Trzy bajki. Opowieść zimowa - Sawicz Agnieszka - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Trzy bajki. Opowieść zimowa ebook i audiobook

Sawicz Agnieszka

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Przy ulicy Husyckiej 3 czeka mieszkanie, które samo wybiera swoich lokatorów.

Rafał właśnie stracił narzeczoną i dach nad głową. Natalia wraca do Polski, niosąc ze sobą ciężar trudnych wspomnień i poczucia winy. Arleta, zmęczona rolą tej, która zawsze wszystko załatwia, marzy tylko o tym, by choć na chwilę zniknąć.

Troje ludzi na życiowym zakręcie trafia do miejsca, w którym codzienność zaczyna pachnieć świętami, tajemnice wychodzą na światło dzienne, a odrobina magii potrafi odmienić więcej, niż ktokolwiek się spodziewa.

 

Trzy bajki. Opowieść zimowa to ciepła, wzruszająca i pełna humoru powieść o nieoczekiwanych drugich szansach, O rodzinie, która potrafi zranić, ale też ocalić. Stracie, po której trzeba nauczyć się żyć inaczej. I o tym szczególnym momencie, w którym koniec okazuje się początkiem czegoś zupełnie nowego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 404

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 41 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Anna Ryźlak

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt okładki:

Andrzej Lademann z wykorzystaniem narzędzi AI

Ilustracje w książce i na okładce:

AI; 644910388, 924020777, 1268959327 / AdobeStock

Redakcja:

Anna Żochowska

Redakcja techniczna oraz opracowanie wersji elektronicznej:

Andrzej Lademann / komart.com.pl

Skład:

Joanna Więcławska

Korekta:

Joanna Kłos

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych. Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Wydanie I, Gdańsk 2026

Copyright © 2026 by Agnieszka Sawicz

Copyright © 2026 by Wydawnictwo FLOW

ISBN 978-83-8364-244-4

Wydawnictwo FLOW Sp. z o.o.

ul. Potokowa 2/3, 80-283 Gdańsk

wydawnictwoflow.pl

Wszystkim, którzy czasem uciekają, pragnąc odnaleźć siebie.

Bajka pierwsza

w której Rafała rzuca narzeczona, czyli jak to wszystko (tym razem) się zaczęło

– Naprawdę mógłbym wprowadzić się już dzisiaj? – W głosie mężczyzny słychać było nadzieję podszytą desperacją.

– Więc jest pan zdecydowany na wynajem? – Pośrednik spojrzał na niego z niedowierzaniem. Albo ten człowiek wcale go nie słuchał, albo rzeczywiście miał nóż na gardle. Z dwojga złego wolałby tę pierwszą opcję. Druga kojarzyła mu się z kiepskimi kryminałami.

– Jestem. Cena mi odpowiada, lokalizacja także. Nie przeszkadza mi też bojler w łazience, poradzę z nim sobie. Jakby się zastanowić, jest lepszym rozwiązaniem niż stały dostęp do ciepłej wody. Przypuszczam, że pozwala nieco zaoszczędzić…

– Owszem, jeśli będzie pan hołdował tradycji kąpieli raz w tygodniu. Niemniej muszę mieć pewność, że nie będzie pan wnosił zażaleń związanych z funkcją inspiracyjną mieszkania.

Rafał sprawiał wrażenie kogoś, kto nie do końca rozumie, co się do niego mówi. W jaki sposób miałoby mu przeszkadzać to, że kawalerka, którą zamierzał wynająć, natchnęła kogoś do napisania książki?

– Jeśli tylko nie pojawiają się tutaj pielgrzymki fanów pisarza albo jego dzieła, nie widzę żadnego problemu.

– I gotów jest pan złożyć oświadczenie na piśmie?

– Skoro to dla pana takie ważne…

– Oczywiście. Musimy mieć jasną sytuację. – Pośrednik sięgnął do teczki i wyjął z niej stosowne formularze. – Oto umowa najmu, tutaj pokwitowanie wpłaty kaucji. Płaci pan gotówką czy przelewem?

– Przelewem, jeśli mogę.

– Pański wybór. Proszę zatem dokonać płatności, a ja w tym czasie raz jeszcze się upewnię, że właściwie przygotowałem dokumentację. – Chwilę później telefon zawibrował. Pośrednik odblokował klawiaturę i odczytał wiadomość. – Cała kwota wpłynęła na konto, może pan już podpisywać. Proszę o autograf tutaj, tu i jeszcze jeden tutaj…

Rafał zobaczył, że tym razem nie jest to wydruk, a odręcznie napisana krótka formułka. Na szczęście ktoś, kto ją sporządził, miał niezwykle czytelne pismo.

– Potrafi pan przeczytać?

– Jasne, stara szkoła kaligrafii.

– Poproszę głośno. Muszę mieć pewność, że niczego pan nie pominął.

„Dziwak”, pomyślał potencjalny najemca, ale spełnił jego prośbę. W końcu od tego zależało, czy będzie miał gdzie dzisiaj spać.

– Ja, Rafał Sobierajski, będąc w pełni władz umysłowych, oświadczam, że zostałem zapoznany z sytuacją mieszkania numer siedem przy ulicy Husyckiej, w kamienicy pod numerem trzy. Tym samym odstępuję od jakichkolwiek roszczeń związanych z potencjalnymi niedogodnościami, jakie wiążą się z tym, że jest to lokal inspiracyjny.

– Boże, brzmi prawie jak „konspiracyjny”. Czy niedogodności nie powinny zostać wyszczególnione?

Pośrednik pokręcił głową.

– Niestety nie możemy przewidzieć, czy w ogóle jakiekolwiek wystąpią, a jeśli się pojawią, jaki będą miały charakter. Uprzedzałem pana przed chwilą, co może się wydarzyć. Czy mam powtórzyć? – W jego głosie dało się wyczuć lekkie zniecierpliwienie i Rafał wystraszył się, że mężczyzna zgarnie papiery i oznajmi mu, że ma na jego miejsce kilka innych osób. Za tę cenę lista chętnych musiała być naprawdę długa.

– Nie, nie ma takiej potrzeby! Słuchałem pana uważnie. Już podpisałem – powiedział Rafał i przesunął kartkę w stronę pośrednika.

Ten nawet na nią nie spojrzał. Złożył ją na pół, wsunął do beżowej koperty. Poślinił brzeg i starannie zakleił, po czym sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, wyjął z niej pióro i zapisał na kopercie datę dzienną. Sobierajskiemu udało się tylko podejrzeć, że najprawdopodobniej nie on był autorem tej dziwacznej formuły. Jego litery były kanciaste, przypominały nieco pismo techniczne.

No tak, przecież wspominał, że nie jest właścicielem mieszkania. Zapewne jest nim jakiś starszy człowiek, a tacy mają swoje fanaberie.

– Dobrze. Formalności za nami, pozostaje mi wręczyć panu klucze i życzyć… – Mężczyzna zawahał się, co mogło świadczyć na jego korzyść. Skoro nie miał nic miłego do powiedzenia, najwyraźniej nie chciał kłamać. Z kolei jeśli nie kłamał w tak banalnej kwestii – niewykluczone, że był też szczery, opowiadając o wadach i zaletach kawalerki.

Rafał zalety widział dwie i te w zupełności mu wystarczały, a na pewno przesłaniały potencjalne wady, które – jak zrozumiał – wcale nie musiały wystąpić. Pierwszym udogodnieniem była śmiesznie niska cena, a drugim, w jego sytuacji o wiele istotniejszym, natychmiastowa dostępność lokalu. Mógł się wprowadzić dziś i po zaledwie trzech nocach zakończyć przygodę z bezdomnością.

Wylądował na ulicy tylko dlatego, że był człowiekiem nietolerancyjnym i niepunktualnym. Obiecał bowiem Magdzie, że wróci do domu w czwartek, samolotem, który będzie lądował o dwudziestej drugiej, po czym nie dotrzymał słowa.

– Niech ci nawet nie przyjdzie do głowy, by po mnie wychodzić! – zapowiedział. – To za późna pora na włóczenie się po mieście. Lepiej będzie, jeśli zrobisz mi kilka kanapek, jak na wzorową panią domu przystało – zażartował. Magda nie potrafiła prosto ukroić chleba, posmarowanie go masłem i obłożenie serkiem też przekraczało jej możliwości. Wydawałoby się, że absolutny brak kulinarnych umiejętności to mit, ale ona była wyjątkiem potwierdzającym regułę. Wychowana w bogatym domu, w którym pani Stasia podawała jej każdego ranka śniadanie, obiady jadała w stołówce prywatnej szkoły, a wieczorem obsługiwana była przez panią Wierę, bo Stasia pracowała tylko na poranną zmianę, nie musiała samodzielnie robić absolutnie nic. Nigdy nawet nie pomyślała, że może być to powód do wstydu, swego rodzaju ułomność.

Dopiero gdy podrosła, poczuła potrzebę zaprzyjaźnienia się z kilkoma kuchennymi sprzętami, ale ostatecznie ograniczyła się do ekspresu do kawy, mikrofalówki i tostera. Te umiejętności pozwoliły jej przetrwać studia i łagodnie wejść w dorosłość w apartamencie kupionym przez rodziców na dwudzieste piąte urodziny. Wcześniej go nie potrzebowała, nauki pobierała w Paryżu i długo się wahała, czy w ogóle wracać do Polski. Ostatecznie przekonała ją intratna posada w firmie wuja Marcina oraz – Rafał bardzo chciał w to wierzyć – związek z obiecującym młodym naukowcem.

Poznali się na lotnisku. On wybierał się na konferencję do Madrytu, ona leciała oglądać nieruchomości. Zamierzała kupić niewielkie mieszkanko, bo tak przecież robili teraz wszyscy jej znajomi, lekceważąc przy tym ostrzeżenia klimatologów zapowiadających, że już za kilka lat południe Europy będzie miejscem, z którego ludzie zaczną uciekać przed pożarami i spiekotą.

On nalewał wodę do butelki filtrującej z poidełka zainstalowanego w hali odlotów, ona zachwyciła się jego proekologicznym podejściem do świata.

– Niesamowite! Że też na to nie wpadłam! W ten sposób zużywasz mniej butelek, nie zaśmiecasz środowiska. Też będę musiała sobie taką sprawić – stwierdziła, patrząc na Rafała z zaciekawieniem.

– Polecam, supersprawa. – Sobierajski ucieszył się jej zainteresowaniem. Była nieco od niego młodsza, filigranowa i miała krótko ścięte włosy, co uważał za największy atut współczesnej kobiety. Nie mógł patrzeć na te wszystkie długowłose nijakie dziewczyny, wyglądające jak klony tej samej topielicy. – Nie masz pojęcia, ile kasy można zaoszczędzić. W promocji kupisz taką za mniej niż trzy dychy, a już po trzecim napełnieniu w takim miejscu jak lotnisko zaczniesz generować zyski. Ceny są tutaj koszmarne – skrzywił się wymownie.

Magda też się skrzywiła, choć wtedy nie miał pojęcia, że jej reakcja na te słowa o ekonomii była zgoła inna. Ona zwykle unikała osób, które liczą każdy grosz – uważała, że to irytujące przyzwyczajenie, odbierające radość z przeżywanej chwili. On był przekonany, że połączyła ich wspólnota doświadczeń, głębia cierpienia na widok małej mineralnej za piętnaście złotych.

Pewnie dlatego, że nie wyjaśnili tej wątpliwości, rozpoczęli rozmowę, a gdy się okazało, że przez fatalny błąd w systemie Magda ma w samolocie miejsce obok Rafała, a nie w pierwszej klasie, uznali to za dobry omen, którego nie wolno zlekceważyć.

Z czasem Rafał nauczył się udawać, że po habilitacji będzie zarabiał krocie, a Magda, że mu wierzy. W zasadzie dogadywali się całkiem nieźle, mieli podobne poczucie humoru, oboje lubili teatr i podróże, za które ona płaciła, ale on wszystko planował, więc uznawali, że odpowiedzialność rozkłada się po równo. Z czasem jej rodzice pogodzili się z myślą, że będą mieć zięcia profesora – ostatecznie są w życiu większe tragedie, a stać ich było, by zadbać o ukochaną córeczkę, nawet jeśli mąż nie będzie mógł jej kupić willi z podgrzewanym basenem. „Niech zarobi na rachunki, będzie czuł się potrzebny”, pocieszała się przyszła teściowa, podpisując u notariusza akt darowizny nieruchomości. Teść pocieszać się nie musiał, bo był zadowolony, że ma z kim grać w warcaby. O szachach nie miał bladego pojęcia, od lat przekonywał więc wszystkich, jak niedocenianą rozrywką intelektualną jest skakanie pionkami po planszy, wymyślone tysiąc lat temu.

– Powstały u nas, w Europie! Żadne tam hinduskie wynalazki, tylko owoc przemyśleń naszych przodków, białych ludzi. Zasady są tylko z pozoru prostsze, ale wytrawni gracze wiedzą, że nie spisano ich dla prostaczków – przekonywał, mrużąc migdałowe, nieco skośne oczy, wskazujące na obecność w drzewie genealogicznym kogoś z drużyny Czyngis-chana. Magda miała takie same.

W ten sposób, rozpoczynając kolejną partyjkę, Rafał leczył kompleksy Jędrzeja Walickiego, co najwyraźniej nie wystarczyło, by pozostać atrakcyjnym również w oczach jego córki.

Pieniądze na pierścionek z diamentem („skromny, ale gustowny”) posiadł za sprawą uczelnianej pożyczki na remont mieszkania – jedynej, którą mógł dostać w miarę szybko, bez horrendalnego oprocentowania i konieczności przedstawiania później rachunków za lodówkę i zmywarkę. Magda z uśmiechem przyjęła oświadczyny na szczycie Babiej Góry, acz bez większego entuzjazmu, co tłumaczył wówczas zmęczeniem, a nie rozczarowaniem oprawą tego wydarzenia.

Dopiero gdy podsłuchał rozmowę teściowej z jej szwagierką, uzmysłowił sobie, że strona z poradami, jak wywrzeć wrażenie na dziewczynie, którą chce się poślubić, była prowadzona przez dyletanta. Symbolika zawarta w nazwie góry, we wspólnym zdobywaniu szczytu i rzucaniu ukochanej świata do stóp nie została właściwie odczytana. Powiało biedą, tandetą i brakiem zaangażowania.

Może dlatego Magda zdecydowała się przed czterema dniami spędzić wieczór nie na przygotowaniu kanapek, a w ramionach kolegi z pracy? Do tego młodszego od niej, po prostu dzieciaka! Czym on mógł jej zaimponować? Nawet nie urodą, bo w jego przypadku pewność siebie zdecydowanie wyprzedzała lustro.

Może chodziło właśnie o tę przebojowość skrzyżowaną z butą? Współczesny macho, karmiący ego komentarzami w sieci, widocznie trafiał w gust jego dziewczyny.

W sumie trywialnie.

Powody nie miały jednak już żadnego znaczenia. Upokorzony Rafał nie zamierzał ciągnąć tego związku. Magda także, bo chętnie poparła kolegę – Wojtusia, który prezentował w kuchennych drzwiach klasyczne białe slipki i minę zdobywcy oraz kazał mu nie rozpakowywać walizki.

Dziewczyna dodała radę, żeby do drugiej dopakował wszystko, co uzna za słuszne, oraz pamiętał o plecaku, tym samym, który dźwigał w Beskidach („Chyba nie myślisz, że będzie mi jeszcze potrzebny?”). Następnie zażądała zwrotu kluczy i podania adresu, na który odeśle jego szpargały, książki i tego misia, który siedzi na półce.

Tu Magda prychnęła śmiechem, a Rafał oniemiał.

Nawet gdyby przez ułamek sekundy rozważał przeproszenie narzeczonej za wcześniejszy powrót, niedostateczne zarobki i tę Babią Górę… Nawet gdyby ona rzuciła mu się do kolan, błagając o przebaczenie i krzycząc, że wyszła z tym Wojtkiem tylko na kawę, by pomóc mu przy prezentacji, a on musiał jej czegoś dosypać i nie wie, co się z nią działo oraz dlaczego ma na sobie ten czerwony pas do pończoch… Nawet gdyby jakimś cudem mogli zapomnieć o zdradzie – wyśmianiem misia Magda przekreśliła wszystko.

Towarzyszył mu od zawsze. Powiernik, najbliższa istota, która – był tego pewien – miała w sobie więcej życia niż dzisiejsza młodzież zawieszona nad ekranami telefonów. Od dawna już z nim nie zasypiał – miś zajął bezpieczne miejsce na półce, co miało uchronić go przed dalszą utratą futerka, ale przecież wciąż był dla Rafała ważny!

Tylko ktoś bez serca mógłby zakpić z tej więzi, z lat dziecięcych zaklętych w pluszowym przyjacielu, z chwil, w których tylko on dawał mu siłę, by zmierzyć się ze światem. Z głupotą nauczycieli, wyzwiskami kolegów, ciszą panującą w pokoju rodziców, których nie obchodziło, dlaczego ich syn znów płacze. Rafał się nie wstydził, że historia jego życia była w dużej mierze współdzielona z historią maskotki, ale teraz poczuł się tak, jakby Magda tym jednym szyderczym śmiechem odarła z czaru jego wspomnienia i zabrała mu poczucie bezpieczeństwa.

Minął ją bez słowa, wyjął z szuflady bieliznę, słusznie zakładając, że jej będzie potrzebował najwięcej, i dopchał plecak skarpetami. Z podróżnej walizki wysypał brudne ubrania i zastąpił je świeżymi. Bałagan na podłodze w ogóle go nie obchodził. Chwycił jeszcze śpiwór i dodatkową bluzę, a po chwili namysłu także karimatę wciśniętą w kąt szafy. Misiek trafił do mniejszej walizki.

Wyszedł, nie zaszczycając Magdy spojrzeniem i delikatnie zamykając za sobą drzwi. Pewnie spodziewała się, że nimi trzaśnie, ale on nie chciał dawać jej satysfakcji.

Uważał, że cisza bardziej boli.

Gdy wyjeżdżał z parkingu, nie miał pomysłu, co ze sobą zrobić. Nie chciał wpraszać się do nikogo ze znajomych. Wiązałoby się to z opowiadaniem o tym, co się stało, z czyimś współczuciem, stałby się tanią sensacją. Nie, nie czuł się na siłach, by rozmawiać z kimkolwiek, pragnął być sam.

Hotele? Wolał na żaden nie wydawać kasy. Byłoby go stać na taki nocleg, ale lata biedowania na stypendium doktoranckim nauczyły go, by nie szastać pieniędzmi, bo za chwilę okaże się, że ma ich za mało. Schronisko młodzieżowe? Chętnie, ale pokój wieloosobowy go przerażał, a jedynka kosztowała tyle co dwugwiazdkowy hotel. Wrócił do punktu wyjścia.

O dwudziestej drugiej, wtedy, kiedy miał lądować na Okęciu, zaparkował pod wydziałem. Przypuszczał, że budynek będzie zamknięty, ale chyba ktoś musi go pilnować? Wyjął telefon, sprawdził numer do portierni. Po siódmym sygnale połączenie zostało przerwane. Spróbował raz jeszcze.

– Panie Włodku? Jak dobrze, że pana słyszę! Tu Rafał Sobierajski, z pokoju pięćset jeden. Zostawiłem laptop w pracy, a pilnie muszę coś do niego wklepać. Wie pan, te wyniki badań, nad którymi siedzę, te z grantu. Doznałem olśnienia i pomyślałem, że przyjadę, popracuję trochę. W domu mnie wszystko rozprasza, narzeczona zaprosiła przyjaciółki, gadają, śmieją się, jeszcze mnie próbowały wciągnąć w rozmowę. Czy może mnie pan wpuścić na wydział?

Po chwili odbierał klucze i dobrą radę pana Włodka.

– Na przyszłość niech pan pamięta, żeby nie udzielać tak wielu informacji komuś, kto o nic nie pyta. I tak bym pana wpuścił, nie pan pierwszy ucieka z domu. Gackowski regularnie tu sypia, ma w domu trójkę małych dzieci. Poprzedni dziekan też nocował, gdy żona odkryła, że pojechał na półroczne stypendium do Stanów z kochanką. Ja tu, panie Rafale, jak spowiednik jestem, tajemnica rzecz święta. A umyć może się pan w naszym socjalnym, na pierwszym piętrze, tam jest teraz otwarte. Mamy prysznic.

Sobierajski poczerwieniał, podziękował i wrócił do samochodu po śpiwór i plecak. Ręcznika nie wziął, ale wytrze się papierowymi, jutro jakiś sobie kupi.

Kolejnego wieczoru pan Włodek przyszedł do niego z piwem.

– Bezalkoholowe dla mnie, dla pana coś mocniejszego. Jak pan chce, pogadamy, jeśli nie, wypijemy na dobry sen i pomilczymy. Wie pan, panie doktorze, ja to lubię siedzieć w ciszy, ale nie w swoim domu. Dlatego biorę tu nocne zmiany, za porannymi nie przepadam. W nocy mam spokój, za dnia studenci się kręcą i hałasują. Teraz może mniej niż kiedyś, bo każdy z nosem w telefonie, rozmawiać już nie potrafią… Zdradzę panu, że zastanawiałem się kiedyś, jak wy te zajęcia prowadzicie. Gadacie do siebie?

– Do ściany. Do siebie trochę głupio, dlatego ja skupiam się na ścianie. Jest równie elokwentna jak młodzież, ale w przeciwieństwie do studentów wydaje się, że mnie słucha. Oni grzebią wtedy w komórkach, zabronić im niczego nie można, bo w ankietach człowieka obsmarują, napiszą, że przychodzę nieprzygotowany na zajęcia albo na niczym się nie znam.

– Nie pojmuję, jak mogą was oceniać. Sami nic nie wiedzą.

– Oj, wiedzą, panie Włodku, jak lawirować. Jak iść po linii najmniejszego oporu, jak komuś dokopać, jeśli może im to w czymś pomóc. Jasne, że nie wszyscy, ale wielu przychodzi tu tylko z żądaniami, od siebie nic nie dają. Mam ich nauczyć, ale w taki sposób, żeby nie musieli przeczytać żadnej książki, żeby niczego nie wkuwali w domu. Za moich czasów było to nie do pomyślenia…

Portier pokiwał głową. Które pokolenie wykładowców tak mówiło? Każde narzekało na młodzież, ale teraz już chyba naprawdę mieli na co. Z drugiej strony, co on o tym wiedział?

– Widzi pan, ja bym dużo dał, żeby mieć się na kogo złościć, że się nie uczy – powiedział cichym głosem. – Mój syn też tu studiował, dwa lata.

– Przeniósł się na inny wydział czy w ogóle zrezygnował?

– Umarł – odpowiedział pan Włodek. Tak po prostu. Jakby informował, że śnieg właśnie zaczął padać.

Rafał osłupiał. Odstawił wolno puszkę z piwem. Wydało mu się niestosowne, by w takiej chwili pić, a choćby tylko ją trzymać.

Nie miał pojęcia, co powiedzieć, poza wyświechtanym „bardzo mi przykro”. Żadne słowa nie są w takich chwilach odpowiednie.

– Niech się pan nie martwi, panie doktorze, nikt nie wie, jak się zachować, gdy o nim mówię. Dlatego staram się nie rozmawiać, ale dziś jest taki wyjątkowy dzień i nie mogłem się powstrzymać. Bartek zaczął umierać równo ćwierć wieku temu. W tym dniu dowiedzieliśmy się o nawrocie choroby. Dziś pewnie byłby ojcem, może nawet dziadkiem, gdyby się szybko postarał! Ale nad tym się zwykle nie zastanawiam, bo bym oszalał. Wolę nie pamiętać, że nic po mnie nie zostanie, żaden genetyczny ślad.

Mężczyzna zapatrzył się w swoje odbicie w ciemnym oknie, Rafał dyskretnie przesunął się nieco w bok, aby nie zakłócać mu tego intymnego kadru. Nie chciał, by w szybie widać było dwie twarze, bo jego nie była tą, którą portier chciałby zobaczyć.

– Był dobrym dzieckiem, ambitnym. Nie mieliśmy wtedy za dużo pieniędzy, studia w dużym mieście kosztowały, chociaż akademiki były tańsze niż dzisiaj. Myśmy mieszkali… Nazwa panu nic nie powie. Namawiałem Bartka, żeby poszedł gdzieś bliżej, ale uparł się, że to najlepsza uczelnia, że duże miasto, że się wybije, bo jest zdolny. Miał rację, był. Tylko nam było głupio, że tak go zniechęcamy, ale wie pan: budżet nie był z gumy, a trójka dzieci na utrzymaniu, tamte były młodsze. Też fajne dzieciaki.

Głos pana Włodka nieco zadrżał. Tak jakby bał się kolejnych słów.

– One też… Też ich straciłem. I żonę. Wypadek, rok po śmierci Bartka. Myśli pan, że to niemożliwe, prawda? Że statystycznie tyle zła nie może spaść na jednego człowieka. To ja panu powiem, że wie pan, statystyka mówi jedno, a życie drugie. Te cztery śmierci pewnie ominęły inne rodziny. Może takie, które by się nie podźwignęły? Ja już nie miałem nikogo, więc w jakiś sposób było mi łatwiej. No niech pan tak nie patrzy! – Pan Włodek skrzywił się i pociągnął solidny łyk bezalkoholowego piwa. – Jak się ma bliskich ludzi, trzeba o nich dbać. Pocieszać w żałobie, nawet jeśli nie wie się jak i samemu nie ma na nic siły. Trzeba mówić, że wszystko będzie dobrze, że się ułoży, że zmarłemu jest gdzieś tam lepiej, bo już nie cierpi, nic go nie boli. Gada się takie rzeczy, chociaż samemu się w nie nie wierzy. Siebie okłamywać nie trzeba.

Rafał otworzył usta, po czym je zamknął, nie wypowiadając żadnego słowa. Ponownie nie znalazł właściwego.

– Bartek poszedł do pracy, uparł się, że zarobi na studia. Odkładał każdy grosz, nie imprezował, był bardzo obowiązkowym chłopcem, ale o tym już chyba mówiłem? Może nie… Pracował tak cały rok, zaoszczędził, zdał egzaminy i wreszcie mógł wyjechać na wymarzoną uczelnię. Jak on się cieszył! Myśmy byli z niego bardzo dumni i nie powiem, daliśmy mu też solidną wyprawkę, bo gdy on pracował, mnie było głupio, że się dzieciak zaharowuje. Wziąłem nadgodziny. Wiesia, moja żona, musiała zostać w domu. Młodszy z chłopców, Wojtek, ciągle chorował.

Sobierajski drgnął na dźwięk znajomego imienia. Przed oczyma stanęła mu narzeczona jako pani Wojciechowa, w czerwonym pasie do pończoch, z niemowlęciem na ręku i starszym dzieckiem uczepionym kolan. Odpędził ten obraz, zniesmaczony własną wyobraźnią.

W takiej chwili mogłaby mu dać spokój.

– Wojtek miał dziesięć lat, jak zdiagnozowano u niego wadę serca. Na operację trzeba było poczekać, ale mieliśmy czas. I nadzieję. Mogliśmy, jak przekonywali lekarze, żyć prawie normalnie, jednak Wiesia skupiała się na pilnowaniu najmłodszego na każdym kroku, trochę zaniedbując średniego, Karola. Ja z kolei znów brałem dodatkowe zlecenia, żeby odłożyć pieniądze na czas, kiedy będą potrzebne na leczenie. W ten sposób oboje schrzaniliśmy sprawę. Nie zauważyliśmy, z kim Karol się włóczy, z kim popija, że kleje wącha. Tak, rodzice zawsze popełniają błędy, a największym jest to, że ufają swoim dzieciom. Wierzymy, że sobie poradzą, pokochają kogoś wartościowego i będą szczęśliwe, a tymczasem one zawalają rok w szkole, nie mają przyjaciół i zakochują się w idiotkach. Albo idiotach.

– To prawda – westchnął Rafał. Tym razem wreszcie mógł coś powiedzieć z pełnym przekonaniem, ale portier go chyba nie słuchał.

– Ja wtedy żyłem w przeświadczeniu, że Wojtek będzie zdrowy, Karol sobie radzi, a Bartek skończy wymarzone studia. Przejechałem się na tej wierze. Bartek wrócił do domu na Wielkanoc jakiś zmęczony, blady, z gorączką. Wiosna, nic dziwnego, że coś złapał. Pewnie jadł byle co, jak to studenci, nie sypiał po nocach. Nie przejęliśmy się zbytnio, ale w lany poniedziałek gorączka mu podskoczyła, następnego dnia nie było mowy, by o własnych siłach wstał z łóżka. Poszedł rano do lekarza, wrócił z antybiotykiem. Tylko że antybiotyk nie pomógł. Po dwóch dniach zawieźliśmy go do szpitala, tam mu zrobili badania. Ostra białaczka szpikowa. Wdrożono leczenie, chemię, istny koszmar trwał nieco ponad rok, jednak młody organizm walczył i zaczęło być coraz lepiej. Bartek chciał kontynuować studia, mówił, że dzięki temu zapomina, że jest chory. Wrócił na uczelnię i śmiał się, że wszyscy zwracają na niego uwagę, bo chodzi na zajęcia w czapce. Wie pan, włosy mu wypadły i było mu zimno w głowę albo się wstydził. Nie wiem. Wtedy dzieciaki inaczej traktowały swój wygląd. Grupa bardzo go wspierała, pojechali nawet razem na wycieczkę za granicę. Jego pierwszy, jak się okazało, i ostatni taki wyjazd. Wydawało się, że wszystko się układa. On miał nadzieję i wiarę, i chyba więcej siły niż Wiesia i ja. – Pan Włodek westchnął, przesunął książkę leżącą na skraju biurka, uśmiechnął się lekko, widząc wystający z szafy rozbebeszony śpiwór. Rafałowi nie chciało się go składać i teraz zawstydził się swojego bałaganiarstwa, myśląc jednocześnie, czy Bartek ścielił swoje łóżko. Jemu nie każdego ranka udawało się doprowadzić pokój do ładu, a gdy wracał z pracy, sprzątanie nie miało już sensu. Gdy zamieszkał z Magdą, porządkami zajmowała się pani Mirka.

– W czasie kolejnej sesji zimowej Bartek oblał pierwszy w życiu egzamin. Nie dlatego, że się nie nauczył, a dlatego, że profesor wywalił go z sali, jeszcze zanim podał pytania. Właśnie za tę czapkę, bo jej nie zdjął. Cały rok się za nim wstawił, ale facet był uparty, postawił Bartkowi dwóję. Studenci go znienawidzili, długo jeszcze nikt nie chciał się zapisać na jego zajęcia. – W oczach mężczyzny pojawił się cień dawnej złości, na ustach zagościł grymas podszyty satysfakcją.

– Co za gnój! – wyrwało się Rafałowi. – Dziś coś takiego byłoby nie do pomyślenia. Mamy osoby odpowiedzialne za pomoc studentom w takich sytuacjach, facet zostałby wezwany do dziekana i stanął przed komisją do spraw etyki… – nakręcał się z każdym słowem, ale portier tylko machnął ręką.

– I co komu po takich komisjach? Myśli pan, że kogokolwiek nawróciły? Raczej potęgują złość. Ci, co przed nimi stają, czują się niesłusznie oskarżeni. Wie pan, gdyby był cień nadziei, że mogą na siebie spojrzeć inaczej, zrobiliby to bez sądu. Dlatego jak ktoś mendą się urodził, mendą zdechnie. Tacy jak on, gdy spotykają ich problemy, zaczynają szukać winnych, kogoś, kogo mogliby znienawidzić, na kim się wyżyć. W ich głowach nie ma miejsca na refleksję, co mogliby w sobie zmienić, jak stać się lepszymi ludźmi. Za wielu takich widziałem, żeby mieć na ten temat inne zdanie. A pan niech się nie zastanawia, który z pana kolegów tak się zachował. Już dawno tu nie pracuje. Zdaje się, że umarł, ale tego nie jestem pewien. W każdym razie Bartek nie zdążył za długo się tą sprawą złościć, nie poprawił też nigdy oceny. Nawrót choroby był nagły, jak uderzenie, po którym nie sposób się podnieść. Nie zdążyliśmy się z nim pożegnać, chociaż byliśmy przy synu non stop. Nie miał siły na rozmowy, był już w zasadzie po tej drugiej stronie, a nie z nami. Czasem mam do siebie żal o to, że tak żeśmy przy nim siedzieli… Pewnie zatrzymywaliśmy go przy sobie, a on był już bardzo, bardzo zmęczony. Chciał odejść, ale nas kochał i nie chciał skrzywdzić. – Głos pełen bólu cichł coraz bardziej, pewnie tak, jak kiedyś oddech jego syna. W pewnym momencie zamilkł i po chwili Rafał zdał sobie sprawę z tego, że sam przestał oddychać. Z wysiłkiem wypuścił resztki powietrza zgromadzone w płucach i głośno zaczerpnął nowego. „Jak dziecko po narodzinach”, pomyślał.

Słuchając o czyjejś śmierci, chce się zaczarować rzeczywistość i przesunąć wajchę rozmyślań w stronę życia.

– Wie pan, dzieciom trzeba pozwolić odejść. Do własnego życia… Albo do własnej śmierci. Nie wolno ich na siłę zatrzymywać. Muszą rozwinąć skrzydła tu albo na jakimś innym ze światów. Kiedy próbujemy uwiązać je przy sobie, sami też się wiążemy, a przecież każdy rodzic w głębi duszy tęskni za chwilą, kiedy będzie mógł zająć się swoimi sprawami. Wyjechać gdzieś, nauczyć się malarstwa albo pójść spać o dziesiątej, a nie po północy, bo może dziecku trzeba pomóc przy lekcjach czy po prostu z nim pogadać.

– Nie wiem, czy dziś jeszcze rodzice rozmawiają z dziećmi – wyrwało się Sobierajskiemu. W drodze do pracy mijał przedszkole i często stał w tym miejscu na światłach. Patrzył wtedy na młode matki szczebioczące coś do telefonów, na ojców załatwiających niecierpiące zwłoki sprawy przez smartfony, na kilkuletnie dzieci, często jeszcze siedzące w spacerówkach, bo tak pewnie łatwiej nad nimi zapanować, trzymające w małych, pulchnych łapkach tablety. Ci ludzie nie tracili czasu na opowiadanie bajek, jeśli już, to puszczali audiobooki. Nie pytali dzieci, co lubią, bo i tak decydowali za nie. One też nie zadawały pytań – dlaczego psy nie noszą majtek, czemu na drzewach jest tyle liści i czy kiedy spadają jesienią, drzewo to boli. Nikt im nie pozwolił na ciekawość, zabiły ją pełne niecierpliwości słowa „nie teraz, nie przeszkadzaj”. – Kiedy ja będę miał swoje, będę im opowiadał różne historie, czytał książki, będę z nimi gadał o wszystkim – zadeklarował, ale pan Włodek tylko się uśmiechnął, słysząc tę buńczuczną zapowiedź.

– Jasne, tak się panu teraz wydaje. Później będzie pan marzył, żeby gówniarz chociaż na chwilę zajął się swoimi sprawami. I dopiero gdy zaśnie, będzie pan siedział przy jego łóżku i wsłuchiwał się przez godzinę, jak pochrapuje. Będzie pan wtedy wymyślał, co mu się śni, wzruszał, jaki cud udało się panu stworzyć. Przez tę godzinę, której nie poświęcił mu pan za dnia, zabiegany, zajęty swoimi sprawami.

Rafał przełknął ślinę. Miał kiedyś psa, z którym nienawidził wychodzić. Szkoda mu było czasu na spacery, wolał go spędzać z kolegami, kundel był tylko przeszkodą. Ale kiedy psiak wskakiwał na fotel i zasypiał, potrafił gapić się, jak marszczy nos, węszy, przebiera łapkami, biegnąc za śnionym kotem, śmiał się, słysząc, jak powarkuje lub szczeka zabawnym, cienkim głosem. Pewnie to nie to samo co z dzieckiem, ale chyba podobnie?

– Kiedy dziecko umiera, siedzi się tak samo, tylko łóżko jest już puste. I też myśli się o tym, jak było wspaniałe, i o wszystkich słowach, których się nie usłyszało… Żałuje się czasu. Każdej zmarnowanej chwili. Tego zwyczajnego życia, zabierającego nam momenty, które moglibyśmy spędzać razem z bliskimi.

Coś zabulgotało w rurach, po czym rozległ się przeciągły szum, jak gdyby kaloryfery nagle nabrały ogromną ilość wody. Pan Włodek wyciągnął dłoń w stronę grzejnika.

– Ciepłe – ocenił. – Ostatnio miałem wrażenie, że jest tu nieco chłodniej, wie pan, w budynku.

– Zima, to musi być zimno – błysnął cytatem Sobierajski, ale nie doczekał się żadnej odpowiedzi.

– Kiedy zginęła Wiesia, też była zima. Ta pora roku odebrała mi całą rodzinę. Byłem w pracy, ona z Wojtkiem wychodziła do lekarza i wtedy pod blokiem zobaczyła Karola. Nie poznał jej, jak mówiła później sąsiadka. Siedział przemarznięty na ławce, wie pan, jeszcze były mrozy. Cały ośliniony. Nie kontaktował. Wiesia zaczęła nim potrząsać, a wtedy zwalił się na ziemię. Wtaszczyła go z pomocą sąsiadów do samochodu, wpakowała Wojtka i ruszyła do szpitala. Nie wołała karetki, była pewna, że tak będzie szybciej, a komórek, wie pan, jeszcze nie było. To znaczy, były, ale drogie, myśmy jeszcze nie mieli. Musiała być bardzo zdenerwowana, bo nie zatrzymała się na przejeździe kolejowym. Policja pocieszała mnie, że to był moment, że nie cierpieli, ale, wie pan, to marna pociecha. Rodzinę zastąpiły mi duchy. Słyszałem ich kroki, głosy, byłem pewien, że czuję perfumy Wiesi i widzę chłopców. Kilka tygodni później rzuciłem pracę, sprzedałem mieszkanie, przeniosłem się tutaj. W domu miałem już cztery puste łóżka, nie mogłem równocześnie przy wszystkich siedzieć.

Głos mężczyzny wydawał się suchy, rzeczowy, jakby opowiadał wyuczoną historię, ćwiczoną już wiele razy. Sobierajski pomyślał, że on musi tak brzmieć na wykładach.

– Dlaczego tu? – zapytał, zanim uświadomił sobie, że chyba nie powinien. Wydawało mu się jednak dziwne, że pan Włodek uciekł przed wspomnieniami do miejsca, z którym związany był jego najstarszy syn. Co z pozostałymi dziećmi, co z żoną? Byli mniej ważni? Czy nie łatwiej w takiej sytuacji zostawić za sobą całą przeszłość? Dlaczego potraktował ją wybiórczo? Nagle Rafał chciał tak wiele wiedzieć, lecz nie miał pojęcia po co.

Portier dopił piwo, raz jeszcze poprawił książkę, tym razem przesunął ją nieco w prawo.

– Nie wiem. – Tą krótką odpowiedzią zniweczył nadzieje Rafała na mistyczne przeżycie czyjejś żałoby, zrozumienie fenomenu tęsknoty i pamięci. – Czas spać, panie doktorze. Ma pan pojęcie, która godzina? Ja tam odsypiam w domu, ale pan ma pewnie rano zajęcia. Proszę dziś nie kombinować z tym śpiworem na podłodze. W holu są przecież worki, na których przesiadują studenci. Myślę, że są wygodniejsze, niektórzy na nich drzemią, niech i pan spróbuje. Nastawi pan sobie budzik na szóstą, wystarczy. Sprzątaczki, nawet jak pana zobaczą, chyba się nie zdziwią. Niejedno tu już widziały. – Mrugnął okiem i wstał z fotela. Zaskrzypiały stawy, coś chrupnęło mu w nodze. – Starość jest gadatliwa – skwitował te dźwięki i życząc dobrej nocy, ruszył w stronę drzwi.

Już miał je za sobą zamknąć, gdy się zawahał. Odwrócił się, ale nie patrzył na Sobierajskiego. Zawiesił wzrok w przestrzeni za oknem, za którym zaczęły właśnie tańczyć płatki śniegu. Chyba zerwał się wiatr.

– Jeśli chce pan wiedzieć, czy widziałem tutaj jego ducha, to nie. I wcale nie chciałbym go zobaczyć, bo mam nadzieję, że wszyscy moi bliscy są teraz spokojni i szczęśliwi.

Pan Włodek wyszedł, a Rafałowi nie pozostało nic innego, jak posłuchać jego rady. Na workach sako na pewno będzie wygodniej niż na podłodze.

Zasypiając, myślał o usłyszanej przed chwilą opowieści i próbował notować w pamięci wszystko, co zamierzał powiedzieć portierowi. Jutro. Teraz on kupi piwo, coś do jedzenia, siądą wieczorem, pogadają…

Rano szlag trafił centralne ogrzewanie w budynku i w południe dziekan zmuszony był odwołać zajęcia. Sobierajski nerwowo przeszukiwał ogłoszenia o pokojach do wynajęcia, przewracając się z boku na bok na wąskiej, nierozkładanej kanapie w salonie znajomego, którą dzielił z psem i jego gazami. Kolejnego dnia odebrał maila z informacją o rozpoczęciu zajęć zdalnych, najprawdopodobniej aż do świąt. Awaria okazała się poważna.

Oferta przy ulicy Husyckiej, w kamienicy pod trójką, była tak dobra, że zadzwonił pod podany numer przekonany, że wyświadczy komuś przysługę, mówiąc, że popełnił błąd i wpisał omyłkowo za niską cenę.

– Tak, cena wynosi dokładnie tyle, ile pan podał. Obejmuje koszty wynajmu i powinna pokrywać czynsz. Jeśli wygeneruje pan wyższe opłaty za gaz czy wodę, to gdy będzie pan zda- wał klucze, zostanie pan zobowiązany do dopłaty. Dotąd nigdy się to nie zdarzyło, kosztorys mamy dobrze sporządzony, ale muszę pana uprzedzić. Niedogodnością może być bojler…

– Żaden problem, moja babcia też taki miała, naprawdę! – przerwał w pół zdania Rafał, bojąc się, czy wykazuje dostateczny entuzjazm. Z nieznanych sobie powodów czuł się jak na castingu, jakby to właściciel lokalu miał sobie wybrać, kto w nim zamieszka, i szansę dostać by miał tylko ten, kto odpowiednio zachwyci się kawalerką.

– …i fakt, że to lokal inspiracyjny. Jeśli panu nie przeszkadzają wspomniane utrudnienia, możemy umówić się na oględziny za… Powiedzmy za godzinę? Jeżeli będzie pan zdecydowany, od razu spiszemy umowę.

Sobierajski wykrzyknął że tak, już jedzie, ogląda i że bierze w ciemno. Dopiero czekając na Husyckiej na pośrednika, zastanawiał się, czy nie przegiął z przedwczesną radością.

Gdzieś w tym musiała tkwić pułapka, jakiś szwindel. Słowo „oględziny” skojarzyło mu się teraz z miejscem zbrodni i oczyma wyobraźni ujrzał ślady po zaschniętej krwi na podłodze i niedokładnie startą kredę, którą policja obrysowała kształt ciała. Tylko czy morderstwo miałoby dyskwalifikować mieszkanie? W duchy nie wierzył, a żywi, zakładał, zostali już skazani.

Grzyb na ścianach? Toksyny wydzielające się ze starej kuchenki? Przerdzewiałe rury i woda o smaku żelaza? Na pleśń są jakieś środki, gotować nie musi, są bary mleczne, wodę kupi w butelkach. Grunt to skupić się na rozwiązaniach.

Uciążliwi sąsiedzi? Od czegoś jest policja.

Fakt, że to „lokal inspiracyjny”? Tak, to była jedyna kwestia, z którą nie wiedział, co zrobić.

– Pan Rafał Sobierajski, jak mniemam? – Pośrednik, bo kto inny znałby jego nazwisko, przełożył teczkę do lewej ręki, a prawą wyciągnął na powitanie. – Będę miał przyjemność oprowadzić pana po kwaterze. Już wiem, że się panu spodoba, ale musimy dopełnić formalności – oznajmił, nie przedstawiając się, po czym skierował kroki w stronę bramy. Nie spojrzał, czy Rafał idzie za nim.

Słusznie, pomyślał potencjalny najemca. W końcu zależy mi na tym mieszkaniu i byłoby dziwne, gdybym nadal stał na chodniku. Poczuł szacunek dla mężczyzny, który na pierwszy rzut oka wydał mu się szary, nijaki, jakby rozmyty.

„Gdyby na moich oczach zamordował teraz sąsiadkę i miałbym opisać go policji, nie potrafiłbym”, stwierdził Sobierajski.

Widział jego plecy, ciemny płaszcz, tył głowy wystający spod eleganckiego kapelusza, słyszał stukot butów, bez wątpienia skórzanych, dobrej jakości, lecz wystarczyło, by przymknął oczy i od razu nabierał wątpliwości.

Czy gość jest łysy, czy ma szpakowate włosy? Kapelusz to klasyczna fedora czy inny model? Jego płaszcz sięga kolan, czy wygląda jak zdarty z brytyjskiego dżentelmena? A buty są brązowe czy czarne? Nie no, brązowych chyba nie nosi, ale…

– To tutaj. W drzwiach, jak pan widzi, zamontowano tylko jeden zamek, ale gwarantuję, że nikt ich nie sforsuje. Po sąsiedzku nikt nie mieszka, piętro niżej… Niewykluczone, że pozna pan lokatorów. To się zdarza. Dzwonka nie ma, ale w dzisiejszych czasach to nie kłopot. I tak wszyscy umawiają się przez komórkę. Proszę wytrzeć obuwie i wchodzimy. – Głos pośrednika wyrwał Rafała z zamyślenia. Już drugi raz w ciągu kilku minut, stwierdził Sobierajski i uśmiechnął się, co najwyraźniej zostało odczytane jako radość z osiągnięcia celu albo zachwyt nad wnętrzami.

Bo i było czym się zachwycać, chociażby dębową podłogą, świeżo wycyklinowaną. Robiła ogromne wrażenie – jakby ktoś przeniósł ją tu przez pomyłkę z jakiegoś pałacu.

Niewielki przedpokój mieścił pojemną szafę i wieszak, na który pośrednik odwiesił płaszcz. Na półeczce powyżej wylądował kapelusz.

Mężczyzna miał na sobie garnitur, nieco zbyt elegancki jak na służbowe spotkanie, ale może od razu po prezentacji mieszkania biegł na jakąś uroczystość? Pod szyją miał zawiązany barwny fular i był to jedyny element, który można było zapamiętać. Fioletowe i zielone mazaje przykuwały uwagę, odwracając ją skuteczne od twarzy.

„Ma zarost czy nie?”, zachodził w głowę naukowiec, który – było nie było – żył z tego, że miał dobrą pamięć i zdolności analityczne.

– Tutaj ma pan pokój, połączony z kuchnią, proszę zwiedzać. A raczej rozgościć się, bo zapewne będzie pan reflektować.

– Już jestem zachwycony – wyszeptał Rafał.

Podejrzewał, że całe pomieszczenie nie ma nawet trzydziestu metrów kwadratowych, ale w tych domniemaniach opierał się na rozsądku i znajomości rynku oraz cen wynajmu. Niemożliwe bowiem było, aby ktoś chciał takie grosze za dobre czterdzieści, a może więcej metrów!

Przestrzeń była ogromna i mimo iż słońce skryło się za chmurami, a dwie ściany wyłożono brunatną cegłą, zdawała się jasna. Meble musiały być nowe, bo sosnowe drewno nie nabrało jeszcze charakterystycznego, pomarańczowego odcienia. Aneks kuchenny lśnił czystością, kącik wypoczynkowy kusił miękkimi meblami z zielonego pluszu – przytulną kanapą i głębokim fotelem, a za ażurową półką pełną książek stało sporych rozmiarów łóżko. Pod oknem ustawiono okrągły stół, nakryty długim, chyba ręcznie dzierganym obrusem.

„Skrzyżowanie loftu i wiejskiego domku babci”, pomyślał Rafał i gotów był dołożyć kilka stów, by tylko móc tu zamieszkać. Już widział siebie, jak siedzi przy tym stole i wstukuje na klawiaturze kolejne rozdziały książki, która przyniesie mu Nobla. Obok stoi talerzyk pełen domowych ciastek, na które przepis wyszperał w internecie, o szyby uderza wiosenny deszczyk, w tle sączy się przyjemna muzyka. Może Sade?

– Jak pan widzi, są niedogodności. Nie ma na przykład górnego światła, musiałby się pan zadowolić lampami i kinkietami.

– Żaden problem, tak będzie nastrojowo! Do pracy w zupełności wystarczy.

– Nie ma też instalacji telewizyjnej.

– Niczego nie oglądam, a jeśli już, to mam komputer. Wie pan, YouTube, serwisy streamingowe…

Pośrednik chyba nie słuchał.

– No i bojler. Nie zajrzał pan do łazienki – powiedział z przyganą i Rafał poczuł, że powinien czym prędzej naprawić swój błąd.

– Jaka śliczna! – zachwycił się szczerze. – Mała, cieplutka i pralkę ma…

– Pralko-suszarkę. Ale może pan też wieszać pranie na strychu.

– Fantastycznie! Będzie mi się tu dobrze mieszkało – zapewnił mężczyznę Sobierajski, myśląc, że ostatnio równie żarliwie obiecywał Jędrzejowi Walickiemu, że nie skrzywdzi jego ukochanej córeczki.

Szkoda, że ona nie obiecała tatusiowi, że nie zrobi świństwa narzeczonemu.

– Już wiem, że wreszcie napiszę tę książkę habilitacyjną. I zaległe artykuły. Tu będę mógł się skupić… Niech pan posłucha, jaka cisza! – Rafał wyciągnął przed siebie dłoń, jakby rzeczona cisza na niej przysiadła, i zamarł w bezruchu.

– Co za debil tu zaparkował! – rozległo się w tym samym momencie za oknem. – Chodź tu, durniu, i zabierz tego grata, bo glinami poszczuję! – awanturował się ktoś, waląc jednocześnie klapą od śmietnika.

– Uspokój się pan, dziecko mi obudzisz! – zaprotestował głos kobiecy.

– Twoje dziecko ma czterdzieści lat, a w południe mogę sobie krzyczeć do woli!

Dyskusja wydawała się rozwojowa, ale pośrednik nie był nią ani zaskoczony, ani skonfundowany.

– Obawiam się, że ta wymiana zdań dotyczy pańskiego samochodu – powiedział spokojnie. – Ten człowiek chce wywieźć śmieci i nie może się przecisnąć, zablokował pan wjazd.

Rafał poczerwieniał i bez namysłu chwycił kurtkę.

– Pan przygotuje papiery, zaraz wracam! – oznajmił i pognał, przeskakując po dwa schody na raz. Nie wiedział, że ich liczba jest nieparzysta, i na końcu zostały mu trzy stopnie. Źle wyliczył odległość i runął jak długi, zdzierając obie dłonie.

Zaklął, tą mniej zakrwawioną wygrzebał z kieszeni chusteczkę, przycisnął do rany i wypadł na podwórze.

Spojrzał w prawo, w lewo, przed siebie i szybko zlokalizował śmietnik. Stał pod ścianą, nie wydawał się przepełniony. Mężczyzny, który przed chwilą musiał walić klapą, nie było.

Przesunął jeszcze wzrokiem po oknach. Żadne nie było otwarte, za żadną szybą nie widać było zatroskanej matki, może poszła utulić do snu potomka?

Rafał pomyślał, że facet musiał wyciągnąć kubeł, nie bacząc na jego auto, i już w myślach liczył koszty lakiernika, kiedy uświadomił sobie, że nie było szans, aby tak szybko uwinął się z robotą. Może więc wrzaski dobiegały z sąsiedniego podwórka?

Wyszedł ostrożnie na chodnik i skierował się na osiedlową uliczkę. Rzeczywiście, zaparkował fatalnie, chociaż kilka metrów dalej było miejsce i nikomu by tam nie przeszkadzał. Przegapił je? Było wcześniej zajęte?

Jedna i druga odpowiedź wydawały się równie prawdopodobne. Rozejrzał się raz jeszcze, czując lekką obawę, że za chwilę ktoś rzuci w niego zgniłym pomidorem, ale wokół panowała niemal idealna cisza. Hałas wielkiego miasta tu nie docierał, z mieszkań nie sączyły się żadne dźwięki. Tylko wróble uwijały się w krzakach, w których ktoś zawiesił karmę dla ptaków.

„Muszą tu mieszkać dobrzy ludzie”, ocenił Sobierajski i rozgrzeszył nieznanego osobnika z inwektyw, jakie rzucał pod jego adresem. Też byłby zły w takiej sytuacji.

Przeparkował auto, upewnił się, że nikomu nie będzie zawadzać, i skierował się w stronę domu.

„Domu, też coś – prychnął w myślach. – Szybko się przyzwyczajam, tak jak do Magdy. Obym i tym razem nie popełnił błędu, nie dał się zwieść zauroczeniu”, przywołał siebie do porządku.

I dopiero pod drzwiami pomyślał, że sytuacja była co najmniej dziwna. Jakby ktoś sprokurował tę awanturę. Może chciał go wywabić z mieszkania?

Tylko po co?

Nie zostawił w nim nic wartościowego. Dokumenty miał przy sobie, telefon też. Portfel był w kieszeni spodni, upewnił się jeszcze. Był. Nie, sztuczny cyrk nie miał żadnego sensu.

– Już jestem, samochód przestawiłem. Jeśli dobrze widziałem, mieszkańcy nie mają przypisanych miejsc? Nikt już nie będzie mnie przeklinał?

Pośrednik wzdrygnął się niemal niezauważenie.

– Przekleństwa mają wielką moc. Proszę ich unikać. Może pan spróbować odwrócić zły los i podarować coś od siebie światu… Tak, zalecałbym taką profilaktykę – powiedział całkiem poważnie, przesuwając po stole papiery.

Sobierajski był pragmatykiem. W klątwy nie wierzył, ale uprzejmość i dobre wychowanie wzięły górę – nie wypadało takiej rady zostawić bez odpowiedzi.

– Myśli pan o złożeniu ofiary?

– Och, to chyba za wiele. Ale jeśli tak chciałby pan ująć sprawę, pozostaje mi się z panem zgodzić.

– Czarna kura, krowa, datek na kościół parafialny, magiczne zioła? Co pana zdaniem najlepiej się sprawdzi?

– Pańskie życie – odpowiedział bez zastanowienia ten dziwny człowiek, a przedramiona Rafała pokryły się z miejsca gęsią skórką.

– Dobry żart – zaśmiał się nerwowo, a w jego głowie znów pojawił się zarys ciała leżącego na podłodze. Tylko teraz już wiedział, jak dokładnie podłoga ta wygląda, a ciało należało do niego.

– Nie żartuję. Najcenniejsze, co możemy ofiarować światu, to chwile, które zostały nam dane. Ale wróćmy do naszej sprawy. Lokal pan widział. Całe wyposażenie jest do pana dyspozycji. – Mężczyzna podszedł do kuchennych szafek i otworzył je jedna po drugiej, pokazując zawartość. Biała zastawa, kubki, szklanki, sztućce, kilka garnków, patelnia. Bardzo zwyczajne, wręcz nijakie. Wszystko, co potrzebne, nie trzeba było niczego kupować.

– Książki też? – Rafał łakomie spoglądał na półki. Dostrzegł na nich kilka tytułów, na które od dawna miał chrapkę, a nie były dostępne w bibliotece. Z zasady nie kupował beletrystyki, więc szanse na lekturę uważał za mizerne, a tu proszę, stały sobie w równym rządku, jakby czekały na niego.

– Też. Proszę z nich korzystać do woli.

Sobierajski podszedł nieco bliżej i sięgnął po pierwszą z brzegu.

– Z autografem autora? – zdziwił się niezmiernie. Wiedział, jaką popularnością cieszył się pisarz, i spodziewał się, że takie egzemplarze na aukcjach osiągają zawrotne ceny! – Na pewno chce ją pan tutaj zostawić? – spytał z niedowierzaniem. A może pośrednik nie znał wartości tego białego kruka? – Ta książka kosztuje krocie. Autor…

– Wiem, kim jest. Wynajmował przed panem to mieszkanie. Wciąż zresztą powtarza, że dobrze mu się tu pisze. – Szary, nijaki mężczyzna miał poczucie humoru. Trochę dziwne, ale kto miał prawo je oceniać?

– Chyba powtarzał – uśmiechnął się Rafał. – Z tego, co wiem, nie żyje.

– Och, wszystko jest względne. Zatem raz jeszcze: jest to lokal inspiracyjny i musi być pan gotów na wszelkie płynące z tego faktu konsekwencje. Nie potrafię panu wskazać, jakie one będą ani czy w ogóle cokolwiek się wydarzy. Niemniej chciałbym, aby potwierdził pan na piśmie, że ma pełną świadomość tego, że zamieszkanie tutaj, na czas nieokreślony, zmieni pańskie życie.

Rafał osłupiał. Takiego steku bredni jeszcze nie słyszał!

– Przecież każda decyzja pociąga za sobą konsekwencje. Obojętnie, czy zamieszkam tu, czy gdziekolwiek indziej, moje życie nie będzie takie samo jak dziś rano. Pójdę spać i obudzę się w nowym miejscu…

Pośrednik pokręcił głową, wydawało się, że z politowaniem.

– Skala. To w niej należy szukać różnicy pomiędzy zwyczajną zmianą miejsca zamieszkania a zmianą, jaką wywołuje lokal inspiracyjny. Ja tylko pana uprzedzam.

– Dobrze, że pan nie ostrzega, bo zacząłbym się bać. Czego mam się spodziewać?

– Wszystkiego.

– Jestem na to „wszystko” gotów – zadeklarował Sobierajski. Co mogłoby go jeszcze gorszego spotkać? W jednej chwili stał się bezdomny, bo narzeczona rzuciła go tuż po tym, jak zdradziła go z jakimś palantem? Z pracy go nie wyrzucą, bo ostatnią ewaluację przeszedł z niezłym wynikiem punktowym, studenci go lubią, a dziekanowi niczym nie podpadł. Samochodem jeździ ostrożnie, więc prawka mu nie zabiorą. Zmiany? Nie planował żadnych, a i tak już jakichś musiał dokonać. Całe życie jest jednym wielkim ciągiem zmian, w większości niezauważalnych.

Przecież w pewnym momencie zaczął przepoczwarzać się z nieruchawego niemowlaka w bystrego malucha, później z rezolutnego przedszkolaka stał się ciekawskim uczniakiem, który pewnego dnia zamienił się w pogubionego w świecie nastolatka i nim chyba do dziś mentalnie pozostał. Nie zauważył, kiedy nauczył się mówić, a później milczeć. Kiedy nagle wyrósł z ulubionych spodni i znajomości, które zaczęły go uwierać. Kiedy przestał ufać rodzicom, a następnie samemu sobie.

Miał wrażenie, że przegapił znaczną część swojego życia.

I teraz miałby się bać jakichkolwiek zmian?

– Naprawdę mógłbym wprowadzić się już dzisiaj? – Był świadom, że w jego głosie słychać było nadzieję podszytą desperacją, ale naprawdę bardzo potrzebował tego mieszkania.

Chwilę później sięgnął po długopis i podpisał umowę, a po niej jeszcze to dziwaczne oświadczenie.

– Przepraszam, zapomniałem, nie umyłem rąk… Miałem drobny wypadek, gdy przestawiałem samochód, pobrudziłem kartkę… – Tłumaczył się jak dzieciak, widząc brunatniejący, krwawy ślad tuż przy swoim nazwisku.

Pośrednik wcale się tym nie przejął. Zabrał bez słowa wszystkie dokumenty, kartkę wsunął do beżowej koperty, zakleił ją starannie i opisał datą dzienną.

– Oto klucze. Pieniądze za czynsz przeleje pan na numer konta, który zapisałem tu. – Wskazał odpowiednią rubrykę na formularzu. – Powinien pan uiszczać opłaty do siódmego dnia każdego miesiąca.

– Cóż za zaufanie – zdziwił się Rafał. W świecie przedpłat, umów spisywanych u notariuszy i miłych panów w dresach egzekwujących długi taka beztroska nie była czymś normalnym. – Co się stanie, jeśli nie zapłacę? – postanowił sprowokować pośrednika.

Ten spojrzał na niego, jakby miał do czynienia z wariatem.

– Zapłaci pan – stwierdził i ruszył w stronę wyjścia.

Nie groził, był raczej bezgranicznie pewny tego, co mówi, i Sobierajski pomyślał, że chyba nie było na świecie nikogo, kto słysząc taki ton, zaryzykowałby choćby jednodniowe spóźnienie z wpłatą.

Skoro facet nie musiał podawać żadnych argumentów, mogło to oznaczać tylko jedno – miał je tak mocne, że nawet do głowy mu nie przyszło, że ktokolwiek chciałby go wykiwać.

– Proszę pamiętać o włączeniu bojlera, jeśli chce pan wziąć dzisiaj kąpiel. Ach, byłbym zapomniał. Nową pościel znajdzie pan w łóżku, trzeba ją rozpakować. W lodówce są zapasy na dzień, góra dwa, trzeba je będzie uzupełnić. I proszę położyć się wcześnie spać. Pierwsza noc w nowym domu jest bardzo ważna. – Pośrednik ukłonił się, nie czekając na reakcję Rafała, i wyszedł, dokładnie zamykając za sobą drzwi.

– Pierwsza noc? Babcia mówiła, że sny, które się wtedy przyśnią, bez wątpienia się sprawdzą. Pewnie gość wierzy w przesądy – mruknął do siebie Sobierajski i raz jeszcze, teraz już bez żadnej presji, przystąpił do oględzin mieszkania.

Wyposażone było doskonale, choć nigdzie nie znalazł śladów obecności internetu, a przecież przed chwilą był, logował się na stronie banku i płacił. Zachwycony ceną, możliwością kąpieli i perspektywą nocy przespanej w nowej pościeli zapomniał, by dopytać o szczegóły: sieć, hasło i zakres zasięgu mobilnego łącza, ale na razie postanowił się tym nie przejmować. Zadzwoni do pośrednika i wszystkiego się dowie.

Kanapa była wygodna, fotel też, krzesła przy stole dobrze wyprofilowane. Już wiedział, jak się usadowi – tak by za plecami mieć ścianę, a przed sobą widok za oknem. Bardziej wyeksploatowane krzesło przestawił, nie musiał go używać, ale uśmiechnął się, myśląc, że ktoś przed nim miał taki sam gust i siadywał dokładnie w tym samym miejscu, które on wybrał.

W sumie nic w tym dziwnego, krajobraz był zachwycający. Przywodził na myśl urokliwe akwarelki sprzedawane we wszystkich turystycznych miastach na świecie. Te, na których artysta czarnym tuszem szkicował rzędy kamieniczek, pieczołowicie oddając detale mające przekonać kupującego, że wraz z obrazkiem nabywa odrobinę przytulności. Firanki w oknach, koty wylegujące się na parapetach, doniczki pełne kwitnących pelargonii ukryte za miniaturowymi płotkami, mającymi zabezpieczać je przed upadkiem. Nieco obdrapane mury, dachówki, między którymi robią sobie przystanki gołębie, starszą panią idącą z psem na spacer.

Co prawda w grudniu o pelargonie byłoby trudno, ale Rafał wypatrzył miniaturową choinkę na poddaszu, kilka karmników i poduszkę na parapecie, bez kota. Pewnie siedział przy kaloryferze.

Pani z psem też nie uświadczył, ale przy sąsiedniej kamienicy stał mężczyzna w uszance. Z jego szmacianej torby na zakupy wystawała długaśna bagietka i pęk jakiegoś zielska.

„Prawie jak w Paryżu, brakuje mu tylko butelki wina” – ucieszył się w duchu Rafał i w tym samym momencie właściciel nietypowej czapeczki sięgnął za pazuchę, odkręcił małpkę i pociągnął zdrowy łyk. Po chwili poprawił, butelkę cisnął do kosza i zniknął za rogiem.

– Jakie miasto, taki alkohol – uznał Sobierajski i pomyślał, że czas udać się na wydział po rzeczy, które tam zostawił. Nie było tego dobytku za wiele, ale po drodze dokupi ręczniki, kapcie, kilka kosmetyków. Rozejrzy się też po okolicy, bo nie miał pojęcia, czy daleko stąd do jakichkolwiek sklepów i przystanku komunikacji miejskiej. I da znać Magdzie, dokąd może mu wysłać resztę jego rzeczy.

Sięgnął po komórkę i wybrał numer, lecz połączenie od razu zostało przerwane. „Zablokowała mnie?”, pomyślał i spróbował raz jeszcze. Z takim samym efektem.

– Esemesa chyba powinna dostać? – Nie miał pojęcia o takich mechanizmach, nikogo dotąd nie wyrzucił definitywnie ze znajomych. Wpisał nazwę ulicy, numer domu i mieszkania i nacisnął wyślij.

Niemal natychmiast pojawiła się informacja zwrotna, ale nie z potwierdzeniem odbioru, a komunikatem, że usługa nie może zostać zrealizowana. Rafał zaklął pod nosem, dodając jeszcze nieładny epitet pod adresem byłej narzeczonej, po czym odszukał numer na portiernię. Musiał się upewnić, że mimo awarii w budynku ktoś jest i dostanie się do pokoju.

Nacisnął zieloną słuchawkę, ale i tym razem z rozmowy nic nie wyszło. Spróbował więc dodzwonić się do Michała, później do Ewy, za każdym razem z takim samym skutkiem i dopiero po chwili zorientował się, że w mieszkaniu nie ma zasięgu.

Przez chwilę zastanawiał się, w którym miejscu stał, dokonując opłaty, i udał się tam czym prędzej – bez efektu.

– No dobra, to tłumaczy niższą cenę – zezłościł się na pośrednika. Powinien go poinformować, że mogą być problemy z telefonem! Z drugiej strony Rafał był tak podekscytowany wizją siebie w tej kawalerce, że nawet nie przyszło mu do głowy, by zakładać, że ona może być odcięta od świata. Zresztą w dwudziestym pierwszym wieku? Chyba niemożliwe, aby żadne fale tutaj nie docierały? Z pewnością poradzi sobie z tym problemem, zapyta techników na wydziale, może oni mu coś podpowiedzą.

Pocieszony tą myślą, szybko jednak stracił rezon. Nie dodzwoni się do chłopaków, maila też im nie wyśle, bo przecież nie ma tu internetu. Jak w takim razie będzie pisał? Miał dokończyć książkę, nadrobić zaległości w pracy! Bez dostępu do sieci to chyba niemożliwe?

Westchnął głęboko i oparł ręce na stole.

No nic, jakoś to będzie. W końcu zamieszkał w lokalu inspiracyjnym, wymyśli rozwiązanie.

*

wydawnictwoflow.pl