Twoja krew nas ocali - Kinga Winna - ebook
NOWOŚĆ

Twoja krew nas ocali ebook

Kinga Winna

4,4

386 osób interesuje się tą książką

Opis

„Twoja krew nas ocali” to emocjonujący militarny romans z elementami dystopii, łączący mrok tajemnic z gorącym, lecz zakazanym uczuciem, rozwijającym się w świecie pełnym nieustannego zagrożenia, gdzie jedyną szansą na przetrwanie może się okazać zdrada systemu.

Scarlett dorastała z dala od Miast, w których to system decyduje o ludzkim losie. Wszystko jednak zmienia się pewnej nocy, gdy Miasto w końcu się o nią upomina, a ona zostaje siłą zabrana do elitarnej akademii wojskowej. Tam trafia pod skrzydła Nicolasa Blackwooda – brutalnego i bezwzględnego dowódcy, który zna zasady tej gry lepiej niż ktokolwiek inny… ale im bardziej się do siebie zbliżają, z tym większym trudem przychodzi mu ich przestrzeganie.

Jego zadaniem jest złamać kadetów. Jej celem jest przetrwanie.

Z każdym kolejnym treningiem i nowym rozkazem różnice dzielące kadetkę i generała zaczynają się zacierać, a regulamin przestaje cokolwiek znaczyć, gdy w grę wchodzi uczucie tak silne, że staje się groźniejsze niż wszystkie sekrety, które skrywa Akademia.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 628

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (18 ocen)
14
0
2
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Asiunia525
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Jestem totalnie zachwycona tą historią!! Byłam chyba największą fanką serii „Niezgodna”, gdy wyszła i kurczę, jak bardzo się cieszę, że ta książka powstała, bo dzięki niej mogłam choć na chwilę znowu poczuć się jak nastolatka ;)) PLUSY: + dobrze wykreowani bohaterowie + dużo akcji, brak nudy + historia nie jest przewidywalna i schematyczna + ciekawe plot twisty + dobrze napisane sceny łóżkowe + czuć klimat akademii wojskowej (są treningi, szkolenia, misje i walki) + jest główny bohater, w którym można się zakochać + czuć dystopijny świat + napięcie między bohaterami powoli rośnie ale w każdej scenie między nimi czuć napięcie i iskierki + BARDZO DUŻY PLUS ZA ZAKOŃCZENIE! W końcu trafiłam na książkę, której zakończenia nie sposób było przewidzieć. Było bardzo emocjonalne; dużo w nim wzruszeń, smutku, płaczu, ale też nadziei. Kurczę, chyba się tego nie spodziewałam. Bo to, ile różnych emocji czułam po przeczytaniu tej książki, to jest dla mnie jakaś magia i pierwszy raz się z czymś t...
111
afka8750

Nie oderwiesz się od lektury

Wow! To było coś innego. Wciąga od pierwszej strony i nie da się przewidzieć, co będzie dalej. Dobrze wykreowane postacie, fabuła super, a zakończenie? Koniecznie musicie przeczytać!
111
czytaczkaksiazkooow

Nie oderwiesz się od lektury

CO TO BYŁA ZA KSIĄŻKA?!!!! 🔥Pochłonęłam ją w jeden wieczór, mimo że to dość spory grubasek, ale przez tę historię po prostu się płynie… Dawno nie czytałam tak świetnego romansu! Relacja między głównymi bohaterami? CUDO! Ile tu było między nimi chemii!!!! Od początku wiedziałam, że będzie tu dużo napięcia między nimi, ze względu do promowanie tej książki zakazaną relacją między kadetką a dowódcą, ale nie spodziewałam się, że będę aż tak kibicować tej dwójce. Również dawno nie czytałam aż tak dobrze napisanych scen erot*cznych. Ile tu było emocji!!! 🔥 Aż się znowu zarumieniłam na wspomnienie sceny z kajdankami w piwnicy hihi Dobrze wykreowani bohaterowie? Są. Dystopijny świat? Jest i to bardzo dobrze napisany! Dialogi? Cudowne. Styl pisania? Idealny! Wystarczającym dowodem na to jest fakt, że pochłonęłam tę historię w jeden wieczór, a mnie szybko zmęczyć kiepskim stylem pisana czy zbyt długimi opisami, nudnymi dialogami itd. Romans, który powoduje wypieki na policzkach? Ohhh jest!...
101
JanJann
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna propozycja dla fanów zarówno dystopii jak i militarnego romansu. Ogólnie połączenie tych dwóch gatunków to świetny pomysł! A realizacja pomysłu tez na najwyższym poziomie! Styl pisania autorki bardzo przyjemny. To zdecydowanie moja topka tego roku!
91
Kanguseeek
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Fani gorących romansów, dystopii, militarnego świata i mnóstwa emocji przy czytaniu - zdecydowanie pokochają tę pozycję!!!
92



Twoja krew nas ocali

Kinga Winna

Prolog

Setki lat temu ludzkość stanęła na granicy całkowitej zagłady. W jednej chwili przestały mieć znaczenie państwa, religie i polityczne sojusze. Wszystko runęło, kiedy świat ogarnęła katastrofa, której nikt nie przewidział i której natury do dziś nie zdołano w pełni zrozumieć. Nikt nie wiedział, skąd wzięło się zagrożenie, a zanim zdołano zareagować, Ziemię pochłonęła seria śmiercionośnych plag. Planeta pękła pod naporem nieznanych wirusów, a ludzkie ciała okazały się bezsilne wobec natury, która zwróciła się przeciwko naszemu gatunkowi.

Wtedy zapadła decyzja. Jeśli nie można ocalić całego świata, trzeba ratować jego fragmenty, aby gatunek ludzki przetrwał. Największe metropolie przekształcono w twierdze. Otoczono je wielkimi murami z betonu oraz stali i ustalono zasady. Zasady, które miały zapobiec całkowitemu wymarciu ludności.

Tam zaczęła się nowa era. Era ciszy, porządku i absolutnego podporządkowania. A z chaosu i z popiołu starego świata wyłoniła się Atena – sztuczna inteligencja stworzona po to, by chronić tych, którzy ocaleli. W tym nowym ładzie to nie człowiek był w centrum, tylko system. Stał się on ostatnią nadzieją ludzkości, zbudowany nie z ciała i krwi, lecz z algorytmów i zimnej logiki. Atena zarządzała Miastami z precyzją, której człowiek nigdy nie osiągnął. Miała chronić to, co przetrwało, i nigdy nie popełniać błędów, które zgubiły człowieka.

Zapewniała porządek i bezpieczeństwo w metropoliach, niestety miało to swoją cenę. A była nią ludzka wolność.

Jednak nie wszyscy uznali Miasta za ocalenie. Znaleźli się i tacy, którzy patrzyli na betonowe mury i nie czuli się otoczeni opieką, ale uwięzieni, ponieważ system, który powinien ich chronić, zaczął kontrolować każdy aspekt życia obywateli. Dla nich to było zbyt wiele. Odeszli. Nie z bronią w ręku, nie z krzykiem – zniknęli po cichu. Wycofali się i znaleźli schronienie w miejscach, do których nie sięga władza technologii. Założyli osady nad rzekami, w głębi lasów, wysoko w górach, tam, gdzie sygnał nie docierał, a wzrok Ateny tracił ostrość. Porzucili wszystko, aby mogli znów być sobą.

Ci ludzie woleli głód niż regulamin. Woleli niepewność niż wieczne monitorowanie. Woleli strach przed nieznanym niż lęk przed samym sobą w odbiciu systemowego ekranu. To była ich forma walki. Ich cichy sprzeciw wobec świata, który postanowił za wszelką cenę być doskonały.

W jednej z takich osad, na granicy tego, co nieznane i dzikie, dorastała Scarlett. A kiedy system w końcu się o nią upomniał – nie była gotowa, by się mu poddać. Była gotowa, by z nim walczyć.

Rozdział 1

Drewniana podłoga zaskrzypiała pod moimi stopami, kiedy otworzyłam drzwi sypialni i przeszłam do kuchni, gdzie mama ze spokojem na twarzy pochylała się nad wielkim garnkiem zupy. Powietrze przesycone było zapachem rozmarynu, który zerwałam wczoraj na skraju sosnowego lasu.

– Mamo, jesteś pewna, że mogę już wyjść? – zapytałam, mocniej przyciskając przedramiona do brzucha, aby ukryta pod swetrem książka się nie wysunęła.

– Tak, kochanie – odpowiedziała, nie podnosząc wzroku. – Dam radę dokończyć sama.

W naszej wiosce każdy miał określone zadanie. Dzięki temu funkcjonowaliśmy jako społeczność i zapewnialiśmy sobie przetrwanie. Ja i mama zwykle odpowiadałyśmy za pomoc w przygotowywaniu posiłków, jednak dzisiaj wyjątkowo zostałam zwolniona z tego obowiązku.

– Na pewno? – zapytałam, choć już wyciągałam rękę, by otworzyć drzwi wyjściowe.

– Dziś masz taryfę ulgową, ale proszę cię, nie włócz się znowu po nocach. – Popatrzyła na mnie błagalnie, a ja skinęłam głową.

– Obiecuję, że wrócę przed zachodem – uspokoiłam ją.

Drugi raz nie zamierzałam popełnić tego błędu. Wiedziałam, jak zamartwiała się o mnie tydzień temu, gdy pochłonięta lekturą straciłam poczucie czasu.

Wyszłam na zewnątrz i od razu poczułam ciepło słońca, które musnęło moją twarz. Przechodziłam między domkami zbudowanymi z tego, co udało się zdobyć ludziom, którzy przybyli tu jako pierwsi – głównie z drewna, starych metalowych konstrukcji i kamieni wyciągniętych z dna rzeki.

Każdy mijany budynek pełnił określoną funkcję: wspólna kuchnia, warsztat, miejsce spotkań, gdzie odbywały się narady, ale większość z nich to były po prostu domki mieszkalne.

– Dzień dobry, Scarlett! – krzyknęła z daleka pani Dolores, wracająca właśnie z lasu z koszykiem pełnym grzybów, a ja uśmiechnęłam się szeroko na jej widok.

– Dzień dobry! – odpowiedziałam i dostrzegłam, że jeden z borowików właśnie wypadł z koszyka i poturlał się po ziemi, więc podeszłam bliżej, pochyliłam się i go podniosłam. Otrzepałam grzybka z piasku i odłożyłam do reszty.

– Co słychać u mamy? Już skończyłyście gotować? – zapytała, obdarzywszy mnie szczerym uśmiechem.

Pani Dolores, podobnie jak ja i moja mama, odpowiadała za przyrządzanie posiłków. Nie sposób byłoby przecież wykarmić prawie setkę osób przy pomocy zaledwie dwóch par rąk.

– Mama właśnie kończy przyrządzanie zupy – poinformowałam i powoli ruszyłam dalej, pożegnawszy ją skinieniem głowy.

– Scarlett? – zatrzymał mnie głos pani Dolores, więc ponownie się do niej odwróciłam. – Nie ma sensu drążyć przeszłości.

Zmarszczyłam brwi, nie rozumiejąc, do czego nawiązuje. Ona chyba to dostrzegła, bo wyciągnęła rękę i palcem wskazała na mnie. Opuściłam głowę, podążając za jej spojrzeniem, i już wiedziałam, co ma na myśli. Książka, którą przytrzymywałam jedną ręką, wysunęła się spod swetra nieznacznie, lecz na tyle, by można było odczytać tytuł.

– Czy… czy to może zostać między nami? – poprosiłam, gdy okładka znów bezpiecznie przylegała mi do nagiej skóry.

Kobieta nie odpowiedziała, tylko uniosła kącik ust w niemal matczynym uśmiechu, a ja już wiedziałam, że mój mały sekret nadal jest bezpieczny.

– Dziękuję – szepnęłam i odwzajemniłam uśmiech.

– Ale nie wierz we wszystko, co tam przeczytasz – dodała, po czym ruszyła przed siebie.

Pani Dolores miała ponad siedemdziesiąt lat i była jedną z pierwszych osób w naszej osadzie. Minęło tyle czasu, a ona do dziś doskonale pamiętała, jak to jest żyć w betonowych murach Miasta, i nieraz opowiadała nam o tym przy wieczornym ognisku.

Ja nie zaznałam miejskiego życia. Moi rodzice przybyli do wioski niedługo po tym, jak przyszłam na świat, więc tutaj się wychowałam. Gdy tu dotarliśmy, osada była już dosyć rozwinięta – stworzyła swoją hierarchię, ludzie mieli przydzielone zadania i wszystko funkcjonowało w określonym rytmie, ale i tak przywitano nas z otwartymi ramionami, bo w miejscu, gdzie przetrwanie zgromadzonych zależało wyłącznie od nich samych, każda para rąk była przydatna.

Gdy minęłam szopę, w której przechowywaliśmy samodzielnie zrobione narzędzia do pracy w ogrodzie, sadzie czy lesie, skręciłam w prawo. Skierowałam się prosto do małego drewnianego domku tuż przy skraju lasu. Stanęłam przed drzwiami i nerwowo się rozejrzałam. Musiałam być pewna, czy nikt mnie nie obserwuje. Gdy nie dostrzegłam niczego podejrzanego, zapukałam.

– Wejdź, Scarlett! – zawołał męski, niski głos, więc pchnęłam drzwi i wślizgnęłam się do środka.

Pan Alfred jak zwykle siedział w swoim wiklinowym fotelu, który wykonał z młodych pędów wierzby rosnącej tuż przy rzece. Gdy weszłam w głąb pomieszczenia, uniósł głowę znad książki i spojrzał na mnie z uśmiechem.

– Jak ci się podobał podręcznik? – Uniósł znacząco brew, a ja wysunęłam tom spod swetra i odłożyłam go na stolik tuż przed mężczyzną.

– Był ciekawy, ale… – urwałam, bo nie wiedziałam nawet, jakimi słowami podsumować to, co przeczytałam.

– Ale trudno go zrozumieć?

– Nie do końca – zaprzeczyłam. – Po prostu chyba trudno mi było pewne rzeczy sobie wyobrazić. Jak to możliwe, że ludzie, którzy są wcale nie tak daleko od nas, żyją…

– Żyją tak bardzo inaczej? – dokończył za mnie.

– Tak. – Skinęłam głową. – I nie rozumiem też, jak coś, co stworzono, by służyło człowiekowi, tak naprawdę działa przeciwko niemu, a ludzie nie dostrzegają w tym nic złego.

– Bo widzisz, Scarlett… Sztuczna inteligencja była obietnicą lepszego jutra po wielu latach cierpienia. Miała nas uratować i zmienić świat na lepsze.

– I naprawdę nikt od początku nie podejrzewał, dokąd to zmierza? – zapytałam i usiadłam na fotelu naprzeciw niego.

– Nie. – Pokręcił głową i odłożył swoją książkę na stolik, tuż obok tej, którą mu dzisiaj oddałam. – AI była czymś, co miało pracować dla człowieka: wyciągać dane, analizować liczby i pomagać w codziennych czynnościach. Ludzie się nie sprzeciwiali, bo obiecano im narzędzie, które ułatwi życie, a zamiast tego…

– A zamiast tego przyniosło upadek – dokończyłam. – Ale dlaczego nie ukrócili tego, gdy jeszcze mogli? Dlaczego pozwolili jej tak bardzo się rozwinąć?

– Bo w przeciwieństwie do człowieka była wydajna, bezbłędna i pozbawiona słabości – odpowiedział niemal natychmiast. – A pamiętaj, że ludzie żyli wtedy w ogromnym strachu. Utworzone nowe Miasta uważali za schronienie.

Słyszałam tę historię tysiące razy od osób z wioski. To były mroczne czasy; nieznane wirusy i choroby, śmiercionośne epidemie. A gdy świat pogrążył się w całkowitym chaosie, ludzie w końcu zwrócili się przeciwko sobie. Walczono o wszystko – o wodę, lekarstwa, jedzenie, ale przede wszystkim o przetrwanie. Zniknęły rządy, a także armie, które mogłyby powstrzymać tę wojnę. Została tylko ludzka natura – dzika i nieokiełznana. A wtedy przywódcy Nowego Świata – bo tak ich nazwano, z tego, co wyczytałam w książce – utworzyli Miasta, by zapanować nad tym chaosem i uratować ludzkość. Jednakże buntowniczą naturę człowieka trudno stłamsić, dlatego potrzebna była większa kontrola. I tak powstała sztuczna inteligencja. Z biegiem lat nabrała ona jednak innego znaczenia. Nie była już tylko narzędziem do ułatwiania życia. Stała się wszechobecnym okiem i władzą bezdusznie monitorującą każdy aspekt życia obywateli.

– Jak to możliwe, że ludzie nie zbuntowali się już na samym początku? – powtórzyłam i wbiłam wzrok w twarz pana Alfreda.

On jako jedyny w wiosce był w stanie odpowiedzieć na moje pytania o funkcjonowanie za murem. Nie tylko dlatego, że przebywał tam najdłużej, ale przede wszystkim przez to, że w jego oczach nie dostrzegałam strachu. Inni uciekli stamtąd właśnie z tego powodu, jednak nie on. Kochał życie w Mieście, lecz bardziej kochał Joseline – swoją żonę. To ona namówiła go do odejścia i rozpoczęcia wspólnego nowego rozdziału tutaj. Niestety umarła parę lat temu, a on z żalu wycofał się z aktywnego udziału w naszej społeczności. Nikt go za to nie winił. Pan Alfred był starszym człowiekiem, a swoją technologiczną wiedzą już i tak przysłużył się ogółowi, projektując i budując maszyny, które do dziś ułatwiały niejedną pracę w wiosce.

– Ze strachu, Scarlett – potwierdził moje przypuszczenia. – Gdy doświadczasz dramatu wojny, zrobisz wszystko, aby w twoim życiu pojawił się spokój. Ludzie z początku cieszyli się z rozwoju technologii. W końcu mogli egzystować bez lęku o jutro. Miasta były bezpieczne. Nikt nie wszczynał buntów. Skończyły się wojny, walki o jedzenie i o godne warunki.

– Przecież byli ciągle monitorowani.

– To fakt – przyznał mi rację. – Ale czy to nie niska cena za spokój i bezpieczeństwo?

– Niska cena?! – oburzyłam się. – Wolność jest bezcenna.

– Mówisz tak, bo nie doświadczyłaś tamtego życia.

– Pan też nie – rzuciłam i uniosłam wysoko podbródek.

– Owszem, ale moi rodzice tak. A byli tak samo gadatliwi jak ja, więc wiedziałem dokładnie, z czym się mierzyli i jak wyglądało życie w trakcie Wielkiego Rozpadu.

Wielki Rozpad – tak za każdym razem nazywał czas sprzed początków powstania granic w Miastach.

– Moim zdaniem ludzie za murem nie są już ludźmi. Stali się posłusznymi trybikami w maszynie, wmawiają sobie, że ich życie jest bezpieczne i komfortowe, choć tak naprawdę przestało należeć do nich, gdy się zgodzili, by było kontrolowane co do najmniejszego szczegółu – rzuciłam i gwałtownie wstałam z fotela. – Chyba już pójdę…

Odwróciłam się na pięcie, gotowa wyjść stąd natychmiast.

To nie było pierwsze spięcie między mną a panem Alfredem. Często się kłóciliśmy. On, choć wybrał mieszkanie tutaj, bronił Miast, a ja, przez to, że nie znałam innego życia niż to w pełnej wolności, zaciekle stałam przy swoim. Mimo wszystko regularnie go odwiedzałam.

Mama zawsze powtarzała, że ciekawość wpędzi mnie kiedyś do grobu, ale choć bałam się Miast i często miewałam koszmary, w których zimne, metaliczne oczy sztucznej inteligencji przypatrywały mi się uważnie i odkrywały wszystkie moje myśli i pragnienia, to w jakiś niepojęty sposób ten temat mnie fascynował. Pragnienie zrozumienia naszego wroga zawsze wygrywało ze strachem. Bo nie chciałam żyć wyłącznie z jedną wersją tej historii. Chciałam poznać również drugą stronę medalu. Dlatego tak często tu przychodziłam. Nie tylko po opowieści, choć te owszem, czasem potrafiły zagotować mi krew i sprawić, że miałam ochotę wstać i wykrzyczeć, że się myli.

A jednak… każde jego wspomnienie niosło za sobą coś więcej. Wiedzę. Prawdę. Nową perspektywę i okruchy tamtego świata, którego nie było mi dane doświadczyć – z czego się cieszyłam, ale nadal bardzo mnie ciekawiło, jak wygląda życie za murami, bo miałam świadomość, że w naszej wiosce wszystko jest zupełnie inne. Tutaj mogłam sama o sobie decydować, każda chwila zależała ode mnie, każdy wybór był moim własnym. Tutaj mogłam być naprawdę sobą, bez strachu, że cokolwiek, co zrobiłam, zostanie poddane ocenie.

Matka równie często powtarzała, że wolność zawsze wymaga poświęceń. Wiedziałam też, że mieszkanie w Mieście oznaczałoby śmierć mojego prawdziwego „ja”, mojej woli, sumienia. Że gdybym znalazła się pod kontrolą Ateny, moje życie przestałoby należeć do mnie. To właśnie z tego powodu egzystowaliśmy tutaj, z dala od jej wszechobecnych oczu, w miejscu, które dawało nam namiastkę spokoju. AI mogła kontrolować całe Miasta, mogła zarządzać setkami tysięcy ludzi, ale nie sprawowała władzy nad nami.

– Pamiętaj, Scarlett, że wolność nie ma stałej definicji. Każdy postrzega ją inaczej. Dla ciebie wolność to fakt, że żyjesz tutaj, z daleka od monitorujących cię dronów, dla innych wolnością jest miejsce, w którym nie muszą codziennie martwić się o to, co jutro włożą do garnka i czy w ogóle będzie co do niego włożyć – kontynuował, gdy sięgałam już do klamki, by otworzyć drzwi i wyjść.

Zamarłam, bo te słowa brzmiały zbyt prawdziwie.

– Radzimy sobie. – Zmusiłam się do powiedzenia czegokolwiek, bo milczenie zabrzmiałoby jak przyznanie mu racji.

– Owszem – przytaknął i powoli uniósł się z fotela. – Ale dobrze wiesz, że nie zawsze tak było.

Po plecach przebiegł mi dreszcz. Te słowa zabolały jak ostrze przeciągnięte po starej bliźnie. Takiej, o której próbowałam zapomnieć, a która nigdy do końca się nie zagoiła.

Miał rację. Nie zawsze tak było.

Aż za dobrze pamiętałam zimy trwające zbyt długo. Śnieg nietopniejący tygodniami. Pamiętam, jak mama kroiła ostatni bochenek chleba na plasterki tak cienkie, że prześwitywało przez nie światło. Pamiętam zapasy znikające szybciej, niż nadchodziła nadzieja na lepsze jutro. Pamiętam pola umierające pod warstwą lodu. Dzieci, które traciły beztroskie dzieciństwo, bo głód odbierał im ochotę na śmiech i zabawę.

Straciliśmy wtedy kilkoro ludzi. Ale mimo to przetrwaliśmy. Nie bez ran. Nie bez łez. Jednak wyszliśmy z tego. Silniejsi. Twardsi. Bardziej uparci. I choć kolejne zimy nie były już tak bezlitosne jak tamte, ja wciąż nosiłam je pod skórą. Wciąż słyszałam ich echo, gdy lodowaty wiatr owiewał osadę. Bo pamięć głodu zostawała na zawsze. Lecz wraz z nią zakorzeniała się w nas chęć przetrwania.

Nie byłam gotowa na dalszą część tej dyskusji, więc po prostu wyszłam i skierowałam się do miejsca, które miało magiczną moc uspokajania moich myśli.

Usiadłam na skraju drewnianego pomostu, kawałek za osadą, i pozwoliłam stopom zwisać tuż nad nurtem rzeki. Miała w sobie coś hipnotyzującego. Mogłam godzinami patrzeć na fale muskające brzeg i na refleksy światła tańczące na powierzchni. Woda dziś była piękna, spokojna, niemal kojąca, ale w moich oczach kryła coś jeszcze. Widziałam w niej te chłodne, niewidzialne dłonie, które kiedyś próbowały wciągnąć mnie w głąb. Dlatego choć kochałam ją obserwować, już nigdy więcej nie odważyłam się do niej wejść.

Przychodziłam tu niemal codziennie. To było jedno z nielicznych miejsc w okolicy, gdzie mogłam w końcu pobyć sama, bez nieustannego szumu rozmów, stukotu narzędzi i przytłaczającego poczucia, że zawsze trzeba coś robić. Tutejsze życie nie dawało zbyt wiele przestrzeni na samotność, bo byliśmy jedynie małą częścią czegoś większego – częścią wspólnoty, która musiała trzymać się razem, abyśmy zdołali przetrwać.

A ja czasami potrzebowałam dystansu, by nabrać oddechu.

Zamknęłam oczy, zasłuchana w znajome dźwięki: plusk wody, szelest liści, dalekie głosy dobiegające z osady. Czułam się tu bezpiecznie. Wiedziałam, że wystarczy kilka kroków, by wrócić do innych, ale przez te parę minut mogłam udawać, że świat składa się tylko ze mnie i kołyszącego się pod naporem nurtu pomostu. Woda odbijała ostatnie promienie słońca, barwiąc taflę na złoto i róż, a na drugim brzegu rozciągał się gęsty, ciemny las – nasza naturalna granica, miejsce, gdzie kończył się znany nam świat, a zaczynała nieprzewidywalna dzikość.

Tylko nieliczni mieli prawo przekraczać tę granicę. Nazywaliśmy ich Łowcami. Byli to silni, wytrzymali mężczyźni. W swoim życiu nie zaznali litości – od dziecka przygotowywani do roli Łowców, uczeni, jak tropić, jak zabijać, jak przetrwać w miejscu, gdzie jedno potknięcie mogło kosztować życie. Znali ten teren lepiej niż ktokolwiek inny. Potrafili poruszać się w nim bezszelestnie, odczytywać jego znaki, wsłuchiwać się w ciszę, która dla pozostałych była jedynie pustką, a dla nich – opowieścią o tym, co czyha między drzewami. Nie bali się ciemności lasu, bo sami stanowili jej część. Czasami znikali na parę dni, po czym przybywali z mięsem, ziołami, niekiedy z drewnem, którego nie dało się znaleźć na skraju wioski.

Ale nie wszyscy wracali.

Mój ojciec był Łowcą. Podobno jednym z najlepszych. Ludzie w osadzie mówili, że las nigdy nie zdołał go oszukać – że słyszał i widział więcej niż inni, że miał w sobie coś, co sprawiało, iż dzikość go akceptowała, choć nigdy nie przyjęła jako swojego. Był silny, nieustraszony, ale przede wszystkim mądry. Zginął dawno temu, gdy miałam zaledwie cztery lata, przez co dorastałam w cieniu jego legendy. Każdy w osadzie opowiadał o nim inaczej, lecz jedno się nie zmieniało – kiedy go zabrakło, odczuli to wszyscy.

Tamtej nocy poszedł do lasu z pozostałymi Łowcami. Mieli pojawić się z powrotem o świcie, jak zawsze. Ale on nie wrócił. Ci, którzy przeżyli, nie mówili o tym, co zaszło, zbyt wiele. Tylko że coś ich zaatakowało – coś, czego nie widzieli, czego nawet nie zdążyli poczuć, dopóki nie było za późno. Osada straciła wtedy jednego z najlepszych Łowców. A ja – ojca, którego nawet dobrze nie poznałam.

Westchnęłam na to wspomnienie i przechyliłam się delikatnie na bok, by zanurzyć dłoń w chłodnej wodzie.

– Scarlett?

Drgnęłam i odwróciłam się gwałtownie na dźwięk swojego imienia. Na trawie, tuż przy pomoście, stał Alexander. Sylwetka chłopaka odcinała się na tle ciemniejącego lasu, a odrobine dłuższe, niemal czarne włosy wyglądały na jeszcze bardziej potargane niż zwykle.

– Alex! – Zerwałam się na równe nogi i pobiegłam w jego stronę.

Rzuciłam się na niego i oplotłam go ramionami. Złapał mnie mocno i uniósł, a ja owinęłam nogi wokół jego bioder. Wtuliłam się jeszcze bardziej, czując w ubraniach znajomy zapach lasu i ogniska. Trwaliśmy tak przez kilka długich sekund, aż w końcu Alex odstawił mnie na ziemię.

– Stęskniłaś się za mną, rudzielcu? – rzucił z lekkim rozbawieniem w głosie, a dłonią powędrował do mojej twarzy, by odgarnąć niesforny kosmyk włosów, który opadł mi na policzek.

– I to jak! – zaśmiałam się, patrząc na niego.

– Dobrze wiesz, że nigdy nie przegapiłbym twoich urodzin. A już na pewno nie tych osiemnastych!

O matko! Kompletnie o nich zapomniałam.

Z Alexem znaliśmy się od zawsze. Oboje dorastaliśmy w osadzie, w miejscu, gdzie każdy znał każdego, ale mimo to przez długi czas tylko się mijaliśmy, nie zamieniając ze sobą ani słowa. Może dlatego, że był ode mnie o dwa lata starszy, a w dzieciństwie tyle wystarczyło, żeby między nami wytworzył się dystans. On zawsze był otoczony grupką kolegów, którzy wspinali się na drzewa, zrywali jabłka z pobliskich sadów i wymykali się nocą poza granice osady. Ja natomiast byłam inna. Cicha, trzymająca się na uboczu. Wolałam bawić się w samotności albo spędzać czas z mamą. Aż do tamtego dnia.

Miałam nie więcej niż osiem lat, kiedy w tajemnicy poszłam nad jezioro. Nikt nie wiedział, gdzie jestem. Nawet mama. Był upalny dzień, a ja nabrałam ochoty się nieco ochłodzić. Nie umiałam pływać, ale woda zdawała się tak kusząca, tak spokojna, tak orzeźwiająca…

Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, że spokój może być złudny.

Weszłam odrobinę dalej, aż nagle wezbrał prąd. Silny, rwący, zupełnie inny niż to, co widziałam jeszcze chwilę wcześniej. Nurt chwycił mnie w swoje lodowate objęcia i pociągnął w głąb. Pamiętam panikę, gdy fale zaczęły zalewać mi twarz, gdy próbowałam krzyczeć i łapczywie łapać każdy wdech, ale jedyne, co dostawało się do płuc, to zimna woda.

I wtedy pojawił się Alex.

Był tam, bo jak zwykle włóczył się po zakazanych obszarach, szukając przygód i łamiąc wszystkie zasady, które mu narzucano. Zauważył mnie, kiedy zaczęłam tonąć. Nie zawahał się ani na sekundę – rzucił się w wodę i pomógł mi wyjść na brzeg. Pamiętam, jak kaszlałam, jak drżałam z zimna, i to, jak on klęczał obok, zdeterminowany i zdyszany, powtarzając, że mam idiotyczne pomysły.

Od tamtej pory byliśmy nierozłączni. Alex stał się moim najlepszym przyjacielem, kimś, kto zawsze trwał obok, kto znał mnie lepiej niż wszyscy inni. Czasem się kłóciliśmy, czasem razem milczeliśmy, jednak nigdy się nie odsunęliśmy. Zostaliśmy dla siebie rodziną.

Spojrzałam na niego teraz, wciąż nieco zmęczonego po wyprawie, ale z tym samym błyskiem w oczach, który zawsze oznaczał jedno – że wrócił, że znów był przy mnie. I to mi wystarczyło.

Alex usiadł pod rozłożystym dębem, wyciągnął nogi przed siebie. Poklepał dłonią trawę, spoglądając na mnie z wyczekiwaniem. Zajęłam miejsce tuż obok i oparłam się plecami o chropowatą korę drzewa.

– Stęskniłaś się za moimi opowieściami?

– No jasne. – Westchnęłam. – Nie mogłam się doczekać, żeby usłyszeć, jak przez kilka dni taplałeś się w błocie i goniłeś za zwierzyną.

– Dobrze wiesz, że to nie tak wygląda. – Zaśmiał się cicho, ale po chwili przybrał poważny wyraz twarzy. – Tym razem było ciężko.

– Naprawdę? – Odwróciłam się do niego, podciągając nogi bliżej siebie. – Znaleźliście coś w ogóle?

– Ledwo. Przez pierwsze trzy dni myślałem, że wrócimy z niczym. Już zaczęliśmy rozważać, czy nie skrócić wyprawy, ale potem udało nam się wytropić małe stado dzików.

– I co?

– I co? – powtórzył z szerokim uśmiechem. – I mamy jedzenia na kilka dni. A dzisiaj wieczorem będzie uczta.

Uczta. Na dźwięk tego słowa rozpromieniłam się jeszcze bardziej.

– Poważnie?

Miałam ochotę zerwać się na nogi.

– Tak. Ludzie już rozpalają ognisko.

Uczta w naszej osadzie zawsze była wyjątkowym wydarzeniem. Nie mieliśmy wiele, żyliśmy w dziczy, gdzie każdy dzień wymagał wysiłku, ale gdy tylko nadarzała się okazja, świętowaliśmy z całych sił.

Wszyscy gromadzili się wtedy przy wielkim ognisku, które płonęło aż do świtu. Kochałam te wieczory. Były jedynym momentem, kiedy mieszkańcy osady mogli się odprężyć, zapomnieć o trudach codzienności i po prostu cieszyć się chwilą.

– Nie mogę się doczekać – wyznałam, zanurzając dłonie w lekko wilgotnej trawie.

– Ja też. – Alex się uśmiechnął i szturchnął mnie ramieniem. – Tylko nie pij za dużo, bo znowu będę musiał cię odciągać od ognia, kiedy pijana uznasz, że potrafisz go przeskoczyć.

– Hej! – udałam oburzenie. – Nie było przecież wtedy ze mną aż tak źle.

– Było gorzej.

– Zobaczymy, kto pierwszy dziś padnie! – Parsknęłam śmiechem i dałam mu lekkiego kuksańca w ramię.

– To co… zakład? – zapytał i wyciągnął dłoń w moją stronę.

– Zakład. – Uścisnęłam jego rękę, finalizując pakt.

Śmialiśmy się jeszcze przez chwilę, a wokół nas wieczór powoli nabierał życia. W oddali zaczynały już rozbrzmiewać pierwsze śmiechy i rozmowy dochodzące z osady. Czułam narastającą ekscytację – przed nami noc pełna śpiewu, tańca i ciepła, jakiego nie dało się znaleźć w żadnym innym miejscu na świecie.

– No dobra, a teraz opowiedz, co mnie ominęło – poprosił.

– Oj, trochę rzeczy. Na przykład Garett…

– Ten, który zawsze twierdzi, że wie wszystko o lesie?

– Właśnie ten! – zaśmiałam się. – Postanowił udowodnić wszystkim, że potrafi złapać rybę gołymi rękami. Wszedł do rzeki po kolana, rozłożył ramiona i mówi: „Trzeba być lepszym od drapieżnika, cierpliwość to klucz”. Po czym stał tam przez godzinę.

– Nie mów, że coś złapał.

– Nie. Ale za to ryba złapała jego.

– Co?! – wypalił i spiorunował mnie wzrokiem.

– Naprawdę. Wyskoczyła nagle, jakby sama chciała go zaatakować. Garett zaczął machać rękami, wpadł do wody i ledwo się wyczołgał na brzeg. A najlepsze? Nikt nawet nie zdążył mu pomóc, bo wszyscy, którzy to oglądali, tarzali się ze śmiechu.

Alex odchylił głowę i sam zaczął rechotać.

– Naprawdę żałuję, że tego nie widziałem.

– Mogłabym przysiąc, że woda chciała się na nim zemścić za te wszystkie bzdury, które Garett opowiada.

– Dobra, a coś jeszcze?

– Oczywiście! Wiesz, że dzieciaki z osady zawsze szukają sposobu, żeby rozrabiać, prawda?

– Znam to aż za dobrze… – Spojrzał na mnie wymownie.

– No to wyobraź sobie, że tym razem postanowili zrobić „największy podstęp w historii osady”.

– Zapowiada się ciekawie…

– Owinęli beczkę po trunku skórą z jelenia i zostawili ją w lesie, na ścieżce, którą zwykle chodzą miejscowi myśliwi. Wiesz, jak wyglądała?

– Nie mów, że…

– Tak! Jak wielka, skulona bestia. I oczywiście, kto się na to nabrał?

– Niech zgadnę. Owen?

– Jasne, że Owen. Kiedy zobaczył to „stworzenie”, rzucił dzidą, wrzasnął coś o potworze, a beczka stoczyła się prosto na niego i przewróciła go w błoto.

– I co wtedy zrobił?

– Wściekł się, ale zamiast wyrównać rachunki z dzieciakami, zaczął opowiadać, że to była zasadzka i że „potwór” sam go zaatakował.

– Oczywiście. Nie mógł przyznać, że przestraszył się beczki.

– Właśnie!

Do moich uszu dotarły pierwsze dźwięki muzyki. Jeszcze nieco przytłumione, niesione wiatrem od strony osady, lecz bez trudu wyłapywałam znajomy rytm. Proste, drewniane flety, uderzenia dłońmi o bęben z naciągniętej skóry i o struny lutni, które rzemieślnicy skręcili z wysuszonych jelit zwierzęcych. To właśnie one nadawały melodiom charakter – surowy, prosty, ale pełen życia.

Alex uniósł głowę, też zasłuchany w muzykę. Przeciągnął się, otrzepał strój Łowcy z resztek trawy i podniósł się na nogi.

– To co, idziemy? – zapytał i wyciągnął rękę w moją stronę.

Spojrzałam na jego dłoń, a potem na niego. Patrzył wyczekująco, a na twarzy miał ten znajomy, szczery uśmiech.

– Idziemy – powiedziałam i go chwyciłam, a on mnie podciągnął.

Razem ruszyliśmy leśną dróżką w kierunku wioski. Noc powoli obejmowała las, ale ścieżka była dobrze wydeptana – setki stóp przemierzyły ją tyle razy, że nie sposób zgubić drogę.

Kiedy wyszliśmy zza drzew, przed nami rozciągnęła się osada, jak zwykle tętniąca życiem. Ludzie kręcili się między domami – jedni dokańczali ostatnie obowiązki, inni już zmierzali w stronę ogniska. Kobiety, które zazwyczaj odpowiadały za przygotowanie jedzenia, ustawiały na dużym drewnianym stole owoce i warzywa, ułożone w wiklinowych koszach. Były tam jabłka, dzikie gruszki, grzyby i proste pieczywo. Smak tego znałam aż za dobrze, bo to nasz najczęstszy posiłek.

W samym centrum urządzono wielkie ognisko. Oświetlało całą osadę ciepłym, złotym blaskiem. Nad płomieniami, na rożnie, piekł się dzik, którego upolowali Łowcy. Skórę zdarto już wcześniej, a mięso rumieniło się powoli nad ogniem, ociekając tłuszczem. Wokół stało kilka drewnianych beczek – w nich przechowywano domowej roboty trunki: wino z leśnych owoców, miód pitny lub mocniejsze nalewki z fermentowanych owoców, korzeni i ziół.

Przy ogniu siedziało już paru grajków. Jeden uderzał dłońmi o bęben, wybijając rytm, inny szarpał struny lutni, a kolejny dmuchał we własnoręcznie wystrugany z drewna flet, wygrywając melodię, która wkrótce porwie całą osadę do tańca.

– Nic się tu nie zmienia, co? – mruknął Alex.

– I dobrze. Nie chciałabym, żeby się zmieniło.

To było nasze miejsce. Surowe, dzikie, ale pełne życia. I tej nocy miało znów rozbrzmiewać śmiechem aż do świtu.

Wokół paleniska zrobiło się już tłoczno, jednak jakimś cudem znaleźliśmy miejsce na jednym z drewnianych pni ustawionych w pobliżu ognia. Ciepło płomieni przyjemnie otulało moją twarz, a zapach pieczonego mięsa, dymu i przypraw unosił się w powietrzu, wypełniając każdy zakątek osady i wywołując burczenie w brzuchu.

Ludzie zbierali się coraz liczniej. Niektórzy przychodzili z własnoręcznie wykonanymi kubkami wypełnionymi ciemnym winem, inni z pajdami chleba i suszonym mięsem, które żuli w przerwach między pogaduszkami. Dzieci biegały, śmiejąc się i bawiąc w berka, zanim starsi w końcu przywołali je do porządku.

Rozmowy rozbrzmiewały ze wszystkich stron, nakładając się na siebie i tworząc harmonię dźwięków – jedyną w swoim rodzaju. Gdzieś z lewej mężczyźni spierali się o to, czy zima w tym roku będzie surowsza, a z prawej kobiety śmiały się, opowiadając sobie plotki z ostatnich dni. Wszyscy jednak czekali na kluczowy moment – ucztę.

W końcu, gdy mięso było gotowe, starszyzna dała znak, że można zaczynać. Ludzie zgromadzili się wokół wielkiego stołu, który dziś wyjątkowo uginał się od jedzenia. Dzik, świeżo zdjęty z rożna, został pokrojony na duże kawałki, a tłuszcz jeszcze skwierczał na chrupiącej skórce.

Alex i ja usiedliśmy obok siebie, a zaraz po tym ktoś postawił przed nami dwa kubki wypełnione miodowo-owocowym trunkiem.

– No, spróbujcie! – powiedział starszy mężczyzna z siwą brodą, który zawsze odpowiadał za warzenie alkoholu. – W tym roku wyjątkowo mocne!

Przytknęłam naczynie do ust i upiłam łyk. Słodycz miodu i owoców mieszała się z ostrym, rozgrzewającym posmakiem ziół. Przełknęłam, czując, jak ciepło rozlewa się po moim wnętrzu.

– O tak, zdecydowanie mocniejsze niż ostatnio. – Pokiwałam głową, a Alex się roześmiał i również wziął duży łyk.

– Zobaczymy, kto z nas dziś pierwszy skończy zabawę. – Rzucił mi rozbawione spojrzenie.

– Nie podpuszczaj, bo będziesz musiał mnie nosić.

– A to coś nowego?

Przewróciłam oczami, ale nie odpowiedziałam, bo nagle rozmowy przy stole nabrały tempa.

– No dobra, myśliwi! – odezwał się jeden z mężczyzn. – Mówcie, jak było na polowaniu. Coś się zmieniło w lesie?

Alex odłożył kubek i spojrzał na niego z powagą.

– Las jest… cichy.

– Cichy? – dopytał ktoś z młodych, krojąc sobie kawałek dziczyzny. – Co to znaczy?

– Mniej zwierzyny niż zwykle. Jakby coś ją wypłoszyło.

Na moment zapadło milczenie, ale po chwili któryś z Łowców machnął ręką.

– Może to przez pogodę. Albo przez naszą obecność. Przecież je ścigamy, więc może zaczęły nas unikać.

– Może. – Alex wzruszył ramionami, lecz widziałam, że nie do końca w to wierzył.

– A natknęliście się na ślady czegoś większego? – zapytała kobieta siedząca obok mnie, sprawnie krojąc podpłomyk na mniejsze kawałki.

– Poza dzikiem? Nic, co by nas zaniepokoiło.

– A wilki?

– Daleko. Wydają się trzymać swojego terytorium – uspokoił zebranych Alex.

– To dobrze – wtrąciłam. Już parę razy wilki dobrały się do naszych zapasów mięsa. Nikt nie chciał, aby to się powtórzyło.

Temat szybko zniknął, bo ktoś zainicjował toast, unosząc wysoko swój kubek.

– Za dobry łów i za obfity posiłek!

– Za dobry łów! – powtórzyli wszyscy chórem, zbijając ze sobą kubki.

Alkohol krążył coraz swobodniej, a śmiechy przy stole stawały się coraz głośniejsze. Ktoś opowiadał historię o tym, jak kiedyś wpadł do rzeki, goniąc za jeleniem, ktoś inny wspominał stare polowania, a jeszcze ktoś, na wpół poważnie, zaczął przekonywać, że widział w lesie postać o świecących oczach.

– To było tylko odbicie księżyca w kałuży, Garett – rzucił wesoło jakiś mężczyzna, a reszta wybuchła śmiechem.

W międzyczasie podano nam następne porcje jedzenia i kolejne dolewki owocowego trunku. Powoli zaczęłam czuć przyjemne otępienie w całym ciele, a atmosfera przy stole robiła się coraz swobodniejsza. Śmiechy stawały się głośniejsze, a muzyka przy ognisku rozkręciła się na dobre. Ludzie zaczęli klaskać w rytm bębnów, tupiąc nogami o ziemię i śpiewając znajome pieśni. Wino i miód pitny lały się strumieniami, a twarze wokół błyszczały w ciepłym świetle płomieni.

Wtedy w tłumie dostrzegłam znajomą sylwetkę – smukłą, z długimi, rudymi włosami splecionymi w gruby warkocz. Mama. Przedarła się między zgromadzonymi i zatrzymała tuż przy mnie. Uśmiechała się pod nosem, ale jej spojrzenie było pełne dobrze mi znanej troski.

– Gdzieś ty się znowu szlajała przez cały dzień? – rzuciła teatralnym tonem, choć w głosie nie wychwyciłam prawdziwego wyrzutu. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, pochyliła się i pocałowała mnie w czoło. – Znowu siedziałaś nad rzeką?

Poczułam, jak moje ciało momentalnie się napina, jednak szybko zamaskowałam to lekkim wzruszeniem ramion.

– Może – odparłam wymijająco, choć odpowiedź była oczywista.

Mama westchnęła, ale nie drążyła tematu.

– Dobrze, dobrze, nie będę cię męczyć. W końcu to twój moment. Niecodziennie wkracza się w pełnoletność. – Posłała mi łagodny uśmiech, po czym pogłaskała mnie lekko po ramieniu i dołączyła do pozostałych kobiet.

Ta osada powstała dawno temu jako jedna z pierwszych przystani dla tych, co postanowili porzucić życie w Mieście i poszukać prawdziwej wolności. A ja dorastałam wśród ludzi, którzy albo pamiętali życie po drugiej stronie, bo stamtąd uciekli, albo nie znali innego świata niż ten, bo tu się urodzili i wychowali – tak samo jak ja. Ale mimo tych różnic wszystkich tutejszych osadników łączyły nienawiść do systemu i potrzeba wolności. No, może prócz pana Alfreda… On kochał Miasto. Lecz jeśli już raz stamtąd zbiegniesz, nie ma drogi powrotnej.

Zabawa trwała dalej. Zebrani zaczęli wstawać od stołu i przesuwać się bliżej ogniska. Kilka osób już tańczyło. Mężczyźni klaskali, kobiety wirowały, podnosząc lekko brzegi prostych sukien, a dzieci biegały wokół, próbując naśladować dorosłych.

– No dobra, rudzielcu, przyznaj się. Ćwiczyłaś coś od naszego ostatniego treningu?

Uniosłam brew i posłałam Alexowi harde spojrzenie.

– Oczywiście, że tak – rzuciłam i zadarłam dumnie brodę.

– Na pewno. – Przewrócił oczami, opierając się łokciem o stół. – Znając ciebie, pewnie machnęłaś dwa razy nożem w powietrzu i uznałaś, żeś gotowa na wojnę.

– Jesteś bardzo zabawny, naprawdę. – Pokręciłam głową, udając znudzenie. – Ale nie, tym razem to nie tylko teoria. Trenowałam. I nawet teraz mogłabym cię pokonać.

Alex parsknął śmiechem, niemal wypluwając resztki alkoholu.

– Ty? Mnie? – Poklepał się po piersi. – Scarlett, proszę cię…

– Nie wierzysz mi?

– Po prostu wiem, że nie masz szans.

– A może po prostu boisz się sprawdzić? – Uniosłam wymownie brew.

– Nieźle, próbujesz mnie podpuścić. – Zmrużył oczy. – Ale może faktycznie powinniśmy to zweryfikować.

Oparłam dłonie o blat i nachyliłam się lekko w stronę chłopaka.

– Dobrze wiesz, że jak tylko skończymy tu ucztować, mogę ci to udowodnić.

– Mhm… I pewnie będę musiał potem znowu przenosić cię do twojej chaty, bo „przesadziłaś” z walką.

– Albo tym razem to ja będę musiała odprowadzić ciebie!

Zaśmialiśmy się jednocześnie. Prawda była taka, że odkąd kilka miesięcy temu poprosiłam Alexa, by nauczył mnie paru bitewnych sztuczek, stało się to naszą rutyną. Kiedy tylko miał czas, szliśmy razem na polanę za osadą, gdzie pokazywał mi podstawowe chwyty, sposoby na unik, a nawet jak prawidłowo trzymać nóż. Oczywiście na początku nie traktował mnie zbyt poważnie, ale prędko udowodniłam, że nie zamierzam się poddać. Może jeszcze mu nie dorównywałam – bo jak mogłam, skoro on całe życie polował i walczył – jednak byłam uparta. I uczyłam się szybko.

– To jak? Po uczcie mała walka na rozruszanie? – zapytałam i wyszczerzyłam się zaczepnie.

Alex pokręcił głową, uśmiechając się pod nosem.

– Zróbmy tak: jeśli nie zaśniesz po trzech kubkach wina, to się zastanowię.

– Obiecuję, że wytrzymam dłużej niż ty.

– Zobaczymy – odparł i sięgnął ręką po kolejny kawałek pieczywa.

Nagle jeden z członków starszyzny podszedł do Alexa i klepnął go w ramię.

– Hej, ognisko powoli gaśnie. Przyniesiesz trochę drewna?

Alex przełknął chleb i spojrzał w stronę płomieni, które rzeczywiście zaczynały niknąć.

– No jasne – odparł, kiwając głową, i wstał z miejsca.

– Pomogę ci! – Natychmiast się poderwałam.

Nie zaprotestował, tylko uśmiechnął się lekko i ruszył w stronę lasu, a ja podążyłam za nim. Ciepło ogniska zostawiliśmy za sobą, a im głębiej wchodziliśmy między drzewa, tym chłodniejsze stawało się powietrze. Liście szeleściły pod naszymi stopami, a w oddali słychać było pohukiwanie sowy. Alex szedł pierwszy, a ja – jego śladem, wypatrując leżących gałęzi.

– Mam coś ciekawego… – zaczął tajemniczo.

Spojrzałam na niego z ukosa, ale nie zwolniłam kroku.

– To zabrzmiało jak początek jakiegoś twojego genialnego planu.

– Może – odparł, odwrócił się i pomachał mi butelką alkoholu.

– Alex! – Parsknęłam śmiechem. – Skąd ty to wziąłeś?!

– Ukradłem. – Wzruszył ramionami. – I zanim zaczniesz prawić mi kazania, zapewniam cię, że nikt nie zauważy. A w końcu dziś są twoje urodziny, więc należy nam się dodatkowa porcja, aby to opić!

Zaśmiałam się, a on bez wahania odkręcił butelkę i przystawił ją do ust.

– Mocne jak diabli – stwierdził skrzywiony.

Podał mi flaszkę, a ja przyjęłam ją z lekkim wahaniem. Upiwszy łyk, poczułam, jak płyn pali moje gardło.

– O tak, zdecydowanie mocne. – Kaszlnęłam i oddałam mu trunek.

– Wiesz, Scarlett, mam teorię… – Alex znów się napił.

– O nie! – Pochyliłam się, aby zebrać suche gałęzie.

– Tak, tak, słuchaj. Teoretycznie, jeśli nikt nie zauważył, że coś ukradłem, to tak naprawdę nie ukradłem, prawda?

Zaśmiałam się, kręcąc głową.

– Jesteś niemożliwy. A już na pewno jesteś pijany, bo bredzisz.

– To znaczy, że się ze mną zgadzasz? – zapytał, też zbierając badyle.

– To znaczy, że właśnie potwierdziłeś, iż w pełni zasłużyłeś na miano największego rozrabiaki w osadzie.

– Dziękuję. Czuję się wzruszony.

Już mieliśmy wracać, kiedy nagle potknęłam się o wystający korzeń i runęłam na ziemię. Gałęzie rozsypały się wokół mnie, a ja jęknęłam, ale zanim zdążyłam się podnieść, usłyszałam głośny śmiech Alexa.

– Wszystko w porządku, mistrzyni walki? – zapytał sarkastycznie.

– Zamknij się – skarciłam go, a on tylko pokręcił głową i usiadł przy mnie, odłożywszy na bok zebrane przez siebie drewno.

– Dobra, dobra. I tak nigdzie się nie śpieszymy. – Przechylił butelkę i wziął duży łyk.

Wyrwałam trunek z jego dłoni i sama upiłam jeszcze trochę.

Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy, patrząc w górę, gdzie między koronami drzew prześwitywały gwiazdy.

– Podczas waszej wyprawy… zbliżyliście się do Miasta? – zapytałam nagle, przerywając ciszę, która zapadła między nami.

Alex potarł dłonią kark.

– Nie jakoś specjalnie. Widzieliśmy je z oddali. Wieżowce, dym unoszący się nad dachami, światła. Ale nie podchodziliśmy.

Pokiwałam głową, wpatrzona w ciemność przed sobą.

– Ciekawe, jakie jest naprawdę – szepnęłam.

– Miasto? – Spojrzał zdziwiony.

– Tak. Intryguje mnie, jak wygląda życie tam.

– Pewnie jest głośniejsze…

– I czystsze – dodałam.

– I bardziej niebezpieczne – stwierdził stanowczo.

– Ale może też bardziej interesujące? – Popatrzyłam na niego, a on uniósł brew.

– Widzisz siebie w Mieście? – zapytał nagle.

– Nie wiem. Może.

Po opowieściach mamy i tych, którzy uciekli, bałam się tego miejsca, mimo to coś mnie w nim intrygowało, bo choć życie tam oznaczało podporządkowanie, to przynajmniej nikt nie musiał walczyć o każdy kolejny posiłek. Mieli prąd, ciepło i wygodne łóżka. I chyba trochę im tego zazdrościłam.

– Ale nie mogłabyś chodzić boso po lesie.

– I tak nie chodzę boso! – oburzyłam się.

– Tu byś mogła, a w Mieście zapewne niekoniecznie…

– Ciekawe, czy ludziom tam żyje się łatwiej niż nam tutaj. Czy mają wszystko na wyciągnięcie ręki? Domy z prawdziwego zdarzenia, ulice, na których nie trzeba uważać na wystające korzenie?

– To wszystko brzmi strasznie nudno.

– Może. Ale wiesz, co interesuje mnie najbardziej? – Spojrzałam na nocne, gwieździste niebo.

– Co takiego?

– Czy tam też wieczory wyglądają tak jak u nas. Czy siadają razem przy ogniu, śmieją się, śpiewają. Czy mają coś, co daje im to samo ciepło, jakie zapewnia nasza osada.

Alex milczał przez chwilę, spoglądając w dal.

– Wątpię. Wydaje mi się, że w Mieście każdy żyje bardziej dla siebie. A tutaj… wszyscy jesteśmy jak jedna rodzina.

– Więc może jednak my urządziliśmy się lepiej?

– Pewnie tak. Ale jeśli kiedyś tam trafisz… daj mi znać, czy mieliśmy rację.

Gdy byliśmy dziećmi, często fantazjowaliśmy o życiu w Mieście, lecz to było, zanim dorośliśmy i opowiedziano nam prawdę o takich miejscach. Ale pomimo wszelkich przestróg i wizji ograniczonej wolności od czasu do czasu się zastanawiałam, jak wyglądałoby moje życie, gdyby rodzice stamtąd nie uciekli. Czy byłabym tą samą osobą, którą jestem teraz? Czy zaznałabym tam szczęścia?

Nagle muzyka w oddali ucichła, a chwilę później przez noc przebiły się krzyki – przeraźliwe, rozdzierające powietrze wołanie o pomoc. Alex zerwał się na równe nogi, a ja zrobiłam to samo, choć świat zawirował mi lekko przed oczami. Alkohol nadal krążył w moim organizmie, ale nie miało to teraz znaczenia. Coś złego działo się w osadzie.

– Musimy wracać! – rzuciłam, od razu ruszając do przodu, jednak zanim zdążyłam postawić drugi krok, Alex złapał mnie za rękę.

– Czekaj! – Jego głos był ostry i stanowczy. – Nie możemy iść nieprzygotowani.

– Co?! Alex, oni tam…

– Nie wiemy, co się dzieje! – przerwał mi.

Szarpnęłam się, próbując wyrwać, ale uścisk chłopaka był zbyt silny.

– Ludzie potrzebują pomocy. Nie możemy tutaj tak po prostu siedzieć!

– I co zrobisz, Scarlett? Wpadniesz do wioski bez broni?

– Na pewno nie zamierzam stać tu bezczynnie!

– A może właśnie powinnaś! – warknął.

Zabrzmiał tak ostro, że przez moment zabrakło mi tchu. Alex nigdy nie krzyczał. Nigdy nie mówił do mnie w ten sposób.

– Nie wiemy, co tam się dzieje – wyjaśnił głosem niższym, spokojniejszym, ale napięcie wciąż emanowało z jego sylwetki. – To nie brzmi jak zwykły pożar czy bójka.

Krzyki w oddali przybrały na sile. Słyszałam wołania o pomoc, dźwięki, które przypominały uderzenia, i trzask pękającego drewna.

– Alex, jeżeli komuś dzieje się krzywda, to właśnie dlatego musimy tam iść! – wyrzuciłam, znów walcząc z jego uściskiem.

– Nie! – Zacisnął ręce jeszcze mocniej. – Nie tym razem!

– Nie będę się tu chować jak tchórz!

– To nie tchórzostwo – wysyczał. – To rozsądek! Jeśli trwa atak, jeśli ktoś napadł na osadę, jedyne, co możemy teraz zrobić, to nie rzucać się w to ślepo jak idioci!

– Więc co zamierzasz? Po prostu tu siedzieć?!

– Pójdę tam. Sam. – Zaakcentował ostatnie słowo.

– Co?! Nie. Nie ma mowy! Chyba że pozwolisz mi iść z tobą.

– Ty zostajesz. – Jego oczy błyszczały w mroku, a głos był stalowy, nieznoszący sprzeciwu. – Ukryjesz się.

– Nie zostawię cię samego!

– Masz się ukryć! – powtórzył, ignorując moje słowa.

– Nie! – zaprotestowałam ostro.

– Scarlett! – Chwycił mnie za ramiona. Wbił palce w moją skórę i zmusił, bym spojrzała mu w oczy. – Błagam cię, posłuchaj mnie choć raz. Jeżeli tam jest niebezpiecznie, musimy mieć kogoś, kto przeżyje i powiadomi innych, co się stało. Jeśli ja nie wrócę…

– Nawet tak nie mów!

– Jeśli nie wrócę… – kontynuował. – Biegnij. Nie zatrzymuj się. Nie szukaj mnie. Znajdź innych. Niedaleko w górach jest osada, pójdziesz tam i…

– Nie zrobię tego – przerwałam mu.

– Scarlett… – Spojrzał na mnie błagalnie.

– Nie zostawię cię samego!

Patrzył w ciszy przez dłuższą chwilę, po czym wypuścił powietrze z płuc. A potem… nagle mnie odepchnął. Zachwiałam się i cofnęłam o krok, a nim zdążyłam zareagować, on się obrócił i pobiegł w stronę osady.

– Alex! – wrzasnęłam i ruszyłam za nim, ale kiedy spróbowałam przyspieszyć, okazało się, że płynący w mojej krwi alkohol siał spustoszenie.

Musiałam się oprzeć o drzewo, by nie upaść, a w tym czasie Alex zdążył już zniknąć mi z oczu. Pozbawiona sił, osunęłam się po szorstkim pniu. Poczułam lekkość w nogach, a moje ręce drżały, jakbym była na skraju załamania. Podkuliłam kolana pod brodę, oplotłam je ramionami i wtuliłam twarz w materiał koszulki.

Nie mogłam tam iść. Nie mogłam im pomóc.

Serce waliło w piersi tak mocno, że aż bolało, ale ciało nie chciało mnie słuchać. Adrenalina próbowała zwalczyć skutki pijaństwa, jednak sprawiała tylko, że czułam się jeszcze bardziej zagubiona i słaba.

Osada… Mama… Alex…

Myśli wirowały w mojej głowie, każda gorsza od poprzedniej.

On nie powinien pójść sam. Powinnam była go powstrzymać.

W oddali krzyki znów przybrały na sile. Zacisnęłam powieki, palce wbiłam w ramiona. Przez moje ciało przeszedł kolejny dreszcz, ale tym razem nie z zimna. To był strach. Prawdziwy, surowy, rozdzierający od środka.

Nie mogłam dłużej siedzieć tu bezczynnie.

Ponowny przypływ adrenaliny uderzył gwałtownie. W jednej sekundzie wszystko stało się wyraźniejsze. Puls dudnił w uszach, zagłuszając nawet wrzaski dobiegające z osady. Obrazy mamy, Alexa i twarzy wszystkich ludzi, którzy byli dla mnie rodziną, przeleciały mi przed oczami.

– Scarlett, nie bądź tchórzem! – szepnęłam sama do siebie, zaciskając pięści.

Nie powinnam się tu chować. Nie teraz, kiedy byłam tam potrzebna. Nie powinnam pozwolić, by strach znów mnie sparaliżował.

Z trudem, ale stanowczo dźwignęłam się na nogi. Zatoczyłam się lekko, bo cały świat kołysał się wraz ze mną, mimo to zacisnęłam zęby i postawiłam pierwsze chwiejne kroki naprzód. Ledwie widziałam drogę przed sobą, jednak nie mogłam się zatrzymać. Musiałam tam wrócić. Musiałam im pomóc.

Moja złość i strach mieszały się z przerażeniem, ale właśnie to połączenie sprawiało, że biegłam dalej. Im bliżej byłam, tym głośniejsze stawały się krzyki. Słyszałam już nie tylko wołanie o pomoc, lecz także szczęk metalu, tupot nóg, huk przewracanych przedmiotów.

Osada walczyła. Moja rodzina walczyła.

Przyspieszyłam kroku, choć nogi plątały mi się coraz bardziej. W głowie wirowało coraz mocniej, ale to ignorowałam. To już nie miało znaczenia. Teraz liczyła się tylko jedna rzecz – dotrzeć tam, zanim będzie za późno.

Nagle zahaczyłam stopami o wystającą gałąź. Upadłam ciężko na ziemię, a z moich ust wydobył się zduszony krzyk. Przez chwilę miałam wrażenie, że już nie wstanę, że siły mnie opuściły, ale obraz Alexa biegnącego w stronę niebezpieczeństwa był jak iskra, która przyniosła nową motywację.

Nie mogłam zostawić go tam samego.

Wryłam palce w zimną ziemię i poderwałam się do góry.

Ostatnie metry przebyłam niemal na oślep. Ogień płonący w osadzie migotał już między drzewami, jego czerwony blask odbijał się od pni i oświetlał drogę. Mój strach przechodził w furię, determinację i gotowość do walki. Może nie byłam Łowcą jak Alex, może nie potrafiłam walczyć jak oni, ale miałam coś równie istotnego – odwagę.

Zatrzymałam się na skraju lasu. Wbiłam paznokcie w szorstką korę drzewa, gdy stanął przede mną przerażający obraz chaosu. W świetle gorzejących domów widziałam nieznajomych ubranych w czarne, obcisłe kombinezony. Maski zakrywały im twarze, a ruchy mieli precyzyjne, zimne, niemal mechaniczne. Pierwszy raz widziałam ich na własne oczy, ale rozpoznanie przyszło natychmiast – to musieli być oni. Bezlitośni, bezduszni słudzy systemu, bez najmniejszych oznak człowieczeństwa. Nawet teraz, gdy powalali kolejnych ludzi, robili to bez emocji, jak maszyny wykonujące zaprogramowane polecenie.

To byli żołnierze z Miasta.

Wstrzymałam oddech, kiedy Garett – ten sam Garett, który jeszcze niedawno śmiał się, próbując łapać ryby gołymi rękami – padł na ziemię, a dwóch żołnierzy pochyliło się nad nim z bronią w ręku. Jeden uniósł karabin i wycelował wprost w niego.

– Nie! – Krzyk uleciał z mojego gardła, zanim zdążyłam się powstrzymać, przez co uwagę mężczyzn z Garetta ściągnęłam na siebie.

Poczułam, jak lodowaty dreszcz przeszywa mi całe ciało. Zamarłam, a oni ruszyli ku mnie spokojnie i pewnie, jak drapieżniki zbliżające się do ofiary.

– Scarlett, uciekaj! – usłyszałam krzyk Alexa.

Spojrzałam przerażona w stronę, skąd dobiegł jego głos. Przyjaciel wyskoczył zza płonącego domu i zderzył się z jednym z żołnierzy, który zmierzał właśnie w moją stronę. Rozpoczęli brutalną walkę. Alex poruszał się ze zwierzęcą zaciekłością, każdym ruchem próbując ocalić mnie od losu innych, ale drugi tymczasem tylko przyśpieszył kroku, zupełnie jakby mój strach go napędzał.

Już miałam się odwrócić i uciec, gdy zatrzymałam spojrzenie na czymś, co sprawiło, że serce na nowo mi zamarło. Moja mama leżała na ziemi. Jej twarz była blada i pokryta kurzem, a nad nią stał żołnierz z uniesioną dłonią, w której błysnął sztylet.

Cały strach nagle wyparował – ustąpił miejsca czystej furii, a ta rozlała się po ciele. Bez wahania rzuciłam się naprzód i popędziłam wprost na zdziwionego wroga. W ostatniej chwili przypomniałam sobie wszystkie lekcje udzielone przez Alexa – szybkie uniki, precyzyjne uderzenia w słabe punkty, potrafiące obalić nawet najsilniejszego przeciwnika.

Zaskoczenie żołnierza było jedynym, co mogło dać mi przewagę.

Kopnęłam go mocno w krocze, a potem pchnęłam z całych sił. Runął ciężko, wydając stłumiony jęk, a ja puściłam się biegiem do przodu.

– Mamo! – krzyknęłam rozpaczliwie, gnając ku niej z całych sił.

Nogi poruszały się same, napędzane dzikim, rozpaczliwym pragnieniem, by zdążyć. Teraz liczyły się tylko ona i desperacka potrzeba, by ją ocalić.

Żołnierz siedział na niej okrakiem, dociskając do ziemi, a blask ognia odbijał się od ostrza, które trzymał teraz na jej gardle.

– Mamo! – wrzasnęłam z rozpaczą.

Zanim zdołałam do niej dotrzeć, obok mnie przemknęła ciemna postać. To Alex. Wpadł na żołnierza z taką siłą, że obaj potoczyli się po ziemi, wzbijając chmurę kurzu i popiołu.

– Uciekajcie! – ryknął, próbując przytrzymać szarpiącego się przeciwnika. – Natychmiast!

Zignorowałam przerażenie i podbiegłam do mamy, chwyciłam ją za ręce. Jej skóra była chłodna, zakrwawiona, a oczy pełne bólu i rezygnacji. To spojrzenie przeraziło mnie najbardziej.

– Mamo, musimy uciekać! – zawołałam z desperacją. – Schowamy się. Tam nas nie znajdą! – Pociągnęłam ją w stronę lasu, ale czułam opór.

Matka opierała się moim dłoniom, aż nagle stanęła gwałtownie w miejscu. Spojrzałam na nią z niedowierzaniem i znów spróbowałam zmusić do ruchu.

– Córciu… To już koniec…

– Nie gadaj głupot! – krzyknęłam histerycznie. – Mamo, rusz się, proszę cię, musimy uciekać!

Ogień rozświetlał twarz kobiety, łzy błyszczały w jej oczach, ale mimo to pozostawała nieruchoma.

– Scarlett, posłuchaj… – Głos miała łagodny, lecz pełen niewypowiedzianego bólu. Ujęła moją twarz w dłonie i zmusiła, bym spojrzała prosto na nią. – Oni przyszli po ciebie.

Te słowa uderzyły we mnie jak fala lodowatej wody. Przez moment wszystko ucichło – krzyki, odgłosy walki, trzask płonących domów.

– J-jak to po mnie? – wyjąkałam i zacisnęłam palce na jej ramionach. – Mamo, co ty mówisz?!

– To zawsze miało się tak skończyć… – Drżące dłonie wciąż obejmowały moją twarz. – Jesteś ważniejsza, niż ci się wydaje. Oni…

Nagle jeden z żołnierzy pojawił się tuż za plecami kobiety i jednym stanowczym ruchem wyrwał ją z moich rąk. Matka jęknęła z bólu, a jej palce ześlizgnęły się ze mnie, zostawiając po sobie tylko chłód i resztki ziemi.

– Nie! – wrzasnęłam, ale głos mi się załamał.

Rozszerzyłam oczy z przerażenia.

Ruszyłam do przodu, lecz wtedy poczułam od tyłu chwyt silnych ramion. Zaczęłam się szarpać, wić i kopać. W moich ruchach nie było gracji. Były tylko instynkt i brutalna, dzika potrzeba przetrwania oraz odzyskania wszystkiego, co właśnie mi odbierano.

– Zostaw mnie! – wrzeszczałam tak głośno, aż gardło piekło żywym ogniem.

Widok mi się zamazywał od łez, ale nie przestawałam szukać jej sylwetki, czegokolwiek – choćby cienistego kształtu. Jednak straciłam ją z oczu. Zniknęła. Wtedy zobaczyłam Alexa. Leżał kilka metrów dalej. Nieruchomo. Jego włosy rozsypały się wokół głowy, a twarz częściowo przysłaniał cień. Nie poruszał się. Nie próbował wstać. Nie patrzył w moją stronę.

– Alex! – krzyknęłam z nadzieją, że gdy mnie usłyszy, da znak, że żyje.

Jednak on ani drgnął.

Szarpnęłam się tak mocno, że oderwałam nogi od ziemi. Mężczyzna, który trzymał moje ramiona, zaklął pod nosem i jeszcze bardziej się napiął. Wbił palce mocniej i pociągnął mnie w przeciwnym kierunku, jakbym była workiem mięsa. Jego zdobyczą.

– Puszczaj! – warknęłam, nie ustając w wysiłkach.

Nie usłuchał, a raczej po prostu nie obchodziło go to, co mówiłam. Wlókł mnie przez ruiny naszej osady, po ścieżkach znanych na pamięć, po ziemi, gdzie stawiałam pierwsze kroki.

Dopiero po chwili zarejestrowałam ciała. Leżały wszędzie, jak kukły. Jak zabawki – porzucone, bo się znudziły. Garett. Owen. Pani Dolores. Dzieci… Twarze, które widywałam przez całe życie.

Z gardła wydarł mi się niekontrolowany krzyk. Nie ludzki, raczej zwierzęcy. Krzyk kogoś, komu odebrano wszystko. Zaczęłam jeszcze mocniej kopać, bić pięściami w pierś wroga, ale on szedł dalej niewzruszony i ciągnął mnie za sobą. Ziemia pod naszymi stopami była splamiona krwią. Osada płonęła. Płonęło moje życie. Zanim zdołałam złapać oddech, mężczyzna szarpnął po raz ostatni i cisnął mną na metalowe schodki prowadzące do wnętrza czarnego, opancerzonego pojazdu. Stało ich tu kilkanaście. To one sprowadziły tutaj te bezduszne bestie, które odebrały życie moim bliskim.

Żołnierz otworzył tylne drzwi, po czym wepchnął mnie do środka. Potknęłam się i uderzyłam ramieniem o kant oparcia. Syknęłam z bólu, ale nie zdążyłam nawet nic zrobić, bo drzwi natychmiast się zatrzasnęły. Dźwięk mojej pięści uderzającej w szybę był pusty, bez znaczenia, jak wołanie o pomoc, którego i tak nikt nie usłyszy.

– Wypuśćcie mnie! – wydarłam się, waląc w pancerne szkło. – Wypuśćcie!

Mężczyzna w hełmie usiadł za kierownicą i uruchomił silnik. Już wyciągałam ręce, aby go zaatakować, lecz zamarłam, gdy obok siebie zauważyłam drugiego z nich.

– Witaj, Scarlett – odezwał się. Głos miał niski i spokojny. Obleczony w coś niemal uprzejmego, ale przez to był tylko jeszcze bardziej przerażający.

Odsunęłam się natychmiast, niemal wciskając ciało w bok pojazdu. Kolana przyciągnęłam do piersi, a dłonie zacisnęłam. Nie miałam żadnej broni. Żadnej siły. Niczego poza własnym strachem.

– Kim jesteście? – zapytałam drżąco. Ledwo mogłam cokolwiek wydusić przez łzy, które niekontrolowanie spływały po policzkach. – Dlaczego to robicie? Czego ode mnie chcecie?

Nikt nie zareagował. Zapadła cisza, zakłócana jedynie moim histerycznym szlochem.

– Ty wciąż nic nie pojmujesz… – zaczął w końcu mężczyzna siedzący obok. – Ale zrozumiesz. Niedługo… – dodał.

Sięgnął do bocznej kieszeni kombinezonu i wyjął z niej strzykawkę. Ciecz w środku była przejrzysta, prawie niewidoczna.

Przylgnęłam jeszcze bardziej do drzwi, jednak ciasna przestrzeń uniemożliwiała mi ucieczkę, a jego ręka i tak była szybsza. Złapał mnie za kark, mocno i stanowczo. Drugą dłonią uniósł strzykawkę. Krzyknęłam, próbowałam się wyrwać, ale było już za późno. Poczułam ukłucie. Lodowate i ostre. Płyn rozlewał się po moich żyłach z prędkością błyskawicy. Obraz przed oczami zaczął się rozmywać, kontury wnętrza pojazdu wirowały, a ciało wiotczało. Spojrzałam w oczy mężczyzny, które jako jedyne miał nieosłonięte. I to właśnie ten obraz był ostatnią rzeczą, jaką zarejestrował mój mózg, zanim ciemność ogarnęła mnie całkowicie.

Rozdział 2

Obudziłam się, zachłannie łapiąc oddech – tak jak wtedy, gdy Alex wyciągnął mnie z lodowatej wody, a ja po raz pierwszy umknęłam z objęć śmierci. Moje serce waliło jak młot, a gardło miałam ściśnięte, jakbym właśnie uciekła z jakiegoś koszmaru – albo nadal w nim tkwiła. Przez kilka sekund, próbując pojąć, gdzie jestem, po prostu wpatrywałam się w biały, połyskujący sufit. W samym jego środku dostrzegłam małe okrągłe okno – niczym otwarte oko nieba – przez które wpadała wąska smuga światła. Tylko ona rozcinała ciemność spowijającą pokój. Światło było chłodne i blade, pozbawione życia. Zupełnie jak ja.

Podniosłam się powoli i usiadłam na skraju łóżka, ale dla mojego organizmu ruch i tak okazał się zbyt szybki, przez co natychmiast zawirowało mi w głowie, a pulsujący ból spłynął falą od skroni aż po kark. Wzięłam głęboki oddech i przejechałam dłonią po miękkim materiale. Nie był to prymitywny materac wypchany słomą, do którego przywykłam. To wyglądało na coś… z innego świata. Prawdziwe łóżko.

Nerwowo rozejrzałam się wokół. Nie znałam tego miejsca. Nie zostało zbudowane z drewna, gliny czy kamienia. Nie pachniało życiem, nie pachniało naturą. Wydawało się… doskonałe w sposób, który mnie przerażał. Bo doskonałość nigdy nie była ludzka.

Powoli opuściłam wzrok i spojrzałam na siebie. Ujrzałam czyste ubrania. Nie te, które pamiętałam z osady – zmechacone od noszenia, przesiąknięte dymem i trudem codzienności – lecz coś zupełnie innego, nowego i obcego.

Lniana koszula, jasna i miękka, otulała moje ciało delikatnym chłodem. Spodnie z tego samego materiału przylegały lekko i pachniały subtelnie… zbyt subtelnie. To nie był zapach lasu, ziół ani ognia. To był zapach sterylności.

Dotknęłam dłonią własnego ramienia. Skórę miałam gładką. Ciepłą. Niepokojąco czystą. Spojrzałam na dłonie. Nie nosiły śladów wczorajszego piekła. Nie zauważyłam na nich ani kurzu, ani popiołu, ani choćby rysy. Paznokcie zostały idealnie przycięte, bez żadnego zabrudzenia pod płytką. A przecież wczoraj wbijałam je w ziemię, pełzałam, krzyczałam, walczyłam. Byłam pokryta czyjąś krwią. Nie czyjąś… Krwią mojej rodziny. Mamy. Alexa…

Wzdrygnęłam się z obrzydzenia. Ktoś mnie dotykał, kiedy spałam – przemył każdą część ciała, ubrał w nowe rzeczy, rozczesał włosy i dał sobie przyzwolenie na zrobienie tego wbrew mojej woli, gdy byłam nieprzytomna.

Zerwałam się z łóżka i zaczęłam nerwowo krążyć po pokoju. Nie widziałam tu niczego znajomego. Nawet cisza brzmiała inaczej – nie jak spokój lasu o świcie, lecz jak kontrolowany bezdech.

Zatrzymałam się przed drzwiami. Były tutaj jedynym elementem, który przypominał coś z mojego świata. Ciężkie. Metalowe. Masywne. Ich powierzchnię przecinały poziome linie stalowych obręczy, wbitych w strukturę jak więzy. A klamka… nie wydawała się zwykła. Kuta, wygięta w spiralny wzór, ostra na końcach. Złapałam ją. Lodowaty metal zmroził mi skórę, ale pociągnęłam. Nic. Wrota nawet nie drgnęły.

Spróbowałam jeszcze raz, mocniej, z całej siły, jakbym w ten sposób mogła nie tylko otworzyć drzwi, lecz też wyrwać się z tej chorej rzeczywistości. Jednak to nic nie dało. Ogarnęła mnie desperacja. Znów szarpnęłam, tym razem bez opamiętania, jak zwierzę złapane w sidła. Rzuciłam się na nie całą masą. Usłyszałam tylko echo – zimne i beznamiętne niczym drwina.

– Halo?! – wrzasnęłam, uderzając pięścią w metal. – Jest tam ktoś?!

Nic. Cisza.

– Wypuśćcie mnie! – krzyknęłam ponownie.

Wciąż waliłam w drzwi. Raz. Drugi. Dziesiąty. Oddech rwał się w moim gardle, aż w końcu opadłam z sił. Przyłożyłam czoło do metalowej płyty i zamknęłam oczy. Obrazy wczorajszego dnia wdarły się do głowy niczym ostrza – ostre, bolesne, bezlitosne.

Nie mogłam dłużej ustać na nogach. Osunęłam się na posadzkę, plecy oparłam o zimne drzwi i objęłam kolana. Coś we mnie pękło.

– Mamo… – wyszeptałam tak cicho, że ledwo słyszałam własny głos.

Wspomnienie jej twarzy powróciło z brutalną siłą. Widziałam, jak upadała. Widziałam, jak żołnierz rzucił się na nią. Widziałam ten strach w oczach – i nic nie mogłam zrobić.

Zacisnęłam palce na ramionach, jakby ten uścisk miał powstrzymać łzy. Ale tych nie dało się zatrzymać. Wypływały jak rwący strumień. A każda kropla niosła w sobie imiona bliskich, których utraciłam.

– Alex… – wychrypiałam.

Widziałam jego ciało. Leżał bez ruchu. Nie odpowiadał. Ale on przecież zawsze wracał. Z każdej misji. Z każdej głupoty, jaką wymyślił. Był silny. Na pewno przeżył. Przecież to niemożliwe, aby wszyscy tam…

Zakrztusiłam się łzami.

– Czy ktoś mnie słyszy?! – wrzasnęłam, zdzierając gardło, i ponownie zaczęłam walić w metal. – Gdzie moja mama? Gdzie Alex?! – Zerwałam się z podłogi i znów rzuciłam na drzwi. Szarpałam je z desperacją, która nie znała już granic. – Oddajcie mi ich! Słyszycie?! Oddajcie! – wrzeszczałam, uderzając w gładką powierzchnię. – Proszę… błagam…

To nie była złość. To była histeria. Ból, niezdolny się nigdzie pomieścić, próbował ulecieć z mojego ciała przez usta, przez łzy, przez pięści.

Osunęłam się ponownie na podłogę i wtuliłam twarz w kolana.

Wczoraj miałam wszystko. Miłość matki. Dom, choć tylko z drewna i słomy. Bezpieczeństwo, choć zbudowane z niepewności. A teraz? Została mi jedynie biała klatka. I nadzieja. Głupia, cienka jak włos, ale jedyna, dzięki której jeszcze trzymałam się przy zdrowych zmysłach – że może… może wciąż żyją. Że ktoś ich uratował, tak jak mnie. Może to wszystko było tylko snem, jakąś halucynacją.

Jednak w głębi duszy słyszałam również inny głos – cichy, ale okrutny. Ten, który powtarzał, że przecież widziałam ciała. Stosy ciał. Że przecież mama i Alex też mogli tak skończyć, po tym jak mnie brutalnie stamtąd wywieziono.

Zasłoniłam uszy dłońmi, lecz to nie pomogło zagłuszyć myśli. One były wszędzie – w oddechu, w skurczu żołądka, w ściśniętym gardle. A jedno pytanie szczególnie nie dawało mi spokoju. Nie: „dlaczego ja?”. Nie: „gdzie jestem?”. Tylko: „dlaczego wciąż żyję?”.

Położyłam się na zimnej posadzce. Skulona, schowałam twarz między kolana – jak dziecko, które właśnie przestało wierzyć w to, że świat jest dobry. Ciało dygotało mi od szlochu, już dawno dającego się kontrolować.

I wtedy to usłyszałam. Metaliczny syk. Cichy, ale głęboki. Uniosłam się lekko na łokciu i zamarłam. Drzwi powoli się otwierały, a ja leżałam na podłodze niczym zwierzę, które w ostatnim odruchu nie wie, czy uciekać, czy gryźć. Poddać się czy walczyć.

Pierwszym, co zobaczyłam, były buty. Ciężkie, czarne, masywne buty. Zatrzymały się za progiem. Powoli uniosłam głowę i aż mnie zmroziło. To było ciało zaprogramowane do walki. Znałam ten typ, bo w naszej wiosce tak właśnie wyglądali najlepsi Łowcy.

– Widzę, że się obudziłaś – powiedział głosem zaskakująco spokojnym, lecz pełnym wyższości.

W końcu wzrokiem dotarłam do jego twarzy i wstrzymałam oddech. Nie był stary. Wręcz przeciwnie. Był młody – może niewiele starszy ode mnie. Ale nie wyglądał jak chłopak. Raczej jak mężczyzna, który widział rzeczy zostawiające ślady w spojrzeniu. Perfekcyjny. Choć nie jak człowiek. Jak broń.

Miał gęste, ciemne włosy, nieco dłuższe na górze, ułożone w sposób zbyt dokładny, by uznać to za przypadkowe. Jedno pasmo opadało mu na czoło, na przekór jego idealnie kontrolowanej postawie. To jedyne w nim wydawało się… ludzkie. Reszta była jak wyrzeźbiona w skale – ramiona szerokie, sylwetka prosta niczym struna, a każdy ruch precyzyjny, trenowany przez lata.

Miał na sobie ciemny, dopasowany uniform – wojskowy, techniczny, pozbawiony jakichkolwiek ozdób. Suwak biegł przez środek klatki piersiowej aż do szyi, a paski z zatrzaskami przy ramionach przypominały kabury na broń. Ale samo jego ciało już nią było. Widziałam to w postawie nieznajomego. W mięśniach rysujących się pod materiałem. W sposobie, w jaki się poruszał – cicho jak cień, z siłą mogącą w jednej sekundzie zmiażdżyć przeciwnika.

I były jeszcze jego oczy. Czarne. Chłodne. Głębokie jak bezdenne studnie, w których nie odbija się nic poza wyrachowaniem i obserwacją. Miał spojrzenie drapieżnika. Oceniające, ważące, analizujące i szukające słabości. A ja czułam, że widzi każdą z moich.

Kiedy wszedł w głąb pokoju, kierując się ku mnie, usiadłam prosto, przestraszona. W głowie rozbrzmiał mi szept:

Uciekaj. Jeśli tylko się odwróci, uciekaj.

Tyle że nie było dokąd uciec.

– Wstań, Scarlett – rozkazał, górując nade mną. – Użalanie się nad sobą nie poprawi twojej sytuacji.

– Użalanie się?! – warknęłam, przełykając słone łzy. – Zabiliście mi rodzinę!

– To była cena, którą…

– Cena?! – przerwałam mu.

Podniosłam się z podłogi i zacisnęłam pięści. Moje ciało było słabe, zmęczone oraz poturbowane, ale nie miałam zamiaru płakać u jego stóp.

– Próby buntu nic ci nie pomogą, więc przestań się zachowywać jak dzikuska i zaakceptuj swój los.

Zaakceptować swój los? Wściekłość buzowała we mnie jak wrzątek – parzyła od środka i zmuszała do działania. Zrobiłam krok w stronę oprawcy, patrząc mu prosto w oczy.