The Rule Book - Sarah Adams - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

The Rule Book ebook i audiobook

Adams Sarah

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

932 osoby interesują się tą książką

Opis

KOCHANKOWIE Z COLLEGE’U SPOTYKAJĄ SIĘ PO LATACH W WYCZEKIWANEJ KSIĄŻCE Z BOHATERAMI SENSACJI TIKTOKA THE CHEAT SHEET!

 

Cała kariera Nory Mackenzie spoczywa w rękach sławnego silnego skrzydłowego NFL Dereka Pendera, który, tak się składa, jest również jej niezwykle seksownym byłym chłopakiem z college’u. Nora nie zakończyła ich związku w elegancki sposób i teraz ta sytuacja ją prześladuje. Derek jest jej pierwszym klientem jako pełnoetatowej agentki sportowców i okazuje się, że chowa do niej urazę.

Sportowiec decyduje się na małą, przyjacielską zemstę. Jeśli Nora Mackenzie, pierwsza dziewczyna, która kiedykolwiek złamała mu serce, chce być jego agentką, to owszem, pozwoli jej nią zostać. Plan polega na tym, żeby zamienić życie Nory w koszmar. Ale jeśli Derek wie cokolwiek o kobiecie, którą kiedyś kochał, to na pewno jedno: ona łatwo się nie podda.

Zamiast odpuścić, Nora wprowadza w życie własny plan, a jego częścią jest lista zasad ich nowej relacji. Wszystko komplikuje się, gdy w czasie służbowego pobytu w Vegas Nora i Derek po szalonej nocy budzą się razem w łóżku. Jak rozegrać życiowy mecz, w którym po przeciwnych stronach stoją kariera i dawna miłość? I czy w tej grze obowiązują zasady?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 450

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 0 min

Lektor: Agata Skórska Mateusz Drozda
Oceny
4,3 (53 oceny)
35
6
4
7
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
olgapawlikowska

Nie oderwiesz się od lektury

Odmawiam dostrzeżenia jakichkolwiek słabszych punktów tej książki. Mam to gdzieś. Bawiłam się wspaniale. Kocham Norę, jej cięty język, odzywki i jak w różu rozpycha się w męskich świecie agentów sportowych. Kocham Dereka, bo to kolejny facet od Sarah Adams, którego nie da się nie kochać. Wciągnęłam w dobę, bolą mnie mięśnie twarzy od chichotów
10
AnitaPietek

Dobrze spędzony czas

Niestety nie porwała mnie ta książka. Uwielbiam twórczość tej autorki i uważam że są to zawsze bardzo fajne, zabawne i dobrze wykreowane historie. Tutaj trochę mnie nudziła😬. Kilka razy się zaśmiałam ale nic poza tym. Uważam że jest to najmniej ciekawa pozycja od tej autorki. Ale mimo wszystko nie żałuję że poświęciłam jej swój czasz. Mnie nie zachwyciła ale innym może się podobać.
00
janinamat

Z braku laku…

Początek zachęcający, a potem już jak zwykle: nudno i standardowo, wszystko do przewidzenia. Szkoda, bo po opiniach oczekiwałam odrobiny ekscytacji i urozmaicenia nudnego romansu.
00
Jagulka12

Nie oderwiesz się od lektury

kolejną świetna książka od Sarah Adams. Wciągająca historia o sportowcu z dysleksją i jego agentce. Spotkanie po latach z dawna miłością o której żadne z nich nie zapomniało
00
Ainai1

Z braku laku…

słaby romans ciekawa bohaterka nudziłam się czytając
00

Popularność




 

 

UWAGI AUTORA I OSTRZEŻENIE O ZAWARTOŚCI

 

 

 

Drogi czytelniku, dziękuję, że zechciałeś spędzić czas z Derekiem i Norą. Choć ta książka jest napisana w sposób, który wydaje się lekki i komediowy, proszę, zwróć uwagę, że porusza ona trudniejsze tematy, takie jak późno zdiagnozowana dysleksja i zaniedbanie ze strony rodziców. Historia zawiera również język dla dorosłych i sceny seksualne. Jeśli wolisz, by twoja sypialnia służyła tylko do spania, pomiń rozdział 34.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ta książka jest dla moich dziewczyn:

miejcie jeszcze większe marzenia.

Sięgajcie niemożliwie wysoko.

Nie ważcie się nigdy osiąść na laurach.

 

 

 

 

 

 

1

 

NORA

 

 

 

Czasami życie jest jak pudełko czekoladek, a czasami przypomina pudełko czekoladek pozostawione na słońcu przez cały dzień.

Dzisiejszy dzień to jeden z tych roztopionych i rozczarowujących. Nie tylko wdepnęłam w gumę w drodze do pracy, mając na sobie ulubione buty, ale do tego, kiedy otworzyłam skrzynkę mailową, znalazłam pewne cudownie niepokojące wieści.

– Puk, puk – mówię do mojej szefowej, Nicole Hart. Wchodzę z wahaniem do jej biura, żeby odnieść się do rzeczonego maila.

Prawdę mówiąc, zawsze trochę się obawiam przekroczenia jej progu, bo, uff, ta kobieta to siła, z którą należy się liczyć. Nie bez powodu została dyrektorem generalnym agencji. Jest dla mnie miła (na swój sposób), ale można ją określić jako pewne siebie tornado. Kiedy skupia na tobie uwagę, lepiej mieć pod ręką kask i bezpieczne schronienie.

Na przykład teraz siedzi przy biurku w swojej nieskazitelnie szarej spódnicy w prążki i jedwabnej bluzce – czerwona szminka idealnie pokrywa jej pełne wargi, blond włosy są spięte w schludny, zadziorny kucyk, zakręcony na końcu. Ale wszystkie te powierzchowne atrybuty to tylko sposób na odwrócenie uwagi. To w jej oczach widać całą prawdę. Tę czujną, mrożącą krew w żyłach, kocią dzikość. Jej sprawny umysł to powód, dla którego jest najlepszą agentką i zawiera niebotyczne umowy dla klientów takich jak Nathan Donelson, sławny rozgrywający drużyny futbolowej z naszego miasta, L.A. Sharks. Ta kobieta jest ostra jak brzytwa i całkowicie oddana. To wzór do naśladowania.

– Proszę, powiedz, że po prostu chcesz wejść, a nie próbujesz opowiedzieć dowcipu.

– Mogłabym to powiedzieć, ale skłamałabym.

Przenosi na mnie wzrok, a ja się uśmiecham. Pracuje ze mną na tyle długo, by wiedzieć, że nigdzie się nie ruszę, dopóki nie skończę.

– Kto tam? – pyta tonem, który mógłby świadczyć o tym, że właśnie jest w samym środku leczenia kanałowego.

– Potrzeba.

– Jaka potrzeba?

– Potrzeba ci trochę uśmiechu, żeby rozpogodzić ten dzień? – Posyłam jej uśmiech i wsuwam się do jej biura.

Podnosi wzrok znad klawiatury – wyprostowana jak struna – a jej oczy przeskakują od moich rudawobrązowych włosów w dół na różowe trampki i z powrotem na twarz. Nicole nic nie umyka. Jest jak zabójca, który właśnie znalazł słaby punkt swojej ofiary. Boże, chcę być jak ona.

Ignoruje mój wyśmienity dowcip.

– Ile par takich butów masz? – Nawiązuje do moich jasnożółtych trampek.

– Cztery. Dzisiaj rano założyłam czerwone, ale wdepnęłam w gumę i musiałam zmienić na te. – Podnoszę stopę i macham nią dumnie. – Pachniała smakowicie, ale paskudnie mlaskała przy chodzeniu.

– Przypuszczam, że Marty musiał coś powiedzieć, kiedy je zobaczył. Mam go nauczyć pokory? – Skupia uwagę na klawiaturze. Jakimś cudem jest w stanie rozmawiać, gdy jej palce wciąż po niej śmigają. Z Nicole jest tak, że głośno szczeka… i zdecydowanie gryzie. Ale dostaje się tylko tym, którzy zagrażają jej ludziom. I chociaż lubi udawać, że nic dla niej nie znaczę – jasno pokazała, że należę do jej ludzi.

Marszczę nos na wspomnienie najgorszego faceta w biurze. Wszyscy są niezbyt przyjemni i niezależnie od tego, ile paczek skittlesów zostawiam w pokoju socjalnym, nie podoba im się, że dołączyłam do ich męskiego klubu. Jednak Marty jest zdecydowanie najokropniejszy. Męski szowinista numer jeden.

Wzruszam ramieniem.

– Powiedział tylko, że żółty jest jeszcze bardziej ordynarny niż czerwony i że któregoś dnia powinnam wydać wypłatę na zmianę garderoby.

– Nie myli się w kwestii koloru – mówi Nicole, rzucając mi krótkie spojrzenie. – Ale tylko mnie wolno krytykować twój styl. Na pewno nie facetowi, który nie rozpoznałby dobrego garnituru, nawet gdyby dostał nim w twarz.

– W tej kwestii masz absolutną rację – odpowiadam radośnie. – Jednak nie po to tu przyszłam.

Kiedy dwa lata temu zaczęłam tu pracować jako stażystka, Nicole dosadnie wyraziła, jak bardzo nie podoba jej się moja wesoła garderoba. Ale w zeszłym roku zostałam awansowana na jej zastępczynię i wiele razy dowiodłam swoich umiejętności, niespodziewanie zyskując tym jej szacunek. Teraz nie mówi mi, co mam nosić. Zamiast tego w moim imieniu każe wszystkim innym się odwalić, bo mnie trudno przychodzi odgryzanie się ludziom.

Dziś mam na sobie dopasowaną, żółto-białą marynarkę na trzy czwarte długości, błękitną, plisowaną spódniczkę i koszulkę Rolling Stones, żeby dopiąć wszystko razem. I chociaż wiem, że dla Nicole zapewne wygląda to okropnie, ona nic nie mówi. Trochę tęsknię za czasami, kiedy rzucała komentarze w stylu: „Wyglądasz jak bibliotekarka, która próbuje być fajna”. Elegancka Nicole to przyjemny widok.

– Daj mi znać, jeśli Marty powie coś jeszcze na temat twojej garderoby. Z radością wepchnę ten żółty bucik prosto w jego tyłek.

– I właśnie dlatego boję się ciebie równie mocno, co cię uwielbiam, moja wspaniała służbowa wojownicza bogini. Jednak wolałabym trzymać moje buty z dala od tylnych części ciała Marty’ego. W zasadzie przyszłam, żeby porozmawiać o mailu, który właś­nie dostałam.

Nicole w końcu przestaje pisać i odwraca krzesło w moją stronę z przeciągłym, pełnym cierpienia westchnieniem. Zakłada jedną gładką (depilowaną woskiem… wiem, bo umawiałam jej wizyty, gdy byłam jeszcze stażystką) nogę na drugą i opiera łokieć o biurko. Delikatnie układa podbródek na palcach.

– Wydaje mi się, że to jakaś pomyłka – ciągnę, kołysząc się na moich małych otulaczach stóp (tak właśnie nazywam te wymarzone buty), a ona mruży oczy.

– Przestań w siebie wątpić, Mac. Jesteś gotowa na ten krok. Ciężko pracowałaś, żeby się tu znaleźć, i zasługujesz na ten awans – mówi do mnie tonem świadczącym o tym, że nie zamierza wysłuchiwać nonsensów.

Ma rację. Pracowałam ciężko, może wcale nie po to, żeby się wybić, ale rzeczywiście czuję, że zasłużyłam na ten awans. W zasadzie dążyłam do tego, odkąd byłam dzieckiem. Podczas weekendów, które spędzałam z tatą, siedzieliśmy na kanapie i oglądaliśmy wszystkie transmisje sportowe, jakie nadawano w telewizji. W ciągu tych kilku godzin dopuszczał mnie do swojego życia i czułam, że jesteśmy sobie bliscy. Relacja z tatą nie trwała długo, ale marzenie, by zostać profesjonalną agentką sportowców, przetrwało szkołę średnią, college, studia, staż i ostatnio również stanowisko zastępczyni Nicole.

Nie, awans na pełnoetatowego agenta nie jest problemem.

Błędem jest przydzielenie mi Dereka Pendera, skrzydłowego L.A. Sharks.

– Nie wątpię w siebie – mówię. – Raczej jestem przekonana, że to nie jest dobry pomysł. Mogłabym się nawet nazwać ekspertem w tej dziedzinie. Myślisz, że pan Pender i ja będziemy do siebie pasować?

Nie zadaję pytania, które w rzeczywistości chodzi mi po głowie. Ale nie jestem pewna, czy powinnam zdradzić całą prawdę, czy może zachować ją dla siebie. Jeśli Nicole nauczyła mnie czegokolwiek, to właśnie tego, że w tej pracy wszystko zależy od właściwego rozgrywania kart – a kluczem jest nieodkrycie ich zbyt szybko.

Jednak Nicole od razu wyczuwa półprawdę i stuka czerwonym paznokciem w blat biurka.

– Wibrujesz nerwową energią. O co naprawdę chcesz zapytać?

– Obawiam się tylko, że Derek jest przekonany o swoim spotkaniu z osobą nazywaną Mac, a nie Nora Mackenzie, i może spodziewać się kogoś zupełnie innego. – To prawda. Tyle że nie cała. Przyciskam karty trochę mocniej do piersi.

– Chcesz być pewna, że nie spodziewa się mężczyzny?

Nie do końca. Chociaż to też. Wszyscy w biurze mówią do mnie Mac ze względu na nazwisko. Nie podoba mi się to jakoś szczególnie, ale nauczyłam się to tolerować, bo smutną prawdą jest fakt, że w naszej branży adresaci maili dużo częściej odpowiadają „tak”, jeśli mają niewłaściwe przekonanie, że jestem facetem. Najbardziej mizoginiczni mężczyźni żyją w świecie sportu (patrz: Marty), a kobiety muszą pracować dwa razy ciężej, żeby zyskać ten sam szacunek. To porąbane.

– Po prostu zastanawiałam się, czy mogłabyś mi zdradzić, co dokładnie powiedziałaś o mnie Derekowi… eee, panu Penderowi. To… wydaje się nieprawdopodobne, że chce podpisać umowę ze świeżym agentem, a ja chciałabym się upewnić, że jest świadomy wszystkiego.

Nicole macha lekceważąco ręką.

– Nie martw się. Powiedziałam mu, że jesteś nowa, ale to ja cię wyszkoliłam, więc może być ­pewien, że uczyłaś się od najlepszych – pewność siebie w tym zdaniu – i jeśli jest mądry, uczepi się ciebie, zanim wywindujesz karierę kogoś innego na niebotyczny poziom.

Moje serce aż drży z zachwytu. Naprawdę mu to wszystko powiedziała? I w to wierzy? Nicole nieczęsto prawi komplementy, więc nie miałam pojęcia, że w ogóle tak o mnie myśli.

– Wow… dziękuję – mówię. Staram się nie dać ponieść emocjom, bo nie osiągnęłam tego, co chciałam. Ściągam wargi, a ona wie dlaczego.

Marszczy nos z niesmakiem.

– Rozpłaczesz się?

Zaciskam usta i potrząsam głową, chociaż czuję, jak łzy zbierają mi się pod powiekami. O nie, przyczepiają mi się do rzęs. Zaraz pocieknie mi z nosa!

Nicole jęczy i odwraca się z powrotem do swojego laptopa.

– Żadnych emocji w moim biurze, dobrze o tym wiesz. Wierzę w ciebie i cieszę się, że mogę popchnąć cię w stronę sukcesu, Mac. – Znowu mówi i pisze. Jak ona to robi? – Derek Pender ma do pokonania wiele przeszkód w najbliższych miesiącach. Jego kariera stoi pod znakiem zapytania i możliwe, że będziesz musiała przeprowadzić transfer albo renegocjować umowę, a także zmierzyć się z wszelkimi kiepskimi informacjami, jakie media będą chciały publikować na jego temat w związku ze zbliżającym się sezonem. Piszesz się na to?

Cała ta sytuacja sprawia, że mam ochotę rechotać nerwowo, bo nie, wcale się na to nie piszę. Ale nie dlatego, że mogę sobie nie poradzić. W zasadzie sam pomysł zmierzenia się z poważnymi przeszkodami na początku kariery sprawia, że czuję radosne trzepotanie w żołądku. Wyczekiwanie. Uwielbiam wyzwania. A skoro Derek Pender – najbardziej legendarny skrzydłowy naszych czasów – wraca w tym sezonie po poważnej kontuzji kostki, a kontuzja ta w zasadzie powinna była zniszczyć mu karierę, to jest to największe z wszystkich wyzwań.

Problem polega na tym, że nie jestem gotowa zmierzyć się z nim. Mężczyzną, o którym wciąż śnię, chociaż absolutnie nie powinnam.

Mrugam, żeby odgonić łzy.

– Dziękuję, Nicole. Cieszę się z takiej okazji. Jestem ci winna wieczną miłość i przyjaźń. – Jestem zażenowana samą myślą, jak bardzo chciałabym, żeby odwzajemniła moją przyjaźń.

Jednak ona mówi:

– Zatrzymaj miłość i przyjaźń. Nie wyświadczam ci żadnej przysługi, sama na to zapracowałaś. Wiesz, że w całej historii tej firmy nie mieliśmy zastępcy, który zamknąłby tyle umów co ty? I zdecydowanie jesteś pierwszą, która wyszukała i umieściła gracza w moim imieniu.

Technicznie rzecz biorąc, to był wypadek. W sklepie spożywczym wpadłam na popularnego koszykarza z college’u i skomplementowałam jego fantastyczne buty i świetną grę w poprzednim tygodniu. Od słowa do słowa i już w poniedziałek rano siedział w biurze Nicole i podpisywał kontrakt. Bardzo miły facet. Walnął głową we framugę, kiedy wychodził.

– Ale teraz – ciągnie Nicole – naprawdę zobaczymy, co potrafisz, kiedy zostaniesz wrzucona w bezwzględny świat reprezentowania sportowców, gdzie nie ma miejsca na schrzanienie czegokolwiek.

Złowieszcze. Nie podoba mi się.

– Dobra, żadna przysługa, ale chcesz, żebyśmy były przyjaciółkami. Łapię – dodaję, salutując, a potem czuję wdzięczność, że wpatrywała się w komputer i nie zauważyła tego gestu, bo tylko bardziej bym ją zirytowała. A prawda jest taka, że naprawdę chciałabym, żeby Nicole mnie lubiła. Bo chociaż mama jest moją najlepszą przyjaciółką (jest naprawdę świetna), zaczynam czuć, że czas znaleźć prawdziwych przyjaciół.

Co prawda samo znalezienie przyjaciół nie jest trudne. To ich utrzymanie stanowi problem.

Wycofuję się z biura Nicole i jakimś cudem udaje mi się przemknąć przez korytarz do mojego biura – jeśli w ogóle można je tak nazwać, bo bardziej przypomina składzik na miotły z oknem wielkości bulaja – bez konieczności konfrontacji z Martym i jego pachołkami. W biurze przyciskam plecy do ściany i prześlizguję się obok biurka, żeby dotrzeć do krzesła, jak zawsze.

Zdeterminowana, by zmienić ten dzień roztopionej czekolady w pyszną gorącą czekoladę, zaczynam układać rzeczy na biurku, bo nic nie podnosi mnie na duchu bardziej niż ułożenie wszystkiego w odpowiedniej kolejności i posortowanie pod względem koloru. Kiedy wszystko zaczyna być trochę bardziej uporządkowane, otwieram pocztę i ponownie czytam maila. Nadal jestem przekonana, że to pomyłka. Halucynacja. Koszmar.

W każdej chwili ja, Nora Mackenzie, mogę się obudzić i moje ulubione, czerwone trampki nie będą pokryte gumą Juicy Fruit, a mój wielki przełom w karierze nie będzie zależał od niego.

 

Mac,

świetne wieści. Nicole i ja jesteśmy pod wielkim wrażeniem twojej pracy (zwłaszcza umowy, którą zawarłaś w imieniu Nicole, kiedy była na zwolnieniu) i mamy pewność, że jesteś więcej niż gotowa, by zająć stanowisko pełnoetatowego agenta.

Derek Pender, skrzydłowy The Sharks, który, jak pewnie wiesz, jest już naszym klientem, potrzebuje nowego agenta. Bill Hodge reprezentował go przez siedem lat gry w NFL. Niestety Bill ma problemy zdrowotne, w których szczegóły nie będziemy teraz wchodzić, a które zmusiły go do odejścia w trybie natychmiastowym. Musimy jak najszybciej znaleźć dla pana Pendera nowego agenta. Nicole w tej chwili nie może przyjąć kolejnych klientów, ale przekazała mu, że jest przekonana o twoich wysokich kwalifikacjach, więc jest skłonny spotkać się z tobą, żeby sprawdzić, czy będziecie do siebie pasować. Będzie tutaj dzisiaj o pierwszej. Chociaż wszyscy jesteśmy świadomi przeszkód, z jakimi będzie musiał się zmierzyć na początku sezonu, jest wyśmienitym pierwszym sportowcem do rozpoczęcia twojej kariery. Gratulacje!

Joseph Newman

właściciel i dyrektor

Sports Representation Inc.

 

Sam mail jest uroczy, pokrzepiający i stanowi wszystko, o czym kiedykolwiek marzyłam w swojej karierze. Problem polega na tym, że Derek z pewnością nie wie, z kim ma się później spotkać. Gdyby wiedział, nie ma mowy, żeby się na to zgodził.

Bo ostatnim razem, kiedy widziałam się z Derekiem, moim chłopakiem z college’u, zerwałam z nim.

 

 

 

 

 

 

2

 

DEREK

 

 

 

Wchodzę do domu, kładę na blacie pojemnik z zupą na wynos, rzucam okiem na tablicę w rogu pokoju i od razu zawracam.

– Nie – mówię i ruszam w stronę drzwi.

Niech to szlag. Mój przyjaciel i kolega z drużyny, Nathan, dzisiaj rano wysłał mi wiadomość, że on i jego żona, Bree, są chorzy, i zapytał, czy mógłbym podwieźć im zupę. Wie, że nie ma mowy, żebym się nie pojawił, jeśli ktoś mnie potrzebuje. Ale teraz widzę, że wygląda na całkiem zdrowego, stojąc przy tablicy z trzema innymi kolegami. Wszyscy mają cwaniackie uśmieszki na twarzach.

Lawrence zachodzi mi drogę, a kiedy próbuję się wycofać, daje mi próbkę, jak to jest mierzyć się z nim – naszym lewym blokującym – na boisku.

– Wysłuchaj nas, Derek.

– Już się rozpędzam. Zostałem tu ściągnięty pod fałszywym pretekstem, a nie po to, co sobie tu zaplanowaliście – mówię, wskazując na tablicę za sobą.

– Stary, daj spokój. Już czas. – Jamal uwielbia dźwięk własnego głosu. – Poza tym to, co znaleźliśmy w twojej szafce nocnej, świadczy o tym, że naprawdę tego chcesz.

– To nie czas i wcale tego nie chcę. – Zbliżam się, żeby wyrwać z ręki Jamala marker suchościeralny. Potem agresywnie zmazuję z tablicy słowa „Znaleźć Derekowi Żonę”. Dokładnie z tej tablicy, która stała się podstawą wszystkich ważnych życiowych planów w naszej grupie przez ostatnie dwa lata, odkąd pomogliśmy Nathanowi wyrwać się z friendzone z jego najlepszą przyjaciółką (teraz żoną) Bree. I słuchajcie, z radością usiądę z tymi chłopakami i będę skrupulatnie planował ich rzewne, miłosne poczynania nawet przez cały dzień, ale niech spróbują użyć tego na mnie, a spalę cholerstwo na popiół.

– Nie chcę żony. I to ostatni raz, kiedy was ostrzegam, żeby nie wspominać o mojej szafce nocnej, zanim nastąpią prawdziwe konsekwencje i wasze twarze nie będą już takie śliczne na początku sezonu.

Nigdy nie powinienem był dawać im kluczy do mojego mieszkania na czas, kiedy wyjechałem z miasta, nawet jeśli moje kwiatki miałyby na tym ucierpieć. Oczywiście, że węszyli. Brak szacunku dla granic mają w DNA.

Ale te bzdury z tablicą to zbyt wiele. Wiem, dlaczego to robią – od razu przejrzałem te nerwowe, żałosne uśmieszki. Za bardzo się izolowałem, coraz częściej odmawiałem wyjścia na kolację, nigdy nie ­chodziłem z nimi do klubów i zdecydowanie nie randkowałem. W zasadzie jestem namiastką kogoś, kim byłem kiedyś, i uważają, że związek mnie z tego wyciągnie. Może ich obawy są uzasadnione. Już nie wiedzą, kim jestem ani jak sobie ze mną radzić. Sam nie wiem, kim jestem.

Nie czułem się tak niepewny siebie od czasu, gdy byłem skrępowanym, tyczkowatym ósmoklasistą, który kolejny raz zawalił szkołę, starał się znaleźć przyjaciół, którzy nie wyśmiewaliby go bezlitośnie po tym, jak usłyszeli jego czytanie na głos, i który żył tylko w cieniu starszej siostry. Ginny była ulubienicą wszystkich. Zdobywanie najlepszych ocen było dla niej czymś naturalnym i pewnie dlatego teraz jest lekarzem. Ona odnosiła sukcesy, a ja musiałem walczyć dwa razy bardziej. Bez przerwy kłóciłem się z rodzicami o oceny i słyszałem: „Dlaczego po prostu nie zaczniesz się przykładać, Derek, i nie przestaniesz się wygłupiać?”, więcej razy, niż mógłbym zliczyć.

Dopiero kilka miesięcy temu moje „wygłupianie się” zostało zdiagnozowane jako… dysleksja. Pewnej nocy, leżąc w łóżku i przeglądając media społecznościowe, natrafiłem na filmik, w którym jakiś facet opowiadał o życiu z dysleksją. Byłem zszokowany – bo wszystko, co opisywał, było też moimi doświadczeniami. Szybko skontaktowałem się ze specjalistą i po wykonaniu testów przypuszczenie się potwierdziło.

Jestem dyslektykiem.

To dlatego czytanie i pisanie było dla mnie tak cholernie trudne i zajmowało mi dwa razy tyle czasu co innym uczniom. Dlatego miałem problem z przetworzeniem niektórych słów. Dlatego czułem się, jakbym odstawał. Nie zostałem zbadany w okresie dojrzewania, bo pochodzę z bardzo konkretnej rodziny, przekonanej, że „on musi po prostu bardziej się starać”. Ale w rzeczywistości starałem się tak mocno, jak tylko mogłem. Nigdy nie umiałem zrozumieć, dlaczego to nie wystarczało. Czemu nie potrafiłem jak wszyscy inni pojąć tego, co czytałem w książce. I ten rozłam między mną i moimi rodzicami rósł, aż w końcu w ogóle znienawidziłem naukę.

Ale wtedy… w dziewiątej klasie odkryłem futbol. Wszedłem na boisko i miałem wrażenie, że wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce. Byłem dobry. Naturalny talent. Z biegiem lat stawałem się coraz lepszy, dorosłem do moich stu dziewięćdziesięciu trzech centymetrów wzrostu i zmężniałem w sposób, w który innym facetom się to nie udało. Dziewczyny nagle zaczęły mnie lubić. Nauczyciele dawali mi fory. Rodzice byli dumni, bo, jak Ginny, w końcu zapracowałem na swoje nazwisko. Stałem się kolejnym powodem, dla którego mogli chełpić się przed znajomymi. Nikogo nie obchodziło już, że miałem słabe oceny i problemy z nauką – bo było wyraźnie widać, że będę grał w drużynie futbolowej w college’u, a potem trafię do NFL, więc jakie to miało znaczenie?

To właśnie się wydarzyło.

Ledwo skończyłem szkołę średnią, ale pobijałem wszystkie rekordy jako skrzydłowy. Na kursach w college’u dostałem od profesorów więcej prospektów, niż byłbym skłonny przyznać, ale zdałem, a potem zostałem wybrany do drużyny w pierwszej rundzie. Dwa razy grałem w Super Bowl i zostałem MVP. Umawiałem się z gwiazdami filmowymi, kupiłem rodzicom dom i spłaciłem kredyt studencki siostry w ramach prezentu na zakończenie studiów.

Dopiero kiedy na koniec ostatniego sezonu złamałem kostkę na boisku i potrzebowałem operacji, moja tożsamość się zmieniła. Tak długo opierałem się na karierze, która dawała mi akceptację i poczucie bezpieczeństwa, że nie wiem, kim byłbym bez niej. Co ci wszyscy ludzie pomyślą o mnie, kiedy nie będę mógł dłużej robić tej jednej rzeczy, w której jestem dobry? Bezwartościowy.

To najgorszy moment na szukanie związku. Zwłaszcza że Collin Abbot – rezerwowy nowicjusz, który zastąpił mnie w ostatnich dwóch meczach sezonu – rozwalił wszystkich. Plotki krążą wokół mnie jak piranie. On zajmie moje miejsce w tym sezonie. Mam wszystko do stracenia – i nic stałego do zaoferowania.

– Derek, przestań być palantem i pozwól nam ci pomóc znaleźć miłość i szczęście – mówi Nathan.

– To nie jest właściwy czas – odpowiadam, zamiast nawarczeć na niego, że w mojej głowie miłość i szczęście nie są synonimami i że może wsadzić sobie swoje opinie w dupę. Rozważałem małżeństwo tylko z jedną kobietą. Jedyną, wobec której czułem, że naprawdę kochała mnie takiego, jaki jestem poza futbolem. To było zanim jeszcze poznałem tych czterech bufonów, których nazywam kumplami z drużyny, a mniej czule – przyjaciółmi – i ­powiedzmy po prostu, że mam dość bycia ­kochanym i wystarczy mi na całe życie. Oni o niej nie wiedzą. Nie mają pojęcia, że to przez nią wzdrygam się na samą myśl o długoterminowym związku.

– Dlaczego nie? – mówi Nathan Donelson, rozgrywający naszej drużyny, The Los Angeles Skarks, którego nazywamy z czułością „Tatkiem” ze względu na jego zdolności przywódcze i mądrość. Właś­nie dlatego po tym, jak dwa lata temu poślubił swoją najlepszą przyjaciółkę, Bree, reszta chłopaków wkrótce poszła w jego ślady. Jamal ożenił się z Tamarą, a Lawrence z Corą. Obie pary zdecydowały się na ślub w Vegas, jak Nathan i Bree, bo przez nich to wszystko wyglądało jak cholerna bajka. Ale dla mnie małżeństwo jest jak zdecydowanie się na uległość.

Jestem ostatnim z naszej pięcioosobowej ekipy bez obrączki na palcu i chcę, żeby tak zostało.

– Pender po prostu się boi – mówi Jamal Merick, biegacz naszej drużyny i samozwańczy wrzód na dupie. Wyjmuje mi z ręki marker i rysuje na tablicy wielkiego bobasa ze smoczkiem w buzi. Na wypadek gdyby pojawiły się jakieś wątpliwości, kogo to dziecko ma przedstawiać, pod spodem zapisuje moje imię i robi wielką strzałkę.

Pokazuję mu środkowy palec.

– Bardzo dojrzałe. Tylko udowadniasz moją rację. – Stuka markerem w rysunek dziecka.

– Dość biadolenia na dzisiaj – odzywa się Lawren­ce, który bez wątpienia jest największym mięczakiem z całej grupy, ale też najbardziej agresywnym zawodnikiem na boisku. Nie dałoby się tego zgadnąć po tym, jak się denerwuje podczas naszych kłótni. Jest też jedyną osobą tutaj, przy której mogę czuć się niski. Nawet z moim wzrostem.

Przepycha się obok mnie i Jamala, żeby zmazać tablicę.

– Jamal, to cud, że przy twoim wielkim ego w ogóle znalazłeś żonę. A Derek, zaczynam wątpić, że mógłbyś jakąś mieć, nawet gdybyś próbował.

– Chamstwo. – Jamal i ja mówimy jednocześnie i patrzymy na siebie nawzajem. Łączy nas relacja miłości połączonej z nienawiścią. To znaczy głównie kocham go nienawidzić.

– A może zrobicie coś konstruktywnego i przyjdziecie mi pomóc, zamiast wpychać Derekowi miłość prosto w gardło? – Price woła z salonu, gdzie siedzi wśród miliona maleńkich, tęczowych elementów rozłożonych na podłodze. Wydaje mi się, że ostatecznie mają stać się jakimś placem zabaw dla dziecka.

Jayon Price to nasz zrzędliwy skrzydłowy. Całkowicie nas zszokował, gdy jako pierwszy z naszej grupy ogłosił, że spodziewa się dziecka. Stawiałem na Nathana, ale nie. Hope, żona Price’a, jest już w ostatnim trymestrze i nigdy nie widziałem go tak szczęśliwego.

Cóż, w tej chwili nie wygląda na szczególnie zadowolonego. Próbuje wepchnąć plastikową sprężynę w jakąś inną plastikową część, ale elementy nie chcą do siebie pasować. Biceps zaraz mu pęknie od siły, którą w to wkłada.

– Dlaczego, do cholery, nie sprzedają tego już złożonego?

Ciska niepasującą częścią przez pokój, a ja się uchylam i ledwo unikam uderzenia w twarz.

– Mam lepsze pytanie – mówi Jamal, podchodząc, żeby popatrzeć na pudło, w którym przysłano części. – Dlaczego składasz to teraz?

Price wygląda na zdezorientowanego.

– A dlaczego nie? Przecież Hope ma termin za jakieś dwa miesiące.

Parskam śmiechem.

– Stary, twoje dziecko ma jeszcze sporo czasu, żeby do tego dorosnąć. – Wskazuję na pudło. – Napisali tu, że dzięki temu dziecko wzmacnia nogi i plecy przed nauką chodzenia.

Price opuszcza instrukcję i mierzy nas wszystkich złowrogim spojrzeniem.

– Powiedzcie o tym Hope i wszyscy będziecie martwi. Już panikuje, że nie wiemy, co robimy, a ja nie chcę, żeby martwiła się jeszcze bardziej, kiedy się dowie, że kazała mi złożyć zabawkę dla ośmiomiesięcznego dziecka.

Naprawdę uwielbiam przeżywać wszystkie te etapy życia z przyjaciółmi. I właśnie dlatego muszę wrócić na całego. Bo część mnie niepokoi się, że jeśli trafię na ławkę… nieważne. Nie chcę teraz o tym myśleć.

Nathan przytakuje.

– Pomożemy ci to złożyć, ale głównie dlatego, że twoja ciężarna żona naprawdę przeraziła mnie w zeszłym tygodniu, kiedy zagroziła, że wbije mi widelec w rękę, jeśli wezmę ostatni kawałek brownie. Jeśli ta kobieta chce, żeby jej dziecko miało złożony swój plac zabaw kilka miesięcy wcześniej, to właśnie to zrobimy. – Odwraca się do mnie ponownie. – Ale… jeszcze nie skończyliśmy rozmawiać o twoim statusie związku.

– Ależ tak, skończyliśmy – odpowiadam, wycofując się do kuchni, żeby zabrać kluczyki z blatu. – Zostawcie mnie i moje kawalerstwo w spokoju, lepiej zjedzcie zupę, kłamliwe dupki. Wynoszę się stąd.

– Nikt nigdzie nie pójdzie! – rozlega się od progu kobiecy głos. Podnoszę wzrok i zauważam, że żona Nathana, Bree, pojawiła się znikąd i własnym ciałem blokuje wyjście. Rozłożyła ręce i złapała framugę po obu stronach, żebym nie mógł wyjść. Musiała właśnie wrócić ze swojego studia baletowego, bo ma na sobie czarny trykot i szare dresy. Jak zwykle. – Rozmawialiście z nim już na temat planu?

Nathan krzyczy z salonu:

– Tak, on nie chce się żenić.

Bree otwiera usta.

– Nigdy? – Wydaje się osobiście urażona tym wyborem. Nie żebym miał coś przeciwko małżeństwom innych ludzi. To po prostu nie dla mnie. Przynajmniej już nie.

Wzruszam ramionami i kręcę kluczykiem na palcu, wpatrując się w kobietę, którą teraz traktuję jak młodszą siostrę.

– Wybacz, Serku Bree, to po prostu nie dla mnie.

– Dobra, dobra… – Macha ręką. – Więc nie chcesz się żenić, w porządku. Ale przynajmniej pozwól, żebyśmy cię z kimś umówili.

– Dzięki, ale nie. W tej kwestii jestem ustawiony. – Podchodzę do niej, ale nie rusza się z progu.

– Wcale nie! Nie myśl sobie, że nie zauważyliśmy tego, że ty, Derek Pender, nie byłeś na ani jednej randce od czasu kontuzji. Tamci przerośnięci smarkacze wychylający się zza rogu może i za bardzo trzęsą portkami, żeby ci to powiedzieć… ale to niepokojące, że nigdzie nie wychodzisz. Nie randkujesz. Nawet z nikim nie sypiasz! – Mówi to tak, jakby wszystkie te rzeczy powinny być dla mnie oczywiste. I… cóż, przypuszczam, że były.

Spoglądam przez ramię i rzeczywiście, wszyscy się gapią. Jednak wycofują się lekko, kiedy widzą mój wzrok.

– Nie ma się czym martwić, ludzie. Teraz po prostu w pełni skupiam się na rehabilitacji.

– Jakim kosztem? – pyta Bree.

Patrzę jej w oczy.

– Przestań się martwić. Nic mi nie jest, przysięgam.

Opuszcza ramiona i wywraca oczami.

– Jesteś irytujący, to pewne. Ale chyba i tak ci to dam. – Sięga do torebki, którą wciąż ma na ramieniu, i już wiem, co stamtąd wyjmie: breeskotkę. Bree okazuje uczucia, wręczając małe prezenty, które sprawiły, że pomyślała o danej osobie. Każdy z nas ma przynajmniej kilka. Ja dostałem kubek w kształcie czaszki, który przypominał jej tatuaż na moim przedramieniu, i magnes z numerem osiemdziesiąt dwa, który ukradła z lodówki swojej małej siostrzenicy, bo taki właśnie mam numer na koszulce.

Stoję jak wryty, chociaż nie ma mowy, żeby wiedziała, dlaczego ta konkretna rzecz wywarła na mnie takie wrażenie.

Bree kładzie na mojej dłoni breloczek, a ja przez dłuższą chwilę tylko wpatruję się w maleńką miseczkę lodów z posypką. Skóra na mojej twarzy pali, jakby ktoś przyłapał mnie na gorącym uczynku.

– Dlaczego mi to dałaś? – Mój ton jest oskarżycielski. Jakby myszkowała po moim mózgu bez pozwolenia. Jakby znała wszystkie moje sekrety, a to część całej tej interwencji.

– Bo… – Jej uśmiech staje się enigmatyczny. – Pamiętasz? Na weselu Lawrence’a, kiedy się upiłeś? Wygłosiłeś tę zabawną przemowę o tym, jak przez resztę życia mógłbyś jeść lody z posypką, i byłeś taki smutny, gdy pomyślałeś, że nie możesz? Znalazłam w sieci sklep, który robi personalizowane breloczki z lodami, więc zamówiłam dla ciebie taki z posypką.

Racja. Ze względu na przemowę. Moje ramiona nieco się rozluźniają. Czuję ulgę, że Bree nie wie o niej. O Norze.

Po dziś dzień cała grupa śmieje się z tej „zabawnej przemowy”, którą wygłosiłem na weselu. Myśleli, że byłem tak niesamowicie pijany i po prostu wygadywałem bzdury. I to prawda – byłem pijany. Ale tylko dlatego, że przez całą uroczystość nie mogłem wyrzucić z głowy Nory – kobiety, z którą chciałem się ożenić, odkąd się poznaliśmy. Nie mogłem ­przestać myśleć o tym, gdzie jest teraz, i zastanawiać się po raz tysięczny, dlaczego nie byłem dla niej wystarczający. Tak, byliśmy swoimi przeciwieństwami. Ona niezwykle mądra, zmotywowana i skupiona na nauce, a ja – zwykły koks z niezdiagnozowanymi problemami w nauce, świetny w imprezowaniu.

Ale byliśmy też kompatybilni w wielu aspektach. Uwielbialiśmy konkurować – wszystko zmienialiśmy w bezsensowne, choć zabawne, gry i ­cieszyliśmy się nimi. Była między nami chemia, której nie czułem do nikogo innego. Taka, która krąży w żyłach i wszystko zmienia. A gdyby tego było mało – oboje kochaliśmy sport. W zasadzie ona chciała zostać agentką. Udało jej się?

I ulubiona przekąska Nory: lody z posypką.

Najwyraźniej nigdy się nie zdradziłem, że cała ta przemowa odnosiła się do mojego złamanego serca i kobiety, która je roztrzaskała. Po prostu ­założyli, że akurat tego wieczora miałem ogromną ochotę na słodycze. Pozwoliłem im w to wierzyć, bo wolę, żeby moja historia z Norą pozostała tajemnicą.

Zamykam breloczek w dłoni i zmuszam się do uśmiechu.

– Racja, całkiem zapomniałem. Dzięki, jest bardzo fajny.

Marszczy brwi i zapewne powiedziałaby więcej o moim niezbyt wdzięcznym zachowaniu, gdyby Nathan nie zaszedł jej od tyłu i nie objął ramionami w talii. Przez tych dwoje człowiekowi chce się rzygać. Są aż zbyt słodcy.

– Idziemy na lunch. Dołączysz do nas? – pyta mnie Nathan, wciąż obejmując Bree.

– Nie mogę. Mam spotkanie o pierwszej. Bill musiał zrezygnować, ma jakieś problemy zdrowotne, o których nie chciał rozmawiać, więc spotykam się z nowym agentem, którego poleca Nicole.

I to kolejna sprawa. Wiem, że moja agencja nie wróży mi dobrej kariery, jeśli próbują wepchnąć mi nowicjusza. Wyobraź sobie być najlepszym silnym skrzydłowym w zawodowym futbolu, a po ­chwili spaść na dno, kiedy kostka pęka ci jak gałązka i potrzebujesz operacji, żeby ją naprawić. Teraz utknąłem z jakąś agentką żółtodziobem, która nigdy w życiu nie miała klienta. Jedyne powody, dla których nie odrzuciłem tego pomysłu od razu, to: (1) też nie jestem pewny, czy zasługuję na kogoś lepszego, i (2) Nicole – która jest agentką Nathana od samego początku jego kariery i jest najlepsza w branży – poleciła ją.

– Nicole nie doradziłaby ci źle. Jeśli mówi, żebyś go wziął, to powinieneś – mówi Nathan, nadal trzymając się Bree, jakby była jego kołem ratunkowym, bez którego wypadłby za burtę, gdyby stracili kontakt fizyczny.

Zazdroszczę im.

– Ją – poprawiam, odwracając wzrok od szczęśliwiej pary, i kręcę kluczykiem na palcu. – Ten agent to kobieta.

– Ooo, może będzie śliczna i samotna, a ty szaleńczo się zakochasz – mówi Bree, a w jej oczach pojawiają się serduszka.

Potrząsam głową.

– Naprawdę powinniście sobie odpuścić. Nie chcę związku.

– Jasne… teraz tak myślisz. Ale co będzie, kiedy poznasz najbardziej niesamowitą kobietę na świecie?

Patrzę na Nathana.

– Mógłbyś poprosić pannę Kupidyn, żeby się odsunęła, bo chciałbym wyjść?

 

 

 

 

 

 

3

 

NORA

 

 

 

Dotykam klamki drzwi do sali konferencyjnej, a mój żołądek wykonuje skok z klifu. I w trakcie tego swobodnego lotu wpada prosto w portal kontinuum czasoprzestrzennego, i spada dalej, bez absolutnie żadnej ulgi dla mojego cierpienia. Ale nie dlatego, że jestem nieprzygotowana do wykonywania mojej pracy. Chodzi o to, że nie jestem przygotowana, by ponownie stanąć twarzą w twarz z Derekiem Penderem.

Ujmując najprościej: Derek był dla mnie wszystkim, co nigdy nie miało się wydarzyć. Moje życie było ułożone według idealnie skrojonego planu. Obecnie jestem na nim nadal całkowicie skupiona. Spotkanie dzikiego, zabawnego i seksownego futbolisty, w którym szaleńczo się zakochałam na ostatnim roku college’u, nigdy nie było częścią tego planu. Oboje uczęszczaliśmy na Uniwersytet Południowej Kalifornii przez trzy lata i nie wpadliśmy na siebie.

Ale wtedy, jak grom z jasnego nieba, pojawił się… na tej samej imprezie co ja. Miał oczy tak niebieskie jak rozgrzane płomienie. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu ciągnęło go do mnie tak samo mocno jak mnie do niego. Zauważył, że trzymam się z boku, nie dlatego, że jestem introwertyczna czy nieśmiała, ale dlatego, że nie chciałam tam być. Współlokatorka zmusiła mnie do pójścia i przez to nie mogłam dokończyć prezentacji, na którą tak się cieszyłam. Podobno nawet nie mrugnęłam przez ostatnie kilka dni. I właśnie wtedy Derek podszedł, żeby porozmawiać.

Po jakimś czasie wyciągnął mnie na parkiet, a na koniec wieczora policzki bolały mnie od śmiechu. Do tego strasznie się spiłam, a moja współlokatorka wyszła z facetem i byliśmy poza kampusem, więc nie miałam jak wrócić. Derek (który był dużo bardziej trzeźwy ode mnie) wezwał dla nas Ubera. A potem przez całą noc spał u mnie na podłodze w akademiku, żeby mieć pewność, że nie zadławiłam się podczas snu.

Następnego ranka czułam się okropnie z tego powodu, że miał przeze mnie tyle problemów. Chciałam mu to jakoś wynagrodzić, ale się nie zgodził, więc napisałam mu potwierdzenie ściągnięcia długu, które mógł wykorzystać w każdej chwili. Nie zajęło nam dużo czasu, żeby zakochać się w sobie nawzajem po uszy. Już wkrótce straciłam z oczu wszystkie swoje cele i marzenia. Zastąpiłam je uzależnieniem od jego uśmiechu, dotyku, tego, jak na mnie patrzył, jakbym była najwspanialszą istotą na świecie. Rozumieliśmy się tak, jak nikt nas nie rozumiał. Nawet w kwestii naszej potrzeby ciągłej rywalizacji. Było dla nas normalne, że ścigaliśmy się wszędzie, gdzie szliśmy. Kto dłużej utrzyma kubek na głowie. Podłoga to lawa. Śmieszne, małe zawody przez cały czas.

Łączyła nas ta głupiutka, rozdzierająca duszę młodzieńcza miłość, która może istnieć tylko w bańce pełnej opuszczania zajęć, oglądania wschodów słońca, zajadania pączków ze stacji benzynowej oraz ignorowania książek, żeby obejrzeć jego trening czy mecz.

Aż uświadomiłam sobie, że Derek nie rozumiał jednej z najważniejszych części tego, kim byłam. Więc tuż przed zakończeniem college’u i wstąpieniem Dereka do NFL przerwałam to. Gwałtownie i zimno, jak lód. Nigdy nie przestałam tego żałować.

Jednak najbardziej prawdopodobny scenariusz ponownego spotkania z moim byłym jest taki: Derek spojrzy na mnie raz, uśmiechnie się ­powoli i uściska mnie platonicznie. Może nawet zwróci się do mnie moim starym, uroczym przezwiskiem przez wzgląd na dawne czasy. Ginger Snap. Bo teraz oboje jesteśmy dorośli. Bo mimo że zerwanie z nim prawie mnie zabiło, on otrząsnął się już tydzień później. A patrząc na doniesienia prasy i tabloidów, Derek z pewnością po mnie nie rozpaczał. Ta myśl kiedyś mi przeszkadzała, ale teraz daje pocieszenie. Jeśli tak szybko zapomniał, jest szansa, że pozostałam dla niego zaledwie wspomnieniem.

I tak, z ogromną odwagą, naciskam klamkę i pewnie wchodzę do sali konferencyjnej – emanując mocą i opanowaniem. Żart. Ktoś inny otwiera drzwi z drugiej strony, gdy wciąż trzymam rękę na klamce, i pociąga mnie gwałtownie. Wpadam do środka, mijam stażystę, który je otworzył, a długopis, który leży na mojej stercie dokumentów, strzela w górę jak pistolet i przypadkowo ląduje na środku ­stołu konferencyjnego. Nicole (o, super, najwyraźniej ona też będzie na spotkaniu) wygląda na absolutnie zszokowaną.

Prostuję się i poprawiam brzeg marynarki z gracją godną królowej. Możliwe, że bardziej dziecka przebranego za królową, ale na pewno z gracją.

– Cześć. Jestem! – Zmuszam się, żeby mój głos zabrzmiał pewnie.

– Owszem, jesteś. – Na szczęście tylko Nicole była świadkiem mojego niezdarnego wejścia, bo Derek (o mój Boże, Derek tu jest), nadal siedzi plecami do mnie. – Załatwmy formalności, dobrze?

O nie. To właśnie chwila, kiedy wszystko legnie w gruzach, a Nicole będzie tego świadkiem. Powinnam była powiedzieć jej prawdę jeszcze w biurze. Prawda to zawsze najlepsze rozwiązanie. Zawsze. Wiem to, ponieważ jestem przewodniczącą Klubu Przestrzegania Zasad. A jednak…

Derek wyciąga rękę i podnosi długopis ze środka stołu. Zaciska na nim dłoń i odsuwa krzesło, żeby wstać. Przełykam ciężko tysiące motyli, które próbują się wyrwać z mojego żołądka na sam widok jego szerokich pleców. Jest… potężny. Nie pamiętam, żeby wcześniej był aż tak wielki. Mięśnie są tak ogromne, że prawie rozrywają koszulkę. Ta biedna bawełna stara się wytrzymać ze wszystkich sił, ale ledwo daje radę. A kiedy on się odwraca, grunt usuwa mi się spod nóg.

Bystre, chabrowe oczy patrzą na mnie – tak piękne, że prawie okrutne, i czuję, jak iskra czegoś dawnego przeskakuje między nami. W mojej głowie pojawia się myśl, jeszcze zanim zdążę ją zablokować. Nie przestałam go kochać i boję się, że nigdy nie przestanę.

Jego muśnięte słońcem brązowe włosy spadają na skronie i kark, podkreślając zniewalające kości twarzy. Szczerze mówiąc, on i rozgrywający z jego drużyny, Nathan Donelson, wyglądają jak bracia z tą posturą i linią szczęki. Ale Derek jest bardziej przyziemnym odpowiednikiem Nathana. Twarz Dereka jest ponuro, fascynująco przystojna.

Przeskakuję wzrokiem, bo nie chcę zatrzymać się na żadnej konkretnej części jego ciała. Już w ­college’u był potężny i silny, ale… bogowie, teraz jest zachwycający. Wygląda jak z czasów, gdy ludzie potrzebowali wojowników, żeby zapewnili im bezpieczeństwo. I te wszystkie tatuaże… pojedyncze, blisko siebie, ale niełączące się, pokrywają jego ramiona, co dla mnie też jest nowością. Widziałam je w telewizji, kiedy obserwowałam go podczas meczów, ale coś w oglądaniu ich na żywo jeszcze zwiększa doznanie.

Gdy ponownie patrzę na jego twarz, nie wydaje się zadowolony na mój widok.

Nicole odchrząkuje.

– Derek, to jest…

– Nora Mackenzie – mówię w tej samej chwili co on, żeby zagłuszyć jego głos. Wyciągam rękę z promiennym, błagalnym uśmiechem i staram się nie zemdleć od nagłego skoku adrenaliny. – Miło mi cię poznać, Derek.

Nicole mnie nie widzi. Potężna sylwetka Dereka blokuje jej widok. Jego chłodny wzrok przesuwa się na moją dłoń wyciągniętą w jego stronę. Jeszcze bardziej marszczy brwi. Milcząco błagam go, żeby ją przyjął. Żeby włączył się do mojej maskarady, dopóki Nicole nie wyjdzie. Ale nie wydaje mi się, żeby zamierzał to zrobić.

Właśnie kiedy Derek otwiera usta, żeby coś powiedzieć, drzwi sali konferencyjnej otwierają się za mną i nasza recepcjonistka wsuwa głowę do środka.

– Nicole, przepraszam, że ci przeszkadzam, ale masz pilny telefon. Czeka na linii w twoim biurze.

Nicole okrąża stół i patrzy pomiędzy pochmurną twarzą Dereka a moją pogodną, pełną werwy, która wyraźnie stara się nadrobić jego minę.

– Wybaczcie mi na chwilę – mówi, w jej tonie słychać wahanie. – Zaraz wracam.

Tak. Nie spiesz się. Możesz tam siedzieć nawet cały dzień.

Nicole wychodzi i z gracją zamyka za sobą drzwi. Zostaję sama i wpatruję się w chłodne oczy Dereka. Nie traci ani chwili, potrząsa głową, odwraca się ode mnie i podnosi kluczyki ze stołu.

– Nie. To się nie dzieje.

Czekaj, co?

Jestem zszokowana. W zdumieniu mrugam, jakby ktoś właśnie zaświecił mi prosto w oczy. Nie widzieliśmy się od lat i tylko tyle zamierza powiedzieć?

– Derek, czekaj! – Okrążam go, żeby zagrodzić mu drogę, zanim dotrze do drzwi.

Przygląda mi się, poruszając szczęką.

– Powiedziano mi, że nazywasz się Mac – prycha. Odraza wręcz zasnuwa mu wzrok. – Gratulacje. Jeśli zamierzałaś mnie epicko wykiwać, osiągnęłaś cel. Wygrałaś.

Nawet jego głos jest teraz inny. Głębszy.

Trudno mi zachować spokój, bo naprawdę nie przewidziałam, jak będę się czuć, gdy stanę ponownie twarzą w twarz z Derekiem. Każda komórka mojego ciała mruczy, jakby wracała do życia. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie wyobrażałam sobie wpadnięcia na niego wcześniej. Zawsze wiedziałam, że Derek jest klientem Billa – ale nie sądziłam, że będziemy mieli szansę się zobaczyć, bo Bill zawsze spotykał się z nim poza biurem, a ja nie miałam powodu, żeby kontaktować się z Derekiem i informować go o mojej obecności w agencji.

Ale i pewnego popołudnia tak to sobie wyobrażałam. Wyobrażałam sobie, że wpadam na niego na korytarzu i wymieniamy spojrzenia. Jednak w moich fantazjach zawsze zaczynało się od powolnego, szelmowskiego uśmiechu wypływającego na jego wargi, a kończyło na całowaniu w składziku.

Jednak jego dzisiejsza reakcja jest usprawiedliwiona. Zraniłam go – i muszę za to przeprosić. Tylko że to zdecydowanie nie jest odpowiednia chwila.

– Nie… proszę, posłuchaj. Nie próbowałam z tobą pogrywać. W zasadzie obawiałam się, że nie wiedziałeś, kim jestem, kiedy Nicole przedstawiła mi ten pomysł. Wszyscy w biurze mówią do mnie Mac. To skrót od…

– Mackenzie – grzmi, jakby nie mógł uwierzyć, że miałam czelność insynuować, że nie był tego już świadomy. – Tak, bardzo dobrze pamiętam, Noro. – I wtedy z jego ust wyrywa się krótki, pogardliwy śmiech. – I pamiętam też, z jaką łatwością potrafisz się kogoś pozbyć, więc nie ma mowy, żebym podpisał z tobą umowę. Wolę, żeby mój agent był godny zaufania i oddany.

Auć.

Derek mija mnie, nie oglądając się za siebie. Uważa, żeby nie dotknąć żadnego fragmentu mojego ciała, jakby mógł się czymś zarazić, po czym wypada z sali konferencyjnej.

– Cóż, zdecydowanie mogło pójść lepiej – mówię do pustych krzeseł.

Czyli okazuje się, że Derek jednak mnie pamięta. I nienawidzi. Nie mogę powiedzieć, żebym miała mu to za złe, chociaż czuję się zdezorientowana.

Wydaje się, że mam dwie możliwości. (1) Powiem Nicole, że już straciłam pierwszego klienta, którego praktycznie podała mi na tacy. Żenujące. (2) Wyrwę nóż sterczący z mojej piersi i użyję go, żeby trafić w tarczę celów mojej kariery.

Decyduję się na drugi wariant, co oznacza, że czas oczyścić atmosferę z moim byłym chłopakiem.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

Tytuł oryginału: The Rule Book

 

Copyright © 2024 by Sarah Adams

 

Copyright for the Polish edition © 2022 by Wydawnictwo FILIA

This edition published by arrangement with Dell Books, an im

print of Random House, a division of Penguin Random House LLC

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek

formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także

fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem

nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2024

 

Projekt okładki: © Sandra Chiu

 

Redakcja: Sylwia Chojecka | Od Słowa do Słowa,

Korekta: Anna Walczak | Od Słowa do Słowa

Skład i łamanie: Tomasz Chojecki | Od Słowa do Słowa

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

eISBN: 978-83-8357-533-9

 

 

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

SERIA: HYPE