Tysiąc pustynnych fotografii - Katarzyna Hewa - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Tysiąc pustynnych fotografii ebook i audiobook

Katarzyna Hewa

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Kiedy inni wyznaczają miejsce, odwagą jest wybrać własną drogę.

Przyszłość Elżbiety i Henryka została zaplanowana przez ich rodziny. Zaaranżowane małżeństwa, powinności, życie zgodne z oczekiwaniami innych. Jeden nieprzemyślany pocałunek podczas balu wystarcza jednak, by misternie ułożone plany legły w gruzach.

Kiedy Henryk proponuje Elżbiecie małżeństwo będące jedynie układem, oboje widzą w nim szansę na odzyskanie choć części wolności. On potrzebuje żony, by otrzymać spadek po dziadku. Ona nie ma już wiele do stracenia. Jest tylko jeden warunek – Elżbieta musi wyruszyć z nim do Algieru.

Po drugiej stronie Morza Śródziemnego czeka na nich świat inny od tego, który znają. Kolonialne salony pełne są sekretów, pustynne szlaki prowadzą w nieznane, a cel podróży Henryka uwikła ich w wydarzenia, których żadne z nich nie mogło przewidzieć.

Daleko od domu, pośród rozgrzanych piasków Sahary, przyjdzie im zmierzyć się z niebezpieczeństwem, które wystawi na próbę nie tylko ich odwagę, lecz także zawarty między nimi układ.

Bo trudno dotrzymać warunków umowy, gdy serce zaczyna dyktować własne…

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 440

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 8 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Kim Sayar

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje Sp. z o.o., 2026 Copyright © by Katarzyna Hewa

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Redakcja: Monika Stachniuk

Korekta: Anna Koral

Projekt graficzny okładki: Izabela Surdykowska-Jurek z wykorzystaniem grafik wygenerowanych za pomocą sztucznej inteligencji (Magnific)

DTP: Justyna Jakubczyk

ISBN 978-83-68924-17-6

Warszawa 2026

Wydawnictwo [email protected] www.literaturainspiruje.pl

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

ROZDZIAŁ I

PODKRAKOWSKI MAJĄTEK ZABŁOCKICH, 1897 ROK

Stała tak blisko lustra, że niemal stykała się z nim nosem. Najpierw długo przyglądała się rzęsom, później przeczesała ciemne brwi szczoteczką, by znowu zastygnąć w bezruchu. Kiedy w końcu udało jej się wypatrzyć niewielką asymetrię, ze zdenerwowania przygryzła wargę od wewnętrznej strony i poprawiła palcem włoski, które nie chciały dobrze się ułożyć.

Odstąpiła na dwa kroki. Pantalony i lekka koszulka na haftowanych ramiączkach wręcz iskrzyły bielą podobną do śniegu za oknem.

– Nie patrz! – skarciła się szeptem.

Z pokorą spuściła głowę, pamiętając wszelkie instrukcje bogobojnej matki. Sięgnęła po gorset, który zacisnęła szczelnie wokół kibici, oplotła się następnie sznurkiem i zawiązała supeł z przodu. Już od dawna nie prosiła nikogo o żadną pomoc – ani przy ubiorze, ani przy włosach czy nawet myciu. Sama napełniała miedzianą wannę, znajdującą się za parawanem, i sama później ją opróżniała. Ostatnie dwie służące, które pozostały w domu, usługiwały w jego części wspólnej. Zostały odesłane do ważniejszych obowiązków, w których zakres absolutnie nie wchodziło opiekowanie się młodą panną.

Elżbieta z całkowitym spokojem przyjęła nowy stan rzeczy. Rozumiała, że ojciec robi, co może, aby domownicy nie odczuwali finansowego skrępowania – jak sam nazywał położenie, w którym właśnie się znalazł pod względem pieniężnym. Próbowała nie wpadać w panikę ani nie kaprysić, co nie leżało zresztą w jej naturze. W dodatku obecność służby, czy też jej brak, stanowiła dla dziewczyny niewielkie zmartwienie.

Pukanie do drzwi nieco ją przestraszyło. W pośpiechu narzuciła na siebie rozkloszowaną spódnicę, a na nią już właściwą jedwabną suknię, z którą – dzięki Bogu – nic się nie wydarzyło po długim czasie wiszenia w szafie. Mole wykazały się niezwykłą wyrozumiałością.

– Już prawie jestem gotowa! – powiedziała panienka Zabłocka, w pośpiechu dopinając ostatnie guziki na dekolcie. – Proszę!

Pani Jadwiga weszła i bez słowa zamknęła za sobą drzwi. Jej jak zawsze spokojny wyraz twarzy napawał dziewczynę lękiem – nigdy nie wiedziała, jakich słów się spodziewać.

– Zaraz przyjadą – oznajmiła macocha. – Nie muszę ci przypominać, że twój ojciec niezwykle liczy na pomyślny przebieg tego spotkania.

W głowie dziewczyny rozbrzmiały jego słowa, które zawsze powtarzał, gdy czegoś od niej oczekiwał: „Nasza Elżbieta sobie poradzi... Nasza Elżbieta świeci przykładem... Nasza Elżbieta... Nasza Elżbieta...”.

– Elu! Na Boga, zejdź na ziemię! – Kobieta przywołała ją do porządku srogim tonem.

– Przepraszam, pani Jadwigo, zamyśliłam się.

– Uśmiechnij się – rozkazała, co dziewczyna wykonała bez zawahania. – Dokładnie! I radzę, abyś tego uśmiechu nie zdejmowała do końca wieczoru.

– Tak jest! – Elżbieta energicznie pokiwała głową na zgodę.

Wychodząc z pokoju panny, obie zerknęły na zdjęcie matki Eli, które stało niedaleko wyjścia na drewnianej komodzie. Jadwiga zatrzymała się i o wiele czulej niż do tej pory spojrzała na swą podopieczną, przy czym sama się speszyła, jakby okazywanie uczuć nie było jej mocną stroną.

– Wiem, że wolałabyś mieć ją u swego boku. Wszak wchodzisz oficjalnie w dorosłość. Sama przecież wiesz, do czego to spotkanie ma w bardzo bliskiej przyszłości doprowadzić... Będę musiała ci wystarczyć w roli wsparcia, Elżbieto. Mam nadzieję, że cię nie zawiodę.

Ela nie spodziewała się podobnych słów z ust macochy, a kiedy dłoń kobiety jedynie dziesięć lat starszej od niej samej spoczęła na jej policzku i z czułością go pogładziła, dziewczyna nieco się zaczerwieniła.

– Twój ojciec ma rację, jesteś idealną młodą damą. Chodźmy już. Nasi goście zaraz się zjawią, powinnyśmy ich przywitać, prawda? – ponagliła kobieta z uśmiechem.

Elżbieta kroczyła za macochą długim korytarzem. Czy cieszyła się na spotkanie przyszłego męża? Trudno powiedzieć. Zachowywała bezwzględny spokój. Zdawała się na wybór ojca we wszystkim, więc dlaczego miałaby teraz w niego wątpić? Jedynym, czym się martwiła, była jej własna osoba. „Co, jeśli nie przypadnę mu do gustu?” – myślała. „Stwierdzi, że jestem za śmiała albo na odwrót, zbyt cicha i nieinteresująca?”

Weszły do jadalni. Dziewczyna nie miała czasu przyjrzeć się suto zastawionemu stołowi, bo całą jej uwagę pochłonął dźwięk kroków w korytarzu wejściowym i dokazywanie ojca połączone z obcym śmiechem. W jej żołądku pojawił się nieznośny ucisk, gdy do pomieszczenia wszedł ojciec wraz ze starszym mężczyzną, mniej więcej w jego wieku. Ukłonił się bez słowa przed dziewczyną i ucałował dłoń Jadwigi, którą ta wyciągnęła ponad ramieniem pasierbicy. Najwyraźniej nie mógł zrozumieć, która z kobiet jest córką, a która nową panią domu Zabłockich.

– Maurycy, spieszę przedstawić Jadwigę Zabłocką, moją żonę. – Elżbiecie uśmiech wystąpił na twarz, kiedy zobaczyła ulgę, z jaką po raz drugi gość ucałował dłoń jej macochy. – A oto moja córka, Elżbieta.

– Cudownie panie poznać. Raczę przedstawić mojego syna, Kazimierza Wiechowicza.

Dopiero wtedy dziewczyna zauważyła, że za framugą, w jakiś dziecinny sposób nieudolnie, kryje się rosła i tęga postać z pochyloną głową. Ucieszyła się, że to nie sam pan Maurycy, wąsaty starzec o niewielkich oczach, jest wybrankiem jej ojca, ale niepokój mimo wszystko narastał.

Kazimierz zdjął kapelusz i zrobił powolny krok, niestety niefortunnie, i zachwiał się, prawie upadając. Na szczęście oparł się ręką o ścianę i złapał równowagę.

– Och, proszę wybaczyć taką niezgrabność. – Głos, nader wysoki jak na mężczyznę i tak niepasujący do olbrzyma, o niemniej niż sylwetka mocarnym imieniu, wypełnił przestrzeń.

– Bywa z każdym. Szczególnie z nerwów. – Ojciec Elżbiety ruszył mu na ratunek, ten jednak nie odpowiedział ni słowem. Od razu ukłonił się przed panną, która nadal nie mogła uchwycić jego twarzy z powodu zawstydzonego przygarbienia mężczyzny.

– Panienko Elżbieto, miło mi panienkę poznać. – W końcu podniósł głowę i uśmiechnął się dobrotliwie. Jego postać wydawała się początkowo poważna jak na jego wiek, ale nie mógł być o wiele starszy od niej. Jasne blond włosy zaczesał do tyłu, a radosne zmarszczki wokół oczu były jedynymi, jakie miał.

Elżbieta naliczyła zbyt wiele obyczajowych potknięć już na samym początku tego obiadu i czuła się z tym źle. Pan Kazimierz nie czekał, aż ojciec mu ją przedstawi, Maurycy co rusz zwracał się do Jadwigi „Elżbietko”, myląc obie damy, i mimo sygnetów oraz drogich fraków z materiałów tak gładkich i szlachetnych, że nawet nazwy ich nie znała, w obyciu towarzyskim byli dość niewprawni. Z jednej strony mierziło to prostą jak struna, tresowaną na rasową damę salonową Elżbietę, z drugiej strony zaś serdeczność, z jaką przy każdej możliwości zerkał na nią pan Kazimierz, była rozczulająca. Tym bardziej bolało ją, że mimowolnie wytykała im w myślach każde kolejne złamanie przez nich etykiety. Karciła się w duszy, że nie potrafi przymknąć na nie oka.

– Cóż tu dużo kryć – zaczął pan Maurycy, wycierając energicznie usta, w których wciąż przeżuwał jedzenie. – Zebraliśmy się tutaj, aby was, dzieci moje, przedstawić sobie. – Skinął na syna. – Kazimierz dobiega czterdziestki – ogłosił. – A panienka? – zwrócił się do Jadwigi.

– Pan wybaczy... znowu. – Macocha po raz kolejny wskazała mężczyźnie Elżbietę.

– Pardon, madame – żachnął się jakoś teatralnie i bez cienia zażenowania. To ostatnie zaczęło doskwierać już młodej Zabłockiej. – Chyba wolę blondynki od brunetek, dlatego ciągle na panią patrzę. – Roześmiał się gromko, a Elżbiecie od takiego afrontu stanęły wszystkie włosy na głowie. Rozumiała, iż powodem tego żartu była prostota jego autora, niemniej skrzywiła się z lekka, co najwyraźniej nie uszło uwadze pana Kazimierza.

– Panienka wybaczy ojcu. Jest starszym człowiekiem i chyba niedowidzi – odezwał się miękko. – Przepraszam – dodał cicho, czym wkupił się w jej łaski.

– Rozumiem. Każdy wszak ma swoje gusta i może o nich mówić głośno – odpowiedziała Elżbieta, co przyszły teść podchwycił w mig.

– Otóż to! Otóż to, moja droga! Proszę tylko na swój rachunek nie zapisać moich słów jako obrazę, nie przeżyłbym... – Zamilkł, by po chwili dodać: – Nie wytrzymałbym, jeśli pogniewałaby się na mnie kobieta, nawet gdyby była ona brunetką. – Kolejna salwa śmiechu samego żartującego wypełniła jadalnię i jakimś niebywałym cudem sprawiła, że stała się ona nagle za ciasna i niewygodna. Ojciec Elżbiety, najwyraźniej nie wiedząc, jak miałby zareagować, i dostrzegłszy srogą minę córki, zawtórował gościowi.

Jedynie Kazimierz z zafrasowaniem szepnął:

– Przepraszam, panienko Elżbieto.

Wieczór szybko zamienił się w jednoosobowy występ komediowy pana Maurycego. Jadwiga i Andrzej Zabłoccy być może udawali, a być może ze szczerością odpowiadali śmiechem na kolejne anegdoty i niebywałe historie z życia ich autora. Syn niespełnionego komedianta co rusz błagał szeptem o wybaczenie, a Elżbieta studiowała go bacznie. Jak na niemal czterdziestolatka, wyglądał zadziwiająco młodo. Pulchniutka, niemal dziecięca twarz zdawała się być jedynie przypadkowo przymocowana do ogromnego ciała, z kolei dłonie napawały wrażeniem, że nie pasują mężczyźnie – były prawie kobiece, blade i delikatne.

Chociaż rozochocony, zachęcony do gadulstwa Maurycy już całkiem zapomniał powiedzieć o oczywistym – dlaczego dokładnie się tu spotkali – to zarówno Elżbieta, jak i sam Kazimierz dobrze wiedzieli. Dziewczyna była świadoma, że kawaler się jej przygląda i być może ją ocenia. „Pewnie myśli, że wyglądam staro na swoje dwadzieścia dwa lata... A jego ojciec już ogłosił, że nie lubi brunetek... W dodatku mam jasną karnację i niepasujące do niczego zielone oczy. Nie lubię ich. Ciotka Marta kiedyś stwierdziła, że gdyby były bardziej piwne albo brązowe, to by uszło. Cóż to właściwie znaczy to »uszło«? Na Boga... Znowu patrzy!” Gonitwa myśli była torturą, która trwała aż do końca wieczoru.

***

Henryk uwielbiał tylko jedną rzecz – zapach matki. Pamiętał, kiedy jako mały chłopiec chciał wspiąć się po fałdach jej sukni do szyi, która roztaczała tę niesamowitą woń. Kiedy pytał jej, czym był dany zapach, za każdym razem robiła zdziwioną minę, ewidentnie nie widząc, o co chłopcu chodzi.

Dopiero gdy wyjechał do Londynu i po raz pierwszy wrócił do rodzinnego mieszkania w kamienicy przy Grodzkiej, zrozumiał, że to nie był zapach matki, tylko unosząca się wszędzie mgiełka dymu tytoniowego i woń starych książek pomieszana z aromatem konwalii, które matka tak uwielbiała i namiętnie kupowała. To z rodzicielką spędzał najwięcej czasu, dlatego wspomniany zapach w jego dziecięcej wyobraźni miał zawsze jej twarz, choć tylko połowicznie się z nią wiązał.

Od paru dni mieszkanie rodziców go uwierało, jak skrzynka, w której zrobiło się za ciasno na narzędzia i zaczynają się one wysypywać z gruchotem na podłogę. Obserwował przez dłuższą chwilę matkę, która odziana dokładnie tak jak przed laty, siedziała wyprostowana i dostojna. Oboje czekali na ojca – profesora Ryszarda Korzeniowskiego. Drzwi w końcu się otworzyły, a przy gospodarzu zakręciła się służąca, pomagając niskiemu mężczyźnie pozbyć się płaszcza, kapelusza i szala.

– Cóż za pogoda, moi mili... – westchnął pan Korzeniowski.

– Czy udało się? – zapytała bez ogródek matka i rzuciła spojrzenie siedzącemu naprzeciwko synowi.

Henryk jedynie wbił palce mocniej w dębowy stół i z jakąś pretensją omiótł wzrokiem portrety dziadka i pradziadka, jakby wielce mu zawinili.

– Tak. Państwo Cieszyńscy chcą nas przyjąć w następnym tygodniu. Rektor, rzekłbym, był niezwykle zainteresowany zapoznaniem Henryka. – Ojciec nie posiadał się z radości, podobnie jak zazwyczaj stonowana i chłodna matka.

– To poniżające... Jestem wszak dorosłym mężczyzną, nie dzieckiem – powiedział na tyle cicho, że rodzice nawet nie zareagowali. Pani Korzeniowska, cała w skowronkach, podeszła tanecznym krokiem do męża i ucałowała go w policzek, co sam Henryk widział może drugi raz w życiu. – To poniżające! – Pozwolił sobie na podniesienie głosu.

– Synu... – zaczął go uciszać ojciec bez zwłoki. – Poniżające? Możliwość zyskania takiej partii jak córka rektora jest poniżająca?

Henryka wyraźnie zawstydziły jego słowa. Zawsze kiedy używał w stosunku do niego zwrotu „synu”, wiedział, że to nie pora na żarty.

– Ach... no tak – wtrąciła matka. – Córka rektora nie jest warta naszego włóczykija. Boże mój, Ryszardzie, jak my śmiemy dobrze życzyć swemu dziecku – fuknęła i okryła się szalem.

Młody mężczyzna mało nie wyszedł z siebie ze złości, ale ostatkami sił powstrzymał wszelką reakcję.

– Moje wyprawy to nie bycie włóczęgą... – zaczął wyjaśniać, przerwano mu niestety.

– Ty popisujesz do gazet, wykładając jednocześnie na uniwersytecie, synu. To już nie przystoi. Za moich czasów takie praktyki...

– Ojcze, ja jestem szanowanym wykładowcą i dziennikarzem, czy tak trudno ci to zaakceptować? – Nie chciał się spierać, ale czuł, że powinien zacząć się bronić.

– Może gdybyś był pod moim okiem, tu w Krakowie, a nie tam w Londynie. Może wtedy miałoby to ręce i nogi. Baczyłbym na ciebie, ukierunkował. Na pewno nie zostałbyś pismakiem, lecz profesorem.

– Baczył? Tato, ja mam trzydzieści trzy lata, nie jestem dzieckiem. – Miał wrażenie, że zaczyna skamleć, dlatego przymknął się i obserwował matkę, która zafrasowała się nie na żarty.

– My chcemy dobrze, Henryku. Tylko ciebie mamy. A myślisz, że to łatwo tak cię tracić na długie miesiące? – Wzięła głęboki, głośny wdech, po czym uśmiechnęła się, tym razem z czułością. – Piękniejszej młodej damy niż Antonina Józefa i cały Londyn wymarzyć sobie nie może. Pozwól, aby stała się twą ozdobą i umileniem dni. Pieniądze już masz, życie dobre przed tobą, a żona...

– A żona ma być umileniem dni? – przerwał, dopytując zmartwiony. – W Londynie kobiety chcą praw do majątku, własności, prawa do pracy i nauki na uniwersytetach... a tu kobieta nadal jest umileniem dni męża?

Ojciec, o wiele niższy od matki mężczyzna z wąsem, obszedł stół i stanął z Henrykiem oko w oko – to znaczy stanąłby, gdyby to było możliwe z o dwie głowy wyższym synem.

– Na naszym uniwersytecie też jest taka możliwość, i jeśli chcesz znać moje zdanie, to będzie fiasko, kobieta pięciu lat w ławie nie wysiedzi – syknął i ujął syna za rękaw marynary. – Masz się żenić i koniec. A swoje londyńskie bajki i bajeczki możesz jutro opowiedzieć na spotkaniu asystentów katedry, niech tam na ciebie oczy wytrzeszczają, cudaku. Jesteś ostatnim mężczyzną w rodzinie i chcesz czy nie, z Krakowa wyjedziesz z obrączką na palcu i żoną przy boku!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Powieści obyczajowe, kryminały, thrilleryWciągające i niebanalneZaczytaj się!

www.prozami.pl

Księgarnia wysyłkowawww.literaturainspiruje.pl