Paryska sukienka - Gabriela Feliksik - ebook + audiobook + książka

Paryska sukienka ebook i audiobook

Gabriela Feliksik

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Pełna emocji historia o tym, że przeszłość skrywa najróżniejsze tajemnice…

Młody Francuz, Wiktor de Lamartin, dowiaduje się od swojego umierającego dziadka, słynnego projektanta mody, że po jego śmierci odziedziczy połowę majątku. Druga połowa ma trafić do Rozalii Lemańskiej, Polki, którą Wiktor powinien odnaleźć i namówić do przyjęcia spadku- współudziałów w domie mody Lamartin i połowy posiadłości w Saint – Émilion.

Rozalia Lemańska przeprowadza się z Warszawy do rodzinnego miasteczka swojej ukochanej babci Heleny. Sprzątając dom po zmarłej kobiecie, znajduje jej pamiętniki z czasów wojny. Tymczasem w Polsce zjawia się Wiktor, zdruzgotany śmiercią dziadka, ale i zdeterminowany, by rozwiązać zagadkę zapisania przez niego połowy majątku nieznanej dziewczynie. Razem z Rozalią postanawiają dowiedzieć się, co sprawiło, że Adam de Lamartin zdecydował się podzielić swój majątek pomiędzy ich dwoje. Dziewczyna czuje, że pamiętniki babci mogą skrywać odpowiedź na to pytanie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 475

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 52 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Klaudia Bełcik

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Francja.Rok 2002

Nad Paryżem już dawno zapadł zmrok, ale gwar nie ustawał. To miasto nigdy nie spało; tętniło życiem za dnia i w nocy. Po ulicach kręcili się głównie turyści spragnieni rozrywki. Przesiadywali w knajpach, spacerowali po małych uliczkach i zaglądali do tłocznych restauracji, szukając miejsca, w którym mogliby dobrze zjeść. Paryż wszak słynął nie tylko z zabytków, ale i z pysznego jedzenia.

Wiktor de Lamartin już dawno poszedł spać. Jako mieszkaniec Paryża lubił życie nocne, ale albo to spędzane w klubach, albo u siebie w mieszkaniu. Często urządzał tam małe imprezy czy zapraszał piękne dziewczyny, by umilały mu czas. Szczególnie upodobał sobie modelki. Były piękne, ale niewymagające, jakby doskonale znały reguły gry. Nie szukały miłości ani obietnic, tylko dobrej zabawy.

Teraz śnił o jednej z nich – uroczej modelce poznanej poprzedniego dnia podczas pokazu organizowanego przez jeden z domów mody. Na podobnych wydarzeniach pojawiał się regularnie, chcąc wiedzieć, co słychać u konkurencji.

Nie otwierając jeszcze oczu i wciąż balansując na granicy snu, wyciągnął rękę w stronę leżącej obok dziewczyny. Chciał powtórzyć nocne igraszki, ale z półsnu wyrwał go dźwięk telefonu. Początkowo zamierzał zignorować połączenie, zwłaszcza że otworzył oczy i dojrzał ponętne nagie ciało leżące tuż obok. Komórka jednak nie uciszała się, więc lekko nieprzytomny przyłożył ją do ucha, nawet nie sprawdzając, kto dzwoni.

– Pan Adam się źle czuje – dobiegł go kobiecy głos.

Gdy kobieta kontynuowała łamaną francuszczyzną, z której niewiele rozumiał, rozpoznał opiekunkę dziadka – Ukrainkę Oksanę.

– Oksano, powoli, jest wcześnie rano, dopiero się obudziłem – powiedział i niechętnie wstał z łóżka, nie chcąc budzić śpiącej w nim kobiety.

– Pan Adam prosił, by przyjechał do niego – odezwała się Oksana. Starannie artykułowała każdy wyraz, świadoma swoich ograniczeń językowych, ale coś musiało ją zdenerwować, bo zaczęła mówić szybciej.

– Ale co się dzieje? – zapytał, mamrocząc.

Alkohol wypity poprzedniego wieczora sprawiał, że nie potrafił składnie się wypowiedzieć, ale kiedy zrozumiał, że chodzi o dziadka, musiał dowiedzieć się więcej. Wprawdzie skończył on niedawno osiemdziesiąt lat, ale zawsze był okazem zdrowia; jeszcze niedawno brał udział w gali otwierającej tydzień mody w Paryżu jako gość honorowy.

– Pan Adam padł – oznajmiła kobieta. Wiktor poczuł, że zbyt wiele się od niej nie dowie.

Słowo „padł” zostało pewnie niewłaściwie użyte, bo chociaż Oksana się bardzo starała, to miała problem z francuskim. A kiedy się stresowała, zupełnie brakowało jej właściwego słownictwa. Czasami zastanawiał się, jak dziadek się z nią porozumiewa, ale skoro od piętnastu lat dla niego pracowała, to musieli się jakoś dogadywać. Wiedział, że jest mu niezwykle oddana, a i starszy pan nie wyobrażał sobie bez niej życia – często to powtarzał. On sam ją bardzo lubił, chociaż czasami ta jej nieporadność językowa mocno go denerwowała.

– Dobrze, Oksano – westchnął w końcu. – Będę w południe.

Zerknął na zegarek. Była dopiero piąta nad ranem, ale przecież musiał się wyspać, no i wytrzeźwieć. Dopiero wtedy dotarło do niego, że przyjazd w południe jest nierealny – pewnie dotrze tam w godzinach wieczornych. Wprawdzie Google Maps pokazywało z reguły około sześciu godzin na podróż z Paryża do Saint-Émilion, ale on pokonywał tę trasę czasami i w pięć, nie szczędząc licznika, tak więc zakładał, że dojedzie na kolację.

Popatrzył po raz ostatni na Nataszę i dotarło do niego, że i ona była Ukrainką, ale jakże różniącą się od grubej i rumianej gosposi dziadka. Uznał, że i tak już nie zaśnie, zachichotał na to porównanie obu kobiet, przeciągnął się i poszedł pod prysznic. Zmył z siebie szybko zapachy upojnej nocy i poczuł, że dochodzi do formy; gorące strumienie wody go pobudziły.

Poruszając się cichutko po mieszkaniu, poszedł do salonu poszukać alkomatu. Uruchomił urządzenie, dmuchnął i sprawdził wynik. Promile we krwi ciągle nie pozwalały mu na podróż samochodem. Poszedł do kuchni, włączył ekspres i zrobił sobie kawę. Wypił szybko, nigdy nie lubił się delektować o poranku żadnym napojem, ciągle się gdzieś śpieszył. Zgłodniał i nie zastanawiając się długo, zrobił sobie grzankę z serem. Kiedy zjadł, chwycił Le Monde i poczytał kilka artykułów. Męczyły go jednak ciągłe wojenki Le Pena 1, który w kwietniu przegrał wybory prezydenckie z Chirakiem 2.

Zamknął gazetę i uznał, że najwyższa pora pożegnać gościa. To zawsze była dla niego niewygodna chwila – pozbywanie się kobiet ze swojego mieszkania. Nie zdarzało mu się właściwie, by któraś z poznanych dziewcząt zostawała na śniadanie, nie mówiąc o dłuższym pobycie. Kiedyś był w związku – wytrzymał nawet parę miesięcy z kobietą, która pracowała jako szefowa działu personalnego w firmie. Jednak w końcu znudził się i kiedy z nią zrywał, stracił także świetnego pracownika. Jeannette nie chciała dłużej z nim pracować. Potem nie chciał wchodzić w żadne dłuższe relacje – uważał, że komplikują one tylko życie. Tak było mu wygodniej. Zapraszał kobiety do siebie, rzadziej bywał u nich, bo lubił luksus swojego apartamentu. Modelki, które wybierał, mieszkały w małych pokoikach na poddaszach paryskich kamienic, często z koleżankami, czekając na swoje szczęście w modelingu. Nie miały warunków, by zapraszać gości, a on lubił spać w swoim łóżku.

– Hej, piękna, wstajemy, muszę niestety pilnie wyjechać – powiedział i pocałował dziewczynę w ramię.

Kiedy odwróciła się w jego stronę, lekko się przestraszył. Młoda kobieta wyglądała zupełnie inaczej niż kilka godzin wcześniej – miała opuchniętą twarz, rozmazany makijaż i podkrążone oczy. Opanował się na tyle, by nie dać po sobie poznać lekkiego rozczarowania. Nie pierwszy raz budził się obok kobiety, która za dnia była zupełnie inną osobą niż nocą. Tym razem jednak poczuł nie tylko złość na nią za to, jak prezentowała się o poranku, ale przede wszystkim na siebie, bo po raz kolejny wylądował w łóżku z nieznajomą dziewczyną. Natasza była modelką i zastanawiał się, czy przespała się z nim, bo jej się podobał, czy też dla jego pozycji. W końcu miał zaledwie trzydzieści lat, a był dyrektorem operacyjnym jednego z największych domów mody we Francji. Sam Adam de Lamartin, uwielbiany, znany w kraju i na świecie projektant, założyciel Masion Lamartin, był jego dziadkiem. Musiała o tym wiedzieć. Otworzyła oczy.

– Chéri, ale jak to musisz jechać? – zapytała, robiąc w swoim mniemaniu zalotną minę i przeciągając się tak, by dojrzał jej małe piersi ukryte pod cienką koszulką. Nie podziałało to niestety na Wiktora.

– Wzywają mnie rodzinne sprawy – powiedział pokrętnie, nie mając zamiaru wtajemniczać dziewczyny w swoje plany.

Każda modelka chciała poznać Adama de Lamartina, bał się, że Natasza też zechce i wpakuje mu się do samochodu. Nie miał ochoty na podróżowanie z nią, a nawet na wypicie szybkiej kawy w jej towarzystwie. Nagle sobie przypomniał, że nie dało się z nią rozmawiać, ale z każdym wypitym kieliszkiem przestawało mu to przeszkadzać, aż w końcu zaprosił ją do siebie. Zbeształ się i za tę głupotę. Zaczynało go to nudzić. Musi wreszcie skończyć z zapraszaniem przygodnie poznanych panienek do swojego mieszkania – zwłaszcza że przed paroma miesiącami jedna z nich próbowała go okraść. I gdyby nie wierny Jacques, stojący na wejściu w okazałej kamienicy w Saint-Germain-des-Prés, najelegantszej paryskiej dzielnicy, pewnie by jej się to udało. Dziewczyna wymknęła się nad ranem, niosąc pod pachą sprzęt audio. Najwyraźniej myślała, że nikt jej nie zauważy. Dozorca stał na swoim posterunku i od razu ją zatrzymał, po czym szybko wezwał Wiktora. Rozpłakała się wtedy, tłumacząc, że nie miała za co zapłacić za pokój. Zlitował się i nie wezwał policji. W duchu dziękował sobie za to, że zdecydował się na zakup mieszkania w takim właśnie miejscu. Dozorca, właściwie w funkcji ochroniarza, stał na straży bezpieczeństwa jego i pozostałych mieszkańców.

Kupił mieszkanie w pobliżu średniowiecznego kościółka dwa lata temu i uważał je za swój azyl. Wprawdzie znajomi śmiali się, że wybrał tę niemodną obecnie dzielnicę, zamiast kupić na przykład apartamentowiec w La Défense – nowoczesnej i prestiżowej części miasta. Jednak on uwielbiał te klimaty. Spacerując między dawnymi rezydencjami arystokratów, domami urzędników, polityków i notabli, zaglądał do starych kawiarni i zastanawiał się, czy to tutaj w latach dwudziestych przesiadywali malarze surrealiści. Może któryś z mijanych lokali był ulubionym miejscem spotkań Ernesta Hemingwaya, Jean-Paula Sartre’a czy Simone de Beauvoir? Jego znajomi by tego nie zrozumieli, a tym bardziej Natasza, która dalej wpatrywała się w niego lekko zdziwionymi oczami.

– No już, już, moja piękna, ja naprawdę muszę się zbierać – powiedział lekko zirytowany.

– Nie poczęstujesz mnie nawet śniadaniem? – powiedziała nadąsana kobieta.

– Przykro mi, moja droga, ale ja naprawdę muszę wychodzić, mogę cię podwieźć – dodał, żeby całkowicie nie wyjść na faceta zaliczającego panienki na jedną noc.

– A obiecujesz kawę? – Spojrzała na niego kokieteryjnie, a on, jak zawsze w podobnych sytuacjach, zdecydował się skłamać.

– Zadzwonię, jak tylko pozałatwiam sprawy – odparł nieco już znużony rozmową.

Natasza spojrzała na niego przeciągle, ale nie usłyszawszy nic więcej, wstała szybko i pobiegła do łazienki, chwytając po drodze swoją torbę. Domyślał się, że trochę przyjdzie mu na nią czekać, włączył więc ekspres i zrobił sobie swoją ulubioną latte. Druga kawa zawsze była tą, której poświęcał więcej uwagi, lubił ten gatunek. Dziadek zawsze śmiał się z niego, że pije kobiecą kawę, ale nic sobie nie robił z tego dowcipkowania, wierny swoim upodobaniom. Pierwsza kawa wypijana o poranku musiała być czarna, druga zaś latte.

Sprawdził po raz kolejny alkomatem, czy alkohol wyparował z jego organizmu, i wynik go ucieszył. Zniecierpliwiony wpatrywał się w drzwi do łazienki. Nie mylił się. Natasza wyszła dopiero po pół godzinie. Musiała coś zrobić ze swoją twarzą, bo opuchlizna i cienie pod oczami zniknęły, cera nabrała blasku, a oczy jakiegoś tajemniczego spojrzenia. Włosy też upięła fikuśnie, odsłaniając kark. Nie zrobiło to jednak na nim większego wrażenia. Była właściwie dziesiąta, chciał ją odwieźć i ruszyć w kierunku Saint-Émilion.

– Na pewno nie wolisz zostać? – wyszeptała zmysłowo, bawiąc się ramiączkiem od swojej bluzeczki.

– Nie, chodźmy. Niczego nie zapomniałaś? – odezwał się mężczyzna, rozglądając się po wnętrzu. Nie lubił tych wszystkich historii w stylu: zostawiłam u ciebie sweter, zegarek czy ulubioną szminkę.

– Nie, mam wszystko – oznajmiła Natasza, a jej głos wydał mu się smutny. Jakby dotarło do niej, że stała się przygodą na jedną noc. Nie chciał tego roztrząsać, nie miał na to ani czasu, ani ochoty.

Ujął ją za rękę. Weszli do windy, dziewczyna cały czas coś szczebiotała, a on myślami powędrował do dziadka. Jedynej osoby, którą kochał w swoim życiu. Rodziców nie znał. Miał dwa lata, kiedy zginęli w wypadku samochodowym w tym samym tunelu, w którym przed pięcioma laty życie straciła księżna Diana. I chociaż dziadek dużo mu o nich opowiadał, to trudno było mu kochać kogoś, kogo właściwie nie znał. Szczerze mówiąc, gdyby nie ich zdjęcia, to nie wiedziałby nawet, jak wyglądali. Ich fotografie były wszędzie rozstawione w posiadłości dziadka, jakby ten chciał przypominać o nich wnukowi. Ale to on był dla niego zarówno ojcem, jak i matką. Dlatego musiał do niego jechać i przekonać się, w jakim stanie jest starszy pan.

Natasza szybko umilkła i posmutniała, widząc, że Wiktor nie jest zbytnio zainteresowany tym, co mówi. Domyślała się, że więcej się nie zobaczą, ale musiała dalej grać tę komedię, jak wiele innych kobiet na jej miejscu. Nie odzywając się właściwie do siebie, zjechali windą do podziemnego garażu. Szybko znalazł swój samochód – wyróżniał się na tle innych. Lubił sportowe auta i cieszył się z najnowszego modelu Audi TT. Starał się nie myśleć, że obecna kondycja firmy nie pozwoliłaby mu na zakup tego cacka.

Szarmancko otworzył Nataszy drzwi od strony pasażera, wklepał w nawigację adres, który mu podała, i ruszył. Chcąc zachować resztki godności i pamiętając o dobrym wychowaniu, zadawał jej jakieś pytania na temat jej życia, pracy, a nawet planów na przyszłość, ale rozmowa zupełnie się nie kleiła. W przeciwieństwie do gosposi dziadka, dziewczyna dobrze mówiła po francusku, chociaż z mocno słyszalnym akcentem; dobierała proste słownictwo. Miał wrażenie, że nic jej nie interesuje poza nią samą.

Odetchnął, kiedy nawigacja pokazała mu, że jest na miejscu. Nie wychodząc z auta, pocałował kobietę w policzek. Gdy tylko zamknęły się za nią drzwi, pomknął do swojej ulubionej kawiarenki na obrzeżach Paryża. Musiał zjeść solidne drugie śniadanie, żeby wytrzymać w trasie kilka godzin bez robienia sobie przerw. Nie myślał o spakowaniu się. U dziadka w domu czekały na niego odpowiednie ubrania. Zamówił jajecznicę i zjadł w pośpiechu, chcąc jak najszybciej zobaczyć się z ukochanym staruszkiem. Byli ze sobą bardzo związani i chociaż nie widywali się za często, bo Wiktor wolał przebywać w mieście, a Adam de Lamartin właściwie nie opuszczał swojej posiadłości od paru lat, to dzwonili do siebie niemal codziennie. Rozmawiali nie tylko o interesach.

Dom mody prosperował coraz gorzej i obaj zdawali sobie z tego sprawę. Wiktor tłumaczył to gorszą sytuacją na rynku, pojawieniem się sieciówek, które proponowały ubrania w przystępnych cenach, a naprawdę ładne. I ciężko było z nimi współzawodniczyć w walce o klienta. Na szczęście unikatowe kolekcje, które oferowały domy mody, też miały swoich zwolenników. Niestety Wiktor czuł, że na tle konkurencji wypadają w ostatnich latach słabiej – dziadek nie projektował nowych strojów od dawna. Stare modele miały swoje wierne wielbicielki, ale potrzebowali zmiany. Zatrudnieni przez ostatnie lata projektanci albo chcieli kopiować prace Adama z początkowych lat jego kariery, albo proponowali tak ekstrawaganckie modele, że nigdy by się nie przyjęły na rynku. Bał się rozmawiać o sytuacji firmy z dziadkiem – był on wierny starym przyzwyczajeniom. Jednak młody mężczyzna zdawał sobie sprawę, że musi w końcu to zrobić, żeby ratować Maison Lamartin od upadku.

Zamawiając kawę na wynos, rozmyślał, jak przeprowadzić tę rozmowę. Uśmiechnął się do kelnerki, notując, że musi tutaj jeszcze zajrzeć, żeby lepiej poznać dziewczynę. Była taka ładna, a przy tym tak naturalna, że aż się uśmiechnął. Nie miał niestety czasu na bliższe jej poznanie, dlatego zostawił pieniądze na stole, nie zapominając o sutym napiwku, i wyszedł z kawiarni. Pogwizdując, wsiadł do auta, włączył najnowszy audiobook Kena Folleta, wbił w nawigację adres i ruszył. Książka wciągnęła go na tyle, że zapomniał o sprawach firmy i podróż upłynęła mu szybko.

Wjechał do Saint-Émilion, kiedy już zapadał wzrok, ale i tak zachwycił się pięknem miasta oświetlonego przez liczne latarnie. Zawsze mu się tutaj podobało. Miał wrażenie, że ilekroć przyjeżdżał, cofał się w czasie. Minął Château du Roi – starą rezydencję majaczącą na jednym ze wzgórz, pełną tajemnic, o których dziadek opowiadał mu jeszcze w dzieciństwie – potem kilka winnic, z których słynęła okolica, i w końcu skręcił w żwirową uliczkę prowadzącą do rodzinnej posiadłości. Otworzył bramę pilotem, zawsze miał go w samochodzie, i podjechał pod piękny dom.

Kiedy dziadek kupował tę nieruchomość przed wieloma laty, była podupadającą ruiną zniszczoną przez pożar. Tak przynajmniej opowiadał mu Adam. Wiktor wiedział, że dziadek pracował tam jeszcze jako chłopak i już wtedy pokochał to miejsce. Gdy tylko wystawiono posiadłość na sprzedaż, kupił ją, nie zważając na koszty. Było to w czasach prosperity Maison Lamartin, a dziadek, świeżo po śmierci żony, szukał spokojnego miejsca dla siebie i dziesięcioletniego synka Louisa. Tchnął w to miejsce nowe życie. Wyremontował główny budynek, z kilkoma sypialniami, łazienkami i ogromnym salonem. Odnowił także mały domek, który przed laty zajmował z mamą, i przeznaczył go dla Oksany. Zależało mu, by kobieta była blisko, ale miała swoje miejsce.

Początkowo domek zamieszkiwała ich poprzednia gosposia, choć Wiktor nie pamiętał już jej imienia. Nie znał też swojej prababci Louise, na cześć której imię dostał syn Adama, a jego ojciec. Zmarła w czasie wojny. Dziadek opowiadał, że była niezwykle odważną kobietą, i choć był z niej dumny, rzadko wracał do tamtych czasów.

Wiktor rozejrzał się z zachwytem. Uschnięte krzewy winorośli szybko odżyły pod opieką specjalistów zatrudnionych przez dziadka. Z czasem zaczął produkować własne wino, bardziej z pasji niż dla zysku. Nie planował na tym zarabiać, jednak sprzedaż szła zaskakująco dobrze. Zarządca Martin Poreais, zatrudniony przed laty przez Adama, sprawił, że wina z tutejszej winnicy trafiały do coraz większego grona koneserów. Dziadek śmiał się czasem, że jeśli kiedyś będzie musiał zamknąć Maison Lamartin, jego wnuk zostanie producentem wina. Wiktor marzył o tym jeszcze jako nastolatek, ale później praca w firmie całkowicie pochłonęła jego uwagę, skutecznie spychając te pragnienia na dalszy plan.

Mężczyzna zadzwonił do drzwi, które niemal od razu się otworzyły. Oksana najwyraźniej wypatrywała go już od dłuższego czasu.

– Panicz Wiktor, jak dobrze, myślała, że już pan nie dojdzie – wykrzyknęła w progu.

– Jestem, Oksano, sama wiesz, że to parę godzin za kierownicą – odparł i poczuł, że jest zmęczony drogą. Marzył, żeby się położyć, ale najpierw chciał zobaczyć się z dziadkiem.

– Najpierw zje panicz kolację – powiedziała spokojnie kobieta, jakby czytając mu w myślach. – Zrobiłam zapiekankę warzywną, którą tak panicz lubi, a pan Lamartin zasnął niedawno, nie będziemy go pobudzać. Potrzebuje wiele snu.

– A powiesz mi, co się właściwie stało? – zapytał.

– Pan Lamartin się …

– Przewrócił? – podpowiedział Wiktor.

– Tak, i prosił, bym ja dzwoniła po pana. Chciał koniecznie rozmawiać.

Wiktor się uśmiechnął, słysząc, jak przekręca słówka, ale jej nie poprawiał, wiedział, że to nie ma sensu. Oksana mówiła po francusku po swojemu, najważniejsze, że dało się ją zrozumieć. Umył szybko ręce i poszedł za kobietą do kuchni, w której cudownie pachniało. Jadł, słuchając opowieści o ostatnich wydarzeniach. Dziadek się faktycznie przewrócił, ale w nocy miał duszności i dręczył go kaszel. Chciał sam iść do łazienki i nie poradził sobie. Lekarz, który stwierdził, że pan Lamartin jest przeziębiony, przepisał mu lekarstwa i kazał odpoczywać. Uspokoiło to Wiktora, ale zajrzał do sypialni dziadka, jak tylko skończył kolację. Ponieważ ten spał, uznał, że porozmawiają rano. Poszedł do swojego pokoju i szybko zasnął.

***

Obudziło go pukanie do drzwi, nie zdążył się odezwać, a do pokoju weszła Oksana.

– Pan Adam się obudził i pyta o panicza – powiedziała. – Przygotuję wam śniadanie. Zjecie u niego w sypialni – dodała i nie czekając na odpowiedź, wyszła.

Wiktor żwawo wyskoczył z łóżka, wziął prysznic i założył znalezione w szafie ubrania. Były wyprasowane i idealnie złożone, domyślał się, że tego dopilnowała gosposia. Chwilę później wszedł do sypialni dziadka. Ten chciał się podnieść na jego widok, ale nie był w stanie. Młody mężczyzna zaniepokoił się. Starszy pan wydał mu się wyjątkowo słaby, miał też wrażenie, że bardzo schudł. Zawsze był silnym mężczyzną, pomimo swojego wieku, a teraz dostrzegał, jaki jest kruchy.

– Dziadku kochany, leż, nie wstawaj – powiedział z czułością.

– Jesteś, mój drogi – odezwał się Adam de Lamartin wzruszonym głosem. – Przepraszam, że tak cię wezwałem, ale czuję, że moje dni dobiegają już końca, a jest coś, o czym musisz wiedzieć.

Umilkł, bo do pokoju weszła Oksana.

– Przyniosła wam śniadanie – powiedziała kobieta.

Postawiła tacę na stoliku, poprawiła poduszki pod głową pana de Lamartina, dotknęła jego czoła, spojrzała na niego surowo i wyszła.

– Oksana za bardzo się mną przejmuje – rzekł dziadek, prychając. – Stary jestem, wiadomo, że umrę niedługo, a ona obchodzi się ze mną jak z jajkiem.

– Troszczy się o ciebie. Naprawdę uważam, że to prawdziwe szczęście mieć kogoś takiego.

– Wiem, to dobra kobieta. Zadbałem o nią, zasługuje na spokojne życie. Poza tym też już ma swoje lata, nie może ciągle pracować u obcych ludzi. Ale zjedzmy coś najpierw, zrobiłem się nawet głodny, a potem ci wszystko opowiem – powiedział Adam i powoli się podniósł.

– Dziadku, pomogę ci.

Mężczyzna machnął ręką.

– Stary jestem, ale jeszcze sobie radzę. Potrafię sam jeść, nie musisz mnie karmić, podaj mi tylko tę świeżą bułeczkę z masłem i z wędliną.

– Tylko tyle?

– Nigdy za tymi wszystkimi warzywami nie przepadałem, więc w te ostanie moje dni chcę jeść to, co lubię – oznajmił staruszek radosnym głosem.

Wiktor roześmiał się i powiedział już poważnie:

– Nie umrzesz, dziadku, jesteś silny. Wiele lat jeszcze przed tobą.

– Wiecznie żyć nie będę. Pogodziłem się z tym, że pradziadkiem nie zostanę, bo jakoś ciężko ci idzie znalezienie właściwej kandydatki na żonę, tak że nie mam właściwie na co czekać – oznajmił spokojnie. – Podaj mi to, co lubię, i ty też coś zjedz.

Wiktor wykonał polecenie starszego pana, przyrządził mu bułkę, tak jak ten prosił, i sam sobie przygotował kanapkę bez warzyw, mrugając do dziadka.

– Dziecko moje drogie – zaczął staruszek po chwili. – Muszę ci o czymś powiedzieć. Już niedługo nie będzie mnie na tym świecie i chciałbym mieć wszystko uregulowane, ale zależy mi też, żeby testament cię nie wystraszył – dodał tajemniczo.

– Proszę cię, przecież ty żyjesz – odezwał się Wiktor, ale widząc poważne spojrzenie ukochanego dziadka, poczuł lekki niepokój.

– Nie przerywaj mi, moje dziecko. Wysłuchaj do końca.

Młodzieniec skinął głową.

– Urodziłem się tutaj – dodał po chwili. – Byłem dzieckiem służącej, ojca nie znałem. Za to moim dziadkiem był ostatni hrabia de Brissac. Siostra mojej matki, a moja ciotka, uznała, że część tego majątku należy się także i mnie. Kochała mnie bardzo, bo sama nie miała własnych dzieci. Wojna jednak sprawiła, że te plany się pokrzyżowały. Ale o szczegółach dowiesz się we właściwym czasie. Tutaj przeżyłem najpiękniejsze chwile w życiu, dlatego zapragnąłem tu zamieszkać. Pracowałem we dworze jako chłopiec od wszystkiego. Mąż mojej ciotki nie wiedział nic o jej siostrze, dlatego tak było lepiej. Ciocia i mama nie chciały wywoływać skandalu. A i mnie takie życie odpowiadało. Zajmowałem się końmi, pielęgnowałem ogród, nauczyłem się jeździć autem. Hrabia potrzebował szofera, a ja wykonywałem wszystkie obowiązki z ochotą i dokładnie, bo dzięki hrabiostwu mogłem się też uczyć. W tamtych czasach szkoła nie była dostępna dla wszystkich dzieci. Ja miałem szczęście i chłonąłem lekcje. Właściwie gdyby nie wybuch wojny, to pewnie bym i poszedł na studia – powiedział zasmucony. – Zaraz przed wojną do posiadłości przyjechała rodzina hrabiego. Był Polakiem, o czym wcześniej nie miałem pojęcia. i zaprosił swoją siostrę panią Zieleniewską wraz z córką… Helena była…

Dziadek umilkł i zamknął oczy. Zaskoczony Wiktor, który nigdy wcześniej nie słyszał tego imienia, spoglądał na niego, ale nie śmiał się odzywać.

– Jak tylko wojna wybuchła, a Francja się poddała – podjął temat starszy pan – to w tym miejscu zaroiło się od Niemców. Hrabia kolaborował z rządem w Vichy. Na szczęście jego żona nie. Hrabina de Brissac, moja matka, a także ja i Helena wspieraliśmy lokalny ruch oporu.

Wiktor spojrzał z podziwem na dziadka. Nigdy mu o tym nie wspominał, a on sam jakoś nieszczególnie pytał się o to, co robił w czasie wojny. To były przecież tak odległe czasy, że nie widział powodu, by do nich wracać. Uczył się w szkole oczywiście o rządzie Vichy, wiedział, kim był generał de Gaulle i że na terenie kraju działał ruch oporu, ale przez myśl by mu nie przeszło, że i dziadek walczył o wolną Francję. Zawstydził się, ale był jednocześnie bardzo z niego dumny. Adam de Lamartin wziął głęboki oddech i mówił dalej:

– Pod koniec wojny w posiadłości wybuchł pożar, Joachim de Brissac zginął, a ziemie zostały przejęte przez kraj, ponieważ nie pojawili się żadni spadkobiercy. Gdy twój ojciec miał dziesięć lat i zmarła twoja babcia, zdecydowałem się kupić to miejsce. Bo zawsze je kochałem. Dlatego chciałbym, żeby należało do ciebie – umilkł na chwilę – ale i też do pewnej młodej damy. Tak samo jak firma.

Wiktor spojrzał na dziadka zdziwiony.

– Młodej damy? – zapytał lekko zaciekawiony, ale przede wszystkim bardzo zaskoczony.

– Tak, musisz ją odnaleźć i przekonać do tego, by przyjęła mój dar. To wnuczka kogoś dla mnie bardzo ważnego – odparł tajemniczo. – Mieszka w Warszawie. W tej kopercie znajdziesz potrzebne ci informacje na jej temat. Zaraz po moim pogrzebie musisz jechać do Polski i przekonać Rozalię, by z tobą poprowadziła firmę i by tutaj zamieszkała.

– Dziadku, przecież nie umierasz, nie mówmy o tym na razie – powiedział ostrożnie Wiktor, mając nadzieję, że dziadek bredzi pod wpływem gorączki albo lekarstwo przepisane przez lekarza miało jakieś skutki uboczne.

– Taka jest moja wola. Gdyby nie Helena, babcia Rozalii, nie byłoby Maison Lamartin ani nie mógłbym wykupić tego miejsca – rzekł drżącym głosem mężczyzna.

Wiktor nic nie rozumiał z tego, co mówi dziadek, ale nie chciał mu przerywać, widząc, jak bardzo męczy się tą rozmową.

– Wiktor, ja umieram, dołączę do ojca, matki i może znowu zobaczę Helenę – powiedział lekko rozmarzony. – Dane mi było przeżyć wiele cudownych lat, miałem wspaniałego syna, którego los tak szybko mi odebrał, i miałem ciebie, moje największe szczęście. Dlatego odejdę spełniony. Ale zanim to się stanie, muszę mieć pewność, że odnajdziesz tę dziewczynę i razem zdecydujecie co do losów Maison Lamartin. Nie jestem głupi, wiem, co się dzieje. Albo zawalczycie o firmę, albo znajdziecie razem szczęście w Saint-Émilion i oboje zaczniecie robić to, co kochacie.

– Dziadku, ja nic z tego nie rozumiem. Jeżeli chcesz, mogę odszukać tę dziewczynę dla ciebie. Ale musisz mi coś więcej powiedzieć. Kim była ta Helena? Przecież babcia miała na imię Juliette.

Wiktor czekał na dalszą opowieść, jakieś wyjaśnienia, ale dziadek zamknął oczy i już się nie odezwał. Mężczyzna zrozumiał, że staruszek zasnął. Posiedział przy nim chwilę, trzymając w ręku kopertę, aż w końcu poszedł do swojego pokoju, ciesząc się, że nie spotkał nigdzie Oksany. Musiał przejrzeć zawartość koperty i potrzebował zrobić to sam, bez dodatkowych pytań z jej strony. Znał ją i wiedział, że na pewno byłaby ciekawa jej zawartości.

***

Rozerwał kopertę i zaczął przeglądać dokumenty. Nie było tego za wiele. Znalazł w niej informacje o Rozalii i jej zdjęcie. Była to młoda dziewczyna, ale gdyby ją spotkał na ulicy, to pewnie nie obejrzałby się za nią. Raczej zwyczajnej urody, z blond włosami i w okularach. Zdjęcie zrobione było z pewnej odległości. Był też jej adres w Warszawie i informacje o jej rodzicach. Poza zdjęciem nieznajomej był też rysunek i to on najbardziej zaskoczył młodego mężczyznę. Szkic przedstawiał portret młodego dziadka. Rozpoznał go po oczach, Adam de Lamartin miał tajemnicze spojrzenie, a w ciągu lat nie zmieniło się ono wcale. Musiał mieć na oko dwadzieścia lat i Wiktor przyznał w duchu, że to jest naprawdę udany rysunek. Dziadek był bardzo przystojnym młodzieńcem, a autor rysunku na pewno był zdolnym artystą.

Przyjrzał się szkicowi, ale nie znalazł żadnego podpisu, który pozwoliłby mu poznać jego twórcę. Musiał to być ktoś, kto znał dziadka w młodości – młodzieniec na portrecie uśmiechał się, jakby znał autora bardzo dobrze. Wiktor westchnął. Miał tak wiele pytań, ale musiał poczekać, aż dziadek wypocznie i opowie mu więcej o tajemniczej Helenie i o Rozalii, która razem z nim miała przejąć dom mody i posiadłość. Nie był zły na dziadka, ale nie potrafił zrozumieć, dlaczego ten chciał, by dzielił się spadkiem z zupełnie obcą osobą. Nie rozumiał jego motywów. Wziął do ręki laptopa i wpisał Rozalia Lemańska w wyszukiwarkę Google, jednak nie znalazł niczego na temat dziewczyny.

Nagle dobiegł go przeraźliwy głos Oksany. Poderwał się i wybiegł na korytarz, na którym zobaczył bladą kobietę.

– Pan Adam – łkała – pan Adam, on nie żyje.

Spojrzał na nią przerażony i wszedł do sypialni dziadka. Staruszek wyglądał, jakby spał. Podszedł bliżej, dotknął go, potrząsnął, ale ten nie reagował. Kobieta stała w drzwiach i płakała. Jeszcze raz spróbował obudzić dziadka, nic to nie dało.

– Wezwij, Oksano, lekarza – powiedział, ale czuł, że staruszek odszedł. – Ja nie wiem, co robić – dodał zbolałym głosem, dalej nie rozumiejąc, co się wydarzyło.

Przecież dziadek nie mógł umrzeć, tak dobrze wyglądał, mówił składnie i uśmiechał się. Spojrzał na niego. Wyglądał spokojnie, jakby spał, ale kiedy się zbliżył do niego, nie wyczuł oddechu. Nic nie mówił, tylko machnął ręką do Oksany, by ją pospieszyć. Gosposia wybiegła zadzwonić, a on usiadł przy dziadku i zapłakał.

Doktor zjawił się po dwudziestu minutach, w czasie których dziadek dalej się nie ruszał i nie dawał znaków życia. Podszedł do jego łoża, sprawdził puls, posłuchał, czy serce bije, smutno pokręcił głową w stronę czekających w napięciu Wiktora i Oksany i potwierdził zgon.

– To był taki dobry człowiek – dodał, spojrzawszy ze współczuciem na młodego mężczyznę. – Proszę przyjąć moje najszczersze kondolencje. Powiadomię, kogo trzeba, domyślam się, że nie ma pan głowy do tego wszystkiego.

– Dziękuję – zdołał wyszeptać Wiktor i pożegnał lekarza.

***

Po godzinie pojawili się pracownicy domu pogrzebowego. Lekarz na prośbę Wiktora skontaktował się z nimi. Młody człowiek poprosił, by zajęli się wszystkim, nie przejmując się finansami. Dziadek zasłużył na godne pożegnanie. Dopiero kiedy poszedł do swojego pokoju, udręczony śmiercią Adama, zapłakał. Dotarło do niego, że stracił właśnie jedyną w swoim życiu osobę, która go kochała i którą on kochał tak prawdziwie. Dziadek był dla niego ojcem i matką jednocześnie, ale przede wszystkim był jego przyjacielem i powiernikiem. To on pocieszał go, kiedy przynosił ze szkoły złe oceny, wspierał, kiedy przeżywał pierwsze miłości, i upominał, kiedy uważał, że wnuk zachowuje się niewłaściwie.

Potrzebował porozmawiać z kimś o tym, co się wydarzyło, ale tak naprawdę nie miał do kogo zadzwonić. Dziadek był jego jedyną rodziną, przyjaciół nie miał. Owszem, z paroma kumplami wychodził od czasu do czasu na piwo, ze swoim prawnikiem nawet się lubił, ale z żadnym nie miał ochoty rozmawiać. A kobiety zmieniał tak często jak rękawiczki – żadna nie nadawała się na pocieszycielkę.

W końcu zrozpaczony zadzwonił do prawnika dziadka. Wiedział, że się też przyjaźnili, chociaż mężczyzna był dwadzieścia lat młodszy od Adama. Po początkowym szoku, jaki wywarła wiadomość o śmierci przyjaciela, pan Durant odzyskał głos i złożył Wiktorowi kondolencje. Wspomniał też, że dziadek sporządził testament, który zgodnie z jego życzeniem musi zostać odczytany zaraz po pogrzebie. Młody mężczyzna nie miał głowy do takich rzeczy, pożegnał się szybko i poszedł szukać Oksany. Czuł, że tylko przy kobiecie, która zajmowała się dziadkiem na co dzień, znajdzie jakieś pocieszenie. Znalazł ją w kuchni.

– Robię jedzenie, musi panicz coś zjeść – odezwała się smutno.

Zawsze kiedy się denerwowała, przebywała w kuchni, jakby w gotowaniu szukając sposobu na rozładowanie. Kiedy był mały, śmiał się, że musi ją czymś zdenerwować, bo wtedy wychodziły jej najlepsze ciasta. Teraz nie miał ochoty na żarty.

– Dziękuję, Oksano, zjesz ze mną? – powiedział zbolałym głosem.

Nie odpowiedziała, ale zaraz po tym, jak podała mu talerz z zupą, usiadła przy nim ze swoją porcją.

– Zwolni mnie panicz teraz? – zapytała lękliwie.

– Ależ absolutnie, Oksano! To jest twój dom, zostajesz tutaj. Musisz mi pomóc. Ten pogrzeb, goście, ja nie wiem, kogo zawiadomić. Poza dziadkiem jesteś moją jedyną rodziną.

Faktycznie tak to odbierał. Dodało mu to sił, bo czuł, że nie został całkiem sam. Miał obok siebie kogoś, kto kochał dziadka tak samo jak on. Wiedział od zawsze, że Oksana się podkochiwała w swoim chlebodawcy, mówił o tym dziadkowi i nawet żartował, że ślub na stare lata dobrze by mu zrobił. Adam de Lamartin powtarzał jednak, że kochał już w swoim życiu i nigdy nie pokocha znowu.

– Pan Durant wszystkim się zajmie – oznajmiła kobieta łamiącym się głosem. – I nie smućmy się. Pan Adam mawiał, że życie było dobre, ale już zmęczony jest. Pan Bóg się nim zajmie – dodała już pewniej.

Oksana była bardzo wierząca i razem z dziadkiem co tydzień uczestniczyli we mszy świętej, co zawsze go dziwiło. Przez chwilę pozazdrościł jej tej wiary, czuł, że na pewno dawała jej ukojenie, ale nie chciał dyskutować z nią na ten temat. On nie wierzył w Boga, tak było mu wygodnie, ale szanował jej poglądy. Jedli w milczeniu, oddając się swoim wspomnieniom. W końcu Oksana się podniosła, mówiąc, że musi pozmywać.

– Przecież jest zmywarka. Pomogę ci powkładać do niej wszystko.

– Nie, ja muszę… – stwierdziła gosposia i spojrzała na niego smutno.

Wiktor zrozumiał, że kobieta potrzebuje się czymś zająć. Przytulił ją i opuścił kuchnię. Mężczyzna zajrzał do pustej sypialni dziadka i poszedł do jego gabinetu. Od dziecka tutaj przychodził, a dziadek zawsze przerywał pracę, by posłuchać o jego problemach, poradzić w sprawach sercowych czy pośmiać się wraz z nim.

Usiadł na jego fotelu i otworzył szufladę biurka. Na wierzchu znalazł fotografię młodej kobiety. Zdjęcie było bardzo stare, czarno-białe, i nie była to babcia. Chociaż kobieta umarła jeszcze przed jego narodzinami, to jej zdjęcia znał bardzo dobrze, były w rodzinnym albumie. Ta kobieta zaś była młodziutka, uśmiechała się promiennie. Może to jest ta tajemnicza Helena? – pomyślał i spojrzał uważniej na jej fotografię. Dziadek nie zdążył mu nic na jej temat powiedzieć, ale domyślał się, że musiało ich coś łączyć przed laty. Wszak trzymał jej zdjęcie w biurku pod ręką, widać było, że często na nie zerkał. Odłożył je na miejsce. Nie chciał myszkować więcej w rzeczach dziadka. Poszedł do Oksany – uznał, że może kobieta wie coś o tej całej Helenie. Zastał ją zmywającą naczynia w kuchni. Myła jeden talerz w kółko, jakby nie zauważała, że ten dawno już jest czysty.

– Zmywanie mnie uspokaja – odezwała się, nie odwracając się w jego stronę, ale wyczuwając jego obecność.

– Oksano – zaczął powoli – czy dziadek opowiadał ci o Helenie?

Gosposia przestała zmywać, odłożyła ostrożnie talerz na półkę i odwróciła się do niego.

– Nie. Ale czasami przez sen mamrotał jej imię. Ja nie śmiała pytać – powiedziała i zapłakała.

– Niech Oksana nie płacze. Dziadek nie chciałby tego smutku.

– Ma panicz rację, ale ja go kochała.

– Jak my wszyscy – odezwał się i przytulił kobietę.

Stali chwilę w uścisku.

– Musisz się położyć, Oksano, to był ciężki dzień dla nas. Jutro ustalimy, co dalej – dodał. Nie miał sił na pogrzeb i na wszystkie formalności z tym związane.

Kobieta skinęła głową.

– Panicz też musi spać. – Pogroziła mu i wyszła z kuchni.

Wiktor podszedł do zlewu i sam nie wiedząc czemu, zaczął myć pozostawione przez gosposię naczynia. Po umyciu kilku talerzy uznał, że Oksana miała rację, zmywanie faktycznie uspokajało. Skończył mycie, wytarł naczynia, poukładał je w półkach i poszedł do siebie.

Nie był w stanie zasnąć. Zastanawiał się, jak będzie w stanie poradzić sobie w życiu bez dziadka. To była jego latarnia, wskazująca mu drogę w życiu. Dzięki niemu skończył studia z zarządzania na najlepszej paryskiej uczelni, miał wymarzoną pracę. Wprawdzie nie znał się na modzie, ale potrafił zarządzać przedsiębiorstwem i mógł nabierać doświadczenia jeszcze w czasie studiów od przyjaciela dziadka.

Pierre Durant był młodszy od Adama de Lamartina, ale rozumieli się bez słów i razem stworzyli prężnie działającą firmę. Dziadek miał czterdzieści lat, a Pierre zaledwie dwadzieścia, gdy Maison Lamartin zaczęło świetnie prosperować, a po kilku latach stało się numerem jeden we Francji. Spotkali się przypadkowo. Pierre rozpoczynał dopiero studia prawnicze, Adam zaś szukał kogoś energicznego, kto byłby w stanie zająć się wszelkimi formalnościami i uporządkować kwestie urzędowe. Postanowił dać szansę młodemu studentowi, ten zaś szybko udowodnił swoje kompetencje i sprawił, że firma zaczęła się liczyć na rynku. Z opowieści dziadka Wiktor wiedział, że sam Adam nigdy nie marzył o prowadzeniu domu mody. To jego żona, dzięki własnym pieniądzom, namówiła go, by tuż po wojnie otworzyli markę, która szybko zdobyła popularność najpierw we Francji, a później w całej Europie. Babcia ponoć pochodziła z bogatej żydowskiej rodziny, a dziadek uratował ją podczas wojny. Niedługo potem się pobrali.

Wiktor zamyślił się. Dziadek rzadko opowiadał o babci i nigdy nie wspominał, że ją kocha. Nigdy nie zapytał go o uczucia do tej kobiety, bo jej nie znał, dlatego nie interesowało go ich małżeństwo. Maison Lamartin produkowało odzież dla kobiet i mężczyzn, zgodnie ze stworzonymi przez dziadka projektami. Mężczyzna westchnął. Nie wyobrażał sobie zamknięcia firmy, ale nie miał pojęcia, co zrobić, by ją ożywić. Liczył, że uda mu się wspólnie z dziadkiem coś wymyślić, ale było już na to za późno. Oczy znów zaszły mu łzami. Zastanawiał się też, jak ma postąpić z życzeniem dziadka. Co zrobić z informacją, że umieścił on zupełnie mu nieznaną Polkę w testamencie. Miał do niego żal, że nic wcześniej o tym nie wspomniał. Pojawiła się też złość, że będzie musiał podzielić się majątkiem z tą całą Rozalią. W dodatku jeszcze ta Helena. Dziadek zabrał tajemnicę związaną z tą kobietą do grobu. Galopujące myśli nie pozwalały mu zasnąć, więc zdecydował napić się wina. Znalazł butelkę w kredensie w kuchni, nalał sobie solidnie do kieliszka i usiadł przy stole.

– Też nie mogę zasnąć. – Głos Oksany zabrzmiał w pomieszczeniu.

– Usiądziesz przy mnie? – zaproponował.

Wstał, wyjął z szafki drugi kieliszek i postawił przed kobietą. Jej również szczodrze nalał trunku.

– Paniczu…

– Oksano, proszę cię, nie mów tak do mnie… Mam na imię Wiktor. Znamy się tyle lat.

– Ale to nie wypada…

– Już tyle razy cię prosiłem… byłaś dla mnie opiekunką, w końcu pojawiłaś się w moim życiu zaraz po śmierci rodziców. Wiesz, że nawet przez chwilę myślałem, że jesteś moją mamą?

Kobieta spojrzała na niego załzawionymi oczami.

– Naprawdę?

– Naprawdę. Miałem może trzy latka i bardzo chciałem mieć mamę. Pamiętam, że dzieci w przedszkolu opowiadały o mamach. Więc i ja mówiłem, że ją mam. To byłaś ty.

– To było dawno… Pan Adam mnie uratować. Zaproponować pracę. Ja miała trzydzieści lat. Przyjechała do Paryża po szczęście. Oszukali mnie wtedy. Gdyby nie on…

Głos jej zadrżał na wspomnienie tamtego okresu, ale i ze wzruszenia wyznaniem Wiktora. Zawsze traktowała go jak dziecko, którego sama nie miała, ale nie śmiałaby się do tego przyznać.

– Nigdy o to nie pytałem… Jak się znalazłaś we Francji? Jeżeli nie chcesz mówić, to zrozumiem – dodał, ale potrzebował odwrócić swoje myśli od śmierci dziadka.

– Nie. Mogę mówić. Ja dostała propozycję pracy – westchnęła nieśmiało. – Wyjechała z Ukrainy z innymi dziewczynami. Oni zabrali nam dokumenty – dodała jeszcze ciszej. – Ja ich nie znała, ale znajoma mówiła, że oni są dobrzy, że będę pracować. U nas w domu była taka bida. Bała się bardzo, ale wierzyła koleżance – powiedziała i nieśmiało spuściła wzrok.

Wiktor domyślał się dalszej części historii, ale nie odezwał się, pozwolił kobiecie mówić dalej. Bardzo jej współczuł, zapewne musiała sporo wycierpieć jako młoda dziewczyna. Zacisnął z gniewu pięści. Oksana zaś mówiła dalej:

– I oni kazali nam być posłuszne. Nie zrobili nic złego, ale wiedziałam, że nas oszukali. Byłyśmy w jednym aucie, zamknięte. Krzyczałyśmy. W Paryżu się zatrzymali. I ja… uciekłam z samochodu. Był otwarty. Biegłam i wpadłam na jakiegoś pana. Byłam wystraszona. Nie znałam języka, mówiłam do niego, a on mnie zrozumiał i zabrał ze sobą. Twój dziadek znał polski, a to język podobny do mojego rodzinnego. Bałam się, ale miał dobre oczy i poszłam z nim. Pan Bóg nade mną czuwał. Pan Adam wezwał policję, znaleźli tych złych ludzi. A ja zostałam już z nim. Zaproponował pracę, powiedział, że zostanę opiekunką małego dziecka. To byłeś ty.

Wiktor dostrzegł w jej oczach prawdziwą miłość, kiedy wspominała o dziadku. Dzieliło ich wiele lat, ale chyba faktycznie go pokochała. Nigdy nie miała narzeczonego, zawsze była przy Adamie. Kiedy poznał jej historię, poczuł prawdziwy podziw wobec kobiety. Tak wiele złego działo się na świecie, a handel żywym towarem istniał od wieków. Młode dziewczyny mamiono wizją kariery w modelingu, pracą w dobrych domach czy kelnerowaniem w najlepszych restauracjach, a kończyły w podrzędnych burdelach. Nie podejrzewał jednak, że nawet Oksana musiała kiedyś paść ofiarą handlarzy ludźmi. Jeszcze bardziej zaczął podziwiać dziadka, że nie bał się pomóc zupełnie obcej dziewczynie. Dał jej dach nad głową i w dodatku wezwał policję, dzięki czemu sprawcy zostali ujęci.

– To był niezwykły człowiek – powiedział i poczuł, że życie bez niego będzie puste.

– A ta Helena… – odezwała się nieśmiało Oksana. – Ja myślę, że on ją bardzo kochał.

Wiktor zamyślił się.

– Nie wiem, nigdy nic o niej nie mówił – odezwał się w końcu. – O babci zaś opowiadał. Poznali się w czasie wojny, ona mu pomogła spełnić jego marzenie. Pochodziła z bogatej rodziny, on był biedny. Dzięki babci powstał Maison Lamartin.

Teraz do niego dotarło, że gdyby nie ślub z babcią, to mężczyzna nie miałby funduszy na założenie domu mody. Czy dziadek byłby zdolny do małżeństwa bez miłości, tylko dlatego, że potrzebował pieniędzy? Potrząsnął głową. Na pewno nie. Musiał babcię kochać. To był niezwykle uczuciowy człowiek. Kim więc była ta cała Helena?

Siedzieli jeszcze pół godziny, popijając wino i wspominając Adama, aż w końcu poszli do swoich pokoi. Wiktor przyłożył głowę do poduszki i zasnął niespokojnie.

***

Rankiem ze snu wyrwał go dzwoniący telefon. Pracownik zakładu pogrzebowego chciał się spotkać i ustalić z nim szczegóły pogrzebu. Zapytał też, czy życzy sobie pochówku w jakimś obrządku religijnym. Wiktor odpowiedział, że dziadek był katolikiem. Ubrał się i zapytał Oksanę, czy wybierze się z nim do kościoła. Ta z ochotą się zgodziła.

– Oczywiście. Pan Adam chodził co niedzielę do kościoła. I ja z nim. Musi być pogrzeb w kościele – dodała i zaczęła zakładać płaszcz.

– Kościół jest tam, gdzie był?

– Tak, pamięta panicz drogę? Wiele domów bożych zamykanych jest we Francji, ale u nas wiernych dużo. To dzięki księdzu.

– Oksano, mówiłem, nie jestem paniczem. Pamiętam, gdzie jest kościół. Może się przejdziemy? Potrzebuję spaceru, a to niedaleko.

Kobieta skinęła głową i ruszyli małą alejką w stronę miasteczka. Posiadłość dziadka była trochę na uboczu, ale na szczęście do centrum miasta można było dotrzeć szybko na piechotę. Szli w milczeniu, nie odzywając się do siebie, a Wiktor podziwiał spokój panujący w Saint-Émilion. Nie tęsknił za paryskim gwarem, co go zaskoczyło.

Ksiądz powitał ich życzliwie i ze smutkiem przyjął wiadomość o śmierci Adama.

– To był taki dobry człowiek – powiedział. – Na pewno jest już u boku Pana – dodał i otworzył jakąś księgę.

Wspólnie ustalili termin uroczystości i pożegnali się. Wiktor miał trzy dni, by zorganizować dziadkowi godne pożegnanie.

W domu zadzwonił do rzecznika prasowego Maison Lamartin, poinformował go o śmierci dziadka i poprosił, by przekazał informację pracownikom, a także przygotował oświadczenie dla prasy. Dziadek był znany w kraju, wypadało więc poinformować o jego odejściu. Po dwóch godzinach jego telefon zaczął dzwonić. Wiktor domyślał się, że informacja o śmierci została podana do wiadomości publicznej. Nie odbierał. Nie miał ochoty z nikim rozmawiać.

Po obiedzie poprosił Oksanę, by pomogła mu wybrać garnitur do trumny dla dziadka. Kobieta skinęła głową i oboje z płaczem przeglądali zawartość szafy Adama, zastanawiając się, co wybrać.

– Pamiętam ten garnitur – zaśmiał się niespodziewanie Wiktor, biorąc do ręki zielony komplet. – Dziadek zaprojektował go na moje rozdanie świadectw maturalnych. Wszyscy się wtedy na niego gapili, zastanawiając się, co to za dziwak. A ja byłem z niego taki dumny, że potrafi się bawić strojem, lubił się wyróżnić.

– Pamiętam. Ale nie pasuje na to wszystko…

– Wiem, Oksano, to może coś czarnego?

– Dziadek wolał odcień czekolady… – odezwała się kobieta i wyciągnęła garnitur w tym kolorze.

– To niech będzie, ja… to wszystko jest takie dziwne. Dalej nie mogę uwierzyć, że już go nie ma…

– Ja też… Może od razu posegreguję te ubrania… Pan Adam zawsze powtarzał, że mamy je zawieźć do kościoła dla potrzebujących.

– Tak zrób, Oksano, ja muszę chwilę popracować. Pójdę do siebie, zrobię telekonferencję w firmie. Pewnie chcą wiedzieć, co dalej. Dziadek był blisko pracowników Maison, kochali go.

– Dobrze, ja to wszystko zrobię – odparła ze smutkiem kobieta. Wiktor skinął jej głową i wyszedł.

Jak przewidywał, pracownicy byli w szoku. Wiedzieli już o śmierci Adama, ale ciągle nie dowierzali. W końcu pan de Lamartin, chociaż w firmie nie bywał od lat, był jej sercem, pomysłodawcą i kołem napędowym. Wiktor zapewnił wszystkich, że dzieło dziadka będzie kontynuowane, poprosił ich o wparcie i wyrozumiałość i rozłączył się, zupełnie nie będąc przekonanym, że da radę bez dziadka działać.

Nie chciał na razie o tym myśleć. Zadzwonił do domu pogrzebowego, bo przypomniał sobie, że dziadek kochał róże. Poprosił o zamówienie wiązanek z tych kwiatów. Czuł, że działa jak automat. Oksana zajrzała do niego i przyniosła mu posiłek, który bez słowa zostawiła na biurku. Telefon wciąż dzwonił, ale mężczyzna nie miał ochoty na rozmowy z żadnymi Nataszami, Katrinami i innymi dziewczętami. Poczuł pustkę. Nie tylko z powodu śmierci dziadka, ale też dlatego, że dotarło do niego, jaki jest samotny. Gdyby nie Oksana, nie miałby nawet do kogo się przytulić.

***

Dwa kolejne dni upłynęły mu jak w jakimś transie. Znowu musiał docenić obecność Oksany. Kobieta dbała, by jadł, przyjmowała kondolencje w jego imieniu, ustalała szczegóły uroczystości i jeszcze pamiętała, by Wiktor był odpowiednio ubrany w czasie ceremonii.

– Jesteś moim aniołem – powiedział jej w dniu pogrzebu, kiedy zjedli wspólnie śniadanie.

– Głupstwa pleciesz – skarciła go lekko, ale czuł, że ten komplement sprawił jej radość.

Uroczystość była wyjątkowa. Kościół pękał w szwach. Wiktor miał wrażenie, że na pogrzebie zjawiło się całe miasteczko, ale i przyjechali wszyscy pracownicy z firmy. Nie dziwiło go to. Dziadek był uwielbiany przez każdego, kto miał z nim styczność. Był pomocny, dzielił się swoim majątkiem z potrzebującymi i nie robił tego na pokaz, jak wielu celebrytów. Nigdy nie ogłaszał, komu pomaga ani na czym ta pomoc polega. Po prostu działał. Zbudował dom samotnej matki w Saint-Émilion, ufundował stypendium dla zdolnej młodzieży. Wielu młodych ludzi dzięki niemu studiowało na wymarzonych uczelniach. Wiktor przyjmował kondolencje od ludzi, ale nie był w stanie im odpowiadać. Przez ostatnie dni żył jak w transie; dopiero spoglądając na trumnę na cmentarzu, zrozumiał, że dziadek rzeczywiście odszedł.

Smutek, ale też strach o to, jak będzie wyglądało życie bez dziadka, sparaliżował go zupełnie. Czuł, że ludzie dziwnie go odbierają. Nie płakał, nie lamentował, stał jak jakiś słup soli i nie potrafił wydusić słowa. To Oksana kazała mu iść do auta, posadziła na siedzeniu pasażera i zawiozła do restauracji. Na obiedzie był ksiądz Konarski, pan Durant, paru pracowników z winnicy i z firmy, a także burmistrz, w sumie dwadzieścia osób. Wiktor czuł się wśród nich obco i z ulgą wyszedł z restauracji do mieszczącego się obok biura notarialnego.

Pan Durant, przyjaciel dziadka, był również wykonawcą jego testamentu. Oksana i ksiądz Konarski również zostali poproszeni o udział w odczytaniu ostatniej woli zmarłego.

Po chwili wszyscy zebrali się w kancelarii i zajęli miejsca we wskazanym przez notariusza gabinecie. Wiktor rozejrzał się po wnętrzu. Był tu po raz pierwszy. Pierre przeprowadził się do Bordeaux zaledwie kilka miesięcy wcześniej, dlatego nie miał jeszcze okazji pokazać mu nowego biura. Po odejściu z firmy poświęcił się wyłącznie pracy notarialnej.

Durant delikatnie uśmiechnął się do niego, jakby chcąc dodać mu otuchy, jeszcze raz przekazał swoje kondolencje i wyjął dokument.

– Pozwolicie, moi drodzy, że przeczytam wam ostatnią wolę zmarłego. A potem, jeżeli będą jakieś pytania, to będzie przestrzeń na ich zadanie – powiedział urzędnik i wyjął dokument.

Zebrani skinęli głowami.

Notariusz, nie widząc żadnego sprzeciwu, zaczął czytać.

Paryż, rok 1999

Ja, Adam de Lamartin, będąc w pełni władz umysłowych, spisuję swoją ostatnią wolę.

Mojemu przyjacielowi Pierre’owi Durantowi przekazuję kolekcję piór – jest ich kilka, na pewno przypadną mu do gustu – a ponadto moją łódź „Wiktor et Adam”. Na pewno spędzisz, stary druhu, wiele miłych chwil na jej pokładzie. Wiem, jak bardzo lubisz żeglować – sporo czasu spędziliśmy razem na tej łodzi, rozmyślając o naszym życiu.

Parafii pod wezwaniem świętej Barbary w Saint-Émilion przekazuję sumę stu tysięcy euro, wierząc, że ksiądz proboszcz odpowiednio rozdysponuje te środki wśród potrzebujących. Na wykonawcę mojej woli wyznaczam księdza Jana Konarskiego. Jeżeli ksiądz zmieni parafię, to nadal będzie zarządzać przekazaną kwotą.

Mojej wieloletniej gospodyni, a przede wszystkim przyjaciółce i towarzyszce, Oksanie Namoczkowej, przekazuję na własność domek, który dotychczas zajmowała na terenie mojej posiadłości. Przyznaję jej również roczną rentę w wysokości pięciu tysięcy euro miesięcznie. Oksanie zapisuję także mój niebieski samochód Renault Clio.

Wiktor zerknął na Oksanę – kobieta zalewała się łzami, ujął ją więc za rękę. Notariusz czytał dalej:

Posiadłość zapisuję mojemu ukochanemu wnukowi, Wiktorowi de Lamartinowi, oraz Rozalii Lemańskiej. Oboje powinni wspólnie zarządzać winnicą i całym majątkiem. Taki sam podział dotyczy również Maison Lamartin – każde z nich otrzymuje po pięćdziesiąt procent udziałów.

Mój wnuk, Wiktor de Lamartin, powinien pozostać na stanowisku dyrektora zarządzającego, i to do niego ma należeć decydujący głos w przypadku ewentualnych sporów. Jeżeli panna Lemańska nie przyjmie spadku, zobowiązuję mojego wnuka do sprzedaży firmy oraz podzielenia się zyskiem z Rozalią Lemańską, chyba że ona zadecyduje inaczej. W przypadku odrzucenia spadku przez pannę Lemańską posiadłość ma pozostać własnością Wiktora. Mam tu na myśli również winnicę, która w ostatnim czasie całkiem nieźle prosperuje. Dochody z niej nie mogą zostać przeznaczone na ratowanie sytuacji finansowej Maison Lamartin. Więcej szczegółów na ten temat przekaże Wiktorowi i Rozalii mój przyjaciel.

Wszystkie samochody znajdujące się w garażu mają zostać sprzedane na aukcji, a uzyskane środki należy przekazać miejscowemu domowi dziecka.

Testament sporządziłem świadomie i dobrowolnie, pod okiem mojego przyjaciela, który jest także jego wykonawcą.

Adam de Lamartin

Wiktor zbladł. Dziadek nie wspominał słowem o tym, że jeżeli dziewczyna nie zgodzi się przyjąć udziałów w firmie i propozycji pracy, to będzie zmuszony ją sprzedać.

– Myślę, że chyba wszystko jest jasne? – zapytał notariusz, kiedy przeczytał ostanie słowa listu.

– Tak, tak – odrzekli zaskoczeni zgromadzeni.

Każde z nich dziękowało w duchu zmarłemu za jego hojność. Nie spodziewali się, że zostaną uwzględnieni w testamencie. Oksana i ksiądz Konarski mieli w oczach łzy. Jedynie Wiktor nie wiedział, co ma z tym wszystkim zrobić. Podziękował lakonicznie notariuszowi i razem z Oksaną wrócili do domu.

Czekał go trudny okres. Musiał najpierw upewnić się, jak stoją sprawy w firmie i czy da radę wziąć urlop. Chciał pojechać do Polski i spróbować przekonać tę całą Rozalię, by sprzedała mu udziały w firmie. Nie wiedział, czy wystarczy mu na to oszczędności, ale pomyślał przebiegle, że taka biedna Polka na pewno zadowoli się jakąś mniejszą sumą. Była młoda i przeczuwał, że nie ma pojęcia o interesach.

Westchnął. Nigdy nie był pazerny na majątek. Nie wydawał pieniędzy na nowe modele samochodów, nie kupował luksusowych wakacji i nie trwonił majątku na żadne ekstrawagancje. Nie chciał po prostu, by coś, co dziadek budował latami, upadło z powodu jego dziwnego kaprysu i zapisania połowy majątku zupełnie nieznanej nikomu dziewczynie. Kim były Rozalia i ta cała Helena, że dziadek postąpił jak prawdziwy szaleniec? Musiał się tego dowiedzieć jak najszybciej.

Usiadł, nalał sobie whisky i zaczął się zastanawiać nad dalszymi działaniami. Postanowił najpierw przejrzeć papiery, uporządkować je jakoś, a potem poszukać lotów do Polski. Doszedł do wniosku, że może sobie spokojnie pozwolić na parę dni urlopu. W Maison Lamartin i tak nikt nie będzie go oczekiwał przez najbliższe dni. W końcu wszyscy wiedzieli, że na pewno mocno przeżywa żałobę. Był z dziadkiem bardzo związany.

Zamyślił się. Nie uśmiechała mu się podróż do tej całej Polski, ale nie miał wyjścia. Zajrzał w dokumenty dostarczone przez detektywa i odetchnął z ulgą. Czekał go lot do Warszawy, dziewczyna tam mieszkała wraz z rodzicami. Nigdy tam nie był, ale słyszał, że stolica Polski to ładne miasto i warto je zwiedzić. Uznał, że parę dni z daleka od Francji i spraw firmy dobrze mu zrobi i pozwoli choć trochę oswoić się ze śmiercią dziadka.

Nalał sobie whisky i zaczął wspominać ich wspólne chwile. Musiał przyznać, że te najszczęśliwsze momenty jego życia były zawsze związane z Adamem de Lamartinem. Nie miał wyjścia, musiał spełnić jego ostatnią prośbę, chociaż uważał ją za dziwaczną i ekscentryczną. Na to określenie uśmiechnął się. Jego dziadek nigdy nie był zwyczajnym mężczyzną. Lubił ubierać się kolorowo, wygłaszał poglądy, nie zważając na panujące polityczne mody, był wierny swoim przekonaniom i uczył Wiktora, by zawsze podążał za głosem serca. Kochał tego staruszka najmocniej na świecie. Dlatego miał zamiar polecieć do Polski.

Polska.Rok 2002

Ale jak to chcesz wyjechać z Warszawy? – Janina Lemańska spojrzała na córkę, nie rozumiejąc, co ta do niej mówi.

Wprawdzie nie raz jej jedynaczka potrafiła ją zaskoczyć, ale teraz miała wrażenie, że lekko majaczy, wspominając o swoim najnowszym pomyśle.

– Mamo, ja to naprawdę wszystko przemyślałam. Skończyłam studia, ale nie chcę pracować w żadnej korporacji. A jako nauczycielka francuskiego nie utrzymam się w Warszawie. Taka prawda – odparła spokojnie Rozalia. – Nie chcę do końca życia mieszkać z wami.

Układała sobie tę rozmowę w głowie już od paru dni, ale nie przypuszczała, że będzie musiała zmierzyć się z aż tak dużym uporem rodziców. A właściwie matki. Ojciec jak zawsze siedział potulnie u jej boku, nie odzywając się, a jedynie kiwając głową od czasu do czasu.

– Rozalko, ty naprawdę postradałaś rozum. Skończyłaś romanistykę, znasz francuski, włoski i angielski. W każdej dobrej firmie znajdziesz pracę z takimi umiejętnościami. Zarobisz dobrze, odłożysz sobie. Możemy pomyśleć o zakupie jakiegoś małego mieszkania dla ciebie. Wystarczy, że sprzedasz tę ruderę…

– Mamo, to nie jest żadna rudera! Tylko uroczy domek do remontu. Babcia go kochała.

– Babcia była szalona. Dawno powinna była go sprzedać, a nie mieszkać w rozpadającym się domu.

– Przecież nie byłaś tam już dawno. Skąd wiesz, jak wygląda?

– Bo pamiętam, co było, jak moja matka jeszcze żyła.

– To go wyremontuję. Mam odłożone pieniądze, trochę korepetycji dawałam w ostatnim czasie, a i kelnerowanie w każde wakacje było opłacalne. Właściwie przez pół roku mogłabym nie pracować. – Dziewczyna się zamyśliła.

– Sama widzisz. Duże miasto to perspektywa. A ty chcesz uciec na jakąś zapyziałą wioskę i zamieszkać w ruderze po babci. Z czego będziesz żyć za te pół roku, jak skończą ci się oszczędności?

– Szkoły są wszędzie. Obroniłam się parę dni temu i nie miałam czasu na sprawdzanie, ale podzwonię po nich i zapytam, czy nie potrzebują nauczycielki. Chciałabym jechać do Trzebini jeszcze w tym tygodniu.

– Ty naprawdę nie żartujesz… Roman, czy ty możesz wreszcie coś powiedzieć? Przecież nasze dziecko jest szalone. Chcesz wyjechać z Warszawy na wieś i zamiast piąć się po szczeblach kariery w dużej firmie, uczyć dzieci francuskiego w jakiejś wiejskiej szkole? Przecież nauczyciel to zawód bez żadnej przyszłości. Mam parę koleżanek, opowiadają, co się dzieje w szkołach…

– Ja… – Mężczyzna spojrzał zalękniony na żonę. – Myślę, że Rozalia jest dorosła – odezwał się wreszcie całym zdaniem. – I jeżeli chce wyjechać, to nie możemy jej, kochanie, zatrzymywać – wyrzucił szybko kolejne słowa, jakby bojąc się, że nie odważy się sprzeciwić żonie.

– Żartujesz chyba? Jaka dorosła? Dorosłość to porzucanie szansy na dobre życie??? Wy oboje powariowaliście.

– Mamo, kocham was. Ale nie chcę tego warszawskiego życia. Nie lubię tego miasta. Za dużo tutaj ludzi… Zdałam prawko trzy lata temu, mam auto, a właściwie nim nie jeżdżę, bo stanie w korkach mnie wykańcza, nie mówiąc już o niskim poziomie kultury u niektórych kierowców. Kariera w korporacji w ogóle mnie nie interesuje. Nie wyobrażam sobie siedzenia w biurze od dziewiątej do siedemnastej i wpisywania faktur do systemu czy odbierania telefonów od zdenerwowanych klientów. Męczy mnie blokowisko, hałas, to, że słyszę w swoim pokoju, jak sąsiad spłukuje wodę w toalecie… Nie lubię spacerować wśród tłumów, a jak mam ochotę na spacer w lesie, muszę jechać metrem prawie godzinę… W autobusach panuje tłok i ścisk… Ja tutaj nie pasuję… Jak żyła babcia i jeździłam do niej na wakacje, to właśnie tam było mi najlepiej. Bo Trzebinia sprawiała, że czułam się spokojnie, już jako dziecko…

– Nigdy nam tego nie mówiłaś. – Matka spojrzała na nią uważnie, a Rozalia poczuła, że zaczyna wygrywać tę bitwę słowną o swoją przyszłość.

– Bo nie chciałam, żebyś myślała, że przy was mi źle. Kocham was, zawsze chciałam być z wami i tęskniłam, będąc u babci na wakacjach, ale nie lubię Warszawy. Ja po prostu nie pasuję do tego miasta… – Rozalia westchnęła i poczuła ulgę, że wreszcie powiedziała to na głos.

– Córuś… – Pani Lemańska spojrzała na dziewczynę i przytuliła ją. – Ja nie wiedziałam. Miałaś przecież koleżanki, lubiłaś z nimi spotykać się na osiedlu. Mokotów to w końcu naprawdę dobre miejsce do życia.

– Mamo, ja nie mówię, że jest złe. Po prostu wolę zamieszkać w małym miasteczku. Tak naprawdę najlepiej czułabym się w posiadłości francuskiej, gdzieś koło Bordeaux. Mogłabym prowadzić winnicę albo pensjonat. – Rozalia rozmarzyła się. – No ale na razie musi mi wystarczyć Trzebinia. Nie jest to francuska wieś, ale i polska wieś jest dla mnie świetna!

– Masz z tą Francją… jak moja matka… Helena jak wpadała w tej swój melancholijny nastrój, to tylko o Francji…

– Babcia po prostu całą wojnę tam spędziła, opowiadała mi.

– Wiem, pamiętam. Mnie też o tym wspominała, chociaż czułam, że nie mówi o wszystkim. A i ojciec chyba nie lubił, kiedy wracała do tych opowieści – rzekła Janina.

– To dzięki babci tak dobrze mówię po francusku. Uczyła mnie od małego. I dzięki niej pokochałam ten kraj. Jak opowiadała o Paryżu, to miałam wrażenie, że razem z nią spaceruję po tych cudownych uliczkach, oglądam piękne zabytki i zaglądam do kawiarenek, szukając znanego pisarza czy aktora.

– Mnie też próbowała uczyć francuskiego, ale nie za bardzo miałam do tego smykałkę. Wystarczy, że potrafię się w nim porozumieć. Ja lubię Warszawę. Ucieszyłam się, kiedy mama i tata zdecydowali się wrócić do Polski. Nie czułam się dobrze w Szwajcarii, chociaż do dziesiątego roku życia tam mieszkałam wraz z rodzicami. No ale to dawne dzieje, nie ma co o tym myśleć. Kochanie, pojedziemy z tobą – dodała pani Lemańska pewnym głosem.

– Co?

Rozalia nie wierzyła w to, co słyszy. I lekko się wystraszyła, że matka zechce się z nią przeprowadzić do rudery, jak określała dom babci.

– No, pojedziemy z tobą do Trzebini. Muszę zobaczyć, czy tam są w ogóle warunki mieszkaniowe odpowiednie do życia. Nie martw się, nie planuję naszej wyprowadzki, my z ojcem mamy swoje życie w stolicy i nie pragniemy żadnej zmiany. Muszę się jednak przekonać, że tobie będzie tam faktycznie dobrze. Może nie zabieraj wszystkich rzeczy od razu?

Pani Lemańska wstała i podeszła do okna, żeby ukryć przed córką strach o nią. Czuła, że Rozalia ma rację; najwyższa pora, by zaczęła żyć swoim życiem, ale kochała ją i przerażał ją fakt, że chce się wyprowadzić tak daleko od nich.

– Mamo, ja w zasadzie mam same książki i chciałabym je wziąć ze sobą. Pewnie jakieś talerze i naczynia kupię na miejscu. Teraz to nie problem. Ikea jest w Krakowie i w Katowicach, tak że Trzebinia jest naprawdę blisko cywilizacji – zaśmiała się Rozalia. – No a ubrań za wiele nie mam. Wiesz, że nigdy nie przykładałam wagi do strojenia się. Więc pewnie się zmieszczę w dwóch walizkach. A wy nie macie pracy? Możecie tak ze mną jechać?

– Bierzemy urlop, zapomniałaś? Lecimy z tatą do Turcji za dziesięć dni, więc pomożemy ci się przeprowadzić przed wylotem. Bo domyślam się, że chcesz się przenieść jak najszybciej.

Rozalia rozpromieniła się i zapytała:

– Mogę zabrać swoje auto?

– Kochanie, przecież jest twoje. – Ojciec roześmiał się. – Nie wiem tylko, czy poradzisz sobie z tą trasą… – dodał ciszej.

Nie chciał urazić córki, ale znał ją i wiedział, że nie miała jak nabyć doświadczenia jako kierowca. A trasa była wymagająca.

– Tatuś, dam radę. Pojadę powoli, najwyżej będą mnie wyprzedzać. Myślę, że w Trzebini auto mi się przyda bardziej. Metra tam nie ma – zaśmiała się dziewczyna – a drogi mniejsze, więc łatwiej będzie mi się prowadziło samochód – dodała.

– Naprawdę, córeczko, wiesz, co robisz? – Matka spojrzała na nią uważnie, ale z czułością.

– Tak, mamuś, naprawdę. Chcę zamieszkać w domu babci i uczyć w szkole. Nawet jak nie znajdę nic z francuskim, to przecież i polskiego mogę uczyć. Ja naprawdę sobie poradzę.

– W to nie wątpimy. Ale jesteś naszym dzieckiem i po prostu się martwimy – westchnęła pani Lemańska.

– Wiem, na szczęście są telefony, będziemy do siebie dzwonić, zawsze możecie mnie odwiedzić, a ja was. Nawet jeżeli nie będę chciała przyjechać tutaj autem, to są pociągi, a w Trzebini jest dworzec.

– To kiedy chcesz jechać? – zapytał ojciec spokojnie.

– Może w weekend? Wyjedziemy w sobotę z samego rana, będziemy na miejscu w południe, a wy nie musielibyście brać wolnego.

– I tak mamy urlop już od przyszłego poniedziałku, więc idealnie. Zostaniemy parę dni z tobą, by się upewnić, że będziesz tam bezpieczna – oznajmiła mama i przytuliła ją.

– Bardzo wam dziękuję! – wykrzyknęła uradowana dziewczyna. – Idę do siebie, przejrzę rzeczy, wybiorę, co zabrać, a resztę od razu wyrzucę. I zobaczycie, poradzę sobie.

– Nigdy w to nie wątpiliśmy – oznajmiła Janina Lemańska. – Pomóc ci?

– Dam sobie radę! – powiedziała Rozalia. Chciała zostać sama i cieszyć się swoim małym zwycięstwem.

Usiadła na łóżku i ze śmiechem rzuciła się na nie. Bała się, że rodzice będą próbowali ją zatrzymać, a jedyne, czego pragnęła, to zamieszkać w domu babci. Zwłaszcza że należał do niej. Zapisała jej go w spadku, z zastrzeżeniem, że nie może go sprzedać do ukończenia dwudziestego piątego roku życia. Jakby przewidziała, że mama i tata mogliby chcieć ją namówić na pozbycie się majątku.

Rodzice byli niezadowoleni, ale sami dostali piękne mieszkanie w Warszawie i sporo pieniędzy, mieli więc z czego utrzymywać stary dom babci. Matka jednak nie rozumiała, czemu Helena tak lubiła to miejsce. Przeniosła się do Trzebini do swojego rodzinnego domu po śmierci męża i nie chciała wracać do Warszawy. Janina była wtedy studentką, zaręczoną z Romanem. Wzięli ślub i zamieszkali w mieszkaniu Heleny i Jana, które ta im podarowała. Potem pojawiła się na świecie Rozalia i dobrze im się żyło w Warszawie. Ale mała Rozalka najbardziej uwielbiała czas spędzany u babci.

Dziewczyna, rozmyślając o babce, zaczęła pakować ubrania do walizek. Nie miała ich za wiele, raczej zawsze wolała wydawać pieniądze na książki niż na ciuchy. Jednak po godzinie miała zapełnione dwie duże walizki samymi ubraniami i butami. Książki zajęły aż cztery duże pudła, kolejne zapełniła notatkami i kserówkami ze studiów, uznając, że przydadzą jej się podczas pracy z dziećmi.

Spojrzała zadowolona na pakunki. Zajrzała do biurka. W szufladzie był jej szkicownik. Od dziecka lubiła rysować właściwie wszystko, ale największą radość sprawiało jej rysowanie ubrań. Jeszcze z babcią spędzały długie godziny nad wymyślaniem kreacji dla jej lalek. Potem babcia szyła malutkie sukieneczki, chociaż Rozalia nie miała pojęcia, skąd bierze te wszystkie materiały. Po śmierci babci też lubiła usiąść ze szkicownikiem i tworzyć kreacje. Uwielbiała szkicować balowe suknie, ale i zwykłe stroje.

Przejrzała swoje ostatnie projekty, jak nazywała je w myślach, i z uśmiechem wrzuciła szkicowniki do pudła. Rozejrzała się po pokoju, zastanawiając się, co jeszcze powinna zabrać. Nie było sensu przewozić łóżka – w domu babci było całkiem wygodne. Miała tam też piękne biurko, a na regałach pełnych książek na pewno znajdzie się miejsce i na jej egzemplarze. Zgarnęła jeszcze jakieś długopisy, dwie swoje torebki, a także kilka kosmetyków, i właściwie była gotowa.

Uradowana poszła zjeść z rodzicami kolację. Pomimo tego, że swobodnie z nią rozmawiali, dostrzegała smutek w ich oczach. Nie miała jednak zamiaru zmieniać zdania. Po raz pierwszy od bardzo dawna była w pełni szczęśliwa, bo czuła, że przeprowadzka przyniesie jej wiele dobrego.

***

W piątek wieczorem wraz z ojcem zapakowała rzeczy częściowo do swojego samochodu, a resztę do auta rodziców. Początkowo wydawało jej się, że nie będzie ich dużo, ale dopiero kiedy zakończyła pakowanie i zobaczyła, ile jest tego wszystkiego, ulżyło jej, że rodzice zdecydowali jechać razem z nią. Zwłaszcza że mama postanowiła kupić jej całą wyprawkę, od pościeli, po obrusy i naczynia, nie chcąc słyszeć o żadnej Ikei.

Leżąc ostatnią noc w swoim pokoju w warszawskim mieszkaniu, zastanawiała się, jak poradzi sobie sama bez rodziców. Nie bała się, ale była z nimi mocno związana i wiedziała, że będzie tęsknić za ich codzienną obecnością.

Śmiała się w duchu, że z reguły dzieci wyfruwają z gniazd rodzinnych na wsi do dużego miasta, ona zaś czyniła na odwrót. Sprawdziła, czy nastawiła budzik. Na czwartą rano zaplanowali wyjazd i nie chciała zaspać. Zasnęła podekscytowana czekającą ją zmianą.

***

Rankiem obudziła się wystraszona. Nie bała się zamieszkania w Trzebini, ale tego, jak sobie poradzi jako kierowca. Nigdy nie jechała w tak długą trasę. Dotarło do niej, że może nie dać rady, ale nie chciała się poddawać. Bagaże były spakowane, auto zatankowane. Wzięła gorący prysznic i szybko się ubrała, czując, że strach do dalekiej jazdy powoli znika. Zjadła ze smakiem jajecznicę przygotowaną przez mamę, nalała sobie kawy do termosu i spojrzała na rodziców.

– Jestem gotowa – oznajmiła, starając się mówić radosnym głosem, ale strach przed prowadzeniem auta przez tyle godzin znowu się w niej odezwał.

Nie mogła się z tego powodu wycofać z przeprowadzki. Wzięła kilka głębszych oddechów, aby się uspokoić. Nie chciała też, żeby rodzice widzieli, że się denerwuje. Jeszcze pomyśleliby, że nie jest pewna swojej decyzji, i zaczęli ją od niej odwodzić. Uśmiechnęła się do nich, chcąc pokazać swoją gotowość.

– To możemy jechać, mam nadzieję, że nie będzie za dużego ruchu na drodze – powiedziała mama, spoglądając na córkę. Znała ją dobrze i czuła, że Rozalka może się lekko stresować drogą. Musiała dodać jej otuchy. – Na szczęście i ty, i tata jesteście dobrymi kierowcami, nie to, co ja – zaśmiała się. – Skoro jesteś gotowa, to my też.

Rozalka poczuła się lepiej, słysząc te słowa. Wprawdzie wiedziała, że mama koloryzuje, żeby podnieść ją na duchu, ale była wdzięczna za to drobne kłamstwo.

– To w drogę – zaśmiała się i spojrzała na mieszkanie. – Jak tylko się ogarnę, to na pewno przyjadę do was jeszcze w wakacje.

Nie chciała na razie wspominać, że w jednej ze szkół było wolne miejsce dla polonisty i umówiła się na rozmowę z dyrektorką. Wprawdzie wolałaby uczyć francuskiego, ten język kochała całym sercem, ale i polski lubiła, nie mogła wybrzydzać na starcie. Chciała najpierw dostać posadę, a dopiero potem im się pochwalić.

Usiadła za kierownicą, znowu odetchnęła kilkakrotnie, chcąc się uspokoić, i ruszyła. Cały czas była napięta, ale trasę miała opanowaną. Wiedziała, jak ma jechać, dlatego po paru minutach poczuła się pewniej i zaczęła słuchać muzyki.

Gdy wjeżdżała na autostradę, opanował ją lekki niepokój, ale uznała, że po prostu pojedzie własnym tempem i nie będzie przejmować się pędzącymi kierowcami. Złapała po chwili swój rytm i zaczęła się cieszyć jazdą. Dojechała na miejsce po czterech godzinach, rodzice już na nią czekali. Wyszła z auta i spojrzała na dom babci.

– Widzicie? Wcale nie wygląda tak źle – powiedziała i z radością popatrzyła na duży ogród.

– Dom jest otynkowany, przecież zaraz jak babcia zmarła, zleciliśmy tę pracę, bo myśleliśmy, że go wynajmiemy. Prawnik nam potem odradził. Okna też nie są bardzo stare, mają może z dziesięć lat, tak że nie powinnaś mieć zimno. Muszę sprawdzić piec – odezwał się tata, wyciągając z bagażnika jej walizki. – Nie jestem pewien, czy działa. Wprawdzie na razie nie potrzebujesz ogrzewania, ale jak przyjdzie zima, to będziesz musiała się nauczyć go uruchamiać.

– Tatuś, na razie mamy lato, piec nie jest mi potrzebny – zaśmiała się Rozalia i wsunęła klucz do zamka.

Początkowo nie chciał się przekręcić, ale nacisnęła mocniej i udało jej się otworzyć drzwi. Pchnęła je i uderzył ją nieprzyjemny zapach.

– No tak, dom nie był wietrzony. Dwa lata nas tutaj nie było – odezwała się matka i otworzyła drzwi wejściowe na oścież. – Musimy najpierw pootwierać wszystkie okna, inaczej nie da się tutaj spać – dodała i weszła do sieni, a zaraz za nią tata.

– Niestety środek nie był dawno remontowany, kochanie – powiedział tata, przyglądając się pokrytym boazerią ścianom w przedpokoju. – Masz tutaj wystrój jak z PRL-u, czas się w tym miejscu zatrzymał – dorzucił. – No, ale wystarczy pewnie przemalować. Znajdziemy jakąś ekipę, żeby cię nikt nie oszukał. Widziałem, że to jest nawet modne. Ludzie nie zdzierają boazerii, ale malują ją na biało.

– Tato, dam radę – oznajmiła Rozalka i energicznie otwarła okno w kuchni.

Wcale nie było tak źle. Może i meble kuchenne nie były pierwszej młodości, ale dziewczynie się podobały. Otworzyła szafki i zobaczyła, że jest w nich cała zastawa babci: naczynia, garnki, a nawet sztućce.

– No tak, nie wyrzucaliśmy nic po śmierci mamy – odezwała się Janina. – Musimy to wszystko pomyć, posegregować. Czeka nas kupa pracy.

– Dziękuję wam, że tutaj jesteście – wyszeptała wzruszona córka.

Poszła do dawnej sypialni babci i otwarła okno. Pokój był duży i przestronny. Dziewczyna zdecydowała, że dzisiaj będą w nim spać rodzice, ale jak oni wyjadą, to tutaj urządzi swoją sypialnię. W domu był jeszcze dawny gabinet, mały pokoik, salon, łazienka i strych.

– Faktycznie czeka mnie sporo pracy, ale naprawdę, moi kochani, nie wygląda to źle. Odmaluję pomieszczenia na biało, meble są w dobrym stanie i w sypialni, i w gabinecie. Będę miała gdzie dawać korepetycje. Babcia naprawdę wiedziała, że zajmę się tym domem.

– Cieszę się, że jesteś optymistką – odezwała się mama. – Na razie proponuję poszukać jakiegoś miejsca, gdzie zjemy obiad, bo nie ma warunków na gotowanie. No i zakupów też nie zrobiliśmy.