Efektor - Thomas Arnold - ebook + książka

Efektor ebook

Arnold Thomas

0,0

Opis

Jest to najnowsze wydanie ebooka powieści, która po raz pierwszy ukazała się 26 października 2017 roku i stanowi IV tom serii z detektywami Adamsem i Rossem w rolach głównych.

Opis książki:

David Ross – starszy detektyw wydziału zabójstw z Cleveland – zostaje zawieszony w obowiązkach służbowych za napaść na aresztowanego. Na prośbę pewnej kobiety jedzie do Michigan, gdzie zniknął jego były "towarzysz broni", z którym kilka dni wcześniej odbył dziwną rozmowę. Wynajmowany przez Jamesa Adamsa pokój został przeszukany i zdewastowany, jednakże kamery ochrony motelu nie zarejestrowały niczego podejrzanego. Ross dochodzi do wniosku, że być może to sam Adams dokonał zniszczeń. Tylko dlaczego?

Piętrzą się niejasności, a spokojne miasteczko, napiętnowane wydarzeniami sprzed dekady, szybko ukazuje swoje drugie oblicze. Wszyscy bacznie przyglądają się nowemu przyjezdnemu, który zaczyna zadawać coraz bardziej niewygodne pytania.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 382

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © 2017 by Thomas Arnold Copyright © 2026 by T.A. BOOKS

Projekt okładki Thomas Arnold Artur Kaczor

Skład, łamanie, realizacja okładki przygotowanie publikacji elektronicznej  Artur Kaczor, PUK KompART

Wydanie II

ISBN 978-83-67516-12-9

Wydawca T.A. BOOKS

Powieść ta jest fikcją literacką. Nazwiska, postaci, miejsca i zdarzenia są dziełem wyobraźni autora. Użyto ich w sposób fikcyjny i nie powinny być interpretowane jako rzeczywiste. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych zdarzeń, miejsc, organizacji lub osób jest wyłącznie dziełem przypadku.

PROLOG

Fraygo, Michigan, USA2007 rok

– Pastorze Jones… Niesamowite kazanie!

– Pani Mercer… – Czarnoskóry olbrzym o łagodnej twarzy wyciągnął muskularną dłoń i szczerze się uśmiechając, przyjął wyrazy podziękowania. – Cieszę się, że panią widzę.

Otyła kobieta w obcisłej ciemnoszarej sukience i w kapeluszu zawsze jako jedna z ostatnich opuszczała kościół, często zamieniając z pastorem chociażby kilka słów. Zazwyczaj były to podziękowania, czasem rozwijające się w dłuższą rozmowę, od której Samuel Jones nigdy nie uciekał. Wręcz przeciwnie… Z radością przyjmował każde dobre słowo wiernych.

– Przykro mi z powodu włamania – powiedziała nieco ciszej Liya Mercer, z wyraźnym współczuciem. – Mam nadzieję, że nic nie zginęło. Dziś ludzie nie uznają już żadnej świętości. To skandal…

– Na szczęście złodzieje zostali spłoszeni przez pana Tuppera. Usłyszał hałas i przybiegł. Musieli wejść tylnymi drzwiami. Gdy zostali odcięci, wybili okno i uciekli przez nie. Najważniejsze, że nikt nie ucierpiał, a z tego, co mi wiadomo, również nic nie zginęło. Tego dnia Bóg czuwał nad nami, pani Mercer. Jak zresztą zawsze…

– Poczciwy człowiek z pana Tuppera. Pamiętam, jak ludzie mieli wielebnemu za złe, gdy pozwolił temu nieszczęśnikowi zamieszkać w kościele.

– Każdemu należy dać szansę.

– Ale nie wszyscy to rozumieją. Tak mocno kręcili wtedy głowami, że prawie połamali sobie karki. Teraz powinni odszczekać wszystko! Piękny przykład na to, że dobro wraca.

– Ooo, tak…

– W ławce zamieniłam słówko z kilkoma kobietami. Postanowiłyśmy urządzić małą kwestę – Liya Mercer mrugnęła okiem, odmierzając w powietrzu palcami odcinek centymetra – na jakiś podarunek dla pana Tuppera. Przysłużył się całemu społeczeństwu. Bóg jeden wie, co mogłoby się stać, gdyby nie spłoszył włamywaczy. Te… – powstrzymała się przed wypowiedzeniem przekleństwa. – Ci ludzie mogliby nawet spalić kościół. Mało było takich przypadków?

– To prawda. Mieliśmy sporo szczęścia. Sam chętnie wezmę udział w tej zbiórce. – Pastor uśmiechnął się życzliwie. – To świetny pomysł. Co więcej, mogę podpowiedzieć, że w przyszłą niedzielę pan Tupper obchodzi urodziny. Choć może nie tyle urodziny, co rocznicę dnia, w którym do nas trafił. Myślę, że nabożeństwo będzie świetną okazją, by wyróżnić go za zasługi dla parafii.

– Idealnie! – Kobieta przyklasnęła. – Powiem wszystkim!

Samuel Jones przystawił palec do ust, wskazując wzrokiem za plecy Liyi Mercer. Ta się odwróciła i zobaczyła podchodzącego do nich przygarbionego osobnika z długimi włosami. Miał zmizerniałą twarz. Cały czas mrużył oczy, choć szedł w cieniu rzucanym przez budynek kościoła.

– Zamek, który wymieniłem w tylnych drzwiach, zacina się – oznajmił Doug Tupper. – Pojadę po nowy. Kupię od razu dwa. Następnym razem bardziej się pomęczą.

– Kiedy przyjadą wymierzyć okno? – zapytał pastor.

– Wczoraj pogoniłem tych obiboków. Powiedzieli, że jutro. Będą u nas najpóźniej o dziesiątej. Nie znoszę, gdy ktoś nie dotrzymuje słowa. Jak coś obiecuję, to robię. Nie potrafią sobie rozplanować obowiązków. Może zadzwonię do kogoś innego?

– Spokojnie, Doug, spokojnie… Przeżyliśmy bez okna trzy dni, przeżyjemy też kolejny dzień.

– Przepraszam, że się wtrącę – dorzuciła kobieta – ale chciałam przekazać wyrazy wdzięczności w imieniu parafian. Pastor – spojrzała na niego – podczas kazania wspomniał o pana heroizmie. Ja, a wierzę, że mówię w imieniu wszystkich, jestem równie wdzięczna.

Mężczyzna nieco się zmieszał, lecz szybko wrócił do bycia sobą.

– Każdy by tak zrobił, pani Mercer. Przepraszam, obowiązki wzywają… Niedziela niedzielą, ale kościół musi zostać zabezpieczony na noc. Sprawdzę jeszcze raz drzwi. Od środka bez problemu można je zamknąć, ale coś jest nie tak po włożeniu klucza z zewnątrz.

– Tylko po cichu – zaznaczył ostro Samuel Jones.

– Też wolałbym dziś siedzieć na kanapie, ale włamywaczom jest obojętne, jaki mamy dzień tygodnia.

Doug Tupper znany był z trudnego charakteru i opryskliwych wypowiedzi ucinających rozmowę. Szczególnie w pierwszych miesiącach pobytu we Fraygo zraził tym do siebie wielu mieszkańców. Wszyscy się dziwili, dlaczego pastor tolerował tego człowieka. W końcu jednak ludzie przyzwyczaili się do niego, a on do nich. Z czasem stał się nawet nieco milszy – bardziej przystępny. Najwidoczniej wreszcie poczuł się bezpiecznie wśród ludzi, stwierdził kiedyś pastor podczas rozmowy z grupką wiernych.

Nikt, nawet Samuel Jones, nie wiedział, skąd pan Tupper się wziął. Gdy znaleziono go nieprzytomnego, z zakrwawioną twarzą, leżącego na wznak pod tylnymi drzwiami kościoła, nie miał przy sobie żadnych dokumentów. Natychmiast wezwano karetkę, która przewiozła nieszczęśnika do szpitala. Parafia pokryła koszty leczenia, ale władze nie były w stanie ustalić jego tożsamości. Pobrano nawet próbkę DNA, lecz porównanie wyników z bazą nie dało żadnych rezultatów. Po odzyskaniu przytomności skrajnie wyczerpany mężczyzna przedstawił się jako Doug Tupper. Były to jedyne dane, jakie podał. Nie wiedział nawet, czy należą do niego. Stracił pamięć, a przynajmniej tak utrzymywał, i nie potrafił powiedzieć, jak ani dlaczego znalazł się we Fraygo pod budynkiem kościoła, w takim stanie. Nie kojarzył go też żaden z mieszkańców. Rozesłano nawet zdjęcia po okolicznych miejscowościach, ale nie uzyskano odpowiedzi na dręczące wszystkich pytania.

Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, ludzie szybko zaczęli plotkować i pan Tupper, zanim jeszcze wyszedł ze szpitala, miał już doczepioną etykietkę włóczęgi, którego państwo będzie musiało żywić. Ci odważniejsi poszli w kierunku określeń gwałciciel, pedofil, a nawet morderca, bardziej elokwentni zaś wymieniali te trzy zarzuty jednocześnie.

Jedynie pastor Jones zlitował się nad nieszczęśnikiem, gdy wszyscy wokoło wieszali na nim psy. Wiedział, że ten człowiek nie będzie miał łatwego życia, toteż postanowił dać mu schronienie w kościele. Przysporzył sobie tym kilku wrogów, ale większość wiernych uznała wspaniałomyślny czyn za akt miłosierdzia i szybko zaakceptowała tę decyzję.

Mężczyzna okazał się bardzo pomocny. Dbał nie tylko o kościół, ale także o pobliski cmentarz. Miał jednak poważną wadę, którą przez długi czas trudno było z niego wykorzenić – lubił zaglądać do kieliszka. Na szczęście nie sprawiał tym większych problemów, więc pastor poniekąd akceptował jego słabość. Mimo to cierpliwie próbował ją zwalczać.

Gdy Doug Tupper się oddalił, pani Mercer podjęła jeszcze jeden temat. Wcześniej jednak się upewniła, czy aby na pewno może mówić swobodnie.

– Pastor myśli, że miało to coś wspólnego z tymi… z niedawnymi wydarzeniami?

Z twarzy olbrzyma nagle zniknął przyjazny uśmiech. Mężczyzna głęboko się zamyślił, bardziej jednak szukając właściwych słów, niż zastanawiając się nad odpowiedzią.

– Pani Mercer… – zaczął spokojnie, rozkładając ręce. – Żyjemy w wolnym kraju. Tutaj każdy może mówić i robić, co mu się podoba. Jedni są bardziej powściągliwi w osądach, inni nieco mniej – tłumaczył, nieznacznie gestykulując. – Ostatecznie wszyscy zostaniemy rozliczeni z naszych uczynków i słów. Jeśli nie w tym życiu, to w następnym. Dajmy im się wykrzyczeć, a wrócą skruszeni.

– Życzyłabym sobie kiedyś takiego spokoju ducha. Mamy wielkie szczęście, że pastor jest wśród nas.

– Dziękuję, pani Mercer. A czy… – teraz on się rozejrzał – udało się już pani coś znaleźć w związku ze sprawą, o której rozmawialiśmy?

– Niestety nie, choć też nie miałam po temu okazji. Cały czas ktoś patrzy mi na ręce. To będzie trudne, ale nie niemożliwe. Muszę tylko zadziałać w odpowiednim momencie. Obiecuję, że zrobię wszystko, co w mojej mocy.

– Będę bardzo wdzięczny, bo choć ludzie powoli zapominają, obawiam się, że to tylko pozory. O czymś takim nie można zapomnieć.

– Wierzę, iż razem nam się uda.

– Ja również… Wiara to nadzieja. Każdy, kto wierzy w jutro, ma kolejny powód do szczęścia. Czasem los brutalnie nas doświadcza, ale nie możemy się poddać. To właśnie osoby pani podobne utwierdzają mnie w przekonaniu, że wszystko, co robię, ma sens.

– Dziękuję… Przepraszam, pastorze, ale Henry i moi chłopcy już się niecierpliwią.

– Oczywiście…

Liya Mercer serdecznie uścisnęła potężną dłoń i skierowała się w stronę chodnika. Minęła pana Tuppera, który najwidoczniej miał jeszcze do pastora jakąś pilną sprawę. Wydawał się bardzo niespokojny.

– Coś się stało, Doug? – zapytał Samuel Jones.

Pomocnik nagle się odwrócił.

– Znalazła coś?

– Jeszcze nie, ale dajmy jej czas. To dobra kobieta i jest nam przychylna. Powiedziała, że pomoże. Nie chcę jej naciskać. Pewnie się domyślasz, dlaczego.

– Za chwilę może być za późno.

– Zajmij się zamkiem i oknem, a ja będę miał na uwadze resztę.

Twarz pastora emanowała zadumą. Wszedł do kościoła głównym wejściem, po czym zamknął drzwi na klucz i na potężną zasuwę. Poranne nabożeństwo niedzielne zawsze dawało mu siłę na cały dzień. Mimo to nie potrafił odpędzić uczucia niepewności.

Usiadł w ostatniej ławce. Lubił stamtąd patrzeć na kościół. W całkowitej ciszy zaczął się modlić, jednakże od pewnego czasu miał problem ze skupieniem się. Po chwili nie recytował już w myślach modlitwy, a bezwiednie patrzył przed siebie. Zawładnęło nim zwątpienie, nieustannie towarzyszące mu przez ostatnie tygodnie.

Nie sypiał najlepiej i miał spore problemy z koncentracją. Myślał nawet o pójściu z tym do lekarza. Niestety, doktor przyjmujący w najbliższej, i zarazem jedynej, przychodni w mieście był zadeklarowanym ateistą. Nie powodowało to między nimi spięć, a przynajmniej do dnia, w którym duchowny przyjął pod swój dach pana Tuppera – człowieka o mocno wątpliwej przeszłości. Od tego dnia Samuel Jones starał się omijać doktora i nie korzystał z jego usług, dopóki rzeczywiście nie musiał. Ostatecznie skończyło się to wieloletnią nieobecnością w gabinecie. W związku z tym zaniedbał leczenie nadciśnienia, a być może również innych dolegliwości, o których nawet nie wiedział.

Lekarz, podobnie jak Samuel Jones, miał blisko dwa metry wzrostu i ważył ponad sto kilogramów. Parę lat temu, gdy sytuacja pana Tuppera była jeszcze świeża, jakiś dowcipniś pokusił się nawet o stworzenie komicznego posta na portalu społecznościowym, przedstawiającego doktora i pastora w dwóch narożnikach ringu z komputerowo wytatuowanymi na piersiach znakami – symbolami ich profesji. Prowadzącym spotkanie – sędzią w pasiastej koszuli oraz czarnych spodniach – był Doug Tupper. Doktorowi ten wybryk nawet się spodobał i nie miał zamiaru reagować. Dopiero po interwencji pastora policja zajęła się usunięciem postu. O dziwo, namierzono też dowcipnisia i ukarano go grzywną.

Nieoczekiwanie Samuela Jonesa wyrwał z zamyślenia stuk dobiegający z pomieszczenia na tyłach. Zaraz po nim usłyszał kilka kolejnych odgłosów, już znacznie wyraźniejszych – jakby ktoś walił młotkiem w metal.

Natychmiast zerwał się z ławki. Wiedział, co się dzieje – pan Tupper zaczął reperować zamek. A tyle razy prosiłem, by nie zajmował się takimi sprawami w niedzielę, pomyślał pastor. Tym bardziej że przed chwilą skończyło się nabożeństwo!

Nagle, będąc w połowie długości kościoła, przypomniał sobie, iż jego pomocnik miał dopiero pojechać po zamek. Wspominał nawet o kupnie dwóch. Niemożliwe, że tak szybko wrócił…

Zwolnił nieco, gdy odgłosy ucichły. Minąwszy ołtarz i pulpit, ostrożnie zerknął do niewielkiego pomieszczenia na tyłach, pełniącego funkcję małej zakrystii, przez którą wychodziło się na zewnątrz. Trzeba było tylko przejść przez metrowej długości wiatrołap.

Ku swemu zdziwieniu, nikogo nie dostrzegł. Zamek był na miejscu, co więcej – nietknięty i zamknięty od środka. Przez chwilę Jones myślał, że właśnie doświadczył omamów słuchowych. Wyjrzał przez niewielką szybkę – na zewnątrz również nikogo nie było. Gdy jednak się odwrócił, zobaczył długi, wąski przedmiot zbliżający się do jego głowy z prędkością światła.

Stalowy łom rozciął skórę i pogruchotał pastorowi kości czaszki. Ściany zostały obryzgane krwią. Siła uderzenia była tak potężna, że studwudziestokilogramowy kolos tylko się zatoczył i odbił od ściany. Ostatecznie runął na marmurową posadzkę, po czym zastygł w ciasnej przestrzeni, w nienaturalnie skręconej pozycji.

Krew ciekła ciurkiem z głowy Samuela Jonesa, barwiąc liturgiczną szatę na ciemnoczerwono, toteż napastnik nie musiał się upewniać, czy ofiara przeżyła atak. Nie tracąc czasu, przyłożył łom do płyty wiórowej stanowiącej tymczasową zaślepkę wybitego okna. Już miał pociągnąć, gdy rozproszyła go szamotanina kogoś z zamkiem w drzwiach. Klamka opadła i do środka wlało się światło.

– Jezu… Pastorze Jones!

Doug Tupper znieruchomiał na widok poskręcanego ciała. Próbując ogarnąć wzrokiem ogrom nieszczęścia, nieoczekiwanie dostrzegł ruch. Dwa metry od ciała, pod ścianą, stał mężczyzna z zakrwawionym łomem w ręce. Tupper bez wahania przeskoczył pastora i rzucił się na włamywacza. Zrobił to tak szybko, że morderca zdążył jedynie podnieść broń na wysokość klatki piersiowej.

Obaj polecieli na podłogę i przekoziołkowali.

Pierwszy wstał Tupper. Wziął potężny zamach, ale mężczyzna zdążył się zasłonić łomem i pięść pomocnika pastora trafiła w stalowy przedmiot. Odgłosowi łamiących się kości palców towarzyszył gardłowy wrzask. Oprawca wykorzystał ten moment i natarł. Kopnął kulącego się z bólu przeciwnika w głowę. Mimo to Doug Tupper nie stracił przytomności, choć przez chwilę nie wiedział, co się z nim działo. Jego ciało wysyłało sprzeczne impulsy. Chciał się złapać za głowę, ale gdy tylko podniósł rękę, zrezygnował – miał połamane kości i każdy ruch dłonią powodował potworny ból.

Włamywacz nie czekał, aż przeciwnik dojdzie do siebie. Złapał go od tyłu i posługując się łomem, założył mu na szyję uścisk. Krew pastora została rozsmarowana na skórze duszonego biedaka. Ten ostatkiem sił złapał jedyny przedmiot, jaki leżał w pobliżu – metalową tacę. Zamachnął się i kantem uderzył mordercę. Nie wiedział, gdzie trafił, ale uścisk zelżał.

Tupper charczał i kaszlał, dopóki nie odzyskał tchu. Gdy zerknął przez ramię, dostrzegł przeciwnika czołgającego się w stronę wyjścia.

Po otwarciu drzwi skręcone ciało pastora częściowo wypadło na zewnątrz – jego głowa i tułów spoczywały na niewielkim tarasie, na który prowadziły trzy schodki. Widok był makabryczny.

Napastnik z trudem wdrapał się na zwłoki i zaraz się z nich ześlizgnął. Wtem poczuł, jak ktoś łapie go za nogawkę.

Tupper ze wszystkich sił trzymał mordercę, nawet gdy ten zaczął się mocno miotać. Opierając ciężar ciała na rannej ręce, jęknął z bólu. Mimo to zdołał się zbliżyć do zabójcy, który nadal dzierżył w ręce łom. Widząc, jak morderca zamierza się na niego, zacisnął zęby. Dostał w przedramię.

Napastnik z trudem wstał. Drgnął, słysząc odległy krzyk – jakaś starsza para wybrała się na niedzielny spacer. Mąż przerażonej kobiety, widząc sytuację, natychmiast sięgnął po komórkę. Przekazał żonie telefon i pobiegł w ich stronę.

Tupper, choć czuł promieniujący z ręki nieznośny ból, znowu natarł – chwycił mordercę za nogę. Ten stracił równowagę. W ostatniej chwili złapał metalową poręcz. Zaraz potem wziął zamach i Doug Tupper ponownie dostał łomem, tym razem w plecy. Jednak dopiero po trzecim ciosie odpuścił. Czwarty miał go trafić w głowę, ale doskakujący do nich mężczyzna brutalnie pchnął napastnika, który przeleciał przez barierkę.

Morderca wiedział, że nie ma szans, gdyż coraz więcej osób biegło w ich stronę.

Gdy półprzytomny Tupper podniósł głowę, dostrzegł jedynie plecy zabójcy znikającego za rogiem kościoła – w pobliskich zaroślach. Nagle poczuł ucisk i usłyszał niewyraźne słowa kogoś pochylającego się nad nim. Nie był jednak w stanie rozpoznać twarzy. Widział tylko cień.

Przybyły z pomocą starszy mężczyzna krzykiem zachęcał wszystkich nadbiegających do pościgu za mordercą.

*

Zanim pojawiły się odpowiednie służby, taras i schodki zalały się krwią. Plamiła ona również spodnie klęczącego przy ciele pastora zesztywniałego Douga Tuppera. Pomimo strzaskanych kości ręki, połamanych żeber i poważnej rany na głowie – włosy miał pozlepiane krwią – trwał przy zmasakrowanych zwłokach jedynego człowieka, który okazał mu współczucie. Płakał jak dziecko. Łzy płynęły po jego policzkach, skapując na potężne, nieruchome ciało pastora.

Tupper nie słyszał krzyków gromadzących się ludzi ani idiotycznych pytań, czy wszystko z nim w porządku. Otrzeźwiły go dopiero stanowcze szarpnięcia przybyłych sanitariuszy. Wstał, po czym niemal bezwiednie przemaszerował w ich asyście do karetki.

Co chwilę rozbrzmiewały nowe okrzyki przerażenia, a gdzieś w tle tego horroru słyszalne były dźwięki syren kolejnej karetki i radiowozów pędzących we wszystkich kierunkach – rozpoczęła się obława. Tylko jeden policyjny samochód zatrzymał się przed kościołem. Funkcjonariusze natychmiast zaczęli grodzić miejsce ataku, siłą odpychając zszokowanych ludzi niemogących uwierzyć w to, czego właśnie byli świadkami.

Gdy wreszcie na miejscu zbrodni zapanował względny porządek, policjanci ostrożnie weszli do zakrystii. Na ścianach i podłodze widniały nieregularne czerwone rozbryzgi. Natychmiast zauważyli też kartkę przybitą gwoździem do drzwi, którymi można było przejść do głównej części kościoła. Widniało na niej odręcznie napisane zdanie:

 

Przemówiły, nie potrafiąc mówić.

DZIEŃ 1

ROZDZIAŁ 1

Cleveland, Ohio, USAObecnie

– Widział ktoś Rossa?! – krzyknął porucznik Whitaker, stając rozjuszony w progu swojego biura.

Funkcjonariusze pokręcili głowami.

– Jeśli któremuś z was się objawi, powiedzcie mu, że chcę z nim rozmawiać!

Tym razem wszyscy zgodnie potaknęli i wrócili do swoich obowiązków.

Ben Whitaker podszedł z komórką do okna, by zerknąć na parking przed budynkiem policji. Nie było tam samochodu, którego wypatrywał od kilku chwil. Ponownie wybrał więc numer Davida Rossa. Po piątym sygnale standardowo włączyła się poczta głosowa. Nagrał się już dwukrotnie, więc nie miał zamiaru robić tego po raz trzeci.

– Niech cię wszyscy diabli… Akurat dzisiaj…

Porucznik usiadł w fotelu i zaczął się bawić telefonem. Co chwilę ze wstrętem zerkał na zalewające biurko papiery. Nie potrafił jednoznacznie stwierdzić, czy to właśnie one bardziej go irytowały, czy fakt, że nie radził sobie ze swoimi ludźmi. Ci słuchali jego rozkazów jak zgaszonego radia. Obejmując to stanowisko, czuł, że niezbyt nadaje się na szefa wydziału. Mimo wszystko postanowił spróbować. Do niedawna sam był po tej drugiej stronie – siedział za biurkiem, maglował znudzonych życiem świadków, przeglądał po dwadzieścia razy te same zdjęcia i pisał nudne raporty, których właściwie nikt nie czytał. Czasem jeszcze odwiedzał rodziny ofiar. Tego też nie znosił. Codziennie wysłuchiwał krzyków, upomnień, a w najlepszym razie pretensjonalnych uwag, ale i tak był szczęśliwszy niż teraz.

Od początku w nikim nie budził respektu. Zawsze należał do tych, którzy robią tyle, ile trzeba – ni mniej, ni więcej. Nie był złym detektywem, ale też niczym się nie wyróżniał, a już na pewno nie tak bardzo, żeby otrzymać awans na porucznika i przejąć wydział po swoim poprzedniku, co niespodziewanie nastąpiło.

Starszy detektyw David Ross, na którego czekał, był o dobrych kilka lat młodszy od niego, ale wszyscy, z Whitakerem na czele, spodziewali się, że to właśnie on przejmie wydział po rezygnacji ówczesnego szefa – Jamesa Adamsa. Jednakże problem Davida Rossa leżał w zupełnie innym miejscu. Nie dogadywał się z bogiem bogów, czyli Richardem Boltonem – dwumetrowym olbrzymem piastującym urząd szefa policji. Bolton od zawsze traktował Rossa jak zło konieczne i tolerował jego wybryki tylko dlatego, że tolerowali je wcześniejsi szefowie wydziału zabójstw – najpierw Artur Goldwyn, później James Adams. Gdy ten drugi ustąpił, nadarzyła się dość niespodziewana okazja, by zaprowadzić porządek w tym miejscu. Oznaczało to posadzenie na stołku człowieka, który idealnie pasował do tej roli – marionetki podczepionej na sznurkach ciągnących się bezpośrednio od biurka szefa policji.

Ben Whitaker nie miał posłuchu wśród swoich ludzi, bo nikt się z nim nie liczył. Często krzyczał, podobnie jak jego poprzednicy, ale robił to raczej na pokaz. Wielokrotnie widział, że krzyk coś wnosi, więc sam próbował takich metod. Niestety, z marnym skutkiem. Jego problemem był brak konsekwencji, a także nijakość we wszystkim, co robił. Wiedział, że pracujący na tym piętrze policjanci poradzą sobie tak samo z nim, jak i bez niego. Głównie dlatego szefowanie Whitakera kończyło się zazwyczaj na podpisach, ewentualnie na wystąpieniach przed kamerami, których zresztą unikał jak ognia.

– Nareszcie! Gdzie jesteś?! – zaczął groźnie, gdy Ross w końcu odebrał telefon.

– Będę za pięć minut – oznajmił spokojnie starszy detektyw.

– W pokoju przesłuchań czeka twój podejrzany! Miałeś być pół godziny temu! Specjalnie ściągnęliśmy go z samego rana, żebyś mógł go przycisnąć, zanim facet się połapie, o co chodzi!

– Nie przeskoczę korków. Coś się stało i droga jest zablokowana. Poślij kogoś do niego. Niech już zaczną. A jak tylko przyjadę, wpadnie do sali zły glina.

– Chciałeś go mieć, to masz. Za chwilę gówno zdziałasz, bo zażądał adwokata.

– Adwokat też będzie musiał postać w korku, bo sparaliżowało całe centrum. Daj mi pięć minut. Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy wczoraj? Załatwiliście tego drugiego?

– Tak, wszystko jest gotowe. Cholera… Dobra, poślę tam kogoś. Sukinsyn nie może się wymknąć. – Porucznik zakończył rozmowę i wyszedł na salę. – Kto ma ochotę przez pięć minut poniańczyć podejrzanego?!

Niektórzy nawet nie oderwali się od swoich zajęć. Pozostali zaprzeczyli. Dwóch policjantów wskazało na stosy papierków na ich biurkach, a jeden właśnie zakładał marynarkę – miał jechać w teren i zbadać jakiś trop. Akurat teraz…

– Dokąd się wybierasz?

– Do tego domu nad jeziorem. Dostałem telefon, że strażnik coś znalazł.

Szlag by to, pomyślał Whitaker. No właśnie… Nawet nie był w stanie wybrać odpowiedniego człowieka. Nie wiedział, komu może coś takiego powierzyć – kto nie zawali sprawy. Ostatecznie zabrał z biurka przypadkową teczkę, trzasnął drzwiami i osobiście podążył w kierunku sali przesłuchań.

Przez niezasłonięte żaluzje dostrzegł młodego mężczyznę z tatuażem na ramieniu, ubranego w czarne spodnie dresowe oraz granatowy T-shirt. Zatrzymany miał buty sportowe, a na głowie opaskę. Najwidoczniej policjanci zgarnęli go podczas porannej przebieżki.

Dwudziestoparolatek obojętnie przyjął obecność policjanta. Nie przywitał się, nawet nie drgnął. Jedynie spojrzał wilkiem na oficera. To było jego dzień dobry mające dać wszystkim do zrozumienia, jak bardzo obchodzi go ta rozmowa.

– Jestem porucznik Whitaker. – Usiadł naprzeciwko i teatralnym gestem rzucił przyniesioną teczkę na stolik, opisem do dołu. Akta trzasnęły, aż ktoś przechodzący obok szyby obrócił głowę. – Powiesz nam, co tam się stało, czy sami mamy do tego dojść? A wtedy każdy z was dostanie karę śmierci…

– Gówno wiecie i gówno nam zrobicie, bo niczego nie macie – odburknął mężczyzna, robiąc cwaniacką minę. Uśmiechnął się, zachęcając oficera do dalszego straszenia… niczym.

– Czemu więc tutaj siedzisz?

Podejrzany założył ręce na piersiach.

– Czekam na adwokata.

– A stać cię na jakiegoś?

– Dostanę z urzędu. Podobno już jedzie. Dopóki się nie zjawi, możecie mnie cmoknąć.

– Myślisz, że facetowi, który zarabia niewiele więcej ode mnie, będzie zależało, abyś nie dostał kary śmierci? To nie sektor prywatny, gdzie liczą się statystyki czy znajomości. Przyjdzie tutaj gość w spranych spodniach i kiepskiej marynarce. Gdy wejdzie, przyjrzyj się skórze na rączce teczki. Założę się, że będzie wytarta i popękana. Powie parę wyuczonych na studiach regułek, które zakuwał po nocach. Będzie cię bronił tak skutecznie, jak zechce akurat tego dnia. Przypomnę ci, że jego pensja nie zależy od wyniku. W związku z tym będzie miał cię tak samo w dupie, jak teraz ty masz mnie. A wiesz, dlaczego przyjedzie, odpowiadając na twoje wezwanie?

Mężczyzna uniósł lekceważąco brwi.

– Bo nie jest na tyle cwany, żeby poradzić sobie w sektorze prywatnym. Nie ma odpowiednich wyników, aby ktoś zwrócił na niego uwagę. Nie jest też na tyle skuteczny, by robić w oskarżeniach. Czekasz właśnie na kogoś takiego i komuś takiemu chcesz powierzyć swoją przyszłość. Naoglądałeś się za dużo filmów o prawnikach z Manhattanu.

Oskarżony lekceważąco westchnął, co było dość jednoznaczne – nie miał zamiaru puścić pary z ust. Co prawda zrzedła mu nieco mina, ale dalej szedł w zaparte.

Ktoś przemknął korytarzem. Potem uchyliły się drzwi i do środka wszedł wysoki mężczyzna o bujnej ciemnej czuprynie. Wyglądał, jakby się nie wyspał. Spod jego marynarki wystawała niechlujnie włożona do spodni, mocno pognieciona koszula.

– Poruczniku…

– Detektywie Ross…

Whitaker otaksował wzrokiem podwładnego. Przybyły miał być tym złym gliną, a wyglądał, jakby to jego należało przesłuchać.

– Przyniosłem teczkę tego matołka – detektyw wskazał podejrzanego – ale chyba nie będzie nam już potrzebna. Mamy go.

– Kogo? – zapytał porucznik, udając zdziwienie.

– Tego drugiego. Sam się zgłosił. Ten cwaniaczek już nam na nic. Nie musimy go nawet przesłuchiwać.

– Gdzie podejrzany?!

– Na dole. Rayburn zaraz go przyprowadzi.

– Muszę z nim pogadać. Zostaniesz tutaj?

– Jasne…

Whitaker wybiegł na korytarz.

David Ross nawet nie szukał kontaktu wzrokowego z podejrzanym. Chwilę postał, potem usiadł i z nudów zaczął studiować teczkę, którą przyniósł.

Mężczyzna naprzeciwko wyraźnie się ożywił. Co chwilę zerkał w stronę przeszklenia – zaintrygowało go poruszenie na korytarzu. Nie wiedział tylko, jak zacząć rozmowę, żeby sobie nie zaszkodzić. Pękł dopiero, gdy obok sali przesłuchań przewinął się oficer ze skutym podejrzanym. Osobnik miał na sobie bluzę, a na głowie kaptur. Za nimi szedł znajomy policjant.

– Co jest grane? – przemógł się wreszcie zatrzymany.

Rossa bawiło podenerwowanie mężczyzny, ale postanowił jeszcze chwilę nie reagować.

– Słyszałeś, kurwa?! Pytałem, co jest grane?!

Detektyw zrobił obojętną minę.

– Wyrażaj się… Twój kumpel postanowił nas odwiedzić. Nie poznałeś?

– Aresztowaliście go?

– Nie, sam się zgłosił. My też czasem mamy szczęście.

– I co? Jemu odpuścicie, a ja pójdę siedzieć za to, że kutafon wymiękł? Pierdolony kabel! – Podejrzany kopnął w stół, ale mebel ani drgnął. Był przytwierdzony do podłogi.

– Należało się zastanowić, zanim zadźgaliście te kobiety. Widocznie twój kumpel jest na tyle rozgarnięty, że wie, co dla niego dobre w takiej sytuacji.

– Co ty pieprzysz?!

– Oskarżymy was o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem dwóch kobiet. Ostatnio miałem podobną sprawę. Wiesz, co jest najlepsze w tym wszystkim? Że zawsze ktoś jest winny. A wiesz, co jest najlepsze, gdy dwie osoby oskarża się o to samo?

– Co?

– To, że tylko jedna zabiła. Dwóch się znęca… ale tylko jeden zabija – powtórzył Ross.

Podejrzany mierzył się z atakującymi go myślami.

– Szczerze… – Nachylając się, Ross wbił w niego wzrok. – Nie wiem, który z was zabił, ale mam to gdzieś. Byliście tam obaj i obaj dostaniecie w dupę. Tyle tylko, że jeden mniej, drugi bardziej… Zawsze tak jest. Uważam, że to chore. Gdyby mnie ktoś pytał, powinniście dostać zastrzyk i pójść nyny, ale nasze prawo jest bardzo liberalne. Za bardzo… Pozwala jednemu z was przeżyć.

– Ile ten skurwiel dostanie?!

– Pewnie z dwadzieścia lat… A jak się będzie dobrze sprawował i czyścił szczoteczką kibel naczelnika, czytał książki, chodził na kursy szycia, to wyjdzie po dziesięciu, góra piętnastu.

– A ja niby ile? Dożywocie? – Podejrzanemu wyraźnie zaczęło się spieszyć.

– Nie słuchałeś mnie… W Ohio mamy karę śmierci.

– I ten skurwiel wywinie się tylko dlatego, że pierwszy zaczął szczekać?

– Tak to wygląda. – Ross rozłożył ręce, po czym splótł je na głowie. – Smutne, ale prawdziwe…

– Kurwa! Dobra, słuchaj… – Spanikowany mężczyzna zaczął żywo gestykulować. – To on, nie ja! To ten cwel wszystko…

– Twoje zeznanie jest w tej chwili gówno warte. Poza tym chciałeś adwokata, więc łaskawie stul dziób, bo wszystko, co powiesz, z pewnością zostanie użyte przeciwko tobie. Facet przyznaje się właśnie do współudziału w morderstwie i wskazuje ciebie jako winnego. Nie wiesz, po jakiego grzyba mi twoje zeznanie? Powiesz adwokatowi, jeżeli w ogóle przyjedzie, co masz do powiedzenia, i po sprawie. Skoro już zażądałeś obrońcy, nie mogę cię przesłuchiwać bez niego.

– Mam w dupie tego urzędasa! Już dawno powinien tu być! – Mężczyzna spojrzał na zegar wiszący na ścianie. Sekundy wlokły się jak minuty. – Włącz tę pierdoloną kamerę i zamknij się na chwilę!

Ross uniósł brew. Bez słowa, od niechcenia, spełnił prośbę brzmiącą jak rozkaz. Usiadł wygodnie i zaczął się delektować widokiem zlanego potem aresztowanego, którego puls z pewnością był co najmniej dwukrotnie wyższy od normalnego.

– To nie… ja je zabiłem – wydukał mężczyzna, ale zaraz potem nabrał wody w usta.

Przez pół minuty Ross wpatrywał się w podejrzanego, który milczał jak głaz. Zawiedziony, sięgnął do kamery. Wtedy nagle zatrzymany wypalił:

– Zostaw ten pierdolony guzik! – Spojrzał groźnie na policjanta, później w obiektyw, na koniec wbił wzrok w stół. – Ja tylko… wszystko przygotowywałem. Samochód, dom, nawet pierdolone folie musiałem sam porozkładać, bo temu leniowi nic się nie chciało! Siedział w fotelu, chlał piwo i obmacywał te laski. Były związane… Rzucały się, ale on nie przestawał. Założę się, że na trzeźwo niczego by nie zrobił. Normalnie zachowywał się jak baba.

– Jak wabiliście te kobiety?

– To były studentki. Wystarczył drogi drink, dobry zegarek i fajny wózek pod lokalem. Potem szło już gładko. Dostawały coś do kieliszka i John zabawiał się z nimi. Gdy skończył… były na takim haju, że nawet nie wiedziały, co się dzieje.

– Dlaczego to robiliście?

– Kurwa, człowieku, nie wiem, dlaczego John je mordował! Za pierwszym razem laska zaczęła się stawiać. Wrzeszczała, że zgłosi się na policję, bo niby chciał ją zgwałcić. Pieprzyła coś o badaniu krwi, moczu, kału, śliny i cholera wie czego jeszcze. Ryczała jak powalona, więc ją związał, a potem położył na stole, takim roboczym, w remontowanym pokoju. Folie i te sprawy… Przyniósł z kuchni noże. Myślałem, że robi sobie jaja, ale ten psychol zaczął rozcinać jej ubranie. Był ostro nawalony.

– Naćpany?

– A jak inaczej?

– Nieważne… Co było dalej?

– To go jarało. Zahaczył końcówką noża o skórę i pociekła krew. Potem drugi raz… Baba wrzeszczała, to tak ją zakleił, że prawie się udusiła. Gdy naciął taśmę na ustach, wariatka znowu zaczęła drzeć japę. Wtedy John wpadł w szał. Zaczął ją ciąć, gdzie popadło. Po brzuchu, twarzy, nogach… Jak mi o tym opowiadał, porzygałem się. Powiedział, że jeśli nie chcę być następny, to mam siedzieć cicho.

– Nie było cię w tym pokoju?

– Nie, człowieku! Wyszedłem, jak zaczął! Jestem niewinny! Nawet nie wiedziałem, co tam z nią robił.

– Dlaczego wtedy nie poszedłeś na policję? Mogłeś się nawet wymigać od odsiadki.

– Gdybyś widział szaleństwo w jego oczach, też byś się zastanowił. Bałem się, człowieku!

– Co było dalej?

Podejrzany wzruszył ramionami.

– Zaczęło się…

Ross ściągnął brwi.

– Co się zaczęło?

– Jak to, co?! Regularnie zabijał kolejne kobiety.

Na dźwięk słowa regularnie Ross poczuł ciarki rozchodzące się po całym ciele. Aż sprawdził, czy kamera na pewno nagrywa. Potem zadał pytanie, którego wcześniej w ogóle nie brał pod uwagę:

– Ile ich było?

Mężczyzna milczał chwilę. Doskonale znał liczbę, ale dopiero teraz zrozumiał, że ścigają ich tylko za dwa morderstwa.

– I tak je znajdziemy – dopowiedział Ross. – Jeżeli jednak ilość trupów nie pokryje się z twoim zeznaniem, to tę bajeczkę możesz sobie wsadzić i wracamy do poprzedniego oskarżenia o zabójstwo ze…

– Siedem… – bąknął mężczyzna, nie podnosząc wzroku.

Ross poprawił się na krześle. Całą noc myślał, jak zmusić tego faceta do przyznania się do winy. Gdy je wreszcie usłyszał, zrzedła mu mina.

– Dlaczego znaleźliśmy tylko dwie?

– Znaleźliście dwie pierwsze. Zabił je, zanim go poznałem. Którejś nocy ten idiota zakopał ciała za domem. Niewiele brakowało, a nakryłby go wtedy sąsiad. Potem chyba zmądrzał, bo wywoził je do lasu i zakopywał w przypadkowych miejscach. Przynajmniej tak twierdził… Nigdy z nim nie jechałem. Kazał mi tylko sprzątać po…

– Co z tego miałeś?

– Nie wiem…

Ross niespodziewanie trzasnął dłonią w stół.

– Co z tego miałeś?!

– Nie wiem, do cholery! Lubię krew… Nie wiem… To było coś… innego.

– Kręciło was zabijanie?

– Jego tak. Minie nie chodziło o zabijanie, tylko o krew, rozumiesz? Nie wiem… Jestem popierdolony na tym punkcie, okej? Na moim kompie znajdziecie zdjęcia plam krwi i trupów. Jak mam ci to powiedzieć, żebyś zrozumiał?

– Ciebie nikt nigdy nie zrozumie. Wiesz, co mnie najbardziej irytuje? Że za chwilę tacy jak ty będą nietykalni. Zrobią z was szczury laboratoryjne, przyczepią do dupy nadajniki, wypuszczą między ludzi i będą prowadzili tak zwane badania behawioralne. Mam nadzieję, że wiesz, co tak skomplikowany wyraz oznacza.

Podejrzany nie odpowiedział. Jego wzrok stawał się coraz bardziej dziki. Rozmowa o krwi najwyraźniej rzeczywiście go pobudzała, a być może nawet podniecała.

– Jak je zabijaliście?

– Zawsze zabijał je nożem. Przed pierwszym cięciem podawał im leki na rozrzedzenie krwi. Dłużej wtedy płynie…

– Założę się, że to był twój pomysł.

Mężczyzna milczał. Odezwał się dopiero po chwili, jakby już nie mógł się dłużej oprzeć dalszemu mówieniu.

– Wtedy powstają lepsze wzory. Nacięcia mogą być mniejsze, nie szpecą tak zdjęcia. Jak z błyskawicą… Nie widzisz, gdzie się zaczyna, a jednak powstaje piękny obraz na niebie. Niepowtarzalny, zawsze inny… W tym przypadku było tak samo. Wystarczył delikatny ruch i kierunek spływającej kropli się zmieniał. To było jak…

– Masz się za artystę?

Podejrzany spojrzał dziko na detektywa.

– Raczej za… konesera. Artysta działa sam. Ja tylko korzystam z czyjejś pracy.

– Robiłeś zdjęcia?

– Aparat był w pomieszczeniu. Stał na statywie i rejestrował wszystko.

– Gdzie są filmy?

– Na komputerze Johna.

– A gdzie komputer Johna? – zapytał ironicznie Ross.

– Bo ja wiem… W jego domu?

– Nie znaleźliśmy go podczas przeszukania.

– To źle szukaliście…

Nastała chwila ciszy, po czym Ross wymamrotał:

– Siedem trupów… Masz swoje dzieło sztuki. – Wyłączył kamerę.

– Więc jak będzie, detektywie?

– Z pozytywów? Może nie dostaniesz kary śmierci, ale dożywocie masz pewne.

– Obiecałeś mi dziesięć lat za wydanie Johna.

– Współudział w siedmiu morderstwach… Jaja sobie robisz?! Może jeszcze będziesz wnioskował o opaskę na nogę i areszt domowy? – zadrwił Ross. – Dziesięć lat, ale przy dwóch współudziałach. Z Johna zrobił się seryjny morderca, więc ty też awansowałeś. – Wstał i wyjął z kamery kartę pamięci. Gdy zbliżył się do drzwi, mężczyzna rzucił:

– Detektywie…

Odwrócił się.

– Teraz ja mam do pana pytanie. Dlaczego próbuje mnie pan zrobić w pręta?

Ross ściągnął brwi i ponownie usiadł, po czym włączył kamerę.

– Chciałbyś coś jeszcze dodać?

– Proszę nie zapomnieć o karcie…

Sukinsyn, warknął w myślach Ross, poirytowany swoim gapiostwem.

– Dlaczego ma mnie pan za idiotę? – Mężczyzna wolno się nachylił i uśmiechnął. – Obaj wiemy, że to nie był John. Tam, za szybą… Piękne przedstawienie, ale niczego nie osiągnęliście.

– Chcesz się założyć? – Ross poklepał kamerę.

– Już tłumaczę, detektywie… Otóż… to nie mógł być John. Pokłóciliśmy się kiedyś o jeden obraz, a właściwie wzór. Powiedziałem mu, że to koniec. Był zaskoczony moją rezygnacją. Nie zrozumiał…

Ross poczuł uderzenie gorąca. Od początku coś mu nie grało w tej historii. Za łatwo poszło…

– Nieoficjalnie pomogę panu szybko poskładać to do kupy. Co was podkusiło, żeby urządzić tę szopkę z drugim podejrzanym? Odciski palców, prawda?

– Twoje również…

Mężczyzna uśmiechnął się cwaniacko.

– Znaleźliście moje odciski, ale dlatego, że po pracy zajmuję się remontami. Odciski na folii… Coś panu to mówi? Jeżeli będziecie szukali potwierdzenia tego, dam wam kilka adresów, gdzie miałem ostatnio fuchy. Proszę mi przypomnieć, detektywie, w którym momencie przyznałem się do jakiegokolwiek zabójstwa, czy choćby uczestnictwa w nim?

– Powiedziałeś, że przygotowywałeś miejsca zbrodni. Tyle nam wystarczy.

Kamera wydała kilka przerywanych dźwięków – skończyło się miejsce na karcie.

– Nie pamiętam dokładnie, jak to szło… Jeżeli ilość trupów nie pokryje się z twoim zeznaniem, to tę bajeczkę możesz sobie wsadzić. Jakoś tak, prawda? Przypomnę tylko, że w ani jednym momencie nie powiedziałem słowa o tym, że to ja zabijałem, a fragment o przygotowywaniu miejsca zbrodni możecie sobie powtarzać, ile razy wam się podoba. Jakiej zbrodni, detektywie? Wspomniałem tylko, że John opowiedział mi o dwóch pierwszych kobietach. Straszył nawet śmiercią, jeśli się wygadam. Mówiłem przecież, że gdy zaczął się zabawiać z jedną, to się porzygałem z obrzydzenia. Możemy odtworzyć film, jeśli pan nie pamięta. Wracając jeszcze do przygotowywania miejsca zbrodni… Nie ma ciał, nie ma zbrodni. Najpierw pokażcie mi pięć kolejnych trupów, potem pogadamy. Przypomnę… O dwóch pierwszych tylko usłyszałem od Johna.

W Rossie krew się zagotowała. Analizował słowa tego człowieka i nie potrafił zrozumieć, jakim cudem dał się wyprowadzić w pole. Już dawno nikt go tak nie zrównał z ziemią.

– Najlepsze zostawiłem jednak na koniec – szepnął podejrzany i wyprostował się na krześle. – Nie ciekawi was, gdzie jest John?

To pytanie jeszcze długo rozbrzmiewało echem w głowie Rossa.

– Bo na pewno nie ma go w pokoju przesłuchań numer dwa. A wie pan, skąd wiem, że go tam nie ma?

– Bo go zabiłeś… – Ross wreszcie zaczął nadążać.

Podejrzany uniósł prawą brew.

– Robiłeś u niego remont. Może chciałeś coś dokończyć. Przypadkiem widziałeś, jak zabija. Spodobało ci się. Po którejś akcji doszło do sprzeczki. Rzucił się na ciebie, a ty go załatwiłeś. Pewnie zakopałeś ciało w lesie, zostawiając sobie na pamiątkę rękę, może nawet fiuta razem z lewym jajem. Chyba nie mam ochoty zgadywać, co jeszcze może cię kręcić.

– Nie wyprowadzi mnie pan z równowagi, panie Ross. Nie po to przyszedłem spojrzeć panu w oczy, by dać się sprowokować.

– Zjawiłeś się tutaj, żeby mnie poznać?

– Nie inaczej… Słyszałem o panu sporo dobrego. Często mówili o panu w telewizji. Szczególnie jakiś czas temu. Pomyślałem sobie, że wreszcie znalazłem godnego przeciwnika. Najlepszy detektyw wydziału zabójstw, kontra… John. – Podejrzany wybuchnął ironicznym śmiechem.

Ross zerwał się z krzesła. Niechcący trącił kamerę, która się przewróciła i roztrzaskała. Przeskoczył przez stół, po czym szarpnął mężczyznę. Łapiąc go za brudną koszulkę, przycisnął do ściany.

Obserwujący wszystko z drugiego pokoju porucznik Whitaker natychmiast dał znak swoim ludziom, by przerwali to szaleństwo. Funkcjonariusze wpadli do środka i odciągnęli detektywa, zanim ten zdążył wykonać pierwszy zamach.

– Ross! – wrzasnął Whitaker, wbiegając za policjantami. – Opanuj się, do cholery!

– Myślał pan, detektywie, że to już koniec? – syknął podejrzany.

– A ty się zamknij! – ryknął porucznik.

– Zabawa dopiero się zaczęła…

ROZDZIAŁ 2

– Co to miało być, do cholery?! – wrzasnął Whitaker i trzasnął drzwiami, aż żaluzje podskoczyły. Ze złością je zasłonił, szarpiąc energicznie za sznurki. Nie do końca przemyślał ten ruch. Być może jego ludzie, widząc wreszcie jakąś zdecydowaną reakcję, zaczęliby go bardziej szanować. – Powiesz mi, co tam się wydarzyło?!

– Ten skurwiel…

– Podejrzany! – skorygował poirytowany porucznik.

– W porządku… Ten podejrzany skurwiel powiedział, że zabił jeszcze pięć innych kobiet.

Whitaker wybałuszył oczy. Ross często doprowadzał go na skraj załamania nerwowego, ale tego nawet on się nie spodziewał.

– Była mowa o dwóch ofiarach – przypomniał, rozkładając ręce.

– A mamy jeszcze kolejnych pięć.

– Czyli w sumie siedem? Jezu…

– Najpierw powiedział mi o nich, a potem udowodnił, że jedyne, co mogę, to odprowadzić go do drzwi i pomachać na do widzenia. Co gorsza, kutafon ma rację. Oficjalnie nic na niego nie mamy, a on śmieje nam się w twarz. Byle adwokat wyciągnie tego sukinsyna, jeżeli nawet uda nam się go zawlec przed sąd.

– To cię nie usprawiedliwia!

– Wkurzył mnie.

– Zabieram ci tę sprawę.

– Jakim prawem?! – wrzasnął Ross, wstając.

– Siadaj! Nie kontrolujesz się! Wiem, że ostatnie dwa lata dały ci nieźle w kość, ale nie możesz, do ciężkiej cholery, zastraszać podejrzanego w sali przesłuchań! I to jeszcze takiego, który czeka na adwokata!

Rozległ się dźwięk telefonu.

– To Bolton – oznajmił zniesmaczony Whitaker, patrząc na wyświetlacz. – Pewnie już wie.

– Pozdrów go ode mnie – wymamrotał Ross, nie podnosząc wzroku.

Rozmowa z szefem policji trwała dokładnie sześć sekund. Whitaker nawet nie zdążył potwierdzić, że usłyszał, co Bolton miał mu do przekazania.

– Zasuwaj na górę – poinstruował, choć jego ton nie był rozkazujący, a raczej współczujący. Podobnie jak szef policji, on również nie miał najlepszego zdania o Rossie, ale mimo to wiedział, że ten detektyw jest najlepszym, jakiego mają.

Wezwany bez większych oporów wykonał polecenie. Pięć minut później siedział już przed drzwiami gabinetu szefa policji, bez powodu wpatrując się w dziwny wzór na rajstopach podstarzałej asystentki. Przypominał spadające klocki Tetrisa.

– Wpuść go!

– Może pan wejść, detektywie.

Gdy zamknął za sobą drzwi, szef nawet na niego nie spojrzał. Pisał coś na komputerze.

Bolton wyglądał, jakby ktoś posadził byka za biurkiem – miał potężne bary i umięśnione dłonie. Jego palce były tak grube, że z trudem pisał na klawiaturze. Gdy naciskał jakiś klawisz, często wskakiwały naraz dwie litery, a czasem nawet więcej. Jednak Bolton nie był gruby, tylko potężny. Jego postura w połączeniu z niskim głosem pozwalała mu skutecznie wpływać na podwładnych. Mimo to Ross nigdy nie czuł przed nim respektu i może właśnie dlatego tak bardzo się nie trawili.

– Szefie…

– Siadaj…

Detektyw zajął miejsce przy biurku w tej samej chwili, w której ożyła drukarka. Spokojnie czekając na reprymendę, Ross patrzył, jak Bolton podpisuje jakieś pismo. To było niepokojące.

– Dziesięć sesji… – Szef policji rzucił niedbale papierek przed nos krnąbrnego policjanta. – Możesz wrócić, jak stwierdzą, że jesteś normalny.

– To wszystko?

– Z wariatami nie gadam. Tam są drzwi. – Bolton kiwnął głową.

Ross pobieżnie przeczytał krótką notatkę – skierowanie na terapię do policyjnego psychologa. Mogło być gorzej, pomyślał i od razu wstał. Nie chciał niepotrzebnie przeciągać tej wizyty. Miał zamiar się ulotnić, dopóki szef jeszcze nad sobą panował. Wszyscy doskonale wiedzieli, jeżeli nie z doświadczenia, to z opowieści kolegów, jak głośny i jak bardzo upierdliwy Stary może się stać, gdy ktoś naprawdę nadepnie mu na odcisk.

– Jeszcze jeden szczegół… – rzucił nagle Bolton. – Wariaci nie noszą broni. Dopóki ktoś mi nie udowodni, że jesteś normalny, nie pokażesz się na mieście z bronią ani z odznaką. Liczę też, że masz trochę oszczędności, bo jesteś zawieszony do odwołania, bez prawa do wynagrodzenia.

Ross podszedł i oparł się o biurko.

– Ten skurwiel zabił co najmniej pięć kobiet. I to mnie się dostało?

Bolton wstał, rzucając cień na Rossa.

– Dopóki ktoś mu tego nie udowodni, jest tak samo niewinny jak każdy inny człowiek. W związku z tym, że prawie spuściłeś mu tam wpierdol, to ty wyszedłeś na skurwiela, nie on. Co gorsza, jego adwokat ma zamiar nas pozwać, a ja nie lubię się tłumaczyć.

– Może więc ja mu to wytłumaczę?

– Wiesz, dlaczego jeszcze cię nie wywaliłem? – Bolton usiadł, opierając się łokciami o blat biurka.

– Nie wiem, czy chcę zgadywać.

– Jeżeli bym tak postąpił, to… po pierwsze… – szef zaczął wyliczać na palcach – uznaliby, że nie radzę sobie z własnymi ludźmi i chcę podrzucić brudy komuś innemu. Po drugie… stwierdziliby, że jeżeli mój najlepszy człowiek jest popierdolony, to jaka musi być reszta… I wreszcie po trzecie… Muszę mieć w zanadrzu kogoś, na kogo to zwalę, jeśli jego prawnik wyskoczy z jakimś papierkiem, którym nie podetrę sobie dupy. Tak więc wylecisz, kiedy ja zechcę, a nie kiedy tobie się znudzi. Jeżeli teraz cię wywalę, dziennikarze oraz adwokaci będą się jeszcze długo mścić na wydziale i na innych policjantach zamiast na tobie.

Ross podszedł do drzwi. Odwrócił się i powiedział na do widzenia:

– Dobrze, że rok temu szef nie awansował mnie, tylko Whitakera, bo znowu trzeba byłoby coś zmieniać.

– Detektywie Ross… Przyznam, miałeś tutaj swoje pięć minut, nawet nieraz, ale nie ma już ludzi, którzy w nieskończoność będą kryć twoją arogancką dupę. Tak więc od dziś, jeśli tylko zasłużysz, to w nią dostaniesz. Żegnam…

*

Ross szybko załatwił sprawę odznaki i broni – zostawił je Whitakerowi. Pomimo dość nieoczekiwanego przebiegu wizyta u Boltona nieco go uspokoiła. Zirytował się znowu, gdy usłyszał, kto przejmie po nim sprawę zamordowanych kobiet.

– Rayburn?! Ten facet wpierdoli go razem z butami!

– Tylko on mi został. Nie martw się… Osobiście mu pomogę. Wspierał Cole’a w sprawie trupa spod mostu. Dobrze sobie radził.

– To niech Cole się tym zajmie, a Rayburnowi zostaw tamtą sprawę.

– Nie ma szans. Zapomniałeś, że ten nieboszczyk to znajomy kuzynki burmistrza? Jeżeli tego nie rozwiążemy, sporo ludzi będzie zawiedzionych. Bolton oberwie, a gdy jemu się dostanie, to nam też.

– Chciałeś powiedzieć… nie wyciszymy tego. Chryste, Ben, facet zapił się prawie na śmierć! Trzy promile alkoholu we krwi i jeszcze się dziwisz, że postanowił pójść skrótem zamiast naokoło?

– Jesteś niereformowalny… Dalej twierdzisz, że to samobójstwo, a ja dalej się upieram, że ktoś mu pomógł skoczyć z tego mostu. Nie był w stanie iść, rzygał co kilka kroków, potem już tylko się czołgał. Jakim cudem dałby radę wspiąć się na barierkę?

– Nieważne… Nie moja sprawa. Ja już swoje powiedziałem. – Ross uniósł ręce w geście rezygnacji.

– Nie twierdzę, że…

– A Mike? Ściągnij go z urlopu.

– Z Azji?!

– A co, samoloty przestały latać?

W kieszeni Rossa odezwał się telefon. Na wyświetlaczu pojawiło się znajome nazwisko – darzył je wielkim sentymentem. Dzwonił James Adams – były szef wydziału, który, jak twierdził Ross, odszedł z tego burdelu w najbardziej odpowiednim momencie.

– Wiem, że nie miałeś najlepszego dnia, jednak nie zapominaj, kto tu jest szefem – powiedział Whitaker, wstając. – Przyjmuję rady, ale pamiętaj… Nie powinno cię tu już być. Gdyby Bolton wiedział, że jeszcze z tobą gadam, miałbym przesrane przez cały następny tydzień.

– Ja mam przesrane do odwołania.

– Idź do domu, ochłoń, a potem zgłoś się tam, gdzie cię posłał. I nie dyskutuj, tylko rób, co kazał.

– Już się nie mogę doczekać!

– Przy okazji… – Whitaker zawrócił detektywa. – Ten psychiatra to dobry znajomy Boltona, więc uważaj, co mówisz.

– Świetnie… W takim razie możesz zacząć sprzątać moje biuro, bo ja nie mam zamiaru.

– I jeszcze jedno…

Ross po raz kolejny puścił klamkę. Powoli tracił cierpliwość.

– Przekaż Rayburnowi sprawę. Pokaż mu wszystko, zanim wyjdziesz. Przed chwilą go widziałem, więc pewnie gdzieś tutaj się szwenda. I… – porucznik ściszył głos – błagam cię, nie rób scen. W imię starej znajomości.

Ross westchnął, wypuszczając głośno powietrze. Nie miał pretensji do porucznika o zawieszenie. Nie mógł go też winić za to, że był, jaki był. Nijakość Whitakera jak zwykle wzięła górę.

*

Odprawa żółtodzioba trwała niemalże godzinę. Zgodnie z prośbą porucznika Ross oszczędził Rayburnowi swojego ciętego języka i specyficznego podejścia do wielu spraw.

Po długim monologu, podczas którego młody detektyw skrupulatnie zapisywał niemal wszystko, co usłyszał, Ross udał się do domu. Od pół roku mieszkał znowu w centrum. Przez parę miesięcy próbował się zaaklimatyzować na przedmieściach, ale nic mu z tego nie wyszło, więc wrócił na stare śmieci. Znalazł schludne lokum na tym samym osiedlu, gdzie kiedyś mieszkał, tyle tylko, że w innym budynku.

Rzucił graty w kąt i padł twarzą na łóżko. Gniótł go telefon, więc wyszarpnął aparat z kieszeni. Nagle przypomniał sobie o Adamsie, który od dwóch dni uparcie próbował się z nim skontaktować.

Nie oddzwonił ani wczoraj, ani dziś. Nie ignorował dawnego kompana. Po prostu nie miał czasu rozmawiać, kiedy ten dzwonił, a potem zapominał oddzwonić. Czasem sobie przypominał, ale wtedy zawsze pojawiał się ktoś z jakimś problemem. Korzystając więc z okazji, postanowił nadrobić zaległości. Po czwartym sygnale usłyszał znajomy głos.

– David?

– James… Dobrze cię słyszeć. A dziś szczególnie dobrze.

– Przepraszam, że tak od razu przejdę do rzeczy. Dostałeś mojego maila?

Ross wstał i zaczął zdejmować ubranie.

– Jakiego maila?

– Cholera… Dwa dni temu posłałem ci coś. Nie przeglądasz skrzynki?

– Ostatnio nawet nie mam czasu się przejrzeć w lustrze.

– Zerkniesz, czy to dostałeś?

– Jasne, czekaj… – Przestał walczyć z koszulą i włączył laptopa. – Wszystko u ciebie okej? Dziwnie mówisz.

– Bywało lepiej. Nie chodzi o mnie, a raczej o… pewną sprawę.

– Wróciłeś do pracy? Gdzie teraz jesteś?

– Nie, to przysługa. Cholerna przysługa…

– Widzę… Mam… Nie, czekaj… To nie to. Z jakiego adresu wysłałeś?

– Nie pamiętam…

– Dobra, mam! – Ross otworzył plik. – Co to?

– Nie czytaj na głos.

W tym momencie w jego głowie zapaliło się światełko ostrzegawcze. Ostatnie zdanie dawnego kolegi i byłego szefa oznaczało tylko jedno – ta rozmowa mogła być podsłuchiwana.

– Gdzie jesteś?

– Nieważne… David, proszę cię, zapisz to, wydrukuj i schowaj gdzieś.

– W porządku, ale…

– Przepraszam, muszę kończyć. Na razie…

Ross usłyszał przerywany sygnał. To była jedna z dziwniejszych rozmów, jakie w życiu odbył.

James Adams zasłynął niegdyś nie tylko jako najlepszy detektyw, ale również jako szef wydziału mający posłuch u swoich ludzi, mimo że piastował to stanowisko tylko przez rok. Nawet Bolton liczył się z tym knypkiem – tak go nazywał, gdyż Adams miał nieco ponad sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu. Zazwyczaj był opanowany do bólu, choć czasem, jak każdemu, jemu również zdarzyło się wybuchnąć. Na co dzień szokował skutecznością i wyczuciem. Z biegiem lat, gdy się wypalił, jego pałeczkę z powodzeniem przejął Ross. Jednak Adams nigdy na długo nie pozostawał w czyimś cieniu. Czasem analizował sprawy do znudzenia, ale gdy na coś wpadł, reszta mogła się już tylko przyglądać.

Nadesłany plik był dość enigmatyczny. Zawierał zeskanowane, zapisane odręcznie i ułożone niedbale w dwie kolumny daty narodzin oraz zgonów sprzed prawie jedenastu lat. Co ciekawe, daty po prawej i lewej najczęściej się pokrywały albo były bardzo zbliżone.

Ross szybko się domyślił, o co mogło chodzić. Prawdopodobnie były to daty śmierci noworodków zmarłych jeszcze tego samego dnia, w którym przyszły na świat, lub zaraz po narodzinach.

DZIEŃ 2

ROZDZIAŁ 3

Kwatera FBI, Cleveland, Ohio

Szczupły mężczyzna w garniturze stał przy oknie i bawił się długopisem, przekładając go między palcami prawej ręki. Patrzył na wycinek panoramy miasta z nadzieją, że gdzieś tam dostrzeże sens w posunięciu swojego zwierzchnika.

Na biurku leżała teczka otwarta na pierwszej stronie. Widniało na niej zdjęcie i podstawowe dane najnowszego celu.

Peter Barlow czuł niesmak – niesmak przeszłości, która szybko przeleciała mu przed oczyma. W związku z tym natychmiast poprosił o spotkanie z dyrektorem. Niestety Tom Smith, jak większość dyrektorów, miewał w zwyczaju się spóźniać.

Barlow czekał już od dobrych dwudziestu minut i czuł coraz większą irytację. Miał mnóstwo innej roboty, jednak nie mógł się za nią wziąć, gdyż nowa sprawa cały czas zaprzątała mu głowę. Już co najmniej cztery razy podnosił upuszczony w nerwowej zabawie długopis. Przez cały ten czas zachodził w głowę, co powiedzieć dyrektorowi, gdy ten wreszcie się zjawi.

Drzwi biura otworzyły się niemal bezszelestnie. Gdyby nie narastający i milknący zaraz potem szum korytarza, agent Barlow mógłby nawet nie spostrzec, że dyrektor Tom Smith znalazł się za jego plecami.

– Peter…

– Tom…

Wymienili przyjacielski uścisk dłoni. Smith nie miał w zwyczaju przepraszać za spóźnienie. Już samo to, że pojawił się w biurze podwładnego, było dla niego wystarczającym usprawiedliwieniem. Mimo iż nie cierpiał na nadmiar czasu, wolał się umawiać ze swymi ludźmi na ich terenie.

Smith i Barlow pracowali razem od blisko dziesięciu lat, toteż dyrektor dobrze wiedział, jak wygląda twarz jego zaufanego człowieka, gdy coś zżera go od środka. Od razu więc przeszedł do rzeczy:

– Co to za zastrzeżenia?

Agent podniósł teczkę.

– Wolałbym się tym nie zajmować. Facet mnie zna.

– To normalne… Policja nie lubi nas, a my nie przepadamy za nimi. – Smith podszedł do okna i teraz obaj chłonęli panoramę miasta. – Z drugiej strony… nie muszą nas lubić, bo nie o to, a o bezpieczeństwo kraju chodzi w tym biznesie. – Położył dłoń na ramieniu podwładnego. Wbrew panującej opinii górnolotne hasła zawsze działały. W szczególności w zestawieniu z wyrażeniem… bezpieczeństwo narodowe. – Wiem, że facet to ropiejący wrzód na tyłku i będzie z nim ciężko, ale liczę na ciebie. Nie musisz brać w tym udziału. Klepnij tylko sprawę, podpisz papierki i wyślij tam swoich ludzi.

– Zastanawiam się, jak to ugryźć.

– Jak zawsze… Niech się przyczają i wybadają teren.

– Z tym gościem nie będzie to takie proste. – Barlow otworzył teczkę. – Facet jest cwany. Jeden z najlepszych absolwentów akademii. Praktycznie od razu dostał się do wydziału Goldwyna.

– Tak, wiem… Tylko że wtedy ten wydział coś jeszcze sobą reprezentował. Teraz to jakaś farsa z tym, pożal się Boże, Whitakerem na czele. Swoją drogą… nie wiem, skąd Bolton go wytrzasnął. Miałem faceta za inteligentnego, ceniłem jego zdanie, lecz tym posunięciem zraził mnie do siebie. Rozumiem, że lepiej wszędzie mieć ludzi sobie przychylnych, ale chyba są jakieś granice.

– Przed Whitakerem był Adams. Sam nie wiem, co gorsze.

– Pamiętam, nie znosiłeś go…

– Metr w kapeluszu, ledwie dochrapał się porucznika, a już uważał się za Boga. Spotkaliśmy się parę razy i za każdym dochodziło do burdy.

– Na szczęście trochę się pozmieniało.

– Na pewno nie na lepsze.

– Mądrzy ludzie znają swoją wartość.

– I miejsce… Z tymi przebłyskami dyplomacji powinieneś startować na prezydenta albo chociaż do Kongresu.

– Chciałem zostać prezydentem, gdy miałem sześć lat – podchwycił Smith.

– Co poszło nie tak?