Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 23.06.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Kobiety, które władają morzem, odkrywają, że najtrudniejsza walka to ta o swoje miejsce w świecie.
Na koreańskiej wyspie Jeju dorastają Mi-ja i Youngsook – dwie dziewczęta z zupełnie różnych światów, których los splata się w społeczności haenyeo, słynnych nurkujących kobiet. W surowych warunkach morza rodzi się między nimi silna więź, wzmacniana codzienną pracą i odpowiedzialnością za rodziny. Ich młodość przypada na czas burzliwej historii, która nieustannie zmienia życie wyspy.
Mi-ja, obciążona piętnem córki kolaboranta, i Young-sook, wychowana w szanowanej linii haenyeo, niosą odmienne dziedzictwa, stopniowo podważające fundament ich przyjaźni. W miarę jak wielkie wydarzenia coraz mocniej wkraczają w codzienność wyspy, bohaterki stają przed dramatycznymi wyborami, które na zawsze kształtują ich życie i los całej społeczności.
W świecie nieustraszonych nurkujących kobiet, gdzie to one przejmują odpowiedzialność za rodzinę, historia wystawia je na najtrudniejszą próbę. Czy uda im się przetrwać, gdy siły losu i dziejów wkraczają w każdy aspekt ich życia?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 484
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Island of Sea Women
Copyright © 2019 by Lisa See. By arrangement with the author.
All rights reserved
Copyright for the Polish edition © 2026 by Grupa Wydawnicza FILIA
Wszelkie prawa zastrzeżone
Copyright for the Polish translation: © Joanna Hryniewska
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy.
Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I Filia, Poznań 2026
Projekt okładki: vero.nick
Zdjęcia na okładce: © Adobe Contributor/Adobe Stock © Natalia/Adobe Stock
Redakcja: Anna Landowska
Korekta: Maciej Korbasiński, Zuzanna Juźwik, Marta Akuszewska
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Andżelika Wojtkiewicz
ISBN: 978-83-8441-181-0
Grupa Wydawnicza Filia sp. z.o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Staruszka siedzi na plaży, na przytroczonej do pośladków poduszce. Przebiera glony, które fale wyrzuciły na brzeg. Nawykła do życia w wodzie, ale na lądzie także nie traci czujności. Jej domem jest Jeju, wyspa słynąca z Trzech Obfitości: wiatru, kamieni i kobiet. Dziś wiatr, największy z nich kapryśnik, jest tylko lekką bryzą. Na niebie nie widać nawet jednego obłoczka. Promienie słońca przenikają czepek i odzież kobiety, grzeją jej głowę, kark i plecy. To takie kojące uczucie. Jej dom przycupnął na skalistym podłożu, tuż nad morzem. Nie jest imponujący: to tylko dwie niewielkie konstrukcje wzniesione z miejscowego kamienia, ale to położenie… Dzieci i wnuki zaproponowały przekształcenie budyneczków w restaurację i bar. „Babciu, będziesz bogata! Już nigdy nie będziesz musiała pracować”. Jedna z sąsiadek uległa namowom młodszego pokolenia. Teraz dom tamtej kobiety to pensjonat i włoska restauracja. I to wszystko na plaży Young-sook. W jej wiosce. Nigdy nie pozwoli, żeby zrobili coś takiego z jej domem. „We wszystkich kieszeniach całej Korei nie ma dość pieniędzy, żeby przekonały mnie do odejścia”, powtarzała tyle razy. Jak ona mogła? Dom to gniazdo, w którym ukrywa swoje radości i smutki, śmiech i troski całego życia.
Nie pracuje na plaży sama. Inne kobiety w podobnym wieku – po osiemdziesiątce i dziewięćdziesiątce – także przekopują algi skłębione na piasku. Te, które można dobrze sprzedać, wkładają do torebeczek, resztę odrzucają. Deptakiem oddzielającym zatoczkę od drogi spacerują pary młodych ludzi, zapewne nowożeńcy. Trzymają się za ręce, przytulają się, czasami wymieniają nawet pocałunki – na oczach wszystkich, w biały dzień. Young-sook widzi rodzinę turystów, najwyraźniej z kontynentu. Wystarczy spojrzeć na męża i dzieci w identycznych koszulkach w kropki i limonkowych szortach. Żona ma taką samą koszulkę, ale poza tym jej skórę szczelnie osłaniają od słońca długie spodnie, ochraniacze na przedramionach, rękawiczki, kapelusz i maseczka. Dzieci z wioski wspinają się na skały rozsiane wśród piasku i schodzące do morza. Już po chwili bawią się w najlepsze w płytkich zagłębieniach, chichoczą, nurkują na wyścigi do najgłębiej położonych skał, konkurują w poszukiwaniu wyrzuconych przez fale szkiełek, a niektórym udaje się nawet znaleźć jeżowca. Kobieta uśmiecha się pod nosem. Jakże odmienne życie czeka te maluchy…
Young-sook przypatruje się też innym ludziom. Tym, którzy gapią się na nią przez chwilę, czasami zupełnie otwarcie, nie kryjąc swojej wścibskości, po czym przenoszą spojrzenie na inne staruszki pracujące dziś na brzegu. Która babunia wygląda najsympatyczniej? Najprzystępniej? Ci ludzie nie rozumieją, że Young-sook i jej przyjaciółki także ich oceniają. To naukowcy, dziennikarze czy dokumentaliści? Czy zapłacą? Czy wiedzą cokolwiek o haenyeo – morskich kobietach? Będą chcieli robić jej zdjęcia. Będą jej wymachiwać mikrofonem przed twarzą i zadawać te same, łatwe do przewidzenia pytania.
– Czy uważa się pani za morską babcię? Czy raczej za syrenę?
– Rząd przykleił haenyeo etykietkę bezcennej spuścizny kulturowej, wymierającego gatunku, który trzeba ocalić, choćby od zapomnienia. Jak to jest być tą ostatnią z ostatnich?
Jeżeli to uczeni, to będą chcieli porozmawiać o matrycentrycznej kulturze Jeju. Będą wyjaśniać: „To nie matriarchat, raczej społeczeństwo skupione na kobietach”. Potem zaczną sondować: „Czy naprawdę kierowała pani gospodarstwem domowym? Czy wydzielała pani pieniądze mężowi?”. Często trafiają się jej młode kobiety, które zadają stale to samo pytanie: „Lepiej urodzić się mężczyzną czy kobietą?”. Young-sook wysłuchiwała tych dyskusji przez całe życie. O co by nie pytali, zawsze odpowiada tak samo: „Byłam najlepszą haenyeo!”. Woli na tym poprzestać. Jeżeli przybysz naciska, Young-sook dodaje szorstko: „Jeśli chcecie się czegoś o mnie dowiedzieć, idźcie do Muzeum Haenyeo. Są tam moje zdjęcia. Możecie obejrzeć film o mnie!”. Jeżeli nadal nie odpuszczają… Cóż, wtedy staje się naprawdę bezpośrednia: „Zostawcie mnie w spokoju! Mam robotę!”.
Jej odpowiedzi zależą zazwyczaj od samopoczucia. Dzisiaj słońce świeci jasno, a woda lśni. Chociaż Young-sook siedzi na brzegu, aż do szpiku kości przenika ją lekkość morza. Czuje fale kojące obolałe mięśnie, przejmujący chłód niosący ulgę rozpalonym stawom. Dlatego pozwala się sfotografować, a nawet przesuwa w tył czepek, żeby jakiś młodzian mógł „lepiej widzieć jej twarz”. Przypatruje mu się, jak nieuchronnie zmierza ku najtrudniejszej kwestii. W końcu zadaje to pytanie:
– Czy pani rodzina cierpiała podczas Incydentu Trzeciego Kwietnia?
Aigo, oczywiście, że cierpiała. Oczywiście. Oczywiście. Oczywiście.
– Cierpieli wszyscy mieszkańcy wyspy Jeju – odpowiada.
I to wszystko, co ma na ten temat do powiedzenia. Na zawsze. Lepiej mu powiedzieć, że teraz jest najszczęśliwszy okres w jej życiu. Bo to prawda. Nadal pracuje, ale ma czas na odwiedziny u przyjaciółek i podróże. Może patrzeć na prawnuczki i rozmyślać: Ta jest ładna. A za to tamta jest najbystrzejsza. Albo: A ta niech lepiej znajdzie dobrego męża. Wnuczęta i prawnuczęta są jej największą radością. Dlaczego nie mogła tak myśleć, gdy była młodsza? Ale wtedy nie potrafiła sobie wyobrazić, jak potoczy się jej życie. Nie umiałaby nawet wyśnić tego dnia.
Młodzieniec odchodzi. Próbuje nawiązać rozmowę z inną kobietą, Kang Gu-ją, która pracuje około dziesięciu metrów na lewo od Young-sook. Gu-ja, wiecznie zrzędliwa, nawet nie podnosi na niego wzroku. Młody mężczyzna próbuje szczęścia z młodszą siostrą Gu-ji, Gu-sun, lecz ta wykrzykuje: „Odejdź!”. Young-sook prycha z aprobatą.
Napełniwszy woreczek, wstaje chwiejnie i wlecze się do stosu większych toreb. Przekłada zawartość torebeczki do jej dużego odpowiednika i kuśtykając, przenosi się na nietkniętą ludzką stopą część plaży. Mości się ponownie, układa poduszkę pod pośladkami. Jej spracowane dłonie, choć sękate i zniszczone po wielu latach na słońcu, zachowały zręczność. Szum morza… pieszczota ciepłej bryzy… świadomość, że chronią ją tysiące bogiń zamieszkujących tę wyspę… Nawet barwne wyzwiska Gu-sun nie mogą zepsuć jej humoru.
Wtedy Young-sook dostrzega kątem oka inną rodzinę. Ci ludzie nie są ubrani jednakowo i nie wyglądają tak samo. Mąż jest biały, żona to Koreanka, a dzieci – mały chłopczyk i nastolatka – są Metysami. Mimo najlepszych chęci Young-sook musi przyznać, że widok takiej mieszanki rasowej ją deprymuje. Czuje się nieswojo, patrząc na chłopca w szortach, koszulce z wizerunkiem superbohatera i znoszonych tenisówkach oraz dziewczynę w spodenkach, które ledwie zakrywają to, co powinno pozostać ukryte, ze słuchawkami w uszach i kabelkami zwieszającymi się z jej rozkwitających piersi. Young-sook zgaduje, że to Amerykanie. Przygląda się im nieufnie, gdy podchodzą.
– Czy pani Kim Young-sook? – pyta blada, ładna kobieta. Gdy Young-sook kiwa lekko głową, kobieta mówi dalej: – Mam na imię Ji-young, ale wszyscy mówią mi Janet.
– Janet. – Young-sook wymawia to słowo na próbę.
– A to jest mój mąż, Jim, i nasze dzieci, Clara i Scott. Zastanawialiśmy się, czy pamięta pani moją babkę. – Janet mówi… po jakiemu ona właściwie mówi? Nie po koreańsku, ale też nie w dialekcie Jeju. – Miała na imię Mi-ja, a na nazwisko Han…
– Nie znam nikogo takiego.
Pomiędzy brwiami kobiety pojawia się ledwie dostrzegalna zmarszczka.
– Ale czy nie mieszkałyście obie w tej wiosce?
– Ja tu mieszkam, ale nie wiem, kogo ma pani na myśli. – Young-sook mówi głośniej i ostrzej od Gu-sun, co sprawia, że obie siostry Kang spoglądają w jej stronę. Wszystko w porządku?
Mimo to Amerykanka pozostaje nieugięta.
– Pokażę pani jej zdjęcie.
Przetrząsa torebkę, wydobywa szarą kopertę i przegląda jej zawartość, aż znajduje to, czego szukała. Wyciąga rękę i pokazuje Young-sook czarnobiałą fotografię dziewczyny w staromodnym białym kostiumie kąpielowym. Jej sutki przypominają oczy ośmiornicy spoglądające z bezpiecznej groty. Włosy zakryła białą chustką. Ma okrągłą twarz, szczupłe ramiona z wyraźnie zaznaczoną rzeźbą mięśniową i mocne nogi. Uśmiecha się szeroko i odważnie.
– Przepraszam – mówi Young-sook. – Nie znam jej.
– Mam więcej zdjęć – ciągnie kobieta.
Kiedy Janet znowu zerka do koperty i grzebie w fotografiach, Young-sook uśmiecha się do białego mężczyzny.
– Ty mieć telefon? – pyta po angielsku, chociaż wie, że mówi w tym języku o wiele gorzej niż żona Jima po koreańsku. Następnie wykonuje gest, jakby przykładała wyimaginowane urządzenie do ucha.
Stosowała tę taktykę już wielokrotnie, by uwolnić się od uciążliwych intruzów. Jeżeli ma do czynienia z młodą kobietą, mówi na przykład: „Zanim odpowiem na pani pytania, muszę porozmawiać z wnukiem”. Mężczyzn, bez względu na wiek, pyta: „Jest pan żonaty? Wnuczka mojej siostry to urocza dziewczyna. No i studiuje. Sprowadzę ją tu, żebyście mogli się poznać”. Zadziwiające, jak wielu ludzi nabiera się na te sztuczki. I rzeczywiście, obcokrajowiec już klepie się po kieszeniach w poszukiwaniu telefonu. Uśmiecha się. Ma olśniewająco białe, niezwykle proste zęby, jak rekin. Ale nastolatka wyjmuje swój telefon szybciej. To jeden z tych nowych iPhone’ów; w tym roku Young-sook kupowała takie same prawnukom na urodziny.
– Proszę podyktować numer – mówi Clara, nawet nie wyjmując słuchawek z uszu.
Jej głos jeszcze bardziej zbija Young-sook z tropu. Dziewczyna posługuje się dialektem Jeju. Nie idealnym, ale znośnym. Ten dźwięk wywołuje gęsią skórkę na ramionach Young-sook.
Podaje numer, a Clara stuka w ekran telefonu. Skończywszy, odpina kabelek i wyciąga telefon w stronę Young-sook, która nagle czuje się jak sparaliżowana. Pod wpływem impulsu – bo jakżeby inaczej? – dziewczyna pochyla się i przykłada telefon do ucha staruszki. Jej dotyk jest… niczym lawa. Krzyżyk na złotym łańcuszku wysuwa się spod koszulki dziewczyny i kołysze się tuż przed oczami Young-sook. Teraz zauważa, że matka, Janet, również ma na szyi krzyżyk.
Czworo cudzoziemców wpatruje się w nią wyczekująco. Myślą, że chce im pomóc. Mówi szybko do telefonu. Janet znowu marszczy brwi, próbując zrozumieć jej słowa. Young-sook jednak używa czystego dialektu Jeju, a ten ma ze standardowym koreańskim tyle wspólnego, co francuski z japońskim. Tak przynajmniej słyszała. Gdy kończy rozmowę, Clara wkłada telefon do tylnej kieszeni i zmieszana patrzy, jak matka wyciąga kolejne fotografie.
– To mój ojciec w młodości – mówi Janet, podsuwając Young-sook pod oczy niewyraźne zdjęcie. – Pamięta go pani? A to inna fotografia babki. Zrobiona w dniu jej ślubu. Ktoś mi powiedział, że ta dziewczyna obok niej to pani. Czy mogłaby pani poświęcić parę minut na rozmowę z nami?
Young-sook jednak powróciła już do przebierania wodorostów. Z grzeczności zerka od czasu do czasu na zdjęcia, ale jej twarz nie wyraża żadnych uczuć.
Kilka minut później plażą nadjeżdża, podskakując na kamieniach, motocykl z doczepionym wózkiem. Gdy zatrzymuje się przy Young-sook, ta próbuje wstać. Obcokrajowiec ujmuje staruszkę pod ramię, żeby ją podtrzymać. Już od dawna nie dotykał jej żaden biały; Young-sook wyrywa się instynktownie.
– On chciał tylko pomóc – mówi Clara w tej dziecięcej odmianie dialektu Jeju.
Young-sook przygląda się obcym, którzy usiłują pomóc jej wnukowi przy ładowaniu toreb z algami na platformę. Kiedy ładunek jest zabezpieczony, gramoli się na miejsce za wnukiem i obejmuje go w pasie.
– Jedź! – Trąca mężczyznę wierzchem dłoni. Gdy opuszczają plażę i wtaczają się na drogę, Young-sook dodaje łagodniej: – Pokręć się przez chwilę. Nie chcę, żeby zobaczyli, gdzie mieszkam.
PRZYJAŹŃ
1938
Kwiecień 1938
Pierwszy dzień morskiej pracy rozpoczął się dla mnie na wiele godzin przed wschodem słońca, gdy nawet wrony jeszcze spały. Ubrałam się i odnalazłam w ciemnościach drogę do naszego wychodka. Wspięłam się po drabinie do kamiennego budyneczku i zajęłam pozycję nad dziurą w podłodze. Poniżej zgromadziły się nasze świnie; słyszałam ich niecierpliwe chrząkanie. W rogu stał oparty o ścianę tęgi kij: na wypadek, gdyby któraś próbowała wskoczyć na górę w przypływie nadmiernej ekscytacji. Wczoraj byłam zmuszona zdzielić jedną całkiem mocno. Świnie musiały to zapamiętać, bo tego ranka czekały, aż odchody spadną na ziemię, żeby zacząć o nie walczyć. Wróciłam do domu, przytroczyłam zawiniątko z braciszkiem na plecach i wyszłam ponownie, aby naczerpać wody z wioskowej studni. Po trzech kursach z ceramicznymi dzbanami w obu dłoniach miałam dość wody, by zaspokoić nasze poranne potrzeby. Potem pozbierałam łajno na opał, do ogrzewania i gotowania. Także tę pracę trzeba było wykonać wcześnie, żeby nie uprzedziły mnie inne mieszkanki wioski. Wypełniwszy wszystkie obowiązki, ruszyłam z braciszkiem z powrotem do domu.
Trzy pokolenia naszej rodziny żyły wspólnie w jednym obejściu. Matka, Ojciec i dzieci w dużym domu, a Babka w domku po przeciwnej stronie podwórza. Obie kamienne budowle pokryto strzechą i dociążono kamieniami, żeby nie zerwał jej dmący na wyspie wiatr. Na duży dom składały się trzy pomieszczenia: kuchnia, główna izba i specjalna komora dla kobiet, w której spędzały noce poślubne i czas po porodzie. W głównej izbie lampy migotały i strzelały naftą. Nasze maty do spania już zwinięto i ułożono pod ścianą.
Babka nie spała; już odziana, popijała gorącą wodę. Włosy przykryła chustką. Jej kościste oblicze i dłonie miały barwę kasztanów. Dwaj najstarsi bracia, dwunasto- i dziesięcioletni, siedzieli ze skrzyżowanymi nogami na podłodze, stykając się kolanami. Naprzeciwko nich wiercił się, jak to siedmiolatek, Trzeci Brat. Młodsza ode mnie o sześć lat siostra pomagała Matce przy pakowaniu trzech koszy. Twarz tej ostatniej wyrażała koncentrację; rodzicielka sprawdzała po dwa razy, czy zabrała wszystko, co niezbędne. Tymczasem Młodsza Siostra starała się ze wszystkich sił pokazać, że już się przygotowuje, by zostać dobrą haenyeo.
Ojciec rozlewał do miseczek przygotowaną własnoręcznie cienką zupę z prosa. Kochałam go. Miał pociągłą twarz Babki i szczupłe, miękkie dłonie. Jego spojrzenie było głębokie i ciepłe, a pełne odcisków stopy niemal zawsze bose. Swój ulubiony kapelusz z psiej sierści wcisnął aż na uszy i założył kilka warstw ubrań, dzięki czemu mógł ukryć, że odmawia sobie strawy, żeby zostało więcej dla dzieci. Matka nigdy nie traciła ani chwili. Dołączyła do nas na podłodze i pożywiając się, podawała pierś braciszkowi. Gdy tylko zjadła zupę i skończyła karmić, przekazała dziecko Ojcu. Jak wszyscy mężowie haenyeo, miał on spędzić resztę dnia pod wioskowym drzewem na głównym placu Hado, wraz z innymi ojcami. Wspólnie będą opiekować się niemowlętami i mniejszymi dziećmi. Zadowolona, że Czwarty Brat spoczywa kontent w ramionach Ojca, Matka nakazała mi gestem pośpiech. Wstrząsnął mną niepokój. Tak bardzo chciałam się dzisiaj sprawdzić.
Gdy wyszłam na zewnątrz z Matką i Babką, niebo zaczynało dopiero różowieć. Rozjaśniło się już na tyle, że mogłam dostrzec obłoczki mojego oddechu rozwiewające się w zimnym powietrzu. Babka szła powoli, za to Matka poruszała się bardzo sprawnie. Miała silne kończyny. Zarzuciła już swój kosz na plecy, a teraz pomogła mi zamocować pasy mojego. I oto wyruszyłam do pracy, żeby pomóc wykarmić i utrzymać rodzinę; stawałam się częścią długiej tradycji haenyeo. Nagle poczułam się kobietą.
Matka podźwignęła trzeci kosz. Trzymała go przed sobą, gdy we trzy przechodziłyśmy przez otwór w kamiennym murze, który chronił nasze niewielkie gospodarstwo przed wścibskimi spojrzeniami i nielitościwym wiatrem. Kroczyłyśmy olle – jedną z tysięcy ścieżek wygrodzonych kamiennymi murkami, które przebiegają pomiędzy domami i pokrywają gęstą siecią całą wyspę. Miałyśmy się na baczności przed japońskimi żołnierzami. Korea pozostawała wówczas pod okupacją japońską już od dwudziestu ośmiu lat. Nienawidziliśmy Japończyków, i z wzajemnością. Byli okrutni. Rabowali żywność. W głębi lądu kradli trzodę. Łupili, zagarniali i zawłaszczali. Zabili rodziców Babki, która nazywa ich chokpari, kopytonożnymi. Matka zawsze powtarzała, że jeżeli kiedykolwiek napotkam w pojedynkę okupantów, czy to żołnierzy, czy cywilów, mam uciekać i ukryć się, ponieważ skrzywdzili oni wiele dziewcząt z Jeju.
Skręciłyśmy za róg i wyszłyśmy na długi prosty odcinek. W oddali moja przyjaciółka, Mi-ja, przeskakiwała z nogi na nogę, trochę z podniecenia, a trochę, by się rozgrzać. Miała idealną cerę, a światło brzasku rozświetlało jej policzki. Dorastałam w części Hado zwanej Gul-dong, a Mi-ja w Sut-dongu, dlatego zawsze spotykałyśmy się w tym miejscu. Jeszcze zanim podeszłyśmy, Mi-ja pokłoniła się głęboko, żeby okazać Matce wdzięczność i pokorę. Ta zaś skłoniła się lekko, na tyle, by pokazać, że przyjmuje okazany jej szacunek. Następnie w milczeniu przytroczyła trzeci kosz do pleców Mi-ji.
– Uczyłyście się razem pływać, dziewczęta – przemówiła Matka. – Patrzyłyście i uczyłyście się naszego fachu. Ty, Mi-jo, pracowałaś szczególnie ciężko.
Nie miałam Matce za złe, że ją wyróżniła. Moja przyjaciółka na to zasłużyła.
– Nie wiem, jak pani dziękować. – Głos Mi-ji był delikatny jak płatki kwiatów. – Była mi pani matką i nigdy nie przestanę być za to wdzięczna.
– Jesteś dla mnie jak córka – odpowiedziała Matka. – Dzisiaj zakończyły się trudy Halmang Samseung. Jako bogini nadzorująca ciąże, porody i wychowanie dzieci przez piętnaście pierwszych lat ich życia zostaje dziś uwolniona od wszelkich obowiązków. Wiele dziewcząt ma przyjaciółki, ale wasza więź jest silniejsza. Jesteście jak siostry i oczekuję, że będziecie się nawzajem otaczać opieką dzisiaj i każdego dnia, jak uczyniłoby to rodzeństwo połączone więzami krwi.
Było to na poły błogosławieństwo, na poły ostrzeżenie.
Mi-ja pierwsza wyraziła swoje obawy.
– Rozumiem, o co chodzi z chwytaniem wodnego oddechu, zanim zanurkuję w falach. Muszę nabrać tyle powietrza, ile tylko się da. Ale co, jeśli nie będę wiedziała, kiedy się wynurzyć? Jeżeli nie będę umiała wydać właściwego sumbisori?
Chwytanie wodnego oddechu to metoda, jaką stosują wszystkie haenyeo, żeby zatrzymać w płucach dość powietrza na całe zanurzenie. Sumbisori zaś to specjalny dźwięk, jakby gwizd czy świst delfina, jaki wydaje haenyeo, gdy wynurza się na powierzchnię. Wypuszcza wówczas powietrze z płuc, po czym bierze głęboki wdech.
– Wciąganie powietrza nie powinno stanowić problemu – oznajmiła Matka. – Wdychasz je każdego dnia swojej ziemskiej wędrówki.
– Ale co, jeżeli zabraknie mi go na głębinie? – drążyła Mi-ja.
– Wdech i wydech. Każda początkująca haenyeo się tym martwi – wypaliła Babka, zanim Matka zdążyła odpowiedzieć. Traciła do Mi-ji cierpliwość.
– Twoje ciało będzie wiedziało, co robić – odparła Matka uspokajająco. – A nawet jeśli nie, to ja będę przy tobie. Jestem odpowiedzialna za bezpieczny powrót każdej kobiety na brzeg. Nasłuchuję sumbisori wszystkich kobiet z naszej grupy. Nasze sumbisori łączą się na Jeju w pieśń powietrza i wiatru. Nasze sumbisori to dźwięk z trzewi świata. Nasz łącznik z przeszłością i przyszłością. Sumbisori pozwala nam służyć najpierw naszym rodzicom, a potem dzieciom.
Te słowa mnie pocieszyły, ale zauważyłam także, że Mi-ja wpatruje się we mnie wyczekująco. Wczoraj ustaliłyśmy, że podzielimy się z Matką naszymi troskami. Mi-ja wyjawiła swoje, lecz ja się wahałam. Śmierć w morzu miała wiele twarzy, byłam więc przerażona. Matka mogła powiedzieć, że Mi-ja jest dla niej jak córka, i kochałam ją za uczucie, jakim darzyła moją przyjaciółkę. To jednak ja byłam jej prawdziwą córką i nie chciałam, żeby miała o mnie gorsze zdanie niż o Mi-ji.
Na szczęście Matka ruszyła naprzód i nie musiałam już niczego mówić. Podążyłyśmy z Mi-ją za nią, a Babka zamykała nasz pochód. Mijałyśmy kolejne domy, wszystkie kamienne i kryte strzechą. Główny plac był niemal pusty; przechodziły przez niego tylko kobiety, przyzywane do morza jego słoną wonią i szumem fal. Tuż przed zejściem na plażę zatrzymałyśmy się, żeby zerwać po garści liści z kępy bylicy, które umieściłyśmy następnie w koszach. Skręciłyśmy jeszcze raz i stanęłyśmy na brzegu. Stąpając po ostrych skałach, dotarłyśmy do miejsca, gdzie znajdował się bulteok, czyli palenisko. Była to okrągła, pozbawiona dachu budowla, wzniesiona ze skał wulkanicznych. Zamiast drzwi miała dwie zaokrąglone ściany, zachodzące na siebie, tak żeby nie dało się zajrzeć do środka. Na płyciźnie przycupnęła podobna konstrukcja. Tam ludzie kąpali się i prali odzież. Natomiast tuż przy brzegu, gdzie woda sięgała nam zaledwie do kolan, kawałek terenu odgrodzono kamiennym murem. Przypływ przynosił tu sardele. W czasie odpływu brodziłyśmy za murem, odławiając sieciami uwięzione ryby.
Mieliśmy w Hado siedem bulteoków, po jednym dla każdej sąsiedzkiej grupy nurkowej. Nasza liczyła trzydzieści członkiń. Logika nakazywałaby umiejscowić wejście do bulteoku od strony wody, skoro haenyeo spędzają w niej całe dnie. Wejście umieszczone z tyłu dawało jednak dodatkową ochronę przed wiatrami wiejącymi stale od morza. Pośród huku fal słyszałyśmy kobiece głosy; droczyły się, śmiały i wykrzykiwały oklepane żarciki. Gdy weszłyśmy do środka, zgromadzone kobiety odwróciły ku nam głowy. Wszystkie miały na sobie spodnie i watowane kurtki.
Mi-ja odstawiła kosz i pośpieszyła do ognia.
– Nie musisz się teraz troszczyć o palenisko! – zawołała przyjaźnie Yang Do-saeng.
Miała wystające kości policzkowe i spiczaste łokcie. Jako jedyna znana mi osoba zawsze nosiła warkocze. Nieco starsza od Matki była jej partnerką do nurkowania i najlepszą przyjaciółką. Mąż Do-saeng dał jej syna i córkę, i na tym koniec. Z pewnością było to smutne. Niemniej jednak nasze rodziny były sobie bardzo bliskie, tym bardziej że mąż Do-saeng pracował w fabryce w Japonii. W tamtych czasach w Japonii mieszkała mniej więcej czwarta część populacji Jeju, ponieważ bilet na prom kosztował równowartość połowy worka ryżu. Mąż Do-saeng przebywał w Hiroszimie od tak dawna, że nawet go nie pamiętałam. Matka wspierała Do-saeng w rytuałach kultu przodków, a Do-saeng pomagała jej gotować dla rodziny w czasie naszych ceremonii.
– Nie jesteś już uczennicą. Dzisiaj będziesz z nami. Jesteś gotowa, dziewczyno?
– Tak, Ciotko – odparła Mi-ja, używając zaszczytnego tytułu. Skłoniła się i wycofała.
Pozostałe kobiety wybuchnęły śmiechem, na co Mi-ja oblała się rumieńcem.
– Przestańcie jej dokuczać – powiedziała Matka. – Obydwie mają dzisiaj dość zmartwień.
Jako szefowa grupy Matka siedziała z plecami opartymi o tę część kamiennej ściany, która dawała najlepszą ochronę przed wiatrem. Gdy się usadowiła, pozostałe kobiety zajęły miejsca w ścisłym porządku, zgodnie z hierarchią wyznaczoną przez umiejętności nurkowe każdej z nich. Najlepsze miejsca należały do babek nurkowania, takich jak Matka, które na morzu osiągnęły najwyższy status, chociaż na lądzie nie doczekały się jeszcze wnuków. Prawdziwe babki, jak moja, nazywano po prostu babkami, którym należał się szacunek. Choć ich morska praca zakończyła się dawno temu, nadal cieszyły się towarzystwem kobiet, z którymi spędziły większość życia. Babka i jej przyjaciółki lubiły teraz przebierać wyrzucone przez morze wodorosty lub nurkować blisko plaży, na płyciznach. Dzięki temu mogły spędzać dnie na wymianie żartów i na zwierzeniach ze swych trosk. Jako otoczone szacunkiem kobiety honoru zajmowały w bulteoku miejsca drugie co do ważności. Kolejne należały do nurkowych młódek, kobiet między dwudziestym a trzydziestym rokiem życia, które nadal doskonaliły swoje umiejętności. Mi-ja i ja siedziałyśmy z nurkowymi dziećmi: dwiema siostrami Kang, Gu-ją i Gu-sun, starszymi od nas o dwa i trzy lata, oraz córką Do-saeng, Yu-ri, która skończyła już dziewiętnaście lat. Wszystkie trzy miały kilkuletnie doświadczenie w nurkowaniu, podczas gdy ja z Mi-ją byłyśmy prawdziwymi początkującymi. Dzieliłyśmy w pięć najniższy status w grupie, co oznaczało, że przysługiwały nam miejsca tuż przy wejściu do bulteoku. Owiewał nas zimny wiatr, dlatego skwapliwie przysunęłyśmy się z Mi-ją do ognia. Rozgrzanie się przed wejściem do morza było bardzo ważne.
– Czy na tej plaży jest jakieś pożywienie? – zapytała Matka, rozpoczynając spotkanie.
– Więcej, niż byłoby ziarenek piasku na całej Jeju – odpowiedziała śpiewnie Do-saeng – gdybyśmy tylko miały obfitość piasku zamiast skał.
– Więcej, niż byłoby na dwudziestu księżycach – oświadczyła inna z pływaczek – gdyby tyle ich nam świeciło.
– Więcej, niż byłoby w pięćdziesięciu dzbanach w domu mojej babki – włączyła się pewna owdowiała przedwcześnie kobieta – gdyby tylko je posiadała.
– Dobrze – odparła Matka na rytualne prześmiechy. – Zastanówmy się zatem, gdzie będziemy dzisiaj nurkować.
W domu jej głos zawsze wydawał się taki donośny. Tutaj był tylko jednym z wielu tubalnych głosów, ponieważ z upływem czasu uszy wszystkich haenyeo niszczy ciśnienie wody. Pewnego dnia ja również miałam zacząć tak mówić.
Ocean nie należy do nikogo, ale każda grupa miała nadane prawa do nurkowania na konkretnych obszarach: tuż przy plaży, w odległości dwudziestu, trzydziestu minut od lądu lub daleko na otwartym morzu, gdzie można było dopłynąć tylko łodzią; z zatoczką, podwodnym wyniesieniem niezbyt daleko od brzegu, po północnej stronie tej czy innej wysepki i tak dalej. Przysłuchiwałyśmy się z Mi-ją, jak kobiety rozważały różne możliwości. Jako nurkowe dzieci nie zasłużyłyśmy jeszcze na prawo wypowiedzi. Nawet nurkowe młódki milczały. Matka odrzucała większość propozycji.
– Tamta okolica jest przełowiona – odpowiedziała na sugestię Do-saeng.
– Nasze morskie pola, tak jak ich lądowe odpowiedniki, żyją w rytmie pór roku – odparła innym razem. – Musimy uszanować okres tarła. Nie wolno nam podnosić z dna ślimaków morskich od lipca do września, uchowców zaś od października do grudnia. Naszym obowiązkiem jest strzec morza i gospodarować nim. Jeśli będziemy chronić nasze wodne pola, nie przestaną nas one żywić.
W końcu podjęła decyzję.
– Powiosłujemy do podwodnego kanionu, niedaleko stąd.
– Nurkowe dzieci nie są na to gotowe – stwierdziła jedna z nurkowych babek. – Nie są jeszcze wystarczające silne ani jeszcze na to nie zasłużyły.
Matka uniosła dłoń.
– Lawa spływająca z Babki Seolmundae utworzyła tam skalny kanion. Na jego zboczach znajdzie się coś na każdy poziom umiejętności. Najbardziej doświadczone spośród nas mogą zejść na dowolną głębokość, a nurkowe dzieci będą zbierać blisko powierzchni. Siostry Kang pokażą Mi-ji, co robić. Chciałabym, żeby córka Do-saeng, Yu-ri, zaopiekowała się Young-sook. Yu-ri zostanie niebawem nurkową młódką, będzie to więc dla niej dobry trening.
Po wyjaśnieniach Matki nie było dalszych obiekcji. Związki matek z kobietami z grupy nurkowej są bliższe niż z własnymi dziećmi. Tamtego dnia owa głębsza więź zaczęła się tworzyć także między Matką i mną. Patrząc na Do-saeng i Yu-ri, mogłam odgadnąć, jak za kilka lat będzie to wyglądało między nami. Ta chwila jednak uświadomiła mi również powody, dla których Matkę wybrano na szefową. Była przywódczynią, ceniono jej opinię.
– Każda z wchodzących do morza kobiet dźwiga na plecach własną trumnę – ostrzegła zgromadzone. – W tej krainie, w tym podmorskim świecie, ciągniemy za sobą trudy istnienia. Codziennie przemykamy pomiędzy życiem i śmiercią.
Te uświęcone tradycją frazy powtarzano na Jeju często. Mimo to wszystkie pokiwałyśmy posępnie głowami, jakbyśmy słyszały je po raz pierwszy.
– Gdy wstępujemy w morze, dzielimy pracę i ryzyko – dodała Matka. – Razem zbieramy, sortujemy i sprzedajemy, ponieważ morze jest wspólne w swej istocie.
Wygłosiwszy tę ostatnią zasadę – jakby ktokolwiek mógł zapomnieć o czymś tak podstawowym – Matka dwukrotnie klepnęła się w uda na znak, że spotkanie dobiegło końca i czas nam ruszać. Kiedy Babka i jej przyjaciółki wyszły gęsiego na zewnątrz, by rozpocząć pracę na brzegu, Matka nakazała Yu-ri gestem, by pomogła mi się przygotować. Znałyśmy się z Yu-ri przez całe życie, naturalnie stanowiłyśmy więc dobraną parę. Siostry Kang nie znały dobrze Mi-ji i chciałyby zapewne trzymać się od niej na dystans. Była sierotą, a jej ojciec kolaborantem: pracował w mieście Jeju dla Japończyków. Czy to się im jednak podobało, czy nie, musiały robić, co nakazała Matka.
– Stój blisko ognia – poleciła mi Yu-ri. – Im szybciej się rozbierzesz i przygotujesz, tym szybciej znajdziemy się w wodzie. Im wcześniej wejdziemy do wody, tym wcześniej tu wrócimy. A teraz rób to, co ja.
Zbliżyłyśmy się do ogniska i zdjęłyśmy ubrania. Żadna ze zgromadzonych nie miała przed tym zahamowań. Czułam się jak w łaźni publicznej. Niektóre młodsze kobiety miały duże ciążowe brzuchy. Skórę starszych znaczyły rozstępy, a ich biusty obwisły pod wpływem czasu i długotrwałego karmienia. Mi-ja i ja też przeszłyśmy już swoje i odbiło się to na naszych ciałach. Chociaż miałyśmy po piętnaście lat, trudy życia – niedostatek pożywienia, ciężka praca fizyczna i zimno – sprawiły, że byłyśmy chude jak węgorze, piersi nie zaczęły nam jeszcze rosnąć, a między nogami wyrastały zaledwie pojedyncze kępki włosów. Drżałyśmy na chłodzie, gdy Yu-ri, Gu-ja i Gu-sun pomagały nam wdziać trzyczęściowe stroje wodne, uszyte z gładkiej białej bawełny. Dzięki bieli miałyśmy być lepiej widoczne pod wodą, rzekomo odstraszała również rekiny i delfiny. Zdałam sobie jednak sprawę, że cienki materiał nie da nam wiele ciepła.
– Wyobraźcie sobie, że Mi-ja jest dzieckiem – poradziła Yu-ri siostrom Kang. – Zawiążcie jej strój. – Potem zwróciła się do mnie z wyjaśnieniem: – Jak widzisz, ma luźne poły. Związujesz je troczkami. Dzięki temu strój można poszerzać lub zwężać, na przykład na okres ciąży albo gdy przybierasz czy tracisz na wadze z innych przyczyn. – Nachyliła się. – Tęsknię do dnia, gdy będę mogła powiedzieć teściowej, że mąż umieścił we mnie dziecko. To będzie syn. Jestem tego pewna. Po mojej śmierci odprawi dla mnie rytuał ku czci przodków.
Ślub Yu-ri zaplanowano na nadchodzący miesiąc, marzyła więc oczywiście o swoim przyszłym synu. W tamtej chwili jednak jej niecierpliwe wyczekiwanie zdawało mi się pozbawione znaczenia. Czułam jej lodowate palce na pokrytym gęsią skórką ciele. Zacisnęła sznureczki z całych sił, ale strój i tak na mnie wisiał. Na Mi-ji także. Z powodu tych ubiorów haenyeo zawsze uważano za nieskromne, ponieważ żadna przyzwoita Koreanka, czy to z kontynentu, czy z naszej wyspy, nigdy nie odsłoniłaby tyle ciała.
Yu-ri gadała cały czas, mówiła i mówiła.
– Mój brat jest bardzo bystry i pilnie się uczy. – Matka mogła być szefową grupy, ale to Do-saeng miała syna, którym szczyciło się całe Hado. – Wszyscy mówią, że pewnego dnia Jun-bu pojedzie na studia do Japonii.
Jun-bu był jedynym synem i tylko jemu ofiarowano dar wykształcenia. Yu-ri i jej ojciec dokładali swoją cegiełkę do utrzymania rodziny. Ich łączne zarobki były wprawdzie nadal niższe od dochodów Do-saeng, ale Matka musiała zdobywać pieniądze na edukację moich braci zupełnie sama, bez pomocy Ojca. Mieliby prawdziwe szczęście, gdyby zaszli dalej niż do szkoły podstawowej.
– Będę musiała pracować o wiele ciężej, żeby pomóc opłacać czesne Jun-bu, a równocześnie utrzymać własną rodzinę. Dobrze pracuję, prawda? – zawołała Yu-ri przez całe pomieszczenie do swojej matki i przyszłej teściowej.
W całej wsi miała opinię gaduły. Wydawała się wolna od trosk i faktycznie dobrze pracowała, dlatego tak łatwo znaleziono dla niej narzeczonego.
– Jeżeli rodzice bardzo cię kochają, to znajdą ci męża na miejscu, w Hado. – Yu-ri ponownie skupiła na mnie uwagę. – Zachowasz prawa do nurkowania i będziesz mogła widywać swoją rodzinę codziennie. – Nagle zorientowała się, co właśnie powiedziała, i poklepała Mi-ję po ramieniu. – Przepraszam. Zapomniałam, że nie masz rodziców – dodała, niewiele myśląc. – Jak zamierzasz znaleźć męża? – zapytała ze szczerą ciekawością.
Zerknęłam na Mi-ję z nadzieją, że nie zraniła jej bezmyślność
Yu-ri. Twarz mojej przyjaciółki wyrażała jednak pełne skupienie; najwyraźniej starała się nie uronić ani słówka z instrukcji sióstr Kang.
Gdy przywdziałyśmy stroje, przyszła kolej na wodne kurtki. Używano ich tylko na zimnie, choć nie mogłam pojąć, w jakim celu, skoro zostały wykonane z tej samej cienkiej bawełny. Na koniec obwiązałyśmy głowy białymi chustkami. Miały pomóc utrzymać ciepłotę ciała; poza tym nikt nie chciałby, żeby jakiś niesforny kosmyk zaplątał się nagle w wodorosty albo zaczepił o skałę.
– Proszę – powiedziała Yu-ri, wręczając nam papierowe zawiniątka z białym proszkiem. – Zjedzcie to. Pomoże wam uchronić się przed chorobą nurkową: kołowacizną, bólami głowy i innymi dolegliwościami. No i dzwonieniem w uszach! – Yu-ri skrzywiła się na samą myśl. – Jestem jeszcze nurkowym dzieckiem, a już je mam. Piiiiii… – zapiszczała, imitując dźwięk, który najwyraźniej rozbrzmiewał w jej głowie.
Idąc za przykładem Yu-ri i sióstr Kang, rozwinęłyśmy z Mi-ją pakieciki, odchyliłyśmy głowy do tyłu niczym pisklęta, wsypałyśmy sobie do ust gorzki biały proszek i połknęłyśmy go. Potem patrzyłyśmy, jak pozostałe kobiety spluwają na noże, co miało przynieść im szczęście: zdobycie uchowca. Był to cenny łup, ponieważ każdą sztukę można było sprzedać za duże pieniądze.
Matka sprawdziła, czy mam cały ekwipunek. Szczególną uwagę zwróciła na mój tewak – rodzaj noża, i na wydrążoną i wysuszoną na słońcu tykwę, która miała mi służyć jako boja. Następnie skontrolowała Mi-ję. Każda z nas wyposażona była w bitchang służący do wydobywania stworzeń z ich siedzib, oraz pazurzastą motyczkę, która, zahaczona w szczelinie, unieruchomiona w piasku lub wczepiona w skałę, miała pomóc nam przemieszczać się z miejsca na miejsce. Miałyśmy również sierpy do ścinania wodorostów, noże do otwierania jeżowców i dzidy do samoobrony. Wraz z Mi-ją trenowałyśmy użycie tych narzędzi podczas zabaw na płyciznach, lecz teraz Matka zaznaczyła:
– Nie korzystajcie z nich dzisiaj. Po prostu przyzwyczajcie się do głębi. Starajcie się zorientować w otoczeniu, ponieważ wszystko będzie wyglądało inaczej.
Razem wyszłyśmy z bulteoku. Miałyśmy powrócić do niego kilka godzin później, żeby naprawić i przechować ekwipunek, oszacować wielkość zebranych tego dnia plonów i dokonać ich podziału oraz – przede wszystkim – znowu się rozgrzać. Jeżeli połów okazałby się obfity, mogłyśmy nawet coś ugotować i podzielić się odrobiną tego, co przyniosłyśmy w naszych sieciach. Tęskniłam do tych chwil.
Gdy pozostałe kobiety wsiadały do łodzi, ja z Mi-ją zwlekałyśmy na pomoście. Przyjaciółka przeszukała kosz i wydobyła z niego książkę, a ja wyjęłam z kosza węgielek. Wyrwała z książki stronicę i przycisnęła ją do miejsca na burcie, w którym widniała nazwa łodzi. Ta ostatnia, choć zacumowana, tańczyła na falach, co niemal uniemożliwiło Mi-ji utrzymanie papieru nieruchomo, a mi – potarcie go węglem. Kiedy skończyłam, oceniałyśmy przez chwilę rezultat: niewyraźny zarys znaku, którego nie umiałyśmy odczytać, ale wiedziałyśmy, że oznacza „Wschód Słońca”. Od lat upamiętniałyśmy w ten sposób wspólne ulubione chwile i miejsca. Nie stworzyłyśmy dziś najlepszej pracy, lecz dzięki niej miałyśmy zapamiętać ten dzień na zawsze.
– Pośpieszcie się! – zawołała do nas Matka, tolerancyjna, ale do czasu.
Mi-ja wetknęła stronę z powrotem do książki, żeby uchronić ją od uszkodzeń. Potem wgramoliłyśmy się do łodzi i chwyciłyśmy za wiosła. Gdy odbijałyśmy powoli od pomostu, Matka prowadziła nas śpiewem.
– Nurkujmy… – Jej chropawy głos przedarł się przez szum wiatru i dotarł do moich uszu.
– Nurkujmy! – wyśpiewałyśmy odpowiedź, wiosłując w rytmie piosenki.
– Złociste ślimaki i srebrne uchowce… – śpiewała.
– Złapmy je wszystkie! – odpowiedziałyśmy.
– Na ucztę dla kochanka…
– Gdy powróci do domu!
Nie potrafiłam zapanować nad rumieńcem. Matka nie miała kochanka, ale tę popularną przyśpiewkę lubiły wszystkie kobiety.
Pływ nam sprzyjał, a morze było stosunkowo spokojne. Mimo to, choć zajęta wiosłowaniem i śpiewem, poczułam mdłości. Zauważyłam też, że zazwyczaj zaróżowione policzki Mi-ji powlekła ziemista szarość. Dotarłszy na miejsce, złożyłyśmy wiosła. Lekko rozkołysana łódź wznosiła się i opadała na falach. Przytroczyłam bitchang do nadgarstka, po czym chwyciłam sieć i tewak. Wiał delikatny wietrzyk; zaczęłam drżeć. Czułam się doprawdy marnie.
– Od tysiąca lat, od dziesięciu tysięcy lat zanoszę modły do Smoczego Boga Morza – wykrzyknęła Matka ku falom. – Proszę, królewski duchu oceanów, żadnych wichrów. Żadnych silnych prądów. – Wysypała do wody ofiarny ryż i wylała wino ryżowe.
Po zakończeniu rytuału przetarłyśmy od środka okulary pływackie zerwaną uprzednio bylicą, żeby nie zaparowały, i założyłyśmy je. Matka odliczała, gdy kolejne haenyeo skakały do wody i odpływały dwójkami i trójkami. Kobiet ubywało, a coraz lżejsza łódź kołysała się jeszcze silniej. Yu-ri przez chwilę łapała równowagę, po czym przeskoczyła nad większą falą i wylądowała w wodzie. Siostry Kang skoczyły, trzymając się za ręce. Były nierozłączne. Miałam nadzieję, że okażą się tak samo lojalne wobec Mi-ji i zaopiekują się nią równie troskliwie jak sobą nawzajem.
Matka udzielała nam ostatnich rad:
– Podobno morze jest jak matka. Słone wody, puls i wahania prądu, zwielokrotniony dźwięk bijącego serca i stłumione odgłosy dobiegające z powierzchni przypominają matczyne łono. Lecz my, haenyeo, musimy zawsze myśleć o zysku… i o przetrwaniu. Rozumiecie? – Kiedy skinęłyśmy głowami, mówiła dalej: – To wasz pierwszy dzień. Nie bądźcie zachłanne. Jeśli zauważycie ośmiornicę, zignorujcie ją. Haenyeo musi nauczyć się, jak ogłuszyć ośmiornicę pod wodą, w przeciwnym razie zwierzę może zaatakować ramionami. Trzymajcie się też z daleka od uchowców!
Nie musiała dalej tłumaczyć. Mogą minąć miesiące, zanim początkująca haenyeo będzie gotowa zaryzykować oderwanie uchowca od skały. Zwierzę to, nieniepokojone, uchyla muszlę i pozwala się omywać odżywczej morskiej wodzie. Zaalarmowane – choćby zakłóceniem prądu wywołanym przez przepływającą obok większą rybę – przywiera do skały, a twarda muszla chroni je przed wszelkiej maści drapieżnikami. Z tego powodu do uchowca trzeba zbliżyć się ostrożnie, po czym jednym szybkim ruchem umieścić koniuszek bitchangu pod muszlą i oderwać stworzenie od skały. W przeciwnym razie zdąży ono zacisnąć się na narzędziu przytroczonym do nadgarstka kobiety i przygwoździ ją do podwodnej skały. Dopiero po latach doświadczeń haenyeo potrafi się uwolnić z zapasem powietrza wystarczającym, by dotrzeć na powierzchnię. Nie śpieszyło mi się do podejmowania takiego ryzyka.
– Dzisiaj podążycie moim śladem, tak jak ja podążałam kiedyś śladem mojej rodzicielki – ciągnęła Matka – i tak jak wasze córki podążą pewnego dnia za wami. Jesteście nurkowymi dziećmi. Mierzcie siły na zamiary.
Wysłuchawszy tego błogosławieństwa – i ostrzeżenia – Mi-ja ujęła moją dłoń i razem skoczyłyśmy do wody. Nagłe, porażające zimno. Przylgnęłam do boi, machając wściekle nogami. Spojrzałyśmy sobie z Mi-ją w oczy. Nadszedł czas na chwycenie wodnego oddechu. Razem wciągałyśmy kolejne hausty powietrza, wypełniałyśmy płuca do granic możliwości, aż rozpychały nasze klatki piersiowe. Potem zanurkowałyśmy. Tuż pod powierzchnią przez turkusową wodę sączyło się migotliwe światło. Wokół nas pojawiały się kolejne kobiety; nurkowały z głowami skierowanymi ku dnu, wprost do kanionu opisanego przez Matkę, celując stopami prosto w niebo. Były szybkie i silne, schodziły w dół długimi ruchami ciała, coraz głębiej w ciemnoniebieską toń. Ze wszystkich sił próbowałyśmy z Mi-ją zanurkować tak samo, w linii prostej. Dla mnie najgorsze były okulary. Nawet na tak małej głębokości ich metalowa oprawa poddawała się ciśnieniu wody i wrzynała w ciało. Ograniczyły mi też pole widzenia, co w tym upiornym otoczeniu mogło być niebezpieczne, musiałam więc wzmóc czujność.
Jako nurkowe dzieci Yu-ri, Kangówny, Mi-ja i ja mogłyśmy zanurkować tylko na dwie długości ciała, widziałam jednak, jak Matka znika w atramentowej czerni rozpadliny wiodącej do kanionu. Od zawsze słyszałam, że potrafi zanurkować na dwadzieścia metrów, a nawet głębiej, na jednym wdechu, ale moje płuca płonęły już żywym ogniem, a serce łomotało w uszach. Machnęłam nogami, żeby się wynurzyć; zdawało mi się, że moje płuca zaraz wybuchną. Gdy tylko wydostałam się na powierzchnię, moje potężne sumbisori rozdarło ciszę i rozproszyło się w powietrzu. Brzmiało jak głębokie westchnienie – aaach – i zdałam sobie sprawę, że było dokładnie takie, jak zawsze przewidywała Matka. Moje sumbisori było wyjątkowe. Tak samo jak Mi-ji, czego dowiedziałam się, gdy wychynęła z wody tuż obok mnie: hiii… Uśmiechnęłyśmy się do siebie szeroko, po czym chwyciłyśmy kolejny wodny oddech i znowu zanurkowałyśmy. Natura podpowiedziała mi, co robić. Ponownie wynurzyłam się już z jeżowcem w dłoni. Moja pierwsza zdobycz! Umieściłam go w sieci przymocowanej do mojego tewaku, wzięłam następną serię głębokich wdechów i wróciłam pod wodę. Pozostawałam w zasięgu wzroku Yu-ri, chociaż wychodziłyśmy na powierzchnię w różnych momentach. Za każdym razem, gdy rozglądałam się za Mi-ją, znajdowałam ją nie dalej niż metr od jednej z sióstr Kang, które również trzymały się blisko siebie.
Pracowałyśmy według tego schematu, odpoczywając sporadycznie na bojach, aż nadszedł czas powrotu do łodzi. Kiedy do niej dotarłam, z łatwością uniosłam sieć – wyraźnie lżejszą od pozostałych – i przeszłam przez pokład, żeby zrobić miejsce dla kolejnej kobiety z jej połowem. Matka nadzorowała nas wszystkie i przebieg całej operacji. Grupka kobiet zabezpieczała sieci, związując je od góry, żeby żaden cenny łup nie zdołał z nich umknąć. Tymczasem Do-saeng i inne haenyeo zgromadziły się wokół piecyka, rozgrzewały kości, popijały herbatę i przechwalały się swoimi zdobyczami. Ku łodzi płynęły jeszcze cztery maruderki. Czułam, że Matka liczy je wszystkie, żeby upewnić się, iż są bezpieczne.
Yu-ri chichotała, patrząc, jak drżymy z zimna, i powiedziała nam, że w końcu przywykniemy do ciągłego uczucia chłodu.
– Cztery lata temu byłam taka jak wy, a obecnie – tylko spójrzcie – pyszniła się.
To był piękny dzień i wszystko poszło idealnie. Byłam z siebie dumna. Teraz jednak, gdy fale rosły, a łódź kołysała się i podskakiwała coraz gwałtowniej, pragnęłam tylko wrócić do domu. To nie wchodziło w grę. Kiedy tylko nasze kończyny zaróżowiły się od ciepła, wróciłyśmy do wody. Jako pięcioro nurkowych dzieci trzymałyśmy się razem, wyskakując tylko od czasu do czasu na powierzchnię, by zaczerpnąć powietrza. Jeszcze nigdy nie byłam tak skoncentrowana: na swoim samopoczuciu, biciu serca, ciśnieniu napierającym na płuca, na poszukiwaniach. Nie mogę powiedzieć, że znalazłyśmy z Mi-ją wiele morskich stworzeń. Starałyśmy się przede wszystkim uniknąć wstydu i udoskonalić umiejętność nurkowania pod kątem prostym. Szło nam beznadziejnie. Na naukę trzeba było wiele czasu.
Kiedy Matka wydała dźwięk wyznaczający koniec dnia pracy, ulżyło mi. Spojrzała w moją stronę, ale nie byłam pewna, czy mnie dostrzegła. Zauważyłam płynące do łodzi Mi-ję i Kangówny. Miały dotrzeć na pokład jako pierwsze i dzięki temu mogły posłuchać sumbisori innych wychodzących na powierzchnię kobiet. Już ruszałam w ich ślady, gdy zatrzymała mnie Yu-ri.
– Zaczekaj. Widziałam coś podczas ostatniego zanurzenia. Popłyńmy po to. – Rozejrzała się, szacując odległość nurkowych babek od łodzi. – Zdążymy, zanim tu dotrą. Rusz się!
Matka powiedziała, że mam trzymać się Yu-ri, ale teraz przywoływała nas z powrotem do łodzi. W ułamku sekundy podjęłam decyzję, wzięłam kilka głębokich wdechów i podążyłam za Yu-ri. Skierowałyśmy się ku tej samej skale, na której wcześniej zbierałyśmy jeżowce. Yu-ri sunęła wzdłuż stromej ściany; wydobyła bitchang, dźgnęła nim wnętrze jakiejś jamy i wyciągnęła z niej ośmiornicę. Była ogromna! Każde z ramion musiało mieć przynajmniej metr długości. Cóż za łup! Za taką zdobycz mnie też należała się odrobina uznania.
Ośmiornica wyprężyła się i oplotła macką mój nadgarstek. Zdołałam wyszarpnąć rękę. Tymczasem jednak inne ramiona atakowały Yu-ri. Zwierzę zacisnęło jedno z nich wokół mojego uda i ciągnęło mnie ku sobie; kolejna macka pełzła w górę mojej ręki. Walczyłam, by je strząsnąć. Bulwiasty łeb ośmiornicy zbliżał się do twarzy Yu-ri, ta jednak niczego nie dostrzegła, zajęta zmaganiem z pozostałymi ramionami, które zamykały ją w coraz mocniejszym uścisku. Chciałam krzyczeć o pomoc, ale nie mogłam. Nie pod wodą.
W jednej chwili twarz Yu-ri zniknęła. Zamiast walczyć i stawiać opór, podpłynęłam bliżej, oplotłam ramionami ośmiornicę i Yu-ri, po czym zaczęłam pracować nogami z całych sił. Gdy tylko wypłynęłyśmy na powierzchnię, wrzasnęłam:
– Pomocy! Ratunku! Pomóżcie nam!
Ośmiornica była silna. Nadal nie widziałam twarzy Yu-ri. Stworzenie usiłowało wciągnąć nas z powrotem w głębinę. Rozpaczliwie kopałam wodę. Przyssawki przesunęły się z Yu-ri na mnie; zwierzę wyczuło, że stanowię teraz większe zagrożenie. Macki pełzały po moich rękach i nogach.
Usłyszałam plusk, a po chwili chwyciły mnie czyjeś dłonie. Ostrza noży błyskały w słońcu, kolejne przyssawki odrywały się od mojej skóry, w powietrzu fruwały fragmenty macek. Podtrzymywana przez inne kobiety uniosłam nogę, żeby mogły ją uwolnić. Gdy dostrzegłam zaciekłą, skoncentrowaną twarz Matki, wiedziałam, że jestem bezpieczna. Kobiety próbowały uwolnić także Yu-ri, ale ona chyba z nimi nie współpracowała. Do-saeng, z nożem w ręce, odciągnęła jej ramię. Gdybym była na jej miejscu, dźgnęłabym z całej siły łeb ośmiornicy, lecz ona nie mogła tego zrobić. Pod spodem była przecież Yu-ri. Do-saeng sięgnęła pod głowę zwierzęcia i poprowadziła ostrze równolegle do twarzy córki. Mimo wsparcia otaczających nas kobiet czułam w nogach, że to ja utrzymuję Yu-ri na powierzchni, chociaż ośmiornica ciągle próbowała pociągnąć nas w dół. Podtrzymując bezwładne ciało Yu-ri, pojęłam coś, z czego pozostałe nie zdawały sobie sprawy. Chciałam być silna, ale z moich ukrytych za okularami oczu popłynęły łzy.
Kobiety zaciekle siekły coraz grubsze partie odnóg ośmiornicy, a Do-saeng systematycznie dźgała nożem jej łeb. Wspólnie udało im się całkowicie osłabić stworzenie, które było już nieżywe lub bliskie śmierci. Mimo to jego truchło, jak w przypadku jaszczurek czy żab, nadal przewodziło impulsy i zachowywało siłę.
W końcu byłam wolna.
– Zdołasz dopłynąć do łodzi? – zapytała Matka.
– A co z Yu-ri?
– Zajmiemy się nią. Dasz radę sama?
Skinęłam głową, choć teraz, gdy walka dobiegła końca, to coś, co mnie napędzało, zaczęło szybko znikać. Przepłynęłam mniej więcej połowę dystansu do łodzi, po czym musiałam położyć się na plecach, żeby chwilę odpocząć. Nade mną wiatr pędził po niebie chmury. Jakiś ptak przeleciał nad moją głową. Zamknęłam oczy, usiłując sięgnąć po głębsze pokłady sił. Słyszałam chlupot fal, które zalewały mi uszy, by po chwili otworzyć je na zatroskane okrzyki kobiet pozostałych z Yu-ri. Usłyszałam pluśnięcie, potem drugie i trzecie. Znowu otoczyły mnie czyjeś ramiona. Otworzyłam oczy: to były Mi-ja i siostry Kang. Razem pomogły mi dotrzeć do łodzi. Gu-ja, najsilniejsza z nas, dźwignęła się w górę i przeszła przez burtę. Chwyciłam krawędź i próbowałam się podciągnąć, ale zmagania nazbyt mnie osłabiły. Mi-ja i Gu-sun umieściły dłonie pod moimi pośladkami i popchnęły mnie w górę. Spadłam na pokład niczym złowiona ryba. Leżałam, ciężko dysząc, wyczerpana, z kończynami jak z waty. Zdjęłam okulary, które opadły na deski ze stukotem. Dziewczęta bez przerwy gadały.
– Twoja matka kazała nam zostać w łodzi…
– Nie chciała naszej pomocy…
– Nurkowe dzieci tylko by im zawadzały…
– …gdy was ratowały…
Ledwie rozumiałam, co mówiły.
Zaczęły przypływać pozostałe kobiety. Zmusiłam się, żeby usiąść. Mi-ja i Kangówny zbliżyły się do burty i wyciągnęły ramiona. Dołączyłam do nich i pomogłam wciągnąć na pokład Yu-ri. Jej bezwładne ciało ciążyło nieznośnie. Dźwignęłyśmy ją w górę i, przeciągnąwszy przez burtę, upadłyśmy na pokład. Yu-ri leżała na mnie nieruchomo. Łódź zakołysała się i ciało dziewczyny przeturlało się na bok. Do łodzi wdrapała się Do-saeng, a za nią Matka. Przyklękły przy Yu-ri. Kolejne haenyeo gramoliły się na pokład, a Matka przysunęła twarz do ust i nosa Yu-ri, żeby sprawdzić, czy dziewczyna oddycha.
– Żyje – oznajmiła Matka, kucając na piętach.
Do-saeng z kilkoma innymi kobietami zaczęła rozcierać kończyny Yu-ri, żeby przywrócić je do życia. Dziewczyna nie reagowała.
– Spróbujmy usunąć wodę – zasugerowała Matka.
Do-saeng zrobiła jej miejsce. Matka uciskała mocno klatkę piersiową Yu-ri, ale z ust dziewczyny nie popłynęła woda.
– Zakrywając jej twarz, ośmiornica zapewne uratowała Yu-ri życie – stwierdziła Matka, widząc bezowocność swoich wysiłków. – Gdyby nie to, twoja córka utopiłaby się.
Pozostałe kobiety ponownie otoczyły Yu-ri i wróciły do masowania.
Niespodziewanie Matka przeniosła uwagę na Mi-ję, siostry Kang i mnie. Przyglądała się nam, rozważając nasze postępowanie. Miałyśmy trzymać się razem. Mi-ja i Kangówny podporządkowały się temu nakazowi, teraz jednak wyglądały na zawstydzone. Tłumaczenia zaczęły płynąć, jeszcze zanim Matka zdążyła się odezwać.
– Ostatni raz widziałam ją, gdy wypłynęłam zaczerpnąć powietrza – wyjąkała Gu-sun.
– Byłyśmy cały czas w zasięgu jej wzroku – wykrztusiła Mi-ja. – Przez cały dzień nas pilnowała.
– Powiedziała, że zobaczyła coś dużego – wymamrotałam.
– A więc zanurkowałyście. Widziałam, jak odpływacie, chociaż dałam sygnał.
Nie mogłam znieść myśli, że Matka może obarczyć mnie częściową odpowiedzialnością za to, co przydarzyło się Yu-ri, dlatego odpowiedziałam:
– Nie słyszałyśmy cię. – Spuściłam wzrok i zadrżałam, pogrążona w szoku, smutku i wstydzie, że okłamałam własną rodzicielkę.
Matka krzyknęła na nas, żeby każda zajęła swoje miejsce. Pochwyciłyśmy wiosła. Rozkołysana łódź sunęła wśród spienionych fal. Do-saeng czuwała u boku córki, błagając, by się ocknęła. Przyszła teściowa Yu-ri wzięła na siebie intonowanie pieśni:
– W tę mroźną noc moje ramiona drżą w rytmie fal. Umysł tej drobnej kobiety dygocze z żalu nad życiem.
Pieśń była tak smutna, że już wkrótce po naszych policzkach płynęły łzy.
Matka otuliła Yu-ri kocem. Drugim okryła ramiona Do-saeng, która otarła twarz rąbkiem szorstkiej tkaniny. Zaczęła mówić, ale jej słowa porywał wiatr. Jedna po drugiej kobiety przerywały śpiew, by wychwycić słowa Do-saeng. Przyszła teściowa Yu-ri podawała naszym wiosłom rytm, uderzając w skraj burty drewnianym trzonkiem jednego z narzędzi.
– Zachłanny nurek to martwy nurek – lamentowała Do-saeng. Każda z nas znała to powiedzonko, ale żeby mówić tak o własnej córce… Wtedy dowiedziałam się, jak silna musi być matka. – To najcięższy grzech haenyeo – kontynuowała. – „Chcę tej ośmiornicy. Wezmę za nią mnóstwo pieniędzy”.
– W odmętach żyje wiele silniejszych od nas stworzeń – wtrąciła Matka.
Gdy objęła ramieniem Do-saeng, ta wypowiedziała swoją największą obawę:
– A jeżeli ona się nie ocknie?
– Musimy mieć nadzieję.
– Ale jeżeli już taka zostanie? Zawieszona między życiem i zaświatami? – zapytała Do-saeng, delikatnie unosząc głowę córki i układając ją na swoich kolanach. – Jeśli nie będzie mogła nurkować ani pracować w polu, to może lepiej byłoby ją uwolnić?
Matka przyciągnęła do siebie Do-saeng.
– Nie mówisz tego poważnie.
– Ale… – Do-saeng nie dokończyła. Skupiła się na odgarnianiu z twarzy córki kosmyków mokrych włosów.
– Żadna z nas nie wie, co bogini przeznaczyła Yu-ri – oświadczyła Matka. – Równie dobrze nasza trajkotka może się jutro zbudzić jakby nigdy nic.
Yu-ri nie zbudziła się następnego ranka. Ani kolejnego. Ani tydzień później. Zrozpaczona Do-saeng zwróciła się o pomoc do Szamanki Kim, naszej duchowej przywódczyni i przewodniczki, boskiej mędrczyni. Chociaż Japończycy zakazali praktyk szamańskich, ona nadal odprawiała w tajemnicy ceremonie pogrzebowe i ryty dla znękanych dusz. Słynęła z rytuałów dla babek, których wzrok zaczynał słabnąć, matek poborowych i kobiet, które spotkało pechowe zdarzenie, na przykład padły im trzy świnie z rzędu. Była naszą łączniczką między światami ludzi i duchów. Potrafiła wchodzić w trans, rozmawiać ze zmarłymi i zaginionymi oraz przekazywać wiadomości od nich przyjaciołom, rodzinie, a nawet wrogom. Do-saeng miała nadzieję, że Szamanka Kim dosięgnie duszy Yu-ri i sprowadzi jej umysł z powrotem do ciała i rodziny.
Ceremonia odbywała się w domu Do-saeng. Zamiast typowych dla Jeju burych spodni i kurtek Szamanka Kim – podobnie jak jej pomocnice – przywdziała wielobarwny hanbok, tradycyjną koreańską szatę z kontynentu. Pomocnice uderzały w bębenki i cymbały. Szamanka Kim wirowała z uniesionymi ramionami, wzywając duchy, by zwróciły młodą haenyeo matce. Do-saeng nie kryła łez. Brat Yu-ri, Jun-bu, którego policzki pokryły się niedawno delikatnym meszkiem, starał się trzymać emocje na wodzy, ale wszyscy wiedzieli, jak bardzo kochał siostrę. Narzeczony Yu-ri pobladł z rozpaczy, a rodzice usiłowali go pocieszyć. Widok ich żalu był rozdzierający. Yu-ri nie otworzyła oczu.
Tamtej nocy wyznałam Mi-ji mój sekret: powiedziałam, że Yu-ri chciała, żebym sprzeciwiła się Matce, a ja jej uległam.
– Gdybym nie zgodziła się zanurkować jeszcze raz, Yu-ri nie byłaby teraz w takim stanie.
– To Yu-ri miała cię pilnować. A nie odwrotnie. – Mi-ja próbowała mnie pocieszyć.
– Mimo to czuję się winna – odparłam.
Mi-ja rozważała to przez chwilę. Potem oznajmiła:
– Nigdy się nie dowiemy, dlaczego Yu-ri to zrobiła, ale nie wyjawiaj nikomu swojej tajemnicy. Pomyśl, jak cierpiałaby jej rodzina.
Zastanowiłam się też nad tym, jaki cios zadałabym Matce. Mi-ja miała rację. Musiałam zachować to w sekrecie.
Minął kolejny tydzień i Do-saeng poprosiła Szamankę Kim o następną próbę. Tym razem rytuał odbył się w naszym bulteoku, z dala od wścibskich oczu Japończyków. Zresztą nie uczestniczył w nim żaden mężczyzna. Nawet brat Yu-ri. Do-saeng wniosła córkę do bulteoku i ułożyła ją przy palenisku. Pod zaokrągloną ścianą wzniesiono ołtarz. Znalazły się na nim skromne ofiary: piramidka pomarańczy, misy z pięcioma zbożami Jeju i kilka dzbanów domowego alkoholu. Migotały świece. Matka zaproponowała Jun-bu zapłatę za wypisanie na długich paskach papieru wiadomości do Yu-ri. Zrobił to jednak za darmo.
– Dla mojej siostry – powiedział, gdy przyszłam po nie do jego domu.
Teraz końcówki wstęg zatknięto w szczelinach muru; łopotały na przenikającym do środka wietrze.
Szamanka Kim miała na sobie swój najbarwniejszy hanbok z jedwabiu. Składały się na niego jaskrawoniebieski stanik i spódnica w odcieniu fuksji, przepasana szarfą w kolorze wiosennych liści klonu. Zwiewny strój furkotał wokół jej nóg. Kim przewiązała głowę czerwoną przepaską, a rękawy jej szaty olśniewały barwą kwiatów rzepaku.
– W krajobrazie Jeju dominują stożki wulkaniczne. Ich szczyty są wklęsłe jak intymne części kobiecego ciała. To zatem naturalne, że na naszej wyspie kobiety dają sygnał, a mężczyźni są mu posłuszni – rozpoczęła Szamanka. – Bogini panuje, a bóg jest zaledwie strażnikiem i jej małżonkiem. Ponad wszystkim stoi stworzycielka, wielka Bogini Seolmundae.
– Babka Seolmundae czuwa nad nami wszystkimi – wyśpiewałyśmy chórem.
– Bogini frunęła ponad morzami, szukając dla siebie nowej siedziby. W fałdach spódnicy niosła ziemię. Znalazła to miejsce, gdzie Morze Żółte spotyka Morze Wschodniochińskie, i rozpoczęła budowę domu. Wyspa wydała jej się zbyt płaska, z ziemi ze swojej spódnicy usypała więc górę, która sięgnęła aż do Drogi Mlecznej. Wkrótce szata bogini zniszczyła się i podarła. Przez liczne dziurki wysypywała się ziemia, która utworzyła pagórki. Stąd wzięło się tak wiele stożków przybyszowych, które zwiemy oreum. W każdym z nich żyje inna bogini. Są one naszymi duchowymi siostrami, do których możemy zawsze zwrócić się o pomoc.
– Babka Seolmundae czuwa nad nami wszystkimi – zaśpiewałyśmy w odpowiedzi.
– Poddała się wielu próbom, co jest udziałem każdej kobiety – oznajmiła Szamanka Kim. – Sprawdziła, jak głębokie są wody, by zapewnić haenyeo bezpieczeństwo na morzu. Zbadała stawy i jeziora, szukając sposobów na poprawę doli tych, którzy uprawiają rolę. Pewnego dnia przyciągnęła ją tajemnicza mgiełka nad oreum Muljang-ol. W jego kraterze odkryła jezioro. Bogini nie potrafiła odgadnąć, jak głębokie są jego granatowe wody. Wzięła głęboki wdech i zanurkowała prosto w dół. Nigdy nie powróciła.
Kilka kobiet pokiwało z zachwytem głowami, doceniając dar wymowy Szamanki.
– Tak mówi jedna z wersji – ciągnęła dalej Kim. – Według innej Babka Seolmundae, jak każda kobieta, była wyczerpana wszystkim, co robiła dla innych, szczególnie dla swoich dzieci. Jej pięciuset synów było stale głodnych. Właśnie przyrządzała dla nich kleik, gdy zdjęła ją senność i wpadła do kotła. Synowie wszędzie jej szukali. W końcu jej najmłodszy potomek odnalazł na dnie kotła to, co z niej zostało: same kości. Zabiła ją matczyna miłość. Jej synowie byli tak wstrząśnięci, że w okamgnieniu obrócili się w kamień. Do dziś można zobaczyć pozostałe po nich pięćset wychodni.
Do-saeng płakała bezgłośnie. Opowieść o męce bogini miała wesprzeć ją – inną cierpiącą matkę.
– Japończycy twierdzą, że jeżeli Babka Seolmundae istniała i jeśli w tamtym jeziorze znalazła drogę do podwodnego pałacu – kontynuowała Szamanka – to znaczy, że nas porzuciła, jak wszystkie boginki i wszyscy bogowie. Lecz ja twierdzę, że nigdy nas nie opuściła.
– Śpimy na niej każdej nocy – wyśpiewałyśmy. – Budzimy się na niej każdego ranka.
– Gdy wypływacie w morze, nurkujecie w fałdach jej spódnicy. Jest wielkim wulkanem w samym centrum naszej wyspy. Niektórzy zwą go górą Hallą, Szczytem Szarpiącym Drogą Mleczną lub Górą Błogosławionej Wyspy. Dla nas bogini jest tą wyspą. Gdziekolwiek jesteśmy, możemy wołać do niej, wyżalić się jej, a ona nas wysłucha.
Szamanka Kim zwróciła się następnie ku Yu-ri, która do tej pory nawet nie drgnęła.
– Jesteśmy tu, by pomóc błądzącemu duchowi Yu-ri, ale musimy pamiętać także o tych spośród was, które doznały uszczerbku na duszy, co zdarza się, gdy człowiek doświadczy wstrząsu – obwieściła. – Wasza grupa otrzymała straszliwy cios. Nikt nie wycierpiał więcej niż matka Yu-ri. Proszę, Do-saeng, uklęknij przed ołtarzem. Niech dołączą do niej wszystkie znękane.
Matka przyklękła obok Do-saeng. Po chwili klęczałyśmy wszystkie, tworząc krąg cierpienia. Kim trzymała w dłoniach rytualne noże, z których spływały białe wstęgi. Ostrza cięły mrok, a wstęgi wirowały w powietrzu niczym chmara jaskółek. Hanbok szamanki wydymał się jak wielobarwny obłok. Śpiewałyśmy. Szlochałyśmy. Emocje wypływały z nas przy wtórze hałaśliwych cymbałów, dzwonków i bębnów pomocnic Kim.
– Wzywam wszystkie boginie, by wydobyły ducha Yu-ri z morskich głębin lub innego miejsca, w którym się on ukrywa – zanosiła błagania Szamanka. Gdy wygłosiła tę prośbę trzykrotnie, jej głos zmienił się: nawiedziła ją Yu-ri. – Tęsknię za matką. Tęsknię za ojcem i bratem. Za moim narzeczonym… aigo… – Kim zwróciła się do Matki: – Nurkowa Przywódczyni, to ty mnie tam wysłałaś. Sprowadź mnie teraz do domu.
Wydobywający się z ust Szamanki głos Yu-ri brzmiał raczej oskarżycielsko niż błagalnie. Nie był to dobry znak. Kim zdawała się to dostrzegać.
– Sun-sil, jak chciałabyś odpowiedzieć?
Matka wstała. Gdy zwróciła się do Yu-ri, jej twarz wyrażała napięcie.
– Biorę na siebie odpowiedzialność za wysłanie cię w morze. Tego dnia jednak wyznaczyłam ci tylko jedno zadanie: być przy mojej córce i pomóc siostrom Kang w opiece nad Mi-ją. Byłaś najstarsza wśród nurkowych dzieci. Miałaś obowiązek wobec nich i wobec nas. Przez twoje postępowanie mogłam stracić córkę.
Być może tylko ja dostrzegłam, jak bardzo poruszona była Matka tym, co się wydarzyło. Poczułam obawę i pokorę. Miałam nadzieję, że pewnego dnia udowodnię jej, że kocham ją równie mocno jak ona mnie.
– Co pragniesz powiedzieć córce? – Szamanka odwróciła się do Do-saeng.
– Obwiniasz innych o to, do czego doprowadziła twoja zachłanność? – zagadnięta zwróciła się ostro do Yu-ri. – Zawstydzasz mnie! Odrzuć chciwość i natychmiast wracaj do domu! Nie szukaj cudzej pomocy! – Nagle jej głos złagodniał. – Córeczko, wróć. Matka i brat tęsknią za tobą. Wróć do domu, a otoczymy się miłością.
Kim wyrecytowała jeszcze kilka zaklęć. Pomocnice zawtórowały jej na cymbałach i bębnach. Nie mogłyśmy nic więcej powiedzieć ani zrobić.
Następnego ranka Yu-ri ocknęła się. Nie była to jednak ta sama dziewczyna. Uśmiechała się, lecz nie mogła mówić. Była w stanie się poruszać, ale utykała i co jakiś czas jej ramionami wstrząsał dreszcz. Rodzice obu stron zgodzili się, że małżeństwo przestało wchodzić w grę. Strzegłyśmy z Mi-ją mojej tajemnicy, co zbliżyło nas do siebie jeszcze bardziej. W ciągu kolejnych tygodni odwiedzałyśmy Yu-ri po dniu pracy na morskich lub suchych polach. Gadałyśmy i chichotałyśmy, żeby mogła znowu poczuć się jak beztroska dziewczyna. Czasami dołączał do nas Jun-bu. Czytał nam wtedy swoje szkolne wypracowania albo przekomarzał się z nami jak kiedyś z siostrą. Niekiedy pomagałyśmy Do-saeng kąpać Yu-ri i myć jej włosy. A kiedy zrobiło się cieplej, zabierałyśmy ją nad morze. Tam siadywałyśmy na płyciznach, żeby mogła poczuć drobne falki. Snułyśmy opowieści, głaskałyśmy ją po twarzy, dawałyśmy znać, że jesteśmy przy niej. Yu-ri odpłacała nam pięknym uśmiechem.
Przy każdych odwiedzinach Do-saeng składała mi pokłon i wyrażała swoją wdzięczność.
– Moja córka zginęłaby, gdyby nie ty – powtarzała, częstując mnie gryczanym naparem lub potrawą z solonych stynek.
Jej mroczne spojrzenie mówiło jednak coś innego. Mogła nie wiedzieć, jaką dokładnie rolę odegrałam w tragedii Yu-ri, ale najwyraźniej podejrzewała, że była ona większa, niż zdradziłam jej albo Matce.
(przedtem)
Gdy spotkałyśmy się z Mi-ją po raz pierwszy, byłyśmy całkowitymi przeciwieństwami. Ja byłam niczym skały na naszej wyspie: poszarpane, chropowate, kanciaste, ale użyteczne i stateczne. Ona była jak chmury: płynące, zmieniające kształty, ulotne, niepojęte. Chociaż obie zostałyśmy haenyeo, moim żywiołem miała na zawsze pozostać ziemia, w tym znaczeniu, że jako osoba praktyczna, stale niepokoiłam się o rodzinę. Mi-ja była raczej jak morze: zmienna, czasami gwałtowna. Ja byłam mocno związana z Matką i pragnęłam jak najszybciej dzielić z nią morskie życie. Mi-ja nie pamiętała swojej matki, za to bardzo tęskniła za ojcem. Ja doświadczałam miłości i szacunku ze strony rodzeństwa, a Mi-ja miała tylko wujostwo, których wcale nie obchodziła. Ja pracowałam ciężko: czerpałam wodę, nosiłam na plecach braciszka, oporządzałam gospodarstwo i zbierałam suchy nawóz na opał. Mi-ja jednak harowała jeszcze ciężej: wyręczała Wuja i Ciotkę, uprawiała nasze pola i wypełniała obowiązki wobec grupy. Ja nie umiałam odczytać ani zapisać mojego imienia. Mi-ja potrafiła zapisać swoje, a w dodatku nadal pamiętała kilka japońskich znaków. I na koniec, ja robiłam wrażenie spokojnej, ale w głębi duszy często się bałam. Mi-ja wydawała się eteryczna, lecz jej duch był niezłomny jak pęd bambusa zdolny wytrzymać niemal każdy nacisk i ciężar. Na Jeju mieliśmy takie powiedzenie: „Jeśli jesteś szczęśliwym trzylatkiem, będziesz szczęśliwy do osiemdziesiątki”. Wierzyłam w to. Mi-ja z kolei mawiała często:
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
DZIEŃ PIERWSZY, 2008
CZĘŚĆ 1. PRZYJAŹŃ. 1938
Chwytanie wodnego oddechu
Jak się zakochujemy?
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Meritum publikacji
