi, musiałam posługiwać się lewą kończyną.

Wszystko rozmyło mi się przed oczami. Strażnik upadł, jego twarz poczerniała od rozkładu. Wbiłam ostrze w jego pierś.

Kiedy walczyłam, wydarzyło się coś dziwnego. Widziałam również inne obrazy – nie pochodziły z moich desperackich zmagań, ale dostrzegałam osoby, które z pewnością znajdowały się w tej chwili daleko stąd. Miałam wrażenie, jakbym przez ułamek sekundy patrzyła na nie oczami kogoś innego.

Najpierw zobaczyłam mężczyznę o miedzianych włosach i zmartwionych zielonych oczach, który mi się przyglądał. Za nim znajdował się piękny pokój z roślinami i odbitym światłem słońca. Poczułam całkowitą, pochłaniającą nienawiść.

Wszystko zniknęło. Następny obraz – białe pomieszczenie. Rycie w podłodze nieustannie tych samych kształtów. Wyczerpanie. Strach. Spojrzenie na dłonie, które bardzo dobrze znałam i stratagramy, które zdobiły łączące się z nimi przedramiona.

Moje serce zgubiło rytm. Zawahałam się. Obraz zniknął.

Max.

To był on. Widziałam go. Czułam. Byłam nim.

Świadomość ta uderzyła we mnie z taką siłą, że wybiła mnie z rytmu walki. Strażnik mnie trafił i wylądowałam plecami na ziemi.

Nie. Wróć. Wracaj.

Próbowałam ponownie sięgnąć do swojej magii, ale znajdowała się zbyt daleko. Moc otaczająca moje ostrze opadła, pozostawiając żałosną stal, którą jeden ze strażników bez trudu wytrącił mi z palców.

Iajqa podeszła i zapatrzyła się na moją dłoń.

– Odetnij – rozkazała.

Strażnik uniósł miecz. Próbowałam się wyrwać, odtoczyć, ale kolejny z nich przytrzymał mnie za ramiona i przycisnął mój nadgarstek do ziemi.

Jednak kiedy ostrze miało opaść, w ziemię uderzyła złota smuga i odrzuciła napastnika. Zamrugałam, ale w ostatnich promieniach zachodzącego słońca dostrzegłam jedynie rozpostarte skrzydła, które mnie osłoniły.

Odetchnęłam z ulgą.

Ishqa, który wyglądał na poirytowanego, zerknął na mnie przez ramię.

– Nie taki był plan.

– Później –wychrypiałam i z trudem podniosłam się z ziemi. Objął mnie, gotowy ponieść w ramionach, ale rozległ się głos:

– Ishqa!

Fey natychmiast spojrzał na blond kobietę ze swojej rasy i zamarł.

– Iajqa – powiedział, jakby nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że słowo to wyszło z jego ust.

Feyka podeszła, marszcząc brwi.

– Wróć – poprosiła. – Król cię przyjmie. Twój syn nie ma się najlepiej i…

– Ishqa – syknęłam. Nie mieliśmy na to czasu.

Wydawało się, że zdołałam wyrwać go z transu, bo jednym płynnym ruchem poniósł mnie do nieba. Złapałam go zawstydzająco mocno i patrzyłam, jak ci, którzy na nas spoglądali – niewolnicy, strażnicy, feyki i Zorokovowie – maleli pod nami. Ciało Meliny stało się niewielką bryłą otoczoną szkarłatem.

– Podąży za nami? – dociekałam.

– Nie. Słabo lata. Wie, że nas nie dogoni.

Żołądek mi się skurczył, gdy fey zanurkował, przyspieszając. Posiadłość została daleko w tyle, gdy szybowaliśmy nad kilometrami pól uprawnych. Ishqa popatrzył na moją dłoń, którą przyciskałam do ciała.

– Zostałaś ranna?

– To nic takiego – skłamałam.

– Nie taki był plan.

Nie. Z pewnością nie taki.

– Wieje silny wiatr – powiedziałam, podnosząc głos. – Pogadamy później.

Kolejne głupie, oczywiste kłamstwo, jednak fey zlitował się nade mną i więcej nie odezwał.

ROZDZIAŁ 4

Aefe

Za każdym razem, gdy zamykałam oczy, widziałam biel, która nie była nawet kolorem, a właściwie jego brakiem. Przede wszystkim oznaczała pustkę.

Nienawidziłam bieli, a jednak wszędzie za mną podążała. Teraz wszystko było puste. W mojej głowie nie pozostało nic prócz moich myśli. W płucach miałam tylko mój własny oddech. Pod skórą biło tylko jedno serce. Moje ciało zdawało się wielkie i samotne. W tej chwili to, przed czym chciałam uciec, odbijało się we mnie echem głośniej niż kiedykolwiek wcześniej.

Nie było nic straszniejszego niż samotność.

To uczucie zżerało mnie również w snach. Zapomniałam już, czym są nocne mary – jak potrafią przytłoczyć, gdy trzeba samodzielnie znosić ich ciężar. Przeważnie pojawiały się w nich najstraszniejsze sceny z mojej przeszłości.

Niekiedy – naprawdę rzadko – nawiedzały mnie fragmenty więzi.

Zawsze wiedziałam, kiedy to byli oni – Tisaanah i Maxantarius. Żyjąc przez tak długi czas w głowie kogoś innego, można było poznać kształt jego umysłu.

Pamiętałam przenikliwą determinację Tisaanah oraz znajdujące się pod nią wrażliwe serce, więc domyśliłam się, że to ona, gdy przed oczami stanęło mi smukłe ciało, które upadło z rozpłataną szyją i poczułam, jak owiał mnie wiatr.

Poznałam również bystry umysł Maxantariusa, więc zorientowałam się, że to on, gdy zobaczyłam biały sufit pokryty kolistymi znakami, poczułam straszny ból i ciągniecie jakiejś przerażającej siły.

Przez jedną piękną chwilę nie byłam sama. Starałam się podtrzymać połączenie z nimi, ale porwała mnie przeszłość.

Sny przeniosły mnie w inne znajome miejsce. Znalazłam się w dziwnym, okrągłym, kamiennym budynku, otaczali mnie ludzie. Upadłam, moje mięśnie nagle przestały działać. Wołałam Ishqę, widziałam, że się obrócił. Podmuch wiatru rozwiał jego złote włosy, gdy mnie pozostawił. Porzucił na pięć wieków tortur.

Obudziłam się z krzykiem.

Postać nade mną również wrzasnęła. Ledwie to jednak usłyszałam. Złapałam ją za szyję. Zaczęła wymachiwać rękami. Dostałam w policzek. Warknęłam i odpłaciłam się tym samym.

Po raz pierwszy od kilku dni poczułam miłosierną moc. Uwielbiałam gniew, który był czerwony i czarny, wyrażany wrzaskami i krzykami. Stanowił przeciwieństwo pustki. Przeciwieństwo bieli, bieli, bieli.

To była twarz Ishqi ukryta pod burzą jasnych włosów. Ishqi, który mnie zdradził. Ishqi, który mnie zniszczył.

Złapałam leżący na tacy nóż obiadowy, uniosłam go i…

– Aefe!

Zamarłam.

Nie znosiłam tego imienia. Nie byłam Aefe.

Ktoś szarpnął mnie do tyłu. Wymachiwałam nożem, obnażając zęby. Trafiłam w coś.

– Przestań. Stój.

Im mocniej ten ktoś mnie trzymał, tym bardziej się rzucałam. Palce złapały za nadgarstek i wykrzywiały go, aż upuściłam nóż. Miałam to jednak gdzieś – walczyłam zaciekle, kłapałam zębami, drapałam…

Aż uderzyłam plecami o ziemię.

Świat zwolnił. Dyszałam.

Caduan pochylał się nade mną, trzymając mnie za ramiona. Fiolet malował mu rozcięty policzek, krew zaraz miała skapnąć na moją twarz. Skupiłam wzrok na oczach tak jasnych, jak opromienione przez słońce liście. Nie spuszczałam z nich wzroku. Były czymś stałym. Prawdziwym.

Uspokoiłam oddech.

– Próbowała mnie zabić! – zawołała pokojówka, która była po drugiej stronie pomieszczenia. Słyszałam szepty. Kroki. Byli tu też inni.

Caduan nie odwrócił wzroku. Nie rozumiałam twarzy i wszystkich ich wyrazów. Przeważnie nawet nie próbowałam ich pojąć. A jednak w jego oczach dostrzegłam coś, co sprawiło, że zapragnęłam się wyswobodzić. Cieszyłam się z ciosu czy krzyku. Przenikliwie spojrzenie Caduana przerażało bardziej niż jakiekolwiek okrucieństwo.

– Puść mnie – warknęłam.

– Zrobię to, jeśli mi na to pozwolisz – powiedział cicho. – To był tylko sen.

Ponownie gniewnie na niego popatrzyłam.

Jak śmiał tak mówić?

– Nie – syknęłam. – Przez wiele dni to działo się naprawdę.

Coś zmieniło się w jego oczach.

– Ale już z tym koniec. Jesteś bezpieczna.

„Jesteś bezpieczna”, zwykła szeptać do mnie Tisaanah w umyśle, który dzieliłyśmy – w umyśle, który należał już tylko do mnie.

– Nie jestem bezpieczna!

– Aefe…

– Nie nazywaj mnie tak. Jestem Reshaye.

– Jesteś kimś więcej – mruknął.

– Puszczaj!

W końcu posłuchał. Odsunęłam się od niego i wcisnęłam w kąt pokoju. Rozejrzałam się dookoła.

Moja sypialnia była duża, z wysokim sufitem z pofalowanego szkła, które rozpraszało światło. Niektórzy powiedzieliby, że wyglądała pięknie. Służący twierdzili, że umieszczono mnie w wyjątkowym miejscu – na najwyższym piętrze w zamku. Mówili o tym osobliwym tonem, jakby kryło się w tym coś niezwykłego.

Miałam to gdzieś. Nie czułam nic, gdy przyglądałam się temu pokojowi. Piękne rzeczy były abstrakcyjnymi kształtami przeznaczonymi dla innej duszy.

W tym momencie znajdowało się tu kilka osób i wszystkie wpatrywały się we mnie. Dwoje doradców Caduana podniosło jasnowłosą pokojówkę z podłogi i poprowadziło do drzwi.

Nie spodobało mi się to, jak na mnie patrzyli.

– Tej służki nie powinno tu być – powiedział do nich Caduan cichym, aczkolwiek stanowczym tonem. – Nikt nie ma prawa jej budzić. I mówiłem, by nie były to blondynki.

Dwoje doradców wymieniło spojrzenia. Pierwsza była niską, kruchą kobietą z krótkimi, złoto-miedzianymi włosami – zwierzchniczka wojskowa Luia. Drugim był mężczyzna z szerokimi ramionami i kwadratową żuchwą – zwierzchnik skarbu Vythian, chociaż wyglądał, jakby bardziej nadawał się do ringu niż do banku z monetami.

– Królu… – powiedziała cicho Luia.

– Nie teraz. – Caduan obrócił się do mnie. Patrzyłam w podłogę, ale czułam na sobie ciężar jego intensywnego spojrzenia. – Niedługo wrócę, Aefe. Odpoczywaj.

Odpoczywaj. Nienawidziłam odpoczywać.

Wyszli, zostawiając mnie samą. Przez chwilę stałam, dysząc, a potem przeszłam przez sypialnię i przywarłam do drzwi.

Usłyszałam za nim szepty.

– …pozwalasz, aby to trwało – powiedziała Luia.

– Minęło zaledwie kilka miesięcy – odparł Caduan.

– Sporo w nią zainwestowałeś – oświadczył Vythian. – Czas nie działa na naszą korzyść.

– Musisz ją zapytać – syknęła Luia. – Potrzebujemy jej. Po wczorajszej nocy to jeszcze bardziej ewidentne. W dotychczasowy sposób nie wygramy tej wojny.

Cisza. Wyobrażałam sobie wymowne spojrzenie.

– Z nią również jej nie wygramy. Jeszcze nie czas. Ona nie jest gotowa.

Jeszcze.

Słowo to zrodziło w moim wnętrzu gorący gniew, wściekłość i… ból?

Nie miałam pojęcia, dlaczego mnie to zdziwiło. Nie powinno. Przecież po to od zawsze chciano mnie wykorzystać. Mimo wszystko do czego mogłam się przydać, jeśli nie byłabym bronią?

Usłyszałam dwa kroki, jakby odchodził. Przycisnęłam ucho do drzwi, wytężając słuch.

– To kiedy będzie gotowa? – zapytała ostrzej, głośniej Luia. – Kiedy królowa Ary przypieczętuje sojusze z ludźmi i wyśle ku nam pół miliona zbrojnych? A może kiedy już dopracuje swoje badania i…

– Wystarczy – powiedział cicho, ale stanowczo Caduan. – Rozumiesz, przez co przeszła? Jesteś w stanie pojąć, co jej zrobiono? Pięćset lat tortur. Wszystko jej odebrali, imię, ciało, wszystko, i tylko po to, by stała się ich bronią. To, czego chcieli, stało się ważniejsze niż jej dusza. – Cichy, pilny głos rozbrzmiał bliżej. – Zatem czego chcesz? – szepnął. – Czego ode mnie oczekujesz? Wymagasz, żebym podjął taką samą decyzję? Żebym stał się takim potworem, jak ludzie?

Wybrzmiała dłuższa chwila ciszy.

– Oczywiście, że nie, królu – odpowiedziała w końcu Luia.

Vythian mruknął coś, co brzmiało, jakby się zgadzał.

Głos Caduana niknął na korytarzu, gdy powiedział:

– Nigdy więcej tego nie sugeruj.

***

Minęło kilka godzin. Leżałam na podłodze i przez szklany sufit patrzyłam na gwiazdy. Czy niegdyś lubiłam spoglądać w niebo? W tej chwili sprawiało, że czułam się mała i samotna. Kiedy byłam z Tisaanah i Maxantariusem, wydawałam się szczelnie otulona światem. Znajdowałam się w bezpiecznym kokonie myśli oraz umysłu innej osoby. Nawet jeśli byłam uwięziona, nie czułam się samotna.

Nie tak, jak teraz.

Pogrążona w ciszy desperacko pragnęłam się czymś zająć. Zamknęłam oczy i próbowałam złapać to połączenie, które czułam wcześniej. Dziwne, że muśnięcie zażyłości wyostrzyło moją samotność. Chciałam to odnaleźć, ale wyczuwałam jedynie własny umysł.

Wciąż leżałam na podłodze z zamkniętymi oczami, gdy wrócił Caduan.

– Powinnaś przenieść się do łóżka – stwierdził. – Jest bardzo wygodne.

Nie spojrzałam na niego.

– Spróbowałam. Nie spodobało mi się.

– Dlaczego?

– To… – Zbyt wiele. Za dużo dotykających mnie faktur. Za miękkie. Zbyt duszące. Przestałam zastanawiać się nad słowami, zamiast tego położyłam dłonie płasko na podłodze. – Tu jest lepiej.

– No dobrze. – Pochylił się nade mną i spojrzał w dół. Miał na sobie zwyczajną, białą koszulę oraz spodnie, które wydawały się proste nawet jak na chłopskie standardy. Nie wiedziałam, dlaczego mi się to spodobało, ale jego obecny wygląd mnie rozbroił.

Wyrzuciłam tę myśl z głowy, zastępując ją gniewem. Przecież tylko mnie wykorzystywał. Byłam jego narzędziem. Przywrócił mnie do życia dla własnych, egoistycznych celów.

Nie był lepszy od nich.

– Chodź ze mną, Aefe. – Podał mi rękę.

Ani drgnęłam.

– Przestań mnie tak nazywać. To nie jest moje imię.

– Niegdyś nim było. Chcesz wybrać sobie inne?

Zacisnęłam usta. Nie rozumiał. Imiona były dla żywych. Nie wpisywałam się w to grono.

– Chodź – powtórzył.

– Dokąd?

– Zróbmy coś innego. Chcę ci coś pokazać. – Kiedy obrzuciłam go pustym spojrzeniem, dodał: – Chyba że wolisz siedzieć tu samotnie.

Milczałam. Ponownie zamknęłam oczy. Caduan westchnął przeciągle.

– No dobrze – powiedział cicho i ruszył do drzwi. – To sobie siedź tu sama.

Sama.

Słowo to dźgnęło mnie jak nóż. Nie chciałam iść z Caduanem, a jednak myśl o leżeniu przez kolejne godziny w samotności wydawała się… agonią.

– Zaczekaj. – Uniosłam powieki i usiadłam. – Pójdę.

ROZDZIAŁ 5

Max

Wprowadzono mnie do wież, a potem na najniższy poziom, który znajdował się kilka pięter pod ziemią. Zawsze kończyłem w tych samych pomieszczeniach – zagraconych salach, gdzie najwyraźniej przeprowadzano badania i eksperymenty. Były po sufit wypełnione regałami z książkami, biurkami i stołami warsztatowymi. Kiedy po raz pierwszy się tu zjawiłem, wszystko wydawało się względnie schludne, ale z każdą moją kolejną wizytą panował tu coraz większy bałagan, jakby przez ściany wniknęła tu desperacja całej Ary.

Kiedy wszedłem, królowa pochylała się nad zabałaganionym biurkiem, trzymając się jego krawędzi. Miała na sobie jasny, obcisły mundur. Białe włosy, które zazwyczaj splatała w warkocze, teraz leżały rozpuszczone na jej ramionach, jedynie te znad czoła zaczesała do tyłu. Pasma tak wplątały się w koronę, że zapewne nie zdołałaby jej zdjąć, nawet gdyby chciała.

Stanęła prosto. Popatrzyła z surową miną. Miała podkrążone oczy, krew plamiła jej szyję i dłonie. Wyglądała, jakby się przebrała, ale nie zdążyła wykąpać.

Znałem ją. Niegdyś nawet całkiem dobrze. Byłem tego pewien. Wspomnienia zniknęły, ale pozostawiły po sobie ślad – ilekroć patrzyłem na tę kobietę, rodziła się we mnie wściekłość, choć nie rozumiałem dlaczego.

Zresztą miałem sporo powodów, aby nienawidzić jej przez to, co pamiętałem.

– Co to jest? – zapytała i uniosła pergamin, na którym zauważyłem narysowane atramentem te same trzy kształty, które nieustannie ryłem w podłodze. Kiedy byłem w tym miejscu po raz ostatni, nabazgrałem je w delirium, gdy eksperymenty królowej niemal pozbawiły mnie zdrowych zmysłów.

Nie odpowiedziałem.

– Czy to mapa? – dopytywała.

– Musi nią być – rzucił ktoś po drugiej stronie pomieszczenia, a ja się spiąłem. Starszy, szczupły Valtain podniósł się z miejsca i uśmiechnął się do mnie szaleńczym, zimnym uśmiechem. – Być może to jakiś fragment wiedzy o tej feyce, która nim zawładnęła. To by dopiero było ciekawe, co?

Vardir. Jego również nienawidziłem.

– Dziwię się – przyznałem.

Królowa uniosła brwi.

– Dziwisz?

– Dziwię, że tak otwarcie przyznajesz się do swojej desperacji. Wyciągasz mnie z więzienia w biały dzień, chociaż nawet nie zdążyłaś zmyć z siebie krwi. Jest aż tak źle? – Ruchem głowy wskazałem na drzwi znajdujące się po drugiej stronie pomieszczenia. – Ilu ochotników dziś zmarło?

Patrzyła mi w oczy o sekundę za długo, aż w końcu odwróciła wzrok.

– Nie musisz mnie pouczać. Zbrodniarze wojenni nie powinni umoralniać mnie z powodu działań, które podejmuję, aby uratować mój naród.

Ogień. Krzyki. Całe miasto ciał tak spalonych, że rodziny grzebały jedynie kości i popiół.

Obrazy, których napływ jak zawsze wywołał we mnie mdłości. Z całych sił walczyłem o zachowanie spokoju.

W mojej głowie znów rozbrzmiał szept Ilyzath: „Może wszystko jest realne, a to największy koszmar z nich wszystkich?”.

W rzadkich chwilach – takich jak właśnie ta – cieszyłem się, że mój umysł nie działał jak należy. Może o niektórych rzeczach lepiej było nie pamiętać.

Królowa odwróciła się do Vardira, krzyżując ręce na piersi.

– To się musi udać – syknęła. – Rób, co musisz. Kończy nam się czas.

Od mężczyzny biła irytacja.

– Nie moja wina, że jest o wiele mniej użyteczny, niż ostatnio.

– Dość tych wymówek – rzuciła królowa. – Do roboty.

Otworzyły się drzwi na tyłach pomieszczenia, strażnicy złapali mnie za ręce, ale podniosłem się o własnych siłach.

Sala była jasna i okrągła, po przeciwległej stronie znajdowały się duże drzwi. Niewielka przestrzeń miała białe ściany, podłogę i sufit. Kiedy przekroczyliśmy próg, dwóch strażników wyniosło ciało przez drugie drzwi. Zanim wrota się zamknęły, dostrzegłem stopy całe pokryte czarnymi żyłami.

Po lewej stronie umieszczono szerokie okno, przez które można było przyglądać się temu, co działo się w środku. Szybę wzmocniono magią, jak dowiedziałem się podczas jednej z moich licznych prób buntu. Mimo to niemal zabiłem człowieka, który próbował mnie przytrzymać, rzucając nim w okno. Chociaż szyba nawet nie pękła, poczułem sporą satysfakcję.

Dziś nie planowałem się buntować.

Zamiast tego podszedłem do znajdującego się pośrodku pomieszczenia stołu i posłusznie się na nim położyłem. Mrugałem, patrząc w sufit. Zdobiły go stratagramy wymalowane szkarłatną farbą.

Przywiązano mi nadgarstki, ustawiając ręce wnętrzem dłoni do góry. Vardirowi asystowała dziś Valtainka, jednak to on wykonywał całą pracę. Nie musiałem nawet patrzeć na igły, by wiedzieć, co się dalej wydarzy. Przygotowałem się na ból.

– Nie ma już miejsca – mruknęła kobieta. – Zrobiłeś ich już tak wiele…

– Zawsze jest miejsce – odparł wesoło Vardir, nim zabrał się za dodawanie tatuaży na mojej skórze.

Znów pomyślałem – jak wielokrotnie wcześniej – że mogłem się przygotowywać, ile tylko chciałem, ale to nie miało znaczenia. I tak ogarnął mnie ból. Te tatuaże nie były zwyczajne. Tusz przenikał do każdej warstwy mojej skóry, wypalany za sprawą magii.

Wiele stratagramów umieszczonych na moim ciele miało za zadanie odciąć mnie od mocy. Za każdym razem, gdy udawało mi się je ominąć, dodawano mi kolejny, aby zamknąć lukę. Nie miałem pojęcia, czym sobie na to zasłużyłem, jednak nauczyłem się, że królowa obawiała się tego, co mogłoby się stać, gdybym zyskał choć część kontroli nad magią.

A przynajmniej tylko taki wniosek mi się nasuwał. Po reakcjach innych wnioskowałem, że to nie jest typowe, aby ktoś miał na ciele aż tyle wytatuowanych kajdan.

Vardir wreszcie skończył pracę. Nawet gdy igły nie kłuły już mojej skóry, czułem się odrętwiały i oszołomiony.

Poklepał mnie po ramieniu.

– Świetnie. A teraz pora na prawdziwą zabawę.

– Super – wydusiłem.

Usłyszałem, że zamknął drzwi. Zgasły światła.

Asystentka Vardira stanęła przy mojej głowie, położyła ręce na stole po obu stronach mojego ciała.

– Co mam…

– Po prostu nie daj mu umrzeć – polecił Vardir.

Pokrzepiające. Skupiłem się na oddychaniu.

Odkąd zamknięto mnie w więzieniu, niezliczoną ilość razy powtarzano na mnie tę procedurę, chociaż za każdym razem coś zmieniano. Nie pojmowałem, co właściwie chcieli zrobić, ale na podstawie tego, jaki los już mi zgotowali, byłem w stanie wysnuć kilka wniosków.

Wiedziałem, że królowa pragnie mieć na tyle potężną broń, aby mogła wygrać tę wojnę. Zdawałem sobie sprawę, że w jakiś sposób oczekiwali jej po mnie. W tej chwili pojąłem, że przez desperację spieszyli się i byli niechlujni. Podejmowali ryzyko.

Dopiero niedawno dotarło do mnie, że te ich eksperymenty w dużej mierze wymknęły się spod kontroli. A jeśli przestali nad tym panować, być może mogłem się wtrącić.

Tym razem…

Nie miałem czasu, by się przygotować. Nie istniało nic prócz bólu.

Zagryzłem zęby i próbowałem zakorzenić się w rytmie oddechów, w metalu na mojej skórze. Jednak te odnośniki do realnego świata zniknęły równie szybko. Ogień rozpalił się w mojej krwi i, nie mając, dokąd ujść, zaczął mnie trawić.

Białe ściany się rozpłynęły. W ich miejsce pojawiła się lawina wyrwanych z kontekstu scen.

Widziałem piękny dom ze złotymi kolumnami i lwem u bram. Położyłem rękę na drzwiach, ale ktoś szepnął mi do ucha: Nie chcesz tam wracać.

Morze kwiatów otaczało małą chatę z kamienia. Ktoś mnie wołał – głos dzielił moje imię z akcentem na dwie melodyjne sylaby: May-oks. Znałem go. Słyszałem wielokrotnie na skraju snów i wspomnień, których nie potrafiłem złapać.

Próbowałem się odwrócić, ale obraz wyparował.

A potem znalazłem się w białym, białym, białym pokoju.

Następnie na polu bitwy, obserwując, jak moja broń przebija nastoletniego chłopca.

Zaraz później znajdowałem się w ciemnym miejscu, w którym ze ścian biła ciepła poświata. Białe warkoczyki okalały twarz. Królowa pochylała się nade mną, uśmiechając się szyderczo. „Powinieneś był mnie zabić”.

Świat ponownie się rozmazał. I znowu, znowu, znowu.

Próbowałem się zakotwiczyć nawet w bólu i determinacji.

Masz plan, przypomniałem sobie. Tak, wytatuowane stratagramy odcinały mnie od magii, ale otwierały też drzwi, wykorzystując mnie jako naczynie dla mocy, nawet jeśli oni najwyraźniej tego nie rozumieli.

Z pewnością jednak mogłem to wykorzystać.

Magia mnie otaczała, wzbierając się we mnie niczym przypływ. Podjąłem wielki wysiłek i zdołałem się ustabilizować. Spróbowałem odwrócić moc. Uchwycić się tego, co we mnie krążyło.

I przez chwilę to miałem.

Magia mnie nie niosła, a to ja nią kierowałem. Wyczerpałem jednak siły – moje ciało musiało w tej chwili umierać. Nic poza śmiercią nie mogło być aż tak bolesne.

Mimo to przez moment, przez jedną cholernie piękną chwilę, miałem ją.

Ale wtedy…

Poczułem coś dziwnego, coś mnie rozproszyło. Kolejna obecność. Ktoś, kogo dobrze znałem. Poczułem powiew chłodnego powietrza i ciepłą krew. Ktoś upadł, bo ostrze poderżnęło mu gardło.

Dotarł do mnie głęboki, całkowity smutek. A także wściekłość.

Ogarnęło mnie poczucie znajomości. Silne. Znam cię.

Uderzyło to we mnie tak mocno, że skradło dech…

Rozproszyłem się. Straciłem kontrolę. Skumulowana energia nagle eksplodowała. Ból przepłynął przez ciało do kości.

Co za sposób na śmierć, pomyślałem ponuro.

I straciłem przytomność.

***

– Max.

Dwie sylaby.

Znów ten głos.

Wzrok mi się rozmazywał. Przez chwilę widziałem jedynie kolorowe plamy – białą skórę i opaleniznę, zieleń, srebro.

– Max. – Tym razem padło ostrzej.

Zamrugałem. Postać zniknęła. Zamiast tego pochyliła się nade mną królowa. Kiedy otworzyłem oczy, przygarbiła się z ulgą.

– Dobrze – mruknęła. – Masz. Pij.

Z trudem podparłem się na łokciach, starając się nie porzygać. Podała mi kubek, ale ostentacyjnie go zignorowałem.

Przewróciła oczami.

– Co? Myślisz, że to trucizna? Wcale nie.

– Skąd nagle taka troska o moje dobro?

– Jesteś zbyt cenny, by pozwolić ci umrzeć. Pij tę przeklętą wodę. – Wepchnęła mi kubek do ręki i odwróciła się, aby rzucić Vardirowi wymowne spojrzenie. – To było niedopuszczalne.

– Sprawdzałem tylko teorię – odparł.

– I poniosłeś porażkę, niemal go zabijając.

Vardir wyglądał na poirytowanego.

– Prawie się udało. Nie moja wina, że wyszło fiasko.

– Nie? A czyja?

Vardir uśmiechnął się, aż zmroziło mi krew w żyłach. Na wywyższonych, jakże nienawidziłem tego faceta.

– Maxantariusa, oczywiście.

Królowa się skrzywiła.

– Tak wiele w nim tkwi – ciągnął. – Nie mamy dostępu do tego, do czego sam nie może sięgnąć.

Spojrzałem na swoje ręce – na pokrywające je tatuaże. Musiałem przyznać, że uznałbym to za ponury żart, gdyby sabotowali nimi własne wysiłki.

Królowa podążyła za mną wzrokiem.

– Musimy zachować ostrożność – stwierdziła. – Skoro mamy do czynienia z niebezpiecznym przestępcą.

Niebezpieczny przestępca. Sprawiała wrażenie, jakbym był jakimś okrutnikiem.

Vardir parsknął śmiechem.

– Nie, nie mówię o stratagramach wytatuowanych na jego ciele, a o czymś, co znajduje się znacznie głębiej. Jego magia opiera się na przeszłości. A teraz jego umysł nie jest…

– Wystarczy – warknęła cicho królowa. Popatrzyła na mnie, po czym natychmiast odwróciła wzrok, jakby w ogóle nie chciała na mnie spoglądać.

Parsknąłem ochrypłym śmiechem.

– Chcesz, żebym wyszedł, abyście mogli pogadać o mnie w cztery oczy?

Królowa nie zaszczyciła mnie odpowiedzią. Wstała i się odwróciła.

– Vardir, później omówimy twoje porażki. Syrizenko, odprowadź Maxantariusa do Ilyzath.

***

Cokolwiek Vardir na mnie testował, skutki nie minęły od razu. Na początku nawet wyprostowanie pleców wymagało nie lada wysiłku. Ponownie skuto mi nadgarstki i nogi w kostkach, następnie zostałem wyprowadzony z wież. Nastało zimne, szare popołudnie. Zastanawiałem się, na ile czasu straciłem przytomność. Może to był dłuższy okres, niż mi się wydawało.

Nie mogłem przestać myśleć o tym, co widziałem.

Większość scen, które pojawiały się w mojej głowie w czasie trwania eksperymentów Vardira, szybko nikła, podobnie jak sny ulatujące tuż po przebudzeniu. Jednak cokolwiek zobaczyłem i poczułem, gdy niedawno próbowałem przejąć kontrolę nad magią, pozostało ze mną. To dziwne wrażenie znajomości… Zdawało się bardzo nieuchwytne, a mimo to… odebrałem je jako jedyną prawdziwą emocję, której od dawna doświadczyłem.

Nawet nie byłem pewien, czy zirytowało mnie to, bo pokrzyżowało mi plany. Będą następne eksperymenty. Kolejne szanse. Spróbuję raz jeszcze. Ostrożnie zignorowałem dręczące mnie pytanie o to, co później.

Znajdowaliśmy się w połowie drogi do doków, gdy Vivian – jedna z dwóch Syrizenek, które mnie prowadziły – zatrzymała się gwałtownie, zapatrzona w horyzont.

– O co chodzi? – zapytała ta druga.

– Czujesz to, Merah?

Kobieta zmarszczyła brwi i pokręciła głową.

– Nie.

Ale mnie włoski na karku stanęły dęba. Coś drżało w powietrzu, przypominało napięcie tuż przed uderzeniem pioruna.

Przez chwilę staliśmy we troje w całkowitej ciszy. Żołnierze wokół nas wykonywali swoje obowiązki, ptaki śpiewały, wiatr szeleścił liśćmi.

Vivian się odwróciła.

– Pomyślałam…

Przerwał jej odgłos mokrego chrupnięcia.

Vivian już przy mnie nie stała.

Została przełamana, a jej ciało ściskała cienista istota. Głowa Syrizenki zwisała z jednej zakończonej długimi palcami kończyny, a tors z drugiej.

Potwory były wszędzie, jakby pojawiły się znikąd.

ROZDZIAŁ 6

Tisaanah

Zdziwiłam się na widok miski malin.

– Skąd się wzięły? – zapytałam Sammerina, gdy weszliśmy do namiotu.

Wzruszył ramionami, stwierdził, że nie ma pojęcia i napomknął, że owoce to najmniejsze z moich zmartwień, skoro z mojej ręki zostało kilka strzępów mięsa.

Siedzieliśmy przy stole, mężczyzna mozolnie składał moją pogruchotaną kość i podarte mięśnie. Bolało jak cholera. Nawet jeśli wielokrotnie widziałam go już przy pracy, ten widok nadal przyprawiał mnie o mdłości. Zamiast na niego patrzeć, skupiłam wzrok na malinach, marszcząc brwi. Leniwie latała nad nimi mucha. Czerwień barwiła biały obrus.

Niełatwo tu było zdobyć maliny. Obozowisko znajdowało się tak daleko na wschodzie, że pofalowane równiny Nyzerene przechodziły w pustynię. Założyliśmy je tymczasowo, by przywódcy rebeliantów – ja, Serel, Filias, Riasha oraz nasi najbliżsi dyplomaci i szpiedzy – mogli planować kolejne kroki w wojnie o wolność przeciwko Threllianom, a także feyom.

Głowa mi pękała. Zamrugałam, zobaczyłam, jak Melina osuwa się bez życia na ziemię.

Odsunęłam to wspomnienie, wcisnęłam pod tysiąc innych zmartwień.

– Jakieś wieści z Orasiev? – zagadnęłam. – Shirav? Malakahn?

– Nic nie słyszałem. Nie żeby to miało jakiekolwiek znaczenie.

Przygryzłam wargę. Musiałam się na czymś skupić i chciałam wiedzieć, czy w Orasiev wszystko dobrze. Co zaskakujące, wreszcie zaczęliśmy odnosić zwycięstwa, które jednak wydawały się bardziej niepewne niż porażka.

Nie do końca pojęłam iskrę, którą rozpaliłam, zabijając Mikovów, ani płomieni, które podsyciłam, powracając do Threll. Niewolnicy w całym kraju zrozumieli, jak wielką władzę mają w swoich rękach i jaki ogrom możliwości czeka ich poza życiem, które wiedli do tej pory. Orasiev było pierwsze – zbuntowani niewolnicy przejęli pomniejszą posiadłość. Dalej rebelia przeniosła się do Shirav, Malakahn, aż dotarła do Exendriff. Cztery miasta, które należały – w pełni – do niegdyś martwych cywilizacji. Tak, były niewielkie i umiejscowione na obrzeżu threllskiego imperium. Ale stały się nasze. Walczyliśmy i ginęliśmy za nie.

Przez pierwsze tygodnie w Orasiev budziłam się z przekonaniem, że o zachodzie słońca threllscy lordowie staną u bram, aby zetrzeć nas na proch. Cudem do tego nie doszło.

Panowały obecnie dziwne czasy. Wydawało się, że cały świat pochłonęła wojna. Feyowie – a także ich threllscy sojusznicy – uwikłali się w krwawy konflikt zbrojny z Arą. Toczył się zarówno za oceanem, jak i na threllskim terytorium Ary, które Nura w ciągu ostatnich miesięcy powoli, acz nieubłaganie rozszerzała aż do dawnej posiadłości Mikova.

Mieliśmy przeciwko sobie tysiące – siły Nury, feyów i Threllian – a jednak być może dlatego, że wszyscy zajmowali się walkami z kimś innym, nasz ledwie stworzony naród wciąż trwał.

Mimo to przynajmniej raz w tygodniu śnił mi się ogień pochłaniający tę kruchą wolność mojego ludu, jak ten, który niegdyś strawił chatę i ogród, uważane przeze mnie za…

Syknęłam przez zęby, gdy moją rękę przeszył ból.

– Przepraszam – mruknął Sammerin. – Łączę nerwy.

Popełniłam błąd i spojrzałam na nadgarstek, czego natychmiast pożałowałam.

Uzdrowiciel zmarszczył brwi, wpatrując się w moją dłoń. Nie po raz pierwszy próbował zbadać dziwny artefakt. Złoto stworzyło misterny wzór jak na pajęczynie, który zaczynał się na opuszkach i schodził na przednią część ręki. Kończył się właśnie przy nadgarstku, gdzie metaliczne nici kurczyły się i zanikały. Substancja była inna niż ciało – twardsza, chłodniejsza, przypominająca metal – niemniej normalnie prostowałam i zaciskałam palce.

– Ishqa nie mówił, co to może być?

– Stwierdził, że po powrocie bliżej się temu przyjrzy.

Fey ledwie rzucił okiem na moją rękę, zostawił mnie na ziemi i odleciał. Najwyraźniej musiał pilnie gdzieś być – w czymś mu przerwałam, gdy zmieniłam nasz uprzedni plan. Przywykliśmy jednak do tego. Ishqa pojawiał się i znikał, kiedy chciał, często bez słowa wyjaśnienia porzucał nas na kilka dni lub tygodni. Jednak nie narzekaliśmy. Tajemniczy fey, który nam pomagał, oraz udzielane przez niego informacje stały się kluczowym elementem naszych zwycięstw nad Threllianami. Ishqa uważał, że naszym prawdziwym przeciwnikiem są jego pobratymcy, więc każdy cios zadany threllskiemu imperium na dłuższą metę osłabiał sojusz z feyami.

– Hm. – Sammerin wydawał się zaniepokojony. Ale ostatnio ciągle tak wyglądał.

Z frustracji zacisnęłam drugą rękę w pięść.

– Czymkolwiek to jest, nie sądzę, by było bronią – oświadczyłam. – Przynajmniej niezbyt potężną.

Nie na tyle silną, aby wejść do Ilyzath.

Nie musiałam dodawać tego na głos – nie przy Sammerinie, który zdawał sobie sprawę, że mogłam myśleć jedynie o oswobodzeniu Maxa. Przez ostatnie miesiące musiałam uprawiać trudną sztukę balansu, ponieważ rebelianci mnie potrzebowali, więc oddałam im każdą cząstkę siebie, którą tylko mogłam. Zapewniłam twarde przywództwo, nieco magii, która we mnie została, marzenia o przyszłości, plany i dyplomację.

Jednak tak wiele nie mogłam im dać, ponieważ połowa mojego serca została uwięziona setki kilometrów stąd.

Sammerin spojrzał na mnie brązowymi oczami, w których dostrzegłam rozbawienie.

– Mówisz tak – zaczął – ale oboje jesteśmy świadomi, że i tak spróbujesz.

Zachichotałam.

Miał rację. Przy nim mogłam zdradzać swoje obawy. Jednak na zewnątrz namiotu starannie je ukrywałam. Zamierzałam dowiedzieć się, co takiego do mnie przylgnęło i powiedzieć sobie oraz wszystkim innym, że użyję tej rzeczy, aby uwolnić Maxa, nie dopuszczając do siebie żadnych alternatyw.

Jednak nie chciałam mówić o niepewności na głos.

– Masz rację – wyznałam.

– Jak zawsze.

– A ja od zawsze o tym wiem.

– Mądra kobieta. Zdecydowanie zbyt bystra dla Maxa.

Czułam się, jakby dźwięk jego imienia wyssał całe powietrze z namiotu. Sammerin spoważniał. Nie spojrzał mi w oczy.

Zmarszczyłam brwi. Nieustannie uważałam, że w jego twarzy było coś dziwnego.