Horyzont umysłu - Thomas Arnold - ebook + książka

Horyzont umysłu ebook

Arnold Thomas

0,0

Opis

Jest to najnowsze wydanie ebooka powieści, która po raz pierwszy ukazała się 26 października 2016 roku i stanowi III tom serii z detektywami Adamsem i Rossem w rolach głównych.

Opis:

Znany prawnik i jego żona trafiają do szpitala po poważnym wypadku samochodowym. Następnego dnia kobieta zaczyna się dziwnie zachowywać – jest przekonana, że kogoś potrąciła. Z kolei świadkowie zdarzenia są pewni, że Culberthowie uderzyli w zwierzę. Potwierdzają to oględziny samochodu, podczas których technicy nie znajdują śladów krwi należących do człowieka.

Szybko wychodzi na jaw, że Alice Culberth leczyła się psychiatrycznie w prywatnej klinice z powodu tragicznego wydarzenia sprzed trzech lat. Detektyw David Ross z wydziału zabójstw w Cleveland próbuje skontaktować się z jej terapeutą, jednak ten nie odbiera telefonów.

Sprawa nabiera rozpędu, gdy dwa dni później, w tym samym rejonie, w którym doszło do wypadku, przypadkowy chłopak natrafia na zwłoki młodej kobiety. Policja odkrywa związek pomiędzy Alice Culberth a ofiarą. Związek, który rzuca na śledztwo zupełnie nowe światło.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 480

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © 2016 by Thomas Arnold Copyright © 2026 by T.A. BOOKS

Skład, łamanie, realizacja okładki przygotowanie publikacji elektronicznej Artur Kaczor, PUK KompART

Wydanie II

ISBN 978-83-67516-11-2

Wydawca T.A. BOOKS

Powieść ta jest fikcją literacką. Nazwiska, postaci, miejsca i zdarzenia są dziełem wyobraźni autora. Użyto ich w sposób fikcyjny, więc nie powinny być interpretowane jako rzeczywiste. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych zdarzeń, miejsc, organizacji lub osób jest wyłącznie dziełem przypadku.

Nie zapominajmy, że autor jest wprawdzie pomysłodawcą i głównym wykonawcą przedsięwzięcia, które później określa się mianem KSIĄŻKI, ale bez rzeszy życzliwych mu ludzi pozostaje jedynie przypadkowym zlepkiem liter na okładce. Wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do rozpowszechnienia mojej małej twórczości, z całego serca dziękuję. Thomas Arnold

PROLOG

Rozległ się metaliczny brzęk. Chwilę po nim ktoś przeraźliwie jęknął. Nie było to konkretne słowo, a raczej przejaw aktu desperacji.

Zaległa cisza, którą ponownie przerwała seria wrzasków, powoli przeradzających się w agonalne jęki.

– Zamknij się! – warknął groźnie rozbudzony mężczyzna. Usiadł na pryczy, zamknął oczy i przetarł twarz. Szybko pojął, że zapowiada się kolejna nieprzespana noc z rzędu. Próbując zapanować nad pulsującym bólem głowy, zaczął masować skronie. Nieoczekiwanie za kratami, w półmroku, dostrzegł zarys niewielkiego przedmiotu – metalowego kubka.

Gdyby tylko mógł, bez wahania przerwałby cierpienia człowieka za ścianą. Zazwyczaj słuchowisko kończyło się po kilku minutach, ale tym razem trwało już ponad pół godziny i nie zanosiło się na szybki koniec. Był pewien, że mężczyzna obok zwariował. Bał się tylko, iż przez niego zwariuje i on.

Od miesiąca, po każdym posiłku scenariusz się powtarzał, więc więzień z celi numer dwa doszedł do wniosku, że szaleństwo biednego drania musi być w jakiś sposób skorelowane z jedzeniem. Ataki następowały regularnie, trzy razy dziennie, zawsze po posiłkach. Wielokrotnie informował o tym swoich żywicieli, ale ci nie zwracali na nie większej uwagi. Jakby nie rozumieli, co do nich mówił. Ich komendy zaś ograniczały się jedynie do prostych poleceń: Jedz; Wstań; Odwróć się; Śpij.

Od miesiąca nie opuszczał celi. Mimo to codziennie o stałej porze odwiedzał go lekarz w asyście wartowników uzbrojonych w pałki elektryczne. Medyk zmieniał mu opatrunki na głowie, tułowiu i kończynach.

Ostatnie, co pamiętał, to rekonesans opancerzonym pojazdem na terenie wroga. Nastąpił wybuch, a po nim rozległy się krzyki kolegów z oddziału. Półprzytomny, wydostał się z wozu na otwarty ogień. Żołnierza obok rozerwało na kawałki. Później były już tylko pojedyncze obrazy. Pełną świadomość odzyskał dopiero w tym miejscu.

Nie wiedział, gdzie jest ani dlaczego ktoś go przetrzymuje. Przez pierwszy tydzień próbował się buntować – nie jadł – jednak liczne razy od strażników skutecznie stłumiły jego opór. Ostatecznie do posłuszeństwa skłonił go widok zwłok wynoszonych z sąsiedniej celi po podobnej interwencji. Od tego czasu posłusznie przyjmował jedzenie i leki mające prawdopodobnie postawić go na nogi.

Po kolejnym dochodzącym zza ściany jęku huknął pięścią w betonowy mur, próbując w ten sposób rozładować frustrację. Wtedy pojawił się nowy dźwięk. Takiego jeszcze nigdy wcześniej nie słyszał. Było to głuche uderzenie o metal. Zaraz po nim wyłapał odgłos osuwającego się na podłogę ciała.

Wycie ustało, zmieniając się w ciche rzężenie.

Poderwał się z pryczy i nadstawił uszu. Wyraźnie słyszał ciężkie, charczące oddechy. Gdy przylgnął policzkiem do zimnych, masywnych prętów, dostrzegł wystającą przez kratę końcówkę buta.

– Ej! Żyjesz tam?! – zawołał od niechcenia, raczej z ciekawości niż z przejęcia.

– Po co go wołasz? – odezwał się niespodziewanie więzień z celi po lewej, jednocześnie wystawiając ręce przez kraty. – Chcesz się wyspać, to przymknij mordę.

– Chyba coś sobie zrobił.

– Nareszcie... Szkoda, że dopiero teraz.

– Słyszę, jak oddycha.

– Czyli jutro cyrk zacznie się od nowa. Radzę iść spać, póki jest cicho. – Ręce nieszczęśnika z celi obok zniknęły.

Mężczyzna przy kracie spojrzał pod sufit. Przed każdą z cel znajdowała się kamera. Przez chwilę mierzył się wzrokiem z kimś obserwującym go dwadzieścia cztery godziny na dobę. Wiedział, że wyczyn więźnia z sąsiedniej celi został zarejestrowany, więc gdyby doszło do czegoś poważnego, opiekunowie natychmiast by zareagowali.

Już chciał wrócić na pryczę, gdy kątem oka dostrzegł ruch – but zniknął. Usłyszał też jęk. Najwyraźniej towarzysz niedoli odzyskał przytomność i wrócił na łóżko.

– A już myślałem, że dziś się wyśpimy… – wymamrotał więzień zza przeciwległej ściany.

– Wszystko w porządku?! – zapytał mężczyzna ze środkowej celi. Odpowiedziało mu stęknięcie przypominające potwierdzenie. Z jednej strony się martwił, z drugiej zaś miał cichą nadzieję, że ten wypadek rzeczywiście uspokoił narwańca.

Rozległ się trzask i na korytarzu całkowicie zgasły światła.

– Czyżby?

Skazaniec w celi numer trzy stale się wiercił, próbując znaleźć dogodną pozycję. Po kilku minutach wreszcie się uspokoił i nastała kompletna cisza. Usłyszeli nawet chrapanie.

Więzień z dwójki wrócił na niewygodną pryczę. Chwilę jeszcze nasłuchiwał, ale ostatecznie się położył i zamknął oczy. Starając się zasnąć, ponownie usłyszał znajomo brzmiący szelest. Co gorsza, chrapanie ustało. Wyłapał też kilka głębokich oddechów. Po nich zaległa cisza, którą niespodziewanie przerwał mrożący krew w żyłach trzask.

Zerwał się z pryczy i przylgnął do krat.

– Wszystko w porządku?! – Brał udział w wielu niebezpiecznych akcjach i doskonale znał odgłos łamiących się kości.

– Ja pierdolę... – padło z celi obok.

– Żyjesz tam?!

– Daj mu spokój!

Zgaszone światła uniemożliwiły dostrzeżenie czegokolwiek. Słychać było jedynie odgłosy przypominające kroki kogoś próbującego się utrzymać na nogach.

Głuche uderzenie, prawdopodobnie w ścianę, zakończyło cały ten raban.

– Ej!!!

Bezwładne ciało z impetem runęło na kraty.

Mężczyzna w środkowej celi zaczął krzyczeć, podskakiwać i machać do kamery. Jego wrzaskom towarzyszyła salwa soczystych przekleństw więźnia osadzonego w celi numer jeden.

Reakcja strażników była niemalże natychmiastowa.

W korytarzu zapaliło się światło, a zamek w drzwiach na końcu pomieszczenia złowieszczo strzelił. Do środka wbiegli dwaj uzbrojeni mężczyźni w szaroczarnych uniformach. Jeden z nich nieumyślnie kopnął leżący na środku korytarza metalowy kubek.

Roślejszy strażnik zatrzymał się przy elektronicznym czytniku. Przeciągnął kartę, a następnie wklepał sześciocyfrowy kod odblokowujący zamek celi numer trzy.

Gdy wartownicy przykucnęli przy więźniu, do pomieszczenia wbiegli kolejni mężczyźni. Jeden był wysoki i szczupły. Miał na sobie dobrze skrojony garnitur. Jego towarzysz, o wyraźnie wschodnich rysach twarzy, był o głowę niższy. W biegu ubierał biały kitel. Ledwie nadążał za swym pracodawcą – utykał i szybkie poruszanie się ewidentnie sprawiało mu trudność. Wprawdzie przekroczył próg celi jako ostatni, jednak od razu przejął inicjatywę – zaczął rzucać krótkimi rozkazami.

Dwaj pozostali więźniowie stali przy kratach i podenerwowani oczekiwali na rozwój wydarzeń. Niewiele widzieli. Jedynie ożywiona krzątanina oraz pokrzykiwania niskiego Chińczyka podpowiadały im, że sytuacja jest poważna. Był to ten sam człowiek, który codziennie badał ich w obecności strażników i tłumacza. Zazwyczaj posługiwał się dialektem mandaryńskim, choć z wartownikami najczęściej rozmawiał po angielsku.

Mimo iż więźniowie byli Koreańczykami, a rysy twarzy upodabniały ich do medyka, nie rozumieli, co do nich mówił. Dopiero z czasem zaczęli rozpoznawać przekładane przez tłumacza rozkazy. Tak więc jedyne, co teraz mogli, to patrzeć, nasłuchiwać i... siedzieć cicho.

Nagle w otwartej celi doszło do ostrej wymiany zdań. Medyk wrzasnął coś łamaną angielszczyzną wzbogaconą przekleństwem w jego ojczystym języku. Ułamek sekundy później jeden ze strażników wyskoczył na korytarz i uniósł broń. Powiedział kilka szybkich zdań, po czym energicznie pomachał ręką, dając więźniom do zrozumienia, że mają się odsunąć od krat i stanąć do nich plecami.

Mężczyzna w środkowej celi czuł, jak narasta w nim złość. Od lat był bezgranicznie oddanym żołnierzem. Zabiłby z rozkazu, a gdyby zaszła taka potrzeba, bez wahania oddałby życie za sprawę. Z tego powodu bezczynność i bezradność przeobrażały się u niego w gniew, nad którym coraz trudniej było mu zapanować. Mimo to posłuchał. Odwróciwszy się, wlepił wzrok w ścianę. Widniały na niej dwa brązowe ślady. Podszedł do nich tak blisko, że poczuł zapach zakrzepłej krwi. Nagle się odwrócił i spiorunował wzrokiem strażnika. Podniósł dłonie zaciśnięte w pięści, pokazując mu krwiaki oraz spękaną skórę.

Wartownik wymamrotał kilka zdań. Był uzbrojony, a od wychudzonego więźnia dzieliły go kraty, lecz widząc determinację i szalone spojrzenie mężczyzny, poczuł dreszcze.

Nie bacząc na swe życie, Koreańczyk rzucił wiązanką obelg. Strażnik, podobnie jak doktor, był Chińczykiem, ale wiedział, co więzień chciał w ten sposób przekazać. Odwzajemnił się tym samym i ponownie wycedził przez zęby rozkaz odwrócenia się. Jednocześnie uniósł pistolet jeszcze wyżej. Teraz celował w głowę.

Koreańczyk nie posłuchał. Przygotowując się na śmierć, zamknął oczy. Wtedy do jego uszu doleciało obrzydliwe chrząknięcie.

Przy bucie strażnika nieoczekiwanie wylądował solidny glut. Mężczyzna z celi po lewej, ratując towarzysza z opresji, wdał się w pyskówkę z wartownikiem.

Obaj więźniowie czuli dokładnie to samo, choć każdy manifestował gniew na swój sposób.

Nerwową sytuację szybko rozwiązał mężczyzna w garniturze, który przywołał swojego człowieka do porządku.

– Jak myślisz? – bąknął cicho Koreańczyk ze skrajnej celi, nie odstępując od krat.

– Nie wiem. Na podłodze widziałem krew – odparł również szeptem więzień z celi numer dwa. By nie mówić głośno, podszedł bliżej ściany. Rozmawiali pomimo obecności opiekunów. Byli pewni, że ci i tak ich nie rozumieją.

– Zabił się?

– Jeśli tak, to znalazł wyjście.

– Oby nie jedyne.

Osobnik w garniturze wyszedł z celi. Wyjął komunikator i wrzasnął coś po angielsku. Kilkanaście sekund później pojawili się sanitariusze z noszami. Zamienili z ponaglającym ich lekarzem dosłownie dwa zdania i od razu zajęli się nieprzytomnym.

Kuśtykając, doktor pomaszerował do wyjścia, a strażnicy otrzymali jakiś krótki rozkaz od swojego pracodawcy.

Po chwili z prawej celi wyłonili się sanitariusze. Nieśli na noszach nakrytego białą płachtą więźnia. W miejscu, gdzie prawdopodobnie znajdowała się jego głowa, widniała czerwona plama.

– Już po nim...

Wejście do trzeciej celi strażnicy zostawili uchylone i wymachując pistoletami, na odchodne wykrzyczeli kilka obelg połączonych z rozkazem spać. Gdy opuścili pomieszczenie, lampy w korytarzu natychmiast zgasły.

Więźniowie ułożyli się z powrotem na pryczach, ale żaden nawet nie myślał o śnie. Ostatecznie Koreańczyk w środkowej celi wstał i podszedł do ściany. Walnął w nią kilka razy pięściami. Rany na jego dłoniach ponownie się otworzyły, a na brunatnoszarej powierzchni pojawiły się świeże, połyskujące, ciemnoczerwone ślady.

Gdy ból zagłuszył złość, mężczyzna wrócił na niewygodne łóżko. Wprawdzie nie widział swych dłoni, ale czuł spływającą po nich krew. Dotknął ust. Zaczynał się przyzwyczajać do charakterystycznego, słodkawego smaku bezsilności.

Ostatecznie wytarł ręce o ubranie. Chciał się położyć, ale wtedy do jego uszu ponownie dotarł bliżej nieokreślony dźwięk. Kolejny, podobnie brzmiący odgłos utwierdził go w przekonaniu, że się nie przesłyszał. Wstał i podszedł do krat. Opierając pokaleczone dłonie o zimną stal, poczuł ulgę. Chłód był skuteczniejszy od najlepszego leku przeciwbólowego.

– Jest tam kto? – wyszeptał. Nagle go zmroziło, gdy w ciemności dostrzegł ledwie widoczną sylwetkę kogoś wychodzącego z prawej celi. Zjawa przystanęła przed nim i obróciła głowę. Poczuł bijący od niej przeraźliwy chłód. Nie był w stanie dostrzec twarzy, ale wiedział, że patrzą sobie w oczy.

– Han... Han!

Usłyszał swoje imię, lecz nie zostało ono wypowiedziane przez stojącą przed nim postać, a przez więźnia z sąsiedniej celi.

– Wszystko gra?

– Widzisz to?! – Na chwilę odwrócił wzrok. Gdy ponownie spojrzał przed siebie, postać była już prawie niewidoczna. Oddaliła się i przeniknęła przez metalowe drzwi na końcu pomieszczenia.

– Co niby mam widzieć?

– Tego człowieka! Wyszedł z celi i poszedł w kierunku tamtych drzwi!

– Co ty bredzisz?!

– Za późno wstałeś!

– Han… Słyszałem, jak walisz w ścianę. Nie mogłem spać. Byłem przy tej cholernej kracie, zanim ty podszedłeś i spytałeś, czy ktoś tu jest.

Nastała chwila ciszy.

– Naprawdę nikogo nie widziałeś?

– Coś ci się przywidziało.

– Jęku też nie słyszałeś?!

– Jakiego znowu jęku?

Han zgłupiał.

– Nieważne…

Wrócił na pryczę, położył się i odwrócił twarzą do ściany. Gdy zamknął oczy, ciszę przeciął kolejny jęk. Tym razem głośniejszy, bardziej złowrogi. Dotarł do każdego zakamarka i odbijając się od betonowych ścian, rozszedł się w wielu powtórzeniach.

– Słyszałeś to?! – krzyknął Han, podrywając się.

– Niczego nie słyszałem. Śpij tam, do cholery!

Koreańczyk się skulił i przerażony przytknął obolałe dłonie do zimnej ściany. Czyżby przyszła kolej na niego? Czyżby... postradał zmysły?

14 SIERPNIA

ROZDZIAŁ 1

Rezerwat Rocky River, obrzeża Cleveland, Ohio

– Kotku, Mark zasnął, ścisz radio – powiedziała siedząca na miejscu pasażera kobieta.

– Wolałbym nie… – odparł jej mąż. Od jakiegoś czasu walczył z narastającym znużeniem. – Przepraszam, ale nie chciałbym… – Niespodziewanie oślepiły go światła wyłaniającego się zza wzniesienia pojazdu. – Co za baran… – Mignął długimi i zdjął nogę z gazu.

Wtedy na przeciwległym pasie wydarzyło się coś nieoczekiwanego.

Rozległ się klakson i nadjeżdżający z naprzeciwka samochód, nie zwalniając, wjechał na środek drogi, po czym uderzył w jakiś obiekt, który poleciał do rowu. Kierowca błyskawicznie skontrował – zjechał na pobocze. Pojazd podskoczył, zarzuciło nim i znowu znalazł się na środku jezdni.

– Chryste Panie, hamuj!

Śpiącym w foteliku bezwładnym czterolatkiem mocno szarpnęło. Gdy pas wbił mu się w klatkę piersiową, chłopiec krzyknął z bólu. Jego matka odruchowo zasłoniła rękami twarz, a ojciec zaparł się o kierownicę. Mrużąc oczy, zacisnął zęby.

Tuż przed maską ich samochodu rozpędzony niczym olbrzymi pocisk pojazd przeciął jezdnię. Ostatecznie przeraźliwy pisk opon został zagłuszony trzaskiem gałęzi, które niczym zapałki łamały się pod dwutonową bestią z metalu, plastiku i szkła.

– Jezu… – szepnęła kobieta, gdy się zatrzymali. Spojrzała w lusterko, po czym się odwróciła. Dostrzegła jedynie ledwie widoczną lukę w pobliskich krzakach.

Bill Lougheed wciąż jeszcze patrzył przed siebie, próbując uspokoić oddech.

Po kilku sekundach ponownie zapanowała cisza, a jęk dziecka szybko przerodził się w płacz.

– Mamusiu...

– Kochanie, nic ci nie jest?!

– Boli...

– Wszyscy cali?! – rzucił zszokowany ojciec.

– Chryste, Bill, co to było?! – zapytała przerażona matka. Odpiąwszy pasy, złapała spoconymi ze strachu dłońmi ręce syna. Chłopiec miał łzy w oczach i ciężko oddychał.

– Mamusiu, co się stało? – wyłkał. – Dlaczego tata tak zahamował?

– Jakiś samochód… – zaczęła, ale wtedy na przedramieniu poczuła mocny uścisk męża. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia. – Z lasu wyskoczyło jakieś zwierzę. Tatuś musiał zahamować, żeby go nie potrącić.

Ostatecznie zjechali na pobocze i włączyli światła awaryjne.

– Daj mi telefon.

– Bill… – Ręce kobiety nadal drżały z przerażenia.

– Zostańcie tutaj. Pójdę sprawdzić, czy... z samochodem wszystko w porządku. – Odczytał z nawigacji aktualną pozycję. – Zaraz wracam.

– Tylko błagam, uważaj na siebie!

– Gdzie tata idzie?! Boję się!

– Spokojnie, kochanie, tata sprawdzi tylko samochód.

Trzasnęły drzwi.

Bill Lougheed wyjął z bagażnika latarkę i natychmiast zadzwonił pod 911. Pomoc miała się zjawić w ciągu piętnastu minut. Nie chciał jednak trwonić tego kwadransa na czekanie, toteż natychmiast zlokalizował miejsce, w którym pojazd wpadł do rowu.

Wokoło panowała grobowa cisza – jakby wypadek wypłoszył z ciągnącego się po obu stronach jezdni lasu wszystkie zwierzęta. Jedynie pulsujące światła awaryjne ich SUV-a sygnalizowały, że coś się stało.

Zaledwie przed godziną przeszła tędy potężna ulewa i pobocze było bardzo grząskie.

Lougheed przystanął przy głębokich śladach opon, po czym oświetlił gałęzie. Próbował wypatrzeć wrak, ale światło ginęło w mroku. Nie dostrzegł nawet zarysu pojazdu, za to w jasnej smudze coraz częściej przemykały duże krople – znowu zaczynało padać.

– Bill!

– Wszystko w porządku! Zostańcie w wozie!

– Tatusiu, boję się! Wracaj! – wykrzyczał chłopiec przez uchyloną szybę.

– Spokojnie, kotku, tata zaraz wróci.

Andrea Lougheed nerwowo obserwowała w lusterku, jak jej mąż znika w gęstwinie. Przez chwilę widziała jeszcze przeskakujące z gałęzi na gałąź światło latarki. Gdy i ono znikło, dostała gęsiej skórki.

Nagle w rowie po drugiej stronie jezdni wypatrzyła jakiś ruch. Zmroziło ją, gdy dostrzegła coś na kształt ludzkiej ręki. Włączyła długie światła i przymrużyła oczy. Nocą nie widziała zbyt dobrze. Niestety okulary nieumyślnie zostawiła w walizce w bagażniku, a nasilający się deszcz jeszcze bardziej utrudniał obserwację. Wiedziała, że jeżeli ktoś potrzebuje natychmiastowej pomocy, to są jego jedyną nadzieją, jednak instynkt samozachowawczy stale brał górę. Wyrzucała sobie egoizm i bezczynność, lecz chciała po prostu jak najszybciej stąd odjechać.

Gdy ponownie dostrzegła w rowie ruch, mruknęła:

– Cholera... – Odwracając się do syna, dodała głośniej: – Kochanie, zaczekaj tu na mnie. Zaraz wrócę.

– Nie!

– Nic się nie bój, nie będzie mnie dosłownie chwilkę. To zwierzę może potrzebować pomocy.

– Powiedziałaś, że nic mu się nie stało! Gdzie jest tata?!

On też może potrzebować pomocy, pomyślała.

– Chcę iść z tobą!

– Nie ma mowy! Przebiegnę tylko przez ulicę. Będziesz mnie widział.

– Mamo!

– Spokojnie, nie będzie mnie tylko chwilę – powiedziała przez ściśnięte gardło, po czym wyciągnęła ze stacyjki kluczyki i wysiadła.

Zimne krople deszczu wywołały u niej gęsią skórkę.

Gdy zatrzasnęła drzwi, to coś w rowie po raz kolejny drgnęło. Przełykając ślinę, odwróciła się do syna, żeby sprawdzić, czy wszystko u niego w porządku. Nagle za plecami usłyszała szelest. Z trwogą spojrzała przez ramię. W miejscu, gdzie wcześniej zobaczyła rzekomą ofiarę, dostrzegła poruszające się gałęzie.

Z walącym jak młot sercem przebiegła przez ulicę. Ku jej zdziwieniu, rów okazał się pusty. Trzęsąc się z zimna, przeszła kilka metrów. Nagle z głębi lasu doleciał trzask łamiącej się gałęzi. Pomimo panującego zimna, dopiero teraz naprawdę ją zmroziło. Ponownie spojrzała na samochód.

– Do diabła z tym…

Wróciła do syna i zablokowała drzwi.

– Co to było?

– Nic, kochanie, przywidziało mi się. – Przestawiła lusterko, aby móc obserwować miejsce, gdzie zniknął mąż. Nagle poczuła na ramieniu czyjąś dłoń. Aż podskoczyła ze strachu.

– Jezu, Mark…

– Dlaczego tam poszłaś?

– Sama nie wiem – szepnęła do siebie. – Wydawało mi się, że coś zobaczyłam – odparła głośniej.

– Kiedy tata wróci? Gdzie on jest?

– Cierpliwości... Zaraz pojedziemy. Tata poszedł sprawdzić, co ze zwierzęciem, które przebiegło przed naszym samochodem.

– Ale przecież miało być w tym rowie.

– Z... innym zwierzęciem. Były dwa.

– Potrąciliśmy je?

– Nie…

– Coś im się stało?

Cały czas patrzyła w lusterko.

– Miejmy nadzieję, że nie – odparła po chwili namysłu.

* * *

Po pokonaniu kilkunastu kroków Bill Lougheed z trudem się zatrzymał. Trawa była bardzo śliska i obawiał się dalszego zejścia.

Początkowo myślał, że pojazd wylądował w przydrożnym rowie, lecz w tym miejscu teren gwałtownie opadał, tworząc strome zbocze. Nie dostrzegłszy wraku, zaczął się zastanawiać, czy w ogóle ktoś mógł to przeżyć.

– Halo! Halo!!! Jest tam kto?!

Deszcz zmienił się w ulewę i kumulujące się w koronach drzew masywne krople wody zaczęły spadać na jego głowę z siłą porównywalną do uderzeń kuleczek gradu. Chciał pomóc poszkodowanym, ale zejście niżej w tych warunkach – bez odpowiedniego sprzętu lub zabezpieczenia – było zbyt ryzykowne. Poza tym na górze czekała rodzina.

Postanowił odpuścić.

Nagle coś zwróciło jego uwagę. Zatrzymał się i spojrzał w prawo. Nienaturalnie poruszające się gałęzie zdradzały czyjąś obecność. Oświetlił pobliskie drzewo. Miał nieodparte wrażenie, że obok grubego pnia ktoś stoi.

Nagle osobnik się poruszył i zniknął za potężną sosną.

– Hej!

Lougheed zrobił trzy szybkie kroki w poprzek zbocza. O jeden za dużo. Stracił równowagę i próbując się ratować przed upadkiem, upuścił latarkę. Żebrami boleśnie grzmotnął o duży kamień. Jego dłoń otarła się o mokrą trawę, ale nie miał się czego złapać.

Następnych kilka sekund było najbardziej przerażającymi w jego życiu. Sunął na brzuchu nogami w dół w całkowitą ciemność. Gałęzie, krzaki i małe drzewka niczym bicze smagały jego ciało, a wystające kamienie raniły nogi, klatkę piersiową oraz twarz.

Po kilku sekundach grozy uderzył w twardą barierę i w tym samym momencie się zatrzymał. Miał wrażenie, że wnętrzności chcą pędzić dalej, ale reszta ciała już nie. Na domiar złego piszczel w prawej nodze strzeliła jak przepalający się w ognisku patyk.

* * *

Gdy otworzył oczy, nie miał pojęcia, ile czasu upłynęło. Wiedział jedynie, że każdy, nawet najmniejszy ruch powoduje obezwładniający ból. Drżącą ręką dotknął prawej nogi. Przez spodnie wyczuł naprężoną skórę, a pod nią coś twardego – doznał złamania z przemieszczeniem.

Przemoczony do suchej nitki, z przerażeniem spojrzał w górę. Wydawało mu się, że widzi pulsującą pomarańczową łunę. To mogły być światła awaryjne ich wozu.

– Andrea! – wrzasnął na całe gardło.

Przez ponad minutę wzywał pomocy, aż po twarzy zaczęły mu ściekać łzy bezradności. Jedyną deską ratunku były w tej chwili służby, które wcześniej wezwał. Nie miał wyjścia... Musiał zaczekać, aż się zjawią.

Wtedy coś sobie uświadomił. Nie mógł być długo nieprzytomny, najwyżej kwadrans – po takim czasie miała się zjawić pomoc. Jeszcze nie dotarła, więc musiał zemdleć dosłownie na chwilę.

Cały czas patrzył w górę, próbując dostrzec światła uprzywilejowanych pojazdów. Wciąż też miał przed oczami czekającą na niego rodzinę. Nagle zamarł, gdy gdzieś pomiędzy rosnącymi na zboczu drzewami zobaczył jasny punkt. Rozejrzał się za latarką, ale nigdzie nie mógł jej znaleźć. Wtedy ten punkt zaczął się poruszać, i to szybko.

Lougheed zesztywniał, gdy przypomniał sobie znikającego za drzewem osobnika. Teraz ten człowiek, prawdopodobnie z jego latarką, piął się w górę – w kierunku ich samochodu.

– Mój Boże…

W jednej chwili przez głowę przeleciało mu tysiąc myśli. Ponownie zaczął krzyczeć – w nadziei, że głos dotrze do niczego nieświadomej żony.

Bezowocne nawoływania przerwał dźwięk, którego najmniej się spodziewał. Z leżącego nieopodal jaśniejącego kamienia wydobywała się znajoma melodia. Zagryzł zęby i mocno się odepchnął, obracając na plecy. Jednocześnie stale patrzył w górę, śledząc jasny punkt, który motywował go do działania.

W pewnym momencie osłonięta jedynie cienką warstwą skóry i materiału kość otarła się o podłoże, przyprawiając go o stan bliski utraty świadomości. Ból był tak paraliżujący, że Lougheed z trudem łapał oddech. Gdy sięgnął wreszcie upragniony przedmiot, poczuł ulgę. Pokonał zaledwie dwa metry, ale miał wrażenie, że przebył maraton z nożem wbitym w nogę.

Telefon musiał mu wypaść z kieszeni. Zatrzymał się na sporym kamieniu. Wyświetlacz był pęknięty, ale aparat działał.

Tak jak się spodziewał, dzwoniła żona. Nie zdążył odebrać. Co gorsza, gdy spojrzał w górę, nie dostrzegł już światła latarki.

– Szybciej, do cholery... – Spróbował wybrać ostatni numer, lecz wyświetlacz nie reagował na dotyk. – Chyba żartujesz?! – Naciskał coraz mocniej, niemalże wgniatając ekran do środka. Po chwili Andrea zadzwoniła ponownie, ale nie był w stanie odebrać. – Cholerny złom!

Próbując znaleźć jakieś rozwiązanie, bezradnie złapał się za głowę. Wtedy jego wzrok zatrzymał się na wraku samochodu. Leżał na dachu, a drzwi od strony kierowcy oraz pasażera były otwarte. Kierownica, deska rozdzielcza, siedzenia, sflaczałe poduszki powietrzne i kurtyny – wszędzie widniały ślady krwi. W środku nikogo nie było. Mimo to Lougheed nie mógł uwierzyć, że ktoś przeżył ten wypadek. Co więcej, podróżujący prawdopodobnie zdołali opuścić samochód o własnych siłach.

Przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Wkładając telefon do kieszeni, podczołgał się do samochodu i wpełznął na przemoczoną, brudną podsufitkę. Z każdej strony atakowały go resztki zabezpieczeń. Położył się więc na plecach i z całej siły uderzył w klakson.

Leśną ciszę przeszył ogłuszający dźwięk.

W regularnych odstępach czasu Lougheed naciskał twardą skórę, aż stworzył powtarzalną sekwencję – sygnał SOS.

Nie chciał się poddać, ale czuł, że szybko słabnie. Przerwał więc nadawanie i oświetlił kończynę telefonem. Nogawka spodni pociemniała już od krwi. Spróbował ucisnąć nogę, ale ból był nie do zniesienia.

Nieoczekiwanie tuż za głową usłyszał jakiś hałas, a po nim skrzypienie. Gdy się odwrócił, zobaczył poruszający się, bliżej nieokreślony kształt, który pełznął prosto na niego. Coś próbowało wedrzeć się do samochodu od strony pasażera.

Błyskawicznie podniósł telefon, oświetlając dziwną sylwetkę delikatną łuną wyświetlacza. Poczuł rozchodzący się po ciele dreszcz, gdy zza wiszącej kurtyny powietrznej wyłoniła się zakrwawiona twarz.

– Jezu...

Ofiara wypadku wyciągnęła rękę, próbując go złapać. Gwałtownie odskoczył. Podnosząc się, huknął głową o drzwi. Runął na podsufitkę i ponownie stracił przytomność.

Po chwili ciszy przez szum deszczu ponownie przedarły się sygnały klaksonu.

* * *

Dostrzegłszy w lusterku jasną smugę, Andrea Lougheed odetchnęła z ulgą. Z sekundy na sekundę światło latarki stawało się coraz wyraźniejsze, aż wreszcie znalazło ujście pomiędzy drzewami – wylało się na jezdnię.

Wyskoczyła z samochodu i ruszyła w stronę męża.

– Bill!!! Do jasnej cholery, martwiłam się!!! – Jej oczy zostały porażone ostrym światłem. – Możesz nie świecić mi w twarz?! – Zasłoniła się ręką. – Bill, co ty… – Nagle usłyszała mrożący krew w żyłach jęk. Dopiero wtedy zrozumiała, że trzymający latarkę osobnik nie jest jej mężem. Co więcej, gdzieś w dole usłyszała ciche, przerywane dźwięki. Rozpoznała sygnał SOS. – Kim pan jest? – Osobnik był nieco niższy od Billa, a gdy jej oczy przyzwyczaiły się do ostrego światła, dostrzegła także długie włosy i luźny ubiór. Czyżby miała do czynienia z kobietą? – Kim jesteś i gdzie jest mój mąż?! – wykrzyczała. Odpowiedział jej niezrozumiały bełkot.

Zaczęła się wycofywać. Szła tyłem, bacznie obserwując potencjalnego napastnika. Gdy drżącą ręką dotknęła zimnej karoserii, odwróciła się i wskoczyła do wozu. Błyskawicznie zablokowała drzwi, po czym przesiadła się na miejsce kierowcy.

– Mamusiu, co się dzieje?!

Usłyszeli dziki wrzask. Kobieta na zewnątrz wzięła zamach i mocno uderzyła latarką w tylną szybę. Powstał odprysk, ale jej nie zbiła. Później zaczęła szarpać klamkę drzwi, przy których siedział przerażony chłopiec.

– Mamo!

– Schowaj się za siedzeniem! – krzyknęła Andrea Lougheed i uruchomiła silnik. Bez namysłu ruszyła, pozostawiając upiorną postać za nimi.

– Mamo, gdzie jest tata? – wyjąkał przerażony czterolatek.

– Cokolwiek się stanie, siedź tam i nie wychodź z samochodu!

– Ale…

– Powiedziałam! – Nadepnęła na hamulec, po czym zawróciła.

Stojąca na środku drogi kobieta osłoniła oczy. Samochód szybko się rozpędzał, ale nawet nie pomyślała o ucieczce. Gdy od pojazdu dzieliło ją kilkadziesiąt metrów, padła na kolana i spoglądając groźnie na nadjeżdżającego SUV-a, rozłożyła ręce – przygotowała się na uderzenie.

15 SIERPNIA

ROZDZIAŁ 2

– Szefie…

– Skończ się podlizywać i właź!

Nie odrywając wzroku od akt, James Adams – szef wydziału zabójstw w Cleveland – machnął ręką. Już z daleka wyglądał na poirytowanego. A wszystko przez papiery, które zalewały go z każdej strony. Do niedawna sam pracował w terenie jako detektyw, ale huragan zmian, jaki przeszedł przez to piętro przed rokiem, spowodował spore przetasowanie w szeregach wydziału. Po śmierci kapitana Arthura Goldwyna, a także jego żony i córki, Adams miał dość nie tylko pracy w terenie, ale również pracy w policji. Właśnie wtedy – w najmniej odpowiednim momencie – Richard Bolton zjawił się z niecodzienną propozycją. Szef policji sprytnie wykorzystał dobroduszność Adamsa i szybko awansował go na porucznika, powierzając mu tymczasowo opiekę nad wydziałem. Ku zdziwieniu obydwu, po miesiącu znaleźli wspólny język, a chwilowe zastępstwo przerodziło się w stałą posadę.

Karzełkowatym wzrostem oraz nieco przygarbioną postawą świeżo upieczony szef wydziału zabójstw nie budził lęku wśród nowych funkcjonariuszy, jednak każdy, kto go znał i miał okazję z nim pracować, wiedział, że z tym człowiekiem nie ma żartów. Niegdyś był najskuteczniejszym z detektywów. Teraz tę pałeczkę powoli przejmował policjant, który właśnie wszedł do jego biura – David Ross. Jeszcze przed rokiem pracowali razem. Obecnie dawny kolega zza ściany stał się szefem i Ross, chcąc nie chcąc, musiał się podporządkować. Na początku nie przychodziło mu to łatwo. Często za zamkniętymi drzwiami spierali się z Adamsem o prawidłowy przebieg niektórych spraw, ale w końcu Ross zrozumiał, kto na tym piętrze rządzi. Oczywiście nie stracił przez to swojego specyficznego poczucia humoru.

– Mam wrażenie, że Bolton znalazł odpowiedniego człowieka do tej roboty. – Usiadł i zaczął się bawić swoją wizytówką.

– On też tak myśli, więc nie wyprowadzajmy go z błędu – odparł Adams, po czym wyprostował się w fotelu.

– Nie chrzań… Podoba ci się tu.

– Przyznaję, nie jest źle, ale... gdyby nie jego propozycja, nie pracowałbym już na tym piętrze. Zresztą... na żadnym.

– Akurat…

– Jak było na urlopie?

– Nijak. Oglądałem telewizję, piłem piwo i wstawałem o dziesiątej.

– Czyli nic nowego.

– Spadaj!

– Nie odezwała się? – Adams spoważniał.

– Ona też może spadać – bąknął zniesmaczony Ross.

– A ty dzwoniłeś?

– Nie zjawiając się na lotnisku, zmarnowała mi dwa tygodnie wolnego. Jeśli czegoś chce, to niech zadzwoni. – Na samą myśl o swojej niedoszłej narzeczonej, Melissie Harding, Rossowi zbierało się na wymioty. A przynajmniej tak utrzymywał... Wprawdzie nie słynął ze stabilnych związków i zazwyczaj nie angażował się w tego typu zobowiązania, jednak w pewnym momencie także na niego przyszła pora. A wszystko dlatego, że wreszcie spotkał kobietę o podobnym temperamencie. Znali się niecałe dwa lata. Niestety, ostatnie miesiące spędzili na regularnych kłótniach.

Dawniej Melissa była reporterką jednej z największych stacji telewizyjnych w Cleveland. Ross dobrze wiedział, iż po części wypłynęła na głębokie wody dziennikarstwa dzięki znajomości z nim, ale nie zmieniało to faktu, że naprawdę lubili spędzać czas w swoim towarzystwie. A przynajmniej do pewnego momentu... Po pamiętnej akcji policji sprzed roku Melissa postanowiła napisać książkę o tamtych wydarzeniach – kryminał oparty na faktach. Powieść szybko stała się bestsellerem i nie mogli narzekać na brak pieniędzy. Niestety, wieczna nieobecność w domu jednego albo drugiego stała się punktem zapalnym długo tlącego się kryzysu. W końcu każde z nich powiedziało o kilka zdań za dużo i rozstali się w burzliwej atmosferze. Co gorsza, żadne nie wiedziało, co o tym wszystkim myśleć. Obydwoje czekali, aż przeciwnik skapituluje i okaże się emocjonalnie słabszy.

– Jesteś uparty jak osioł.

– Ona bardziej. I do tego stuknięta. Powinna się leczyć!

– Ona?

– Nie ja stłukłem talerz, zrzucając go ze stołu podczas obiadu.

– Nie. Ty poszedłeś na strzelnicę, przyczepiłeś jej zdjęcie do tarczy i strzelałeś tak długo, aż w miejscu twarzy powstała dziura.

– Jeśli mnie pamięć nie myli, byłem tam sam.

– Kamery, panie detektywie.

– Ale talerza nie stłukłem.

– W ten sposób nigdy się nie dogadacie.

– Nie wiedziałem, że wywalili policyjnego psychologa.

– Co?

– Czekaj, pożycz długopis. Zapiszę sobie twój numer. Jak w nocy obudzę się z krzykiem, nie omieszkam do ciebie zadzwonić.

Adams pokręcił głową. Z jednej strony męczyły go te słowne utarczki z jego najlepszym człowiekiem, z drugiej zaś wiedział, że Ross powoli wraca do dawnej formy i wysyłanie go na kolejny przymusowy urlop byłoby błędem.

– Masz coś dla mnie, czy chcesz przejść do testu plam Rorschacha?

– Jak w ARMAGEDDONIE?

– Dokładnie... Melissa tłukąca talerz... Melissa mówiąca mi idź do diabła... Melissa zatrzaskująca mi drzwi przed nosem…

Zanieśli się śmiechem.

– A jednak u niej byłeś! – zauważył rozbawiony Adams.

– Błąd nowicjusza. Założyłem, że z jej strony to tylko czcza gadanina. Niesamowite, jak różnie zinterpretowaliśmy ostatnią kłótnię.

– Eh...

– To masz coś dla mnie, czy nie? Bo jeśli nie… – Ross zmienił pozycję, gotując się do wyjścia.

– Mam.

Na biurku wylądowała teczka. Wyrzucając do kosza pogniecioną wizytówkę, Ross przysunął akta nowej sprawy. Składały się z kilku pojedynczych kartek. Były to głównie dane osobowe z dołączonymi zdjęciami.

– Alice i Frank Culberthowie... – rzucił enigmatycznie Adams.

– Co z nimi?

– Z relacji naocznych świadków wiemy, że ich samochód zatańczył na drodze niedaleko lotniska Hopkinsa. To tereny rezerwatu Rocky River. Dachowali, a wóz ześlizgnął się ze stromego zbocza. Obydwoje przeżyli wypadek. Kobieta jest w szoku i niczego nie pamięta. Podejrzewam…

– Moment, moment! – przerwał Ross, podnosząc rękę. – Po sprawie Hessa dostałem delikatny, ale jednak awans. Nie przenieśli mnie do drogówki. – Zamknął teczkę i założył ręce za kolano. – Gdzie trupy, szefie?

– Ci Culberthowie to chyba jakieś ważniaki, bo Bolton chciał, abym przydzielił do sprawy kogoś rozsądnego.

– Ucieszy się, że dałeś ją mnie.

– Też tak myślę. Przyszedł z tym osobiście. Podobno sprawę miał prowadzić inny wydział, ale... Ogólnie coś się święci. Bolton wpadnie do mnie później i powie, o co dokładnie chodzi.

– To nie wyjaśnia, dlaczego wydział zabójstw ma się zająć wypadkiem drogowym, w którym nikt nie zginął.

– Prawda, ale zobaczymy, co powie Bolton. Wspomniałem już, że mamy świadków zdarzenia?

Ross pokręcił głową.

– Inna rodzina. Jechali w przeciwnym kierunku. Małżeństwo z dzieckiem. Widzieli całe zajście i to z pierwszego rzędu. Podobno samochód Culberthów przeciął drogę dosłownie przed ich maską. Kobieta siedząca na miejscu pasażera twierdzi, że wcześniej zobaczyła coś na drodze.

– Człowieka czy zwierzę?

– Raczej zwierzę, ale nie jest pewna. Prowadził jej mąż. On w ogóle niczego nie zauważył.

– Świetny kierowca...

– Podobno oślepiły go światła. Kobieta zeznała, że kierowca z tamtego samochodu najprawdopodobniej próbował coś ominąć i stracił panowanie nad wozem. Nasz świadek, Bill Lougheed, poszedł sprawdzić, co z ofiarami, a jego żona została z dzieckiem w samochodzie. W którymś momencie po drugiej stronie jezdni, w rowie, dostrzegła coś na kształt ludzkiej ręki. Wysiadła, ale gdy podeszła bliżej, rów był już pusty.

– Wiem... Yeti!

– Daj spokój.

– Mówiłeś, że to nie człowiek, a jednak ręka była, więc...

– Proszę cię...

– To ja cię proszę! Widziałeś, żeby człowiek po potrąceniu uciekł do lasu? Walnęli w sarnę i po temacie!

– Najlepsze zostawiłem na koniec. Alice Culberth jest w szoku, jednak cały czas powtarza, że kogoś zabiła.

Ross zmarszczył czoło. Tym razem nie palnął żadnej głupiej uwagi. Musiał to sobie wszystko na spokojnie poukładać, ponieważ Adams co chwilę zaskakiwał go jakimś nowym faktem.

– Na masce samochodu nie znaleziono krwi, ale dokładne badanie jeszcze przed nami. Wóz Culberthów wygląda jak przepuszczony przez zgniatarkę, więc ślady po ewentualnym potrąceniu mogły zostać zatarte.

– Gubię się…

– Co więcej, na samochodzie jak na razie nie znaleziono krwi, ale za to była w rowie. Przed chwilą otrzymałem wyniki badań. Dwa trafienia... Pierwsza próbka, jak przypuszczałeś, sugerowała zwierzę. Druga, o dziwo, należała do człowieka, a konkretnie... do kobiety. Jeszcze nie ma wyników badania DNA.

– Okej, masz moją uwagę. Kto prowadził? Ten Culberth?

– Z tym też jest mały problem. Z kobietą trudno się porozumieć. Z jej bełkotu wynika, że ona. Z kolei kierowca pojazdu jadącego z naprzeciwka jest innego zdania. Twierdzi, że prowadził mężczyzna.

– Podobno niczego nie widział. Oślepiły go światła – przypomniał Ross.

– Nie widział, czy Culberthowie w coś uderzyli, ale gdy jakiś pojazd przejeżdża metr przed maską twojego auta, to wyostrzają ci się zmysły.

– A co zeznał facet, który niby prowadził?

– Że to on siedział za kółkiem.

– No więc chyba wszystko jasne... Masz adres świadków?

– Tak, ale Lougheed skończył w szpitalu, więc szybciej tam go znajdziesz.

– W szpitalu? – Ross uniósł brwi.

– Chciał pomóc poszkodowanym, jednak akcja ratunkowa nie przebiegła zbyt pomyślnie. – Adams splótł dłonie. – Schodząc ze skarpy, złamał nogę. Najlepiej, jak sam ci o tym opowie.

– Jaki obszar przeszukali nasi ludzie?

– Masz na myśli las?

Ross potaknął.

– Pewnie niewielki, bo akta dostałem niedawno. Jeszcze nawet nie wydostali wraku. Idę o zakład, że skupili się na miejscu wypadku. Zresztą, gdzieś to tu było… – Adams zaczął przekładać kartki.

– Dobra, sam znajdę. – Ross wyszarpnął mu teczkę. – Ja sprawdzę to, a ty się dowiedz, co Bolton przed nami ukrywa.

– Skąd wiesz, że coś ukrywa?

Ross zrobił pobłażliwą minę i wyszedł. Idąc do siebie, w oddali dostrzegł olbrzyma o twarzy zabójcy, w grafitowym garniturze. O wilku mowa, pomyślał. Gdy spotkał się wzrokiem z szefem policji, grzecznościowo skinął głową, po czym zamknął się w swoim biurze. Nie miał ochoty na rozmowę z Boltonem. Wiedział, co szef myślał na temat jego związku z dziennikarką. Wprawdzie po długiej rekonwalescencji spowodowanej wydarzeniami sprzed roku Bolton oszczędził mu wykładu na temat policyjnej etyki, jednak cierpliwość wszystkich powoli się wyczerpywała. Oczywiście Ross miał tych wszystkich gdzieś, ale nawet jego zaczynały nużyć docinki i niedopowiedzenia. Z tego powodu, od momentu kłótni z Melissą, coraz częściej myślał o definitywnym zakończeniu tego związku.

Patrząc kątem oka, jak Bolton znika w biurze Adamsa, otworzył laptopa. Na początku włączył przeglądarkę, a następnie mapę okolicy. Sprawdził, jak na zdjęciach satelitarnych wygląda miejsce wypadku. Wijąca się pomiędzy drzewami droga i zbocze przypomniały mu o pewnej dawnej sprawie w Wirginii Zachodniej. Tym razem kierujący pojazdem oraz pasażerka przeżyli, ale podobieństwo było niezaprzeczalne. Rozpamiętując przeszłość, poczuł delikatny dreszcz.

Pobieżnie przejrzał dane osobowe poszkodowanych. Na pierwszy rzut oka ofiary nie wyróżniały się niczym szczególnym. Było to bezdzietne małżeństwo z kilkunastoletnim stażem. Mieszkali w apartamentowcu na zachodnich obrzeżach miasta, a w dniu wypadku jechali najnowszym cadillakiem CTS. To oznaczało, że nie przymierali głodem. Frank Culberth pracował w znanej kancelarii w Cleveland. Jego żona z kolei była po prostu żoną prawnika korzystającą z uroków życia za pensję męża.

Ross długo zachodził w głowę, co w tych dwojgu było tak bardzo intrygującego, że szef natychmiast spuścił ze smyczy swoje najlepsze pieski. Myśląc nad tym, wrzucił w przeglądarkę nazwisko Culberth i dopisał Cleveland. Na pierwszym miejscu wyszukiwarka wyświetliła link do kancelarii prawniczej. Gdy Ross wszedł na stronę, która uderzała zainteresowanego estetyczną prostotą, zobaczył zdjęcie Franka Culbertha w nieprzyzwoicie drogim, granatowym garniturze, podpisane imieniem i nazwiskiem oraz opatrzone tytułem: starszy wspólnik. To tłumaczyło, dlaczego jego żona nie musiała pracować.

Po powrocie na stronę główną kliknął trzeci z kolei link, gdzie nazwisko Culberth było wymienione w tekście artykułu. W tym samym momencie, w którym na ekranie pojawiła się twarz sławnego finansisty, Ross wysnuł teorię, dlaczego Bolton tak bardzo nalegał, by zajęli się tą sprawą.

Podczas niedawnej rekonwalescencji miał mnóstwo czasu na oglądanie telewizji. Przypomniał sobie głośny przypadek oskarżenia bankiera o fałszowanie raportów finansowych, mające przynieść mu wielomilionowe korzyści. Mówiło się o setkach milionów dolarów. To właśnie Culberth był głównym obrońcą tego człowieka. Finansistę ostatecznie skazano, ale dostał wymiar kary niewspółmierny do przestępstwa, jakiego się dopuścił. Trafił do luksusowego więzienia, w którym miał się tylko niewiele gorzej niż u siebie w domu.

– Dobra… Pozostaje pytanie, który z was ma powiązania z Boltonem – wymamrotał pod nosem Ross i w wyszukiwarce dopisał nazwisko szefa policji. Pojawiło się kilka wyników, ale żaden nie wskazywał na bezpośredni związek Boltona z Frankiem Culberthem ani z tym bankierem. – Na pewno coś się znajdzie...

O dziwo, nie znalazło się, więc chwilowo zaniechał wymyślania kolejnych teorii spiskowych. Po prostu sięgnął po dane świadków – państwa Lougheed. Według wszelkich znaków na niebie i ziemi mężczyzna miał leżeć w szpitalu ze złamaną nogą. Istniało więc spore prawdopodobieństwo, że pani Lougheed też tam będzie.

Dwie pieczenie na jednym ogniu, pomyślał.

Zabrał marynarkę i błyskawicznie opuścił biuro.

* * *

James Adams dostrzegł za szybą Rossa, który uniósł teczkę i pokazał kciuk w górę, co miało oznaczać, że już żyje tą sprawą. Gdy siedzący naprzeciwko Richard Bolton zauważył rozkojarzenie porucznika, błyskawicznie się odwrócił. Adams wykorzystał ten moment – przytknął do twarzy dłoń, układając palce w kształt słuchawki telefonu.

Ross błyskawicznie zrozumiał, że pojawiły się nowe fakty w sprawie i jeszcze przed końcem dnia się dowie, co Bolton ukrywał. Aby jednak szef dał mu spokój, szybko zniknął im z oczu. W ten sposób zostawił dwóch ważniaków samym sobie.

– Nie masz nikogo innego? – zapytał poważnie szef policji, wracając do rozmowy.

– Chciałeś najlepszego – wyjaśnił Adams, patrząc olbrzymowi prosto w oczy.

– Goldwyn ledwo sobie z nim radził. I jeszcze ta sprawa z dziennikarką. Pogadaj z nim, bo inaczej ja to zrobię.

– Znam go od początku. Można mu ufać.

– Chyba nigdy się do niego nie przekonam. Czasem ma swoje pięć minut, ale po dziesięciu wykręca jakiś numer i mam ochotę wywalić go na zbity pysk.

– Mnie też pan nie lubił.

– Dalej cię nie lubię – roześmiał się Bolton. – Ale toleruję, a to już i tak dużo. Poza tym chyba ostatnio wyraziłem się jasno, gdy powiedziałem, że jak rozmawiamy w cztery oczy, to masz mi mówić po imieniu.

Cóż za przywilej, pomyślał Adams. Chciał coś powiedzieć, ale Bolton podniósł dłoń.

– Daruj sobie... Zajmijcie się tą sprawą, jak należy, a wszyscy będą szczęśliwi.

ROZDZIAŁ 3

– Przepraszam, szukam Billa Lougheeda – Ross przerwał dwóm pielęgniarkom ożywioną wymianę zdań.

– Proszę chwileczkę zaczekać, zaraz się panem zajmę – odparła jedna z nich.

– Problem w tym, że nie mogę czekać. – Pomachał odznaką.

Starsza z kobiet z nietęgą miną podeszła do szerokiego biurka, na którym stały dwa monitory i leżał stos kartotek. Oparła się rękami o blat, po czym spojrzała wilkiem na detektywa. Średnio raz dziennie pojawiał się ktoś taki i ośmielał się przeszkadzać jej w pracy. Poniekąd była więc do tego przyzwyczajona, ale każdorazowo wywoływało to u niej irytację.

– Jeszcze raz... Kogo pan szuka?

– Bill Lougheed. Przeliterować?

– Nie trzeba.

– To ofiara wypadku. Przywieźli go tutaj wczoraj w nocy, ze złamaną nogą.

Kobieta zaczęła przeglądać akta. Robiła to błyskawicznie. Albo doskonale wiedziała, o kogo chodzi i tylko udawała zaradną, albo szło jej to rzeczywiście sprawnie.

– Jest... Sala numer siedem. Wezwać lekarza?

– Pacjent jest przytomny?

– Tak.

– W takim razie nie trzeba. Dzięki. Aaa… Jest ktoś u niego?

– Chyba widziałam jego żonę.

Świetnie, pomyślał Ross. Jak po maśle...

– Detektywie! – krzyknęła pielęgniarka. – Proszę się wpisać na listę odwiedzających!

– To standardowa procedura?

– Nie, ale w przypadku tego pacjenta otrzymałam takie zalecenie.

* * *

Wszechobecne jałowe kolory i specyficzny szpitalny zapach od razu przypomniały Rossowi o ubiegłorocznym pobycie tutaj.

Sala numer siedem, podobnie jak cały budynek, była nieco przygnębiająca, a zasłonięte żaluzje zaciemniały pomieszczenie, tworząc je jeszcze bardziej nieprzyjaznym. Nieopodal okna stało łóżko, a obok niego metalowa szafka. Żona Billa Lougheeda siedziała tyłem do drzwi. Żywo dyskutowała z mężem, co chwilę kręcąc głową i załamując ręce. Mieli bardzo poważne miny, a strzępy ostrych zdań były słyszalne na korytarzu nawet pomimo zamkniętych drzwi.

Ross zapukał i wszedł.

– Przepraszam, państwo Lougheed? – Natychmiast zamilkli. – Detektyw Ross z policji w Cleveland. Mogę zająć chwilę?

– Proszę…

Kobieta wstała.

– Chciałbym tylko zadać kilka pytań. Nie będziecie państwo mieli nic przeciwko temu, że nagram naszą rozmowę? – Ross pomachał dyktafonem.

– Notes i długopis wyszły już z mody? – rzucił półżartem mężczyzna.

– Coś w tym stylu.

– Nie rozumiem... Już nas przesłuchiwano. Nawet naszego syna!

– Gdzie on teraz jest?

– U dziadków.

– Czytałem państwa zeznania, ale chciałbym je też usłyszeć. Często dopiero po pewnym czasie świadkowie przypominają sobie o czymś albo uznają za istotne fakty, które wcześniej nieumyślnie pominęli. Poza tym zdarza się, że ktoś czegoś nie zanotuje i tak dalej…

– Przez parę dni nigdzie się nie wybieram, więc nie widzę problemu – oznajmił Bill Lougheed.

– Jak chcesz… – bąknęła niezadowolona żona. – Przepraszam, detektywie, ale muszę do toalety.

– Oczywiście…

Drzwi trzasnęły.

– Proszę nie mieć jej za złe.

– Coś się stało? – zapytał Ross, siadając na krześle przy łóżku.

– Nie pana wina. Niedawno zmieniłem pracę. Firma miała mi załatwić ubezpieczenie, ale się okazało, że zabrakło jednego podpisu. Prawdopodobnie będę musiał pokryć z własnej kieszeni koszt pobytu w szpitalu.

– To przykre…

– Sam sobie jestem winien. Dziś nie czyta się umów, bo kartek jest tyle, że trzeba by na to mieć drugie życie. Podpisujesz i już. Nie zwróciłem uwagi, że podpisów musi być więcej niż jeden. W poprzedniej firmie przez dwanaście lat nic mi się nie stało. Nawet nie zwichnąłem ręki. Kto by pomyślał, że akurat w takim momencie…

– Rozumiem... – przerwał mu Ross, który chciał jak najszybciej przejść do rzeczy. – Mogę włączyć dyktafon?

– Pewnie...

– Mamy w aktach rozbieżność pomiędzy relacją państwa a kobiety, która była w tamtym samochodzie.

– To znaczy?

– Wy… Pan widział za kierownicą mężczyznę. Tymczasem kobieta z pojazdu, który wylądował w rowie, zeznała, że to ona prowadziła.

– Szczerze… W tej chwili niczego już nie jestem pewien. Nie dam sobie za to uciąć ręki.

– Mhm...

– Chyba macie jakieś odciski palców z kierownicy? Co ze śladami krwi na siedzeniu kierowcy, na desce rozdzielczej, na poduszce powietrznej?

– Odciski odciskami, ale to był ich wspólny samochód, a krew podobno znalazła się i pańska. Analizując więc dowody pod takim kątem, równie dobrze to pan mógł prowadzić ten samochód. – Ross uśmiechnął się dobrotliwie.

– No tak…

– Dopiero ratownicy wyciągnęli pana z tego rowu?

– Rowu?! To było pieprzone urwisko!

– Racja...

– Tak, choć niewiele z tego pamiętam. Tylko jakieś światła, ktoś krzyczał... Widziałem też zakrwawioną twarz w tym samochodzie, chyba mężczyzny. Byłem półprzytomny. Tak naprawdę doszedłem do siebie dopiero w szpitalu.

W tym momencie wróciła żona Lougheeda z kubkiem kawy. Nastawienie kobiety nie zmieniło się ani odrobinę, a kofeina jeszcze bardziej dodała jej pewności siebie.

– Co z tym człowiekiem, którego potrącili? Ustaliliście coś? – wystrzeliła, przymykając drzwi.

– Nie znaleźliśmy żadnego ciała, więc trudno mówić o potrąceniu – wyjaśnił Ross.

– Jak to?! Żadnych śladów?! Żadnej krwi, DNA?!

– Przepraszam, ale nie mogę o tym z państwem rozmawiać.

– No tak, jasne! Mąż pomaga tym ludziom, przez co trafia do szpitala, sami musimy opłacić leczenie, a nie możemy się nawet dowiedzieć, czy pomogliśmy dobrym ludziom, czy mordercom!

– Rozumiem pani frustrację.

– Wątpię, detektywie!

– Kochanie… – Mąż wziął żonę za rękę.

Ross na chwilę zamilkł. Oczywiście nie przestraszył się hardej kobiety. Po prostu musiał odszukać fragment jej zeznania.

– Tutaj jest napisane, że odjechała pani z miejsca wypadku, po czym zawróciła.

– Ta kobieta chciała nas skrzywdzić. Uderzyła latarką w szybę i zaczęła szarpać klamkę. Zresztą... powiedziałam już, jak było.

– Zawróciła pani i... co dalej?

– Oślepiłam ją światłami. Stała na środku jak wryta i czekała, nie wiem na co. Może chciała, żebym ją potrąciła. Wariatka... Pewnie myślała, że ją przejadę, a chciałam tylko nastraszyć.

– Nie cofnęła się?

– Nie. Ominęłam ją i zatrzymałam się na poboczu. Zachowywała się jak naćpana. Klęczała na środku jezdni. Potem się położyła i tak została. Przeleżała w bezruchu do czasu pojawienia się karetki. Na szczęście nie jeździ tamtędy zbyt wiele samochodów.

– Ona leżała, a pani nic nie zrobiła?

– W samochodzie miałam dziecko. Ono było moim priorytetem, detektywie. Poza tym widziałam już światła karetki.

– Jest pani pewna?

– Ale czego?

– Tej nocy otrzymaliśmy dwa zgłoszenia dotyczące potrącenia człowieka. Obydwa z tego samego miejsca. Pierwsze zgłoszenie było pańskie. – Ross spojrzał na Billa Lougheeda. – Przedstawił się pan. Niedługo potem dzwoniła jakaś kobieta. Jeszcze nie zidentyfikowaliśmy numeru. Nie przedstawiła się, ale miała opanowany głos. Przepraszam, po prostu założyłem, że to pani dokonała drugiego zgłoszenia. Bo tamtą kobietę raczej wykluczam, ze względu na jej stan.

– Nigdzie nie dzwoniłam! – zaprzeczyła ostro Andrea Lougheed. – I co niby powiedziałam?

– Że potrąciła pani kogoś i że mamy się pospieszyć.

– Potrąciłam człowieka?! A nie wie pan tak przypadkiem, kogo?!

– Myślałem o tej kobiecie. Że wybiegła, może nawet rzuciła się pod samochód.

– Detektywie… Nikogo nie potrąciłam. Ominęłam ją, a ona zemdlała. To zgłoszenie nie było moje. Mogę wam podać numer, to sobie sprawdzicie.

– Byłbym wdzięczny, bo dysponujemy tylko numerem telefonu pani męża.

– Nie wiem, co ta kobieta robiła wcześniej, ale była na tyle przytomna, żeby się stamtąd wydostać. Tak więc z pewnością mogłaby też wziąć do ręki telefon i zadzwonić po pomoc.

– Ostatecznie zemdlała?

– Tak. Gdy ją mijałam, klęczała. Chwilę później leżała już na jezdni.

– Nie sprawdziła pani, co z nią?

– Nie, nie sprawdziłam – odpowiedziała wyraźnie poirytowana, że musi się powtarzać. – Wcześniej chciała mnie złapać, a może nawet zabić. Na litość boską, przecież ta kobieta mogła skrzywdzić naszego syna! – W oczach męża Andrea Lougheed szukała zrozumienia. – Wyglądała i zachowywała się jak psychicznie chora! Skąd mogłam wiedzieć, czy wcześniej nie skrzywdziła Billa?!

– Spokojnie... A ta ręka w rowie?

– Sama już nie wiem. – Spuściła wzrok. – Równie dobrze mogła to być gałąź.

– Piła pani przed lub w trakcie podróży?

Przesłuchiwana podniosła wzrok i spojrzała z politowaniem na detektywa. Nie miała siły, ani tym bardziej ochoty, na kolejną ostrą wymianę zdań.

– Uznam to za nie. – Ross skrupulatnie analizował nie tylko słowa, ale także gesty, nerwowe ruchy i mimikę świadków. Na razie wyglądało na to, że obydwoje mówią prawdę. – A jak opisze pani to, w co uderzył kierowca?

– Coś dużego. Mógł to być człowiek, ale równie dobrze mogło to być zwierzę.

– Na pewno coś potrącili – dodał Bill Lougheed. – Nie widziałem tego, ale słyszałem odgłos uderzenia.

– Okej... To chyba tyle na dziś. Gdybym chciał jeszcze o coś zapytać, gdzie mogę panią znaleźć?

– W ciągu kilku najbliższych godzin tutaj, a później proszę dzwonić pod ten numer. – Przekazała wizytówkę.

Doradca podatkowy... Nic dziwnego, że wygadana, pomyślał Ross, opuszczając salę numer siedem. Wprawdzie uznał tę wizytę za stratę czasu, ale odpowiedź na ostatnie pytanie dała mu możliwość sprawdzenia pewnego tropu.

Gdy wyszedł przed budynek na otwarty parking, odszukał w aktach numer rejestracyjny samochodu Lougheedów. Miał nadzieję, że to właśnie nim Pani Wygadana przyjechała tutaj.

Przeszedł się pomiędzy pojazdami na zewnątrz, ale nie znalazł SUV-a Lougheedów. Ostatecznie skręcił w zejście prowadzące na podziemny parking. Po paru minutach wreszcie wypatrzył ich wóz. Rozejrzał się, czy aby Pani Nerwowa nie kręci się gdzieś w pobliżu. Szczególnie interesował go przedni zderzak. Oświetlił go latarką smartfona.

– No proszę…

Widniało na nim kilkucentymetrowe wgniecenie. Fotografując je telefonem, zauważył dwa nieodebrane połączenia. Przypomniał sobie, że miał się skontaktować z Adamsem. Idąc więc w stronę windy, wybrał numer szefa, ale ten go uprzedził.

– Tak?

– Miałeś zadzwonić!

– Przesłuchiwałem Lougheedów. Przy okazji sprawdziłem ich samochód. Ciekawa sprawa. Przedni zderzak jest wgięty.

– I…

– Takie wgniecenia mogą powstać od wszystkiego, ale pomyślałem sobie, że pani Lougheed mogła pomóc pani Culberth osunąć się na jezdnię.

– Słabe…

– Niestety, nie pasuje to też do mojej pierwszej teorii, że panią Lougheed ruszyło sumienie i wezwała pomoc. Ale dała mi swój numer. Sprawdziłem… Nie zgadza się z numerem ze zgłoszenia. Tak więc prawdopodobnie to ofiara wezwała karetkę, zanim jeszcze wydostała się na jezdnię.

– Co nam to daje?

– Dopóki pani Culberth nie zacznie rozsądnie myśleć, niewiele. – Wszedłszy do windy, Ross nacisnął guzik z trójką.

– Idziesz do niej?

– Tak. Miło, że leżą w tym samym szpitalu.

– Słuchaj... Wiem już, o co chodziło Boltonowi.

– Wolałbym nie zgadywać.

Winda zatrzymała się na drugim piętrze i do środka wpakowała się grupa lekarzy w białych kitlach. Z trudem zmieścili się w kabinie. Byli w wyśmienitych nastrojach – żartowali i śmiali się, jakby właśnie uczestniczyli w przeglądzie kabaretów.

– Bolton przyszedł do nas, bo poprosił go o to znajomy – kontynuował Adams. – Nie chciał powiedzieć, kto, ale po jego minie mogę zgadywać, że chodziło o burmistrza albo kogoś równie ważnego.

– Może prokurator? W końcu Culberth był prawnikiem, i to nie byle jakim.

– Co? Nic nie słyszę.

– Poczekaj chwilę…

Lekarze dosłownie się przekrzykiwali. Ross już chciał wrzasnąć na całe gardło: Zamknijcie się wreszcie!, kiedy winda zatrzymała się na trzecim piętrze i białe kitle pospiesznie opuściły kabinę. Odczekał chwilę, aż wesoła grupa rozpierzchnie się po korytarzach, po czym sam wyszedł.

– Dobra, jestem…

– Co mówiłeś o prokuratorze?

– Może on i Culberth się znali.

– Pewnie tak. Gdy pojawił się motyw śladów krwi w rowie, ktoś postanowił, że bezpieczniej będzie mieć wgląd w tę sprawę.

– Całkiem możliwe…

Rozmawiając z Adamsem, Ross przeglądał pobieżnie raport z przesłuchania Alice Culberth. Był on bardzo krótki. Policji pozwolono na zaledwie kilkuminutową rozmowę z pacjentką. Prawdę powiedziawszy, przez tę chwilę nie byli nawet w stanie wydusić z niej, czy wie, jak się nazywa. Podobno stale powtarzała tylko, że kogoś potrąciła.

Nagle Rossa szturchnęła rozpędzona pielęgniarka.

– Przepraszam najmocniej! – krzyknęła, ale nawet się nie obejrzała.

– Uwaga! Proszę zrobić przejście!

Ross odskoczył na bok. Tuż za kobietą biegli dwaj rośli pielęgniarze.

– Co tam się dzieje? – zapytał Adams.

– Nie mam pojęcia.

Gdy grupa interwencyjna zniknęła za załomem korytarza, z oddali dobiegł kobiecy krzyk.

– Na pewno jesteś w szpitalu?

– Sam się zastanawiam. Oddzwonię… – Ross schował telefon i przyspieszył kroku. Mimowolnie sprawdził, czy ma pod pachą broń. Był to po prostu nabyty z czasem odruch. Nie wierzył, że będzie musiał jej użyć. Nie tutaj...

Z każdym kolejnym krokiem wrzaski stawały się coraz głośniejsze. Rozpoznał nawet pojedyncze wyrazy – głównie przekleństwa i groźby. Gdy minął załom, jego oczom ukazał się niecodzienny widok.

Na korytarzu zebrała się mała widownia. Ludzie z niedowierzaniem przyglądali się zmaganiom dwóch pielęgniarzy, pielęgniarki oraz lekarza z półnagą kobietą. Pacjentka miała posiniaczoną twarz, ręce i liczne rany na szyi oraz głowie, a rozdarte szpitalne odzienie odsłaniało jej nagie, poobijane ciało.

Wszyscy próbowali złapać kobietę, lecz ta skutecznie się wyrywała, wykonując ruchy, których nie powstydziłaby się akrobatka cyrkowa. Pacjentka drapała, kopała, a nawet gryzła. Wyzywała też personel i wrzeszczała, jakby obdzierano ją ze skóry. Gdy jeden z barczystych pielęgniarzy chciał złapać jej rękę, rzuciła się na niego, po czym wbiła mu zęby w przedramię. Mężczyzna wrzasnął jak oparzony. Próbował odepchnąć kobietę, ale ta nie puszczała. Obydwoje polecieli na ścianę. Trącili stojącą na parapecie donicę, która z impetem uderzyła o posadzkę, rozbijając się w drobny mak. Tracąc zimną krew, pielęgniarz wziął zamach i mocno uderzył pacjentkę w twarz. Kobieta doznała chwilowego zamroczenia, co umożliwiło reszcie personelu schwytanie jej. Mężczyźni złapali pod ramiona, lekarz przytrzymał nogi, a pielęgniarka wykonała zastrzyk.

Ross przeprosił zebranych i wysunął się na czoło grupki gapiów. Chciał pomóc, ale końska dawka środków uspokajających niemalże natychmiast powaliła pacjentkę. Kobieta słabła z każdą sekundą. Ostatecznie stała na nogach tylko dzięki temu, że ją przytrzymywano. Chwilę jeszcze patrzyła na zebranych błędnym wzrokiem, po czym spuściła głowę.

– Proszę się cofnąć! – rozkazał lekarz.

Pielęgniarze minęli gapiów i skręcili do najbliższej sali. Za nimi weszła pielęgniarka, a na końcu lekarz. Dopiero gdy kładli kobietę na łóżku i przywiązywali ją pasami, Ross na spokojnie przyjrzał się posiniaczonej twarzy. Wyglądała dziwnie znajomo. Coś go tknęło i otworzył akta sprawy. Oniemiał, gdy zrozumiał, że właśnie obejrzał przedstawienie, w którym główną rolę zagrała ofiara wypadku – Alice Culberth.

– Panie doktorze! David Ross z policji…

– Nie teraz! – Podenerwowany lekarz zatrzasnął drzwi, a pielęgniarka zasłoniła żaluzje.

ROZDZIAŁ 4

Droga biegnąca przez rezerwat Rocky River została całkowicie wyłączona z ruchu. Jezdnię blokowały dwa radiowozy, trzy cywilne samochody, dźwig, laweta i straż pożarna. Właśnie trwała akcja wyciągnięcia samochodu Culberthów.

Mechanizm wysłużonej wciągarki wreszcie ożył i bęben ze zwojem stalowej liny zaczął się leniwie obracać, wydając podejrzanie brzmiące odgłosy. Na dole zbocza dało się słyszeć trzask łamanych gałęzi oraz powodujące gęsią skórkę zgrzyty metalu o kamienie.

Podczas gdy operatorzy wciągarki walczyli ze sporym ciężarem sunącym w górę nierównego zbocza, pomiędzy gęsto rosnącymi drzewami, większość funkcjonariuszy sprawdzała okolicę, szukając śladów rzekomej ofiary wypadku.

Zbliżała się dwudziesta pierwsza i na zamkniętej drodze pojawiało się coraz więcej wracających z bezowocnych poszukiwań policjantów. Zmęczeni, siadali na zwalonych pniach lub opierali się o maski samochodów. Paleniem papierosów i rozmową uprzyjemniali sobie czekanie na resztę ekipy. Jeden ze śledczych zwrócił uwagę na zatrzymujący się przed taśmą samochód.

– Jest i nasza gwiazda, co posuwa pannę Harding – bąknął mężczyzna. – Idę o zakład, że w jutrzejszej gazecie będzie jakiś artykuł o tym całym syfie.

– Już był!

– Chodziło mi o inny. Ciekawszy, bardziej szczegółowy. Coś, czego nie widać zza taśmy.

– Podobno zerwali – powiedział funkcjonariusz po prawej.

– Wierzysz w cuda? Ta dziennikareczka zgarnęła kupę kasy za książkę. Takiego cycka się trzymasz. Założę się o stówę, że to całe zerwanie było na pokaz.

– Stówy nie mam, ale dychę dam.

– Dobre i to. Stoi!

* * *

Ross zabrał z siedzenia pasażera dużą żółtą kopertę, po czym leniwie wysiadł.

– Macie coś? – Podszedł do oficera, któremu wcześniej Adams zlecił dowodzenie.

– Niby w rowie była krew, ale po ciele ani śladu. Deszcz wszystko zmył. Sprawdziliśmy też ślady na jezdni. Samochód, który właśnie wyciągają – oficer wskazał dźwig – omal nie zderzył się z jadącym z naprzeciwka SUV-em. Gdyby kierowca nie zaczął hamować, byłoby nieciekawie.

– Słyszałem...

Ślady samochodu Lougheedów przecinały się ze śladami opon pojazdu Culberthów i kończyły kilka metrów dalej. Te drugie znikały w połamanych zaroślach.

– Jest coś jeszcze. Czterysta, może pięćset metrów w głąb lasu, niedaleko bocznej drogi, moi ludzie znaleźli porzucony samochód. Ktoś przywalił w drzewo. Jest trochę krwi, ale nic poza tym.

– Było jakieś zgłoszenie w związku z tym?

– Sprawdzamy.

– Nie zapomnijcie o szpitalach. Zajmiesz się tym?

– Jasne.

Ross umieścił teczkę pod pachą i na masce radiowozu rozłożył mapę.

– Wszyscy już wrócili?

– Północna grupa skończyła, ale czekamy jeszcze na sygnał od południowej. Poszli w kierunku lotniska. Mieli trochę większy obszar.

– Dokąd dotarła grupa północna?

– Do mostu na czterysta osiemdziesiątej. Zabraliśmy ich stamtąd niedawno. Południowi mieli skończyć na terenach przyległych do lotniska, ale jakieś – policjant spojrzał na zegarek – czterdzieści minut temu dali znać, że idą jeszcze dalej, aby ostatecznie zakończyć tutaj. – Pokazał na mapie wąski pas zieleni. Na tym odcinku rzekę przecinały prostopadle dwa wiadukty kolejowe.

Nieoczekiwanie zatrzeszczała krótkofalówka.

– Szefie, mamy coś!

– To ty Jason? Gdzie jesteście?

– Jakieś sto metrów na południowy zachód od lotniska. Wyślę kogoś. Będzie na was czekał przy drodze.

– Zrozumiałem. Bez odbioru.

– Zwolnij tych tutaj – rozkazał Ross. – Niech jadą do domów. Zasłużyli. Jeżeli południowi rzeczywiście coś znaleźli, to im mniej osób będzie się tam kręcić, tym lepiej.

* * *

Kwadrans później Ross wraz z dowódcą poszukiwań dotarli na wyznaczone miejsce. Zgodnie z ustaleniami, przy drodze czekał na nich młody oficer. Zobaczywszy radiowóz, zaczął machać latarką. Gdy samochód się zatrzymał i szyba opadła, oznajmił:

– Musicie to zobaczyć. Zostawcie tu wóz i chodźcie za mną.

– Co znaleźliście? – zapytał Ross.

– Trudno to opisać. Wszędzie jest pełno krwi. Coś tam się stało.

Oficer spojrzał wymownie na detektywa.

– A mogliśmy nie zwalniać północnej.

– Za późno… Idziemy!

Wyciągnęli latarki i ruszyli za młodym technikiem.

Niebo było jeszcze szarawe, jednak pomiędzy drzewami niewiele już widzieli – las potęgował efekt zmroku. Co chwilę słyszeli śpiew jakiegoś ptaka, a świerszcze zaczynały cykającą kanonadę.

Wkrótce w oddali dostrzegli skaczące wiązki światła – najwyraźniej kilka osób zgromadziło się w jednym miejscu. Słychać też było ich rozmowy.

– To tutaj. Tylko patrzcie pod… – Gałąź strzeliła i technik wyrżnął jak długi.

– Żyjesz?

– Taaa...

Gdy Ross pomagał mu wstać, usłyszeli cichnące strzępy zdań. Zebrani nieopodal grubego pnia policjanci skierowali strumienie światła na zarośla.

– To tylko my! – krzyknął młodzik.

– Nareszcie…

Ross szedł pomiędzy kolegami jak mistrz podczas zgrupowania sekty. Już z daleka wyczuł dziwny zapach – dość charakterystyczny, a jednocześnie trudny do opisania. Nagle światło jego latarki napotkało umazane czerwienią źdźbła trawy. Zaraz potem wypatrzył okrążającą krwawe ślady świeżo wydeptaną ścieżkę. Kilka kroków dalej dostrzegł coś, co – jak słusznie stwierdził technik – trudno było zdefiniować.

Pomiędzy drzewami znajdował się nieregularny krwisty okrąg. Wszędzie walały się kawałki mięsa, skóry i kości, a przy wystającym korzeniu potężnej sosny leżał duży fragment obdartego ze skóry ciała. Prawdopodobnie była to resztka tułowia.

Zasłoniwszy usta i nos, Ross przykucnął. Nie wiedział, na co patrzeć. Szczątki jeszcze nie gniły, więc cokolwiek tu zaszło, musiało się wydarzyć niedawno. Trawa dookoła była wyraźnie zdeptana, ale nigdzie nie wypatrzył choćby pojedynczego odcisku buta. Wgłębienia w leśnym poszyciu bardziej przypominały ślady zwierzęcia niż człowieka.

– Detektywie!

Odwrócił się.

– Tutaj!

Poderwał się, aż mu stawy strzeliły i bezzwłocznie pomaszerował w kierunku, z którego doleciał okrzyk. Dwie osoby ruszyły za nim.

Uważnie patrzył pod nogi, aby nie zadeptać żadnych śladów. W głowie miał pustkę. Zupełnie nie wiedział, co myśleć o dziwnym znalezisku. Ostatecznie niemalże bezwiednie zatrzymał się obok funkcjonariusza z latarką, który kierował strumień światła na jakiś nieregularny przedmiot. Dopiero gdy błysnęły dwa martwe ślepia, a patyki zmieniły się w poroże, Ross rozpoznał w dziwnym kształcie łeb jelenia.

– Dzięki Bogu. Już myślałem, że to…

– My też…

16 SIERPNIA

ROZDZIAŁ 5

Od dwóch kwadransów Ross próbował się połączyć z laboratorium. Analitycy mieli zbadać, czy krew zwierzęcia w rowie jest zgodna z tą, którą południowa grupa znalazła w lesie. Wprawdzie wyniki powinny już leżeć na jego biurku, i być może nawet tam były, ale nie miał zamiaru czekać, aż wróci do biura. Właśnie siedział w dyżurce lekarskiej, jak mu kazano. Wypatrywał lekarza, który miał być obecny podczas oficjalnego przesłuchania Alice Culberth. Mąż poszkodowanej – prawnik – gdy tylko rozeznał się w sprawie, uruchomił swoje znajomości i zabronił komukolwiek, w tym także policji, niepokoić żonę. Tym bardziej że od chwili wypadku była na silnych lekach psychotropowych. Tylko dzięki nim personel mógł jakoś zapanować nad nadpobudliwą pacjentką. Ross dobrze wiedział, że uzyskane od osoby w takim stanie zeznania na niewiele zdadzą się w sądzie, ale mimo to chciał spróbować szczęścia.

Nagle drzwi potwornie załomotały – jakby ktoś chciał wejść, a zapomniał nacisnąć klamkę. Ross poderwał się w nadziei, że to wyczekiwany lekarz.

– To pan chciał się ze mną widzieć? – zaczął czarnoskóry brodacz w idealnie wyprasowanym białym kitlu.

– Zgadza się. David Ross... Pracuję w wydziale zabójstw.

– Clifford Sullivan.

Uścisnęli sobie dłonie.

– Słyszałem od pielęgniarki, że chce pan porozmawiać o mojej pacjentce.

– Dokładnie rzecz biorąc, to z pana pacjentką. Ale z panem również...

– Chodzi o Alice Culberth?

– Tak.

– Oj, ciężka sprawa.

– Wiem. Już mnie poinformowano, że pan Culberth zabronił komukolwiek rozmawiać z jego żoną bez wiedzy lekarzy. Tak więc... chyba będę potrzebował pana zgody.

– Mhm.... – mruknął Sullivan, wyraźnie zniesmaczony prośbą. – Ta kobieta jest w rozsypce, detektywie. Bardzo przeżyła wypadek. Widziałem w telewizji, jak wyciągali wrak. Podobno pani Culberth opuściła go o własnych siłach, a na dodatek wdrapała się po stromym zboczu na jezdnię. Niesamowite…

– To prawda. Mówiła coś? Podobno krzyczała, że kogoś potrąciła.

– Pewnie Kennedy’ego.

– Słucham?

– Pani Culberth jest na takich lekach, że mogłaby powiedzieć wszystko i do wszystkiego się przyznać. Gdybym dziś zaczął jej wmawiać, że przewodzi afrykańskiemu plemieniu, jutro krzyczałaby: Gdzie moja korona?! Rozumie mnie pan?

– Chyba tak… – Z każdą minutą Ross coraz dobitniej sobie uświadamiał, że ta wizyta to tylko strata czasu.

– Niektórzy pacjenci – kontynuował doktor – widzą we mnie zaginionego brata albo nawet ojca. A to jeszcze i tak dobrze. Jeden groził mi spaleniem na krzyżu oraz torturami. Cofnął się do dziewiętnastego wieku. Myśli pan, że drukowane w gazetach daty go przekonały? Gdy mnie mijał, zakładał na głowę piżamę, udając członka Ku Klux Klanu. O dziwo, reagował tak tylko na mnie. Dwóch innych psychiatrów też było czarnoskórych, ale oni mieli z nim spokój. Za to jednego z moich kolegów pewien pacjent regularnie opluwał. Robił to zawsze w poniedziałek i zawsze podczas porannego badania. Mózg to coś pięknego, detektywie Ross, ale tylko wtedy, gdy działa, jak powinien. Był pan kiedyś na oddziale zamkniętym, takim prawdziwym, w klinice psychiatrycznej?

– Nie.

– No właśnie… To tam trafiają najcięższe przypadki. Dlatego rozumiem Franka Culbertha. Jego żona przechodzi w tej chwili piekło. Wciąż próbujemy dobrać jej odpowiednie leki.

– Widziałem, co wyczyniała.

– Domyślam się, że był to dla pana szok. Dla nas irracjonalne zachowanie to nic nowego. Wszyscy tutaj są przyzwyczajeni.

Ross pokręcił głową.

– Ale nie przyszedł pan tu słuchać moich wywodów. Jak pan słusznie zauważył, Frank Culberth mianował mnie opiekunem jego żony, strażnikiem i adwokatem zarazem. Mimo wszystko postaram się pomóc. – Sullivan wskazał drzwi i uśmiechnął się przyjaźnie. Po raz pierwszy, odkąd rozpoczęli rozmowę.

– Sporo tych obowiązków – bąknął Ross, kierując się do wyjścia.

– Może to dziwne, ale wolę tak, niż by mi tu mieli siedzieć jacyś napakowani goście i straszyć pacjentów. Frank Culberth to porządny facet. Rozmawiałem z nim w ramach standardowego badania. Mówiąc szczerze, w tej chwili szybciej dogada się pan z nim niż z jego żoną.

– On jest drugi na mojej liście.

– A powinien być pierwszy. Jednak proszę się spieszyć, bo gdy z nim rozmawiałem, powiedział, że ma mnóstwo roboty. Już rano, na własne żądanie, chciał się wypisać ze szpitala.

– Oszalał?!

– Tego akurat nie stwierdziłem – powiedział półżartem Sullivan, jednocześnie przybliżając swoją plakietkę do czytnika. Odblokował w ten sposób drzwi i znaleźli się w wydzielonej, zamkniętej części szpitala. – Miał paskudne rozcięcie na skroni. Tym i gwarantowanym wstrząśnieniem mózgu przekonałem go, że powinien jeszcze u nas poleżeć.

– Co z panią Culberth?

– Najpierw była na zwykłym oddziale, ale personel nie mógł sobie z nią poradzić, więc przenieśli ją tutaj.

Minęli ubranych na biało dwóch potężnych mężczyzn idących w przeciwnym kierunku. Pielęgniarze przywitali się z lekarzem, lecz całkowicie zignorowali detektywa. Mieli miny jak zapaśnicy przed walką. Ross zerknął przez ramię, ale zniknęli już za załomem korytarza.

– Proszę tu na mnie zaczekać – nakazał Sullivan i podszedł do siedzącej za biurkiem drobniutkiej pielęgniarki.

Ross omiótł wzrokiem ponure wnętrze. Kolory ścian i posadzka były takie same jak w innych częściach budynku, ale wystarczyło minąć jedne drzwi, a atmosfera stała się jakby gęstsza – nie miała ujścia przez zabezpieczone kratownicami okna.

Z tego miejsca odchodziły cztery korytarze. Jeden był nieoświetlony, znacznie krótszy od pozostałych i kończył się drzwiami. Niemalże wszędzie znajdowały się czytniki. Dotyczyło to zarówno sal pacjentów, jak i pomieszczeń dla personelu. Zabezpieczono w ten sposób nawet drzwi toalety.

W pewnym momencie z jednego z korytarzy dobiegł narastający szum. Ross spojrzał w tamtym kierunku i po chwili dostrzegł pielęgniarzy, z którymi wcześniej się minął. Widząc go, natychmiast urwali rozmowę. Jeden pchał łóżko, drugi szedł obok i trzymał metalowy stelaż. Do rurki była przymocowana ręka transportowanej osoby.

Tak jak wcześniej, tym razem również mężczyźni nie zwrócili na Rossa większej uwagi. Jak gdyby nigdy nic przeszli obok niego. Zatrzymali się dopiero przy rejestracji. Jeden z nich podszedł do Sullivana i zamienił z nim kilka zdań. Lekarz spojrzał wilkiem na detektywa, jakby chciał się upewnić, że ten niczego nie usłyszy.