Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Indie, lata 50. Dżajpur mieni się kolorami, zapachami przypraw i wzorami malowanymi henną, ale pod piękną powierzchnią kryją się sekrety, pragnienia i surowe zasady świata, w którym reputacja znaczy wszystko.
Lakszmi, utalentowana artystka henny, sama stworzyła swoje nowe życie. Dzięki niezwykłemu darowi, znajomości ziół i wyczuciu ludzkich słabości trafia do domów najbogatszych kobiet w mieście. Ozdabia ich skórę misternymi ornamentami, słucha zwierzeń, spełnia ciche prośby i krok po kroku zbliża się do niezależności, o której zawsze marzyła.
Jednak w świecie pełnym plotek, konwenansów i niewypowiedzianych tajemnic jeden cień z przeszłości może zburzyć wszystko, co udało jej się zbudować.
„Artystka henny” to zmysłowa, wciągająca opowieść o kobiecie, która pragnie decydować o własnym losie. To podróż do olśniewającego Dżajpuru, pełnego pałaców, ukrytych namiętności, kobiecej siły i wyborów, za które trzeba zapłacić wysoką cenę. Powieść dla czytelniczek i czytelników, którzy kochają historie pachnące egzotyką, tajemnicą i obietnicą wielkiej przemiany.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 394
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: The Henna Artist Copyright © 2020 by Alka Joshi
Translation copyright © 2026 by Grupa Wydawnicza Axis Mundi
All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form. This edition is published by arrangement with Harlequin Enterprises ULC.
This is a work of fiction. Names, characters, places and incidents are either the product of the author’s imagination or are used fictitiously, and any resemblance to actual persons, living or dead, business establishments, events or locales is entirely coinicidental.
Redaktor prowadzący: Antonina Liedtke Redakcja: Dominika Surma Korekta: Dominika Kamyszek – OpiekunkaSlowa.pl Korekta techniczna: Antonina Liedtke
Projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek
Wydanie I Axis Mundi ISBN print: 978-83-8412-919-7 ISBN ebook: 978-83-8412-920-3 ISBN abonament: 978-83-8412-921-0
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część książki nie może być wykorzystana bez zgody wydawcy
Plik przygotował Woblink
woblink.com
Dla mojej matki, Sudhy Latiki Joshi, która wywalczyła moją niezależność. Dla mojego ojca, Ramesha Chandry Joshi, który śpiewał mi najsłodszą z kołysanek.
Wędrowiec musi pukać do wszystkich nieznanych drzwi, by odnaleźć własne, zwiedzić nieznane światy, aby na koniec dotrzeć do wewnętrznego przybytku.
– Rabindranath Tagore, Gitanjali. Pieśni ofiarne (Pieśń 12), przeł. Leszek Bartoszewski
Gdy bogini obfitości i bogactwa przybywa, by cię pobłogosławić, nie wychodź, by obmyć twarz.
– hinduskie przysłowie
Lakszmi Shastri: trzydziestoletnia artystka malująca henną, zamieszkała w Dżajpurze.
Radha: trzynastoletnia siostra Lakszmi, urodzona po tym, jak Lakszmi opuściła swoją wioskę.
Malik: pomocnik Lakszmi, ma siedem lub osiem lat (sam nie wie dokładnie), mieszka w zatłoczonej części śródmieścia z ciotką muzułmanką i kuzynami.
Parwati Singh: trzydziestopięcioletnia matrona, żona Samira Singha, matka Raviego i Govinda Singhów, daleka kuzynka rodziny królewskiej z Dżajpuru.
Samir Singh: znany architekt z wysokokastowej rodziny radźputów, mąż Parwati Singh i ojciec Raviego oraz Govinda Singha.
Ravi Singh: siedemnastoletni syn Parwati i Samira Singhów, uczy się w szkole z internatem, Mayo College, oddalonej o kilka godzin drogi od Dżajpuru.
Lala: długoletnia niezamężna służąca w domu państwa Singh.
Sheela Sharma: piętnastoletnia córka państwa Sharmów, zamożnego małżeństwa braminów o skromnym pochodzeniu.
pan V.M. Sharma: oficjalny wykonawca prac budowlanych dla dżajpurskiej rodziny królewskiej, mąż pani Sharmy, ojciec czworga dzieci, w tym najmłodszej z rodzeństwa Sheeli.
Jay Kumar: kawaler, kolega Samira Singha z czasów studenckich w Oksfordzie, lekarz praktykujący w Śimla (u podnóża Himalajów, jedenaście godzin jazdy od Dżajpuru).
pani Iyengar: właścicielka domu Lakszmi w Dżajpurze.
pan Pandey: sąsiad Lakszmi i współlokator pani Iyengar, nauczyciel muzyki Sheeli Sharmy.
Hari Shastri: mąż Lakszmi, od którego uciekła.
pani Joyce Harris: młoda Angielka, żona oficera armii brytyjskiej należącego do sztabu nadzorującego przekazania władzy w Dżajpurze po zjednoczeniu Indii.
pani Jeremy Harris: teściowa Joyce Harris.
Munchi: staruszek z wioski Lakszmi. Ją nauczył rysować, a Radhę – mieszać farby.
Kanta Agarwal: dwudziestosześcioletnia żona Manu Agarwala, kształciła się w Anglii, pochodzi z rodziny literatów z Kalkuty.
Manu Agarwal: zarządca nieruchomości dżajpurskiej rodziny królewskiej, mąż Kanty, wykształcony w Anglii, spokrewniony z rodziną Sharma.
Baju: stary służący rodziny Agarwalów.
Maharadża Dżajpuru: tytularny władca po uzyskaniu przez Indie niepodległości, najwyższy rangą członek rodziny królewskiej w tym mieście, posiadacz dużego majątku i rozległych ziem, właściciel licznych pałaców w Dżajpurze.
Naraya: budowniczy nowego domu Lakszmi w Dżajpurze.
maharani Indira: macocha maharadży, żona poprzedniego, zmarłego już władcy, bezdzietna, nazywana „królową wdową”.
maharani Latika: żona obecnego maharadży, trzydziestojednolatka wykształcona w Szwajcarii.
Madho Singh: papuga maharani Indiry.
Geeta: wdowa, kochanka Samira Singha.
pani Patel: jedna ze stałych klientek Lakszmi, właścicielka hotelu.
Adźar, Uttar Pradeś, Indiewrzesień 1955
Dziewczyna stąpa lekko po twardej ziemi. Jej zrogowaciałe podeszwy są niewrażliwe na drobne kamyki i wyschnięte błoto wzdłuż brzegu rzeki. Na głowie niesie matki1, ten sam gliniany dzban, z którym codziennie idzie do studni po wodę. Dziś zamiast wody młoda kobieta ma w nim cały swój dobytek: halkę i bluzkę na zmianę, ślubne sari2 swojej matki, Opowieścio Krysznie z miękkimi od przewracania kartkami, które niegdyś czytywał jej ojciec, oraz list, który dotarł z Dżajpuru dziś rano.
Dziewczyna przystaje z wahaniem, gdy w oddali słyszy głosy kobiet ze swojej wioski. Żądne plotek opowiadają sobie historie i zaśmiewają się, piorąc sari, koszule, halki i dhoti3. Wie, że gdy tylko ją zobaczą, zamilkną i będą się na nią gapić albo spluwać na ziemię, prosząc Boga o ochronę przed tą, która przynosi pecha. Przypomina sobie o liście, bezpiecznym w matki, i myśli: „A niech się napatrzą ten ostatni raz”.
Wczoraj kobiety oblegały przywódcę wioski: „Dlaczego ta przynosząca pecha dziewczyna nadal mieszka w domku nauczyciela, skoro jest potrzebny dla nowego?”. Bała się, że gdy tylko wyda z siebie jakiś szmer, one wpadną do środka i wywloką ją za włosy. Siedziała więc cichutko w czterech glinianych ścianach. Nie było już nikogo, kto by ją ochronił. Tydzień temu spalono ciało jej matki razem z kośćmi padłych zwierząt – tak kremowano ubogich. Jej ojciec, były nauczyciel w wiosce, porzucił rodzinę pół roku wcześniej, a wkrótce potem utonął na płyciznach rzeki, tak pijany, że pewnie nawet się nie zorientował, że umiera.
Przez cały tydzień dziewczyna czatowała na obrzeżach wioski na listonosza. Tego ranka, gdy go zobaczyła, wybiegła z kryjówki i zapytała, czy ma jakiś list dla jej rodziny. Zmarszczył czoło, zaskoczony, i przygryzł policzek. Przyjrzał się jej zza grubych szkieł okularów. Widziała, że jej współczuje, ale także się na nią złości – pytała o listy, które powinny trafić tylko do przywódcy wioski. Ona jednak nie odwróciła wzroku, ani razu nawet nie mrugnęła. W końcu mężczyzna pospiesznym ruchem podał dziewczynie grubą, pelurową kopertę zaadresowaną do jej rodziców, po czym jak najszybciej odjechał, unikając jej spojrzenia.
Teraz, dumnie wyprostowana, przechodzi obok kobiet przy brzegu rzeki. Obrzucają ją gniewnymi spojrzeniami. Serce trzepocze jej w piersi jak uwięziony ptak, ale ona idzie dalej, z dzbanem na głowie, jakby zmierzała do odległej o kilka kilometrów studni – jedynej, z której pozwalają jej korzystać.
Wioskowe plotkary już nie szepczą między sobą, lecz głośno komentują: „Patrzcie, idzie ta dziewczyna, co przynosi pecha! W roku jej narodzin szarańcza pożarła nam pszenicę! Jej starsza siostra zostawiła męża i tyle ją widzieli! Bezwstydnica! A potem jej matka oślepła! Ojciec się rozpił!! Hańba! Nawet kolor jej oczu jest podejrzany – tylko angreziwali4 mają niebieskie! Czy ona w ogóle tutaj pasuje? Do naszej wioski?”.
Dziewczyna wielokrotnie zastanawiała się nad tą starszą siostrą, o której mówiły kobiety. Pojawiała się tylko w jej wyobraźni, niczym cień, którego istnienia rodzice nigdy nie potwierdzili. Plotkary mówią, że opuściła wioskę przed trzynastu laty. Dlaczego? Dokąd się udała? Jak uciekła z wioski, w której każdy jej ruch był obserwowany? Czy wymknęła się nocą, gdy krowy i kozy śpią? Opowiadają, że ukradła pieniądze, ale przecież nikt w wiosce ich nie ma. Jak zdobywała jedzenie? Jedni mówią, że przebrała się za mężczyznę, żeby nikt nie zatrzymywał jej na drodze. Inni – że uciekła z chłopcem z cyrku i została tancerką nauć5 i pracowała teraz w dzielnicy rozkoszy w odległej Agrze.
Trzy dni wcześniej stary, kulawy Munchi, jej jedyny przyjaciel, ostrzegł ją, że jeśli nie opuści chaty, przywódca zmusi ją do małżeństwa z owdowiałym chłopem albo wygna z wioski.
– Nic cię tu już nie trzyma – mówił jej Munchi dźi6.
Ale gdzie miała się podziać trzynastoletnia sierota, bez żadnych krewnych i pieniędzy?
– Bądź dzielna, beti7 – dodawał jej odwagi i wyjawił, gdzie znajdzie szwagra, męża jej starszej siostry. Może mógłby pomóc dziewczynie ją odszukać?
– Dlaczego nie mogę zostać z tobą? – zapytała.
– To nie byłoby właściwe – odpowiedział łagodnie. Utrzymywał się z malowania obrazków na wysuszonych i preparowanych liściach figowca. By ją pocieszyć, podarował jej jeden. Już miała rzucić nim w starca, ale zobaczyła namalowanego na liściu Krysznę, karmiącego owocem mango swoją ukochaną Radhę, jej imienniczkę. Nigdy nie dostała niczego piękniejszego.
Dziewczyna zwalnia kroku, zbliżając się do wioskowego klepiska. Cztery woły chodzą w kieracie wokół wielkiego płaskiego kamienia, oddzielając ziarno od plew. Prem, opiekun zwierząt, ucina sobie drzemkę, oparty o ścianę szopy. Dziewczyna mija go cichutko i skręca w wąską ścieżkę prowadzącą do świątyni Ganeśi. Budowla ma strzeliste wejście, a wewnątrz stoi posąg Ganeśi. Ludzie złożyli u stóp posągu z głową słonia swoje dary: ledwie dojrzały kokos, nagietki, garnuszek ghi8 i plastry owocu mango. Nad stożkiem sandałowego kadzidła powoli snuje się dym. Radha kładzie sprezentowany przez Munchiego dźi obrazek Kryszny przed obliczem Ganeśi dźi, który ma moc usuwania wszelkich przeszkód, i błaga boga, aby zdjął z niej klątwę przynoszenia pecha.
Kiedy dociera do oddalonej o jakieś szesnaście kilometrów na zachód wioski, w której mieszka jej szwagier, popołudniowe słońce jest już nisko nad horyzontem. Pot przeniknął przez jej bawełnianą koszulę. Jej stopy i kostki pokrył kurz, a usta domagają się wody.
Przemyka ostrożnie, kryjąc się w zaroślach i chowając za drzewami. Wie, że samotna dziewczyna nie może liczyć na życzliwość. Wypatruje mężczyzny opisanego przez Munchiego dźi.
Wreszcie go dostrzega. Tam jest. Kuca pod drzewem banjanu9, obrócony ku niej. Jej szwagier.
Ma przetłuszczone, gęste włosy, czarne niczym węgiel. Długa, nierówna szrama wije się od dolnej wargi przez podbródek. Nosi koszulę poplamioną curry i dhoti brudne od kurzu.
Dopiero po chwili dziewczyna zauważa, że przed nim kuca jakaś kobieta. Podtrzymuje łokieć drugą ręką, a przedramię zwisa jej pod dziwnym kątem. Głowę ma całą przykrytą pallu10 i szepcze coś do mężczyzny. Radha spogląda na nich, zastanawiając się, czy szwagier wziął sobie nową żonę.
Podnosi z ziemi niewielki kamyk i ciska go w jego stronę. Nie trafia. Drugi kamyk uderza go w udo, ale mężczyzna tylko macha dłonią, jakby oganiał się przed owadami. Wciąż jest wsłuchany w szept kobiety. Radha rzuca w niego kolejny raz i kolejny, trafiając go kilkukrotnie, aż w końcu on unosi głowę i rozgląda się wokoło.
Radha wychodzi z zarośli.
On wytrzeszcza oczy, jakby ujrzał ducha.
– Lakszmi? – pyta.
1 Matki (hind.) – gliniany dzban na wodę. Słowniczek terminów hindi znajduje się także na końcu książki.
2 Sari – popularny strój kobiecy z długiego pasa materiału.
3 Dhoti (hind.) – prostokąt tkaniny, upinany przez mężczyzn w pasie i zasłaniający nogi, spopularyzowany przez Mahatmę Gandhiego.
4 Angreziwala (hind.) – Angielka lub osoba posługująca się językiem angielskim.
5 Nauć (hind.) – tradycyjny taniec.
6 Dźi (hind.) – zwrot grzecznościowy wyrażający szacunek.
7 Beti (hind.) – córka.
8 Ghi (hind.) – klarowane masło.
9 Banjan (hind.) – figowiec bengalski.
10 Pallu (hind.) – ozdobna część sari przerzucana przez ramię.
Dżajpur, Radżasthan, Indie
15 listopada 1955
Niepodległość zmieniła wszystko. Niepodległość nie zmieniła nic. Osiem lat po odejściu Brytyjczyków mieliśmy już bezpłatne państwowe szkoły, bieżącą wodę i brukowane drogi. A jednak Dżajpur wciąż wydawał mi się taki sam jak dziesięć lat wcześniej, gdy po raz pierwszy stanęłam na jego zakurzonych ulicach. Tego ranka, w drodze na naszą pierwszą wizytę, Malik i ja niemal wpadliśmy na mężczyznę dźwigającego na głowie worki z cementem, gdy pomiędzy nas wjechał rower. Przez rowerzystę ściskającego pod pachą prawie dwumetrową drabinę konny wóz zahaczył o świnię, która z kwikiem umknęła w wąską uliczkę. Potem musieliśmy jeszcze wyminąć hałaśliwą grupę hidźrów11. Mężczyźni w sari i z ustami pomalowanymi szminką śpiewali i tańczyli przed jednym z domów, błogosławiąc narodziny chłopca.
Byliśmy tak przyzwyczajeni do zapachów miasta – krowiego łajna, dymu z kuchennych palenisk, kokosowego olejku do włosów, sandałowego kadzidła i uryny – że niemal przestaliśmy je zauważać.
Tym, co niepodległość na pewno odmieniła, byli ludzie. Widać to było w ich wyprostowanych sylwetkach i wypiętych piersiach, jakby wreszcie mogli sobie pozwolić na swobodny oddech. Widziało się to w ich chodzie, gdy zdecydowanie i z dumą kroczyli do świątyń, a nawet w tym, jak targowali się na bazarze – śmielej niż kiedyś.
Malik zagwizdał, przywołując tongę12. Był drobnym, chudym jak trzcina chłopcem, ale jego donośny gwizd słychać było chyba w samym Bombaju. Zawsze mnie tym zaskakiwał. Podniósł nasze ciężkie pakunki i załadował je do konnego powozu, a tongawala13 z wyraźną niechęcią przewiózł nas te krótkie pięć przecznic dalej, na teren posiadłości Singhów. Strażnik przy bramie obserwował, jak wysiadamy z tongi.
Przed odzyskaniem niepodległości większość rodzin w Dżajpurze zajmowała ciasne, wielopokoleniowe domostwa w obrębie starego Różowego Miasta. Ale Singhowie od pokoleń mieszkali w rozległej posiadłości poza jego murami. Wywodzili się z klasy rządzącej – radżów, pomniejszych książąt i oficerów armii z królewskiego nadania – od dawna przyzwyczajonej do przywilejów, zarówno przed brytyjskim panowaniem, w jego trakcie, a także i po nim.
Posiadłość Singhów położona była przy szerokim bulwarze, obsadzonym drzewami pipalu14. Dwupiętrową rezydencję osłaniał mur wysoki na ponad dwa metry, zwieńczony odłamkami szkła. Marmurowa weranda, opleciona pnączami bugenwilli i jaśminu, ciągnęła się wzdłuż fasady i boków budynku na obu kondygnacjach, chłodząc dom latem, kiedy Dżajpur rozgrzewał się niczym piec tandur15.
Po tym, jak ćaukidar16 Singhów odnotował nasze przybycie wozem, rozładowaliśmy nasze pakunki. Malik został z tyłu, by pogawędzić z odźwiernym, a ja ruszyłam brukowaną ścieżką, okoloną obszernym, zadbanym trawnikiem, i w górę kamiennych schodków prowadzących na werandę Parwati Singh.
Tego listopadowego popołudnia powietrze było rześkie, lecz czuć było wilgoć. Lala, służąca o najdłuższym stażu u Parwati Singh, kobieta która kiedyś niańczyła jej synów, przywitała mnie w drzwiach. Na znak szacunku zasłoniła włosy brzegiem sari.
Uśmiechnęłam się i złożyłam dłonie w geście namaste17.
– Używałaś magnoliowego olejku, Lalu? – zapytałam. Przy ostatniej wizycie dyskretnie sprezentowałam jej buteleczkę mojego specyfiku na popękane pięty.
Ukryła uśmiech za pallu, uniosła do przodu bosą stopę i obróciła ją, chwaląc się gładką piętą.
– Han18, dźi – zaśmiała się cicho.
– Śabaś19 – pochwaliłam ją. – A jak twoja bratanica?
Pół roku wcześniej Lala przyprowadziła na służbę do domu Singhów swoją piętnastoletnią krewną.
Na czole kobiety pojawiły się zmarszczki, a uśmiech zniknął. Zanim jednak zdążyła odpowiedzieć, z głębi domu odezwał się głos jej pani:
– Lakszmi, to ty?
Wyraz twarzy Lali natychmiast się zmienił, uśmiechnęła się sztywno i lekkim ruchem głowy dała mi do zrozumienia, że wszystko w porządku. Wycofała się w stronę kuchni, pozwalając, bym sama udała się do sypialni pani domu, którą wielokrotnie już odwiedzałam.
Parwati siedziała przy biurku z palisandru. Spojrzała na smukłą tarczę złotego zegarka zapiętego na nadgarstku, po czym wróciła do pisania listu. Przykładała wielką wagę do punktualności i nie akceptowała spóźnialstwa u innych. Ja jednak przywykłam do czekania, aż skreśli kilka ostatnich zdań do premiera Nehru dźi albo zakończy rozmowę telefoniczną z członkiem Ligi Indyjsko-Radzieckiej.
Rozstawiłam swoje przybory i właśnie ułożyłam poduszki na obitej kremowym jedwabiem otomanie, gdy Parwati zapieczętowała list i zawołała Lalę.
Zamiast wiekowej służącej pojawiła się jednak jej bratanica. Dziewczyna skierowała swoje wielkie brązowe oczy w ziemię, a dłonie splotła przed sobą.
Parwati zmarszczyła brwi. Przyjrzała się dziewczynie i po chwili się odezwała:
– Spodziewamy się gościa na lunchu. Dopilnuj, żeby przygotowano bundi rajtę20.
Dziewczyna pobladła, jakby miała zaraz zemdleć.
– Nie mamy świeżego jogurtu, memsahib21.
– Dlaczego?
Służąca poruszyła się nerwowo. Błądziła spojrzeniem po tureckim dywanie, oprawionej w ramkę fotografii premiera i lustrzanym barku z alkoholem, jak gdyby miała tam znaleźć odpowiedź na pytanie.
Gdy Parwati odezwała się ponownie, jej słowa były jak szkło – przejrzyste i ostre.
– Dopilnuj, żeby na lunch przygotowano bundi rajtę.
Dolna warga dziewczyny zadrżała. Spojrzała na mnie błagalnie. Odwróciłam się ku oknom wychodzącym na ogród. Ja też byłam zatrudniona przez Parwati. Moja pomoc nie byłaby większa niż ta, którą oferowała zawieszona na ścianie skóra tygrysa.
– Niech Lala przyniesie dziś herbatę. – Parwati odprawiła nastolatkę i opadła na otomanę.
Teraz mogłam wreszcie zacząć nakładanie henny. Usiadłam na swoim zwyczajowym miejscu na drugim końcu leżanki i ujęłam dłonie pani domu.
Zanim przybyłam do Dżajpuru, moje klientki korzystały z usług kobiet z niskiej kasty śudrów22. Pokrywały one dłonie i stopy wzorami przekazanymi im przez ich matki: prostymi kropkami, kreskami i trójkątami. Tyle wystarczało, by zarobić na skromne życie. Moje wzory były bardziej wymyślne, opowiadały historie kobiet, które obsługiwałam. Także pasta z henny, której używałam, była lepsza i gładsza niż mieszanki hennistek śudrów. Przed nałożeniem henny zawsze starannie nacierałam skórę miksturą z cytryny i cukru, by wzory utrzymywały się przez kilka tygodni. Im ciemniejsze były, tym bardziej mężowie kochali swoje żony. Tak przynajmniej uważały moje klientki i nigdy nie były rozczarowane malunkami barwy cynamonu, które dla nich wykonywałam. Z czasem kobiety zaczęły wierzyć, że moja henna potrafi sprowadzić niestałych mężów z powrotem do ich małżeńskiego łoża lub sprawić, by dzieci pojawiły się w ich łonach. Dzięki temu mogłam żądać zapłaty dziesięciokrotnie wyższej niż kobiety śudrów. I dostawałam tyle, ile chciałam.
Nawet Parwati twierdziła, że narodziny jej młodszego syna zawdzięcza moim umiejętnościom. Była moją pierwszą klientką w Dżajpurze. Gdy okazało się, że spodziewa się dziecka, mój terminarz szybko zapełniły nazwiska pań z jej kręgu – elity Dżajpuru.
Podczas gdy henna na dłoniach schła, a ja zaczęłam ozdabiać stopy Parwati, pochyliła się, by obserwować mnie przy pracy. Nasze głowy niemal się stykały, a ja czułam w jej oddechu słodki zapach betelu. Jej ciepłe westchnienie musnęło mój policzek.
– Twierdzisz, że nigdy nie wyjeżdżałaś z Indii, ale taki liść figowy widziałam tylko w Stambule.
Wstrzymałam oddech i na ułamek sekundy ogarnął mnie dawny strach. Na stopach Parwati narysowałam liście tureckiego figowca – tak odmienne od jego radżasthańskiego kuzyna, banianu, którego mizerne owoce nadawały się jedynie dla ptaków. Na podeszwach jej stóp, których widok przeznaczony był wyłącznie dla oczu męża, malowałam wielką, przekrojoną na pół figę, mięsistą i zmysłową.
Uśmiechnęłam się, spojrzałam jej prosto w oczy i delikatnie nacisnęłam dłonią jej ramię, by z powrotem oparła się na poduszkach otomany.
– Czy mąż właśnie to zauważy? – zapytałam, unosząc brwi. – Że figi są tureckie? – Z torebki wyjęłam lusterko i przyłożyłam je do krawędzi prawej stopy, by mogła dostrzec namalowaną obok owocu niewielką osę. – On z pewnością wie, że figa potrzebuje wyjątkowej osy, aby zapylić kwiat ukryty głęboko w środku.
Zaskoczona Parwati uniosła brwi i rozchyliła wargi umalowane na kolor dojrzałej śliwki. Po chwili wybuchnęła gromkim śmiechem, od którego aż zatrzęsła się otomana. Była atrakcyjną kobietą o kształtnych oczach i wydatnych ustach, z górną wargą pełniejszą od dolnej. Jej cerę rozświetlały stroje w barwach jaskrawych niczym klejnoty, jak ten fuksjowy jedwab, który miała dziś na sobie.
Brzegiem sari otarła kąciki oczu.
– Śabaś, Lakszmi! W te dni, kiedy przychodzisz malować mnie henną, Samir nie opuszcza mojego łoża. – W jej głosie pobrzmiewała zapowiedź popołudnia spędzonego w chłodnej, bawełnianej pościeli i ciepła ud męża przyciśniętych do jej ud.
Z wysiłkiem wyrzuciłam z głowy ten obraz.
– I tak właśnie powinno być – mruknęłam, wracając do ozdabiania henną łuku jej stopy, miejsca wyjątkowo czułego u większości kobiet. Ona była jednak przyzwyczajona do moich zabiegów i nawet nie drgnęła pod dotykiem trzcinki.
– Zatem liście tureckiego figowca pozostaną zagadką, tak samo jak twoje niebieskie oczy i jasna skóra – zaśmiała się cicho.
Przez dziesięć lat, odkąd została moją klientką, Parwati nie dawała tej kwestii spokoju. W Indiach powszechne były czarne jak węgiel tęczówki. Niebieskie oczy wymagały wyjaśnienia. Czy moja przeszłość skrywała jakiś dramat? Czy mój ojciec był Europejczykiem? A może, co gorsza, moja matka to Anglo-Induska?
Miałam trzydzieści lat, urodziłam się za panowania brytyjskiego i byłam przyzwyczajona do oszczerstw związanych z moim pochodzeniem. Nigdy nie pozwoliłam, by prowokacyjne uwagi Parwati wytrąciły mnie z równowagi.
Przykryłam pastę z henny wilgotną ściereczką, z buteleczki zaś wylałam odrobinę olejku goździkowego na dłonie i roztarłam go, by trochę się ogrzał. Po chwili ścierałam zaschniętą pastę z rąk mojej pracodawczyni.
– A może, dźi, którąś z moich przodkiń uwiódł Marco Polo? Albo Aleksander Wielki?
Gdy masowałam jej palce, kawałki zaschniętej pasty spadały na ręcznik podłożony poniżej. Wzór, który wymalowałam na jej dłoniach, zaczynał się powoli wyłaniać.
– Być może w moich żyłach płynie krew wojowników, tak jak i w pani żyłach.
– Och, Lakszmi, nie żartuj sobie! – Ponownie wybuchnęła śmiechem, a na jej uszach zakołysały się wesoło złote, ozdobione perłami kolczyki w kształcie dzwonków.
Obie wywodziłyśmy się z najwyższych kast, ona z kszatrijów23, ja z braminów24. Nigdy jednak nie potraktowałaby mnie jak równej sobie, ponieważ malując henną, dotykałam stóp. Tę część ciała uważano za nieczystą i mogli jej dotykać wyłącznie niskokastowi śudrowie. Co prawda przez całe stulecia kszatrijowie powierzali edukację swoich dzieci i odprawianie obrzędów przedstawicielom mojej kasty, ale w oczach elity Dżajpuru byłam teraz upadłą braminką.
Kobiety takie jak Parwati płaciły jednak uczciwie. Nie zwracałam więc uwagi na jej docinki, ścierając resztki pasty z henny z jej dłoni. Przez lata zaoszczędziłam pokaźną sumę i byłam o krok od osiągnięcia upragnionego celu – kupna własnego domu. Wymarzyłam sobie marmurowe posadzki, które chłodziłyby stopy po całym dniu kursowania po mieście tam i z powrotem. I bieżącą wodę, której miałabym pod dostatkiem, bez konieczności błagania gospodyni o napełnienie moich matki. Tylko ja miałabym klucz do drzwi wejściowych i nikt nie mógłby mnie za nie wyrzucić. W wieku piętnastu lat musiałam wyjść za mąż i opuścić swoją wioskę, bo rodzice nie byli w stanie mnie wyżywić. Teraz to ja mogłabym ich utrzymać, otoczyć ich opieką. Nie odpowiedzieli na żaden z moich listów, nie podziękowali za pieniądze, które przez lata wysyłałam, ale wierzyłam, że zmienią zdanie i przyjadą do Dżajpuru, jeśli zaoferuję im miejsce we własnym domu. Wreszcie się przekonają, że wszystko dobrze się potoczyło. Jednak zanim to nastąpi, musiałam powściągnąć swoją dumę. Jak to mawiał Gandhi dźi? „Oko za oko uczyni tylko cały świat ślepym”.
Brzęk tłuczonego szkła zaskoczył nas obie. Ujrzałam, jak piłka do krykieta toczy się po dywanie i zatrzymuje przed otomaną. Chwilę później przez drzwi od strony werandy wszedł Ravi, starszy syn Parwati, wpuszczając do środka listopadowy chłód.
– Beta25! Natychmiast zamknij te drzwi!
Chłopak uśmiechnął się szeroko.
– Mój rzut był zbyt podkręcony i Govind nie był na to gotowy.
Dostrzegł na ziemi piłkę i schylił się po nią.
– Jest od ciebie o wiele młodszy, Ravi. – Parwati była pobłażliwa wobec synów, zwłaszcza małego Govinda, dziecka, które w jej przekonaniu zawdzięczała moim hennowym malunkom (nie próbowałam wyprowadzać jej z błędu).
Odkąd widziałam go po raz ostatni, Ravi urósł i zmężniał. Na kanciastej szczęce, tak podobnej do ojcowskiej, pojawił się już cień zarostu. Na pewno już zaczął się golić. Z zaróżowionymi policzkami i długimi rzęsami, które odziedziczył po matce, wydawał się niemal piękny.
Podrzucił piłkę i złapał ją jedną ręką, drugą trzymając za plecami.
– Jest herbata? – Zabrzmiał zupełnie jak ojciec, ten sam angielski ze szkoły z internatem.
Parwati zadzwoniła srebrnym dzwonkiem, który stał w pogotowiu tuż obok otomany.
– Ty i Govind wypijecie swoją na trawniku. I powiedz ćaukidarowi, że potrzebujemy szklarza do wymiany szyby.
Ravi jeszcze raz uśmiechnął się do nas i mrugnął do mnie porozumiewawczo, gdy odwracał się do wyjścia. Zamknął drzwi tak nieostrożnie, że na podłogę upadł kolejny odłamek szkła. Patrzyłam, jak chłopak lekko biegnie przez trawnik. Trzech ogrodników, w szalach owijających głowy, plewiło rabaty, podlewało i przycinało krzewy hibiskusa i pnącza wiciokrzewu za domem.
Pojawienie się Raviego było idealnym wstępem do tego, co przyszłam tu osiągnąć. Musiałam jednak działać ostrożnie.
– Ravi przyjechał do domu?
– Han. Chciałam, żeby pomógł mi przeciąć wstęgę. Otwieramy nową gymkhanę26. Wiesz, jak bardzo Nehru dźi pragnie modernizować Indie. – Westchnęła i oparła głowę na poduszce, tak jakby była wykończona ciągłymi telefonami od premiera. Może faktycznie tak było.
Do pokoju weszła Lala, niosąc tacę z herbatą. Gdy wyjmowałam przekąski, które przygotowałam specjalnie dla Parwati, usłyszałam, jak mówi do starszej kobiety:
– Czy nie kazałam ci jej odprawić? – W jej głosie słychać było naganę.
Służąca złożyła dłonie w modlitewnym geście i dotknęła nimi ust.
– Moja bratanica nie ma dokąd pójść. Tylko ja jej zostałam. Proszę, dźi. Jesteśmy zdane na twoją łaskę. Błagam, daj nam jeszcze jedną szansę.
Nigdy nie widziałam Lali aż tak zdruzgotanej. Odwróciłam wzrok, obawiając się, że za chwilę padnie na kolana. Na małym stoliku obok łoża z baldachimem stał ołtarzyk z figurką Ganeśi, obwieszony girlandą z gardenii i drugą z liści tulsi27, a przed posążkiem paliła się dija28. Choć Parwati lubiła przedstawiać się jako nowoczesna kobieta, każdego ranka modliła się do bogów. Niegdyś i ja modliłam się do swojej imienniczki, Lakszmi – bogini piękna i dostatku. Ma29 uwielbiała opowiadać historię o tym, jak bramiński rolnik ofiarował bogini jedyny przedmiot, który posiadał – swój sierp. Na dowód wdzięczności bogini obdarowała go magicznym koszykiem, w którym pojawiało się jadło, ilekroć mężczyzna go potrzebował. Oczywiście była to tylko opowieść, równie prawdziwa co inne historyjki mamy. W wieku siedemnastu lat odwróciłam się od bogów, tak samo jak teraz od kapliczki Ganeśi.
– Nie chciałabym stracić i ciebie, Lalu – ciągnęła Parwati. – Dopilnuj, żeby dziewczyna opuściła mój dom jeszcze dzisiaj. – Wpatrywała się w służącą tak długo, aż ta spuściła wzrok i skuliła ramiona.
Śledziłam wzrokiem wychodzącą z pomieszczenia Lalę. Nie uniosła wzroku. Zastanawiałam się, cóż takiego zrobiła jej bratanica, by tak bardzo rozgniewać swoją panią.
Parwati sięgnęła po filiżankę i spodek – znak, że powinnam podnieść te przeznaczone dla mnie. Serwis do herbaty był w stylu szczególnie lubianym przez Anglików: przedstawiał kobiety w sukniach z gorsetami, mężczyzn w pantalonach i dziewczynki z loczkami w ślicznych sukieneczkach. Przed odzyskaniem niepodległości te przedmioty były wyrazem podziwu moich klientek dla wszystkiego, co brytyjskie. Teraz były wyrazem ich pogardy. Panie nie zmieniły niczego poza powodami zachowywania pozorów. Nauczyłam się od nich jednego: tylko głupiec, żyjąc w wodzie, pozostaje wrogiem krokodyla.
Upiłam łyk herbaty i uniosłam brwi.
– Pani syn wyrósł na przystojnego młodzieńca.
– W przeciwieństwie do tego chłopaka z rodziny Rao, który uważa się za nie wiadomo co. Ładny mi dewdas30 Radżasthanu.
Parwati, podobnie jak inne moje klientki, mówiła mi rzeczy, których nigdy nie powiedziałaby paniom ze swojego towarzystwa. Byłam bezdzietna, więc należało mnie żałować, a jednocześnie panie mogły czuć nade mną wyższość. Miałam trzydzieści lat i nie byłam ani naiwną dziewczyną, ani plotkującą matroną. Kobiety, dla których pracowałam, już od dawna podejrzewały, że mąż mnie porzucił, a ja nie zadawałam sobie trudu, by temu zaprzeczać. Wciąż malowałam na czole cynobrowe bindi31, obwieszczając światu, że jestem mężatką. Bez takiego świadectwa nigdy nie zdobyłabym zaufania klientek i nie miałabym wstępu do prywatnych sypialni takich jak ta, wyłożona różowym salumbarskim marmurem, chłodzącym moje stopy, z palisandrową leżanką, na której spoczywała Parwati.
Upiłam kolejny łyk herbaty.
– Znalezienie idealnej partii dla tak wspaniałego syna! Nie zazdroszczę tego trudnego zadania.
– Ma dopiero siedemnaście lat. Gdy miał dwanaście, zabrała mi go szkoła Mayo. Za rok odbierze mi go Oksford. Miałabym pozwolić, żeby zabrała mi go żona? Na razie nie potrafię nawet o tym myśleć.
Poprawiłam sari.
– To bardzo rozsądne. Sądzę, że Dutowie nieco za bardzo się pospieszyli.
Dostrzegłam błysk w jej oku.
– Co masz na myśli?
– Cóż… Dopiero co wyswatali swojego syna z dziewczyną od Kumarów. Tą z pieprzykiem na policzku. Oczywiście ślub odłożą do czasu, aż skończy studia. – Spojrzałam przez okno na jej synów odzianych w białe stroje do krykieta. – Te najlepsze partie rozchodzą jak świeże dźalebi32. Gdy chłopak wyjeżdża do Wielkiej Brytanii albo do Ameryki, rodzice zaczynają się martwić, że wróci z żoną, która nie zna ani słowa w hindi.
– Dobrze prawisz. Najszczęśliwsze są małżeństwa, w których to rodzice wybierają dziewczynę. Wystarczy spojrzeć na mnie i Samira.
Mogłabym coś powiedzieć, ale lepiej było się wstrzymać. Zamiast tego teatralnie podmuchałam na herbatę.
– Słyszałam też, że córkę Akbarów obiecano synowi Muhammada Ismaila. Czy to nie on chodził z Ravim do jednej klasy? – Upiłam kolejny łyk, nie spuszczając wzroku z kobiety.
Wyprostowała się nieco i spojrzała przez okno. Na trawniku bratanica Lali podawała chłopcom herbatę. Ravi powiedział coś do dziewczyny i nonszalancko stuknął ją w nos, czym wywołał jej chichot.
Parwati zmarszczyła brwi. Nie odrywając wzroku od sceny za oknem, pochyliła się ku mnie powoli, niczym pisklę – to znak, że mam ją nakarmić moimi przekąskami. Włożyłam jej do ust doprawiony pietruszką namkin33, który przygotowałam dziś rano. Podobnie jak inne moje klientki Parwati nie podejrzewała, że składniki moich przekąsek, połączone z wzorami, które tworzyłam na dłoniach i stopach, podsycały pragnienia kobiet oraz żądzę ich mężów.
Po chwili odwróciła się od okna i delikatnie odstawiła filiżankę na stół.
– Gdybym chciała swatać syna… a wcale nie mówię, że tak jest… – Otarła usta serwetką. – Czy miałabyś kogoś na myśli?
– Nie jest tajemnicą, że w Dżajpurze nie brakuje porządnych dziewcząt na wydaniu. – Uśmiechnęłam się do niej znad brzegu filiżanki. – Ale Ravi nie jest pierwszym lepszym chłopcem.
Gdy Parwati ponownie spojrzała w stronę synów, młodej dziewczyny już tam nie było. Z twarzy kobiety zniknęło napięcie.
– Jak tylko go o to poproszę, zawsze przyjeżdża do domu. „I po co go posyłać do internatu?”, dopytuje się wtedy Samir. – Zaśmiała się cicho. – Ale ja za nim tęsknię. Govind też. Miał zaledwie trzy lata, gdy starszy brat wyjechał. – Uniosła czajnik i ponownie napełniła filiżankę. – Słyszałaś coś może o córce Raja Singha? Mówią, że jest wyjątkowo urodziwa.
– Niestety, ledwo wczoraj obiecano ją synowi pani Rathore. – Westchnęłam. Ta rozmowa wymagała niezwykłej delikatności. Ani Parwati, ani ja nie chciałyśmy odsłonić kart zbyt wcześnie. Przypatrywała mi się uważnie przymrużonymi oczami.
– Coś mi mówi, że upatrzyłaś już jakąś kandydatkę.
– Obawiam się, że uzna pani mój wybór za nieodpowiedni.
– Dlaczego?
– Hmm… jest dość niekonwencjonalny.
– Niekonwencjonalny? Przecież dobrze mnie znasz, Lakszmi. W zeszłym roku dwukrotnie byłam w Związku Radzieckim. Nehru dźi nalegał, żebym pojechała razem z przedstawicielami Ligi Indyjsko-Radzieckiej. No dalej, mówże, o kogo chodzi.
– Cóż… – Udałam, że wsuwam zbłąkany kosmyk włosów z powrotem do koka. – Dziewczyna nie jest z radźputów34.
Parwati uniosła starannie uregulowaną brew, ale nie odwróciła wzroku. Wytrzymałam jej spojrzenie.
– To braminka.
Parwati zamrugała zaskoczona. Mogła uważać się za kobietę nowoczesną, ale nawet nie brała pod uwagę możliwości, że Ravi poślubi kogoś spoza własnej kasty. Przez stulecia członkowie z czterech hinduskich kast, nawet kupieckich i robotniczych, zawierali małżeństwa niemal wyłącznie w obrębie własnych grup.
Podałam Parwati kolejną przekąskę.
– Nie wyobrażam sobie lepszej partii dla rodziny Singhów – ciągnęłam. – Dziewczyna jest piękna, o jasnej karnacji. Dobrze wykształcona. Pełna temperamentu. Ravi by ją docenił. A jej rodzina ma znakomite koneksje. Och, czy pani herbata nie jest za chłodna? Obawiam się, że moja jest już zimna.
– Znamy tę dziewczynę?
– Właściwie od dziecka. Mam poprosić, by zaparzono nam kolejną porcję?
Odstawiłam filiżankę i sięgnęłam po srebrny dzwonek, lecz Parwati chwyciła mnie za przedramię.
– Zapomnij o herbacie, Lakszmi! Mów, co to za dziewczyna, albo wytrę stopy w ten ręcznik i cała godzina twojej pracy pójdzie wniwecz.
Zamiast spojrzeć jej w oczy, dotknęłam palcem pasty z henny na jej stopach, sprawdzając, czy już wyschła.
– Na imię ma Sheela. Jest córką państwa Sharmów.
Parwati znała tę rodzinę. Robili interesy w tych samych kręgach. Firma budowlana pana Sharmy, największa w Radżasthanie, właśnie wygrała kontrakt na przebudowę pałacu Rambagh należącego do maharadży. Mąż Parwati był właścicielem pracowni architektonicznej, która zaprojektowała wiele budynków mieszkalnych i komercyjnych w obrębie miasta. Małżeństwo ich dzieci byłoby niespodziewanym połączeniem dwóch wpływowych rodów. Gdybym zdołała doprowadzić tę sprawę do końca, stałabym się najbardziej pożądaną swatką dla elit Dżajpuru, co przyniosłoby mi o wiele większe dochody niż malowanie henną.
Parwati przekrzywiła głowę.
– Ale… Sheela wciąż jest dzieckiem.
Ryżowy pudding i dodatkowe porcje ćapati35 z ghi sprawiły, że ciało Sheeli przez ostatni rok zdążyło się zaokrąglić. Teraz wyglądała bardziej jak młoda kobieta, a nie jak dziewczynka.
– Ma piętnaście lat – powiedziałam. – I jest naprawdę urocza. Uczy się w szkole maharani dla dziewcząt. Nie dalej jak tydzień temu jej nauczyciel muzyki mówił mi, że śpiewa jak Lata Mangeshkar36.
Podniosłam filiżankę. Oczami wyobraźni widziałam już listę, którą Parwati układała teraz w myślach, dokładnie taką samą, jaką sama sporządziłam przed tygodniem. Po stronie zalet: połączenie dwóch firm, Sharma Construction i Singh Architects, przyniosłoby większe zyski, niż każda z nich przynosi z osobna; do tego Parwati zyskałaby płynnie mówiącą po angielsku synową, która mogłaby przyjmować polityków i nawabów37. Największa wada: co prawda Sheela pochodziła z wysokiej kasty, ale nie z tej właściwej. Nie zamierzałam wspominać o drobnych uchybieniach: brzydkim grymasie na ustach, gdy ciągnęła kuzynkę za włosy, sposobie, w jaki wydawała polecenia swojej niani, lenistwie, nad którym jej nauczyciel muzyki załamywał ręce. Przez lata bywałam w domach klientek, obserwując, jak dorasta ich potomstwo. Znałam charaktery ich dzieci, te drobne przywary, których nie wychwyciłaby nawet doświadczona swatka. Byłam jednak zdania, że to mąż sam powinien odkryć te cechy w dziewczynie, nie zaś usłyszeć o nich ode mnie.
Parwati milczała. Bawiła się frędzlem jednego z podgłówków.
– Pamiętasz wesele córki Guptów?
Uśmiechnęłam się na potwierdzenie.
– W chwili, gdy zobaczyłam ten wzór z dziewczyną w ogrodzie, który namalowałaś henną dla panny młodej, wiedziałam, że nie minie nawet rok, kiedy urodzi syna. I dokładnie tak się stało.
Córka Guptów wyszła za mąż z miłości, ale tę kwestię wolałam przemilczeć.
– Potrafisz swoją henną czynić cuda – powiedziała przymilnie. – Myślę, że mogłabyś pomóc komuś, kto jest dla nas bardzo ważny.
Uprzejmie przechyliłam głowę, nie do końca pewna, do czego zmierza.
– Wczoraj wieczorem byliśmy z Samirem w pałacu Rambagh. Na przyjęciu zbierano fundusze na ukończenie budowy gymkhany – dodała z naciskiem. Chciała podkreślić, jak bardzo jest postępowa. – Maharadża oznajmił, że planuje uczynić z pałacu hotel. Wyobrażasz to sobie? Walczyliśmy o niepodległość i wyrzuciliśmy Anglików tylko po to, żeby teraz z powrotem ich wpuścić do naszych pałaców? – Pokręciła głową zirytowana.
Rozumiałam, co miała na myśli: na wynajem apartamentów w hotelach stać było wyłącznie zamożnych przybyszów z Europy, głównie Brytyjczyków.
– Maharani nie było wczoraj na przyjęciu, co raczej się nie zdarza. Latika uwielbia przyjęcia. – Parwati ściszyła głos. – Słyszałam, że jest… w niedyspozycji.
Czekałam, aż powie coś więcej. Potarła dłonią o dłoń i zaciągnęła się wonią henny.
– Może twoje umiejętności mogłyby ją postawić na nogi?
Tak długo czekałam, aż Parwati sama zechce przedstawić mnie na dworze! Na samą myśl o tym odstawiłam filiżankę, obawiając się, że nie opanuję drżenia rąk. Zamówienie od maharani z pewnością pociągnęłoby za sobą kolejne zlecenia. W mig sfinansowałabym budowę domu! W myślach zaczęłam już obliczać zyski, ledwie słuchając Parwati.
Gdy nachyliła się po kolejny smakołyk, delikatnie położyłam jej go na języku, unikając jej wzroku. Bałam się, że zdemaskuje moje pragnienia. Być może już dostrzegła dygot moich dłoni.
– Wyjawiłam Jego Wysokości, że twojej hennie zawdzięczam urodzenie Govinda. Oczywiście dyskretnie. Gdybym miała polecić cię w pałacu…
Domyśliłam się już, do czego zmierza. Parwati chciała, bym wyswatała Raviego, ale nie zamierzała mi za to zapłacić. Co za tupet! Kojarzenie małżeństw wymagało zarówno umiejętności, jak i pracy. Nie wahałaby się zapłacić swatowi ze znanego rodu z wysokiej kasty dwa, a nawet trzy razy więcej, niż była skłonna zapłacić mnie. Nawet gdybym zgodziła się wziąć marne dziesięć tysięcy rupii zapłaty, wciąż byłaby to okazja. Musiałam liczyć się z tym, że zadowolenie każdej ze stron wymagałoby tygodni, a nawet miesięcy pracy. A wcale nierzadko się zdarzało, że małżeństwo nie dochodziło do skutku i cały wysiłek szedł na marne.
Tymczasem Parwati liczyła na to, że wyswatam jej syna w zamian za wprowadzenie mnie do pałacu. Musiałam się dobrze zastanowić, zanim odpowiem na jej propozycję. Pokrewieństwo Parwati z rodziną królewską (jej ojciec był kuzynem jednej z maharań) gwarantowało mi, przynajmniej teoretycznie, audiencję w pałacu. Ale która indyjska kobieta, biedna czy bogata, nie próbowałaby się targować? Wyszłaby na głupią, łatwą ofiarę. Gdybym od razu przyjęła ofertę, zyskałabym opinię osoby, którą można bez trudu ograć. Nie mogłam być jednak pewna tego, że zacznę pracować dla pałacu. Sama audiencja niczego jeszcze nie gwarantowała.
Wyczuwając moje wahanie, Parwati się pochyliła i wpatrywała we mnie tak długo, aż musiałam odwzajemnić jej spojrzenie.
– Gdybym miała taki talent do malowania jak ty, Lakszmi, być może wybrałabym ten sam zawód.
Dla moich klientek słowo zawód było obelgą, nie komplementem.
Przełknęłam ślinę.
– Och, dźi, pani przeznaczona jest do znacznie wspanialszych rzeczy. Któż inny potrafiłby wydawać tak wystawne przyjęcia dla polityków? Ktoś musi zatroszczyć się o to, by czuli się mile widziani.
Zaśmiała się, doceniając moją odpowiedź. I tak wróciłyśmy do ról, w których dobrze się czułyśmy: ja – podwładna, ona – memsahib.
Ale nie zagrałam jeszcze mojej ostatniej karty.
– Pani zaufanie jest w pełni uzasadnione, muszę jednak uprzedzić, że Jej Wysokość będzie zapewne oczekiwać składników najlepszej jakości.
Parwati zacisnęła usta i na chwilę pogrążyła w myślach.
– Sześć tysięcy rupii wystarczy?
Wygładziłam aksamitny ręcznik pod jej stopami, sprawdziłam pastę, po czym sięgnęłam po olejek goździkowy, by usunąć zaschniętą hennę.
– Niektóre składniki trzeba sprowadzić z daleka. Na przykład liście kaffiru38. Najlepsze są te z Tajlandii.
Zamilkła. Czy przesadziłam? Masując jej stopy, czułam, jak krew pulsuje mi w skroniach.
Przymrużyła oczy, spoglądając na kalendarz linii lotniczych Pan Am wiszący na przeciwległej ścianie.
– Zbliża się nasz świąteczny bankiet – powiedziała w końcu. – Dwudziestego grudnia. Popołudnie mogłabym przeznaczyć na specjalne przyjęcie z henną dla dziewcząt z kręgu znajomych Raviego. – Parwati postukała palcem w swój różowy policzek. – Może zaprosiłabym tę szekspirowską trupę. Młodzież oszalała na punkcie ich występów.
To byłaby dla niej doskonała okazja, by przyjrzeć się dziewczętom odpowiednim dla Raviego. Sheela Sharma z pewnością znalazłaby się wśród nich.
Wyciągnęła stopy przed siebie i obracając je na wszystkie strony, przyglądała się mojemu dziełu.
– Ale może nie masz już wolnego terminu w swoim kalendarzu? Sprawdzisz to dla mnie?
Przygotowanie się do takiego przyjęcia oznaczało mnóstwo pracy, ale obietnica przedstawienia mnie na dworze była tego warta.
– Dla pani, memsahib, w mym kalendarzu zawsze jest wolne miejsce. – Uśmiechnęłam się jak najuprzejmiej.
Odwzajemniła się tym samym, odsłaniając drobne, równiutkie zęby. Jej oczy zalśniły.
– A więc jesteśmy umówione. Dziewięć tysięcy rupii na produkty dla maharani Latiki wystarczy?
Wypuściłam powietrze, które wcześniej wstrzymywałam. Właśnie zdobyłam swoje pierwsze zlecenie jako swatka i choć nie było tak dochodowe, jak liczyłam, przybliżało mnie o kolejny krok do ukończenia i spłacenia domu, w którym chciałam ugościć moich rodziców, by zadośćuczynić im za wszystko, co spotkało ich z mojej winy. Teraz musiałam już tylko doprowadzić do zawarcia małżeńskiej umowy.
– Pozwól, memsahib, by przyjęcie z henną było moim prezentem dla pani – powiedziałam, z powrotem zakładając na kostki Parwati ciężkie złote bransolety.
Na werandzie domu Singhów włożyłam sandały. Dostrzegłam Malika, gdy zaśmiewał się z czegoś z głównym ogrodnikiem na trawniku od frontu. Stali pod wielką jabłonią, której nagie gałęzie sterczały w górę na tle bezchmurnego nieba.
Zawołałam go.
Przybiegł na patykowatych nogach. Mógł mieć sześć albo dziesięć lat. Jak długo nie dojadał, zanim w końcu zauważyłam, że po mieście kręci się za mną półnagi łobuziak w brudnych spodenkach? Dałam mu do niesienia kilka pakunków, a on uśmiechnął się szeroko, odsłaniając lukę tam, gdzie powinny rosnąć dwa przednie zęby. Od tamtego dnia przed trzema laty pracowaliśmy razem, przeważnie w ciszy. Nigdy nie zapytałam, gdzie mieszka ani czy sypia na gołej ziemi.
– Masz jakieś wieści? – Kiedy zajmowałam się moimi klientkami, Malik często załatwiał dla mnie różne sprawy. Przez ostatnie kilka miesięcy codziennie zaglądał na dworzec, by sprawdzić, czy przyjechali moi rodzice. Powinni już byli dostać pieniądze na bilety kolejowe, które załączyłam do ostatniego listu. Ale wciąż nie dostałam żadnej odpowiedzi.
Pokręcił głową i zmarszczył czoło. Nie cierpiał sprawiać mi zawodu.
Westchnęłam.
– Sprowadź, proszę, tongę.
Pobiegł w stronę głównej bramy. Tego dnia miał na sobie żółtą bawełnianą koszulę, którą dostał ode mnie w miejsce poprzedniej. Granatowe szorty też były nowe. Nie chciał tylko nosić butów; preferował tanie gumowe sandały, które i tak często były kradzione przez dzieciaki z sąsiedztwa. Takie obuwie łatwo było zastąpić – zawsze można było podebrać komuś inną parę. Zauważyłam, że ta, którą dziś ma na nogach, jest o numer za duża.
Malik musiał dotrzeć na ruchliwą ulicę, aby złapać rikszę, więc w oczekiwaniu na jego powrót usiadłam na murku werandy, ukołysana zapachem pnączy frangipani39. Zerwałam dwa kwiaty i wsunęłam je za ucho. Wieczorem włożę je do szklanki z wodą, a rano wypiorę bluzkę w tej pachnącej mieszance.
Ze specjalnej kieszonki, którą wszyłam wewnątrz halki, wyjęłam mały notesik. Pamiętam, jak mój ojciec, wiejski nauczyciel, bił uczniów linijką po palcach, jeśli nie potrafili udzielić poprawnej odpowiedzi. Żeby uniknąć takiej kary, zaczęłam prowadzić zeszyty, w których pilnie zapisywałam (i z których uczyłam się na pamięć) tabliczkę mnożenia, imiona brytyjskich wicekrólów i czasowniki w języku hindi. Z czasem stało się to nawykiem – w notesach zapisywałam daty i godziny wizyt, streszczenia rozmów i listy zakupów.
Na stronie zatytułowanej „Parwati Singh” zapisałam: „15 listopada: 40 rupii za dłonie/stopy”. Potem wpisałam datę przyjęcia z henną i kwotę dziewięciu tysięcy rupii, które miałam otrzymać za skojarzenie małżeństwa. Wiedziałam, że pani Sharma, która też korzystała z moich usług, jest wystarczająco bystra, by zrozumieć, jakie korzyści przyniesie małżeństwo z synem Singhów. Nie dostrzegała kapryśnej natury córki, ale nie miałam wątpliwości, że urok Raviego Singha zdoła odmienić zachowanie dziewczyny.
Przewróciłam stronę. Drżącą ręką zapisałam: „Maharadża Sawai Mohinder Singh i maharani Latika – zlecenie z pałacu?”. Myśli kłębiły mi się w głowie. Dzięki takiemu zleceniu każda kobieta w Dżajpurze zabiegałaby o moje usługi. Być może mogłabym wcześniej, niż planowałam, odłożyć na dobre trzcinkę do henny. Wtedy w mojej głowie zabrzmiały słowa matki: „Nie wyciągaj nóg bardziej, niż pozwala na to łóżko”. Za bardzo się rozpędziłam.
Zamknęłam notesik i przymknęłam oczy. Trzynaście lat temu marzyłam tylko o tym, by znaleźć się jak najdalej od męża, któremu oddali mnie rodzice. Nigdy bym nawet nie przypuszczała, że pewnego dnia będę wolna i sama będę decydować o własnym życiu. Jak zareagują moi rodzice, gdy zobaczą, ile udało mi się osiągnąć? Jakże często wyobrażałam sobie ten dzień, w którym zabiorę ich do mojego domu, pokażę im piękną posadzkę z mozaiką, którą sama zaprojektowałam, elektryczny wentylator pod sufitem, ogród na dziedzińcu, gdzie posadzę zioła, i toaletę taką jak w Europie, na jaką nikt w ich wiosce nie mógłby sobie pozwolić. Miałam nadzieję, że budowniczy zdąży ze wszystkim do czasu ich przyjazdu, ale wciąż dodawałam kolejne drobne luksusy. Kiedy rodzice zobaczą, co stworzyłam, na pewno nie będą mieli nic przeciwko nocowaniu w wynajmowanym przeze mnie pokoju do czasu, aż wszystkie prace zostaną ukończone.
Wyobraziłam sobie zdumienie na ich twarzach, kiedy wszystko zobaczą. Słyszałam głos ojca: „Beti, to wszystko jest twoje?”. Jakże dumni byliby z życia, na które sobie zapracowałam. Karmiłabym ich sycącymi khirami40, sabzi41 i tanduri roti42, aż pękałyby im brzuchy. Kupiłabym im łoża tak nowe, że jutowe sznury skrzypiałyby pod ich ciężarem. Sprowadziłabym maliśa43, by masował zmęczone stopy ojca. Już widziałam ma wyciągniętą na palisandrowej leżance, takiej jak u Parwati! I na jedwabnych poduszkach – a jakże! Wypełnionych pierzem! Tak bardzo dałam się ponieść marzeniom – przecież na to wszystko jeszcze mnie nie było stać – że zaczęłam śmiać się z samej siebie.
– Wyglądam aż tak śmiesznie, Lakszmi?
Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam Samira Singha wchodzącego po schodach, a świat nagle wydał mi się weselszy. Tam, gdzie Parwati była krągła, jej mąż był kanciasty: ostry nos, wyrazisty podbródek, wystające kości policzkowe. Najbardziej pociągały mnie jednak jego oczy, intensywnie brązowe, poprzecinane jaśniejszymi prążkami, jak w marmurowej kuli, pełne ciekawości, gotowe do śmiechu. Nawet gdy jego twarz była poważna, oczy flirtowały, kusiły, droczyły się. Cienie pod nimi pogłębiły się przez te dziesięć lat, odkąd go poznałam, a linia włosów nieco się cofnęła, lecz wciąż był pełen niegasnącej energii.
– „Pośród ślepców jednooki jest królem” – odparłam z uśmiechem.
Roześmiał się, zsuwając buty. Samir stanowił osobliwe połączenie nowych i starych Indii. Nosił idealnie skrojone angielskie garnitury, ale przestrzegał indyjskich obyczajów.
– Are!44 „Cóż wie głupia małpa o smaku imbiru?”
– „Ten, kto nie umie tańczyć, obwinia podłogę”.
Często się tak droczyliśmy, wymieniając się przysłowiami. Poznałam ich sporo dzięki przestrogom matki; on nauczył się wielu przez lata spędzone w internacie, a potem w Oksfordzie.
Wstałam, wsunęłam ołówek w kok i schowałam notesik do kieszeni w halce.
Uniósł jedną brew, podchodząc do mnie bliżej.
– Ukrywasz tam srebra Singhów?
– Między innymi. – Uśmiechnęłam się z fałszywą skromnością.
– Widzę, że już poczęstowałaś się moją florą. – Jego wzrok spoczął na kwiatach, które wsunęłam sobie za ucho. Nachylił się ku mnie i wciągnął powietrze. – Bilkul45 odurzająca – wyszeptał, a ciepło jego oddechu na płatku mojego ucha poruszyło coś we mnie, nisko, w podbrzuszu.
Minęło trzynaście lat, odkąd po raz ostatni czułam na skórze ciepło mężczyzny i jego ciężar na moich piersiach. Gdybym tylko lekko odwróciła głowę, ustami mogłabym musnąć wargi Samira; oddechem ogrzać wgłębienie między jego szyją a kołnierzykiem koszuli. Ale on był urodzonym flirciarzem. A ja wciąż byłam mężatką. Jeden fałszywy ruch mógł mnie kosztować wszystko: źródło utrzymania, niezależność, plany na przyszłość. Wsłuchiwałam się czujnie w pobliskie odgłosy: szelest miotły, plaskanie bosych stóp o kamień. Z niechęcią cofnęłam się o krok.
– Odurzająca jest dziś pana żona. Przekona się pan o tym już wkrótce.
Samir uśmiechnął się szeroko.
– Zawsze kiedy zajmuje się nią Lakszmi Shastri, pani Singh jest nadzwyczaj… namiętna. A skoro już o tym mowa… – Wyciągnął ku mnie dłoń.
– Ach tak. – Spomiędzy fałd sari wyjęłam trzy muślinowe saszetki i położyłam mu je na ręce. – Jest pan szczęściarzem. Żona czekająca w sypialni i wolność poza nią.
Zważył torebeczki w ręku, jakby oceniał rubiny.
– Wolność jest pojęciem względnym, Lakszmi. – Zręcznym ruchem położył na mojej dłoni kilka sturupiowych banknotów oraz złożoną kartkę. – Kiedyś mieliśmy Brytyjczyków nad sobą, a teraz plączą się nam tylko pod nogami.
Rozłożyłam papier i przeczytałam wiadomość.
– To angrezi46?
– Nawet Angielki potrzebują twoich usług. Spodziewa się ciebie jutro. W swoim domu. – Samir schował muślinowe saszetki do kieszeni. – A jak tam budowa domu?
Właśnie teraz mogłabym mu powiedzieć, że budowniczy bezczelnie domaga się uregulowania całej zapłaty. Wciąż byłam mu winna cztery tysiące rupii. Ten dług był jednak wyłącznie moją winą. Pragnęłam rzeczy, które miały moje klientki: posadzek z kamienną mozaiką, toalety w zachodnim stylu, murów podwójnej grubości, opierających się nawet południowemu żarowi. Problem był moim własnym dziełem i tylko ja mogłam go rozwiązać. Udane zlecenie matrymonialne pomogłoby mi stanąć na nogi.
– Jutro będą impregnować mozaikę kozim mlekiem. Powinien pan to zobaczyć – powiedziałam.
Jego wzrok zbłądził na moje usta.
– Chcesz osobiście oprowadzić mnie po swoim domu?
Zaśmiałam się.
– Już zburzył pan mój terminarz tym nagłym zleceniem, a teraz mam jeszcze nagrodzić to prywatną wycieczką?
Zza moich plecach odezwał się inny głos:
– „Ten, kto potrafi rozśmieszyć swoich towarzyszy, zasługuje na raj!”
Oboje z Samirem odwróciliśmy się jednocześnie, by zobaczyć, któż się odezwał. Wysoki mężczyzna, ubrany w schludny szary garnitur z wełny i czerwony krawat, wbiegł po stopniach werandy. W nieładzie były jedynie jego ciemne loki.
Samir odwrócił się do przybysza i uściskał go serdecznie.
– Kumar! – zawołał. – Dobrze cię widzieć, stary druhu! Wreszcie dotarłeś do Dżajpuru!
– Nie wierzyłem, że pociąg z Śimli dowiezie mnie tu na kolację, a co dopiero na obiad. – Kumar spojrzał na mnie z nieśmiałym uśmiechem, odsłaniając nachodzące na siebie przednie zęby. – Miło mi panią poznać, pani Singh.
Czy Samir i ja staliśmy aż tak blisko siebie?
Samir poklepał Kumara serdecznie po plecach.
– Nahi nahi47. Pozwól, że przedstawię: pani Lakszmi Shastri, dostarczycielka urody dla całego Dżajpuru.
– Widzę, że tobie jeszcze nic nie dostarczyła, Sammy.
Samir zachichotał. Kumar spojrzał na mnie, potem skierował wzrok kolejno na Samira, na werandę, na swoje buty, po czym znów na mnie. Tak patrzy ktoś ostrożny.
– Lakszmi, poznaj starego przyjaciela z Oksfordu. Jay Kumar. Doktor Kumar.
Złożyłam dłonie w geście namaste, a doktor w tej samej chwili wyciągnął ku mnie rękę, by uścisnąć moją dłoń, i uderzył mnie przy tym w nadgarstek.
Samir się roześmiał, widząc to.
– Wybacz mu, Lakszmi. Zbyt dużo czasu spędził za granicą. A do tego nie ma żony, która nauczyłaby go indyjskich manier.
Doktor Kumar poczerwieniał i zerkał to na Samira, to na mnie.
– Bardzo przepraszam, pani Shastri.
– Nic nie szkodzi, doktorze. – Za jego plecami dostrzegłam Malika, który przyglądał się nam ze stopni werandy. – Tonga? – zapytałam go.
Chłopiec pokiwał głową na potwierdzenie. Kilka przecznic od domu Singhów mieliśmy zamienić konny powóz na tańszą rikszę, by dotrzeć do kolejnej klientki.
– Miło było pana poznać, doktorze Kumar. Do następnego razu, Sammy. – Ostatnie słowo, dawne studenckie przezwisko Samira, musiało zabrzmieć bardzo zabawnie, bo obaj mężczyźni wybuchnęli śmiechem.
Podniosłam moje pakunki i winylową torbę, a Malikowi przypomniałam, by zabrał jeszcze dwie torby spod jabłoni. Skłoniłam się na pożegnanie, odnotowując w pamięci, że muszę dopisać w notesiku kwotę, którą Samir zapłacił za saszetki.
Gdy schodziłam po stopniach werandy, usłyszałam, jak Samir mówi:
– Wejdźmy do środka. Parwati nie mogła się doczekać, aby cię poznać!
Mój sandał zaczepił się o ostatni stopień i pochyliłam się, by go poprawić. Uniosłam wzrok, gdy drzwi akurat się zamykały, a doktor mi się przyglądał.
W rogu werandy stała Lala, przygryzając wargę i nerwowo skręcając brzegi swojego pallu. Wydawało mi się, że patrzy na mnie błagalnie, ale zanim zdążyłam zawrócić w jej kierunku, ona się odwróciła i zniknęła.
Wizyty u klientek znów przeciągnęły się do wieczora i oboje z Malikiem byliśmy już zmęczeni. Zatrzymaliśmy się tuż przy bazarze w Różowym Mieście, który pod wieczór ożywał – kobiety we wzorzystych sari wybierały spinki do włosów, mężczyźni w kurtach48 zajadali się ostrymi ćat49, a starcy zabijali czas, paląc bidi50, których żar kreślił pomarańczowe łuki w zapadającym zmroku. Zazdrościłam im tego poczucia wspólnoty i swobody, z jaką ludzie z kasty robotników i kupców poruszali się nocą po mieście.
Od czasu podziału Indii chodniki Różowego Miasta stały się znacznie węższe, bo z obu stron obudowano je drobnymi, prowizorycznymi kramami, nieraz osłoniętymi jedynie starym sari albo płachtą brezentu. Dawni bazarowi handlarze ustąpili miejsca uchodźcom z Pendżabu i Sindhów z Zachodniego Pakistanu, którzy na swoich straganach sprzedawali wszystko, od przypraw po biżuterię. Dżajpurscy kupcy lubili żartować, nie bez powodu Różowe Miasto ma swą nazwę od koloru gościnności.
Malik mieszkał w którymś z wielu budynków Różowego Miasta. Nigdy nie zapytałam go, czy ma rodzeństwo, matkę albo ojca. Wystarczało, że byliśmy razem dziesięć godzin dziennie, że nosił moje pakunki, łapał rikszarzy i tongi, targował się z dostawcami. Oczywiście mieliśmy do siebie zaufanie, więc nie krępował się spoglądać na mnie niecierpliwie, gdy ostatnia klientka kazała nam czekać przez godzinę.
Wsunęłam mu do ręki trzy rupie, wymuszając na nim obietnicę, że na kolację kupi sobie coś porządnego, a nie tłuste przekąski.
– Rośniesz – przypomniałam mu, jak gdyby sam o tym dobrze nie wiedział.
Uśmiechnął się szeroko i ruszył biegiem, prześlizgując się między klientami bazaru w stronę jasnych latarni.
– Ćapati i sabzi, zgoda? – zawołałam za nim.
Odwrócił się i pomachał wolną ręką.
– I ćat. Rosnący chłopak nie będzie przecież głodował – odpowiedział i zniknął w gęstym tłumie.
Wsiadając do wolnej rikszy, pomyślałam, że powinnam zajrzeć na budowę, tak bliską ukończenia, i sprawdzić postępy prac. Jeśli nie doglądałam ich przynajmniej co dwa dni, Naraya, majster, robił wszystko po łebkach, co oznaczało, że musiałam się z nim kłócić i nalegać, by rozebrał to, co właśnie skończył, i zaczynał od nowa (zdarzyło się to już kilka razy). Było jednak późno i nie miałam już sił na sprzeczki. Podałam rikszarzowi adres domu, w którym wynajmowałam pokój.
Gdy zamknęłam za sobą bramę i pośpiesznie przemknęłam przez wewnętrzny dziedziniec domu pani Iyengar, była już ósma. W brzuchu burczało mi z głodu. Postawiłam puste pojemniki obok kranu. Umyję je wieczorem, gdy służąca pani Iyengar skończy zmywanie naczyń. Właśnie miałam wejść po schodach do mojego pokoju, gdy przez otwarte drzwi zawołała mnie gospodyni.
– Dobry wieczór, dźi. – Złożyłam dłonie w geście namaste.
– Dobry wieczór, pani Shastri.
Pani Iyengar wytarła ręce w ściereczkę. Ostry zapach papryczki mirć51 świdrował w nosie – Iyengarowie pochodzili z południa i uwielbiali potrawy tak pikantne, że czułam palenie w gardle nawet od samego zapachu.
Niska, krępa kobieta spojrzała na mnie surowo.
– Ktoś o ciebie dziś pytał.
Nie odwiedzał mnie tu nikt poza Malikiem, którego pani Iyengar nazywała „tym łobuzem”.
Jej złote bransolety dzwoniły, gdy wycierała z palców zaschniętą mąkę ata52.
– Chciał poczekać w pokoju, ale wie pani przecież, że nie pozwalam tu na takie rzeczy. – Rzuciła mi ostrzegawcze spojrzenie.
– Dobrze pani zrobiła, pani Iyengar – odparłam uspokajająco. – Powiedział, czego chciał?
– Pytał, czy pochodzi pani z wioski Adźar. Powiedziałam mu, że nie wiem. – Przyglądała się mojej twarzy, jakby sprawdzając, czy nie wyczyta w niej jakichś nieznanych jej szczegółów z mojej przeszłości. – Miał taką ogromną bliznę – dodała. Przesunęła palcem od kącika ust aż do brody. – O, stąd dotąd. – Pogroziła mi tym samym palcem, marszcząc brwi. – To nie świadczy dobrze o charakterze człowieka.
Moje serce zaczęło bić jak oszalałe. Sięgnęłam po dłoń gospodyni, z jednej strony, by ją uspokoić, ale z drugiej – by odzyskać równowagę.
– Praca w kuchni strasznie wysusza dłonie, prawda? – powiedziałam łagodnie. – Jeśliby pani chciała, jutro mogę natrzeć je odrobiną olejku geraniowego.
Między jej brwiami pojawiła się zmarszczka; spojrzała na swoje dłonie, jakby widziała je po raz pierwszy.
– Nie chciałabym sprawiać kłopotu.
– To żaden kłopot. Następnym razem, gdy mąż weźmie panią za rękę, przypomną mu się początki małżeństwa. – Zachichotałam i się odwróciłam, by odejść. – Czy ten gość mówił może, kiedy zamierza wrócić? – zapytałam niby od niechcenia.
Pani Iyengar była skupiona na wydłubywaniu zaschniętego ciasta spod paznokci.
– Nic nie mówił – odparła.
– Właśnie wynosiłam krowom resztki z kuchni i widziałam go po drugiej stronie ulicy – powiedziała służąca, która zabierała się do szorowania naczyń.
Gdy pani Iyengar zaczęła karcić dziewczynę za wtrącanie się w nie swoje sprawy, skorzystałam z okazji i wymknęłam się na górę, wbiegłam do swojego pokoju i zaryglowałam drzwi. Serce prawie wyskakiwało mi z piersi; próbowałam uspokoić oddech. Przecież się spodziewałam, że Hari któregoś dnia się tu pojawi. Nieustannie wypatrywałam mocno zarysowanych brwi i tej ohydnej blizny. A potem, gdy lata mijały, a po nim nie było najmniejszego śladu, przekonałam sama siebie, że nigdy mnie nie odnajdzie.
Jak mnie wyśledził? W listach do mamy i taty błagałam, by wybaczyli mi ucieczkę, ale pamiętałam, by nigdy nie zdradzić swojego adresu. Nawet kiedy wysłałam im pieniądze na bilety kolejowe do Dżajpuru, poleciłam, by na dworcu zapytali o Malika. Następnie on miał ich do mnie przyprowadzić. O chłopca jednak nikt nie pytał. Czy to moi rodzice wysłali Hariego, by sprowadził mnie z powrotem do domu? Czy wciąż mieli do mnie żal i nigdy mi nie wybaczą?
Nie zapalając światła, podeszłam do okna i wyjrzałam na ulicę. Po jej drugiej stronie, za mangowcem, ujrzałam dół dhoti odcinający się bielą w ciemności. Po chwili zauważyłam czerwony łuk żarzącego się bidi. O tak późnej porze nikt nie wałęsał się po tej spokojnej dzielnicy. Służąca pani Iyengar mówiła, że widziała obcego zaledwie kilka minut temu. To musiał być Hari. Musiałam coś wymyślić, znaleźć sposób, by spotkać się z nim z dala od tego miejsca.
Ze schodów dobiegł cichy odgłos kroków drugiego lokatora mojej gospodyni, pana Pandeya, więc uchyliłam drzwi. Był pogrążony we własnych myślach; wyraźnie zaskoczył go mój widok.
– Pani Shastri… dobry wieczór.
Jego pełne usta rozciągnęły się powoli w uśmiechu. Kąciki jego oczu lekko opadały, co sprawiało, że wyglądał na kogoś łagodnego i cierpliwego. Takie cechy były pożądane u nauczyciela muzyki. Nosił długie włosy, ich końce spływały mu miękko na ramiona. Czasem sobie wyobrażałam, jak leży w łóżku u boku żony, ich włosy splątane ze sobą na poduszkach.
– Namaste, sahab53. – Złożyłam dłonie w geście pozdrowienia, żeby powstrzymać ich drżenie. – Jak idą lekcje?
– Tak dobrze, jak dobry jest uczeń. – Uśmiechnął się.
– Sheela Sharma śpiewała przepięknie na przyjęciu dla pań przed weselem Guptów. To pana zasługa.
– Nahi nahi – zaśmiał się cicho, dotykając płatków uszu, by odpędzić zazdrosne duchy. – Przed nami jeszcze długa droga, zanim zrobimy z Sheeli drugą Latę Mangeshkar.
Uczył Sheelę Sharmę, odkąd była mała. Mówił o niej niewiele, ale z tego, co mi czasem zdradzał, wnioskowałam, że miała naturalny talent, przez który była arogancka i dosyć leniwa. Wbrew temu, co powiedziałam Parwati, jeśli dziewczyna nie zacznie się przykładać do nauki, nie będzie miała szans, by kiedykolwiek dorównać kunsztem legendarnej śpiewaczce.
– A jak zdrowie pani Pandey?
– Doskonale, dziękuję za troskę.
– Czy mógłby mi pan wyświadczyć przysługę?
Mówiłam tak cicho, że musiał się przysunąć, by mnie usłyszeć. Z kieszeni wyciągnęłam notesik, wyrwałam kartkę i szybko skreśliłam kilka słów. Złożyłam kartkę i podałam mu. Wziął ją, nie odrywając ode mnie wzroku.
– Po drugiej stronie ulicy jest mężczyzna. Pali bidi. Czy mógłby mu pan to przekazać? To nie wypada, żebym sama się z nim spotkała… – Urwałam, spuściłam wzrok i cofnęłam się o krok.
Odchrząknął.
– Oczywiście, oczywiście. Teraz?
– Jeśli nie ma pan nic przeciwko.
Uniósł dłoń i pokręcił głową.
– To żaden kłopot.
Ruszył w dół po schodach.
Pobiegłam do okna w sypialni. Wciąż nie zapaliłam światła, więc mogłam wyglądać na zewnątrz, będąc niewidoczną. Rozpoznałam białą kurtę i padźamę54 pana Pandeya. Mój sąsiad przeszedł przez ulicę i zawahał się na moment. Po lewej, kilka kroków dalej, zapłonęła zapałka, więc zwrócił się w tamtą stronę. Powoli wypuściłam wstrzymywane powietrze.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
11 Hidźrowie (hind.) – określenie osoby trzeciej płci.
12 Tonga (hind.) – wóz konny.
13 Tongawala (hind.) – woźnica tongi.
14 Pipal (hind.) – figowiec pagodowy.
15 Tandur (hind.) – tradycyjny gliniany piec.
16 Ćaukidar (hind.) – portier, strażnik.
17 Namaste (hind.) – powszechny w Indiach gest pozdrowienia.
18 Han (hind.) – tak.
19 Śabaś (hind.) – świetnie.
20 Bundi rajta (hind.) – danie złożone z dipu rajta z gęstego jogurtu i przypraw oraz chrupiących kuleczek bundi z mąki z ciecierzycy.
21 Memsahib (hind.) – zwrot grzecznościowy, odpowiednik „szanowna pani”.
22 Śudrowie – najniższa kasta w Indiach, której przeznaczeniem jest służenie wyższym kastom
23 Kszatrijowie – kasta wojowników i władców.
24 Braminowie – kasta kapłańska.
25 Beta (hind.) – syn; także czułe określenie chłopca lub młodego mężczyzny.
26 Gymkhana (hind.) – miejsce, gdzie odbywają się zawody sportowe.
27 Tulsi (hind.) – indyjskie święte zioło uważane za skuteczne w leczeniu różnych dolegliwości.
28 Dija (hind.) – lampka oliwna.
29 Ma (hind.) – matka.
30 Dewdas (hind.) – potocznie playboy.
31 Bindi (hind.) – kropka na czole, oznaka stanu cywilnego kobiety.
32 Dźalebi (hind.) – smażone słodkie ciastka koloru pomarańczowego nasączane syropem.
33 Namkin (hind.) – słona przekąska, zwykle smażona.
34 Radźputowie – członkowie indyjskich rodów rycerskich.
35 Ćapati (hind.) – okrągłe przaśne placki chlebowe.
36 Lata Mangeshkar – znana indyjska piosenkarka.
37 Nawabowie – muzułmańscy arystokraci.
38 Liście kaffiru – liście krzewu papeda, używane jako przyprawa.
39 Frangipani (hind.) – inaczej plumeria czerwona lub kwiat Lei.
40 Khir (hind.) – deser podobny do puddingu ryżowego.
41 Sabzi (hind.) – smażone warzywa curry.
42 Tanduri roti (hind.) – okrągły chlebek z pełnoziarnistej mąki pieczony w piecu tandur.
43 Maliś (hind.) – masażysta.
44 Are! (hind.) – Na litość boską!
45 Bilkul (hind.) – absolutnie.
46 Angrezi(hind.) – Angielka lub język angielski.
47 Nahi nahi (hind.) – nie, nie.
48 Kurta (hind.) – tunika z długim rękawem, razem z padźamą tworzy tradycyjny strój męski.
49 Ćat (hind.) – wytrawne przekąski, przygotowywane na świeżo i sprzedawane na targu.
50 Bidi (hind.) – indyjskie papierosy bez filtra.
51 Mirć (hind.) – rodzaj pikantnej papryki.
52 Ata (hind.) – mąka pszenna z pełnego przemiału oraz zagniecione z niej ciasto.
53 Sahab (hind.) – zwrot grzecznościowy, pan.
54 Padźama (hind.) – luźne spodnie.
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Bohaterowie
CZĘŚĆ PIERWSZA
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
