Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
13 osób interesuje się tą książką
NIE KAŻDY SPISEK MA NA CELU ZNISZCZENIE. NIEKTÓRE PROWADZĄ DO WOLNOŚCI.
Kayla ma siedem dni, by uratować imperium szefa mafii. Uwięziona na odciętej od świata wyspie, walczy nie tylko o własne życie. Jeśli jej talent ocali brudne interesy Vincenta, dziewczyna odzyska wolność. Jeśli Kayla zawiedzie, podzieli los kobiety, która była tam przed nią.
Amanda ucieka z miejsca, z którego prawie nikt nie wraca. Choroba nieustannie depcze jej po piętach, ale jeszcze groźniejsza okazuje się przeszłość. Amanda musi zmierzyć się z ogromną samotnością, bo wie, że po drugiej stronie drzwi nie czeka na nią nikt.
Holly ukrywa się przed anonimowymi pogróżkami na teksańskiej farmie. Tam odkrywa, że luksusem cenniejszym niż bogactwo są uczciwość, spokój i prawdziwa miłość. Znajduje ją u kogoś, kto był przy niej od lat, a na kogo ona nie zwracała uwagi. Jednak niektórych granic nie wolno przekraczać…
TRZY KOBIETY. JEDNA TAJEMNICA. I PRAWDA, KTÓRA MOŻE JE OCALIĆ ALBO POGRĄŻYĆ NA ZAWSZE.
„Bestseller. Spisek” to opowieść o przeszłości, obsesji i cenie marzeń w świecie, gdzie sprawiedliwość często okazuje się elegancko opakowaną zemstą, a druga szansa bywa znacznie niebezpieczniejsza niż upadek.
FRAGMENT:
Robert zacisnął wolną dłoń w pięść tak mocno, że paznokcie wbiły mu się w skórę.
– Dostałam propozycję zawodową. Bardzo nietypową. Wymaga podróży – ciągnęła Holly.
– Dokąd?
– Na pustynię z klimatyzacją.
Dubaj.
Robert spojrzał na telefon, jakby mógł przez niego zobaczyć jej twarz.
– Postawiłam warunek.
– Jaki?
– Ty. Lecisz ze mną.
Zapadła cisza. Robert przez chwilę nie był agentem, negocjatorem, człowiekiem z planem ani nawet mężczyzną gotowym obić twarz szejkowi. Był tylko, a raczej aż kimś, kogo Holly wybrała jako jedyny warunek własnego bezpieczeństwa.
– W jakiej funkcji? – zapytał, bo inaczej głos mógłby mu się załamać.
– Dowolnej. Agent, asystent, sekretarz, ochroniarz, człowiek od noszenia torebki. Zasugerowałam też tresera wielbłądów, ale nie wiem, czy to dobrze przetłumaczono.
Robert zamknął oczy.
– Zawsze uważałem, że mam potencjał w pracy ze zwierzętami o trudnym charakterze.
– Mam nadzieję, że nie mówisz o mnie?
Mimowolnie parsknął śmiechem. Holly po drugiej stronie wydała cichy dźwięk, który też mógł być śmiechem, gdyby nie był tak blisko płaczu.
– Robert… Nie wiem, co robić.
To zdanie weszło w niego głębiej niż wszystkie groźby.
– Po prostu czekaj na mnie – odparł miękko. – Słuchaj, obserwuj i niczego nie podpisuj beze mnie. Jeśli ktokolwiek spróbuje cię zmusić, powiedz mu, że twój agent jest nudny, mściwy i ma obsesję na punkcie klauzul.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 294
Data ważności licencji: 7/15/2031
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Katarzyna Michalak
Koncepcja okładki
Katarzyna Michalak
Grafiki na okładce
Katarzyna Michalak
Ilustracje
Katarzyna Michalak
© Marina Zlochin | Adobe Stock
Opracowanie tekstu
Zespół redakcyjny
ISBN 978-83-8427-473-6
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2026
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Zespołowi SIW Znak, najlepszemu Wydawcy na świecie, książkę tę dedykuję.
Dziękuję za wiarę we mnie, cierpliwość i zaufanie. Jestem wdzięczna za poczucie bezpieczeństwa, jakie od wielu lat mi dajecie.
„Jest na ciebie zlecenie. Giń, suko!”, przeczytała Holly i od razu wpadła w panikę. W pierwszym odruchu wcisnęła „STOP” i winda, którą jechała do nowego penthouse’u, stanęła między piętrami. Holly przeczytała raz jeszcze: „Jest na ciebie zlecenie. Giń, suko!”, a potem osunęła się na podłogę i zaczęła cicho płakać. Były to łzy bezsilności i strachu, tak, ale przede wszystkim łzy szoku, pierwszego, czystego uderzenia groźby, która nie mieści się w głowie, bo przecież jej, Holly Miles, ulubienicy Ameryki, twarzy Netflixa, dziewczynie, którą ludzie zatrzymywali na ulicy, by zrobić sobie zdjęcie, nie grozi się śmiercią! Nie podrzuca się „Giń, suko!” w kopercie zostawionej ot tak w recepcji apartamentowca, do którego właśnie się wprowadziła, o czym – co najważniejsze – nikt nie wiedział! Nikt poza nią samą, ochroną, właścicielem mieszkania i trzema osobami pośredniczącymi w kupnie. Oczywiście wszyscy podpisali zobowiązanie o absolutnej dyskrecji.
A jednak ktoś wiedział.
Ktoś wiedział, gdzie mieszka Holly, i był na tyle odważny, a może bezczelny, by zostawić jej tę wiadomość. W eleganckiej kremowej kopercie z jej imieniem i nazwiskiem wypisanymi kaligraficznym pismem niczym zaproszenie na galę.
Koperta wciąż leżała na podłodze windy, upuszczona w chwili, gdy palce Holly odmówiły posłuszeństwa. Podniosła ją drżącą dłonią, jakby to był ładunek wybuchowy – bo dla niej był! – i spojrzała na pismo ponownie, tym razem uważniej, usiłując wyczytać z niego coś więcej niż słowa, znaleźć choćby cień nadziei, że to żart chorego psychopaty, a nie realna groźba. Litery były równe i poprowadzone pewną ręką, „g” w „giń” miało elegancką pętelkę, a „suko” zostało napisane z wyraźnym naciskiem, jakby autor chciał, by ta obelga uderzyła najmocniej.
Holly zamknęła oczy, próbując uspokoić oddech i wściekle walące serce. Wreszcie wstała, nacisnęła przycisk przywołania pomocy.
– Panno Miles? – odezwał się ktoś z ochrony. Chris, ten z blizną na brwi, który zawsze uśmiechał się do niej nieśmiało jak cichy wielbiciel. – Co się dzieje? Winda stanęła między piętrami?
– Ktoś… – zaczęła, ale głos jej się załamał. Wzięła głęboki oddech, przygryzła wargę, aż poczuła słodkawy posmak krwi, i spróbowała jeszcze raz. – Chris, dostałam list. Z groźbą. Ktoś zostawił go dla mnie na dole, u was. W recepcji.
Po drugiej stronie zapadła cisza, krótka, ale wymowna, narastająca niepokojem.
– List?
– Tak. Z moim nazwiskiem. Z groźbą śmierci. – Słowa „śmierć” i „groźba” zabrzmiały w jej ustach obco, jakby należały do cudzej historii. – Trzeba przejrzeć monitoring, ale najpierw wyciągnijcie mnie z tej windy, do jasnej cholery!
Silnik zawibrował, kabina drgnęła i powoli ruszyła w dół. Holly oparła się plecami o ścianę, czując przez materiał dresu zimną powierzchnię luster, w których odbijała się teraz jej własna, przerażona, twarz. Włosy miała zebrane w koński ogon, skórę wilgotną po porannym joggingu, policzki zaróżowione od wysiłku i zimnego powietrza. Wyglądała tak jak zawsze, gdy nikt nie patrzył – zwyczajnie, po ludzku, bez makijażu, bez markowych ubrań, bez maski, którą nakładała na swoją prawdziwą twarz przed wyjściem na czerwony dywan. I właśnie w tej zwyczajności, w tym stanie surowej, nieudawanej naturalności, dotarła do niej myśl, która zmroziła ją bardziej niż treść listu: ktoś ją taką widział. Ktoś wiedział, gdzie mieszka, o której wraca z joggingu, ktoś mógł na nią czekać w holu, w bocznej uliczce, w windzie, w jej własnym mieszkaniu…
– Jezu… – wyszeptała, zaciskając palce na kremowej kopercie. – A gdyby tak ten ktoś nie bawił się w żadne ostrzeżenia? Mogłabym już nie żyć.
Winda zatrzymała się na parterze. Drzwi rozsunęły się bezszelestnie. W holu czekało trzech ochroniarzy – Chris pośrodku, z ręką na kaburze, i dwóch młodszych.
– Panno Miles, proszę tu do nas – powiedział Chris, wyciągając rękę, jakby chciał ją osłonić własnym ramieniem.
Holly wyszła z windy na miękkich nogach. Marmur holu lśnił w porannym słońcu, które wlewało się przez szklane drzwi. Za nimi toczyło się zwyczajne życie. Ludzie szli do pracy, psy ciągnęły opiekunów na smyczach, barista w kawiarni naprzeciwko ustawiał krzesła przed lokalem, taksówkarz zatrąbił na przechodnia. Świat trwał, nieświadomy, że kilka metrów dalej, w budynku z recepcją jak w pięciogwiazdkowym hotelu, młoda aktorka właśnie dostała wyrok.
– Pokażcie mi nagrania z monitoringu – odezwała się drżącym głosem.
Chris skinął głową i poprowadził ją do pomieszczenia ochrony, gdzie na kilku ekranach podzielonych na sektory wyświetlał się obraz z kamer.
– Przewijamy do szóstej rano – rzucił, siadając przed klawiaturą.
Holly patrzyła na ekrany, jakby od tego, co zobaczy, zależało jej życie. I może właśnie tak było. Na kamerze przed wejściem o siódmej dwadzieścia pojawiła się ona sama – wchodząca do windy po powrocie z joggingu, z telefonem w dłoni, z kapturem dresu opuszczonym na ramiona. Wyglądała na zmęczoną, ale szczęśliwą, jak zawsze po długim biegu. Nie wiedziała jeszcze, że za chwilę jej świat runie. Jednak kamera w holu pokazała coś, od czego zamarło jej serce: kwadrans po siódmej, zaledwie pięć minut przed jej wejściem, w budynku pojawił się mężczyzna. Średniego wzrostu, w ciemnej kurtce, z kapturem naciągniętym na głowę, mimo że na zewnątrz nie padało. Szedł pewnie, jak ktoś, kto wie, dokąd zmierza. Zatrzymał się przy ladzie recepcji, położył na blacie kremową kopertę, skinął głową i wyszedł. Nikt go nie zaczepił, nie zapytał, kim jest, dla kogo ten list, nikt nie poprosił o dowód. Nieznajomy po prostu wszedł, zostawił przesyłkę i chwilę później zniknął.
Holly poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy.
– Dlaczego nikt go nie zatrzymał?! Od czego jest ochrona?! Przecież on nie wyglądał na mieszkańca! Mógł mieć broń, mógł…
– Panno Miles – zaczął Chris tonem, który miał ją uspokoić, ale tylko rozdrażnił. – Listy i przesyłki są codziennością. Ludzie zostawiają je w recepcji, kurierzy, goście, interesanci, przecież tutaj są także biura… Nie możemy legitymować każdego, kto wchodzi z kopertą.
– Ale to nie był po prostu list! To była groźba śmierci! – Holly wskazała drżącą ręką na ekran, na którym mężczyzna w kapturze oddalał się w stronę wyjścia. – Macie go na nagraniu! Kim jest? Skąd przyszedł? Dokąd poszedł? To wasz zasrany obowiązek, żeby to sprawdzić! – Z trudem próbowała powstrzymać łzy, które cisnęły się do oczu.
Chris skinął głową i chwycił za telefon. Jeden z młodszych ochroniarzy przewijał nagranie dalej, próbując śledzić nieznajomego na ulicy. Holly odwróciła wzrok od monitorów. Nie mogła na nie dłużej patrzeć. To nagranie było jak zapis zbrodni, której ofiarą miała być ona – tyle że jeszcze nie wiedziała, kiedy spadnie cios, i to było chyba najgorsze. „Giń, suko!” – słowa uderzyły w nią z nową siłą i nagle poczuła, że jeśli natychmiast stąd nie wyjdzie, to umrze bez pomocy wynajętego mordercy.
– Muszę uciekać… – zaczęła, odwracając się w stronę drzwi.
Chris natychmiast stanął między nią a wyjściem.
– Panno Miles, policja zaraz będzie. Nie może pani…
– Nie będę tu stać i czekać, aż on wróci! – wpadła mu w słowo. – Wyślijcie kogoś, żeby sprawdził moje mieszkanie. Czy nikt w nim nie był, czy jest bezpieczne. Ja idę do… – urwała, nie chcąc wymieniać przy nich nazwiska, ale na myśli miała tylko jednego człowieka, przy którym zawsze czuła się cudownie bezpieczna. – Do przyjaciela. Jadę do przyjaciela. Proszę mnie przepuścić. – Dźgnęła ochroniarza palcem w mostek.
Chris wahał się przez chwilę, ale nie mógł jej przecież zatrzymać.
– Zawiozę panią. Sam. Im mniej osób wie, dokąd jedziemy, tym lepiej.
Samochód – czarny, nieoznakowany, z przyciemnianymi szybami – sunął przez miasto, które leniwie budziło się do życia. Holly siedziała z tyłu, ściskając w dłoni kremową kopertę, choć wolałaby ją wyrzucić przez okno, spalić, zapomnieć, że kiedykolwiek istniała.
Chris prowadził w milczeniu. Nie pytał, dokąd ma jechać, dopóki sama nie podała adresu.
– Bronx? – zapytał ze zdziwieniem, może nawet dezaprobatą. – Panno Miles, to nie jest…
– Wiem, co to za dzielnica – przerwała mu. – I wiem, że raczej powinnam ukryć się w jakimś hotelu dla gwiazd z ochroną na każdym piętrze, ale on, kimkolwiek jest, tego się właśnie spodziewa i tam będzie mnie szukał. A więc tak, Bronx. Morris Park.
Chris skinął głową i ruszył na północ. Im dalej od Manhattanu, tym bardziej miasto traciło swój elegancki sznyt. Znikały szklane fasady, luksusowe witryny i światła drogich restauracji. Bronx był surowszy, bardziej zmęczony, jak człowiek, który od dawna pracuje ponad siły i nie ma już potrzeby niczego udawać.
Mijali niewielkie sklepy z przygaszonymi neonami, stare delikatesy, bary, których szyldy pamiętały poprzednią dekadę, i szeregi niskich kamienic z popękanymi schodami przeciwpożarowymi. Na chodnikach siedzieli ludzie z papierowymi kubkami kawy, ktoś palił papierosa przy otwartym warsztacie samochodowym, gdzieś dalej wyła syrena ambulansu, ale nikt nawet nie odwrócił głowy.
Holly patrzyła na to wszystko przez szybę, czując, jak narasta w niej niepokój. Nie dlatego, że bała się tej dzielnicy – nie teraz, gdy wizja śmierci w luksusowym apartamentowcu wydawała się ponurym chichotem losu. Bała się, że Robert jej nie uwierzy. Że uzna ją za histeryczkę, każe Holly wracać do domu i zadzwonić na policję, bo on nie ma czasu na cudze paranoje. Bała się, że nie odbierze telefonu. Ale najbardziej się bała, że w ogóle go tam nie będzie. A jednak, gdy samochód zatrzymał się przed starą czteropiętrową kamienicą z wyblakłej cegły i z wąskim wejściem osłoniętym metalowym daszkiem, Holly nie zawahała się ani przez chwilę.
– Proszę na mnie tutaj zaczekać – rzuciła do Chrisa i wysiadła.
Powietrze było zimne, wilgotne, niosło zapach smażonego jedzenia z restauracyjki na parterze, która dopiero otwierała swoje podniszczone drzwi. Holly podeszła do domofonu, odnalazła przycisk z wytartą dziewiątką, wcisnęła go i czekała.
Cisza.
Wcisnęła ponownie, dłużej.
– Robert! – krzyknęła do mikrofonu, chociaż nikt się nie odezwał. Za jej plecami Chris wysiadł z samochodu, coraz bardziej zaniepokojony. – Robercie, to ja, Holly. Błagam, otwórz.
Żadnej odpowiedzi.
Sięgnęła po telefon i wybrała jego numer. Sygnał, raz, drugi, trzeci. Potem poczta głosowa. „Tu Robert McLaren. Jeśli nie odbieram, znaczy, że nie mogę albo nie chcę rozmawiać. Zostaw wiadomość, a jeśli sprawa dotyczy końca świata, prawdopodobnie ktoś już mnie o tym powiadomił”. Holly rozłączyła się i znów wcisnęła dziewiątkę na domofonie.
– Robert, wiem, że to wczesna pora, wiem, że się nie zapowiadałam, ale… błagam, otwórz. Ktoś chce mnie zabić. Nie mam dokąd pójść… – Głos się jej załamał.
Po drugiej stronie wciąż było cicho. Holly oparła czoło o zimną, porysowaną powierzchnię domofonu i zamknęła oczy. „Boże, spraw, żeby był w domu. Spraw, żeby otworzył. Spraw, żebym nie musiała wracać do samochodu i tłumaczyć Chrisowi, że jedyne bezpieczne miejsce na świecie okazało się niedostępne”.
I wtedy usłyszała trzask. Trzask drzwi na klatkę schodową. Ktoś od wewnątrz nacisnął przycisk zwalniający zamek. Holly szarpnęła za klamkę i wbiegła do środka, rzucając przez ramię do Chrisa:
– Czekaj na mnie w samochodzie!
Klatka schodowa była ciemna i wąska, ale to, o dziwo, wcale Holly nie przeraziło. Wbiegła na trzecie piętro, dysząc ciężko, nie tyle z wysiłku, co ze strachu, że za chwilę ktoś wyjdzie z któregoś z mieszkań i zapyta, czego tu szuka, kim jest. Wreszcie stanęła przed drzwiami z cyfrą dziewięć. Zapukała. Najpierw cicho, potem głośniej, usłyszawszy po drugiej stronie szum wody. Wreszcie walnęła w drzwi pięścią, raz, drugi, trzeci…
– Robert! Otwieraj, do cholery!
Drzwi uchylił się gwałtownie i Holly stanęła twarzą w twarz z mężczyzną, którego rozpaczliwie potrzebowała, a który patrzył na nią tak, jakby właśnie ujrzał ducha.
Robert McLaren stał w progu mieszkania prosto spod prysznica, z ciemnymi włosami mokrymi i zwichrzonymi ręką, z kroplami wody spływającymi po szyi, po szerokich ramionach, po umięśnionej piersi, po płaskim brzuchu, który nie miał prawa wyglądać tak u faceta spędzającego większość życia za biurkiem. Robert miał na sobie tylko ręcznik owinięty nisko wokół bioder, a reszta opalonego muskularnego ciała była odsłonięta, rzeczywista i cholernie, niebezpiecznie seksowna.
– Holly? – Jego głos był ochrypły, nie tyle ze zdziwienia, ile z niedowierzania, jakby Robert naprawdę wątpił w to, że ona przed nim stoi. – Co ty… jak… o tej porze?
Nie odpowiedziała. Tylko patrzyła na niego, drżąc na całym ciele, z kopertą w dłoni, z oczami pełnymi łez, z twarzą bladą jak płótno, i nagle, nie mogąc już dłużej udawać, że jest silna, że panuje nad sytuacją, że wszystko jest okej, zrobiła krok w przód i nogi się pod nią ugięły.
– Holly, na litość… – Złapał ją, instynktownie, odruchowo, przyciskając do siebie.
Czuła pod palcami jego ciepłą, wilgotną skórę, wdychała zapach mydła i wody kolońskiej, który w tej chwili w tym brzydkim, ciasnym korytarzu był najbezpieczniejszym zapachem świata.
– Ktoś chce mnie zabić – wyszeptała w pierś Roberta, nie podnosząc głowy, nie patrząc mu w oczy, bo bała się, że jeśli spojrzy, zobaczy w nich to samo, co w oczach Chrisa: niepokój, dezorientację, a może nawet zmęczenie jej dramatem. – Dostałam list. Groźbę. Ktoś wie, gdzie mieszkam. Ktoś przyszedł pod mój dom, zostawił w recepcji kopertę z wiadomością: „Giń, suko”. Nie wiem, kto to był. Nie wiem, czy to żart, czy… – Zaczęła cicho płakać, zaciskając palce na jego ramionach. – Nie mam dokąd pójść. Nie mam nikogo. Tylko ciebie.
Przez chwilę stał nieruchomo, a ona czuła, jak jego serce bije pod jej policzkiem – szybko i mocno. Jego ręce, duże i ciepłe, objęły ją mocniej.
– Wejdź – odezwał się cicho i łagodnie, usuwając się z przejścia. – Wejdź i opowiedz mi wszystko od początku.
Mieszkanie było małe. Może i schludne, ale żałośnie ciasne. Nie takie, jakiego spodziewała się po agencie, który reprezentował dwie największe gwiazdy w mieście, ją, Holly Miles i Amandę Valenry. Nie pasowało do człowieka, który negocjował kontrakty warte miliony, ubierał się w garnitury szyte na miarę i umawiał się na spotkania w najdroższych restauracjach. To było zwykłe, skromne mieszkanie, za to z wysokim sufitem i dużymi oknami wychodzącymi na podwórko. Stare, nieco przetarte na kantach, ale zadbane meble. Na półkach książki – setki książek, stłoczone, przyciśnięte do siebie jak pasażerowie metra w godzinach szczytu. W powietrzu unosił się zapach kawy i druku. Na blacie maleńkiego aneksu kuchennego wyłączył się czajnik z gotującą się wodą.
Holly stanęła pośrodku pokoju, wciąż z kopertą w dłoni, mając na twarzy wypisane zdumienie, jak każdy, kto nagle zobaczył znajomego w zupełnie nowym świetle. Znała Roberta McLarena od ładnych paru lat jako człowieka od rzeczy niemożliwych, jako profesjonalistę w idealnie skrojonych garniturach, jako głos w telefonie, który potrafił opanować jej złość, rozpacz albo panikę. To wyobrażenie nie pasowało do faceta w ręczniku, mieszkającego w kamienicy z odpadającym tynkiem, w klitce wielkości jej garderoby, pijącego kawę z kubka z wyszczerbionym uchem.
– Wiem, słabo to wszystko wygląda – powiedział, jakby czytał w jej myślach, po czym ruszył w stronę sypialni, by się ubrać, zostawiając ją samą w pokoju, który mówił o Robercie McLarenie więcej niż wszystko, co do tej pory o nim wiedziała.
Holly pokręciła głową, zażenowana swoim zachowaniem, oczekiwaniami, że agent gwiazd powinien sam mieszkać jak gwiazda. Usiadła na starej skórzanej kanapie, mocno już sfatygowanej, ale dziwnie wygodnej, i położyła kopertę na stole. Palce jej drżały. W głowie wciąż krążyły obrazy: mężczyzna w kapturze, list z groźbą, winda, która stanęła między piętrami, i jej własne odbicie w lustrze – przerażone, bezbronne, zwyczajne, lecz po chwili wyciągnęła telefon, odwołała Chrisa, zapewniając, że jest bezpieczna, i odetchnęła lekko, rozglądając się dookoła wciąż zdziwionymi oczami. Tego miejsca nie zna nikt, nikomu nie przyjdzie do głowy tutaj Holly szukać…
Robert wrócił po kilku minutach ubrany w dżinsy i ciemny sweter, z włosami wciąż wilgotnymi, zaczesanymi do tyłu niedbałym ruchem dłoni. Usiadł naprzeciwko dziewczyny i wziął do ręki kopertę, przyglądając się eleganckiemu „Miss Holly Miles”. Wyjął z koperty kartkę – zwykłą, białą, bez logo, bez nadruku, bez niczego, co mogłoby wskazać na nadawcę. Pismo było równe, jak z podręcznika do kaligrafii. Na środku strony widniały słowa: „Jest na ciebie zlecenie. Giń, suko!”. Robert przeczytał raz. Potem drugi. Potem odłożył kartkę na stół i nie dotykał jej więcej, jakby bał się zostawić na niej swoje odciski palców.
– Kto o tym wie? – zapytał. – O twoim nowym mieszkaniu?
– Nikt – odparła, a w jej głosie zabrzmiała rozpacz kogoś, kto nagle zrozumiał, że nie wie, komu może ufać. – Ty, agencja ochroniarska, może jeszcze dwie osoby z mojego teamu. I… i ci, którzy podpisywali umowę. Ale to są profesjonaliści. Oni nie…
– Profesjonaliści też mają długi, słabości, szefów i sekretarki – przerwał jej Robert, a jego głos był teraz twardy, rzeczowy, jakby mężczyzna włączył w sobie inny tryb: nie przyjaciela, a agenta, który analizuje zagrożenie i szuka rozwiązania. – Albo ktoś się wygadał. Albo ktoś cię śledził. Albo, co najgorsze, ktoś ma dostęp do systemu, który powinien być zamknięty. Szczelny.
Holly wstała i podeszła do okna. Na tyłach kamienicy dwóch chłopców grało w piłkę, a kobieta w rozciągniętym swetrze rozwieszała pranie, cudownie nieświadoma, że trzy piętra wyżej patrzy na nią gwiazda jej ulubionego serialu, która zastanawia się, czy dożyje następnego dnia.
– Co mam zrobić? – rzuciła Holly, nie odwracając się.
– Najpierw zadzwonimy na policję – odparł Robert. – Nie jest to coś, co można zignorować. Nawet jeśli jakiś wesołek albo hejter postanowił z ciebie zażartować, trzeba to zgłosić.
– A potem?
– Potem… – zawahał się, a Holly usłyszała to wahanie, to małe pęknięcie w jego profesjonalnym głosie, które powiedziało jej więcej niż słowa. – Potem trzeba sprawić, byś była bezpieczna. Możesz wrócić do domu albo zatrzymać się w hotelu…
– Tam mnie znajdą! Na pewno mnie znajdą! – W słowach Holly znów brzmiała panika.
– Możesz wynająć prywatną ochronę…
– Może zostanę tutaj? U ciebie? – Oczy dziewczyny wypełniły się łzami i błaganiem.
– U mnie? – Robert uniósł brwi w niebotycznym zdumieniu i rozejrzał się po pokoju, widząc go takim, jakim widziała go Holly Miles, ulubienica Ameryki, milionerka, gwiazda i celebrytka.
– Podoba mi się tu, naprawdę! – zapewniła gorąco, chwytając jego dłoń. – Mieszkanko jest niewielkie, ale… przytulne? – Sama nie wierzyła w to, co mówi, ale i tak chciała, musiała!, tutaj zostać.
Robert, czytając w niej niczym w otwartej księdze, uśmiechnął się mimowolnie. Księżniczka Netflixa przywykła do większych luksusów, jednak największym było dla niej w tym momencie poczucie bezpieczeństwa.
– Jasne. Możesz zatrzymać się u mnie – rzekł, a ona odetchnęła z ulgą. – Tak długo, jak będzie trzeba. Mieszkanie może jest małe, ale ma oddzielną sypialnię, wyobraź sobie. Możesz się w niej rozgościć. Ja prześpię się na kanapie.
Posłała mu uśmiech, w którym zakochał się pierwszego dnia, gdy ujrzał tę dziewczynę. Odwrócił wzrok, by nie dostrzegła uczuć, które w nim wywołuje. Nagle ten uśmiech zgasł, wrócił strach.
– A jeśli on, człowiek w kapturze, przyjdzie tutaj? Przecież wszyscy wiedzą, że jesteś moim agentem. I przyjacielem – dodała miękko.
Robert wstał i podszedł do niej, ujął jej drżącą dłoń, odgarnął z czoła kosmyk włosów gestem czułym i opiekuńczym.
– Nikt nie wie, że tu jesteś. I nikt się nie dowie. A na pewno nie ode mnie. Przecież wiesz…
Holly spojrzała w jego oczy, brązowe i łagodne oczy, które przez tyle lat patrzyły na nią z szacunkiem, oddaniem i czymś, czego wolała nie nazywać, bo on nie znalazłby tego w jej źrenicach.
– Boję się – wyszeptała.
– Wiem.
– Nie tylko o swoje życie. Boję się, że… że jeśli zostanę, jeśli przenocuję u ciebie, w twojej sypialni… Jeśli będziesz blisko, to… – urwała.
– Z mojej strony nic ci nie grozi – żachnął się.
– Może tobie coś grozi z mojej? – odparła niby żartem, a jednak poważnie.
Robert nie odpowiedział od razu. Stał przed nią nieruchomo, z rękami w kieszeniach dżinsów, i patrzył na Holly tak jak zawsze, gdy ona mówiła coś, co wykraczało poza ramy ich zawodowej relacji: z uwagą, troską i bolesnym wysiłkiem kogoś, kto tłumi w sobie to, co czuje, wiedząc, że przekroczenie tej granicy może zniszczyć wszystko, co przez lata budował.
– Holly – zaczął w końcu cicho, ważąc słowa. – Od lat jesteś dla mnie kimś więcej niż klientką. Wiesz o tym. Nawet jeśli nigdy tego nie powiedziałem, przecież się domyślasz.
Uniósł dłoń i dotknął jej policzka. Przytrzymała tę dłoń. Gdy myślała o Robercie, a nieczęsto się jej to zdarzało, widziała przystojnego, starszego od niej o parę ładnych lat mężczyznę, któremu mogła ufać bezgranicznie. Który stał się namiastką rodziców Holly po ich śmierci. Myślała o jego dłoniach, gdy witał się z nią serdecznym uściskiem, o silnych, męskich ramionach, w których ją zamykał, gdy tonęła we łzach z byle powodu, wreszcie o spojrzeniu, jakie jej posyłał, gdy myślał, że ona tego nie widzi. Ale nigdy nie przyszło jej do głowy widzieć w nim kochanka. Och, Holly marzyła o paru facetach, owszem. I każdemu z nich albo pozwoliła się uwieść, albo sama go uwiodła. Ale Robert McLaren? A jednak…
– Może wolę mieć pewność, zamiast się domyślać? – W głosie Holly zabrzmiała nagle desperacja, którą on mógł zrozumieć całkiem inaczej.
– Nie, Holly – odezwał się cicho. – Jestem twoim agentem. – Nie próbował się usprawiedliwiać, przedstawiał fakty. – Masz prawo ufać mi bez obawy, że to wykorzystam. Jeśli cokolwiek między nami… się wydarzy poza protokołem, a potem coś pójdzie nie tak, stracisz nie tylko przyjaciela, ale i człowieka, który pilnuje twojej kariery.
– A jeśli chcę zaryzykować?
Teraz ona uniosła rękę i dotknęła jego twarzy – leciutko, opuszkami palców.
– Jeśli jutro czy pojutrze zabije mnie ten, który ostrzegał w liście – wyszeptała – to przed śmiercią chcę poznać, jakie to uczucie. Być z tobą. Naprawdę.
Robert zamknął oczy. Przez kilka długich sekund stał nieruchomo i oddychał tak głęboko, jakby zbierał się na coś, czego bał się bardziej niż straty, bardziej niż skandalu, bardziej niż utraty wszystkiego, co zbudował.
– Holly… – zaczął.
Nie pozwoliła mu dokończyć. Przyciągnęła go do siebie i pocałowała. Nie delikatnie, nie pytająco, nie z wahaniem, które towarzyszy pierwszym pocałunkom dwojga ludzi, którzy nie wiedzą, czego chcą. Pocałowała go tak, jakby od tego pocałunku zależało jej życie – mocno, głęboko, z całych sił, z całego strachu, który nosiła w sobie od rana, z całej tęsknoty, którą tłumiła przez lata. On zareagował w ułamku sekundy. Objął ją i przycisnął do siebie tak mocno, że zabrakło jej tchu. Wsunął dłoń w jej włosy i odchylił głowę, by móc całować ją jeszcze głębiej, jeszcze bardziej zachłannie, jakby bał się, że za chwilę zniknie, że to wszystko okaże się snem, z którego zaraz się obudzi.
– Jesteś pewna? – wyszeptał między pocałunkami, a jego głos był ochrypły, pełen niedowierzania, jak głos człowieka, który wreszcie dostał to, o czym marzył latami i nie może uwierzyć, że to marzenie ma właśnie w swoich ramionach.
Zamiast odpowiedzieć, ściągnęła przez głowę dres i cisnęła go na podłogę między stary, skrzypiący fotel a stół, na którym wciąż leżała kremowa koperta z pogróżkami, stając przed Robertem półnaga, piękna i gotowa na wszystko. On wziął dziewczynę na ręce – z łatwością, jakby ważyła tyle co nic, jakby jej ciało było stworzone do tego, by je kochać i tulić – i zaniósł do sypialni, małej i skromnej jak reszta mieszkania. Z łóżkiem wąskim, ale z czystą pościelą pachnącą proszkiem do prania i słońcem, na którym schła. Położył Holly na łóżku delikatnie, jakby była z porcelany, i przez chwilę patrzył na nią z góry zupełnie innym wzrokiem niż ten, który znała z jego biura, gdy negocjował jej kontrakty. Tym razem w jego oczach były czułość i miłość, do której się przez lata nie śmiał przyznać.
– Jestem cholernie piękna, wiem – odezwała się z przekornym uśmiechem.
– Piękna i cholernie niemożliwa – odparł, pochylając się nad nią.
Całował ją długo, powoli, z namaszczeniem, jakby każdy centymetr jej ciała był mapą, którą chciał zapamiętać na zawsze. Jego dłonie wędrowały po jej plecach, biodrach, udach, odkrywając ją powoli, co było dla obojga zarówno przyjemnością, jak i torturą. Holly nagle poczuła, jak jego dotyk rozpala w niej coś, co do tej pory było uśpione, nieużywane, jakby czekało właśnie na niego, na tę chwilę, na ten mały, brzydki pokój z widokiem na suszące się prześcieradła. Przyciągnęła mężczyznę mocniej. Zsunął się niżej. Jego usta odnalazły źródło jej namiętności. Objął je wargami i zaczął ssać, a gdy ona jęknęła cicho i wyszeptała jego imię, stracił kontrolę. Nie gwałtownie, nie w sposób, który by ją przestraszył – raczej jak ktoś, kto wreszcie pozwala sobie na coś, na co nie pozwalał sobie latami, i uwalnia to w każdym ruchu, w każdym oddechu, w każdym dotyku dłoni na jej ciele.
– Robbie… – szepnęła, gdy wsunął się w nią, a jej głos był cichy, zduszony, pełen tego samego zdumienia, które czuła, gdy pierwszy raz zobaczyła swoje nazwisko na ekranie.
Odpowiedział pełnym namiętności pocałunkiem, bo nie trzeba już było słów. Nie istniało już nic poza nimi, poza dwoma spragnionymi do granic możliwości ciałami, poza oddechami, które stawały się coraz szybsze, coraz bardziej nierówne, aż w końcu połączyły się w jedno westchnienie, długie, przeciągłe, jakby uwalniali coś, co trzymali w sobie za długo.
Leżeli potem w ciszy, ona z głową na jego piersi, wsłuchana w bicie serca, on z dłonią na jej plecach, leniwie kreślącą kółka na skórze. Za oknem miasto budziło się do życia, a oni trwali w tym małym, bezpiecznym świecie, który stworzyli na kilka chwil, zanim rzeczywistość znowu zapuka do drzwi.
– No to teraz – odezwała się w końcu Holly, unosząc głowę i patrząc mu prosto w oczy – na pewno będziesz mnie bronił.
Robert poczuł nieprzyjemne ukłucie gdzieś na dnie duszy. Coś między żalem, rozczarowaniem i pogardą dla samego siebie.
– Przespałaś się ze mną, żebym cię bronił? – zapytał, pilnując, by jego głos zabrzmiał żartobliwie. – I tak bym to robił, powinnaś o tym wiedzieć.
Odwróciła się na plecy.
– Wiem. Jasne, że wiem. Ale wolałam mieć pewność.
Rzuciła mu szybkie spojrzenie i widząc wyraz twarzy mężczyzny, trzepnęła go w ramię, uśmiechając się niewinnie i prowokacyjnie zarazem, jak to tylko ona potrafiła.
– Żartuję przecież. Pragnęłam cię, Robercie McLaren.
On leżał przez chwilę nieruchomo, godząc się z surową, ostrą prawdą: Holly go nie kocha i nigdy nie pokocha. Ta dziewczyna może mieć każdego faceta, jakiego zapragnie, a on, Rob McLaren, jest tylko jej agentem, obrońcą, przyjacielem, kimś, kto zawsze stanie po jej stronie.
„Tylko i aż”, sprostował w myślach. „Doceń to i ciesz się ową namiastką”.
– I tak bym cię chronił – powiedział cicho. – Nawet gdybyś się ze mną przed chwilą nie kochała. Nawet gdybyś mnie zwolniła. Nawet gdybyś miała wyjść za kogoś innego i zapomnieć, że w ogóle istniałem. Zawsze będę cię bronił, Holly. Wiesz dlaczego…
– Dlaczego? – rzuciła z tym samym uśmiechem, którego nie dało się nie kochać.
W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi – nie delikatne, nie pytające, ale głośne, natarczywe, jak puka człowiek, który nie ma zamiaru czekać na odpowiedź.
Zamarli.
– Policja? – wyszeptała Holly, a w jej oczach, jeszcze przed chwilą rozmarzonych, pojawiła się czujność.
Robert wstał, wsunął dżinsy, narzucił sweter i ruszył w stronę przedpokoju. Holly usłyszała, jak otwiera drzwi i w następnej chwili przytknęła dłoń do ust, by zdusić jęk przerażenia.
– Mam przesyłkę – rzekł nieznajomy mężczyzna.
– Kim pan jest? – rzucił ostro McLaren.
– Tylko dostarczam.
Drzwi zamknęły się z suchym trzaskiem. Robert wrócił do sypialni z twarzą bledszą niż przed chwilą. W ręku trzymał kremową kopertę. Holly poderwała się gwałtownie, nie zważając na to, że jest naga, że jej włosy są w nieładzie, że na szyi ma ślady jego pocałunków. Wyrwała mu kopertę z dłoni i rozdarła. W środku była taka sama biała kartka, takie samo równe, kaligraficzne pismo. I dwa zdania:
„Nie ukryjesz się. Giń, suko!”
OKŁADKA
KARTA TYTUŁOWA
KARTA REDAKCYJNA
SPIS TREŚCI
ROZDZIAŁ I
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Dedykacja
Meritum publikacji
