Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Jest to najnowsze wydanie ebooka powieści, która po raz pierwszy ukazała się 12 października 2020 roku i stanowi I tom serii z panią detektyw Jade Reflin.
Opis książki:
Gdy przypadkowy mężczyzna przywozi do szpitala poważnie ranną nastolatkę, personel medyczny natychmiast wzywa policję. Słowa pacjentki mrożą wszystkim krew w żyłach, jednak dziewczyna – choć ma poważne obrażenia – odmawia współpracy z funkcjonariuszami. Twierdzi, że będzie rozmawiała tylko z Gregiem Ruckerem. Mimo że wspomniany policjant nie ma pojęcia, kim jest tajemnicza pacjentka i dlaczego prosiła właśnie o niego, przybywa do szpitala.
Wraz z Jade Reflin – panią detektyw z wydziału osób zaginionych – Rucker rozpoczyna enigmatyczne śledztwo rodzące wciąż nowe pytania. Najważniejsze z nich to… Kim tak naprawdę jest Kathy Lutz? Wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, gdy policjanci trafiają do pewnego domu i informują mieszkającą tam kobietę, że prawdopodobnie odnaleźli jej córkę.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 505
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © 2020 by Thomas Arnold Copyright © 2026 by T.A. BOOKS
Projekt okładki Thomas Arnold
Skład, łamanie, realizacja okładki przygotowanie publikacji elektronicznej Artur Kaczor, PUK KompART
Wydanie II
ISBN 978-83-67516-13-6
Wydawca T.A. BOOKS
Powieść ta jest fikcją literacką. Nazwiska, postaci, miejsca i zdarzenia są dziełem wyobraźni autora. Użyto ich w sposób fikcyjny i nie powinny być interpretowane jako rzeczywiste. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych zdarzeń, miejsc, organizacji lub osób jest wyłącznie dziełem przypadku.
Moim wiernym Czytelnikom...
Nocną ciszę rozdarł krzyk, który obudził Marthę Brewer. Zaspana staruszka nerwowo zamrugała, po czym ściągnęła brwi i spojrzała niepewnie w stronę uchylonego okna, a zarazem na swego męża. Ten spał z otwartymi ustami, cicho pochrapując. Zaniepokojona dziwnymi odgłosami, delikatnie trąciła go w bok. John Brewer głośno chrząknął i miętosząc poduszkę, obrócił się do żony plecami.
Słysząc metaliczny brzęk, Martha po raz kolejny drgnęła i mocniej złapała za brzeg kołdry.
– John... – szepnęła.
Staruszka ponownie szturchnęła męża, tym razem znacznie mocniej. Ten charknął, przełknął ślinę, po czym wolno uniósł powieki. Miał mocno pobrużdżone czoło i olbrzymie worki pod oczami.
– John, ktoś tam jest.
– To pewnie koty... Śpij i daj spać innym – wymamrotał.
– To nie brzmiało jak koty.
– Śpijże, kobieto... – warknął. – Jeszcze tego brakowało, żeby na starość poprawił ci się słuch.
– Naprawdę coś słyszałam.
Nie musiała nic więcej mówić, gdyż wkrótce podejrzane odgłosy dobiegające z podwórza pojawiły się ponownie. John Brewer, niegdyś nazwany przez przyjaciół J.B., również je usłyszał. Początkowo zlekceważył hałas, ale po chwili zerwał się z łóżka, odrzucając kołdrę. Rozjuszony, w za dużej piżamie, która wisiała na nim jak łachmany na strachu na wróble, podszedł do okna. Wchodziło ono na podwórze za domem, gdzie leżało mnóstwo rupieci.
– Przeklęte kocury... – Marszcząc czoło, zamarł i zaczął nasłuchiwać. Gdy tylko wyłapał z ciszy dziwne szmery, błyskawicznie chwycił gruby kawałek drewna podtrzymujący zepsutą, dolną część okna przed całkowitym opadnięciem. Podniósł ją i wyjrzał na zewnątrz. – Wynocha stąd!!! – ryknął na całe gardło ochrypłym głosem. Myślał, że to koty, ale nieoczekiwanie dostrzegł sylwetkę osoby próbującej się podnieść po upadku. – O ty arogancka cholero! – Bez skrupułów cisnął podpórką w intruza. Klocek odbił się od przewróconej beczki i zniknął w wysokiej trawie.
– Kto tam jest? – jęknęła żona.
– A skąd mam wiedzieć?! – odkrzyknął, wciąż wyglądając przez okno.
– Koty?
– Jeżeli tak, to cholernie nażarte! – Źle widział po zmroku, a jeszcze gorzej bez okularów. Te zostały na nocnym stoliku. Dostrzegł jedynie poruszający się, duży jasny kształt na ciemnym tle. Mógłby przysiąc, że w którymś momencie usłyszał także kobiecy głos.
– Nie idź tam! Proszę cię!
Martha próbowała powstrzymać męża, ale w takich sytuacjach J.B. słuchał jedynie siebie. Nigdy też nie dawał się nikomu zastraszyć, a z wiekiem stawał się coraz bardziej odważny. Uważał, że im dłużej żyje, tym mniej ma do stracenia.
– Nauczę ich raz a dobrze! – Pospiesznie założył szlafrok i zabrał okulary. Utykając na prawą nogę, pokuśtykał korytarzem w kierunku schodów.
Martha była prawie siedem lat młodsza, jednakże z każdym rokiem poruszanie się sprawiało jej coraz większą trudność. Nawet wejście na piętro, gdzie mieli sypialnię, było dla niej nie lada wyzwaniem. Zanim więc zwlokła się z łóżka i rozruszała zastane stawy, jej mąż był już na parterze.
Zza starego przeszklonego kredensu J.B. zabrał stojącą tam, opartą o ścianę strzelbę, po czym rozpoczął żmudny proces odblokowywania tylnych drzwi. Podobnie jak przednie, posiadały szereg zabezpieczeń – trzy zamki oraz łańcuszek.
– Johnie Brewer! Tylko bez żadnych głupstw!
– Gdyby smarkacze spały po nocach, a nie szwendały się po cudzych posesjach, nie byłoby problemu! Wracaj do łóżka!
– John, proszę!
– Wracaj do łóżka, powiedziałem! – wycharczał groźnie i spojrzał na żonę, jakby to ona była powodem zamieszania. Zaczął energicznie szarpać zaklinowanym końcem łańcuszka, a gdy już się z nim uporał, przekręcił gałkę i mocno pociągnął drzwi, które dobiły do ściany.
Założywszy latarkę czołową, w szlafroku oraz gumowych klapkach, uzbrojony w strzelbę, wyszedł na zewnątrz. Mimo iż złość w nim kipiała, zamarł. Wstrzymał nawet oddech. Wszystko po to, by zlokalizować intruza.
Nie usłyszawszy nawet szmeru, po wstępnym rozpoznaniu przytomnie zamknął drzwi na klucz, aby nikt nie wślizgnął się tędy do środka. Jego uwagę natychmiast zwróciła przewrócona beczka. Pamiętał, że wieczorem jeszcze stała.
– Cholerne smarkacze...
Wszedłszy na trawnik, natychmiast poczuł rosę, która przyjemnie zmoczyła mu stopy. Przypadkiem kopnął w drewniany klocek rzucony z okna. Ucieszył się, że go znalazł, ale nawet na chwilę nie stracił czujności. Trzymając strzelbę w pogotowiu, podniósł podpórkę okna i rzucił ją pod drzwi.
– Wyłaź! – krzyknął, myśląc, że ktoś przyczaił się w beczce. – Wyłaź z łapami w górze! – Nikt mu nie odpowiedział ani też się nie pokazał, więc lufą mocno szturchnął beczkę. Ta się rozkołysała, co oznaczało, że była pusta. Na jej krawędzi pokrytej rdzą J.B. dostrzegł połyskujący ślad. Dokładnie go oświetlił i dotknął palcami. Na opuszkach pozostała krew. – Dobrze wam tak, padalce jedne. Może wreszcie się nauczycie.
Po zmroku Brewer rzadko wychodził z domu, głównie ze względu na słaby wzrok. Tym razem jednak upór wziął górę nad rozsądkiem. Postanowił wytropić wroga za wszelką cenę, a zdeptana w wielu miejscach trawa miała mu w tym pomóc. Choć trudno było wywnioskować, w jakim kierunku włamywacz uciekł, J.B. bez problemu znalazł miejsce, gdzie intruz upadł.
Najwyraźniej, potknąwszy się o dyszel starego drewnianego wozu służącego za kwietnik, osobnik przewrócił się na dziurawą beczkę z przerdzewiałym dnem. Musiał się przy tym poważnie zranić, gdyż w wielu miejscach widniały krwawe ślady.
Gospodarz uznał, że tchórz mógł się udać tylko w dwie strony. Rozsądniejszym kierunkiem była długa droga dojazdowa pomiędzy dopiero co skoszonymi polami, prowadząca do jezdni, jednak teren przed domem nie dawał uciekinierowi żadnej osłony. Pozostało więc jeszcze nieskoszone pole kukurydzy rozciągające się dwadzieścia kroków za farmą. Obojętnie, który kierunek intruz wybrał, jedno było pewne – Brewer nie miał najmniejszych szans go dogonić, nawet rannego.
Ostatecznie J.B. uznał, że tak będzie lepiej, bo gdyby dopadł smarkacza... Wolał nie kończyć myśli.
Dawniej dzieciaki stale zapuszczały się na jego pole, niszczyły strachy na wróble i specjalnie zrywały kolby kukurydzy. Gdyby je jeszcze zjadały, ale nie... Po prostu je urywały, po czym nietknięte porzucały. Oczywiście szkody były znikome i nikt trzeźwo myślący by się nimi nie przejął, lecz J.B. miał... trudny charakter. Wszystko, co znajdowało się w granicach jego ziem, było nietykalne dla obcych. Uznawał, że jeśli on nie depcze cudzej ziemi, nikt nie ma prawa stąpać po jego.
Noc była chłodna i po okrążeniu domu Brewerowi zaczęło doskwierać zimno. Już chciał wrócić do ciepłego łóżka, gdy usłyszał dobiegające ze stodoły rżenie konia. Natychmiast zrozumiał, że istniało jeszcze jedno miejsce, gdzie intruz mógł się schronić.
Zazwyczaj dzieciaki nie pozwalały sobie na tak wiele. Najwyraźniej jednak wraz z upływem czasu smarkacze stają się coraz bardziej aroganckie, pomyślał. Zgrzytnął zębami i mocniej ścisnął strzelbę.
Stąpał bardzo uważnie, dokładnie oświetlając każdy skrawek ziemi, by się o coś nie potknąć. Po dotarciu do drewnianych wrót usłyszał nerwowe parskanie – koń był bardzo niespokojny. J.B. doskonale go znał i wiedział, że takie zachowanie zazwyczaj oznaczało pojawienie się w pobliżu kogoś obcego.
Skobel odsunięto, a duże skrzydło delikatnie się chwiało, poruszane łagodnymi podmuchami nocnego wiatru. Brewer szturchnął je lufą strzelby, po czym odważnie wkroczył do środka.
Zaciągnął się zapachem słomy, który tak uwielbiał i bez cienia strachu pokuśtykał w stronę konia zajmującego drugi boks po prawej. Dostrzegłszy czarny łeb zwierzęcia, odetchnął z ulgą. Poważnie się obawiał, czy hardemu szczeniakowi nie wpadnie do głowy jakieś głupstwo.
– Spokojnie, staruszku... – Lewą ręką pogładził konia po łbie. W drugiej wciąż trzymał strzelbę. Stale się też rozglądał, by nikt nie zaskoczył go od tyłu. – Powiesz mi, co cię zdenerwowało? – Koń parsknął, jakby rzeczywiście chciał odpowiedzieć. – Wiem, mnie też irytuje ich bezczelność, ale co zrobić...
Z okolicy wrót doleciało skrzypnięcie.
Brewer natychmiast obrócił głowę, ale dostrzegł jedynie fragment jasnej sylwetki osoby pokracznie wybiegającej ze stodoły.
– Ej!!!
Nastąpił głuchy trzask, a po nim ciszę przeszył wywołujący ciarki na plecach metaliczny zgrzyt.
– Przeklęty tchórz! – Poirytowany J.B. dopadł wrót i naparł na nie barkiem. Nieco się wygięły, ale skobel mocno trzymał. – Martha, uważaj!!! – ryknął, obawiając się, że następnym celem włamywacza będzie dom. Błyskawicznie oświetlił szczelinę między wrotami, by ocenić, na jakiej wysokości znajduje się zamknięcie. Odsunął się i wycelował w okolicę zasuwy.
Bez wahania nacisnął spust, a ciszę rozdarł potworny huk.
Przestraszone zwierzę stanęło dęba i przednimi kopytami zaczęło uderzać w masywną furtę.
– Spokój tam!
Z domu dobiegło przytłumione wołanie:
– John!
– Nic mi nie jest!
Potężna siła wystrzału roztrzaskała w drzazgi spory kawałek deski, uwidaczniając część mocowania stalowego skobla. J.B. pchnął wrota, ale zabezpieczenie jakimś cudem wciąż solidnie trzymało. Nie pomogły nawet uderzenia kolbą strzelby.
Tym razem, bojąc się już rykoszetu, stanął ukośnie w stosunku do wrót. Wycelował nieco wyżej i odrobinę w prawo.
Drugi strzał częściowo wyrwał z drewna mocowanie zasuwy. Ostatecznie, napierając na wrota, J.B. zdołał ją wyłamać.
Stanąwszy przed stodołą, z trudem opanował wściekłość. Ponownie zastygł w bezruchu i dokładnie omiótł wzrokiem otulone mrokiem podwórze. Nie usłyszał odgłosu wybijanego okna ani wyłamywanych drzwi, a klucz od tylnych wciąż bezpiecznie tkwił w jego kieszeni. Wprawdzie się spodziewał, że strzałami przepędził intruza, ale nie miał zamiaru dać się przechytrzyć po raz kolejny.
* * *
Niestety, noc nie sprzyjała poszukiwaniom. Brewer dwukrotnie obszedł dom, raz stodołę, ale nikogo nie znalazł. Nie wypatrzył też nowych śladów. Ostatecznie wszedł na werandę, by na chwilę odsapnąć i się przyczaić.
Nagle podskoczył jak rażony prądem, gdy coś za jego plecami stuknęło w okno.
– John! Co tam się dzieje?!
Na szczęście była to tylko jego żona.
– Przeklęte bachory, ot co!
– Wracaj do domu, wezwiemy policję! – Martha odblokowała główne drzwi i stanęła przy mężu.
– I co im zrobią, jak przyjadą? Dobrze wiesz, że...
– A ty co zrobisz?!
– Idź spać...
– Spać? – Parsknęła ironicznie. – Na litość boską, John, przed chwilą ktoś grasował przy naszym domu, a ty do niego strzelałeś! Myślisz, że dziś jeszcze zasnę?!
– Przesadzasz... – odburknął i przeszedł na koniec werandy, by przyjrzeć się okolicy po zachodniej stronie domu.
– Johnie Brewer! Słyszałeś, co powiedziałam?! Choć raz mnie posłuchaj!
– Nigdy nie słucham, więc czemu miałbym tym razem... – odburknął, nie obracając głowy. – Wracaj do domu i zamknij te przeklęte drzwi. Mam klucz od tylnych, więc sobie poradzę.
– Jesteś niemożliwy...
Gdy do uszu Brewera dotarł cichy stuk i odgłosy przekręcanych zamków, bąknął pod nosem:
– Nareszcie spokój...
Staruszek przeszedł na drugą stronę werandy. W oddali dostrzegł ledwie widoczną pomarańczową łunę, delikatnie rozjaśniającą nocne niebo. W myślach przeklął dzieciaki, które regularnie, od wiosny do jesieni, a czasem nawet zimą, imprezowały przy ognisku. Był pewny, że to właśnie jeden z nich zakradł się pod dom.
Po zmierzchu z okien na piętrze wielokrotnie widział, jak na granicy lasu i jego pola dzieciaki urządzały balangi. Z tego też powodu dawniej często drżał o swe uprawy. Wielokrotnie wzywał policję, ale gdy tylko imprezowicze dostrzegali światła radiowozu, rozbiegali się lub rozjeżdżali, zanim mundurowi zdołali kogokolwiek złapać. Gdyby był młodszy, sam by się tam zakradł, żeby napędzić im stracha. Przynajmniej tym razem siedzą cicho i nie słychać tej ich przeklętej muzyki ani wrzasków, pomyślał.
Było mu coraz zimniej, więc ostatecznie postanowił posłuchać żony. Zniesmaczony wrócił do domu i pogasił światła na parterze, po czym wolno wszedł na piętro, skąd miał lepszy widok na swe włości.
Zazwyczaj dzieciaki imprezowały na niewielkiej polanie pomiędzy linią drzew a polem, ale czasem, tak jak tej nocy, zapuszczały się nieco głębiej w las – łuna z ogniska była wtedy znacznie mniej wyraźna i niemalże niewidoczna z głównej drogi.
– Bardzo dobrze, dzicz do dziczy... – wymamrotał.
Wydarzenia tej nocy całkowicie przegnały sen, więc Brewer wziął stołek i usiadł przy oknie, z którego mógł obserwować przejeżdżające ulicą samochody. Często tak robił, gdy nie mógł zasnąć. Nie wiedzieć czemu, właśnie to go uspokajało.
Kwadrans po jego powrocie do domu niebo rozdarła błyskawica. Kilka sekund później dał się słyszeć grzmot, a stukot dużych kropel wody uderzających o parapet i szybę szybko przerodził się w głośny szelest.
* * *
Księżyc przesłoniły burzowe chmury i otoczenie gwałtownie pociemniało – stało się jeszcze bardziej nieprzyjazne, a siekący deszcz całkowicie zagłuszył wszelkie odgłosy.
Gdy tylko uciekła ze stodoły, schroniła się w miejscu, które uzbrojony szaleniec już wcześniej sprawdził – żyła nadzieją, że po raz drugi nie zajrzy do beczki.
Nie widziała swych ran, jednakże zetknięcie dłoni z czymkolwiek powodowało bolesne pieczenie, jakby ktoś przykładał do skóry kawał rozżarzonego żelastwa. Na czole również miała głębokie rozcięcie, z którego wciąż sączyła się krew, zalewając prawe oko. Co chwilę musiała je przecierać. Próbowała tamować krew, przykładając do rany rękaw koszuli nocnej, lecz im mocniej uciskała, tym silniejsze fale bólu rozchodziły się po jej ciele. Drżała ze strachu, ale wiedziała, że jak najszybciej musi się stąd wydostać.
Nie potrafiła właściwie ocenić upływu czasu, bo każda minuta ciągnęła się w nieskończoność. Usłyszawszy odgłos zamykanych drzwi, postanowiła, że dla bezpieczeństwa przesiedzi w beczce jak najdłużej, ale już po chwili zaczęła się zastanawiać, czy nie zemdleje z bólu lub z powodu utraty krwi. Poza tym, co mogło jej dać lepszą osłonę niż szum deszczu i grzmoty... Wprawdzie obawiała się porażenia piorunem, ale postrzelenia bała się znacznie bardziej. Zaufała więc intuicji.
W żadnym oknie nie paliło się światło, więc ostrożnie, by nie hałasować, wypełzła z beczki. Z trudem wstała i przytrzymując się ściany, wolno ruszyła w kierunku werandy. Poranionymi bosymi stopami wyczuwała kolejne przeszkody, co chwilę potykając się o jakiś przedmiot zarośnięty trawą.
Dotarłszy na róg domu, wychyliła się i zerknęła na werandę, czy aby nie czeka tam na nią mężczyzna, przed którym z trudem uciekła. W oddali dostrzegła światła przejeżdżającej ciężarówki. Główna droga była całkiem blisko, ale od wybawienia dzieliło nastolatkę jeszcze wiele bolesnych kroków. Mimo to wiedziała, że jeśli nie spróbuje, zginie. Teraz albo nigdy, pomyślała. Miała tylko nadzieję, że szaleniec nie przyczaił się ze strzelbą w którymś oknie.
Zacisnęła zęby i ruszyła niemalże biegiem, ale po zaledwie kilkunastu krokach nie była w stanie dłużej tłumić bólu. Czując, jak drobne kamienie wbijają się w rany, coraz głośniej pojękiwała. Po jej policzkach spływały łzy, a dziąsła bolały od ciągłego zaciskania zębów.
Pokonawszy plac przed domem, dotarła do utwardzonej drogi. Nie mogąc wytrzymać z bólu, postanowiła iść brzegiem zaoranego pola, ale było ono potwornie nierówne – bała się, że prędzej czy później skręci kostkę. Na szczęście szybko natknęła się na wąski pas porośnięty przyjemnie miękką, wilgotną trawą. Chłód bijący od podłoża nieco złagodził ostre pieczenie, więc na chwilę przystanęła, by złapać oddech.
Gdy w którymś momencie spojrzała za siebie, zesztywniała. W oknie na piętrze dostrzegła ruch. Stała na otwartej przestrzeni, więc w jasnej koszuli, nawet nocą podczas ulewy, była widoczna z dużej odległości.
Przerażona, natychmiast ruszyła, lecz potknęła się o kamień i z krzykiem upadła na ziemię. Obróciwszy się na plecy, głośno stęknęła. Tylko dzięki światłu reflektorów przejeżdżającego samochodu nie porzuciła nadziei na ratunek. Wiedziała, że znajduje się już blisko celu i nie może się poddać.
Oddychała szybko, stale walcząc z obezwładniającym bólem, który ogarnął już niemal całe ciało. Była półprzytomna, a jednak odnalazła w sobie resztki sił i zaczęła się czołgać w stronę jezdni.
Wkrótce pobocze zmieniło się w płytki rów, który wykorzystała, by się ukryć, a jednocześnie odsapnąć. Po chwili odpoczynku spróbowała wstać, ale bolesne kłucie bijące od poranionych stóp natychmiast powaliło ją na kolana.
Na czworakach dotarła do jezdni. Dostrzegłszy w oddali jasną łunę, wygramoliła się z rowu na pobocze. Wtedy mimowolnie spojrzała przez ramię. W jednym z pokoi na piętrze, a także na parterze znowu paliło się światło. Co więcej, w otwierających się drzwiach stanął mężczyzna z długim przedmiotem przypominającym strzelbę. Bezzwłocznie zszedł z werandy i pokuśtykał polną drogą w kierunku jezdni.
– O nie... – jęknęła. – Nie...
Niestety, z powodu potwornej ulewy kierowca nadjeżdżającego samochodu nie zauważył osoby leżącej na poboczu, przy przeciwległym pasie. Pojazd przemknął obok polnej drogi i w okamgnieniu okolicę ponownie otulił mrok.
– Stój – stęknęła błagalnie, wyciągając rękę w stronę oddalającego się samochodu. Spojrzawszy za siebie, poczuła rozchodzący się po ciele dreszcz – szaleniec ze strzelbą był coraz bliżej. Mimo iż utykał, zawzięcie parł w jej kierunku. Wyobraziła sobie, jak łapie ją za włosy, uderza głową o ziemię i zaciąga do domu albo od razu strzela, a ciało zakopuje na polu, gdzie nikt go nie znajdzie.
Ostatkiem sił wczołgała się na asfalt.
Wkrótce przestrzeń ponownie pojaśniała, jednak dopiero po chwili dziewczyna zrozumiała, że kolejny pojazd nadjeżdża nie z naprzeciwka, a od tyłu – pasem, na którym leżała. Nie była w stanie się podnieść ani też dłużej uciekać, więc po prostu obróciła się na plecy i wyciągnęła rękę.
* * *
Kierowca nawet nie spróbował hamować, tylko odbił w lewo. Rozległ się głośny pisk opon i samochód wpadł w poślizg. Ostatecznie zatrzymał się na żwirowym poboczu – niewiele brakowało, a skończyłby w przydrożnym rowie oddzielającym jezdnię od pola Brewerów.
Przerażony mężczyzna natychmiast wysiadł. Ciężko dysząc, rozdygotany podbiegł do nieprzytomnej kobiety. Miał tylko nadzieję, że żyje i że jej nie potrącił. Nie poczuł uderzenia, ale nie mógł mieć pewności.
Zszokowany rozwojem wydarzeń, przemoczony do suchej nitki, bezradnie spojrzał na nieruchome ciało. Zastanawiał się, czy po prostu nie odjechać, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Chcąc wezwać pomoc, wrócił do samochodu, lecz telefon był rozładowany. Podbiegł więc do nieprzytomnej, przykucnął i odgarnął jej włosy z twarzy. Dopiero teraz dostrzegł liczne rany na ciele dziewczyny. Wcześniej był zbyt przerażony, aby zwrócić na to uwagę, a deszcz stale spłukiwał krew.
Po wyraźnych ruchach klatki piersiowej z ulgą stwierdził, że ofiara żyje. Widząc palące się w pobliskim domu światło, postanowił tam pobiec i wezwać pomoc, ale wtedy z ciemności dobiegł szum przypominający czyjeś kroki.
Gdy przymrużył oczy, na tle zabudowań dostrzegł szybko zbliżającą się osobę z długim przedmiotem w ręku.
– Chrystusie... – jęknął. Natychmiast zrozumiał, co mężczyzna niesie i przed kim ta kobieta mogła uciekać. Bez zastanowienia szarpnął nieprzytomną za ręce i z największym trudem podniósł bezwładne ciało. Nie był wysoki ani barczysty, lecz z pomocą przyszła mu adrenalina. Zaniósł ranną do samochodu i posadził na fotelu pasażera. Gdy wsiadał z drugiej strony, szaleniec ze strzelbą był już prawie na jezdni.
– Ej, dokąd to?!
Rozległ się huk wystrzału.
Przerażony mężczyzna wskoczył do wozu. Gdy wrzucił bieg i dodał gazu, bezwładna pasażerka uderzyła barkiem oraz głową o drzwi, a system bezpieczeństwa irytującym dźwiękiem przypomniał o niezapiętych pasach.
John Brewer jeszcze nigdy nie słyszał tak długiego uślizgu kół, które najpierw zabuksowały na poboczu, a później na jezdni. Nawet osłonił twarz ręką, by przypadkiem nie dostać żwirem wylatującym spod opon. Ostatecznie opuścił broń, ohydnie odchrząknął i splunął.
– Może wreszcie się nauczą... – wymamrotał.
Pojazd zniknął za zakrętem, a J.B., już nieco spokojniejszy, z szyderczym uśmiechem na twarzy podążył w stronę domu.
– Wynoś się!
– Wyjdę, jak będę chciał!
– Dość tego! Dzwonię na policję!
– Nigdzie nie zadzwonisz!
Kłótnię przerwał odgłos tłukącego się szkła. Po nim padło kilka przekleństw, które zagłuszył płaczliwy kobiecy krzyk.
– Wynoś się!
– Lubisz się godzić, co?!
Trzask, a po nim kolejne wrzaski – bardziej błagalne i stłumione, jakby dobiegające zza wielu zamkniętych drzwi.
– Zaraz zrozumiesz, kto tutaj rządzi!
– Zostaw mnie!
Głuchy stuk przypominający uderzenie głową w ścianę. Sekundę później coś spadło na podłogę.
– Zostaw mnie!
Jade Reflin nie wytrzymała i kilkakrotnie rąbnęła pięścią w drzwi. Krzyki oraz odgłosy szamotaniny nagle ucichły. Słysząc kobiecy jęk, a także przekleństwo wyrywające się z ust mężczyzny, ponownie załomotała w metalowe skrzydło, jeszcze mocniej niż wcześniej.
– Megan, to ja, Jade! Pożyczysz mi sól?! – Przystawiła ucho do drzwi i zaczęła nasłuchiwać.
– Ja ci zaraz dam sól, suko... – padła groźba.
Wyłapała odgłos energicznie otwieranych drzwi wewnątrz mieszkania. Furiat nadepnął na szkło, które zachrzęściło pod stopą. Tym razem to on jęknął, cedząc przez zęby kolejną wiązankę soczystych przekleństw. Aby jeszcze bardziej go zirytować, Jade ponownie zapukała, równie mocno jak poprzednim razem.
– Megan, pospiesz się, proszę, bo za pół godziny mam gości!
– Jasna cholerna!
Nie mogła uwierzyć... Myślała, że rozsierdzony oprych wyskoczy na nią z kijem baseballowym albo nożem, a tymczasem on, otwierając szafkę za szafką, rzeczywiście szukał soli.
– Co za kretyn... – szepnęła do siebie i uśmiechnęła się pod nosem. – Oj, Megan, jak ty ich znajdujesz...
– Ja pierdolę, gdzie to jest?!
– Druga szafka od okna – odpowiedział mu płaczliwy głos.
Poirytowany mężczyzna pospiesznie odblokował drzwi i rzucił Jade nieotwartą jeszcze paczkę soli.
– Masz i spierdalaj! – Zanim zdążył je zamknąć, nachalna sąsiadka podstawiła pod nie nogę. – Nie słyszałaś?! Wypier...
Ramieniem naparła na drzwi, które grzmotnęły awanturnika w twarz.
Oprych ryknął z bólu i trzymając się za rozbity nos, wycedził przez zęby:
– Już nie żyjesz...
– Jade... – padło z sypialni.
Nie czekając, aż obleśny typ dojdzie do siebie, Jade Reflin pchnęła go na stojącą tyłem do nich sofę. Śmierdzący piwem obdartus w brudnych dziurawych dżinsach, z rozpiętym paskiem i rozporkiem oraz w poplamionym czarnym T-shircie z logo drużyny hokejowej Pittsburgh Penguins, przekoziołkował przez oparcie. Wyrżnął lędźwiami o stolik i skończył na podłodze pomiędzy meblami. Wprawdzie nie stracił przytomności, ale porządnie go zamroczyło.
– Jade... – Z sypialni wyjrzała zapłakana Megan. Trzymając urwane ramiączko biało-zielonej bluzki, wciąż kryła się za drzwiami w obawie, że partner zaraz się podniesie i dokończy, co zaczął.
– Wszystko w porządku? – Jade podeszła do przyjaciółki. Ta tylko pokręciła głową i ponownie zaniosła się płaczem. Gdy otworzyła oczy, krzyknęła nagle:
– Uważaj!
Dostrzegłszy przez ramię, jak oprych chwyta butelkę piwa i ciska nią z całej siły, Jade zasłoniła Megan własnym ciałem. Dostała w bark. Boleśnie jęknęła, a butelka odbiła się od niej i z głuchym stukiem spadła na gruby dywanik.
Tego było już za wiele. Kopnęła stolik, który uderzył podnoszącego się mężczyznę w kolana, podcinając go. Brutal z jękiem runął na szklany blat. Ten pękł pod jego ciężarem i rozprysnął się na setki drobnych kawałków.
– Już jesteś trupem... – wycharczał. – Mam kumpli, którzy...
Podeszła i bez skrupułów kopnęła go w krocze. Dawno nie słyszała tak żałosnego zawodzenia.
– Powtórz, bo nie zrozumiałam. – Przykucnęła. – Jakich to masz kumpli? – Nie był nawet w stanie odpowiedzieć. – Mam nadzieję, że skończyli medycynę, bo tylko tacy przydadzą ci się w tej chwili.
Sfrustrowana Megan również kopnęła niedoszłego gwałciciela, tyle że w żebra.
– Masz, sukinsynu, za swoje!
– Ej, ej, ej, spokojnie... – Jade powstrzymała ją przed kolejnym atakiem i odciągnęła na bok.
– Ty możesz, a ja nie?!
– Zaczekaj w kuchni, okej?
– A co z nim?
– Zajmę się tym.
– Ale on...
– Zaufaj mi. Możesz mi zaufać?
Megan potaknęła, choć z wyraźną niechęcią. Patrząc z obrzydzeniem na kulącego się z bólu partnera, pozwoliła się zaprowadzić do kuchni.
Jade niespiesznie wróciła do jęczącego mężczyzny. Leżał na boku, na szkle, trzymając się za krocze. Z tylnej kieszeni jego spodni wyszarpnęła portfel.
– Łapska, zdziro... – wystękał.
Czubkiem buta zasadziła mu w tylną część uda.
– Ty suko... – jęknął.
Gdy zamierzyła się po raz kolejny, osłonił się rękami i wymamrotał:
– Proszę, nie...
– A jednak potrafisz się kulturalnie wysławiać. Zastanawiam się, jak długo uczyłbyś się traktować kobiety z szacunkiem. – Spokojnie przejrzała portfel i wyjęła prawo jazdy narwańca. Sfotografowała je telefonem, po czym usiadła na sofie, a jej nogi wylądowały na udach twardziela. Trochę przesadziła, ale musiała mu pokazać, kto tu rządzi.
– Mam nadzieję, że to ci nie przeszkadza.
– Wal się!
– Wybacz, ale w tej chwili nie skorzystam.
Oczywiście mogła go po prostu aresztować, jednak zbyt wiele razy widziała, jak jemu podobni wychodzili z więzienia, po czym mścili się na kobietach, które wezwały policję. Co gorsza, już kiedyś z Megan przerabiały podobną sytuację. Wtedy również przyjaciółka nie odważyła się złożyć zeznań, więc Jade od razu założyła, że w tym przypadku sytuacja będzie wyglądała podobnie. Musiała jednak coś zrobić, by ten oblech już więcej się tu nie pokazał.
– A więc, panie Acker – odrzuciła mu portfel, trafiając go w skroń – ma pan dwa wyjścia. – Wyjęła odznakę policyjną i pomachała nią mężczyźnie przed oczyma, a na swoim udzie położyła broń.
– O w dupę... – wybełkotał.
– Otóż to... Dewastacja mienia, groźby werbalne, pobicie, próba gwałtu, napaść na funkcjonariuszkę, zastraszanie oficera na służbie...
– Nie zgwałciłem jej!
– Nie bądź głupi. Myślisz, że lekarze nie znajdą na ciele biedaczki żadnego sińca? Jak już powiedziałam, nie masz zbyt wielu opcji. Albo stąd wyjdziesz, dasz jej spokój – kiwnęła głową w stronę kuchni – i już nigdy nie pokażesz się w tej okolicy, albo zadzwonię po moich kumpli z wydziału.
– Nic mi nie zrobią, mam swoje prawa.
– Jak im powiem, że rzuciłeś we mnie butelką, wsadzą ci ją w dupsko i w takim stanie trafisz do aresztu. Zanim zjawi się twój adwokat, wyciągną ją, ale tylko na chwilę, na czas jego wizyty. Będziesz miał zaprawę, bo tam, dokąd cię wyślę...
– Jasne, jasne...
– Pamiętaj też, że zanim trafisz do więzienia, posiedzisz trochę w areszcie. A tam nowi znajomi zrobią z tobą, co im każemy. Wierz mi, że są miejsca, gdzie stówka albo kilka paczek fajek działają cuda.
– Powiedziałem już... Wal się!
Uniosła nogę i grubym obcasem grzmotnęła go w śródręcze dłoni, którą trzymał się za krocze.
– Dobra! – wrzasnął błagalnie. – W porządku, zniknę!
– To na co czekasz?
Zmienił nieco pozycję i opierając zdrową dłoń na kawałkach szkła, z trudem się podniósł. Na czworakach dobrnął do fotela.
Jade wciąż trzymała broń w pogotowiu.
Słaniając się na nogach, Acker wreszcie dopadł drzwi. Nawet nie założył butów, tylko wziął je do ręki.
– Pamiętaj... Wiem, gdzie mieszkasz. Jeżeli Megan mi powie, że chociażby widziała cię w tłumie, znowu się zobaczymy.
Nawet się nie obrócił. Nie odważył się też odezwać.
Widząc, jak mężczyzna znika na schodach, odetchnęła. Zamknęła drzwi, po czym przeszła do kuchni. Megan dopiero teraz w pełni odreagowała – wtuliła się w przyjaciółkę i wybuchnęła płaczem.
– Mówiłam już, że zapiszę cię na kurs samoobrony. Ile jeszcze trzeba, żebyś zaczęła mnie słuchać? Prowadzi go Alex i...
– Ale ja nie chcę się z nikim bić – wymamrotała. – Chcę tylko, żeby wreszcie ktoś mnie pokochał.
Boże, jęknęła w duchu Jade. Jak w telenoweli... Na szczęście ugryzła się w język. Przewróciła jedynie oczyma i zerknęła pobłażliwie na rozdygotaną przyjaciółkę. Ta nawet tego nie zauważyła.
Gdyby nie fakt, że Megan wciąż drżała i na dziś miała już zdecydowanie dość wrażeń, Jade najchętniej porządnie by ją spoliczkowała, by wreszcie wzięła się w garść. Po prostu nie mogła patrzeć, jak ta kobieta daje sobą pomiatać. Nie mogła też uwierzyć, że w dzisiejszych czasach można być tak lekkomyślną i nieostrożną. Przed dwoma miesiącami doszło do podobnego incydentu, tyle że w mieszkaniu innego wybranka. Gdyby Megan nie zamknęła się wtedy w łazience i nie udawała, że wymiotuje, oprócz Tego Jedynego również czterech jego kumpli by sobie poużywało.
– Dziękuję...
– Chodź, musimy posprzątać.
– Gdybyś się nie zjawiła...
– Dość myślenia, pora działać! Czas pozbyć się resztek po tym gnojku.
– Jakich resztek?
– Mówię o szkle...
Megan pociągnęła nosem. Załamana, rozejrzała się po pokoju.
– Aaa...
Za jakie grzechy, pomyślała Jade.
* * *
Niecały kwadrans później po wizycie Anthony’ego Ackera nie było już śladu.
Gdy Megan wyszła z toalety, wciąż jeszcze miała zaczerwienione od płaczu oczy, ale wyglądała już znacznie lepiej. Nawet się przebrała. Długie czarne włosy spięła w koński ogon, a na twarz nałożyła korektor, by ukryć zaczerwienienia po szarpaninie.
Niedawno obchodziła dwudzieste dziewiąte urodziny, ale dziewczęce rysy twarzy odejmowały jej sporo lat. Co więcej, była szczuplejsza od niejednej modelki, a jednocześnie hojnie obdarzona krągłościami. Trudno było sobie wyobrazić mężczyznę, któremu nie wpadłaby w oko. I właśnie to tak bardzo irytowało Jade – Megan mogła mieć każdego, a wybierała z tłumu najgorsze szumowiny.
Jade również była postrzegana przez mężczyzn jako atrakcyjna, lecz – w związku z wykonywanym zawodem – zazwyczaj spinała włosy, a także oszczędzała na makijażu. Choć była bardziej wysportowana od przyjaciółki, to gdy razem gdzieś wychodziły, sport każdorazowo przegrywał z urodą.
– A co z tym lekarzem, którego ostatnio ci podesłałam?
– Nic...
– Gadaj albo ciebie też skopię!
Przyjaciółka rzuciła jej wymuszony uśmiech i westchnęła.
– Widzieliśmy się dwa razy, ale gdy godzinę przed trzecią randką odwołał spotkanie, tłumacząc się, że musi pomóc matce, dałam sobie spokój.
– Żartujesz?
– Miałam już kiedyś maminsynka. Nigdy więcej! Nie, żebym nie próbowała... Z tym poprzednim wytrzymałam kilka miesięcy, ale w końcu się poddałam. Chyba ci już o nim kiedyś opowiadałam.
– Nie sądzę...
– No więc... przedstawił mnie nawet rodzicom. Uwierzysz, że gdy pojechaliśmy do nich na weekend, to kazali nam spać osobno?
Jade zabawnie prychnęła.
– Przecież nie mieszkalibyście z nimi w jednym domu.
– Pewnie nie, ale ta wariatka dzwoniła do swojego synusia dosłownie każdego dnia, a po tym, jak się do niego na chwilę wprowadziłam, nawet kilka razy dziennie. Trzykrotnie nam przerwała, gdy się kochaliśmy, a ten kretyn, zamiast coś z tym zrobić, posłusznie odbierał. Zawsze, o każdej porze, bez względu na to, co robiliśmy. Może jakoś bym to zrozumiała, gdyby ta kobieta była samotną schorowaną rozwódką albo wdową, ale nie... W domu miała męża i drugiego dorosłego synusia.
– Czyli kiepsko...
– Bardzo!
– Z drugiej strony, doktorek chciał pomóc matce, a gnojek, którego stąd wywaliłam, swoją co najwyżej by zakopał, a w najlepszym razie przehandlował za zgrzewkę piwa. Przynajmniej wiesz, że taki doktorek cię nie skrzywdzi.
– Fizycznie może i nie, ale co z psychiką?
– Dobra, nieważne...
– Posłuchaj... Doceniam, że...
– Spoko, zapomnij o sprawie. Nie moje życie. – Jade sięgnęła po kawę. – Po prostu nie chciałabym któregoś dnia zająć się twoim zaginięciem. – Naprawdę się starała, aby nie zabrzmiało to zbyt poważnie, ale wyszło wręcz odwrotnie. – Ile już razy ci opowiadałam, jak w śmietniku albo w rowie znajdowaliśmy jakąś smarkulę, której też się wydawało, że spotkała miłość swojego życia?
– Myślisz, że Anthony wróci?
– Jeżeli jest mądry, to nie. Problem w tym, że na takiego nie wyglądał.
– Ma dziwnych kumpli. Boję się, że może się zemścić.
– Psy zawsze głośno szczekają, ale jak są na swoim. Jakby co, zaraz dzwoń. Choć wątpię, że jeszcze się tutaj pojawi. Prędzej spróbuje dopaść mnie.
– Ciebie?!
– Nie twierdzę, że zaczai się przy samochodzie, ale sukinsyn może na mnie donieść.
– Zaszkodziłby ci?
– Trochę na pewno... Ale nie ma świadków, więc... może mi naskoczyć. Jego słowo przeciwko mojemu.
– A ja?
– Co ty?
– Jestem świadkiem.
– Po pierwsze, jesteś przede wszystkim moją przyjaciółką, a po drugie... przecież kazałam ci czekać w kuchni. – Jade uśmiechnęła się chytrze. – Nie mogłaś widzieć, co się działo, a że byłaś roztrzęsiona po ataku, to też niewiele zrozumiałaś z naszej rozmowy.
– A więc dlatego... No jasne...
– Słyszałaś, o czym rozmawiałam z Ackerem?
– Tak, powiedziałaś mu, że...
– Słyszałaś, o czym rozmawiałam z Ackerem?! – powtórzyła głośniej i bardziej wymownym tonem Jade.
– Nie... – odparła Megan po chwili wahania.
Momentami Jade naprawdę się zastanawiała, w jaki sposób zaprzyjaźniła się z kobietą, której świat kończył się na telewizji śniadaniowej, bieganiu, zakupach, nocnych klubach, a czasem także zapyziałych spelunach. Odpowiedź nasuwała się sama... Oprócz niej Megan była jedyną samotną kobietą w klatce B i to ona uratowała ją kiedyś przed nachalnym sąsiadem z parteru. Oczywiście biedak nie wiedział, z kim sobie pogrywa. Później obie doszły do wniosku, że Megan tak właściwie uratowała... sąsiada.
Chwilę ciszy przerwał telefon.
Każdej istotnej osobie Jade przyporządkowała inny dzwonek. Dzięki temu od razu wiedziała, jak bardzo musi się spieszyć z odebraniem. Tym razem rozbrzmiał fragment Marsza Imperialnego z Gwiezdnych Wojen. To nie zwiastowało niczego dobrego.
– Boże, co to za melodia? – zapytała zniesmaczona Megan.
Jade uciszyła ją wymownym gestem.
– Tak... – odebrała.
Z tonu wypowiedzi i poważnej miny przyjaciółki, Megan od razu wywnioskowała, że to telefon z pracy.
– Jeżeli chciała Ruckera, to dlaczego ja mam... – Jade przewróciła oczyma. – Dobra, będę za pół godziny – zakończyła z wyraźnym niesmakiem. – Cholera... – Odkładając telefon, teatralnie westchnęła.
– Domyślam się, że z wieczornego drinka nici.
– Niestety, ojczyzna wzywa. – Duszkiem dopiła kawę.
– To był twój szef?
– Mhm...
– Myślisz, że Anthony na ciebie doniósł? – zaniepokoiła się Megan.
– Nie, nie... Ktoś przywiózł do szpitala ranną kobietę. Podobno wygląda, jakby uciekła z rzeźni.
– Mój Boże... Jak po czymś takim możesz w ogóle kłaść się spać?
– Kłaść się zawsze mogę. Pytanie, czy zasypiam...
– No więc?
– Bywa różnie.
– Wiesz, co mnie najbardziej zastanawia?
– Wolałabym nie zgadywać...
Megan przeszła do kuchni, gdzie zostawiła telefon. Wracając do pokoju, wybrała numer Jade, a gdy rozbrzmiał kawałek I’m not a girl, not yet a woman, wrzasnęła:
– Britney Spears?! – Chwyciła poduszkę i mocno rzuciła nią w tarzającą się ze śmiechu przyjaciółkę.
Cały dzień Jade spędziła w terenie, poza miastem, odwiedzając parkingi przy głównych drogach i przemierzając leśne ścieżki – szukała zaginionej prostytutki. Kobieta zniknęła przed dwoma dniami i zatroskany alfons wreszcie postanowił odnaleźć cenną zgubę.
Gdyby dostała dolara za każdego kierowcę, który dziwnie się na nią patrzył, kiedy sprawdzała przydrożne rowy, przez miesiąc nie musiałaby pracować. Miała więc nadzieję, że gdy wróci do domu, przygotuje sobie gorącą kąpiel i wreszcie odpręży się w wannie. Niestety, odgłosy dobiegające z mieszkania przyjaciółki szybko zweryfikowały jej popołudniowe plany. Przez chwilę, gdy piły kawę po tym, jak pozbyła się Anthony’ego Ackera, miała nadzieję, że wieczór uda się jeszcze uratować, ale telefon przełożonego – kapitana Henry’ego Whitmana – całkowicie pogrzebał wszelką nadzieję na chociażby krótki relaks.
Dyspozycyjność była dla niej synonimem przekleństwa. Czasem czuła się jak przedstawiciel handlowy albo szofer, który nigdy nie wie, kiedy otrzyma telefon i dokąd każą mu jechać.
Sama do końca nie wiedziała, dlaczego nigdy nie potrafiła odmówić temu człowiekowi. Każdego innego posłałaby do diabła, ale Henry Whitman był zaprzeczeniem wielu stereotypów dotyczących szefów-krzykaczy czepiających się o każdy drobiazg. A może po prostu nie krzyczał na nią albo... była tak idealna? Próbowała to pojąć na wiele sposobów, aż w końcu zdała sobie sprawę z przerażającego faktu – zależało jej nie tylko na tym, aby kapitan widział w niej dobrą policjantkę, ale też... dobrą osobę.
Otrząsnęła się. W takich chwilach przypominała sobie, że Whitman ma żonę, i to nie byle jaką – inteligentną, atrakcyjną, a do tego wywodzącą się z dobrej rodziny. Jej wujek był zastępcą burmistrza, co według wielu bardzo pomogło Whitmanowi w awansie i objęciu szefostwa nad wydziałem osób zaginionych.
Wprawdzie Jade czuła słabość do przełożonego, ale nigdy mu o tym nie powiedziała. W pracy potrafiła zachować profesjonalizm i dobrze wiedziała, gdzie leżą pewne granice.
* * *
Po zatrzymaniu się na szpitalnym parkingu, a przed opuszczeniem samochodu, Jade założyła policyjną baseballówkę i poprawiła koński ogon. Gdy się przejrzała w lusterku, jęknęła:
– O Jezu... – Po całym dniu w terenie wyglądała nie jak siedem, tylko jak siedemset nieszczęść.
Początkowo nie spinała włosów, ale szybko znudziły ją głupie docinki kolegów. Sto Osiemdziesiątka... Tak zaczęli na nią wołać, gdy pewnego razu założyła szpilki i pojawiła się na jakiejś uroczystości w olśniewającej czarnej sukience. Przypadkiem stanęła obok policjanta, który miał sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Od tego wszystko się zaczęło. Był to pierwszy i ostatni raz, gdy pokazała się kolegom w szpilkach, w mocnym makijażu, a także z rozpuszczonymi włosami.
Na szczęście dzięki interwencji kapitana Sto Osiemdziesiątka szybko odzyskała imię.
Nigdy nie uważała się za ładną, choć jej współpracownicy często się za nią oglądali. Była jedyną kobietą pracującą w wydziale osób zaginionych, co również nie ułatwiało jej życia. Codziennie zmagała się także ze stereotypami dotyczącymi kobiet w policji. Naprawdę dobrze dogadywała się jedynie z szefem. Z tego też powodu koledzy początkowo jeszcze bardziej jej dogryzali.
Karierę w policji rozpoczęła w Cleveland, skąd przed rokiem – po awansie – przeniosła się do Pittsburgha. Wyjechała za swym partnerem, który znalazł atrakcyjną pracę w sektorze bankowym. Później się okazało, że nie tylko pracę, ale także kochankę. To dla niej wyjechał, a nie z powodu lepszych zarobków. Problem w tym, że nie miał odwagi powiedzieć Jade o romansie z kadrową, więc ciągnął dwa związki.
Kiedy wreszcie się dowiedziała, chciała jak najszybciej wrócić do Cleveland, ale była właśnie w trakcie dużej sprawy. Zakończywszy śledztwo, dostała nieoczekiwaną podwyżkę i w ten sposób kapitan Whitman zatrzymał cennego pracownika. Poza tym Jade zrozumiała, że powrót do Cleveland to także powrót do miasta, gdzie ona i jej były partner mieli wspólnych znajomych. W Pittsburghu zaś mogła zacząć wszystko od nowa, więc po kilkudniowym namyśle postanowiła skorzystać z nadarzającej się okazji.
* * *
Kapitan stał w korytarzu obrócony do niej plecami i udzielał wskazówek dwóm podstarzałym strażnikom przydzielonym do ochrony kobiety, o której wspomniał w rozmowie telefonicznej.
– Co mamy? – rzuciła na powitanie Jade, zachodząc go od tyłu.
– Problem... – odparł kapitan, niezbyt zaskoczony nagłym pojawieniem się podwładnej. – To wszystko... – odprawił ochroniarzy.
Mimo całego dnia w pracy Whitman wciąż prezentował się znakomicie, jakby za chwilę planował wygłosić nawołujące do spokoju orędzie skierowane do narodu. Miał prawie sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu. Zawsze, nawet w największe upały, nosił dobrze skrojoną marynarkę, kolorem świetnie dopasowaną do spodni i koszuli, której nigdy nie zapinał pod samą szyję. Był przeciwnikiem krawatów oraz muszek – chorował, gdy musiał się ubrać na galowo. Zawsze też nosił okulary, a jego twarz o wyraźnych rysach zazwyczaj pokrywał kilkudniowy zarost.
Najdziwniejszą cechą kapitana było to, iż rzadko patrzył rozmówcy w oczy. Gdy siedział przy biurku, najczęściej spoglądał w papiery, podczas odpraw wodził wzrokiem ponad głowami swych ludzi, a w trakcie rozmów podobnych do tej, która go czekała, stale rozglądał się dookoła, jakby kogoś wypatrywał albo się bał, że ktoś podsłuchuje.
– Czy ten problem ma jakieś imię? – zapytała zniecierpliwiona Jade.
– Kathy... Kathy Lutz.
– Powinnam ją znać?
– Nie sądzę... Chodź...
Przeszli pod sąsiednią salę, gdzie na krzesłach siedzieli dwaj strażnicy. Przez wewnętrzne okno i lekko uchylone żaluzje Jade dostrzegła kobietę z zabandażowanymi stopami, dłońmi oraz głową. Na pierwszy rzut oka wyglądała jak ofiara poważnego poparzenia.
– Nie wejdziemy?
– Dostała końską dawkę środków uspokajających. Chcieli ją nawet przywiązać pasami, bo była trochę nadpobudliwa, ale gdy je zobaczyła, zaczęła krzyczeć jak opętana. Ostatecznie lekarze zrezygnowali z pasów i na razie nie sprawia problemów.
– Dziwne... Nie powinno to działać odwrotnie?
Whitman wzruszył ramionami.
– Byłeś tego świadkiem?
– Nie, doktor mi opowiedział. Od chwili, gdy się tu znalazła, cały czas ktoś jej pilnuje.
Jade zerknęła pod większym kątem i dostrzegła starszą pielęgniarkę czytającą czasopismo medyczne. Siedziała na krześle pod ścianą, wyprostowana, jakby ktoś przywiązał ją do niewidzialnej deski.
– Gdzie facet, który znalazł tę kobietę?
– Gdy tylko się nią zajęli, zwiał, a pielęgniarka wezwała policję.
– Kiedy to było?
– Wczoraj, a właściwie dziś o pierwszej w nocy. Zadzwonili po obyczajówkę, bo myśleli, że to ofiara przemocy domowej. Dziewczyna na dobre obudziła się koło południa i zaczęła świrować.
– Dziewczyna?
– Przypuszczają, że to jeszcze nastolatka.
– Nie wie, ile ma lat?
– Nie pamięta.
– A w ogóle coś mówiła?
Kapitan potarł czoło.
– Podobno była gdzieś przetrzymywana. Przebąknęła coś o facecie w masce.
– O cholera... Tego tu jeszcze nie było. Jeżeli mówi prawdę, to nie rozumiem, po co mnie wezwałeś. – Kiedy byli na osobności, Jade przechodziła z kapitanem na ty. – Zajmuję się zaginionymi, a nie odnalezionymi.
– Podobno ten wariat przetrzymuje jeszcze dwie inne dziewczyny.
Jade ściągnęła brwi.
– Dziennikarze coś wywęszyli?
– Nie. Jeszcze nie... Gadałem z dyrektorem szpitala. Kazałem mu zachować pełną dyskrecję. Pamiętasz, czy jakieś zaginięcia z ostatnich kilku miesięcy pasowałyby do profilu?
– A mamy profil?
– Młode, ładne, zgrabne...
– Zacząć od nazwisk na A, czy w odwrotnej kolejności?
– Tego się obawiałem...
– Ale nie kojarzę żadnej Kathy Lutz. To średnio popularne nazwisko, więc pewnie bym zapamiętała.
– Sprawdziłem, nie mieliśmy takiego zgłoszenia. Było jakieś w sąsiednim stanie, ale na inne imię.
– Nie prościej zapytać, gdzie mieszka?
– Nie pamięta żadnego adresu, nie miała też przy sobie dokumentów. Podobno leżała na drodze zakrwawiona, nieprzytomna, w koszuli nocnej. Niepamięć to częsta przypadłość podczas urazów głowy.
– A jeszcze częściej bardzo wygodna... – dodała Jade, rzucając Whitmanowi podejrzliwe spojrzenie.
– Nie przeczę. Choć nie sądzę, że sobie z nami pogrywa. Ma jakieś przebłyski. Utrzymuje, że widzi tylko pojedyncze obrazy. Niestety, nie rozpoznaje ich ani nie potrafi umiejscowić w czasie.
– Czyli czeka nas sporo roboty.
– Dlatego, zanim cię wezwałem, kazałem już zacząć obdzwaniać wszystkich Lutzów z Pittsburgha i z najbliższej okolicy.
– Obyczajówka jeszcze tego nie zrobiła?
– Nie, bo zwalili to na nas.
– Ilu ich jest?
– Lutzów? Według bazy i internetu, czyli razem ze studentami, będzie jakieś... trzysta osób.
– Więcej, niż myślałam.
– Mogło być gorzej.
– Niby nic nie pamięta, a jednak Grega Ruckera kojarzy. Jakim cudem?
– Nie wiem, ale to bardzo dobre pytanie.
– Dodzwoniłeś się w końcu do niego?
– Jest na urlopie. Zostawiłem mu wiadomość na poczcie. Liczę, że... – Niespodziewanie odezwał się telefon kapitana. – Cholera, to on... Zaczekaj... – Whitman oddalił się na kilka kroków i tonem służbisty szybko nakreślił detektywowi z wydziału zabójstw pilną sprawę. – Spokojnie, pogadam z Kozinskim. Dostaniesz rekompensatę za urlop. Jesteśmy w Szpitalu Zachodnim. Przyjedź najszybciej, jak możesz.
– Przyjedzie? – zapytała Jade, gdy Whitman do niej wrócił.
Skinął głową.
– Jak myślisz, dlaczego poprosiła akurat o niego?
– Nie wiem, ale podobno wciąż powtarzała jego imię i nazwisko. Na początku lekarze coś z niej wyciągnęli, ale potem nie chciała już rozmawiać z nikim innym.
– Więc wezwałeś mnie...
– Uznałem, że dwie kobiety szybciej się dogadają.
– Zależy, na jaki temat.
– Skąd mam wiedzieć, co ten wariat im robił...
– Był już psycholog?
– Tak, ale niczego nie wskórał, podobnie jak pielęgniarki. Kazałem im, niby przypadkiem, wypytywać o pewne sprawy, ale od chwili, gdy pojawiła się policja, dziewczyna nabrała wody w usta.
– A obdukcja?
– Nie licząc widocznych ran na rękach, nogach i twarzy, miała jeszcze parę sińców na ciele. Na szczęście nie stwierdzono żadnych blizn, śladów po przypalaniu, torturach czy gwałcie. Jest trochę wychudzona, więc mogła być głodzona.
– Albo sama odmawiała posiłków. W szpitalu coś jadła?
– Nie chciała. Napiła się tylko wody z nieodkręcanej wcześniej butelki. Powiedziała, że jedzenie śmierdzi i że widzi, jak coś po nim pełza.
– To mnie akurat nie dziwi. Sama miałabym opory przed tutejszym jedzeniem.
Kapitan łypnął niemrawo na Jade.
– Uważasz, że to zabawne?
– Uważam, że niepotrzebnie mnie wezwałeś.
– Jeżeli dziennikarze coś wywęszą, a znajdzie się rodzina tej dziewczyny, dostałbym po dupie, gdybym od razu nie zareagował – tłumaczył się Whitman, choć wcale nie musiał. – Zapomniałaś o pozostałych ofiarach?
– Nie, ale chętnie bym to zrobiła, bo ledwo żyję.
– Zaczekaj chociaż, aż Rucker przyjedzie.
– Może jeszcze mi powiesz, że mam pracować z tym obleśnym zbokiem...
Nie odpowiedział.
– Oszalałeś?! Nie ma mowy!
Dwaj strażnicy wymownie spojrzeli po sobie, a jeden z nich dodatkowo prychnął i zerknął na kapitana, który, według niego, już dawno powinien postawić podwładną do pionu.
– Możesz poprosić o nowy przydział, jeśli u mnie ci się nie podoba. Rucker to człowiek Kozinskiego, a wydział zabójstw z pewnością przyda nam się w tej sprawie.
– Jedyne, co Greg Rucker może dla nas zrobić, to zdobyć darmowe kupony na pączki. Tłusty oblech... Jakim cudem w ogóle dostał się do policji?
– Kiedyś był chudszy... – rzucił zabawnie kapitan.
– Chudy Rucker... Jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić.
– Rozumiem, że go nie lubisz, ale w tej chwili tylko on może nam pomóc. Wyświadcz więc wszystkim przysługę i jeżeli miałabyś przy nim powiedzieć za dużo, po prostu ugryź się w język.
– Gdybym tak robiła za każdym razem, gdy przyjdzie mi ochota powiedzieć, co o niektórych myślę, teraz bym do ciebie migała.
Kapitan parsknął śmiechem i razem udali się do poczekalni.
* * *
Greg Rucker przyjechał po godzinie. Mimo iż otrzymał wezwanie o siódmej wieczorem, w połowie urlopu, był cały w skowronkach. Ewidentnie nie należał do ludzi, którzy zbytnio przejmują się... czymkolwiek. Tę wizytę najwyraźniej potraktował jako dwugodzinną przerwę w odpoczynku, gdyż miał na sobie spodnie moro, szarą bluzę z kapturem i brudne adidasy.
Od kilku lat Rucker zmagał się z poważną otyłością, ale nic sobie z niej nie robił, a przynajmniej tak twierdził. Miał cztery lata do emerytury i lubił żartować, że już wcześniej zaczął się do niej przygotowywać.
Karierę w policji rozpoczął od obyczajówki, później zajmował się wypadkami drogowymi, aż wreszcie trafił do zabójstw. W ciągu ostatnich dziesięciu lat trzykrotnie zmieniał wydział. Ostatecznie wylądował z powrotem w zabójstwach, u kapitana Kozinskiego. Powody przeniesień były różne, choć te oficjalne nieco odbiegały od prawdziwych. Zazwyczaj chodziło o skargi dotyczące jego nagannych zachowań w stosunku do koleżanek z pracy, jednakże w zawodzie mocno zdominowanym przez mężczyzn szefowie wydziałów często puszczali takie uwagi mimo uszu. Reagowali dopiero, gdy sprawy stawiano na ostrzu noża.
Mimo iż Rocky G, jak wielu kolegów nazywało Ruckera, wielokrotnie narażał się koleżankom, przełożeni byli zadowoleni z jego osiągnięć. W wydziale narkotykowym otrzymał wyróżnienie, a podczas pracy dla wydziału zabójstw w ciągu dwóch pierwszych miesięcy zamknął dwie trudne sprawy. Miał dobre, a nawet bardzo dobre wyniki i nigdy nie kwestionował rozkazów. W przeciwnym razie już dawno wyleciałby ze służby.
Pomijając jego skuteczność, był on dla Jade jedynie zbiorem cech, a dokładniej wad, które nigdy nie powinny wpełznąć w szeregi policji.
– Kapitanie... – Rucker skinął głową, a do zniesmaczonej pani detektyw puścił oczko. – Piękna panna Reflin... Cóż za niespodzianka.
Jade błagała niebiosa, aby Greg nie wpadł na jakiś głupi pomysł, jak na przykład pocałowanie jej dłoni. Przeszył ją dreszcz, gdy wyobraziła sobie obleśny, gruby jak u dinozaura, wilgotny jęzor prześlizgujący się po jej skórze. Już wolałaby wsadzić tę rękę w mrowisko.
– Pani Reflin... – sprecyzowała.
– Ooo... Czyżbym o czymś nie wiedział? – zapytał wyraźnie zaskoczony zmianą statusu Jade.
– Nie, po prostu dla ciebie pozostaję niedostępna. Już raz to sobie wyjaśniliśmy.
– Pamiętam...
– Mam nadzieję, bo...
– Cieszę się, że formalności mamy z głowy – wtrącił się Whitman. – Greg, od dziś będziesz pracował z Jade.
– Rozumiem, że zaginął jakiś truposz... – roześmiał się Rocky G, ale natychmiast spoważniał, widząc grobową minę kapitana i grymas na twarzy koleżanki.
Whitman dokładnie nakreślił detektywowi, dlaczego go wezwał. Podczas uświadamiania Grega Jade opuściła poczekalnię i przeszła pod salę Kathy Lutz. Wolała patrzeć na zabandażowaną ofiarę niż na pyzatą twarz tego błazna, którego oczy co chwilę uciekały w jej stronę. W najgorszych snach nie wyobrażała sobie, że wieczór, który miał się zakończyć w wannie, z kieliszkiem półsłodkiego czerwonego wina w ręku, skończy się w towarzystwie najbardziej znienawidzonego przez nią policjanta. Czyżby Whitman aż tak bardzo jej nie lubił?
Odprawa Ruckera trwała niecałe pięć minut, gdyż kapitan jak najszybciej chciał pokazać detektywowi pacjentkę, która o niego prosiła. Nawet nie zatrzymali się przy szybie, tylko od razu weszli do sali, czym zaskoczyli nie tylko Jade, ale i siedzącą w środku pielęgniarkę.
– To potrwa tylko chwilę. Obiecuję... – zakomunikował cicho Whitman.
– Zaczekam na zewnątrz – odparła czarnoskóra kobieta. – Proszę pamiętać, że lekarz zabronił niepokoić pacjentkę.
– Nie będziemy jej budzić – szepnął kapitan, po czym zwrócił się do Ruckera: – I co?
– Mówił pan, szefie, że jak się nazywa?
– Kathy Lutz.
Przyglądając się zabandażowanej ofierze, Greg obszedł łóżko.
– Nie mam pojęcia, kto to. Naprawdę... Choć przyznam szczerze, kapitanie, że gdyby moją matkę tak opatulono, też bym jej nie poznał.
– Zerknij jeszcze raz na zdjęcie.
Rucker wziął fotografię. Wykonano ją niedługo po tym, jak dziewczyna trafiła na oddział.
– Przykro mi, szefie... Może kiedyś się spotkaliśmy, skoro mnie pamięta, ale przysięgam, że jej nie kojarzę.
Jade przezwyciężyła obrzydzenie i wpatrzyła się w przyszłego partnera, dokładnie obserwując jego zachowanie, a zwłaszcza wyraz twarzy. Greg wyglądał na zdziwionego, więc wszystko się zgadzało – mówił prawdę, chyba że tak dobrze kłamał.
Gdy wrócili na korytarz, kapitan wezwał pielęgniarkę.
– Jaka jest szansa, że jeszcze dziś się obudzi? To policjant, o którego prosiła. – Wskazał Grega.
– Obawiam się, panowie, że będziecie mogli z nią porozmawiać dopiero jutro.
– Specjalnie ściągnąłem detektywa Ruckera z urlopu.
– Przykro mi...
– Mogę przy niej posiedzieć – wypalił Greg.
– Ani się waż! – zareagowała ostro Jade. Mimowolnie sobie wyobraziła, jak Rocky G zaczyna napastować wzrokiem śpiącą dziewczynę.
– Zazdrosna?
– Raczej przerażona...
– Dlaczego? – Greg najwyraźniej nie zrozumiał albo świadomie udał głupiego.
– Myślisz, że sprawa rozwiąże się sama? Podobno masz mi pomóc – wybrnęła.
– Jade ma rację – zauważył kapitan. – Szkoda twojego czasu. Może się obudzić rano, ale równie dobrze w południe. – Whitman spojrzał na pielęgniarkę, która przytaknęła. – Jak tylko otworzy oczy, proszę mnie powiadomić.
– Oczywiście... – oznajmiła kobieta i wróciła do sali.
– Gdzie dokładnie ją znaleziono? – zapytał Greg, który wreszcie przestał się skupiać na atrakcyjnej partnerce i zaczął rozsądnie rozumować.
– Mężczyzna, który ją tutaj przywiózł, sam wam to powie.
– Mówiłeś... – zapomniała się i natychmiast urwała. – Mówił pan, kapitanie, że facet zostawił dziewczynę i zwiał.
– Z kamer na budynku szpitala odczytaliśmy numery jego wozu. Jutro rano ściągniemy cwaniaczka na przesłuchanie, więc punkt ósma macie być w wydziale.
– Przyjechać po ciebie? – zaproponował natychmiast Greg.
– Nie... – odparła i nie czekając na nich, ruszyła w kierunku windy.
– Co jej jest? – zapytał cicho detektyw.
Kapitan dobrze wiedział, ale postanowił przemilczeć odpowiedź i zrobił to, co ostatnio wychodziło mu najlepiej, czyli... wzruszył ramionami.
– Pewnie okres się spóźnia... – dorzucił Rocky G.
– Słyszałam!!!
Wjeżdżając na policyjny parking, Greg Rucker kończył jeść bajgla.
– A niech to... – skrzywił się, widząc srebrnego chevroleta Jade.
Specjalnie wyszedł z domu pół godziny wcześniej niż zwykle. Dodatkowy czas chciał przeznaczyć na krótką rozmowę z Whitmanem i poszperanie w komputerze – za wszelką cenę postanowił znaleźć coś, czym na dzień dobry mógłby oczarować koleżankę. Niestety, Jade wyprzedzała go, i to o całe lata świetlne. Nie mogła spać, więc przyszła do pracy na siódmą. Dokładnie zaznajomiła się ze skromną kartoteką ofiary, a także rozpoczęła żmudny proces sprawdzania portali społecznościowych. Ponieważ zawęziła obszar poszukiwań do Pittsburgha, wyszukiwarka wypluła zaledwie jedną Kathy Lutz, lecz jej profil był pusty – przypominał konto fikcyjne. Z pewnością ktoś je założył, by bez przeszkód podglądać ruch na portalu. Jade wstukała w wyszukiwarkę również Kathleen i Katherine, ale to niczego nie zmieniło.
Niestety, osób o takich danych w całej Pensylwanii mieszkało już znacznie więcej – około trzydziestu. Na pierwszy rzut oka żadne ze zdjęć nie przypominało ofiary, lecz Jade dobrze wiedziała, iż wrzucane do sieci fotki często odbiegały od rzeczywistego wyglądu właściciela profilu, o ile w ogóle przedstawiały daną osobę. Łatwo więc było o pomyłkę lub przeoczenie.
– Masz coś?! – krzyknął niespodziewanie Greg, stając w drzwiach jej biura.
Jade aż podskoczyła.
– Ty jesteś nienormalny! – zbeształa go, uderzając pięścią w blat.
Z otwartych biur dobiegły ciche śmiechy kolegów.
– Nie spodziewałaś się, że zdołam cię podejść. Cichy jak puma, zabójczy niczym tygrys... – rzucił prowokacyjnie, kilkakrotnie unosząc brwi.
Raczej głupi jak but i nienażarty jak świnia, dopowiedziała w myślach, po czym zapytała:
– Wyświadczysz mi przysługę?
– Tobie? Zawsze...
– W takim razie jak ta puma przyczaj się gdzieś na chwilę. Swoją drogą... nie wiedziałam, że lwy wpieprzają pączki.
– Skąd wiesz, co jadłem?
– Bo masz tłuste paluchy. Stąd widzę, jak się świecą.
– Eee tam... A tak w ogóle, lew i tygrys to dwa różne gatunki... I nie pączki, a bajgle!
Jade policzyła do pięciu. Jeszcze nawet nie zaczęli ze sobą pracować – nie wybiła ósma – a ona już miała go dość.
– Okej, zaniosę graty do biura i zaraz do ciebie wracam.
– Graty, czyli żarcie? – ubodła, ale szybko pożałowała, że w ogóle się odezwała.
– Poniekąd... Mówię to tylko na wypadek, gdybyś mnie do czegoś potrzebowała. – Wychodząc, oczywiście nie zamknął drzwi.
– Bez obaw. W razie czego sama potrafię strzelić sobie w łeb – wymamrotała pod nosem.
– Co powiedziałaś? – Greg błyskawicznie wrócił.
– Że wcześniej, choć nie wiem jak, ale radziłam sobie bez ciebie, więc ten kwadrans też jakoś przeżyję.
– Spokojnie, wyrobię się w dziesięć minut.
Kilka lat pozbawienia wolności za nieumyślne spowodowanie śmierci wydawał się Jade zbyt łaskawy w zamian za ulgę, jakiej mogła doznać, gdyby, oczywiście przypadkiem, wypchnęła Grega przez okno albo zrzuciła go ze schodów. Martwiła się jedynie tym, czy drugie piętro to aby nie za nisko – zarówno wydział zabójstw, jak i wydział osób zaginionych mieściły się na tym właśnie poziomie, choć w innych skrzydłach budynku. Wprawdzie tusza Grega powinna spowodować liczne obrażenia wewnętrzne, ale zawsze istniało...
– Jade!
Niespodziewanie zajrzał do niej Whitman. Ponownie drgnęła w fotelu.
– Jezu, czy wy naprawdę nie potraficie pukać?
– Jest już Greg?
– Tak, ale poszedł do stołówki.
Kapitan zmarszczył czoło.
– Gdzie?
– Do swojego biura...
– Idź po niego, bo zaraz przywiozą dobrego samarytanina.
– Dlaczego ja?
– To twój partner – oznajmił oschle kapitan i poszedł do siebie. Najwyraźniej był to jeden z tych dni, gdy Henry’emu Whitmanowi nie należało wchodzić w drogę.
– Nie ma to jak dobry początek dnia... – wymamrotała cicho i wygasiła monitor. Rozjuszona, poszła do drugiego skrzydła budynku. Czasem bywała w wydziale zabójstw – najczęściej, gdy sprawy zaginięć nieco się komplikowały i zamiast żywej osoby znajdowała trupa.
Nie rozumiała, dlaczego każdy inny policjant na jej widok mógł się po prostu przyjacielsko uśmiechnąć, a Greg zawsze musiał się zachowywać jak... Greg.
Po jej plecach przeleciał dreszcz obrzydzenia, gdy spojrzała na świecącą się od tłuszczu klamkę. Być może nikt inny nie zwróciłby na to uwagi, ale ona wiedziała, skąd się wziął ten... połysk jeszcze przed ósmą. Nie odważyła się jej dotknąć, więc zastukała mocno w ramę drzwi i oznajmiła głośno:
– Greg, Whitman wzywa!
– Jade?! Nie wstydź się, wejdź!
– Natychmiast! – Nawet nie zaczekała, tylko obróciła się na pięcie i ruszyła w drogę powrotną.
Wychodząc, Rocky G zobaczył, jak nowa partnerka znika za ścianą.
– Mur powoli się kruszy... – bąknął cicho. Poluźnił pasek w spodniach, poprawił koszulę i puszczając oczko koleżance z wydziału, żwawo pomaszerował na spotkanie z przeznaczeniem.
* * *
– Będę potrzebował adwokata? – zapytał niepewnie siedzący w sali przesłuchań mężczyzna. Był wyraźnie zagubiony i przerażony całą sytuacją. Prawdopodobnie jeszcze nigdy nie musiał składać zeznań.
– Oczywiście może pan go sobie zażyczyć, ale to tylko najzwyklejsza rozmowa. Nie jest pan aresztowany. Chcemy po prostu usłyszeć, co się wydarzyło tamtej nocy – oznajmił łagodnym tonem Whitman. Miał cichą nadzieję, że obejdzie się bez udziału adwokata, którego przybycie jedynie wszystko by opóźniło.
– Ale w każdej chwili mogę go wezwać?
– Tak... Nie ma pan nic przeciwko temu, że będziemy nagrywać tę rozmowę?
– A po co?
– Żeby nic nam nie umknęło. Zawsze nagrywamy. Kiedyś używaliśmy notatników, ale my również idziemy z duchem czasu.
– W porządku, zgadzam się.
– Świetnie...
W sali przesłuchań znajdowali się jedynie Henry Whitman i pięćdziesięciodwuletni mężczyzna, który uratował Kathy Lutz. Posturą przypominał bardzo szczupłego, niezdrowo wychudzonego nastolatka. Dodatkowo kulił się na krześle, jakby mu było zimno, przez co wyglądał jeszcze bardziej mizernie. Miał szpakowate włosy, na twarzy i przedramionach mnóstwo piegów, a jego opalenizna rodem z Hawajów mocno kontrastowała z jasnym T-shirtem. Wyglądał na obcokrajowca, choć nazwisko ani akcent go nie zdradzały.
Whitman postanowił, że osobiście przesłucha tego mężczyznę. Nie chciał go też niepotrzebnie straszyć większą liczbą policjantów, więc Jade wraz z Gregiem zostali w sąsiednim pomieszczeniu. Mogli się stamtąd przysłuchiwać rozmowie i obserwować na żywo, a także na kamerach, każdy ruch podejrzanego.
– A więc, panie... – kapitan zerknął do cienkiej teczki – Atwater.
– Czy mam kłopoty? – wystrzelił chudzielec, który z każdą sekundą coraz bardziej się denerwował. Najwyraźniej spokój kapitana odniósł odwrotny skutek.
– Oczywiście, że nie – odparł Whitman, który postanowił grać dobrego glinę. – Uratował pan życie tej dziewczynie. Dlaczego miałby pan mieć z tego tytułu problemy?
– Bo... zostawiłem ją w szpitalu? Odjechałem...
– Spanikował pan. Rozumiem to. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Jakbyśmy mieli wsadzać do aresztu za coś takiego...
– Naprawdę nie wiedziałem, co robić – wymamrotał, trzęsąc się. – Już w szpitalu zaczęli mnie wypytywać. Skąd miałem wiedzieć, co się stało? Wybiegłem stamtąd i...
– ...wrócił pan do domu.
Przesłuchiwany skinął głową.
– Powiedział pan komuś o tym incydencie?
– Nie, mieszkam sam.
– Ale nosi pan obrączkę.
– Moja żona... Ona odeszła. – Atwater jeszcze bardziej posmutniał.
– Przykro mi...
– Nie, nie... Żona żyje, tylko mnie zostawiła.
– Mogę dopytać o powód? – Whitman powoli zaczynał drążyć. Zastanawiał się, czy mężczyzna nie uciekł spod szpitala chociażby dlatego, że prowadził pod wpływem alkoholu, który mógł być przyczyną rozstania z żoną. W głowie kapitana wszystkie ścieżki w jakiś sposób się łączyły i żadne pytanie nie było bezpodstawne.
– Sprawy rodzinne... Nie dogadywała się z moją matką, a ja nie chciałem oddać biedaczki do domu starców. Tak jakoś wyszło...
– Rozumiem. Wróćmy może do sprawy.
– Ja naprawdę nie chciałem odjechać. Musi mi pan uwierzyć! Wczoraj wziąłem nawet wolne w pracy, bo cały dzień ręce mi się trzęsły i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Gdy zadzwoniliście, myślałem, że już po mnie.
– Czym się pan zajmuje?
– Pracuję w firmie sprzedającej filtry do wody. Jestem monterem.
– Dobrze się panu tam pracuje?
* * *
Stojąc za szybą, z rękami założonymi za plecami, Greg robił się coraz bardziej markotny. Nużyła go strategia Whitmana, który obchodził się ze świadkiem jak z jajkiem.
– Co masz taką minę?
– Może jeszcze zadzwonimy po masażystkę?
– Nie każdego trzeba cisnąć, to nie wydział zabójstw. – Jade uparcie wpatrywała się w Jerry’ego Atwatera, zwłaszcza w jego twarz. Analizowała każdy ruch, grymas, a nawet szybkość oddechu. Proste, łatwe, przyjemne pytania miały nie tylko spowodować, by przesłuchiwany poczuł się pewnie, ale dzięki nim ustalano również, jakie odruchy i gesty są dla danej osoby zachowaniami naturalnymi.
* * *
– Przejdźmy do tej feralnej nocy... – zaproponował Whitman. – Proszę mi dokładnie opowiedzieć, co pan widział.
– Niewiele, bo potwornie lało. Ta kobieta... dziewczyna... leżała na drodze. Najpierw myślałem, że to jakiś worek albo płachta. Wie pan, taka, co to spadła z ciężarówki. Plandeka... Potem to coś się poruszyło i nagle zobaczyłem rękę.
– Jak pan zareagował, widząc ofiarę?
– Wiedziałem, że nie zdążę zahamować, więc gwałtownie skręciłem i samochód wpadł w poślizg. Chyba ktoś nade mną czuwał, bo zatrzymałem się na poboczu, kawałek od rowu. Gdyby samochód się ześlizgnął, nie mielibyśmy szans uciec.
– My?
– Ja i ta dziewczyna.
– Myślałem, że w samochodzie był ktoś jeszcze.
– Nie, nie...
– Używał pan telefonu podczas jazdy? – Kapitan nieoczekiwanie zaatakował. – Proszę powiedzieć szczerze, bo możemy to sprawdzić.
– Tak... – przyznał Atwater, spuszczając głowę. – To znaczy nie... To znaczy... chciałem, ale akurat się rozładował. Dlatego nie wezwałem karetki.
– Mhm...
– Potem jeszcze zobaczyłem tego typa, jak idzie w moim kierunku i...
– Typa?
– Facet wyglądał jak jakiś wariat, co to nocą poluje na ludzi. Jak w tych filmach, gdy auto psuje się na odludziu, a z lasu wybiega banda dziwolągów, którzy chcą cię dopaść. Jestem pewny, że to on ranił tę dziewczynę.
– Dlaczego?
– Nie wyglądał na zadowolonego, że chcę jej pomóc. Poza tym miał strzelbę.
– Proszę go opisać.
– Nie widziałem twarzy, ale utykał na jedną nogę.
– Prawą czy lewą?
– Nie jestem pewien...
– Proszę się zastanowić.
– Naprawdę nie wiem... Nie pamiętam. Po prostu się kołysał, jak szedł. Szybko się zbliżył, ale nie biegł, jakby wiedział, że i tak ją dopadnie. Był mojego wzrostu i postury. Jak tak sobie teraz myślę, to widzę takiego wrednego starucha, co to całymi dniami przesiaduje pod domem i tylko czeka, aż ktoś się pojawi, żeby móc pogonić delikwenta.
– Mówił coś?
– Coś tam chyba krzyknął, ale nie zrozumiałem. Miał paskudnie ochrypły głos.
– Co pan zrobił po tym, jak go zauważył?
– Dziewczyna... była nieprzytomna, więc wziąłem ją na ręce i zaniosłem do samochodu. Gdy usłyszałem strzał, myślałem, że już po mnie.
– Ten mężczyzna strzelił do pana?
– Tak, ale na szczęście chybił.
– Trafił w samochód?
– Nie. Sprawdziłem... Nie ma nawet śladu.
– Czy... ofiara mówiła coś w drodze do szpitala?
– Nie. Powiedziałem już, że była nieprzytomna.
Whitman coś zanotował.
– Gdzie dokładnie się to wydarzyło?
– Na drodze pomiędzy Frankfort Springs a Clinton.
– To dość daleko od Pittsburgha.
– Jak każą, trzeba jechać.
– Często pracuje pan po godzinach?
– Bywa...
Kapitan był przygotowany, więc wyjął z teczki mapę.
– Mógłby mi pan pokazać, gdzie to się stało?
– Gdzieś tutaj... – Jerry Atwater wskazał punkt na drodze dokładnie pomiędzy dwoma przytoczonymi miejscowościami.
– Pamięta pan coś, co mogłoby nas nakierować?
– Było ciemno i potwornie lało. Ledwie widziałem drogę. Cały czas mijałem tylko lasy i pola, a wszystko wyglądało identycznie. Szczerze, nawet nie skupiałem się na otoczeniu, tylko na tym, żeby mi coś nie wyskoczyło przed samochód.
– Widział pan dom, z którego wyszedł ten człowiek?
– Pomiędzy polami coś tam było. Widziałem światło w oknach, chyba paliło się też na werandzie.
– Na tych polach coś rosło?
– Nie, to znaczy... chyba nie. Ale... droga pomiędzy nimi nie była asfaltowa, tylko taka zwykła, utwardzona.
– Pamięta pan jakieś znaki na jezdni lub poboczu?
– Nie.
– Dlaczego wracał pan przez Clinton? Ta trasa wydaje się krótsza. – Kapitan wskazał niemalże równoległą drogę znajdującą się kilka kilometrów na południe.
– Mieszkam w Brighton Heights, a na wysokości Robinson są roboty drogowe. Wracałem tamtędy poprzedniego dnia i czekałem w korku prawie pół godziny.
– Rozumiem... – bąknął nieco zawiedziony Whitman.
– Dziwi to pana?
– Nie, nie... Po prostu potrzebujemy tego typu informacje do raportu.
– Chyba mnie o nic nie podejrzewacie?! Powiedział pan, że nie potrzebuję adwokata!
– Będę z panem szczery. W tej chwili podejrzewam nawet własną matkę. Najważniejsze, że pomógł pan tej dziewczynie. My zaś zrobimy wszystko, by się dowiedzieć, co ją spotkało.
– Jak się czuje?
– Wyjdzie z tego, głównie dzięki panu.
– Na pewno nie będę miał kłopotów?
– Jeżeli to nie pan ją doprowadził do takiego stanu, to nie, a wręcz przeciwnie... Należą się panu podziękowania.
* * *
Greg stęknął, po czym wyjął komórkę i zaczął czegoś szukać w sieci. Początkowo Jade nie zwracała na niego większej uwagi, ale po chwili zaczął ją tym drażnić.
– Mamy tam jedynego świadka, który może coś wnieść do sprawy. Mógłbyś się choć na chwilę skupić i udawać, że ci zależy?
– Sprawdzałem tylko, za co przyznają Medal Honoru.
– Co?
– Daj spokój, przecież to przesłuchanie to jakaś kpina! Jeszcze trochę, a Whitman zacznie go całować po stopach. W ten sposób facet do niczego się nie przyzna.
– Tak samo jak ty, ja też wiem, że Atwater może być w to zamieszany, ale na razie musimy zdobyć jego zaufanie.
– Czy tylko ja zauważyłem, że najpierw facet gada o poruszającej się dziewczynie, a potem ta sama osoba nagle leży nieprzytomna?
Jade zmarszczyła brwi. Zastanawiała się, jak mogła zbagatelizować ten fakt.
– Najpierw jechał wpatrzony w drogę – kontynuował Greg – potem mówi o jakiejś płachcie i poruszającej się ręce, a w końcu się przyznaje, iż nawet nie próbował hamować. To chyba jasne, że zauważył ofiarę w ostatniej chwili. I nagle jest nieprzytomna... Nieświadomie się przyznał, że ją potrącił. Sumienie go ruszyło, więc zawiózł dziewczynę do szpitala, a po drodze wymyślił sobie jakiegoś wariata, który ich ścigał.
– Właśnie tak zamykasz sprawy?
Rzucił jej pobłażliwe spojrzenie.
– A co robiła w środku nocy, na drodze, ranna, w koszuli nocnej?
– Nie wiem, ale zakładam, że wreszcie padnie i to pytanie.
– Whitman wie, co robi. Zamknij się, patrz i słuchaj...
* * *
Kapitan ponownie coś zanotował, po czym groźnie łypnął na świadka.
