Twierdza - Agata Kunderman - ebook + audiobook + książka

Twierdza ebook i audiobook

Kunderman Agata

5,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

10 osób interesuje się tą książką

Opis

KŁODZKO NIE WYBACZA. PODZIEMIA NIE ZAPOMINAJĄ.

Pod osłoną nocy do mrocznych korytarzy schodzi czwórka znajomych, ale wychodzi tylko troje z nich.
Kłodzko czeka na wiosnę. Do miasta wracają turyści, również po to, by zwiedzać liczącą setki lat twierdzę. Jednak tym razem jest inaczej… W tym czasie ginie młoda mieszkanka miasta. Szybko wychodzi na jaw, że odwiedzała korytarze nocami, dołączając do grupy poszukiwaczy. Czy miała rację, mówiąc, że zostawili kogoś w podziemiach?
Komisarz Miron Zaleski ponownie rusza w pogoń za prawdą. Kroczy przez mroczne korytarze pełne cieni dawnych zdarzeń, gdzie wracają widma śmierci. Wśród nich widzi twarz Rysy – policjantki i przyjaciółki. Chce chronić wszystkich wokół, nie dostrzegając, że coraz więcej pęknięć pojawia się na jego własnej duszy. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 337

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 19 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Mateusz Drozda

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
piatekag

Nie oderwiesz się od lektury

świetna, jak wszystkie tej Autorki.
00



Copyright © by Agata Kunderman, 2026

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: Kuba Magierowski

Redakcja: Agnieszka Luberadzka

Korekta: Grzegorz Kaczmarzyk, Agnieszka Luberadzka

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

PR & marketing: Andżelika Wojtkiewicz

ISBN: 978-83-8441-411-8

Grupa Wydawnicza Filia Sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Dla wszystkich, którzy poszukują swojej siły

PROLOG

Trzasnęły ciężkie drzwi, a echo odbiło się złowrogo od pustych i zimnych ścian. Panowała całkowita ciemność. Było w niej coś pięknego, idealnego. Przez kilka wspaniałych sekund nie rozdzierało jej żadne sztuczne światło, była panią tego miejsca. Aż do momentu, gdy czyjaś ręka nie wciśnie guzika czołowej latarki.

– Rusz się. – Szept wybrzmiał w pustym wnętrzu wyjątkowo głośno. Ktoś podskoczył nerwowo, zaszeleściły o siebie goreteksowe kurtki. – Tłoczymy się jak stado baranów.

Ktoś zrobił kilka kroków naprzód. Już pierwszy z nich obudził echo, które brzmiało jak ostrzeżenie. Jakby stare, zimne mury dawały znać, że liczyć z zagrożeniem musi się ten, kto śmie zakłócić ich spokój. Pachniało wilgocią kilkusetletnich cegieł. Zdawało się, że ciężkie i chłodne powietrze można chwycić w dłoń i poczuć na opuszkach palców.

– Zamknij od środka. Wyjdziemy z drugiej strony. – Inny głos zakłócił ciszę.

Rozbłysły latarki. Ktoś odwrócił szybko twarz, gdy jeden ze snopów ostrego światła uderzył go prosto w oczy.

– Stary, ale nie ludziom po gębie!

– Nie jojcz, niechcący. – Światło czołówki powędrowało ku ziemi, oświetlając spękany beton.

Kobieta w czerwonej kurtce podeszła do drzwi, przez które weszli. Zadźwięczał pęk kluczy, a potem wszyscy usłyszeli szczęk zamka. Zabrzmiał ostatecznie. Jakby już nigdy nie mieli wyjść z twierdzy.

– Gotowi? – zapytała, spoglądając na twarze towarzyszy. Każda znajdowała się w półmroku, ponieważ stali z lekko opuszczonymi głowami w celu uniknięcia oświetlania oczu przez latarki.

Marcel, Janek i Robert. Ludzie, z którymi przechodziła przez wrota do twierdzy już wielokrotnie. Zawsze po cichu, zawsze w ciemnościach. Różnie o sobie mówili i różne mieli powody, by nocą włóczyć się podziemnymi korytarzami. Kamila jednak wiedziała, że każdy z nich, również ona, schodzi w ciemność głównie po to, by znaleźć siebie. Miała ochotę prychnąć pogardliwie, zanim jeszcze ostatnie słowo tej myśli przefrunęło gdzieś pod jej czaszką. Powstrzymała ją ciężka cisza, którą delektował się każdy z obecnych.

– Chodźmy, bo nas tu ranek zastanie. – Niski głos Marcela wyrwał ją z chwilowego zamyślenia. Jak zwykle brzmiał tak, jakby dźwigał na barkach wszystkie troski tego świata.

Nikt nie zaoponował. Rozległ się tupot butów trekkingowych, gdy cała czwórka ruszyła niskim korytarzem przed siebie. Łukowe sklepienie wisiało niebezpiecznie nisko nad ich kaskami, dlatego wszyscy pochylali głowy. Ona również, choć była z nich najdrobniejsza. Szli w milczeniu, wsłuchując się w dźwięk własnych kroków. Odgłosy marszu brzmiały wyjątkowo złowrogo w miejscu, które tylko delikatnie rozświetlały wątłe snopy ich czołówek. Ustalili, że przygaszą latarki, by oszczędzać baterie i oczy. Kamila zastanawiała się jednak, czy tylko ona, jako jedyna kobieta z całej czwórki, ma przez to wrażenie, że w tym półmroku kłębią się cienie dawnych zdarzeń i duchy tych, którzy chodzili tymi korytarzami.

– Zejdźmy dzisiaj kawałek dalej. Na Gall Schmige. – Janek najwyraźniej nie mógł wytrzymać milczenia. – Pójdziemy w prawo i tam pogrzebiemy.

Nikt nie odpowiedział. Łagodne echo jego słów utonęło w odgłosach podeszw odbijających się od nieregularnej, wyłożonej kamieniami ścieżki. Nagle Robert zatrzymał się gwałtownie. Szedł pierwszy, więc o jego nieoczekiwanie skamieniałą sylwetkę odbili się pozostali. Goretex znowu zaszeleścił nieprzyjemnie, co w ciasnym tunelu wywołało jeszcze bardziej nieprzyjemne wrażenie.

– Co ty…? – zaczął z wściekłością Janek, ale wtedy Robert podniósł szybko dłoń, dając tym gestem znać, żeby milczeli.

Na powrót wybrzmiała więc cisza. Gęsta i niepokojąca.

– Słyszeliście? – zapytał po chwili Robert i delikatnie obrócił głowę w ich stronę. W światłach latarek dostrzegli jego profil i nieco szerzej otwarte usta i oczy. – Tam coś się ruszało.

– Gdzie? – Głos Marcela był niepewny.

– Tak jakby za nami. Albo gdzieś obok.

– To niemożliwe – odpowiedziała Kamila, która odruchowo zacisnęła w pięść dłoń trzymaną w kieszeni kurtki. – Nikogo oprócz nas tu nie ma.

– Słyszałem…

– Gówno tam słyszałeś. Zmęczenie, echo, ciemność. Zmysły ci wariują, w głowie ci szumi.

Robert obrócił twarz w stronę Janka, który wypowiedział te słowa. Rzucił mu wściekłe spojrzenie, ale Janek nie mógł go dostrzec. Snop światła skutecznie przesłonił mu wszystko.

– Idziemy – warknął, najwyraźniej uznając, że nie ma sensu wszczynać kłótni. Cisza między nimi stała się jednak jeszcze cięższa. Zła energia, która nagle rozpanoszyła się między nimi, zaczęła grać pierwsze skrzypce.

Duchy… – pojawiło się w głowie Kamili, która nie mogła pozbyć się uczucia, że choć weszli tutaj w czwórkę, to nie szli teraz sami. Coś im towarzyszyło.

Szli długo, oddychając wilgocią i starając się gubić własne myśli wśród dźwięków wytwarzanych przez ubrania. Ich oddechy coraz bardziej przyspieszały. Wyprawa zaczynała przypominać dziwny wyścig, w którym każdy przed czymś uciekał. Czy naprawdę uwierzyli w to, że w tunelach twierdzy byli tylko oni?

– Słuchajcie, nie możemy tak dłużej – odezwała się w końcu Kamila, zmęczona atmosferą i naburmuszeniem towarzyszy. – Przecież…

– Ciiii! – syknął Janek i w przestrachu uniósł obie dłonie. Stał tak przez moment, jakby pozował do zdjęcia.

Tym razem usłyszeli to wszyscy. Dziwny szelest, a potem coś, co zabrzmiało jak urwany śmiech. Niesiony echem, ale wciąż przerażająco wyraźny.

– Kurwa… – szepnął Janek i spojrzał najpierw na Kamilę, potem na Roberta. – Co się dzieje? Kto jeszcze tu jest?

– To niemożli… – zaczęła szeptem Kamila, ale urwała.

Znowu dało się słyszeć ludzki głos, może śmiech? Rozmyty wilgocią unoszącą się w powietrzu, jakby nie do końca pochodził z tego świata, w którym oni się teraz znajdowali.

– Ja stąd spierdalam – powiedział Janek.

– Serio? Ty? – zakpił Robert. – Pan racjonalista? Może my wszyscy jacyś pojebani jesteśmy, sam nie wiem – mówił powoli i cicho, być może nie chcąc przegapić kolejnych odgłosów.

Szelest, mydlany pogłos w ciężkim powietrzu, dziwne szuranie, jakby ciężkie buciory ocierały się o kamienną ścieżkę. To była prawda. To było realne.

– Słuchajcie, może wyjdę na cykora, ale… – Janek znowu odezwał się błagalnym tonem.

– Mamy dwie, może trzy minuty do celu – przerwała mu Kamila. – Tam są te dziwne sklepienia w ścianie, wyglądają jak murowane dużo później niż sam korytarz. Idźmy, trochę przy tym pogrzebiemy i wracamy.

Sama nie była przekonana do tego pomysłu. Również starała się mówić stłumionym głosem, by obce odgłosy mogły przebić się przez jej słowa. Postanowiła wycofać się z twierdzy od razu, gdy tylko te się nasilą.

Odwrócili się wszyscy w tym samym momencie, gdy tuż za ich plecami rozległ się dźwięk. Coś się poruszyło, coś przemknęło. Po chwili jednak zaległa cisza. Wstrzymali oddechy.

– Nietoperze?

– Nie, na pewno nie. Coś większego.

– Ja pierdolę… – szepnął Robert. – Nie, kurwa, spadamy. Tu ktoś jest.

– Ale…

– Mówię wam, słyszeliście przecież!

– Ej, a gdzie jest Marcel?

Ponownie zaległa cisza, ale już znacznie lżejsza. Gdyby ktoś się postarał, byłby w stanie w zamkniętą dłoń chwycić ulgę, która nagle rozgościła się między trzema sylwetkami w obszernych sportowych kurtkach.

– No pojebany… – Robert położył dłoń na klatce piersiowej, głęboko oddychał. – Zabiję tego durnia.

Kamila zaśmiała się nerwowo.

– Masz trzydzieści sekund, żeby do nas dołączyć! – krzyknął Robert w ciemny korytarz. Jego latarka oświetlała tylko kilka metrów, za którymi rozciągała się całkowita czerń kłębiąca się pod niskimi sklepieniami. – Potem idziemy bez ciebie, debilu jeden.

Nic się nie wydarzyło. Liczyli na to, że zaraz zobaczą Marcela, który będzie szedł ku nim z głupim uśmiechem na twarzy, zadowolony z siebie, że udało mu się ich przestraszyć. Ale nie. Nieprzejednana ciemność tuż za snopem bladego światła pozostawała nieruchoma.

– Idziemy – zdecydował Robert rozkazującym tonem. – Niech sam sobie tu łazi, jak mu tak wesoło. Stary kretyn.

– No poczekaj, może coś znalazł i dlatego się zatrzymał – odpowiedziała Kamila. Nie podobał jej się gniew, który słyszała w głosie kompana.

– Nie, mam to w dupie. To już nie pierwszy raz, jak idzie sam się czołgać jakimiś zawaliskami. Odkrywca, kurwa jego mać.

– Daj już spokój. – Janek najwyraźniej też odczuł przesadzoną nerwowość.

– Idziecie? – Robert zignorował jego uwagę i ruszył naprzód, wymijając Kamilę. W wąskim i niskim korytarzu musiał otrzeć się o koleżankę, znowu usłyszeli szelest kurtek.

Nie wiedzieć czemu, ten krótki dźwięk wywołał mrowienie na jej skórze.

Ruszyli za Robertem. Kamila obejrzała się jeszcze za siebie i zobaczyła tę samą ciemność, przez którą jeszcze przed momentem nie był w stanie przebić się wzrok żadnego z całej trójki. Marcela tam nie było. Ucichły też odgłosy, które zmroziły im krew. Gburowaty Marcel, samotnik i indywidualista, postanowił działać sam. Nie pierwszy raz odłączał się od grupy, choć zazwyczaj wracał po kilku minutach. Tym razem najwyraźniej postanowił najpierw urządzić im małe przedstawienie, a potem pogrzebać na własną rękę.

Jeszcze długo milczeli i każdy z nich wiedział, że dzisiejsze wyjście należy spisać na straty. Choć wydawało się, że wyluzowali, nadstawiali uszu, by słuch mógł przedrzeć się jeszcze przez cząstki ciszy i wyłowić jakiekolwiek odgłosy. Wszystko jednak ucichło na dobre. Dziwne szelesty za ich plecami i śmiech, który niewątpliwie słyszeli.

Stukot niewielkich młotków geologicznych niósł się cicho pod sklepieniem tunelu. Dzisiaj wyjątkowo świdrował jej umysł, przeszkadzał i uwierał w ciało, jakby każde uderzenie naprawdę ją raniło.

Duchy… – znowu przemknęło przez myśli Kamili tuż przed tym, jak wyjątkowo realnie rozbrzmiał w jej głowie odgłos rozłupywanych kości.

Z całych sił zacisnęła powieki.

ROZDZIAŁ I

Komisarz Miron Zaleski zmarzł jak diabli. Każdy jego oddech zamieniał się w parę, która chwilę tańczyła przed jego oczami, by potem rozmyć się zupełnie w ciemności. Podniósł kołnierz kurtki i schował za nim większość twarzy. Marzył o włożeniu rąk do kieszeni, jednak trzymał lornetkę, którą co rusz nerwowo przystawiał do oczu.

– I co? – Usłyszał tuż obok szept Łukasza Brackiego, który przestępował z nogi na nogę, próbując się rozgrzać. Z policyjnej kurtki zbudował sobie jednoosobowe igloo, naciągając ją na głowę w przedziwny sposób.

– Na razie cisza – odpowiedział Zaleski i spojrzał na kolegę jak na przybysza z obcej planety. – Co ty robisz? Jak ty w ogóle wyglądasz?

– Nienawidzę zimna – odpowiedział tamten i znowu wykonał kilka dziwnych skoków.

Wiosna tego roku wyjątkowo długo kazała na siebie czekać. Marcowe poranki nadal były mroźne, a wieczorami wilgotne mgły wślizgiwały się pod ubrania i rozchodziły po skórze mokrymi plamami. W Kłodzku wciąż jeszcze leżały resztki śniegu, który dawno przestał być ozdobą. Brudnobrązowe brzydkie zaspy, trochę ze śniegu, a trochę z błota, topiły się powoli, jakby resztkami sił próbowały walczyć o każdy dodatkowy dzień. Miron też był tą pogodą zmęczony. Miał dziwne wrażenie, że w tegorocznej zimie drzemie jakieś zło, które za wszelką cenę chce z nimi zostać.

Bracki nagle podskoczył niespokojnie obok Mirona i nie było to wywołane ani zimnem, ani jego dziwnym tańcem.

– Jest! – wyszeptał rozemocjonowany. – Patrz, wylazł!

Dłonią wskazał na uliczkę pomiędzy kamienicami, na której pojawiła się właśnie ciemna sylwetka. Chuderlawy mężczyzna w czarnej kurtce poruszał się jak zjawa. Kroczył delikatnie, zupełnie jakby unosił się kilka centymetrów nad ziemią. Nie rozglądał się. Szedł przed siebie, pochylając głowę osłoniętą kapturem.

– Nie wygląda na takiego pojeba – skomentował Bracki.

– Chudzina – potwierdził Zaleski. – A mimo to zabił kochankę, poćwiartował jej ciało, ułożył w walizce podróżnej jak koszulki na wakacje, a potem wrzucił ją do jeziora. Bidulek.

Bracki pokręcił z niedowierzaniem głową. Emocje utrzymały go w miejscu. Przestał pląsać i stał nieruchomo, wpatrując się w światło latarni przy ulicy Bohaterów Getta, którą właśnie sunął ich podejrzany.

Stali ukryci między gęstymi świerkami, które dawały im doskonałe schronienie. Miron przesunął się kilka kroków w prawo, by mieć lepszy widok. Przycisnął lornetkę do twarzy, odrobinę za mocno, więc poczuł lekki ból. Nie przestawał jednak wpatrywać się w podejrzanego. Zwykły człowiek. Nie uciekałby przed nim na ulicy, nie przestraszyłby się go. I przenigdy nie pomyślałby, że to psychopatyczny morderca. Zaleski poczuł jeszcze większy chłód na karku i dopiero wtedy opuścił lornetkę. Skinął głową w stronę Brackiego.

– Tu zero trzy sześć. – Łukasz uniósł do ust krótkofalówkę. – Podejrzany wyszedł z kamienicy przy Bohaterów Getta, kieruje się w stronę Placu Jagiełły. – Opuścił radiotelefon i dodał: – Tam dalej jest Maniek i dwie inne ekipy, ogarną.

Zaleski usłyszał słowa kolegi, ale zupełnie się na nich nie skupił. Nie przestawał wpatrywać się w podejrzanego. Coś nie pasowało mu w jego wyglądzie i sposobie poruszania się.

– Coś jest nie tak – szepnął bardziej do siebie niż do Łukasza. – On… cholera… Co oni robią?!

Zaleski i Bracki patrzyli, jak zza kłodzkiego technikum wychodzi kolejny mężczyzna w ciemnej kurtce. Następna bardzo podobna sylwetka wyłoniła się zza budynku, który stał dokładnie naprzeciwko szkoły. Już na pierwszy rzut oka można było dostrzec, że to nie przypadek.

– Co oni robią?! – syknął ponownie Zaleski i zrobił kilka kroków naprzód, by mieć jeszcze lepsze miejsce do obserwacji.

Łukasz patrzył na niego przerażony, najwyraźniej nie do końca wiedząc, o co chodzi.

– Komisarzu… Co…

– Ja pierdolę… – Miron zaklął cicho i poczuł, jak z twarzy odpływa mu krew.

Dosłownie znikąd na linii marszu ich podejrzanego pojawił się ktoś jeszcze: mężczyzna pchający przed sobą dziecięcy wózek. Zaleski wiedział doskonale, że to prawdziwy przechodzień. Żaden tajniak, żaden profesjonalista. Najprawdziwszy ojciec lub dziadek, który wracał do domu z wieczornych zakupów. Nawet z tej odległości dostrzegał żółtą reklamówkę z marketu, która wystawała z ulokowanego pod gondolą koszyka.

– Szlag… – Bracki najwyraźniej dopiero teraz zrozumiał, o co chodzi.

Niestety zrozumiał też sam podejrzany, bo jego chód nagle stał się inny. Szedł ostrożnie, jak drapieżnik, który czai się na swoją ofiarę.

Zaleski rzucił lornetkę na ziemię, a potem wyciągnął pistolet z kabury i pochylony stawiał kolejne kroki. Próbując nie wyjść z cienia i omijając kręgi świateł latarni, przesuwał się wzdłuż murów kamienic, by jak najdłużej pozostać niezauważonym. Słyszał szelest suchych liści pod butami i własny przyspieszony oddech. Po chwili opuścił broń. Podejrzany zatrzymał się właśnie tuż obok przechodnia z wózkiem. Wyglądało na to, że do niego zagadnął. Mężczyzna pchający wózek również się zatrzymał, odpowiedział, nawet się uśmiechnął.

– Tylko nie to…

Policjanci, którzy przed momentem wynurzyli się zza murów kamienic, zwolnili. Przyglądali się całej sytuacji i już z daleka było widać, że nie są wobec niej obojętni. Zaleski kolejny raz zaklął z wściekłością pod nosem.

– Co za amatorka!

Wtedy stało się coś, co sprawiło, że komisarz znieruchomiał. Podejrzany poruszył szybko ręką i wyciągnął coś z wewnętrznej kieszeni rozpiętej kurtki. Broń? Nie, to było coś innego: butelka. Dlaczego, do cholery, wyciągnął butelkę?

– Miron, co robimy? – Bracki zmaterializował się tuż obok Zaleskiego. Trząsł się. Zapewne nie tylko z zimna, ale również z emocji.

Komisarz oddychał szybko. Zaciskał palce na rączce swojej Beretty, ale nie miał odwagi unieść lufy pistoletu. Obserwował każdy ruch człowieka w czarnej kurtce, próbując w myślach zaklinać rzeczywistość. W tym czasie podejrzany odkręcił trzymaną w dłoniach butelkę i beztrosko wyrzucił za siebie zakrętkę. Kawałek metalu zadzwonił o asfalt. Mężczyzna z wózkiem przyglądał mu się nieruchomo, najwyraźniej nieświadomy zagrożenia, w obrębie którego się znalazł.

Potem wszystko wydarzyło się bardzo szybko. Podejrzewany o straszliwą zbrodnię chuderlak wysoko uniósł stopę i z całej siły kopnął swojego rozmówcę prosto w klatkę piersiową. Niespodziewany ruch sprawił, że człowiek trzymający wózek nie miał żadnych szans na obronę. Przyjął uderzenie na rozluźnione ciało i odleciał przynajmniej na dwa metry, po czym upadł na plecy. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, podejrzany wlał zawartość trzymanej w dłoni butelki do dziecięcego wózka i krzyknął:

– Stać, kurwa, i ani kroku! Bo spalę tego bachora!

Nad wózkiem rozbłysł płomień zapalniczki. Miron widział go doskonale, bo wokół nagle zrobiło się o wiele ciemniej. Czerń skłębiła się gęsto i otoczyła jego samego i wszystkich, którzy stali w promieniu kilkudziesięciu metrów. Ubrani w czarne kurtki policjanci, którzy chwilę wcześniej zbyt szybko wynurzyli się ze swoich kryjówek i wzbudzili niepokój podejrzanego, stali jak dwa posągi. W dziwnej, ciemnej stopklatce zdawał się poruszać jedynie bladożółty płomień, który tańczył na szczycie zapalniczki.

– Spokojnie. – Jeden z policjantów uniósł dłonie. Głos mu drżał, tak samo jak drżał od lodowatego wiatru płomień zapalniczki nad polanym benzyną dziecięcym wózkiem.

Powalony kopniakiem mężczyzna, być może ojciec dziecka, próbował zebrać się z ziemi, oszołomiony tym, co dzieje się wokół.

– Leżysz tam, leżysz! – wrzasnął podejrzany i skierował w jego stronę rękę z płonącą zapalniczką.

– Nie rób niczego głupiego. – Drugi z policjantów próbował zyskać na czasie.

– Skieruj gębę do tych swoich mikrofonków – odpowiedział podejrzany. – Odwołaj całą akcję. Wszystkie psy mają wypełznąć z okolicznych krzaków i spierdalać w podskokach. Inaczej spalę bachora.

Zaleski jęknął w duchu, gdy dostrzegł, że wolna ręka podejrzanego zbliża się do rączki wózka dziecięcego. Najwyraźniej zamierzał wziąć go jako zakładnika. W tym samym momencie rozległ się dziecięcy płacz. Niemowlę, wybudzone być może wrzaskiem, a być może smrodem cieczy, która znalazła się w wózku, głośno zaprotestowało. Ostatnia nadzieja na to, że wózek wypchany życiowym dobytkiem prowadził jakiś menel, właśnie uleciała bezpowrotnie w czarne od zła niebo.

– Proszę… – jęknął leżący na ziemi mężczyzna i ponownie spróbował podpełznąć do wózka.

– Nic osobistego, brachu – odpowiedział podejrzany i lekko pchnął wózek, zmieniając jego kierunek. – Jeśli te łamagi niczego więcej nie spierdolą, dzieciak będzie na ciebie gdzieś tam czekał.

Miron przyglądał się tej scenie w skupieniu, analizując, jakim ryzykiem i jakimi konsekwencjami obarczone są jego potencjalne działania. Mógłby wyjść zza świerków i samodzielnie spróbować powalić tego zwyrodnialca, ale wtedy sporo ryzykował. Wystarczył jeden rzut oka któregoś z mężczyzn w jego stronę, by tamten się zorientował i wrzucił płonącą zapalniczkę do wózka. Mógłby strzelić, ryzykując życiem i podejrzanego, i dziecka, jeśli huk wystrzału gnoja wystraszy i sprawi, że upuści on zapalniczkę na mokre od benzyny posłanie wózka. Na życiu tego faceta nie zależało mu wcale. Nieważne, czy będzie gnił w jakiejś celi, czy od razu w ziemi. Na życiu dziecka zależało mu jednak bezgranicznie. Kilka sekund, być może nieodwracalna decyzja.

– Stój! – krzyknął jeden z policjantów, gdy podejrzany zrobił kolejne dwa kroki naprzód.

Potem zapadła cisza, w której wprawne ucho mogło wyłapać dźwięki inne niż te, które przypisuje się marcowemu wieczorowi na ciemnej ulicy. To był śmiech. Szyderczy śmiech drania, który igrał z życiem maleńkiego dziecka.

Zaleski odczekał kolejne trzy długie sekundy. Na jego oczach rozgrywał się film akcji i mógł jeszcze wpłynąć na jego zakończenie. Leżący na ziemi mężczyzna, targany zapewne rozpaczą, paniką i uderzającą do głowy dawką adrenaliny, rzucił się w stronę wózka. Złapał za bok gondoli i pociągnął w swoją stronę. Niebezpiecznie zachybotała się cała konstrukcja, dwa boczne koła oderwały się od ziemi. Ręka trzymająca zapalniczkę natychmiast powędrowała w dół. Celowo?

Miron przykucnął, ustawił się w pozycji do strzału i wymierzył. Dwie sekundy, jedna… Huk wystrzału z policyjnej Beretty złączył się z wrzaskiem mężczyzny, który szarpał się z płonącym wózkiem. Oba dźwięki bezlitośnie rozdarły ciszę i wywołały wrażenie, że na tę ulicę, do tego miasteczka, prawdziwa cisza nie powróci już nigdy. Podejrzanym targnął wycelowany w niego pocisk. Ciało poddało się uderzeniu i wykonało dziwny ruch, jakby przeszła przez nie fala. Mężczyzna wygiął się do tyłu, jego ręce podskoczyły bezwładnie, a potem runął na plecy. Miron natychmiast wybiegł ze swojej kryjówki. Słyszał, że tuż obok niego biegnie Łukasz, klnąc płaczliwie pod nosem.

– Nie! Tylko… nie… to… Tylko, kurwa… nie to!

Przy płonącym wózku byli pierwsi. Ciąg niespodziewanych wydarzeń na moment unieruchomił dwóch funkcjonariuszy, którzy oglądali całą scenę jak na widowni teatru. Po kilku sekundach i oni ruszyli pędem do przodu, po czym rzucili się na podejrzanego. Miron dobiegł do leżącego przy wózku mężczyzny. Gondola płonęła jasnym blaskiem, nie pozostawiając złudzeń, że jeśli ktokolwiek był w środku, to dokonywał właśnie żywota w niewyobrażalnych męczarniach. Jęzory ognia wyginały się na wszystkie strony, zaglądając w każdy zakamarek wnętrza wózka.

– Aaaaaaa!!! Kurwaaaaa!!! – Wrzask mężczyzny, który leżał w pozycji embrionalnej na ziemi, potoczył się echem i rozproszył w ciemności, która ich otaczała.

Wszystkie mięśnie Zaleskiego natychmiast się spięły. Na pół sekundy zwolniło to jego ruchy, ale podjął walkę z własnym strachem. Jeszcze chwila, ostatnia. Pochylił się nad płonącym, wywróconym na bok wózkiem. Jego serce się zatrzymało. Był tego pewien. Przez kilka milisekund nic nie czuł, niczego nie widział. Zawisł w nicości i nie chciał z niej wracać.

Gondola była pusta.

Komisarz obrócił głowę w stronę mężczyzny. Spod jego ciasno zaciśniętych, przytulonych do asfaltu ramion, dobył się krzyk. Wątły, delikatny. Niewątpliwie wyrażający przerażenie. Krzyk niemowlęcia.

Dziecko przeżyło.

Zaleski spojrzał jeszcze raz na płonący wózek i usiadł na drodze. Położył na zimnym asfalcie obie dłonie, a potem zacisnął palce, wbijając paznokcie w twarde nierówności drogi. Łamał je pod wpływem nacisku i czekał na ból, który nie pozwoli mu odpłynąć.

– Miron! – krzyknął mu prosto do ucha Bracki. – Jesteś?!

Zaleski otworzył szerzej oczy i potrząsnął szybko głową, próbując się otrzeźwić. Wracał. Zaczynał widzieć, czuć zapachy. Słyszeć to, co działo się wokół. Podniósł się na kolana i zaszurał nimi po asfalcie, próbując zbliżyć się do mężczyzny z dzieckiem. Tamten leżał w bezruchu, mocno przyciskając do piersi zawiniątko z niemowlęciem.

– Halo, proszę pana – odezwał się do niego komisarz. – Nazywam się Miron Zaleski, jestem policjantem. Pomogę panu, dobrze?

Harmider kończący źle przeprowadzoną akcję otoczył wszystkich. Rozbłysły policyjne koguty, podniesione głosy funkcjonariuszy niosły się po oświetlonej na niebiesko ulicy. Przyjechała również karetka, by zająć się niemowlęciem i jego ojcem. Miron był tego częścią. Choć nie mógł oprzeć się wrażeniu, że to sen, z którego bardzo chce się już obudzić.

– Mamy przejebane. – Maniek, policjant znany ze swych ambicji i kroczącej z nimi w parze arogancji, stanął obok niego. – Groń już pewnie o tym wie, jaja nam pourywa. Miało być proste aresztowanie, a wyszło takie gówno.

Komisarz Zaleski spojrzał na kolegę i zmrużył oczy. Po przekazaniu dziecka ratownikom medycznym ciągle stał z zaciśniętymi pięściami, wbijając połamane i lekko krwawiące paznokcie we wnętrza dłoni.

To prawda, mieli przejebane. I nic go to nie obchodziło.

* * *

Wracał zmęczony, przeszkadzało mu zimno, które oblepiło jego ciało, choć przed oczami wciąż miał rozgrzany do setek stopni płonący dziecięcy wózek. Wspomnienie tego widoku mroziło jego skórę jeszcze bardziej, a dłonie wpadały w uciążliwy dygot. Powinien coś z tym zrobić. Powinien się przyznać.

Stanął na progu swojego domu i zastygł. Drzwi były lekko uchylone, zaledwie na kilka centymetrów. Sprawdzał je przed wyjściem kilka razy i był absolutnie pewien, że zamknął je kluczem. Odruchowo sięgnął do kabury z pistoletem i zacisnął dłoń na lodowatej rączce. Nachylił się ku drzwiom, próbując dojrzeć, kto jest w środku. Wielki przedpokój wyłożony ozdobnymi, liczącymi sobie wiele dekad kafelkami, wydawał się całkowicie pusty. Nie było włączone światło, nie dochodziły z niego żadne odgłosy.

Miron pchnął drzwi. Stare skrzydło zaskrzypiało żałośnie, jakby właśnie komunikowało, że jest zmęczone i potrzebuje spokoju. W nozdrza uderzył go zapach, który doskonale znał: starych murów, nawozu do jego ukochanych drzewek bonsai i dywanu z bawełnianej włóczki, dzięki któremu po chłodnych kaflach można było chodzić boso. To jednak go nie uspokoiło. Zrobił krok naprzód, wchodząc w ciemny korytarz, który nagle przestał mu się wydawać bezpiecznym jak zawsze miejscem. Coś się w nim czaiło…

Stawiając kolejne kroki, słyszał delikatne szuranie swoich butów i własne, coraz głośniej bijące serce. Z kuchni dochodziły dźwięki. Ktoś musiał tam być. Zdziwią się, skurwysyny, niczego cennego tutaj nie znajdą. Chyba że droga im kolekcja bonsai, która zdechnie po dwóch tygodniach, jeśli nikt się nią odpowiednio nie będzie zajmował. Dość miał na dzisiaj. Poza naturalnym strachem odczuwał też złość. Był wściekły, że nawet we własnym domu nie może odnaleźć spokoju i wciąż ogląda się przez ramię. Rozprawi się z nimi, dojedzie, zanim policyjna suka odwiezie ich tam, gdzie ich miejsce: na dołek.

Jeszcze dwa kroki. Antyczny zegar z kukułką głośno pstrykał za drzwiami prowadzącymi do salonu. Jeden krok. Wąski snop światła błysnął, gdy zbliżył się do wejścia do kuchni. Mają tupet, złodzieje cholerni…

Kopnął w drzwi z całej siły. Rozległ się huk, jakby rozpadły się na kawałki. Usłyszał krzyk, choć inny niż ten, którego się spodziewał. Delikatny, budzący raczej współczucie, nie wściekłość.

– Co jest?! – Piskliwe dźwięki wdarły się w jego uszy. Właścicielka przerażonego głosu stała nieruchomo, unosząc krzesło, które chyba miało być narzędziem ewentualnej obrony. Oddychała ciężko, jak po przebiegnięciu maratonu.

– Boże… – Miron natychmiast opuścił broń i rękawem wolnej ręki przetarł czoło. Było mu gorąco. A oprócz tego wstyd. – Boże, Natalia, przepraszam cię.

Natalia Korczak, u której już jakiś czas temu awansował z dobrego kumpla na przyjaciela, a potem na chłopaka, upuściła trzymane krzesło. Mebel gruchnął o podłogę, przewracając się oparciem do dołu. Kobieta skrzywiła się z bólu, kiedy jedna noga przycisnęła jej palec u stopy.

– Miron… co ty wyprawiasz? Dlaczego włazisz do domu z bronią w ręku?

Zaleski spojrzał na pistolet. Schował go szybko do kabury, rozpiął czarną puchówkę i głęboko odetchnął.

– Przepraszam cię – powtórzył. – Tak bardzo cię przepraszam. Drzwi były uchylone, myślałem, że jakieś złodziejaszki. – Próbował się uśmiechnąć, ale grymas, który wykwitł na jego twarzy, nawet nie stał obok prawdziwego uśmiechu.

Natalia zgrabnie przeskoczyła przez leżące na podłodze krzesło i szybko podeszła do Mirona. Lekko utykała, zapewne boleśnie odczuwając fragment mebla lądujący na stopie. Ujęła jego twarz w ciepłe, miękkie dłonie.

– To tylko ja. Dałeś mi klucze, pamiętasz? Przyszłam godzinę temu, zrobiłam kolację.

Zaglądała mu głęboko w oczy. Szukał w tym spojrzeniu spokoju. I znalazł go. Uśmiechnął się, tym razem szczerze, a potem zamknął Natalię w ramionach.

– Ciężki dzień – powiedział po chwili. – Ale następnym razem pomyślę dwa razy, zanim napadnę kogoś, kto gotuje takie pyszności. – Spojrzał w stronę stojącej na blacie kuchni blaszki z parującą zapiekanką. Dopiero teraz jego zmysły odnotowały ten zapach: obłędny.

Wiedział, że ona wie. Wiedział, że nie lubi, gdy poważne sprawy obraca w żart. Ale teraz nie potrafił inaczej.

– Miron. – Wyswobodziła się z jego ramion i jeszcze raz spojrzała na niego świdrującym wzrokiem. – Nie jest dobrze. Będziesz musiał się przyznać.

ROZDZIAŁ II

Kamila Netzel wypuściła z płuc smugę tytoniowego dymu, który zdawał się gęstnieć, mieszając z zimnym marcowym powietrzem. Potem zaciągnęła się jeszcze raz, przymykając z rozkoszą oczy. Pięć w tygodniu, tyle mogła wypalić. Na tyle sobie pozwalała i z tylu sztuk była w stanie wytłumaczyć się przed samą sobą: że nie zaszkodzą, że nie wpłyną źle, że nie pozostawią żadnego śladu w organizmie. Czy to była prawda? Nie miała pojęcia, ale wolała tego nie sprawdzać.

Zgasiła niedopałek na pobliskim koszu na śmieci i tam go zostawiła. Resztki dymu unosiły się żałośnie nad zwłokami papierosa. Kamila weszła do małego pomieszczenia, urządzonego głównie w biało-szarych barwach, i poczuła przyjemne ciepło na dłoniach i policzkach. Spojrzała na zegarek. Do wizyty następnej klientki miała jeszcze dziesięć minut. To dobry moment na kubek ziół. Poszła na zaplecze swojego gabinetu kosmetycznego i włączyła czajnik. Potem przesypała ziółka do białej torebki, dzięki której farfocle nie pływały potem w napoju i można było komfortowo pić to zdrowe badziewie.

Liczyła, że szum czajnika ją uspokoi, ale poczuła się jeszcze gorzej. W tym dźwięku słyszała wszystkie głosy, które od wczoraj kłębiły się w jej głowie. Ganiące, podpowiadające, niedające wytchnienia. Sięgnęła po telefon. Prychnęła ze złością, gdy zobaczyła, że nie ma żadnego nieodebranego połączenia. Sama wybrała więc odpowiedni numer i przyłożyła do ucha dokładnie w momencie, gdy głos po drugiej stronie powiedział:

– Słucham.

– Robert – wykrztusiła szybko, zaskoczona, że odebrał od razu. – Czatujesz przy tym telefonie, czy jak?

– Nie, akurat… Nieważne. Co tam?

– Masz coś? Odezwał się?

– Ty znowu swoje?

– Robert… – Kamila z niezadowoleniem przewróciła oczami, poirytowana, że musi mu tłumaczyć tak proste rzeczy. – Jego nie ma w domu, rozumiesz? Nie mogę się do niego dodzwonić, nie jest aktywny na żadnym komunikatorze.

– A co on jest jakiś influencer, że ciągle musi być on-line? Daj chłopu spokój.

Nabrała powietrza w płuca, by zrugać go za te słowa, ale odpuściła. Policzyła do trzech i głośno odetchnęła, próbując wyrzucić z siebie złość.

– Chodzi mi tylko o to – odezwała się już o wiele spokojniejszym tonem – żebyśmy jeszcze raz przeszli tę trasę. Może on po prostu gdzieś zasłabł? Skąd wiesz, że…

– Bo wiem! – syknął Robert. – Marcel odłączył się od nas, a potem robił sobie jaja. Pajacował w korytarzach, bo bawił go nasz niepokój. A teraz ciągnie przedstawienie.

– Robert…

– Nie, Kamila, sorry! Wnerwił mnie tym strasznie, bo to nie pierwszy raz, jak rozwala robotę i łazi własnymi drogami. To niech łazi, jak ma ochotę.

– A jeśli tam naprawdę był ktoś oprócz nas? Może on kogoś spotkał i…

– Jasne, spotkał ducha Adolfa Hitlera. Razem się z nas pośmiali. Naprawdę, dajmy temu spokój.

Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale Robert sprytnie wywinął się z dalszej rozmowy. Pożegnał się krótkim „na razie” i zakończył połączenie. Uderzyła w nią cisza. Znowu zrobiło się jej chłodno, nie uspokoiły jej słowa Roberta. Kolejny raz spróbowała dodzwonić się do Marcela, ale operator sieci pogonił ją wymówką o niedostępnym abonencie. Odłożyła telefon na stół i zalała zioła gorącą wodą.

Nie mogła tego tak zostawić. Gdy w jej głowie znowu rozległ się przedziwnie realny odgłos, który brzmiał jak rozłupywanie kości, z całych sił zacisnęła powieki.

* * *

Każdy oddech zamieniał się w parę, a Kamila Netzel miała cholerną ochotę sięgnąć po papierosa. Wolałaby, żeby to dym drażnił teraz jej płuca i zamieniał się w powietrzu w jasnoszare maziaje. Tymczasem to powietrze kolejnego wieczornego przymrozku wędrowało przez jej ciało i wywoływało lekkie dreszcze. Tuż obok niej dymem elektryka raczył się Janek. Patrzyła na to z pogardą. Nie była w stanie zrozumieć fenomenu papierosów, które nawet jej śmierdziały skisłym żarciem.

– Ale masz minę. – Janek zauważył na sobie jej wzrok i roześmiał się cicho.

Wzruszyła ramionami.

– Gdzie on, do cholery, jest? – Szybko zmieniła temat. – Myślisz, że nas wystawi?

– Myślę, że nie. – Janek wypuścił z płuc ostatnią jasną smugę, a potem schował urządzenie do kieszeni kurtki. Jej szelest przywołał w Kamili nieprzyjemne skojarzenia. – Ale myślę też, że ma rację, twierdząc, że panikujesz. Ty naprawdę spodziewasz się, że znajdziemy tutaj Marcela, który błąka się po korytarzach twierdzy? Ty coś bierzesz, Kamila, czy jakiejś kolorowej dzisiaj przedawkowałaś?

Nie zwróciła uwagi na jego pogardliwe teksty. Wypatrywała na drodze Roberta i układała w głowie scenariusz ich kolejnego spotkania, gdyby jednak się okazało, że ich wystawił. Ustalała, jak bardzo na niego nawrzeszczy. Cieszyła się, że przyszedł chociaż Janek. Będzie im raźniej zejść do korytarzy razem. Męczyła ich przez cały dzień, aż w końcu wymusiła zgodę. Dlatego stali teraz w ponurej ciemności i jeszcze bardziej ponurej ciszy. Powietrze było ciężkie, nieprzeniknione. Miała wrażenie, że odkąd zbliżyli się do murów twierdzy, ich ciała zaczęło oblepiać coś gęstego, co w końcu sprawi, że nie będą mogli się poruszać. Jak Marcel…

– Chcę tylko sprawdzić, okej? – odezwała się, by odgonić od siebie paskudne myśli, które wracały do niej co chwilę. – Nie mogłam się do niego dodzwonić, w pracy go nie było…

– A ta jego Agnieszka?

– Nie mam z nią kontaktu. Ale czy Marcel nie mówił czasem, że miała gdzieś jechać służbowo na parę dni? Może on nie wrócił do domu, a ona nawet o tym nie wie.

Krótki szelest rozległ się gdzieś w pobliżu i jak na komendę odwrócili głowy w tamtą stronę. Wokół nich nadal było pusto i ciemno, ale spojrzeli na siebie z niepokojem. Najwyraźniej oboje usłyszeli to samo. Do Kamili znowu wracało cholerne wrażenie, że ktoś ich obserwuje. Walcząc ze strachem, nabrała w płuca powietrza, a potem powoli wypuściła, przymykając oczy. Poczuła się odrobinę lepiej, ale wtedy dotarły do nich kolejne odgłosy.

Kroki. Łagodne szuranie podeszw i rytm szybkiego marszu. Tym razem spojrzeli w drugą stronę. Kamila miała nadzieję, że zobaczą Marcela, który zmierza ku nim w swojej żółtej kurtce z czarnym kapturem. Ale nie. W ich stronę szedł Robert.

– Jednak jesteś? – zapytała, gdy stanął tuż obok nich z miną wyrażającą głębokie niezadowolenie.

– Chyba oszalałem, ale jestem. Wykorzystam to zejście, żeby poobserwować sklepienia jednego korytarza. Bo jak sobie pomyślę, że schodzimy tam w trójkę, myśląc, że wczoraj zapomnieliśmy kolegi, to mi się flaki wywracają.

– Bo niby co? – Kamila zrobiła krok w jego stronę, jakby chciała zaatakować, ale zmniejszenie dystansu zadziałało wyłącznie na jej niekorzyść. Gdy stanęła naprzeciwko Roberta, jeszcze bardziej zauważalne było to, że jest o dwie głowy niższa i, w porównaniu z dobrze zbudowanym mężczyzną, drobna jak mała dziewczynka.

– Bo to bzdura, Kamila. BZDU-RA – powtórzył dwie sylaby wyjątkowo głośno i nachylił się w jej stronę.

Czubki ich nosów dzielił teraz może centymetr przestrzeni. Patrzyli na siebie ze złością, milczeli. I właśnie to milczenie pozwoliło im dosłyszeć kolejny szelest gdzieś w pobliżu.

– Co to było? – zapytał Robert, wyraźnie zbity z pantałyku. – Ktoś jeszcze tu jest?

Nie odpowiedzieli. Również wpatrywali się w ciemność, licząc, że dostrzegą w niej coś, co przyniesie im ulgę. Ta pozostała jednak nieruchoma i cicha, nie otwierając przed nimi żadnej ze swoich tajemnic.

– Idziemy – rzuciła Kamila rozkazującym tonem. – Im szybciej to ogarniemy, tym szybciej dam wam spokój.

Nie oponowali. Po raz kolejny w ciągu dwóch dni zatrzasnęły się za nimi ciężkie drzwi i stanęli, tym razem w mniejszym gronie, w pustym korytarzu, który prowadził do podziemnych korytarzy twierdzy.

– Pójdźmy tą samą trasą – powiedziała, tym razem łagodniej. Co by się nie działo, obecność kolegów sprawiała, że czuła się bezpieczniej. Nie chciała, by któryś z nich nagle się wycofał. – Tylko może rozejrzyjmy się po bokach, wejdźmy trochę głębiej.

– Ty naprawdę wierzysz… – zaczął znowu Robert, ale mu przerwała.

– Nie wierzę, okej? Nie wierzę. Ale budzi to we mnie niepokój. Wkręcam sobie, że może zasłabł, coś go zblokowało, nie wiem. Będę spokojniejsza, jeśli to sprawdzimy i, obiecuję, już wam wtedy odpuszczę.

Ruszyli. Była im wdzięczna, że obeszło się bez dodatkowych tłumaczeń. Sklepienia korytarzy wydawały się jeszcze niższe, miała wrażenie, że co rusz ociera o nie kaskiem. Wilgoć była przytłaczająca. Powietrzem podziemnych korytarzy ciężko się oddychało. W świetle latarki dostrzegała niewielkie smugi, które mogły być tylko zabawą światła, czystą fizyką, zjawiskiem łatwym do zrozumienia. Ona jednak postrzegała je inaczej. Jako plamy czerni, których dziki taniec drażnił ją, przywodząc na myśl najgorsze. Oczami wyobraźni widziała, jak odnajdują Marcela. Wychłodzonego, słabego, zagubionego. Może rannego.

– Tu szliśmy prosto. – Janek zatrzymał się na styku trzech korytarzy. – Paręnaście minut dalej są te ślady na sklepieniach. Jeśli miał się odłączyć, pewnie skręciłby gdzieś tutaj.

Skierowali latarki na boczne korytarze, ale widzieli tylko kilka metrów przed sobą. Ciemność nie pozwalała przedrzeć się dalej.

– Ja tu, a wy tam? – spytał Robert, wskazując brodą najpierw na jeden korytarz, a potem na drugi.

– Chyba śnisz, absolutnie się nie rozdzielamy. – Kamila niemal krzyknęła, a sama myśl o tym, że i oni mieliby iść korytarzami w samotności, kompletnie ją paraliżowała. – Idziemy w lewo. Mało tam grzebaliśmy, może chciał sprawdzić.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

PROLOG

ROZDZIAŁ I

ROZDZIAŁ II

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja