52,99 zł
Madison Walker wyjechała z Rzymu w Kentucky, żeby udowodnić, że poradzi sobie w świecie kulinarnym. Ale po latach gonienia za sukcesem w Nowym Jorku, jedyne, co jej zostaje, to złamana pewność siebie i desperacka potrzeba, żeby zacząć od nowa. Powrót do domu nie jest częścią jej planu – aż pojawia się przed nią niespodziewana oferta pracy, dająca szansę na odbudowanie wszystkiego, co straciła: stanowisko szefa kuchni w nowej restauracji w mieście, w której produkty z farmy będą trafiać prosto na stół. Jedyny haczyk? Propozycja pochodzi od Jamesa Huxleya, najlepszego przyjaciela jej brata… i ostatniej osoby, dla której chciałaby pracować.
James zawsze postępował ostrożnie, nie wychylał się, robił to, czego od niego oczekiwano w rodzinnym interesie – do chwili, kiedy na szali spoczęło szczęście Madison. Jedyny problem? Jego czarujący, odnoszący ogromne sukcesy młodszy brat Tommy wydaje się zdeterminowany, żeby zdobyć ją jako pierwszy.
Między tą trójką utrzymanie spraw ściśle profesjonalnymi staje się niemożliwe. A gdy niespodziewana katastrofa w wieczór otwarcia restauracji łączy się z od dawna narastającą kłótnią braci, zarówno Madison, jak i James będą musieli stawić czoła swoim największym niepewnościom – i zdecydować, czy miłość jest warta ryzyka, czy może niektóre marzenia lepiej pozostawić nietknięte.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 400
Rok wydania: 2026
Tytuł oryginału: In Your Dreams
Copyright © 2025 by Sarah Adams
Copyright for the Polish edition © 2026 by Grupa Wydawnicza FILIA
Wykorzystanie niniejszego utworu do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) na podstawie art. 4 Dyrektywy (UE) 2019/790 jest zabronione.
Podmiot praw autorskich wyraźnie zastrzega sobie wszelkie prawa w tym zakresie, zgodnie z ust. 3 wspomnianego artykułu.
This edition published by arrangement with Delacorte Press, an imprint of Random House, a division of Penguin Random House LLC
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: © Sandra Chiu
Redakcja: RedKor Agnieszka Luberadzka
Korekta: Agnieszka Luberadzka, Olga Smolec-Kmoch
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Karolina Nowak
ISBN: 978-83-8441-326-5
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
SERIA: HYPE
Ta książka jest dla szalonego dziecka. Tego pełnego pasji i ulegającego słabościom. Dla tych, którzy płoną od wielkich emocji i pasji, obawiając się, że nikt was nie dojrzy za tymi płomieniami. Obyście nigdy nie spłonęli z destrukcyjnego strachu, ale otaczali się najsilniejszym żarem.
„Sukces jest jak dożycie ważnych urodzin i przekonanie się, że jesteś dokładnie takim samym człowiekiem”.
Audrey Hepburn
NOTA OD AUTORKI I OSTRZEŻENIE O TREŚCI
Jestem podekscytowana, że możecie zanurzyć się w In Your Dreams. W twoich marzeniach! Zanim zaczniecie, chciałabym podzielić się kilkoma informacjami, które pomogą sprawić, że wasza przygoda czytelnicza będzie bardziej komfortowa i przyjemniejsza.
W tej historii spotkacie się z łagodną tematyką żałoby i zawału serca, jak również z emocjonalną traumą, prowadzącą do lęków i ataku paniki. Jako ktoś, kto osobiście żyje z atakami paniki, podeszłam do tej sceny z ostrożnością i wrażliwością, starając się, żeby była krótka.
Dodatkowo proszę, miejcie na uwadze, że w rozdziałach 29 i 35 znajdują się sceny intymności, mającej miejsce za obopólną zgodą, a także w całej historii pojawiają się język i wątki dla dorosłych.
Przesyłam mnóstwo miłości i życzę udanej lektury.
Sarah
Madison
NOWY JORK101 DNI DO MOJEJ PORAŻKI…
Prowadzę osobistą wendetę wobec powiedzenia daj z siebie wszystko i nie przejmuj się niczym innym. To motto działa tylko w przypadku kilku wybranych osób – tych z naturalnym darem oraz tych, którym zawsze jakoś się udaje. Ja nigdy nie byłam członkinią żadnego z tych klubów.
Z kolei oto kilka zasad życiowych, zarówno zabawnych, jak i poważnych, które zawsze uważałam za prawdziwe:
1. Jeśli zeskoczę z dachu szopy z parasolką, grawitacja zdecydowanie weźmie górę i skończę z co najmniej złamaną nogą.
2. Rozpłakać się można praktycznie z powodu każdego uczucia, czy to radości, czy smutku.
3. Nic nie może się równać z klasycznymi ciasteczkami z kawałkami czekolady.
4. W każdej rodzinie jest jedna osoba, którą uważa się za porażkę – a w mojej rodzinie tą osobą jestem ja.
Nieważne, jak bardzo się starałam przez ostatnie trzydzieści lat, żeby się pozbyć tej łatki, ona zawsze wydaje się wracać. (Albo, szczerze mówiąc, to ja zawsze wskakuję w jej ciepłe objęcia). I chociaż trójka mojego rodzeństwa nigdy nie nazwałaby mnie tak prosto w twarz, wiem, że gdzieś w głębi duszy właśnie tak myślą. (Bo to prawda).
Z początku moje nieuniknione porażki zawsze manifestowały się jako wspaniałe, dające nadzieję okazje. Jasno świecąca gwiazda na horyzoncie. Obetnij sobie włosy, mała, sześcioletnia Madison. Będziesz wyglądać tak ślicznie. (Wcale nie. Wyglądałam jak Dziwna Barbie). Zaimprowizuj swoją kwestię na otwarcie przedstawienia, dwunastoletnia Madison. Wszyscy będą zaskoczeni, a ty wyjdziesz na zabawną i kreatywną. (To była katastrofa. Nikt się nie śmiał, a koledzy z obsady byli na mnie wściekli tygodniami za to, że zniszczyłam występ). Przypraw poncz alkoholem na balu maturalnym, siedemnastoletnia Madison. Wszyscy będą cię za to kochać. (Cóż, rzeczywiście mnie kochali, ale zostałam też zawieszona w prawach ucznia do końca roku szkolnego i musiałam odrabiać prace społeczne w weekendy). I ostatnie, chociaż wcale niemniej spektakularne: Rzuć swoją bezpieczną pracę nauczycielki w szkole podstawowej, dorosła Madison, Jedź do szkoły kucharskiej do Nowego Jorku i olśnij wszystkich swoim stanowiskiem wielkiego szefa kuchni. (Albo nabaw się lęków i ataków paniki, które doprowadziły do tego, że nie chcę nigdy w życiu postawić stopy w profesjonalnej kuchni).
A kiedy ponoszę klęskę, co jest częste, upadek jest prawie zawsze większy i bardziej widowiskowy niż pomysł, który to wszystko zapoczątkował.
Powinnam była posłuchać przeczucia i rzucić szkołę kulinarną rok temu, jak planowałam, zanim narobiłam wszystkim nadziei, że naprawdę coś osiągnę. Duże miasto okazało się w ogóle nie takim, jak się spodziewałam, i tęskniłam za moim małomiasteczkowym domkiem tak, jak nigdy nie przypuszczałam, że będę.
Wróciłam do Rzymu w Kentucky z zamiarem pozostania tam na dobre, ale Emily, ze swoją mądrością starszej siostry, przekonała mnie, żebym się trzymała tego, co miałam. Przypomniała mi o moim marzeniu i o tym, jak bardzo tego chciałam, dodając, że będę żałować, jeśli poddam się w połowie drogi. Była to klasyczna gadka motywacyjna od kogoś, kto na koniec zawsze odnosił sukces.
Ale ja jestem porażką – więc nawet po powrocie do Nowego Jorku, z motywacyjną przemową, która dała mi wiatr w żagle i ciepło w sercu, i tak wszystko schrzaniłam.
Miałam nadzieję zostać szefem kuchni, jak moja idolka Zora Brooks. Była szefową kuchni z małego miasteczka, a dzięki swojemu gotowaniu zdobyła dwie gwiazdki Michelin w Nowym Jorku. Praktycznie można ją nazwać Kobietą Kotem wśród szefów kuchni. Skuteczna. Przebiegła. Cała ubrana w skóry. (Żartuję z tymi skórami – chociaż patrząc na jej zdjęcia w „Bon Appétit”, obroniłaby taki strój). Marzyłam, żeby pójść w jej ślady.
Zamiast tego ja jestem jak zabłąkany uliczny kot, wyłaniający się zza śmietnika, ze zmatowionym futerkiem, złamanym duchem i sercem.
Istniała możliwość, że pierwszy raz w życiu Emily się pomyliła. To marzenie może nie być dla mnie – i nie wiem, jak długo jeszcze będę mogła mieć nadzieję.
Jakby czytała mi w myślach, Josie, dwudziestokilkuletnia koleżanka z roku, siedząca obok mnie, pochyla się i szepcze:
– Jakie masz plany po skończeniu szkoły?
Metalowe krzesło skrzypi pode mną, kiedy próbuję znaleźć wygodniejszą pozycję.
– Czerwone wino i erotyczna książka. A ty?
– Nie chodziło mi konkretnie po zakończeniu tej uroczystości – mówi ze śmiechem, wskazując na ceremonię, w której aktualnie uczestniczymy.
Jednak to, czego Josie nie wie i do czego nigdy się nie przyznam, to fakt, że ledwo tutaj dotarłam. Uzyskałam wynik zaledwie jeden procent wyższy – naprawdę, niech to do was dotrze – od minimum wymaganego na zaliczenie egzaminu końcowego. Jedyny powód, dla którego uda mi się dzisiaj wyjść na scenę? Na początku semestru mój instruktor zaproponował możliwość uzyskania dodatkowych punktów: każdy, kto zgłosi się na ochotnika do skrobania blatów i mycia podłóg w kuchni po zajęciach przez miesiąc, otrzyma dodatkowe punkty do końcowej oceny. Jeśli nauczyłam się czegoś przez trzydzieści lat życia, to tego, że jeśli nazywasz się Madison Walker, zawsze przyjmujesz możliwość uzyskania dodatkowych punktów. A tym razem to mnie uchroniło przed oblaniem.
Cóż, to i cytrynowe risotto z tymiankiem, które ugotowałam w trzecim semestrze, a które sprawiło, że szef Cobalt przestał mówić na pełne sześćdziesiąt sekund. Co, jeśli ktoś znał szefa Cobalta, mogło się w zasadzie równać z owacją na stojąco. To było jeszcze w czasie przed atakami paniki.
– Mówię o tym czasie po ceremonii – odpowiada Josie, jej bursztynowe oczy błyszczą, kiedy zarzuca na ramię włosy w kolorze ciepłego brązu, splecione w warkocze. – Zdecydowałaś już, w jakiej restauracji będziesz pracować?
Niemal parskam śmiechem na jej sugestię, że mogę mieć wybór. Jakby restauracje z całego miasta pchały się drzwiami i oknami, żeby tylko mnie u siebie zatrudnić.
Poza tygodniowymi ćwiczeniami w trakcie drugiego semestru, podczas których pracowałyśmy razem, Josie i ja nie miałyśmy z sobą na tyle dużo kontaktu, żeby zostać przyjaciółkami. Nie miałyśmy też praktyk w tej samej kuchni. Gdyby tak było, wiedziałaby, że nie powinna mi zadawać tego pytania. Bo tak się aktualnie składa, że rozważam odejście od kulinariów i znalezienie nowej ścieżki kariery. Teraz mogę wpisać sobie do życiorysu była nauczycielka czwartej klasy i porażka w szkole kulinarnej.
Jednak najsmutniejszą prawdą jest to, że gdybym nadal chciała znaleźć pracę w tej branży, wątpię, czy szef Davis dałby mi rekomendacje, których potrzebuję. Najpewniej odwiódłby każdą zainteresowaną restaurację od zatrudnienia mnie.
Zaciskam wargi, powstrzymując uśmiech, i decyduję się na najkrótszą możliwą odpowiedź.
– Jeszcze nie, a ty?
Josie jest jak Emily, to znaczy odnosi sukcesy we wszystkim, co robi. Urodziła się dla takiego miejsca – wysokie oczekiwania, presja, perfekcja. To dziewczyna, która się nie spinała, kiedy dostawała ocenę. Założę się, że już w macicy używała mandoliny do krojenia. Więc nie jest dla mnie szokujące, kiedy wymienia nazwy topowych restauracji (i to wielu), które już zaprosiły ją na rozmowę o pracę.
Nagle jestem szczęśliwa, że jednak się z nią nie zaprzyjaźniłam, chociaż naprawdę potrzebowałam tu przyjaciela. Ale mam już jedną Emily w życiu i chociaż kocham ją całym sercem, nie zdzierżyłabym kolejnej osoby, z którą miałabym się porównywać.
Josie jest w połowie swojego triumfalnego przemówienia, kiedy telefon na moich kolanach zaczyna dziko wibrować z powodu wiadomości z czatu grupowego z moimi siostrami.
– Przepraszam, że ci przerywam – mówię do Josie, chociaż wcale nie jest mi przykro – ale muszę odczytać tę wiadomość.
Nie zraniłam jej uczuć. Skupia uwagę na chłopaku siedzącym po jej drugiej stronie, a ja przenoszę wzrok na telefon.
EMILY: Nudzę się. Co robicie?
ANNIE: Gapię się na Willa, bo jest taki seksowny, że nie mogę wytrzymać.
EMILY: WILLU GRIFFINIE! Ile razy muszę ci mówić, że czat grupowy sióstr jest rzeczą świętą, a tobie NIE wolno tu zaglądać?
ANNIE: Sorki. Annie jest pod prysznicem. Pójdę po nią. :)
Odkąd Will i Annie pobrali się w tajemnicy kilka miesięcy temu, Will usiłuje zyskać miejsce w naszych grupowych czatach dla rodzeństwa. Emily mi przypomina – bez przerwy i stanowczo – że on nigdy nie zostanie zaproszony. Ale myślę, że to jej sposób na ukaranie go za przystanie na pomysł Annie o ucieczce i potajemnym ślubie oraz za to, że nie powiedzieli nikomu, dopóki nie było po wszystkim. (Osobiście to popieram. Annie nienawidzi zwracać na siebie uwagi, więc ten potajemny ślub z Willem był idealnym posunięciem).
AMELIA: Fajnie. Czyli zapewne nie odezwie się przez jakiś czas… a ja nie jestem zajęta. Oglądam Koło Fortuny z Noah.
EMILY: Jak każda światowej sławy gwiazda pop w sobotni wieczór.
To naprawdę niesamowita historia, jak mój brat poznał Amelię aka Rae Rose, światowej sławy gwiazdę pop. W skrócie: jej samochód się zepsuł tuż przed jego domem, a ona ukryła się u niego na kilka tygodni, żeby zrobić sobie przerwę od sławy. Zakochali się w sobie, rachu-ciachu i wzięli ślub. Amelia kocha Rzym i normalność, jaką jej daje, kiedy nie jest w trasie, więc ona i Noah mieszkają tam na stałe. A my uwielbiamy, że Amelia jest członkiem naszej rodziny. Nigdy nie spotkałam kogoś tak twardo stąpającego po ziemi. Z ręką na sercu, ja jestem bardziej zarozumiałą osobą niż ona.
MADISON: Wy małomiasteczkowcy jesteście żenująco nudni.
AMELIA: Ach tak? Wymień mi jedną rzecz, która jest lepsza w dużym mieście niż jedzenie zapiekanki z kurczakiem, podczas gdy twój mąż masuje ci stopy po powrocie z czteromiesięcznej trasy.
Serce mi podskakuje. Bo chociaż chciałabym powiedzieć, że wcale nie chcę takiego życia, to bardzo, bardzo chcę.
Kiedy byłam w domu rok temu, tuż przed powrotem do Nowego Jorku, właśnie wtedy po raz pierwszy poczułam tę zmianę. Zobaczyłam, co mieli Emily i Jack, a także całe moje rodzeństwo – i po raz pierwszy pomyślałam, że to coś fajnego. A nawet wspaniałego. Postanowiłam, że zmienię pewne rzeczy po powrocie do Nowego Jorku.
Gdyby tylko wszystko zadziałało tak, jak planowałam.
MADISON: Nie zna życia ten, kto przyciskając torebkę do piersi, nie próbował dostać się do domu po zmroku i nie dać się zamordować.
EMILY: Maddie… próbujesz zrujnować mi wieczór zamartwianiem się o twoje bezpieczeństwo? Bo dobrze ci idzie.
Podnoszę wzrok, zauważając, że facet trzy miejsca ode mnie został już wywołany. Zaraz moja kolej.
MADISON: Wybacz, Em! Dzisiaj nie musisz się niczym martwić. W zasadzie spędzam cichy wieczór w domu.
EMILY: TY NIGDY NIE SIEDZISZ W DOMU! CO SIĘ DZIEJE? JESTEŚ CHORA? CHCESZ, ŻEBYM PRZYLECIAŁA I PRZYWIOZŁA CI ZUPĘ?
ANNIE: Już jestem!! Przykro mi, że jesteś chora, Maddie!! Co złapałaś?
MADISON: Omg, nic mi nie jest! Zarezerwowałam sobie wieczór na domowe spa. A jeśli o tym mowa, muszę lecieć spłukać samoopalacz.
Blokuję telefon, kiedy dziekan wywołuje przez mikrofon moje nazwisko. Wstaję i wchodzę po schodkach, a morze obcych ludzi obserwuje, jak wchodzę na scenę w białej bluzie szefa kuchni, ściskam dłoń dziekana, a potem otrzymuję czapkę szefa, na którą nie zasługuję, ale i tak mi ją wręczają, bo kilka razy zdezynfekowałam blaty.
Na widowni rozlega się tylko kilka słabych klaśnięć ze strony członków mojej grupy, ponieważ skłamałam i wmówiłam mojej rodzinie, że Instytut Kulinarny Nowego Jorku nie przeprowadza oficjalnej ceremonii wręczania dyplomów. Gdybym powiedziała im prawdę, przylecieliby tu i wiwatowali głośno i ostentacyjnie. Zapewne pojawiliby się z błyszczącym transparentem z napisem „TAK JEST, SZEFIE”, zapisanym wielkimi literami. Ale nie chciałam tego. Za trudno by mi było udawać przez cały wieczór świętowania, na które sobie nie zapracowałam.
Owszem, technicznie rzecz biorąc, ukończyłam szkołę, ale dla mnie nie oznacza to tego samego co dla wszystkich innych, którzy wyszli dzisiaj na scenę. W moim przypadku to znaczy tylko, że będę mogła opuścić to miejsce z odrobiną nietkniętej godności.
Wychodzę z audytorium, oddalając się od innych studentów, którzy pójdą przygotować ostatni posiłek w szkolnej kuchni, a potem zaprezentują go ukochanym. To tutejsza tradycja – której ja nie podtrzymam.
Znajduję tylne drzwi i wychodzę nimi do alejki, która prowadzi na ulicę. Kiedy mijam publiczny kosz na śmieci, zdejmuję tę niezasłużoną czapkę i rzucam ją na górę gnijących toreb po fast foodach i Bóg wie czego jeszcze, a potem odchodzę tak szybko, jak to możliwe.
Im bardziej oddalam się od tego budynku, tym mocniej pieką mnie oczy. Jeszcze nie mogę się rozpłakać. Nie będę jeszcze płakać. Muszę przebyć czterominutową drogę na stację, przejechać kawałek dwoma pociągami, a potem przejść jakieś pięć minut do mojego mieszkania w budynku z czerwonej cegły – dopiero wtedy będę mogła pozwolić łzom popłynąć.
Chcę jedynie wyjąć soczewki, włożyć wygodne spodnie, zwinąć się w kłębek i szlochać aż do zapadnięcia nocy – a jutro wymyślę, co u licha zrobić ze swoim życiem.
Rzym w Kentucky, chociaż bardzo bym chciała, nie jest dla mnie możliwością. Nie mogę się zmusić do tego, żeby spać na kanapach u rodzeństwa, zastanawiając się, jak zarobić pieniądze. Nie mogę spojrzeć w oczy żadnej z moich odnoszących sukcesy sióstr, mówiąc im, że muszę zacząć od początku, bo jedyne, co zyskałam w tej szkole, to bezwartościowy dyplom i awersja do przemysłowych kuchni.
W końcu udaje mi się dotrzeć do mojego małego mieszkania na Brooklynie. Odkładam torebkę, czując, że świeże łzy napierają mi już na powieki. I właśnie wtedy zauważam zamknięte drzwi sypialni mojej współlokatorki i czarną frotkę założoną na klamkę, wskazującą, że ma tam w środku jakiegoś faceta, więc jeśli jestem w domu, powinnam mieć na uszach słuchawki przez całą noc.
Jeden punkt dla Ścian Cienkich jak Papier, zero dla Madison Walker.
Nawet donośny pomruk z nieszczelnych okien nie wystarcza, żeby zagłuszyć odgłosy jej seksualnych wybryków.
Chciałabym móc powiedzieć, że cieszę się szczęściem Bryce, ale jest okropną współlokatorką (co wiele mówi, skoro ja to stwierdzam). Pracuje z domu, jako graficzka, więc zawsze tu jest. Nigdy po sobie nie sprząta. Słucha programów typu reality show na pełną głośność. Zostawia kłęby włosów w odpływie prysznica i przyklejone do kafelków na ścianie. Ale zdecydowanie najgorszy jest fakt, że sprowadza sobie faceta prawie co drugą noc. Zwykle jestem pierwsza, żeby świętować spełnienie seksualne kobiet, ale po dwóch długich latach tego, jestem gotowa wpaść do jej pokoju i wrzasnąć: Czy mogłabyś chociaż jeden wieczór pooglądać HGTV?! Przypuszczam, że nie powinnam się dziwić, skoro zdecydowałam się na nadzwyczaj niski czynsz w dobrej części miasta.
Bryce jest właścicielką tego mieszkania (jej dziadek je spłacił, a potem jej przepisał), a ja wynajmuję drugą sypialnię. Podobno miała w przeszłości problemy z innymi najemcami, którzy się skarżyli na jej… styl życia. Ale zamiast się zmienić, za każdym razem obniżała trochę czynsz, bo te pieniądze to dla niej tylko dodatek.
Dzisiaj potrzebowałam tylko kilka godzin, żeby móc się załamać w swoim pokoju, nie musząc słuchać jej spółkowania z jakimś facetem, który stęka jak jaskiniowiec, ale najwyraźniej proszę o zbyt wiele. Dlatego wycofuję się do swojej przestrzeni w nadziei, że – chociaż raz – poczuję się tam jak w domu. Ale kiedy zamykam za sobą drzwi, wita mnie jedynie klaustrofobia. Otwarcie okna również nie pomoże, bo ono wychodzi dokładnie na mur budynku obok.
Po raz tysięczny w tym tygodniu serce ściska się tęsknotą za domem. Za miejscem, na które zawsze mogę liczyć. Za zieloną trawą, niebieskim niebem i świeżym powietrzem. Za moimi siostrami i naszymi wieczorami z filmami z Audrey Hepburn.
Widzę Sammy’ego, mojego żółwia, zajadającego liście w swoim plastikowym terrarium z różową pokrywą z otworami i zastanawiam się, czy ma taką samą klaustrofobię jak ja. Ale przebywanie w tym miejscu jest zapewne dla niego najlepsze, jako że pomagam mu wyzdrowieć. Nieszczęśliwą ironią jest fakt, że Nowy Jork jest dokładnie tym, co sprawiło, że skorupy nas obojga pękły. Gdybyśmy oboje nigdy nie postawili stóp w tym przeklętym mieście, nadal bylibyśmy cali i zdrowi.
Za ścianą rozlegają się znajome uderzenia, od których trzęsie się komoda, gdzie mieszka Sammy. Jego terrarium nagle staje się domem mobilnym, podskakując po całej powierzchni. Chwytam je, zanim zsunie się z brzegu, i obejmuję jak nowo narodzone dziecko.
Nie mogę tu dłużej mieszkać.
Spomiędzy warg ucieka mi drżący oddech i wiem już, co muszę zrobić. Czas zadzwonić do siostry i przyznać się do wszystkiego. Gadka motywacyjna nie zadziałała. Nadal nienawidzę tego miejsca, nie jestem pewna, czy jeszcze kiedykolwiek chcę gotować, i nie mam pojęcia, co zrobić ze swoim życiem.
Był taki czas, kiedy w Rzymie w Kentucky nie było zasięgu, ale na szczęście sieci komórkowe rozwinęły się w ciągu ostatnich dwóch lat i teraz można się dodzwonić do prawie każdego zakątka mojego rodzinnego miasta.
Opadam na łóżko z Sammym i jego plastikowym domkiem na kolanach i wybieram numer Emily. Dzwonię i dzwonię, a kiedy włącza się poczta głosowa, w mojej piersi wzbiera panika. Tonę tutaj i potrzebuję, żeby mnie wyciągnęła na suchy ląd.
Zamglonym przez łzy wzrokiem próbuję zadzwonić do jej chłopaka, Jacka. Odbierze, a ona najpewniej jest razem z nim, jako że od kiedy mieszkają razem, spędzają z sobą każdą chwilę.
Wszystko będzie dobrze. Emily mnie naprawi.
Słyszę kilka sygnałów i kiedy już myślę, że nie ma nadziei, ktoś odbiera połączenie.
Wita mnie głębokie „Halo?”.
Tyle że… to nie głos Jacka.
Już mam odpowiedzieć, ale postanawiam sprawdzić jeszcze ekran telefonu.
Cholera… cholera, cholera, cholera!
Wybrałam niewłaściwe imię na J.
I najwidoczniej rozmawiam teraz z Jamesem Huxleyem.
Madison
Znam Jamesa całe życie, ale to może być pierwszy raz, kiedy słyszę jego głos przez telefon. Nasi rodzice byli najlepszymi przyjaciółmi do czasu, kiedy moi zginęli, gdy miałam osiem lat, podczas potwornej burzy w czasie kempingu. Od tego czasu Ruth i Martin Huxleyowie zapewniali nam bezpieczeństwo przy swojej rodzinie.
James i mój starszy brat, Noah, dorastali bardziej jak bracia niż przyjaciele i tak, mimowolnie, my też zostaliśmy przyjaciółmi, ale raczej tego rodzaju, kiedy on jest ode mnie cztery lata starszy, więc byłam w nim niedorzecznie zakochana, kiedy dorastałam, a on głównie uważał mnie za irytującą. Czułam coś również do jego brata – ale to było coś innego.
Moje uczucia w końcu wyparowały (z konieczności), a teraz, jako dorośli, oboje lubimy drażnić się nawzajem tak często, jak to możliwe. Ale w zabawny, pozytywny sposób.
Nie miałam zbyt wiele kontaktu z Jamesem, odkąd przeniosłam się do Nowego Jorku. Nasza przyjaźń nie polega na tym. Widuję go za każdym razem, kiedy wpadam z wizytą do domu, bo, jak już mówiłam, jest blisko z moją rodziną, ale nigdy do siebie nie piszemy ani nie rozmawiamy, kiedy jestem poza Rzymem. Co zapewne jest powodem, dla którego mam w tej chwili problem ze sformułowaniem słów.
– Halo? – odzywa się ponownie. – Jesteś tam?
Biorę się w garść i staram się brzmieć mniej płaczliwie.
– Tak. Cześć.
Słychać jakiś szelest w tle po jego stronie. Zastanawiam się, czy słyszy to łomotanie i stękanie po mojej.
– Kto mówi? – pyta ostrożnie.
Widzicie. Nawet nie ma zapisanego mojego numeru. Dowód, że nigdy nie rozmawiamy. I że nie ma zamiaru ze mną rozmawiać. To żenujące, że miałam nadzieję kiedyś za niego wyjść. To pragnienie zniknęło dawno temu, ale mimo wszystko.
Próbuję opanować drżenie głosu.
– Z tej strony prezydent Stanów Zjednoczonych. Dzwonię, żeby cię poinformować, że ta stara czapka Carhartt, którą nosisz codziennie, jest ohydna i należy ją wyrzucić. To sprawa wagi państwowej.
– Madison?
Uśmiecham się słabo.
– Cześć. Jestem pod wrażeniem, że rozpoznałeś mój głos.
– Rozpoznałem twoje poczucie humoru – odpowiada, lekko rozbawiony. – Dlaczego dzwonisz?
Będąc od dawna członkiem klubu przyjaciół mimochodem, jest tak samo zdezorientowany, słysząc mój głos przez telefon, jak ja jego.
Niestety, jego pytanie wydobyło moje emocje z powrotem na powierzchnię. Gorączkowo mrugam, żeby odgonić łzy, w nadziei, że nie zauważy w moim tonie niczego dziwnego.
– Och, tak… – Niecelowe pociągnięcie nosem. – Próbowałam się skontaktować z Jackiem, żeby znaleźć Emily, i przypadkowo wybrałam twój numer. Przepraszam za to. Nie będę ci zajmować czasu. Pa.
Szybko się rozłączam, rzucam telefon obok siebie i przenoszę domek Sammy’ego na materac, żeby móc płakać w dłonie. Nienawidzę tego miejsca. Nienawidzę tego łomotania o ścianę, które dobiega mnie co chwilę, nienawidzę klaksonów nieustannie ryczących mi za oknem, ale co najważniejsze, nienawidzę tego, że tu nie pasuję, tak jak miałam nadzieję.
Nowy Jork miał być moim miastem. Moim własnym małym kawałkiem świata, gdzie rozkwitnę i poznam samą siebie. Ale teraz, kiedy już tu mieszkam, chcę jedynie wrócić do domu. Jednak smutne jest to, że nie wiem, czy tam poczuję się lepiej. Może moim przeznaczeniem jest życie nomady, będę się przenosić z miejsca do miejsca i nigdy nie zapuszczę korzeni.
Nie po raz pierwszy się zastanawiam, co pomyśleliby moi rodzice o mnie i moim życiu. Byliby dumni? Zmartwieni? Coś mi mówi, że byłabym córką, którą by pomijali, wymieniając osiągnięcia swoich dzieci w czasie zjazdu szkolnego.
Telefon wibruje na łóżku, przy moim udzie, a całe ciało się spina, kiedy widzę, że to James oddzwania. Pozwalam, żeby zawibrował trzy razy, zanim w końcu odbieram.
– Halo?
– Płaczesz? – pyta, od razu przechodząc do rzeczy.
– Nie… cóż… tak jakby. Ale nic mi nie jest. Płacz to dla mnie stały element życia. – Krzywię się, żałując, że powiedziałam to na głos. Dla Jamesa to nic nowego, że jestem emocjonalnym wrakiem, ale wcale nie chciałam się do tego przed nim przyznawać, i to w taki dzień jak dzisiaj, bo on nigdy nie zachowuje się w taki sposób.
– Madison, o co chodzi? Co się stało? – W jego głosie słychać zaniepokojenie. To takie podobne do Jamesa. Zawsze był opiekuńczy, w wielu aspektach nawet bardziej niż mój brat. Noah ma podejście do życia pod tytułem „moja siostra wie, co robi”, a James to bardziej facet w stylu „wezmę łopatę, żebym miał czym zakopać ciało”. To żadne specjalne traktowanie. Jest taki dla wszystkich.
– Nie stało się nic szczególnego – kłamię. – Ale… – Przerywam, kiedy sobie przypominam, z kim rozmawiam. – Boże, przepraszam. Nie, nie martw się. Nie chcę ci zajmować wieczoru. Zapewne jesteś bardzo zajęty posyłaniem życzeń do wszystkich gwiazd, żeby jutro obudzić się z wyższym IQ. Będę dalej próbować skontaktować się z Emily! – Ten dowcip to nic osobistego. Zawsze rozmawiamy z sobą w ten sposób.
– Jeszcze nie wiesz, że jestem bardzo bezinteresowny? Jeśli widzę jakąś spadającą gwiazdę, życzę sobie, żebyś w końcu zyskała dobre poczucie humoru. – Uśmiecham się do telefonu, ale zanim zdołam powiedzieć coś innego, on dodaje łagodniejszym, bardziej przyciszonym głosem: – Nie jestem zajęty, Madison. – Ale rżenie konia w tle wskazuje, że jest w stajni.
– Brzmi, jakbyś pracował.
Jest już po dwudziestej. Dość późno jak na wykonywanie obowiązków w gospodarstwie. Zwłaszcza że obecnie rzadko pracuje w stajni. Jego farma to w dziewięćdziesięciu procentach produkcja, ale ma kilka koni i krów mlecznych, dla rozrywki.
– Bo pracuję. Jeden z moich ludzi się rozchorował – mówi i słychać napięcie w jego głosie, jakby podnosił coś ciężkiego. – Przejąłem jego obowiązki, więc kończę dzisiaj trochę później niż zwykle. Właśnie odkładam siodło Clover. – Wydaje się zmęczony.
– Jak dla mnie to definicja bycia zajętym. Nie będę ci zabierać czasu.
Cała ta rozmowa jest dziwna. Rozmawianie z Jamesem o tym, co się dzieje w moim życiu, byłoby jeszcze dziwniejsze.
To znaczy tak. Często noszę jedną z jego koszulek, ale technicznie rzecz biorąc, to był wypadek. Znalazłam ją kiedyś w mieszkaniu Noah i uznałam, że wyglądała na wygodną, więc ją ukradłam – nie mając nawet świadomości tego, że należała do Jamesa. Wie, że ją mam, bo widział mnie w niej, kiedy byłam w domu w zeszłym roku, ale poinformowałam go, że nigdy jej nie odzyska, i wydawało się, że mu to nie przeszkadzało. Bo przecież ostatecznie jesteśmy przyjaciółmi. Ale czy to oznacza, że ma wysłuchiwać moich łzawych historii przez telefon? To się wydaje przesadą.
– A niby od kiedy cię obchodzi, czy mi przeszkadzasz? Przestań próbować się rozłączyć i albo powiedz mi od razu, co się stało, albo powiesz mi to w twarz po tym, jak wsiądę w samolot i zjawię się na twoim progu. – Widzicie… facet z łopatą. Chciałabym powiedzieć, że nie czuję przez to motylków w brzuchu, ale nie mogę. Lekkie, nieistotne trzepotanie.
Łomotanie za moją ścianą znowu się wzmaga i oglądam się na moją komodę akurat na czas, żeby się wychylić i złapać niezapaloną świeczkę, zanim spadnie.
– Moja współlokatorka uprawia seks.
Następuje długa, zrozumiała przerwa.
James odchrząkuje.
– A to… cię… smuci?
Zaciskam powieki.
– Cóż, jest mi źle z tym, że Sammy musi tego słuchać, znowu.
– Kim jest Sammy?
– To mój żółw. Taki… lądowy. Nie ma płetw.
– Masz żółwia? – pyta, a w jego głosie słychać kolejne chrząknięcie, któremu towarzyszy brzęk metalu. Wyobrażam go sobie, jak zdejmuje siodło i wiesza je na ścianie. Co dziwne, ten mentalny obraz jest pocieszający i koi nieco ból w mojej piersi. Wiem dokładnie, w którym miejscu w stajni stoi James. Wiem, jak tam pachnie. Wiem, że jeśli zrobi zaledwie piętnaście kroków w lewo, znajdzie się na zewnątrz i będzie mógł patrzeć w atramentowo ciemne niebo, na którym migoczą tysiące gwiazd.
W Nowym Jorku nie widać dobrze gwiazd. Zaledwie jedna czy dwie tu czy tam. To coś, co nie spodziewałam się, że kiedykolwiek będzie mi przeszkadzać.
– Lądowego – uściślam. – Znalazłam go na wpół zgniecionego w Central Parku. Uratowałam go z tej otwartej przestrzeni i teraz mieszka sobie w plastikowym terrarium i ma różowy bandaż na skorupce.
– Marzenie każdego gada.
Oczywiście cała ta historia była bardziej rozbudowana. Zabrałam go do weterynarza, który dokonał koniecznych zabiegów i poinformował, że żółw będzie musiał pozostać w ograniczonej przestrzeni przez sześć miesięcy, na czas leczenia. Jednak prawdę mówiąc, boję się go wypuścić. Może dla niego Nowy Jork też nie jest taki, jak myślał.
– Wypuszczę go, kiedy będzie gotowy. Ale na razie może cieszyć się nieskończonymi dostawami najwyższej jakości liści.
– Jesteś prezydentem Stanów Zjednoczonych oraz świętą. Naprawdę się zmieniłaś od czasu wyjazdu z Rzymu.
Nie tak bardzo, jak bym tego chciała.
Ale wtedy dudnienie przestaje być jedynym odgłosem wypełniającym ciszę. Bryce i jej partner zaczynają głośno określać, w którym miejscu swojej nagiej choreografii aktualnie się znajdują.
– Kurczę, nie żartowałaś w sprawie tej współlokatorki – mówi James. – Nie sądzę, żeby biedny Sammy wyszedł z tego bez szwanku emocjonalnego.
– Jego terapia będzie kosztowna. – Kładę się na materacu i wpatruję w sufit, udając, że patrzę w gwiazdy nad farmą Huxleyów.
– Naprawdę dlatego płaczesz? Jesteś… zakochana w swojej współlokatorce, czy coś?
– O Boże, nie! – W zasadzie rozśmiesza mnie tym pytaniem, a to naprawdę dobre uczucie. Nie śmiałam się od kilku dni. Tygodni? Szczerze mówiąc, może nawet miesięcy. – Nawet gdybym nie była całkowicie nastawiona na facetów, to ona jest naprawdę okropną osobą i chyba jej nienawidzę. Jest straszną bałaganiarą i było okropnie ciężko przestawić się z życia z moimi siostrami i naszej specyficznej dynamiki chaosu do dzielenia tego maleńkiego mieszkania z tą obcą osobą, której nie mogę znieść, ale nie chcę się pozbyć, bo przynajmniej nie jest morderczynią, wiesz?
– Musi być naprawdę niezłą bałaganiarą, skoro ty, chochlik chaosu, komentujesz akurat tę cechę.
– Chamskie.
– Tylko stwierdzam fakt – rzuca z lekkością. – Ile masz w tej chwili kubków na stoliku nocnym?
Przesuwam wzrok na rzeczoną powierzchnię.
– Żadnego – odpowiadam z cwaniackim uśmieszkiem.
– Bzdura. Zgaduję, że… – Brzmi, jakby mrużył oczy, i znając Jamesa, chwyta za daszek czapki. – Cztery?
– Nie mógłbyś się bardziej mylić.
– Sześć?
– Nigdy w życiu.
– Siedem?! – dodaje z pełnym zaskoczenia zadowoleniem.
Wzdycham teatralnie.
– Dobra. Sześć szklanek… i dwa stare kubki po kawie.
– Wiedziałem. Twoja współlokatorka musi być totalną flejtuchą.
– Dokładnie! – Przekręcam się na brzuch i macham stopami w powietrzu. – Owszem, bałaganię. I jestem chaotyczna. Ale James, ona jest fleją. Zostawia plamy z sosu do spaghetti na blacie, aż albo zgniją i wyrośnie na nich coś włochatego, albo ja je sprzątnę. I nie będę nawet wspominać o wszystkich zużytych prezerwatywach w koszach, których nigdy nie opróżnia.
– To przestępstwo. – Słyszę, jak zasuwa drzwi stajni, a potem jego stopy chrzęszczą po żwirowej ścieżce. – Powiem ci, co masz zrobić. Jutro weź kosz na śmieci i ustaw go na jej łóżku. Albo jeszcze lepiej, opróżnij go na jej łóżko.
– Nie mogę tego zrobić! Nadal muszę z nią mieszkać do…
Kiedy milknę, James dopytuje:
– Do kiedy?
– W zasadzie nie wiem – mówię ledwo słyszalnym szeptem, kiedy przypominam sobie powód, dla którego w ogóle dzwoniłam.
– Madison? – odzywa się, kiedy nic nie mówię przez dłuższą chwilę. – Co się dzieje?
Przełykam i chociaż raz nie ukrywam prawdy.
– Skończyłam dzisiaj szkołę.
Po drugiej stronie zapada ciężka cisza. Nie czekam, żeby ją wypełnił.
– Odebrałam dyplom i nikomu o tym nie powiedziałam, bo nie chciałam zamieszania.
– Dlaczego? Przecież lubisz zamieszanie.
To wywołuje uśmiech na mojej twarzy.
– Tak. Ale tylko, jeśli powodem jest coś, co kocham, a… nie kocham niczego w moim życiu tutaj. Nie jest takie, jak myślałam, że będzie, włączając w to moją karierę. – Mój uśmiech blednie. – A dzisiaj… dzisiaj był wyjątkowo zły dzień. – Pozostawiam dla siebie słowa szefa Davisa, które wypowiedział do mnie podczas popołudniowej zmiany: Pozwoliłem ci tu zostać za długo i nie mogę już dalej znosić twojej niekompetencji. Wynoś się z mojej kuchni. Jesteś zwolniona. – Chciałabym… chciałabym móc wrócić do domu i… sama nie wiem… działać w wolniejszym tempie, aż wszystko sobie poukładam. Tutaj wszystko się wydaje takie nagłe i oszałamiające. – Moja szczerość może dorównywać tej u pijanego człowieka, chociaż depresja jest całkiem trzeźwa.
– Dlaczego nie możesz? Wrócić do domu? – Jego głos jest cichym, niskim dudnieniem i coś w tym sprawia, że staję się aż nazbyt świadoma, że to jest oficjalnie moja najdłuższa szczera rozmowa, jaką kiedykolwiek odbyłam z Jamesem.
Otwieram oczy, a biały sufit z żółtymi plamami wymazuje wyobrażenie gwiazd.
– Bo w Rzymie nie ma żadnych miejsc pracy dla początkujących szefów kuchni. Ani nawet nigdzie w pobliżu.
Szukałam tylko stanowisk dla początkujących, bo nie mam złudzeń, że szef Davis da mi rekomendacje do czegokolwiek poza szorowaniem naczyń, ale nie znalazłam żadnej oferty dla pomocnika kucharza.
A nawet gdyby było jakieś dostępne stanowisko, sama nie wiem, czy chciałabym je przyjąć. Kiedyś uwielbiałam przebywać w kuchni, eksperymentować z przepisami i zmuszać rodzinę oraz przyjaciół do testowania wszystkiego. Ale po tym roku ledwo mogę wytrzymać w progu, nie odczuwając negatywnej reakcji fizycznej.
Prawdopodobnie powinnam czmychnąć z powrotem do Rzymu, zamieszkać u Emily i pozwolić, żeby robiła mi gorącą czekoladę, jednocześnie kolejny raz zbierając szczątki mojego życia. Ale mam już dość tego schematu. Chcę wrócić do domu – tylko nie jako porażka.
– Jeśli miałabym wrócić, musiałabym mieć zapewnioną pracę, bo inaczej nie wiem, czy byłabym w stanie spojrzeć wszystkim w oczy. – Natychmiast żałuję, że powiedziałam to na głos. Skąd mam wiedzieć, że w tej kwestii mogę zaufać Jamesowi?
Następuje taka długa cisza, że mam wrażenie, jakby się rozłączył.
– James?
– Wybacz. Jestem. Właśnie wszedłem do domu i… myślałem o czymś.
– Och, tak! Przepraszam! – mówię, zażenowana tym, że go zanudziłam i stracił zainteresowanie. To zupełnie nowy poziom bycia żałosną. – Już i tak zajęłam ci za duż…
– Nie, myślałem o czymś, co może pomóc.
– Och.
Słyszę, jak bierze głęboki wdech.
– Co, gdybym ci powiedział, że otwieram restaurację na farmie i… chcę, żebyś została szefem kuchni?
Wyrywa mi się śmiech.
– Powiedziałabym, że zwariowałeś. Otwarcie restauracji to ogromne przedsięwzięcie, a ty z całą pewnością nie chcesz mnie na pokładzie tego statku.
– Czyli to jest twoja odpowiedź?
Ponownie się śmieję, nadal sądząc, że to jakiś dowcip, ale kiedy nie odpowiada tym samym, przełykam ciężko.
– Co masz na myśli?
– To twoja oficjalna odpowiedź na propozycję pracy? Odmawiasz? – Wydaje się zrezygnowany.
– James… – Powoli podnoszę się do siadu. – Mówisz poważnie? Otwierasz restaurację?
Następuje najdłuższa przerwa w historii długich przerw, zanim odpowiada.
– Tak. – Ale w jego głosie pobrzmiewa dziwny ton. Prawie jak pytanie. Jednak nie mam czasu tego rozważać, bo zaraz kontynuuje, bardziej pewnie. – Tak, mówię poważnie. Otwieram restaurację. Z… Tommym. – Czekaj. Znowu to samo. Wypowiedział słowo Tommy powoli, jakbym nigdy wcześniej go nie słyszała. – Pracujemy razem, żeby otworzyć restaurację tutaj, na terenie… żeby zmodernizować gospodarstwo.
Czy James jest pijany? Sposób, w jaki mówi, a do tego fakt, że informacja jest zupełnie niespodziewana, daje mi przekonanie, że chyba ma nieźle w czubie.
– Jak to możliwe, że o tym nie wiedziałam?
– Cóż… wszystko jest nadal w fazie budowy. A ja nie zaproponowałem ci tej pracy z początku, bo wiedziałem, jak bardzo nie chciałaś mieszkać w Rzymie. Nie chciałem, żebyś czuła presję na przyjęcie tego stanowiska. Ale teraz… wiesz, jeśli potrzebujesz się gdzieś zaczepić po skończeniu szkoły, może to byłaby dla ciebie idealna szansa. Miejsce, gdzie będziesz mogła mieć pełną kontrolę nad menu i kuchnią, a jednocześnie wszystko sobie przemyśleć.
Nie będę kłamać – ta propozycja jest bardziej niż intrygująca. Ale mam pewne obawy…
– A co, jeśli wrócę do domu i zdam sobie sprawę, że jednak wcale nie chcę tam być?
Słyszę, jak bierze wdech, dając sobie czas, żeby przemyśleć to pytanie.
– W takim razie… kiedy kuchnia będzie już działać, a ty uznasz, że nie jesteś szczęśliwa, będziesz miała coś fajnego do wpisania do życiorysu, co pomoże ci znaleźć dobrą pracę gdzieś indziej.
Mój życiorys! A to znaczy, że jeśli wszystko pójdzie dobrze, będę mogła całkowicie pominąć rekomendacje szefa Davisa. Jeśli uda mi się z tą pracą, może jednak będę mogła uratować karierę kulinarną. I może nawet uda mi się ją na nowo pokochać. Wrócę do domu, do Rzymu w Kentucky… ale z wysoko uniesioną głową.
Nie mam żadnych powodów, żeby odrzucić tę propozycję. Cóż, poza tym rażąco oczywistym, że nie posiadam odpowiednich kwalifikacji.
– Naprawdę mówisz poważnie, James? Tak poważnie-poważnie?
– Bardziej się nie da – odpowiada dziwnie zrezygnowanym głosem. Ale może zbyt wiele się tu doszukuję, a on po prostu jest zmęczony. Albo chciałby już skończyć tę rozmowę. – Więc… co na to powiesz? Będziesz naszą szefową kuchni?
Jestem w szoku. Wiem, że powinnam się rzucić na tę szansę, ale otwieram i zamykam usta jak ryba, aż w końcu znajduję słowa, które z siebie wyrzucam.
– Tak dla mojego spokoju sumienia, masz świadomość, że rozmawiasz ze mną, Madison Walker, tak?
W słuchawce rozlega się cichy, krótki śmiech.
– Brunetka, metr pięćdziesiąt, ciemne oczy, która kiedyś wjechała moim traktorem do stawu po tym, jak się zarzekała, że jest świetnym kierowcą?
– Tak…
– Ta sama, która ciągle zasmradzała moją kuchnię brukselką i zmuszała mnie do jedzenia, chociaż jej nie znoszę?
– Jest bardzo zdrowa.
– Dziewczyna, którą Noah i ja musieliśmy odebrać z biura szeryfa, kiedy była na pierwszym roku college’u, za publiczne obnażanie się po tym, jak poszła kąpać się nago w jeziorze ze swoim chłopakiem?
– Technicznie rzecz biorąc, tak, chociaż to nie był mój chłopak. Widzieliśmy się tylko dwa razy po… Wiesz co? Nieważne. – Niektórych rzeczy lepiej nie mówić głośno.
Pomimo tego wszystkiego James oznajmia z całkowitą pewnością w głosie:
– Tak. To ty.
– James…
Śmieje się.
– Madison, jeśli nie chcesz tej pracy, po prostu powiedz. Nie zranisz moich uczuć. Ale jeśli jej chcesz, to ja chcę, żebyś ją miała. Nie wyobrażam sobie lepszej osoby do poprowadzenia mojej restauracji. Znasz to miasto. Jesteś świetną kucharką i znasz wszystkie modne dania z dużego miasta, które mogłyby przyciągnąć ludzi. Więc jeśli chcesz tej pracy, jest twoja.
Serce łomocze mi w piersi. Nie powinnam przyjmować tej posady z kilku powodów. Za to powinnam powiedzieć mu prawdę i to w tej chwili. Ale po raz kolejny życie daje mi dodatkową szansę, a skoro jestem Madison Walker, muszę ją przyjąć.
– Dobra, kiedy mam zacząć?
Madison
RZYM73 DNI DO MOJEJ PORAŻKI…
Jestem okropną osobą.
Miałam cztery tygodnie na przemyślenie swoich wyborów – i już wiem, że nie wyglądają dobrze. Nie powinnam była się zgadzać na tę pracę. Nawet jako podrzędna praktykantka ledwo sobie radziłam w kuchni szefa Davisa, więc jak, u diabła, mam prowadzić, a co dopiero uruchomić, moją własną restaurację?
Wiedząc to, powinnam zadzwonić do Jamesa i się przyznać.
Aleeee…
Nie bez powodu nikt nigdy nie nazwał mnie tą etyczną spośród rodzeństwa Walkerów. Jak mogłabym odmówić, kiedy pomachał mi przed nosem moją wymarzoną pracą?! Koncepcja z gospodarstwa prosto na stół w moim rodzinnym mieście, gdzie nie musiałabym pracować pod okiem wybuchowego, wściekłego szefa? Niesamowite produkty tuż za progiem kuchni i całkowicie do mojej dyspozycji?
Takie możliwości prawie nigdy się nie pojawiają tuż po skończeniu szkoły. To idealne rozwiązanie moich problemów. Idealna wymówka, żebym mogła wrócić do domu i żeby nikt się nie dowiedział, że to z powodu mojej porażki w Nowym Jorku.
Nie mam innego wyjścia, muszę sprawić, żeby ta praca zadziałała, dlatego zamierzam od tego momentu z wszystkich sił udawać w nadziei, że to się w końcu stanie prawdą. Bo teraz nie tylko moja duma leży na szali, ale też reputacja farmy Huxleyów.
– Madison! – Męski głos woła gdzieś z kolejki aut stojących przed lotniskiem, ale z pewnością jest tu jeszcze inna Madison, bo nigdzie nie widzę furgonetki F-250 Jamesa. – Madison! Tutaj!
Zauważam faceta w małym BMW kilka aut ode mnie. Gorączkowo macha do mnie z otwartego okna po stronie kierowcy, ale dopiero po kilku sekundach uświadamiam sobie, że koleś w okularach przeciwsłonecznych Gucci nasuniętych na luźno opadające blond włosy to Tommy, atrakcyjny, odnoszący sukcesy w wielkim mieście młodszy brat Jamesa.
Wychodzi na to, że James mnie jednak nie odbierze. Również nie napisał do mnie ani nie zadzwonił od tamtego wieczoru.
Rozłączyliśmy się, dwa dni później dostałam e-maila od Tommy’ego z oficjalną ofertą pracy i to tyle. James nie skontaktował się ze mną więcej. Tak jakby nasza rozmowa tamtego wieczoru nigdy nie miała miejsca.
Chciałabym wiedzieć, dlaczego to mi tak przeszkadza.
Z kolei Tommy pisał kilka razy na temat różnych szczegółów związanych z pracą. A teraz odbiera mnie z lotniska. Aż dziwnie się myśli o tym, ile minęło czasu, odkąd ostatnio widzieliśmy się twarzą w twarz, jako że on rzadko odwiedza Rzym w Kentucky. Nie lubi naszego rodzinnego miasta, a ono nie lubi jego.
Tommy to ktoś, kogo większość ludzi nazwałaby… cóż… palantem. Lubi dużo gadać, nosi tylko ubrania od projektantów, bez przerwy sypia z kim popadnie i ma przeuroczy dołeczek w prawym policzku. Osobiście nigdy nie miałam z nim problemu. W zasadzie nawet się w nim kochałam, odkąd miałam trzynaście lat, aż do zeszłego roku, kiedy moje DNA samo się przekształciło.
Możecie mówić o Tommym, co chcecie, ale facet odniósł niezaprzeczalny sukces. Był na tyle pewny siebie, że całkowicie odpuścił sobie college i od razu zatrudnił się w firmie zajmującej się rozwojem koncepcji w branży hotelarskiej w L.A. Zaczął pracować z kolegą kolegi w jego małym hotelu, a potem harował przez lata, wspinając się po szczeblach kariery, krok za krokiem. Teraz posiada jedną z najbardziej znanych firm w L.A. Każdy projekt SaltHaus zmienia się w złoto. Fakt, że miał być udziałowcem w restauracji Jamesa, to kolejny powód, dla którego nie mogłam odmówić.
Kiedy podchodzę do samochodu, Tommy mierzy mnie wzrokiem przez okno, a potem wyskakuje, żeby pomóc mi wrzucić walizki do bagażnika. Całe moje życie z ostatnich dwóch lat zmieściło się w dwóch walizkach i plecaku.
– Madison Walker! – mówi Tommy entuzjastycznym tonem po zatrzaśnięciu bagażnika i otwartym lustrowaniu mnie, wraz z moją białą koszulką i obciętymi Levisami. Jego Rolex błyszczy w świetle, aż bolą mnie oczy i muszę je zmrużyć.
Przechyla głowę.
– Chyba nie da się tego powiedzieć, żebym nie zabrzmiał upiornie, ale zdecydowanie wyobrażałem sobie niewłaściwą wersję ciebie, kiedy do siebie pisaliśmy.
– Hmm – rzucam, marszczę nos i lekko pukam go w czoło. – Więc może ta myśl powinna jednak pozostać tam w środku.
Cmoka cicho.
– Tak, nie jestem w tym zbyt dobry. Ale przechodząc do sedna, zrobiła się z ciebie świetna laska. Ile czasu minęło, odkąd się ostatnio widzieliśmy? – Jego uśmieszek jest krzywy i uroczo niewinny, nawet jeśli temu mężczyźnie jest najdalej do niewinności jak to tylko możliwe.
– Jakieś osiem lat… odkąd przyjechałeś do miasta, ja do ciebie uderzałam, a ty mnie spławiłeś. – Widok pełnego uznania błysku w jego oku usprawiedliwia młodszą mnie, która nie chciała niczego innego, jak tylko szansy, żeby się przespać z Tommym Huxleyem.
Jednak trzydziestoletnia Madison, która zaznała trochę świata i doświadczyła relacji z takimi facetami jak on więcej niż raz, jest wdzięczna, że do niczego między nami nie doszło. Nie wspominając już o tym, że ta sytuacja byłaby dużo bardziej skomplikowana.
Idealnie wypielęgnowana brew Tommy’ego unosi się wysoko.
– Uderzałaś do mnie? Bez szans. Zapamiętałbym.
– Dosłownie powiedziałam: „Wiesz, gdzie mnie znaleźć, kiedy poczujesz się samotny po powrocie do miasta”, a ty się zaśmiałeś i odparłeś: „Tak, jasne”.
Krzywi się.
– Nic mi nie świta. Ale jeśli oferta nadal jest aktualna…?
– Bez szans.
– Tommy, ale z ciebie głupek – mówi do siebie, kręcąc głową z uroczym, nazbyt skromnym uśmiechem. Wygląda tak słodko, że prawie mam ochotę cofnąć to, co powiedziałam. Jednak nie robię tego, bo jak już mówiłam, zbyt wiele leży teraz na szali i sporo się nauczyłam. – Ale na swoją obronę… – ciągnie, kiedy oboje zajmujemy miejsce w samochodzie. – To „Tak, jasne” nie było do końca skierowane do ciebie, a raczej miałem na myśli reakcję Noah, gdyby się dowiedział, że świrowałem z jedną z jego młodszych sióstr. Albo jeszcze gorzej, gdyby James się dowiedział. – Zapina pasy i posyła mi jeszcze jeden uśmieszek w stylu Tommy’ego, zanim wrzuca bieg i wjeżdża na ulicę.
– Po pierwsze – odpowiadam, przechylając się do niego na tyle, na ile pozwala na to przestrzeń w tym małym samochodzie. – Noah ma dość luźne podejście do opiekuńczości. Mógłby wyrazić umiarkowane niezadowolenie, ale ogólnie ufa osądowi mojemu i moich sióstr. A po drugie, chyba przeceniasz opiekuńczość Jamesa.
Tommy zerka na mnie krótko.
– A ja myślę, że ty jej nie doceniasz.
Jęczę.
– Muszę go przekonać, żeby odpuścił sobie tę rolę zastępczego brata.
Tommy parska śmiechem.
– On wcale się nie zachowuje jak twój zastępczy brat.
– Masz rację. Bardziej jak opiekunka. Jak zirytowany dorosły, który utknął z szatańskim dzieckiem. – Co w zasadzie nie odbiega szczególnie od prawdy. – Ale ja jestem dorosłą kobietą, więc mogę robić, co chcę i z kim chcę.
Przytakuje.
– Popieram takie podejście i z chęcią zaoferuję ci swoje ciało w ramach seksualnego wyzwolenia.
Mruczę gardłowo i uśmiecham się do niego.
– O osiem lat za późno, stary.
– Cholera.
Odwracam się, skupiając wzrok na drodze.
– A skoro już mówimy o mojej niańce, dlaczego po mnie nie przyjechał?
Wysłałam Jamesowi wiadomość na początku tygodnia (nasz jedyny kontakt od tamtej rozmowy telefonicznej) i zapytałam, czy przyjedzie po mnie na lotnisko, żebym mogła zrobić niespodziankę mojemu rodzeństwu u Hanka. To idealny plan, jako że spodziewają się mnie w przyszłym tygodniu. James wysłał mi uniesiony kciuk, więc uznałam to za zgodę. Staram się nie skupiać na maleńkim uścisku rozczarowania, jaki przyniósł widok Tommy’ego.
Po prostu miałam nadzieję…
Uch. Nieważne.
– Zamierzał, ale kiedy już miał wyjeżdżać, powiedziałem, że ja cię odbiorę. Nie potrafię usiedzieć zbyt długo w Rzymie, bo moja dusza powoli ulatuje z ciała, wiesz?
Kiedyś też tak miałam – chciałam się tylko stamtąd wydostać, ale odkąd wyjechałam, marzyłam o tym, żeby wrócić do domu. Jednak to się wydaje zbyt osobiste na rozmowę z Tommym, więc decyduję się na coś innego.
– Po dwóch latach życia w ciągłym biegu naprawdę mam nadzieję na trochę nudnego czasu.
– Daj sobie tydzień – mówi z krzywym uśmieszkiem, który w przeszłości zdecydowanie sprawiłby, że serce zaczęłoby bić mi mocniej. Dziwne, że teraz pozostaje nieporuszone. – Może postanowisz, że jednak wcale nie chcesz pracować w restauracji.
Kiedy wyjeżdżamy z lotniska i przygotowujemy się na długą podróż do Rzymu, Tommy odbiera telefon z pracy na swoim zestawie słuchawkowym. Patrzę za okno, obserwując, jak mijamy kolejne samochody, a połowa mojego umysłu jest pochłonięta tym, dlaczego czuję się taka zawiedziona pojawieniem się na lotnisku Tommy’ego zamiast Jamesa, a druga skupia się na powtarzającym się pikaniu we wnętrzu samochodu. To chyba jakieś ostrzeżenie? Opony mają mało powietrza? Luksusowe, nowe samochody mają alarmy z takich powodów? Jestem całkiem pewna, że to wynajęte auto, więc z pewnością ktoś zajmuje się jego konserwacją.
Kiedy Tommy kończy rozmowę, w końcu go pytam:
– Hej, słyszysz to? Co to za dźwięk?
Marszczy brwi i wyjmuje słuchawki, żeby lepiej słyszeć. Zerka na tablicę rozdzielczą, a potem znowu na mnie.
– Cholera, Madison. Nie zapięłaś pasów?
– Oooch, więc o to chodzi! – Ciągnę za pas i go zapinam. – Wybacz, kiepski nawyk.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Epigraf
Meritum publikacji
