Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Jest to najnowsze wydanie ebooka opowiadań, które po raz pierwszy ukazały się w postaci zbioru 6 marca 2020 roku.
Opis książki:
„Substancja czynna” to zbiór opowiadań kryminalno-obyczajowych, głęboko zakorzenionych w realiach polskiego rynku farmaceutycznego.
Jak bardzo przesuniesz granice, aby odnieść sukces? Co zrobisz, jeśli zostaniesz postawiony pod ścianą? Ile potrafisz znieść?
Pięć historii odnoszących się do pięciu stanowisk w aptece nie tylko obrazuje życie pracowników poza pierwszym stołem, ale również dosadnie, a często także brutalnie odpowiada na pytania, co by było, gdyby etyka zawodowa i zdrowy rozsądek przegrały walkę z ludzkimi żądzami.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 342
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
THOMAS ARNOLD
SUBSTANCJA
CZYNNA
Fotografia na okładce © svetlichniy_igor – stock.adobe.com
Copyright © 2020 by Thomas Arnold Copyright © 2026 by T.A. BOOKS
Projekt okładki Natalia Jargieło
Skład, łamanie, realizacja okładki przygotowanie publikacji elektronicznej Artur Kaczor, PUK KompART
Wydanie II
ISBN 978-83-67516-17-4
Wydawca T.A. BOOKS
Książkę dedykuję pracownikom branży farmaceutycznej, azwłaszcza osobom, które spotkałemna mojej ścieżce zawodowej.
Serdecznie Wam dziękuję za poświęcony czas, życzliwość, niewymuszone uśmiechy,wspaniałą atmosferę, rady oraz pomocną dłoń wtrudnych sytuacjach.
Nie musisz się kontaktować z lekarzem ani z farmaceutą, ale zanim użyjesz tego zbioru, koniecznie przeczytaj poniższy tekst!
Zacznę może nietypowo – od podziękowań. Należą się one przede wszystkim Panu Redaktorowi Łukaszowi Waligórskiemu, który namówił mnie, abym napisał opowiadania wchodzące w skład tego zbioru. Wcześniej ukazały się one pojedynczo w stricte branżowym magazynie farmaceutycznym – MGR.FARM. Za fachową pomoc dziękuję również Paniom: Bożenie, Renacie, Danucie oraz Joannie.
Zawsze stroniłem od polskich realiów, ale ostatecznie okazały się one nie aż tak straszne. Może dlatego, że były mi bliskie pod względem zawodowym, a może dlatego, że Pan Łukasz był po prostu... bardzo przekonujący. Sam nie wiem, dlaczego się zgodziłem, ale w żadnym wypadku nie żałuję.
Należy jednak wyraźnie zaznaczyć, że moje upodobania do zagranicznego tła we wcześniejszych książkach to jedno. Niestety, pojawił się też inny problem – wątpliwości co do napisania opowiadań kryminalnych zahaczających o branżę farmaceutyczną. Chodziło, rzecz jasna, o moje wykształcenie, a więc również o bezpośrednie powiązanie z poruszanymi tematami. Ostatecznie jednak uznałem, że jeśli Pani Tess Gerritsen (i nie tylko ona), jako lekarka, pisze thrillery medyczne, to mnie – jako farmaceucie – również wypada stworzyć opowiadania osadzone w moich realiach zawodowych.
Przechodząc do sedna, od razu odpowiem na nurtujące wszystkich pytanie. Z wątkami kryminalnymi oraz przekrętamiprzedstawionymi w opowiadaniach nigdy nie miałem do czynienia. Mimo że przerażająco prawdziwe (wierzę, że mogę tak napisać), są one wymysłem mojej wyobraźni, gdyż jako osoba związana z branżą wiem, do czego można by doprowadzić w sprzyjających okolicznościach i jak dany przypadek mógłby się zakończyć. Myślę, że najlepszym porównaniem po raz kolejny będzie lekarz, który doskonale wie, w jaki sposób zaszkodzić pacjentowi, choć nigdy świadomie tego nie zrobi. Czy wszystko zostało zmyślone? Oczywiście, że nie... Część sytuacji codziennych, zwłaszcza tych pozytywnych, opiera się o moje prywatne doświadczenia, choć niektóre zostały opisane z przymrużeniem oka, a czasem nawet… obydwu oczu.
Na koniec muszę podkreślić, że zawsze miałem ogromne szczęście do osób, z którymi przyszło mi współpracować. Wiele z tych znajomości utrzymuję do dziś. Dlatego też decyzja o chwilowym (a kto wie, czy nie całkowitym) porzuceniu zawodu farmaceuty była jedną z najtrudniejszych w moim życiu.
ZAWARTOŚĆ
STAŻYSTA
TECHNICZKA
MAGISTER
KIEROWNIK
POMOC APTECZNA
– Kuba... do ciebie. Ta babka, którą obsługiwałeś – rzuciła młoda techniczka w białym kitlu.
– Czego chce?
– Ciebie...
– Wiem, ale... – Zanim dokończył pytanie, koleżanka była już na sali ekspedycyjnej, zwanej potocznie ekspedycją, gdzie obsługiwano pacjentów. – Dobra, nieważne...
Jakub Pyrel przemknął obok pokoju kierownika, usytuowanego w odnodze korytarza, pomiędzy pomieszczeniem socjalnym a ekspedycją. Magister pełniący zmianę sprawdzał właśnie recepty. Przysłuchując się sytuacji, z zaciekawieniem zerknął na monitor obrazujący widok z kamer. Już zdążył przywyknąć, iż powrót pacjenta najczęściej oznaczał nieuzasadnione pretensje, dużo rzadziej pomyłkę, ale że sprawa dotyczyła stażysty, za którego teoretycznie odpowiadał, baczniej zwrócił uwagę na przebieg wydarzeń.
– Proszę... – przywitał się Kuba, widząc tę samą kobietę, którą jako ostatnią obsłużył przed piętnastoma minutami.
– Prosiłam o dwa opakowania tej herbatki, a pan dał mi jedno! – powiedziała z wyrzutem podstarzała pacjentka i na blacie wylądowało zafoliowane pudełko. Obok niego położyła worek z resztą lekarstw. – Proszę... Nie ma!
Wysoki, przystojny szatyn o miłym głosie nie zrobił na kobiecie większego wrażenia – ani wcześniej, ani teraz. Traktowała go jak każdego innego typa, który chciał wysępić od niej pieniądze za nie wiadomo co. Kuba miał wrażenie, że zmierzająca ku ziemi asteroida byłaby w tej chwili dla tej pacjentki znacznie mniejszym zmartwieniem niż brakujące opakowanie ziółek.
– Przepraszam. Zaraz przyniosę drugie.
Produkt skończył się na półce, więc Kuba pobiegł do magazynu.
Koleżanka na innym stanowisku odprowadziła stażystę współczującym spojrzeniem, dodatkowo przewracając oczyma. Wiedziała, że ta kobieta często wszczynała niepotrzebne awantury.
Nie pamiętał, czy staruszka chciała jedną herbatkę czy dwie, ale – jak mawiał właściciel apteki – pacjent ma zawsze rację. Gdy wrócił na stanowisko z dodatkowym opakowaniem, kobieta oznajmiła:
– Niech pan dopisze je do tej faktury. – Śliniąc palec, rozłożyła kartkę i pacnęła w nią ręką. – Tutaj, proszę...
– Oj, bardzo bym chciał, ale niestety, nie mogę. Ta transakcja jest już zamknięta. Wystawię pani drugą fakturę, tylko na to. – Pomachał opakowaniem ziółek.
– Nie, nie. To musi być na jednej. Zawsze tak mam. To nie moja wina, więc niech pan coś zrobi. Ja muszę to mieć na jednej fakturze.
– Rozumiem, ale dopisać nie mogę. Prawo mi zabrania.
– Ja nie wiem, co pan może, a czego nie, ale proszę coś zrobić, bo nie będę tu stała wiecznie. Za chwilę mam autobus. – Spojrzała na zegarek, mrużąc oczy.
A za dwie chwile drugi, dodał w myślach.
Sytuacja powoli zaczęła interesować nie tylko personel, ale też dwóch pacjentów obsługiwanych przy pozostałych stanowiskach.
– Proszę sekundkę zaczekać. Zaraz zapytam, co w takiej sytuacji mogę dla pani zrobić.
– Sekundka już minęła, drogi panie... No ale niech pan idzie, jak nie wie. To pracuje pan tu i nie wie, co zrobić? – Kręcąc głową, zniesmaczona, popatrzyła obojętnie na pacjentów obecnych w aptece, po czym dodała: – Nie rozumiem.
Kuba błyskawicznie znalazł się w pokoju kierownika.
– Słuchaj...
– Słyszałem. Korekta faktury i wszystko od nowa.
– Nie możemy tego tam jakoś... dorzucić? Przecież...
– Niestety, stary – odparł spokojnie Rafał pracujący w aptece od trzech lat. – Korekta i jeszcze raz wszystko nabij. Robiłeś już korektę faktury?
– Jakiś miesiąc temu pod okiem szefa. Dodatkowo babka płaciła kartą. Jakbyś mi pomógł, byłbym wdzięczny.
– Dobra... Dużo tego tam ma? – Rafał zmierzwił kręcone włosy i zapiął fartuch.
– Pięć recept i parę otisów.
– O Jezu... Od razu jej powiedz, żeby sobie usiadła. A potem dorzuć na koniec jakieś próbki i przeproś, że musiała czekać.
– Tak też chciałem zrobić...
Dziesięć minut, kilka westchnień i dwa przewrócenia oczyma później zniecierpliwiona pacjentka wyszła z apteki, a spocony Kuba wrócił do pomieszczenia socjalnego. Siedziała tam Ania – jedna z techniczek, które z nim pracowały. Niska brunetka niewyróżniająca się z tłumu... Tak kiedyś opisał ją swej dziewczynie. Właśnie przyszła na popołudniową zmianę. Przed wyjściem na ekspedycję chciała jeszcze coś przekąsić. Pospiesznie odwijając z folii kanapkę, ubrudziła sobie żółtą sukienkę.
– No pięknie...
– Ciesz się, że nie fartuch.
– Racja...
Widząc podminowanego stażystę, uśmiechnęła się przyjaźnie.
– Pomyłka?
– Właściwie to nie... Nieszkodliwa sytuacja, ale... szkodliwe babsko.
– To dobrze. Do której jesteś? – zapytała z pełnymi ustami.
– Aż szef przyjdzie. Mam u niego zdać antybiotyki.
– Coś nie gra?
– Wczoraj spytał o jakąś pierdołę i nie wiedziałem. Tak jakby wszyscy wszystko wiedzieli, tylko nie ja.
– Może zapomni. Wczoraj każdego się czepiał.
– Ciebie też?
– Jasne... O półki, o czystość... Nie rozumiem, jak można cały dzień obsługiwać. Nogi do du... dolnych pleców włażą, a on przychodzi, jak się trochę przerzedzi i ględzi, że mamy dziury na półkach. Niech się cieszy, że są. Przynajmniej widać ruch w interesie. Pracowały kiedyś dwie pomoce, to półki były uzupełniane na bieżąco, a ekspedycja myta zimą co godzinę albo dwie.
– Ej, gołąbeczki... – przerwał im Rafał, wchodząc do socjalnego. – Do roboty. Recepty same się nie ponumerują. Wiesz, że jak szef przyjdzie, to najpierw zapyta o ciebie, co dziś robiłeś.
– Wiem, wiem... – Kuba natychmiast sięgnął po długopis i plik recept owinięty specyfikacją. – Godzina z głowy – rzekł cicho do Ani, która kończyła kanapkę.
– Przynajmniej czas leci...
Po chwili rozległ się długi pojedynczy dzwonek. Zjawiła się reszta popołudniowej zmiany i w socjalnym zrobiło się gwarno. W aptece pracowały cztery techniczki, dwoje magistrów oraz kierownik. Szeregi zasilała także pani Zosia – pomoc apteczna – a od jesieni również Kuba, którego przyjęto na staż. Na początku popełniał koszmarne gafy, ale z czasem się wyrobił i stał się przydatnym, niemalże samodzielnym członkiem zespołu.
– Wczoraj była u mnie Maślane Oczy – powiedziała kąśliwie wysoka magisterka, która przyszła na drugą zmianę.
– Widziałam ją – dorzuciła Karolina. – Głowa latała jej jak lalce.
– A widziałaś te rzęsy? Tak nimi trzepotała, że czułam powiew powietrza mocniejszy niż z klimy, jak daje na full. Wszędzie szukała naszego przystojnego Kubusia – zadrwiła Lena, wymownie zerkając na stażystę, który uśmiechnął się pod nosem, ale nie oderwał od pracy. – Nie potwierdza, nie zaprzecza... No, no... Ciekawe, co na to Małgosia...
Lena pracowała w zawodzie ponad siedem lat. Mimo iż nabyła uprawnienia kierownicze, nie spieszyła się ze zmianą apteki. Wraz ze zdobytym doświadczeniem zrobiła się nieco zarozumiała, ale najczęściej doświadczali tego nowi. Kuba przepracował już cztery z obowiązkowych sześciu miesięcy stażu, więc najgorszy etap miał za sobą. Mylił się coraz rzadziej, toteż i ona przestała się go czepiać. Prawie...
– Tylko się o mnie nie pobijcie... – Kuba uderzył do ostatnich wydarzeń. Lena pokłóciła się ze swoim facetem i podobno jeszcze do siebie nie wrócili.
– Łuu... – zabuczały kobiety.
– Łuu to będzie, jak Małgośka się dowie – zauważyła magisterka, zbywając uwagę.
– Ostatnio zarywał do młodej, a dziś do starej – wtrącił Rafał, przeciskając się pomiędzy koleżankami, do lodówki. – Mówię mu, żeby dał babce jakieś próbki. Myślałem o czymś na zgagę albo na przeczyszczenie, a ten wyjeżdża z kremem 40plus. Gdzie ty masz oczy? Przecież Wielicka ledwie stoi na nogach! Ile ona już ma?
– Ze sto pięćdziesiąt lat – rzuciła prześmiewczo Karolina, podtrzymując ogólną wesołość.
– Podpadłeś Wielickiej? – podchwyciła natychmiast Lena. – Oj, panie Jakubie. Szykuj się. Podobno miała trzech mężów i wszystkich wykończyła. To, że ledwie stoi na nogach, jeszcze o niczym nie świadczy.
– Dobra, już dobra – roześmiał się Kuba.
– Słyszałam, że szef ma cię dziś przeorać z antybiotyków – rzekła magisterka.
Nie odpowiedział, tylko skinął głową. W okamgnieniu zniknął też uśmiech z jego twarzy.
– Życzę powodzenia – bąknęła na odchodne i poszła do biura. W tym samym momencie rozległ się dzwonek.
– Oho... – mruknął Rafał. – Do roboty...
Dwunasta pięćdziesiąt dziewięć i kilka sekund. To mogło oznaczać tylko jedno.
– Witamy pana kierownika... – dobiegło z góry.
Rafał zerknął na monitor z kamer. W jednym z okienek zobaczył teatralnie kłaniającą się panią Zosię.
– Spadam dziś wcześniej – oznajmił Lenie.
– Niektórym to dobrze. I znowu zostanę sama z tymi receptami... – Wymownie westchnęła, spoglądając na pokaźny plik czekający na retaksację.
– Przecież do wieczora masz jeszcze szefa.
– Tak, tak, żartuj sobie dalej.
Rafał uśmiechnął się zawadiacko i pobiegł do szatni. Uwielbiał droczyć się ze starszą koleżanką. Kierownik rzadko sprawdzał recepty, a gdy zbliżał się koniec miesiąca albo zaczynał nowy, w ogóle się nimi nie zajmował. Należało skompletować dokumenty do księgowości, poprawić recepty, sprawdzić recepty poprawione i wykonać tysiąc pięćset sześćdziesiąt jeden innych czynności. Co więcej, kierownik lubował się również w różnorodnych podsumowaniach miesiąca. Śmiano się, że na Bierzmowaniu miał sobie dać na trzecie imię Tabelcy.
Lena wzięła długopis. Nie znosiła sprawdzania recept, ale podczas siedmiu lat pracy przywykła do tego nudnego zajęcia i pogodziła się z nim, jak z każdym innym obowiązkiem magistra.
Kierownik – Przemysław Bielański – był bardzo zorganizowanym człowiekiem. Za bardzo, jak niektórzy twierdzili. Podobało się to jedynie właścicielowi – niezwykle cenił sobie pana Przemka, ale pracownicy nieraz wychodzili z apteki ze skwaszonymi minami. Przy dobrym dniu kierownik nawet się uśmiechał, lecz gdy ktoś nadepnął mu na odcisk, nie miał litości. Nie należał do osób, które krzyczą na pracowników, a mimo to jego dosadność, argumentacja i niski ton głosu nieraz doprowadzały do łez. Kuba, jak każdy facet, puszczał niektóre uwagi mimo uszu, jednakże bardziej wrażliwe osoby po poważnej rozmowie z szefem często miały po dniu, jeśli nie po tygodniu. Co gorsza, pan Przemek był bardzo pamiętliwy i lubił się dąsać, choć winni zdążyli już dawno zapomnieć o sytuacji.
Numerując recepty, Kuba wsłuchał się w rozmowę dobiegającą z szatni.
– Zrobiłeś, o co prosiłem?
– Wydruk nierotów jest na biurku. Jak zawsze podzieliłem je na te od pół roku do roku i powyżej roku. Jutro zrobię terminy.
– I jak?
– Zeszliśmy o dwa tysiące.
– Mieliśmy zejść o trzy.
– Pamiętam... Przesuńmy coś do drugiej apteki. Tam ten towar wejdzie w nowe dostawy, a my pozbędziemy się go ze stanu. Zadzwonię do Kamili i powiem, jak to u nas wygląda. Na pewno nam pomogą. A my możemy zrobić dla nich to samo.
– Tylko że oni nie potrzebują pomocy.
– Za miesiąc albo dwa będą potrzebować. Ważne, żeby prezes nie wiedział. Jak zapyta, zawsze mogą powiedzieć, że brali to od nas pod pacjenta. A pacjent nie odebrał i już... Za dwa, trzy miesiące mogą nam to zwrócić.
– Zastanowię się... A jak Młody? Zawalił coś?
– Raczej nie... Nie przypominam sobie.
Rafał pamiętał swoje początki, więc często krył Kubę, szczególnie w dwóch pierwszych miesiącach pracy. Nie chciał drzeć kotów z jedynym facetem, z którym mógł pogadać o normalnych, męskich sprawach. Kiedyś nawet dostał za to burę od kierownika, a także od właściciela. Cudem nie skończyło się naganą i wpisem do akt. Ostatecznie błahostki wciąż puszczał Młodemu płazem, ale każdą istotną pomyłkę musiał odnotowywać i zgłaszać Bielańskiemu.
– Dzień dobry... – przywitał się kierownik. Nie zwracając uwagi, czy ktoś mu odpowiedział, natychmiast usiadł przed komputerem i zaczął studiować wydruki.
Przez biuro przewijało się mnóstwo osób z różnymi sprawami, więc kierownik zawsze miał pełne ręce roboty. Po godzinie spokoju Kuba był pewien, że mu się upiekło. Już przygotowywał się do wyjścia, gdy nagle szef sobie o nim przypomniał:
– Panie Jakubie!
– Jestem...
– Pamiętał pan o naszej dzisiejszej rozmowie?
– Przez całą noc...
Ujrzawszy wysokiego stażystę stającego w drzwiach biura, Bielański zapytał:
– Nauczył się pan? Bo nie chciałbym niepotrzebnie tracić czasu, którego i tak nie mam.
– Tak – odparł pewnie Kuba i usiadł na krześle pod ścianą, gdzie zazwyczaj kończyli przedstawiciele różnych firm. Było tak ustawione, że zainteresowani nie widzieli ekranu monitora.
– Świetnie. Zanim jednak do tego przejdziemy, opowie mi pan o tej korekcie. – Kierownik postukał palcem w kartki. – Słyszałem, że pacjentka wyszła niezadowolona i jeszcze próbował ją pan czarować.
Kuba spojrzał na magisterkę, która wzruszyła ramionami. Zastanawiał się, czy to ona, czy któraś z pozostałych dziewczyn zrelacjonowała szefowi przebieg rozmowy z Wielicką.
– Panie Przemku – przerwała im Ania. – Przyszedł przedstawiciel. Podobno był umówiony.
Kierownik spojrzał na monitor z kamer i zobaczył modnie ubranego jegomościa z aktówką pod pachą. Przy użyciu tabletu robił zdjęcia ekspedycji.
– No cóż, panie Jakubie... Chwilowo upiekło się panu, ale będę wdzięczny, jeśli zostanie pan w biurze i potowarzyszy mi przez następne minuty. Jeżeli ma pan kiedyś kierować własną apteką, to musi wiedzieć, jak należy się zachować w niektórych sytuacjach.
Kuba nie bardzo rozumiał, ale posłusznie przyniósł z socjalnego dodatkowe krzesło i usiadł obok Leny.
– O co chodzi?
– Zaraz się przekonamy – odparła obojętnie.
– Dzięki, że opowiedziałaś szefowi o tej korekcie. Przynajmniej ja nie będę musiał – powiedział z lekkim wyrzutem.
– Co?
– Przecież...
Nagle ich rozmowa została ucięta.
– Dziękuję, panie kierowniku, że znalazł pan dla mnie czas.
– Proszę przodem...
Do biura wszedł szczupły przedstawiciel w markowych ubraniach, z nienaganną fryzurą. Mimo iż na zewnątrz zalegał śnieg, miał tak czyste buty, jakby ubrał je dopiero w aptece.
– Witam państwa.
– Dzień dobry – odezwali się niemalże jednocześnie Kuba i Lena.
Przemysław Bielański wskazał krzesło.
– O przepraszam, będzie pan jeszcze uprzejmy zamknąć drzwi? – rzekł kierownik, zdejmując okulary, na co reszta zareagowała zdziwieniem. – Tylko wcześniej proszę przez nie wyjść – dodał niespodziewanie, gdy mężczyzna wstał.
Przedstawiciela zamurowało.
Lena podniosła wzrok znad recept, a Kuba nie bardzo wiedział, gdzie patrzeć.
– Wie pan, dlaczego? – zapytał Bielański.
– Przepraszam, ale nie.
– Zdjęcia, bez mojego czy właściciela pozwolenia, to może pan sobie robić swojej dziewczynie. W mojej aptece obowiązuje prosta zasada. Jeśli ktoś nie szanuje mnie, ja nie szanuję tego kogoś.
– Proszę wybaczyć, panie kierowniku, ale te zdjęcia są konieczne. Muszę się nimi wylegitymować, aby otrzymali państwo odpowiednio wysoki rabat na produkty i...
– Rozumiem, ale to nie market, że ktoś sobie wchodzi i przeciska się między ludźmi, żeby tylko zrobić zdjęcie. To pacjenci, często chorzy. Proszę więc ich szanować. Nas również...
Lena uśmiechnęła się pod nosem i wróciła do sprawdzania recept.
– To już się nie powtórzy.
– Wiem o tym. I proszę przekazać ostrzeżenie kolegom, gdy pan ich spotka. To zawód zaufania publicznego, więc, na litość boską, traktujmy się z szacunkiem.
– Rozumiem – powiedział zgaszony przedstawiciel. Gdyby nie fakt, iż był to jego pierwszy tydzień pracy w nowej firmie i musiał płaszczyć się przed każdym klientem, pewnie równie elokwentnie powiedziałby kierownikowi, co o tym wszystkim, a szczególnie o nim, myśli. – Czy... moglibyśmy przejść do sprawy, z którą przychodzę? – zapytał nieśmiało.
– Nie, nie, nie... Dziś już nie mam czasu. Widzi pan ten stos faktur i recepty? Nikt mi nie zapłaci za nadgodziny, a robota musi być wykonana.
– To kiedy mógłbym znowu podejść?
Kierownik spojrzał na kalendarz.
– Za tydzień o tej samej porze?
– W porządku. Dziękuję... – bąknął na odchodne przedstawiciel i wyszedł, w myślach złorzecząc kierownikowi. Wcześniej zaplanował sobie jeszcze rozmowę z pierwszym stołem, ale zaniechał jej po upokarzającej lekcji.
Pod pretekstem kontynuowania numeracji recept Kuba wymknął się do receptury – tak potocznie nazywano pomieszczenie, gdzie przygotowywano leki robione – w której akurat nikt nie pracował. Nie minęła minuta, a drzwi skrzypnęły i do środka weszła Lena.
– Słuchaj... Jak masz coś do mnie, to wal prosto z mostu – rzuciła, przymykając drzwi. – Nie ja powiedziałam panu Przemkowi o Wielickiej, a dziewczyny z pierwszej zmiany. Załatw to sobie z nimi, okej?
– Dobra... – odparł zaskoczony.
Lena wyszła.
Nie pomyślałby, że to właśnie one doniosły. Dwa dni wcześniej spotkał się z nimi przy piwie. Śmiali się i żartowali z kierownika, a tutaj... taki zonk.
Pracował o godzinę krócej niż one, więc postanowił zaczekać na Darię. Była najbardziej wyszczekana ze wszystkich techniczek, a podenerwowana nieraz odpyskowała nawet kierownikowi. Mimo to całkiem nieźle się z nim dogadywała.
Widząc wychodzącą z apteki niską blondynkę, przyspieszył kroku.
– Daria!
– A ty jeszcze nie w domu?
– Chciałbym pogadać. Masz chwilkę?
– Ale dosłownie chwilkę. Czekam na...
– Mówiłaś szefowi o sprawie z Wielicką? O tej korekcie faktury?
– Nie, a co?
Nie zdziwiło go, że Daria się wyparła.
– Ktoś powiedział i Bielański znowu ma na mnie z górki.
– I myślisz, że to ja? – oburzyła się.
W tym samym momencie podszedł do nich wyższy od Kuby mężczyzna. Był grubo po trzydziestce, miał niewielkie zakola i potężne bary, choć z twarzy wyglądał przyjaźniej niż typowy paker. Daria przywitała go całusem, więc Kuba od razu się domyślił, z kim ma do czynienia.
– Co jest, stary? – zapytał z wyrzutem chłopak techniczki.
– Spokojnie, gadaliśmy tylko.
– Weź przestań. – Daria przewróciła oczyma i zganiła zazdrosnego partnera. – To ten nasz stażysta. Mówiłam ci już o nim z dziesięć razy. Tak mnie słuchasz... Dawid – Kuba, Kuba – Dawid.
Uścisnęli sobie dłonie, ale gdyby nie zdecydowana reakcja Darii, to spotkanie z pewnością skończyłoby się inaczej.
Charakterystyczny dźwięk dobiegający z głośników zaświadczył o nowej wiadomości. Leżąca w łóżku, z laptopem na kolanach, Małgorzata Zajcher dwukrotnie ją przeczytała, zanim zawołała:
– Kuba! Podejdź tu, proszę!
Wezwany zjawił się niemalże natychmiast. Nachylił się od niechcenia i odczytał wiadomość wskazaną przez partnerkę. Po dzisiejszym dniu miał już dość, ale tekst natychmiast przywrócił mu trzeźwość umysłu.
– Jakiś debil i tyle.
– Jakiś debil? A czy ty przypadkiem nie pracujesz z jakąś Darią?
– I co z tego?
– Co z tego? Co z tego?! Jej facet pisze do mnie przez fejsa, cytuję: Załóż mu krótszą smycz.
– Jezu... Pożarłem się z nią trochę, a okazało się, że to nie jej wina.
– Co nie jest jej winą?
Kuba przedstawił sytuację, ale ani trochę nie uspokoiło to narzeczonej – o trzy lata starszej od niego absolwentki medycyny, która niedawno rozpoczęła pracę w miejscowym szpitalu.
– Myślałam, że zaręczyny są pewną deklaracją, ale najwidoczniej się myliłam.
– Chociaż ty daj mi dziś spokój.
– Gdy byłam w szpitalu, dwukrotnie dzwonił do mnie ktoś obcy. To pewnie ten facet!
– A skąd miałby twój numer?!
W tym samym momencie obudził się telefon Kuby.
– Mówiłem ci, jak było. Wierzysz mi, czy facetowi – wskazał monitor – który nawet nie był przy tej rozmowie? – Rozdrażniony poszedł do swojego pokoju, gdzie zostawił komórkę. Okazało się, że do niego również dzwonił ktoś obcy. Zastanowił się chwilę i z niepokojem spojrzał na drzwi sypialni. Nie odebrał – obawiał się, że to chłopak Darii. Wyciszył telefon i kontynuował oglądanie telewizji. Ten ktoś dzwonił jeszcze czterokrotnie. Po drugim razie Kuba przykrył komórkę kocem i całkowicie ją zignorował.
– Idź od razu do szefa i zacznij przepraszać, zanim jeszcze wejdziesz do biura – rzekła cicho pani Zosia, po czym wróciła do porządkowania magazynu. Była wyraźnie podenerwowana, aż trzęsły się jej ręce.
– Co się stało? – zapytał Kuba.
– Nie wiem dokładnie, o co chodzi – wciąż mówiła szeptem. – Chyba się pomyliłeś.
Wchodząc do pomieszczenia socjalnego, wyczuł gęstą atmosferę.
– Panie Jakubie! – rzekł ostro kierownik.
– Tak...
Szef był sam w biurze. Gdy tylko Kuba stanął w progu, Bielański doskoczył do niego i machnął przed nosem receptą.
– Proszę na to spojrzeć!
– O Jezu... – Kuba dostrzegł swój błąd, zanim jeszcze zerknął na tył, gdzie widniały dane z otaksowania. – Dałem czwórkę – rzekł cicho.
– Przecież widzę! Przez cały wieczór wydzwaniałem do pana!
Niedobrze...
– Przepraszam, ale miałem... nie miałem przy sobie telefonu.
– Przez cztery godziny?!
– Nieumyślnie zostawiłem komórkę w domu. Gdy wróciłem późno w nocy, widziałem, że ktoś dzwonił, ale... przecież mam pana kierownika zapisanego.
– Dzwoniłem z drugiego numeru, bo, żeby tego było mało – Bielański pomachał receptą – przez pana rozbiłem sobie telefon!
Kuba wolał nie dopytywać, jak do tego doszło.
– Po pracy byłem u tej pacjentki – kontynuował kierownik – ale jej nie zastałem. W tej chwili ma pan tam jechać i czekać pod drzwiami, dopóki nie otworzy albo nie wróci.
Kobieta najwyraźniej nie należała do ubogich staruszek, którym emerytury ledwo wystarczało od pierwszego do pierwszego. Mieszkała w okazałej kamienicy w jednej z bocznych uliczek zabytkowego kontowskiego rynku. Wejścia strzegł nowoczesny domofon.
Kuba zadzwonił pod właściwy numer, ale nikt mu nie odpowiedział. Postanowił więc poprosić sąsiadkę pani Wajc, aby go wpuściła.
Dziesięć minut stał pod drzwiami – dzwonił, pukał – ale nikt mu nie otworzył. Zanim zostawił wiadomość, skorzystał jeszcze z infolinii – spróbował się połączyć z abonentem pod adresem z recepty. Nieoczekiwanie usłyszał dzwoniący w mieszkaniu telefon. Był to numer komórkowy, więc bardzo się zdziwił, bo kto dziś wychodzi z domu i nie zabiera ze sobą telefonu?
Nagle usłyszał dobiegające zza pleców odgłosy świadczące o odblokowaniu drzwi naprzeciwko.
– To pan? – przywitała się sąsiadka.
– Tak, tak. Z apteki... Zostawię pani Wajc wiadomość. – Pomiędzy drzwi a futrynę włożył zgiętą podwójnie kartkę. – Gdyby ją pani widziała, proszę przekazać, że to pilne.
– A co się stało?
– Zapomniała leków w aptece.
– Rozumiem. To bardzo miłe z pana strony. Słyszałam, jak wczoraj wchodzi do mieszkania. Ale wie pan co... Jej syn mieszka w Niemczech. Wiem, że czasem go odwiedza. Być może wyjechała na kilka dni.
Nie bez telefonu, dopowiedział w myślach Kuba.
– Pewnie tak... – uśmiechnął się i westchnął. – Przepraszam, ale muszę wracać do pracy.
– Oczywiście. Miło było pana poznać.
Zanim Jakub Pyrel wrócił do apteki, zajrzał jeszcze do pobliskiej przychodni. Dzwoniący w mieszkaniu telefon dał mu do myślenia. Naprawdę przejął się sytuacją.
Niestety, pielęgniarki w rejestracji nie dysponowały żadnym innym kontaktem. Pod jedynym numerem, jaki posiadały, również nikt się nie zgłaszał. Poprosił o niego, lecz kobiety odmówiły. Zgodnie z prawem nie mogły mu go przekazać, ale zapewniły, że jeszcze będą próbowały połączyć się z tą pacjentką.
Z niesmakiem odszedł od okienka. Nie chciał stawać przed Bielańskim z pustymi rękoma. Już wyobrażał sobie mordercze spojrzenie szefa i tygodniowy, jeśli nie dłuższy, foch.
– Panie Jakubie... A może spróbuje pan porozmawiać z doktorem Brzyckim? To jego pacjentka. Może pan doktor coś podpowie.
– A jest u siebie?
– Przed chwilą był. Proszę zaczekać. – Starsza kobieta wykonała szybki telefon. – Pan doktor jest jeszcze w gabinecie.
– Nie ma pacjentów?
– Za dziesięć minut wychodzi, więc dobrze pan trafił.
– Dziękuję!
Kuba biegł jak szalony. Dopadł Brzyckiego, gdy ten przekręcał klucz w drzwiach gabinetu.
– Panie doktorze!
– Co to się znowu stało?! – rzucił wesoło postawny, brodaty mężczyzna w białym kitlu. Miał niski głos, podobnie jak Bielański, i wysokie, świecące czoło. Zbliżał się do sześćdziesiątki. Nie był zachwycony widokiem biegnącego mężczyzny. Zgadywał, że to jakiś przedstawiciel, ale miło się rozczarował, widząc pracownika apteki.
– Aaa... to pan, panie Jakubie.
– Tak, to tylko ja.
– Słucham...
Zaczęli iść w kierunku rejestracji.
– Miałem pacjentkę, której wydałem mocniejszą dawkę leku. Nie mogę się skontaktować z tą kobietą. Zerknąłby pan doktor do kartoteki, czy ta pani... ewentualnie... mogłaby to brać? Pacjentka prawdopodobnie wyjechała za granicę i będzie trudno ją zlokalizować.
– Panie Jakubie... – zaczął spokojnie i przyjaźnie doktor, zatrzymując się. – Mogę panu poprawić dawkowanie, mogę podbić mój błąd, moją poprawkę, a jak pan się do mnie uśmiechnie, zmienię nawet receptę ze zwykłej na odnawialną. Nieraz już sobie pomagaliśmy, prawda?
– Zgadza się...
– Wy nie odsyłacie pacjentów, więc ja nie mam problemów. A jak trzeba, staram się wam pomóc. Jednakże nie będę faszerował schorowanych ludzi większymi dawkami ani wypisywał bredni w kartotekach. Szanujmy się, panie Jakubie, a będzie nam się dobrze razem żyło.
Doktor ukłonił się pielęgniarkom w rejestracji i nieco zniesmaczony niecodzienną prośbą wyszedł z przychodni.
– I jak? – zapytała kobieta, która doradziła kontakt z lekarzem.
Kuba westchnął i pokręcił głową.
– Aaa... – Brzycki się wrócił. – Proszę pozdrowić ode mnie panią Małgorzatę! Ostatnio jakoś rzadko się widujemy.
– Dobrze, dziękuję.
– Panie Jakubie... Nie interesuje mnie, skąd weźmie pan kontakt do tej pacjentki. Przypomnę – kierownik przymknął drzwi – że obsługiwał pan na moim haśle pod moją nieobecność. Według prawa, które i tak już zostało złamane, to ja się pomyliłem, a nie pan! Co nie zmienia faktu, że jeśli to nie zostanie odkręcone, nie tylko z hukiem wyleci pan ze stażu, ale także z branży. Dołożę wszelkich starań, żeby wszyscy dowiedzieli się o pańskiej niekompetencji i lekceważącym podejściu do zawodu. Rozumiemy się?
– Tak, panie Przemku.
– Rozumiemy się?! – powtórzył groźnie kierownik.
– Tak... Ale co mam zrobić? Próbowałem już wszystkiego.
– Pacjentka ma otrzymać prawidłowy lek. Może pan nawet rozstawić namiot pod jej drzwiami i czekać, aż wróci. Mówił pan, że mogła wyjechać do Niemiec. Autobusy kursują tam regularnie. Naprawdę mnie to nie interesuje.
– Pojadę do niej jeszcze raz i będę próbował się dodzwonić.
– Ja myślę!
Niestety, kolejna wizyta w okolicach rynku również niczego nie zmieniła. Bożena Wajc nie wróciła, a kartka nadal tkwiła w drzwiach. Sąsiadka potwierdziła, że nikogo nie słyszała.
Kuba pamiętał dzwoniący w mieszkaniu telefon. Powoli zaczynał dzwonić w jego głowie, przez którą przelatywały coraz czarniejsze myśli. Wyobraził sobie martwą kobietę leżącą na podłodze w kałuży krwi, z telefonem w dłoni.
Otrząsnął się.
Posiedział chwilę w samochodzie i wrócił do domu.
Regularnie, co godzinę, próbował przez infolinię dodzwonić się do pacjentki, ale każdorazowo kończyło się to identycznie.
– Jesteś jakiś przybity – zauważyła Małgorzata Zajcher, stając obok narzeczonego, który natychmiast przymknął jej książkę z kardiologii. Na biurku leżało też kilka długopisów i notatnik z zabazgraną kartką. – Słuchaj... przepraszam za wczoraj. Nie chciałam na ciebie naskoczyć. Nie miałam łatwo w szpitalu. Pacjenci są coraz bardziej bezczelni, roszczeniowi. Zresztą... jak każdy na tym cholernym świecie. Wszyscy o wszystko mają pretensje. Jeszcze nie wejdziesz do sali, a już straszą Rzecznikiem Praw Pacjenta i sądami. A najczęściej odzywają się ci, którym sam rzecznik nakopałby do czterech liter.
– Nie szkodzi... Miałaś prawo się zdenerwować. Widząc coś takiego, pewnie zachowałbym się podobnie. Jeśli cię to pocieszy, u mnie też nie jest najlepiej.
– Jeszcze dwa miesiące i wypniesz się na nich. Możemy nawet wyjechać z tego miasta.
– Jasne...
– Chodź spać.
– Muszę jeszcze coś doczytać.
– Dobrze, ale nie siedź za długo.
Skinął głową.
– A właśnie... Miałem cię pozdrowić od doktora Brzyckiego.
– Ooo, dzięki... Widzisz... Pracujemy w tym samym szpitalu, a powoli zapominam, jak Brzycki wygląda.
Gdy Małgosia wyszła, otworzył książkę i jego oczom ukazała się feralna recepta, którą wciąż miał przy sobie. Odłożył ją na bok i zagłębił się w tekst.
Długo czytał o działaniu leków obniżających ciśnienie krwi i skutkach ich przedawkowania, a jeszcze dłużej bił się z myślami, zanim sięgnął po jeden z długopisów. Już wcześniej go sobie przygotował – dobrał odpowiedni odcień niebieskiego. Nie wiedział tylko, że Małgosia wciąż patrzy.
Przeprosiła, ale to nie oznaczało, że nie martwiła się o narzeczonego, o nich. Obawiała się, że Kuba nocami flirtuje z koleżankami z pracy, a tymczasem przyłapała go na czymś zupełnie innym.
– Szefie, możemy pogadać?
– Jestem zajęty – odbąknął Bielański, nie odrywając wzroku od monitora.
– Domyślam się, ale to bardzo ważne. Chodzi o moją pomyłkę. – Kuba przymknął drzwi i podszedł do biurka.
Kierownik w okamgnieniu przestał klikać po klawiaturze. Gdy zobaczył poprawioną przez stażystę receptę, myślał, że udusi go gołymi rękoma.
– Czyś ty do reszty zgłupiał, Pyrel? – wycedził przez zęby.
– Proszę mnie posłuchać.
– Nie mam zamiaru!
Kuba domknął drzwi.
– Wiesz, co za to grozi?! – Próbując zapanować nad emocjami, Bielański postukał się po głowie.
– Panie Przemku... – rzekł stanowczo Kuba, czym nieco zaskoczył kierownika. – Kobieta nie otwiera, a w mieszkaniu słychać dzwoniącą komórkę. Obawiam się, że pani Wajc rzeczywiście mogło się coś stać. – Potrząsnął receptą. – Jeżeli mam rację, wina spadnie na pana. Sam pan zauważył, że jechałem na pańskim haśle. Proszę spojrzeć... – Podsunął mu receptę. – Na szczęście Brzycki nie pisze zbyt wymyślnie. Do jednej kreski dorobiłem jeszcze dwie i jedynka stała się czwórką. Nawet grafolog nie dojdzie do prawdy. Uważam, że jest po sprawie.
– Po sprawie?!
– Po sprawie – zawtórował hardo Kuba.
– A kartoteka pacjentki w przychodni?!
– Przecież co miesiąc biegam do tego doktora z kilkunastoma receptami. Wiecznie coś miesza. Odkąd jestem na stażu, już ze trzy razy dzwoniliśmy do przychodni, bo Brzycki przepisał złą dawkę. I to były sytuacje, gdy pacjent się zorientował. Kto wie, ile takich lekarskich pomyłek przepuściliśmy i jakoś nikomu nic się nie stało.
– Przepuszczenie błędu, o którym nie wiemy, to nie to samo, co sfałszowanie prawidłowej recepty!
– Niech pan założy, panie Przemku, że tej kobiecie rzeczywiście coś się stało. Jak długo potrwa, zanim dojdą do tego, że wydaliśmy... że pan wydał złą dawkę? Nawet nie było pana na tej zmianie. Jeżeli sprawa wyszłaby na jaw, to nie tylko policja się tym zainteresuje, ale i nadzór, a także NFZ.
Twarz Bielańskiego poczerwieniała ze złości, ale najwyraźniej dosadne argumenty dały mu do myślenia.
– Ktoś jeszcze o tym wie? – warknął.
– A kto sprawdzał tę receptę?
– Ja...
– A Lena?
– Musiała wcześniej wyjść.
– W takim razie, jeśli ktoś usłyszał o pomyłce, to mimochodem. O tym z kolei... – Kuba postukał palcem po poprawce na recepcie – nikt. Wystarczy, że pan rozpowie, iż sprawa mojej pomyłki została załatwiona. Jeśli nawet ktoś z czasem zapyta o tę receptę, potraktujemy ją jako zupełnie inny przypadek i...
– Panie Przemku...
Usłyszeli pukanie.
– Nie teraz!
– Panie Przemku, przyszła policja.
Kierownik w momencie pobladł. Kuba również. Spojrzeli po sobie, jakby się zastanawiali, którym oknem uciec. Zaraz potem zerknęli na obraz z monitoringu. Na sali ekspedycyjnej czekało dwóch mężczyzn. Nie mieli na sobie policyjnych mundurów.
– Panie Przemku... – Kuba wyrwał kierownika z letargu. – Ta recepta jest prawidłowa – powiedział pewnie, próbując go uspokoić.
Wychodząc na ekspedycję, Bielański czuł, jak wali mu serce. Jeszcze nigdy podczas dwudziestoletniej kariery farmaceuty tak się nie bał.
– Dzień dobry – rzekł oschle, odchrząkując.
Policjanci pobieżnie się wylegitymowali, ale Bielański był zbyt roztrzęsiony, aby skupić się na nazwiskach i stopniach.
– Możemy wejść, by chwilę porozmawiać?
– A o co chodzi?
– Czy to paragon z pana apteki? – zapytał wyższy z funkcjonariuszy, pokazując zafoliowany kwit.
– Chyba tak... – odparł kierownik, mrużąc oczy. Okulary zostały na biurku w gabinecie. Widząc na paragonie lek, przy którym Kuba się pomylił, pobladł jeszcze bardziej.
– Musimy...
– Proszę wejść... – natychmiast zaprosił ich do środka.
Przeszli do biura.
– Jakub Pyrel, mój stażysta.
– Dzień dobry... – przywitał się Kuba.
– Będzie pan uprzejmy zamknąć drzwi? Dziękuję... Proszę powiedzieć, co się stało – rzekł Bielański, najspokojniej jak tylko potrafił.
– W mieszkaniu nieopodal rynku znaleźliśmy zwłoki kobiety. Zmarła to sześćdziesięciosiedmioletnia mieszkanka Kontowa. Sąsiadka tej pani powiedziała, że wczoraj ktoś z apteki dwukrotnie próbował ją zastać. W mieszkaniu znaleźliśmy woreczek z lekami i paragonem, który wcześniej pokazałem. Zakładamy, że to ktoś z państwa tam był.
Kuba opadł na krzesło, jakby go znokautowano.
– To ja... – przyznał się natychmiast. Był blady jak ściana.
– Dlaczego pan jej szukał? – zapytał spokojnie wyższy policjant, dla którego podobne sprawy nie były rzadkością.
– Ta pani... zapomniała leków – jęknął Kuba, przenosząc wzrok z podłogi na śledczych.
– Jakich leków? – zdziwił się funkcjonariusz. – Wszystkie miała w reklamówce, a ich ilość była zgodna z paragonem.
Kierownik spiorunował wzrokiem stażystę, który nabrał wody w usta.
– Ogarnij się, chłopie. Nie pamiętasz? Ta pani chciała jeszcze coś na kości – podpowiedział Bielański. – Przyszedłeś i powiedziałeś, że zapomniałeś jej to policzyć i że zostało na blacie. Kazałem ci do niej jechać...
– Myślę, że pan Jakub sam może opowiedzieć nam o tym dniu – wtrącił policjant.
– Ale to prawda... – wymamrotał. – Tak było, przysięgam. Pojechałem, bo pan kierownik powiedział, że tutaj tak nie obsługujemy. Jeśli popełnimy błąd, to należy go jak najszybciej naprawić. Jestem jeszcze na stażu, więc... czasem się mylę albo zapomnę o czymś. – Kuba nabrał nieco pewności siebie i wstał.
– Rozumiem, że pan ją obsługiwał.
– Owszem...
Kierownik zesztywniał. Wystarczyło sprawdzić kamery, aby zobaczyć, że stażysta stał wtedy sam na stanowisku, i to przez całą zmianę. Prawo tego zakazywało, ale w aptece była niewystarczająca liczba magistrów, aby ktoś stale przy nim czuwał. Mimo to istniała szansa, że śledczy nie zwrócą na to uwagi. Z pewnością nie znali dokładnie zasad prawa farmaceutycznego.
– To ostatecznie był pan w jej mieszkaniu czy nie?
– Nie, nie... Nie zastałem jej. Do budynku wpuściła mnie sąsiadka i powiedziała, że pani Wajc mogła wyjechać do swego syna, do Niemiec. W drzwiach zostawiłem kartkę.
– Wiem, znaleźliśmy ją.
– Po co więc pytanie, czy pan Pyrel był w jej mieszkaniu? – zirytował się Bielański. – To chyba jasne, że nie.
Funkcjonariusz przemilczał odpowiedź. To była mała pułapka.
– Od rana próbujemy się dodzwonić na numer z kartki, ale nikt nie odbiera.
Po wejściu do apteki Kuba zawsze wyciszał telefon. Z przyzwyczajenia postąpił tak i tym razem. Na śmierć zapomniał, że zostawił pacjentce swój numer. Co więcej, komórkę schował do szuflady w pomieszczeniu socjalnym, więc nie mógł usłyszeć brzęczenia.
– To był numer do mnie – przyznał po chwili namysłu.
– Zabraniam pracownikom używać telefonów na terenie apteki, a zwłaszcza w trakcie obsługi pacjenta – wyjaśnił kierownik. – To byłoby skrajnie nieprofesjonalne. Zawsze proszę, aby trzymali je w pomieszczeniu socjalnym, a najlepiej w szatni.
– Widział pan kogoś podejrzanego, kręcącego się pod kamienicą?
Kuba przypomniał sobie, iż przed dwoma dniami kierownik osobiście udał się do tej kobiety. Znacznie bardziej prawdopodobne było, iż to Bielański tego wieczoru mógł się na kogoś natknąć. Nie chciał się jednak jeszcze bardziej narażać szefowi, toteż przemilczał ten fakt.
– Nie...
– Czy ktoś... zamordował tę kobietę? – zapytał z obawą kierownik.
Policjanci spojrzeli po sobie.
– Za wcześnie na jakiekolwiek wnioski.
– Panie Jakubie... zostawi nas pan na chwilę?
Gdy stażysta wyszedł, Bielański zapytał cicho, bojąc się, że ktoś może usłyszeć:
– Czy on jest o coś podejrzany?
– Na chwilę obecną... wszyscy są podejrzani. – Policjant uśmiechnął się dobrotliwie. – Jeszcze nie ustaliliśmy nawet dokładnego czasu zgonu. Naprawdę za wcześnie na wnioski czy oskarżenia. Jeżeli zajdzie taka potrzeba, to oczywiście zaprosimy go do siebie, trochę przyciśniemy. Jednakże nie sądzę, by miał coś na sumieniu. W przeciwnym razie nie pałętałby się tam i nie wypytywałby sąsiadów. To najgłupsze, co mógłby zrobić, gdyby był winny.
– Mam go zawiesić albo... sam nie wiem?
– Nie, nie... Jeżeli, nie daj Boże, rzeczywiście coś przeskrobał, to nie możemy go spłoszyć.
– Jasne... Proszę pamiętać, że macie moje pełne wsparcie w tej sprawie.
– Dziękujemy.
Doktor Brzycki bardzo się zdziwił, wchodząc do rejestracji przychodni. Aż poprawił okulary.
Jedna z pielęgniarek pospiesznie rejestrowała pacjentów, a druga z przerażeniem w oczach, na boku rozmawiała z dwoma postawnymi mężczyznami.
– Ooo, jest już pan doktor... – Kobieta wyraźnie odetchnęła.
– Coś się stało? – zapytał z autentycznym przejęciem Brzycki.
– Ci panowie są z policji.
– Chodzi o waszą pacjentkę, panią... – funkcjonariusz spojrzał do akt – Bożenę Wajc. Sześćdziesiąt siedem lat.
– Kojarzę ją. To moja pacjentka. Bardzo miła kobieta, dystyngowana, z klasą.
– Wczoraj wieczorem znaleźliśmy jej ciało.
– Mój Boże... – przeraził się lekarz. Natychmiast też nabrał podejrzeń. – Co panów tutaj sprowadza?
– Nie ustaliliśmy jeszcze dokładnego czasu zgonu, ale wiemy już, że tego dnia, gdy pani Wajc zmarła, wcześniej była w przychodni i w pobliskiej aptece. Po prostu próbujemy odtworzyć bieg wydarzeń, szukamy niejasności.
– To znaczy?
– Śmierć pani Wajc nie wygląda na morderstwo ani na samobójstwo, ale musimy wziąć pod uwagę wszystkie aspekty.
– Jak zmarła? – drążył doktor.
– Zakładamy, że się potknęła i uderzyła głową o stół.
Brzycki się skrzywił.
– Wiemy, że pani Wajc brała sporo leków. Możemy zobaczyć jej kartotekę?
– Innymi słowy... Chcecie sprawdzić, czy dobrze ją leczyłem.
– Nie od dziś wiadomo, że są leki, których zażycie nieodpowiedniej dawki może...
– Jasne, że tak... – doktor przerwał policjantowi, wiedząc, co ten chce powiedzieć.
Funkcjonariusz zrobił dziwną minę, ale ostatecznie przytaknął.
– Macie chociaż jakiś nakaz?
– Jeśli udostępnią nam państwo kartotekę, zaoszczędzimy sporo czasu i papierkowej roboty.
– Niestety, nie możemy.
– A może pan mógłby do niej zerknąć? Byłbym naprawdę wdzięczny.
– Eh...
Po chwili pielęgniarka przyniosła kartotekę pacjentki.
– Nie widzę żadnego podejrzanego leku – stwierdził pewnie Brzycki, przeglądając dane. – Większość stosowała od kilku lat. Tu mamy zmianę, ale wszystko zgodnie z zaleceniem kardiologa. Dalej to samo... Dobre wyniki... Pacjentka ustabilizowana... Regularne wizyty...
– Może w aptece dostała jakiś zamiennik...
– Nie sądzę... Z drugiej strony, ja nie widzę problemu. Takie mamy prawo. Przecież nie trują ludzi, tylko oferują im tańsze leki. Choć ja tam mam swoje zdanie o odpowiednikach... Ale zbaczamy z tematu. Poza tym znam ich od lat i wiem, że moich... – lekarz ugryzł się w język – że zazwyczaj wydają zgodnie z receptą. Możecie jeszcze ich zapytać, ale pewnie usłyszycie to samo.
– Czy pani Wajc brała wcześniej jakieś leki nasenne albo psychotropowe, które mogły spowodować zasłabnięcie?
Doktor ponownie zerknął do kartoteki.
– Żadnego nie widzę. Z tym że... wiedzą panowie, jak czasem bywa. Dobrze zaopatrzona sąsiadka to skarb.
– Tak, tak... Przepytamy jeszcze mieszkańców kamienicy. Dziękujemy za współpracę, panie doktorze. Bardzo nam pan pomógł.
– Nie ma za co.
– Wiem, że proszę o wiele, ale... moglibyśmy sobie skserować tę kartotekę?
Doktor spojrzał groźnie na policjantów, ale wtedy przypomniał sobie niedawną wizytę pracownika apteki – prośbę o poprawę dawki. A jeśli sknocili coś u tej pacjentki i teraz będą chcieli zwalić winę na niego, pomyślał. Kartoteka od razu zamknęłaby im usta.
– Wy naprawdę chcecie mi przysporzyć problemów.
– W żadnym wypadku...
Brzycki westchnął.
– W porządku, znajcie moje dobre serce. Ale te ksera są tylko dla waszego prywatnego – podkreślił to słowo – użytku. Jeżeli je komuś pokażecie, będę miał kłopoty. A że znamy się z komendantem...
– Oczywiście, panie doktorze. Rozumiemy...
– Irenko, załatwisz to?
– Minutkę, panie doktorze. Zaraz się tym zajmę.
Gdy Kuba wrócił do domu, Małgosia chodziła za nim jak cień, zadając coraz dziwniejsze pytania. Najwyraźniej czuła, że wydarzyło się coś złego.
Wciąż zakładał, iż śmierć pani Wajc i źle wydany lek to tylko nieszczęśliwy zbieg okoliczności, ale z każdą minutą coraz bardziej w to wątpił. Wstępne przesłuchanie w aptece całkowicie go rozbiło. Był w fatalnym stanie i nikt nie mógł mu pomóc.
Długo walczył z myślami, ale ostatecznie postanowił się zwierzyć. Powiedział narzeczonej o pomyłce, sfałszowanej recepcie, wizycie policji i martwej kobiecie.
Przez kilka minut, milcząc, leżeli z Małgosią na łóżku. Żadne nie wiedziało, co powiedzieć.
– Wczoraj w szpitalu podczas rutynowej operacji zmarła młoda pacjentka – odezwała się wreszcie Małgosia, próbując go w ten sposób pocieszyć. – Myślisz, że ktoś obwini lekarzy?
– Nie sądzę...
– No właśnie... A nawet jeśli, zawsze znajdzie się jakieś wytłumaczenie. Nie wiesz, co się stało w tym mieszkaniu, nawet policja tego nie wie, więc nie zadręczaj się tym. Śledztwo wszystko wyjaśni. Myślisz, że pierwsze, co ta kobieta zrobiła, to weszła do domu i połknęła tabletkę? Bez przesady. Wczoraj znaleźli ją martwą, tak?
– Podobno.
– Założę się, że ktoś się na nią zaczaił. Wszedł za biedaczką do budynku, zabił ją i obrabował mieszkanie.
– Nie wiedzą, czy coś zginęło. Pielęgniarka z przychodni zadzwoniła do apteki z informacją, że policja była też u nich. Tam powiedzieli, że nie podejrzewają morderstwa, ale chcą wykluczyć inne przyczyny śmierci. Niby babka się potknęła i uderzyła głową o stół.
– Sam widzisz! Posłuchaj... – Spojrzała na niego wymownie. – Ta kobieta sama się przewróciła, może ktoś ją popchnął, a ty na siłę próbujesz sobie przypisać winę. Nie takie pomyłki się zdarzały i nikt nie ginął. Bez przesady... Poza tym, jeżeli chcesz kogoś obwiniać, to może zacznij od tego buca, Bielańskiego. Do końca stażu w ogóle nie powinieneś sam obsługiwać ani nawet rozmawiać z pacjentami bez czyjejś obecności. Mam rację?
– Niby tak.
– Niby? Nie widziałam jeszcze, żeby ktoś dał lekarzowi robiącemu specjalizację z chirurgii skalpel i kazał kroić pacjenta, a tymczasem opiekun poszedłby sobie na kawę.
– To trochę inna sytuacja.
– Kuba... Nie wiem, czy zauważyłeś, ale obwiniasz się o czyjąś śmierć. To dokładnie taka sama sytuacja.
Po chwili ciszy ponownie głos zabrała Małgosia:
– A co z tą receptą?
– Zrobiłem tak, żeby było dobrze. Obsługiwałem na koncie szefa, więc zaszkodziłbym głównie jemu.
– I po co to zrobiłeś? Po co ją poprawiałeś? Najadłby się strachu, to może by zmądrzał. PanĘ Ą pozjadał wszystkie rozumy, a wcale nie jest taki święty.
– Łatwo ci mówić.
– Bielańskiemu należy się nauczka. Wszyscy najchętniej powiesiliby go na najwyższym drzewie, sprawdzając wcześniej, czy gałąź nie złamie się pod ciężarem jego chamstwa.
Kuba mimowolnie się uśmiechnął.
– Jest coś jeszcze, ale będziesz na mnie zła.
Przymrużyła oczy i niepewnie popatrzyła na narzeczonego.
– To była recepta Brzyckiego.
Zmarszczyła czoło. Dopiero po chwili zrozumiała, jakie mogą wyniknąć z tego konsekwencje.
– Zwariowałeś?! – krzyknęła. – Kuba, jak mogłeś?! Chcesz wkopać lekarza, z którym pracuję w szpitalu i z którego synem studiowałam?! Jeszcze niedawno mówiłeś, że to jedyny normalny lekarz w przychodni!
Rozdzwonił się telefon Kuby.
– To szef... – Natychmiast odebrał. – Rozumiem. Postaram się zaraz przyjechać.
– Co znowu spieprzyłeś? – warknęła Małgosia, wstając z łóżka.
Nie odpowiedział, tylko zaczął się ubierać.
– Nie wiem. Muszę jechać do apteki. Porozmawiamy później, okej?
– A mamy wyjście?
Tego wieczoru Bielański nie wyszedł z pracy po zamknięciu apteki. Postanowił sprawdzić po PESEL-u wszystkie recepty martwej pacjentki, czy aby na którejś ktoś jeszcze się nie pomylił. Na szczęście wszystkie wyglądały dobrze.
Nagle podskoczył jak rażony prądem, gdy ktoś zadzwonił do drzwi.
– Nareszcie... – Poszedł otworzyć. – Co tak długo? – rzucił na powitanie.
Kuba nawet nie próbował znaleźć wytłumaczenia, dlaczego droga do apteki zajęła mu prawie godzinę.
– Byli u niego – wymamrotał Bielański.
– U kogo?
– U Brzyckiego.
– Wiem, ale...
– Pielęgniarka powiedziała, że policja widziała kartotekę Wajc.
– O ja pierdolę...
– Ja też!
– I co?
– No i zadzwoniłem po ciebie.
– Poprawiając receptę, wkopałem Brzyckiego – oznajmił Kuba, czując ogarniającą go słabość.
– Myślałem nad tym. Jest jeszcze szansa, żeby to odkręcić.
– Jak?
Kierownik wydobył z kieszeni fartucha biało-granatowe pudełko z lekiem. Był to Bergonol w dawce 4 mg, którego jedno opakowanie omyłkowo wylądowało w mieszkaniu Bożeny Wajc.
Gdy rozległ się dzwonek, Kubę zmroziło. Natychmiast spojrzał przez okno, czy to aby nie policja. Na szczęście na parkingu stały tylko zwykłe samochody. Jeden z nich rozpoznał. Było to białe audi Brzyckiego.
– Panie Przemku, czy...
– Zamknij się i słuchaj, a może wyjdziemy z tego cało.
Do tego wszystkiego odezwał się telefon Kuby. Dzwonił ktoś obcy. Bał się odebrać, myśląc, że to z komendy. Wyciszył komórkę i schował ją do kieszeni.
– Doktorze Brzycki...
– Panie Przemku... Pana telefon o tej porze mocno mnie zaniepokoił.
Kuba patrzył zza rogu, jak uścisnęli sobie dłonie. Na tym uprzejmości się skończyły.
– Niech pan pozwoli ze mną.
– Co się stało?
– Martwi mnie jedna rzecz, ale pewnie zaraz mnie pan doktor uspokoi.
Kuba skinął głową na powitanie.
– To mój stażysta. Pomagał mi szukać recept tej martwej kobiety, pani Wajc. Nas też odwiedziła policja.
– Znamy się z panem Jakubem... Witam pana. Nie mówcie, że coś znaleźliście, bo jeżeli wy coś macie, to policja też w końcu znajdzie.
– Proszę na to zerknąć... – Kierownik podsunął Brzyckiemu receptę poprawioną przez Kubę.
– No i co...
Przemysław Bielański uśmiechnął się w duchu. Wiedział już, że doktor nie dostrzegł poprawki.
– A tu są poprzednie recepty.
– Dalej nie rozu... O matko... – Lekarz złapał się za głowę. Zrobiło mu się słabo i usiadł.
– Kuba, przynieś panu doktorowi wody – rzekł troskliwie Bielański.
– Nie trzeba...
Brzycki natychmiast zrozumiał, choć trudno mu było uwierzyć w tę pomyłkę. W kartotece zapisał dawkę 1 mg, a na recepcie widniały 4 mg. Był to lek na nadciśnienie, więc czterokrotnie silniejsza dawka mogła spowodować gwałtowny spadek ciśnienia, a wraz z nim omdlenie lub nawet utratę przytomności.
– Panie doktorze, proszę się nie martwić.
– Nie martwić się?! Oszalałeś pan?! Baba nie żyje, a policja jest o krok od zrozumienia, dlaczego upadła i rozbiła sobie głowę!
– Wezwałem pana nie po to, żeby pogrążyć. Mam pewien pomysł. – Przed Brzyckim wylądowała recepta i długopis, którym Kuba wcześniej zrobił z jedynki czwórkę. – Tabletki czteromiligramowe są podzielne na cztery części. Wystarczy, że na recepcie zapisze pan dawkowanie 1 x ¼ tabl i będzie po kłopocie. Policjanci nie widzieli jeszcze tej recepty ani żadnej innej. Pani Irenka z przychodni powiedziała, że chcą jedynie ustalić przebieg wydarzeń. Przecież nie podejrzewają nas o nic. Wykluczą pewne ewentualności i dadzą nam spokój.
Doktor z wdzięcznością w oczach spojrzał na kierownika.
– Proszę tylko wymyślić powód, dlaczego miała dzielić czwórkę, a nie brać jedynkę i będzie po sprawie.
Brzycki odzyskał rezon.
– Jak to, dlaczego... Jest tańsza w przeliczeniu na dawkę, no i biedna pacjentka skarżyła się na problemy z przełykaniem. Tabletki w jednej i drugiej dawce mają identyczną wielkość?
– Chyba tak...
– No i sam pan widzi. Nawet pokazałem jej, jak dzielić tabletkę! W aptece miała sobie kupić ten, no...
– Przecinarkę do tabletek – podpowiedział Bielański.
– Właśnie!
– Problem w tym, że nie kupiła.
– Pewnie zapomniała... – rzucił doktor z chytrym uśmieszkiem. – A w kartotece zapisuję dawki, a nie opakowania. To chyba jasne... – oznajmił pewnie, ostatecznie nawet siebie przekonując własnymi argumentami.
– Wiadomo... – uśmiechnął się kierownik.
– Ten młody jest w porządku? – zapytał cicho Brzycki, słysząc krzątającego się po zapleczu stażystę.
– Sami swoi.
– Dobra... Co za to chcecie?
