The Pucking Wrong Number - C.R. Jane - ebook
NOWOŚĆ

The Pucking Wrong Number ebook

C.R. Jane

2,9

622 osoby interesują się tą książką

Opis

Gwiazda sportu przekracza granicę między pasją a obsesją w mrocznym i wciągającym romansie hokejowym autorstwa C.R. Jane, bestsellerowej pisarki „USA Today”.

„Daj mi drugą szansę, maleńka… a zakręcę Twoim światem”.

Monroe nie wie, dlaczego odpowiada na wiadomość, która była przeznaczona dla kogoś innego. Ani dlaczego nadal odpisuje. Może dlatego, że jest zupełnie sama w wielkim mieście i rozpaczliwie potrzebuje zbawienia. A może dlatego, że każda kolejna wymiana wiadomości coraz bardziej ją intryguje… i podnieca.

Nie odpisywałaby jednak tak zgryźliwie, gdyby wiedziała, że rozmawia ze złotym chłopcem drużyny Dallas Knights. Monroe nie obchodzi hokejowy status Lincolna Danielsa, co tylko bardziej go do niej przyciąga. Lincoln przyzwyczaił się, że zawsze zwycięża, na lodzie i poza nim, więc teraz całkowicie pochłania go nowy cel – zdobycie Monroe. I to bez względu na wszystko.

Trudno wyrazić słowami, jak bardzo Lincoln jest zdeterminowany w swoich działaniach. Pomimo wszystkich czerwonych flag Monroe zaczyna się przy nim czuć naprawdę chciana… Może Pan Zły Numer to tak naprawdę Pan Idealny?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 388

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,9 (50 ocen)
10
11
5
11
13
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
kinia24113

Z braku laku…

Tak głupie, że aż śmieszne… Przejście z Liz Tomforde na tą książkę okazało się sporym błędem 😭
koziolek88

Z braku laku…

Jak chcecie dobry i zabawny romans ze stalkerem to przeczytajcie Lights Out.
81
Tulipanek9898

Z braku laku…

Zapowiadało się naprawdę spoko ale potem zaczęło się tak wszytko szybko dziać…no i ten tatuaż…dobrnęłam prawie do połowy ale nie dam rady dalej xd
41
justka22

Z braku laku…

Dla mnie akcja dzieje się za szybko. Wszystko jest takie mało realne . Nie polubiłam głównych bohaterów. Dark romans ledwo widoczny i to taki w kiczowatej odsłonie. Liczyłam na coś mrocznego, a przeczytałam kiepski romans .
31
MarteXa

Dobrze spędzony czas

Jeśli lubicie psycholi to przypadnie Wam do gustu
20

Popularność




The PuckingWrong Number

C.R. Jane

Przełożyła Anna Stańczyk

PROLOG

MONROE

– Monroe. Moja śliczna, mała dziewczynka – bełkocze mama, siedząc na kanapie. Wgapia się w sufit i mimo że wypowiada moje imię, to wiem, że nie mówi do mnie. A przynajmniej nie do tej mnie, która znajduje się tuż obok i ściera z podłogi pozostawione przez nią wymiociny. Mówi do tej mnie z przeszłości albo stamtąd, dokąd zabiera ją mózg, gdy jest naćpana.

Ktoś puka do drzwi, więc spoglądam na nie z niepokojem. Moje wnętrzności skręcają się ze strachu, bo wiem, kto za nimi stoi. Jeden z „klientów”, jak nazywa ich mama.

Drzwi się otwierają, chociaż żadna z nas się nie odezwała. Nie jestem pewna, czy mama w ogóle usłyszała pukanie. Do środka wchodzi spocony, blady mężczyzna, którego już kiedyś widziałam. Ma zaróżowione policzki, a znad paska wystaje mu brzuch. Przypomina perwersyjnego świętego mikołaja. Nie żebym nadal wierzyła w gościa – nigdy się u nas w Wigilię nie pojawiał.

Mężczyzna wgapia się we mnie roziskrzonymi oczami, ale gdy mama wydaje z siebie dziwny jęk, kieruje uwagę na nią.

– Roxanne – mówi śpiewnie, idąc w jej stronę.

Chcę coś powiedzieć. Cokolwiek – na przykład, że dziś mama nie nadaje się do towarzystwa – ale nie ma to sensu. Poza tym później by się na mnie wściekła, że przegapiła okazję zarobienia pieniędzy na kolejną działkę.

Opuszczam pokój i zamykam się w jedynej sypialni, którą mamy. Jest wspólna, ale mama najczęściej nawet nie jest w stanie ruszyć się z kanapy.

Do pomieszczenia, w którym jestem, zaczynają dobiegać znienawidzone przeze mnie odgłosy, więc, żeby je zagłuszyć, pogłaśniam radio. Zapadam w niespokojny sen, w którym prześladują mnie wizje zdrowej matki dbającej bardziej o mnie niż o ucieczkę od życia, które dla siebie wybrała.

Wyrywam się ze snu, a panika sprawia, że ściany rozmazują mi się przed oczami. Do czasu, aż udaje mi się przekonać mózg, że wszystko jest w porządku.

Tyle że wcale nie jest.

Jest cicho. Zbyt cicho.

Zakradam się do drzwi i przykładam do nich ucho, by sprawdzić, czy cokolwiek usłyszę.

Cisza.

Powoli je otwieram i zerkam do pokoju. Nie ma śladu po mężczyźnie ani po mamie. Przekonana, że droga wolna, wychodzę z sypialni, ale natychmiast zamieram, gdy widzę mamę leżącą na podłodze. Jej twarz jest zalana zielonym płynem.

Wzdycham na myśl o czekających mnie porządkach. Znowu. Nienawidzę tych mężczyzn. Za każdym razem, gdy się tu pojawiają, zabierają ze sobą jej cząstkę, niczego nie zostawiając w zamian. Zawsze tak to wygląda, gdy z nią kończą.

Kiedy podchodzę ze szmatą i wiadrem, widzę, że mama się trzęsie, a po jej policzkach spływają łzy. Twarz przybrała przerażający odcień szarości – chyba nigdy wcześniej takiego nie widziałam.

– Mamo – szepczę, sięgając do jej twarzy, ale wzdrygam się, bo jej skóra jest lodowato zimna.

Aż podskakuję, gdy nagle otwiera oczy. Są jeszcze bardziej przekrwione niż zazwyczaj. Kościstą ręką sięga po moją koszulkę i nerwowo mnie do siebie przyciąga. Jej usta są posiniaczone. Krwawią. Ten drań musiał być brutalem.

– Nie posswól im posiąggć ssswojego serca – bełkocze niezrozumiale.

– Mamo? – pytam przerażonym głosem.

– Nie pozwól… mężczyźnie… posiąść swojego serca – wykrztusza. – Nie pozwól mu… – Jej słowa stają się coraz cichsze, a pierś unosi się pod wpływem głębokiego wdechu. Po czym zamiera.

– Mamo! – kwilę, potrząsając nią raz po raz.

Ale ona już nigdy nie wypowie ani jednego słowa. Odeszła. Jak płomień zgaszony w ciemnym pokoju.

A ja pozostałam. Sama. Z jej słowami – już na zawsze rozbrzmiewającymi w uszach.

ROZDZIAŁ 1

MONROE

Siedziałam na krawędzi łóżka i patrzyłam za okno. Niebo było ciemne, zdawało się bezgwiezdne. Wolność była tak blisko, że niemal mogłam jej posmakować.

Osiemnaście lat.

Wydawało się, że całe życie czekałam na tę chwilę. Na te konkretne urodziny. Świadomość, że w końcu będę mogła opuścić to miejsce, zacząć własne życie, na swoich zasadach… To ona pozwalała mi przetrwać każdy kolejny dzień.

Wiedziałam, że gdy odejdę, będzie ciężko. Na początek samotnego życia miałam tylko skąpe oszczędności, na które pracowałam w spożywczaku. Byłam jednak gotowa na wszystko, by coś w życiu osiągnąć.

By stać się kimś więcej niż pustą skorupą, którą tamtego dnia pozostawiła po sobie moja matka.

Odkąd skończyłam dziesięć lat, od tamtej koszmarnej nocy, kiedy ją utraciłam, byłam pod opieką zastępczą. Każdy chciał adoptować dziecko, ale nie takie jak ja. Przeszłam chyba przez setkę domów, zanim dotarłam tutaj, gdzie udało mi się pozostać najdłużej.

Niestety.

Moi rodzice zastępczy, pan i pani Detweiler, oraz ich syn Ripley na początku wydawali się miłymi ludźmi, ale z czasem sytuacja zaczęła ulegać zmianie. Teraz byli inni.

Pani Detweiler, Marie, traktowała mnie jak pomoc domową. Nie miałam problemu z pomaganiem, ale kiedy wszyscy zaczęli podnosić się od stołu po każdym posiłku, pozostawiając całe sprzątanie mnie – tak jak i inne obowiązki domowe – stwierdziłam, że to za wiele.

Kiedyś – miałam nadzieję, że w najbliższej przyszłości – nie będę musiała już nigdy czyścić cudzych toalet.

Choć byłam w stanie przetrwać jeszcze jeden miesiąc pracy fizycznej, to pan Detweiler, Todd, okazał się największym problemem. Jego zachowanie stawało się coraz bardziej odrażające – od powłóczystych i tęsknych spojrzeń robiło mi się niedobrze. Wszystko, co do mnie mówił, miało w sobie jakieś ukryte znaczenie… podtekst. Zaczął więcej gadać o moich urodzinach, jakby chciał mi o nich przypomnieć z innych względów niż to, że były obietnicą wolności, która miała dla mnie największe znacznie. Nie byłam nawet pewna, czy zdawali sobie sprawę, że dzień po osiemnastce będę miała prawo od nich odejść. Moje urodziny i zakończenie liceum wypadały w tym samym tygodniu. Idealne zgranie. Miałam tylko nadzieję, że Todd będzie w stanie się kontrolować i trzymać łapy przy sobie na tyle długo, żebym dotrwała do tej chwili. Może dla niektórych zakończenie szkoły nie było niczym specjalnym, ale dla mnie znaczyło wszystko.

Ripley wydawał się w porządku. Bardziej przypominał ziemniaka niż człowieka, co i tak było lepsze od innych rzeczy, którymi mógł być. Gdy znajdowaliśmy się w tym samym pomieszczeniu, jego oczy przesuwały się po mnie, jakbym nie istniała. I może dla niego rzeczywiście tak było. Dopóki jego łóżko było codziennie pościelone, na stole znajdował gotowe jedzenie i miał czym podetrzeć dupę w toalecie, nie zwracał na mnie uwagi. Za bardzo zajmowały go gry komputerowe, by miał się przejmować otaczającym światem.

Zerknęłam na zegar. Za pięć piąta po południu, czyli czas zacząć przygotowywać obiad, zanim pan Detweiler wróci do domu z pracy. Z westchnieniem bezmyślnie wygładziłam pościel, którą pani Detweiler przyniosła nie wiadomo skąd do domu, i skierowałam się korytarzem do kuchni. Parterowy dom z trzema sypialniami znajdował się w przyzwoitej części miasta. Był ładniejszy niż niejedne miejsca, w których mieszkałam, ale zrozumiałam, że to nie ma znaczenia. Serca bijące w środku domu były ważniejsze od tego, czy dom był ładny.

Z pewnością byłabym szczęśliwa w norze, w której mieszkałam z mamą… gdyby tylko ona była inna.

Gdy weszłam do kuchni i zauważyłam pana Detweilera opierającego się o laminowany blat, stanęłam jak wryta i poczułam ucisk w żołądku. Jakim cudem nie zauważyłam, że wrócił do domu? Nie słyszałam dźwięku otwieranej bramy garażowej.

Popijał z butelki ulubione piwo, które tak właściwie było najbardziej ekstrawagancką rzeczą w tej kuchni i kosztowało o wiele więcej niż jedzenie. Todd Detweiler nadal miał na ­sobie za duży garnitur, który nosił do biura, gdzie pracował jako księgowy. Robiły mu się zakola – u nikogo nie widziałam większych – więc zaczesywał włosy do przodu tak, żeby kończyły się tuż nad jego oczami.

Uniósł brew, gdy zobaczył, że nadal tkwię w miejscu. Zwykle nie wracał do domu przed szóstą trzydzieści, kiedy to obiad stał już gotowy na stole, a ja mogłam się chować do czasu, aż cała rodzina skończy jeść.

– No, no, witaj, Monroe – wymruczał przeciągle, a moje imię w jego ustach zabrzmiało lubieżnie.

Przybrałam obojętny wyraz twarzy i wyprostowałam się, po czym podeszłam do lodówki, jakby jego obecność wcale nie wyprowadziła mnie z równowagi.

– Cześć – odparłam grzecznie, nienawidząc jego wzroku, który czułam na skórze. Jakbym była łakomym kąskiem.

Wiedziałam, że jestem ładna. Wyglądałam dokładnie jak mama, gdy była młoda. Ale, tak jak w jej przypadku, mój wygląd okazał się przekleństwem – byłam skazana na przyciąganie uwagi dupków, których jedynym celem było wykorzystanie mnie i znieważenie.

Sięgnęłam do lodówki po miskę z kurczakiem, którą włożyłam tam wcześniej do rozmrożenia… i wtedy nagle on pojawił się za mną. Był na tyle blisko, że gdybym się poruszyła, to przycisnąłby mnie do siebie.

– Potrzebujesz czegoś? – zapytałam, starając się, żeby w głosie nie było słychać paniki.

Jego ręka wylądowała na moim biodrze.

Zamknęłam oczy, przeklinając świat.

Nachylił się, poczułam na skórze jego oddech.

– Rozmyślałaś o tym, czyż nie?

Cuchnął piwskiem i ten zapach sprawiał, że nie zamierzałam nigdy próbować tego trunku, choćby był nie wiadomo jak drogi i smaczny.

– N-nie jestem pewna, o czym pan mówi. – Złapałam kurczaka i próbowałam się podnieść, mając nadzieję, że Todd się odsunie.

On jednak tylko się wyprostował, a nasze ciała się zetknęły. Spróbowałam umknąć, ale jego dłoń zacisnęła się na moim biodrze. Mocno.

– Muszę postawić kurczaka na palniku – powiedziałam grzecznie, zupełnie jakbym w środku nie umierała od jego dotyku.

– Ależ z ciebie kokietka – mruknął ze śmiechem. – Uwielbiam te twoje gierki. Dzięki nim będzie jeszcze lepiej, gdy już się skończą.

W dole kręgosłupa czułam coraz twardsze wybrzuszenie. Przygryzłam wargę tak mocno, że poczułam na języku słony posmak krwi.

Ręce mi się trzęsły, przez co woda wylewała się poza krawędzie miski. Nawet idiota zdałby sobie sprawę, o czym ten ­facet mówi.

– Zauważyłaś może, jak bardzo lubię kolekcjonować różne rzeczy? – spytał.

Nareszcie mnie puścił i się odsunął.

Przeszłam szybko do zlewu, włożyłam do niego miskę i zamierzałam właśnie sięgnąć po bułkę tartą, by obtoczyć w niej mięso na obiad.

– Zauważyłam – odpowiedziałam w końcu.

Zrobił krok w moją stronę, bo nie odezwałam się wystarczająco szybko.

Jak ktokolwiek mógł tego nie zauważyć? Todd kolekcjonował… opakowania po piwie. Po obu stronach garażu na ścianach stały puszki i butelki – poukładane w równych rzędach na półkach. Było ich tak wiele, że ściana za nimi była ledwie widoczna. Nie wiem, jakim cudem nikt z opieki społecznej nigdy nie podejrzewał, że Todd może mieć problem z alkoholem. Wystarczyło spojrzeć, ile stało tam pustych opakowań. Ale Detweiler wcale się tym nie przejmował. Każdego dnia dodawał do kolekcji co najmniej pięć butelek lub puszek.

– Najbardziej lubię kolekcjonować dziewice.

Trzymałam właśnie w ręku pudełko jajek, które natychmiast upuściłam. Byłam zszokowana, że powiedział to wprost. Skorupki i żółtka rozprysły się na podłodze.

Wtedy właśnie do środka weszła pani Detweiler i z podejrzliwością zaczęła przeskakiwać wzrokiem między mną a mężem.

– Co się tutaj dzieje? – zapytała, zatrzymując spojrzenie na porozbijanych jajkach.

Marie kiedyś była piękną kobietą, ale tak jak w przypadku jej męża, próba zatrzymania młodości na dłużej zakończyła się porażką. Miała na sobie zbyt ciasną, podkreślającą każdą fałdkę, kwiecistą sukienkę, która przypominała obicie kanapy z lat osiemdziesiątych. Na jej mocno umalowanej twarzy błyszczała cienka warstwa potu – pewnie od wysiłku, który musiała włożyć, żeby podnieść się z fotela i przyjść tutaj. Choć próbowała kręcić loki i upinać swoje szorstkie, ciemne włosy, to te i tak zawsze były cienkie i oklapnięte. Na pewno nie była z nich zadowolona.

Zwykle nie zwracałam uwagi na wygląd, bo lepiej od większości wiedziałam, jak bardzo potrafi być zwodniczy, ale w przypadku Todda i Marie Detweiler nie dało się go zignorować.

– To tylko wypadek, kochanie – stwierdził, podchodząc do niej. Przyciągnął ją do obrzydliwego pocałunku, od którego zachciało mi się rzygać, zwłaszcza że Marie pewnie nie miała pojęcia, czego jeszcze dotykały te usta.

Wyszli z kuchni, nie oglądając się za siebie. Mimo że trzęsłam się z emocji, sprzątnęłam pozostałości po jajkach i spróbowałam przygotować obiad.

Nawet gdyby ta sytuacja nie utwierdziła mnie w przekonaniu, że czekanie do urodzin, by stąd odejść, nie wchodziło w grę… zrobiła to następna noc.

Leżałam w łóżku, przewracałam się z boku na bok – jak każdej nocy. Gdy umysł prześladowały takie rozterki jak moje, sen stawał się nieuchwytnym, wyczekanym celem, którego nie potrafi się osiągnąć. Nigdy nie przeżyłam w pełni relaksującej nocy, podczas której nie gnębiłyby mnie i nie zatruwały moich myśli wspomnienia z prze­szłości .

Była trzecia nad ranem i już prawie się poddałam.

W korytarzu za moimi drzwiami rozbrzmiały ciche kroki. Zmarszczyłam brwi, bo wszyscy już dawno poszli spać – bardzo dobrze znałam ich nawyki.

Czy ktoś był w domu? Ktoś, kogo nie powinno tutaj być?

Kroki ucichły nagle przy drzwiach do mojego pokoju i po kręgosłupie przebiegły mi dreszcze.

– Halo? – pisnęłam, czując się jak idiotka, że w ogóle się odezwałam.

Wtedy zobaczyłam, że klamka powoli opada, ale drzwi się nie otworzyły, bo na szczęście zamknęłam je od środka na zamek.

Kiedy wstałam z łóżka i zdjęłam lampkę ze stolika nocnego, by w razie potrzeby użyć jej jako broni, poczułam się jak ofiara rodem z horroru.

Osoba na zewnątrz gmerała w zamku, aż usłyszałam ciche kliknięcie.

Przez długą chwilę bez tchu wpatrywałam się w drzwi, ­czekając na nieuniknione.

W końcu się uchyliły i w szparze pojawiła się owłosiona ręka, którą doskonale znałam.

To był pan Detweiler.

Nie zastanawiając się dłużej, natychmiast zaczęłam krzyczeć. Wiedziałam, że mam tylko jedną szansę, by pozbyć się go z pokoju. Musiałam obudzić jego żonę. Mieli pokój na końcu kory­tarza, więc wystarczyło, bym krzyczała odpowiednio głośno.

Tak jak podejrzewałam, gdy tylko wrzasnęłam, Todd zabrał rękę, a jego kroki się oddaliły. Chwilę później usłyszałam, że ktoś wychodzi z sypialni Detweilerów, po czym moje drzwi uderzyły w ścianę i do środka wpadła Marie. Oddychała szybko, jej piersi napierały na o dwa rozmiary za małą koszulę nocną, którą miała na sobie – marzyłam o wypaleniu sobie oczu na ten widok. Rozejrzała się po pokoju, aż w końcu jej wzrok padł na mnie. Stałam na środku, przyciskając do piersi lampę.

Na jej dekolcie i policzkach rozlała się czerwona, cętkowana wysypka, a twarz wykrzywił gniew.

– Co jest z tobą nie tak?

– Ktoś próbował wejść do mojego pokoju. Ktoś otworzył zamek w drzwiach.

Nie wspomniałam, że był to jej mąż, bo tylko przysporzyłabym sobie problemów.

Chwilę później pojawił się Todd, który ze szklanką wody w ręce udawał, że ziewa.

– Co się dzieje? – zapytał od niechcenia.

Skrzyżowaliśmy spojrzenia i w tym momencie upewniłam się, że to był on. Patrzył szyderczo, jak gdyby wyzywał mnie, bym coś powiedziała. Zupełnie jakby jego żona kiedykolwiek wierzyła w coś, co mówiłam na jego temat.

– Dziewczyna mówi, że ktoś próbował się włamać do jej pokoju – prychnęła Marie, ale zaraz potem zamarła i przyjrzała się mężowi. – Czemu nie śpisz?

Sposób, w jaki zacisnęła usta i to, jak pogłębił się jej ru­mieniec, wiele mi powiedziało. Najwyraźniej Marie wcale nie była nieświadoma prawdziwego oblicza męża.

Nie żeby zamierzała coś z tym zrobić.

– Nalewałem sobie wody, kiedy dobiegł mnie krzyk Monroe. Ale nie słyszałem, żeby ktokolwiek kręcił się po domu. – Udał zaniepokojenie. – Jesteś pewna, że to nie był koszmar?

Wpatrywałam się w niego długo, aż w końcu odetchnęłam.

– Może rzeczywiście… – wyszeptałam, wywołując sapnięcie irytacji u Marie.

– Zapanuj nad sobą, bachorze. Chcemy spać! – parsknęła, obróciła się gwałtownie i wyszła z pokoju, klnąc pod nosem.

Todd został jeszcze chwilę, a na jego żałosnych ustach czaił się arogancki uśmiech.

– Śpij dobrze, Monroe – wymruczał, a w jego oczach błyszczała twarda obietnica, że wróci. I dokończy to, co zaczął.

Gdy tylko drzwi się zamknęły, upadłam na kolana, a moim ciałem wstrząsnął szloch.

Nigdy nie czułam się tak samotna.

Zrujnował wszystko. Do szkolnego dyplomu brakowało miesiąca, a on właśnie wyrwał go z moich rąk.

Jeśli Todd położyłby na mnie łapy, to by mnie zniszczyło. I nie miałam tu na myśli mojego ciała – tylko duszę.

Zrozpaczona twarz mamy mignęła mi w myślach.

To nie mogła być moja historia. Nie mogła.

Musiałam się stamtąd wydostać. Następnego dnia. Nie miałam innej możliwości.

*

Detwailerowie żyli w małym miasteczku nieopodal Houston. Zdecydowałam, że moim celem będzie Dallas leżące cztery ­godziny drogi stąd. Nigdy tam nie byłam, ale bilet nie był bardzo drogi, a miasto duże. Właśnie tego potrzebowałam, by zniknąć. Detwailerowie nie jechaliby za mną tak daleko, skoro pozostał tylko miesiąc wsparcia ze strony państwa. Pewnie nawet nikomu by nie powiedzieli, że zniknęłam. Wszystko dla tego ostatniego czeku.

Nie chciałam myśleć, ile moje dziewictwo może być warte dla Todda. Miałam nadzieję, że jednym z jego wymogów był łatwy dostęp do mnie i że zapomni o moim istnieniu, gdy tylko zniknę.

Przez cały dzień w szkole bolało mnie serce. Nigdy nie nawiązywałam bliskich przyjaźni – kiedy nie znało się daty kolejnej przeprowadzki, najlepiej było nie zacieśniać kontaktów – ale żałowałam, że nie dane mi było spędzić więcej czasu ze znajomymi, których tu poznałam. Przeszłam znanymi korytarzami, zastanawiając się, czy ciężko byłoby się rozstać w dniu zakończenia szkoły. Może po prostu czułam smutek ze względu na utracone marzenie.

Mama nigdy nie ukończyła liceum, ale w tych rzadkich momentach, gdy myślała jasno, mówiła czasem o pragnieniach. Chciała, bym pewnego dnia przeszła po scenie i odebrała dyplom.

Przejdę po scenie w college’u. Obiecałam sobie, że zdobędę certyfikat ukończenia szkoły średniej i sprawię, że to marzenie stanie się rzeczywistością.

Po szkole poszłam do sklepu H.E.B., w którym pracowałam. Krzątałam się w nim bardziej niż zwykle, skoro po tej zmianie zamierzałam zniknąć. Idealnie się złożyło, bo właśnie tego dnia była wypłata, więc mogłam wziąć ze sobą jeszcze jeden czek. A liczył się każdy grosz.

Po pracy kupiłam telefon na kartę, bo nie chciałam brać ze sobą tego, który dali mi Detwailerowie. Znałam ich, pewnie spróbowaliby napuścić na mnie policję, twierdząc, że ich okradłam. Poza tym trochę się bałam, że mogliby mnie dzięki niemu namierzyć. Zdawałam sobie sprawę, że nie żyję w filmie detektywistycznym, ale… po co kusić los.

Kiedy wróciłam do domu, spakowałam do małej torby trochę ciuchów, nowy telefon i gotówkę, którą udało mi się zaoszczędzić, po czym usiadłam na łóżku i z niepokojem zaczęłam wykręcać palce.

Nie miałam dobrego planu. Choć tyle razy marzyłam o ucieczce, moje plany były raczej mgliste niż konkretne. Wszystkie zakładały, że zdążę zdobyć dyplom szkoły średniej, żeby dostać lepszą pracę i nie musieć co chwilę oglądać się przez ­ramię w obawie, że Detweilerowie mnie ścigają. Do tego państwo miało specjalny program dla dzieciaków, które pochodziły z rodzin zastępczych, i liczyłam na takie wsparcie.

Mogłabym wtedy dać radę.

Pozmywałam po obiedzie. Marie zamówiła pizzę, więc nie było za dużo pracy. Potem usiadłam w kącie pokoju i odliczałam czas do momentu, aż będę mogła im życzyć dobrej nocy. W tym tkwił problem – musiałam uciec wystarczająco późno, by zdążyli się już położyć, ale nie na tyle, by Todd zdążył po­nowić swoją nocną wizytę.

Moje odejście było totalnie rozczarowujące. Mój umysł wystosował obrazy Detwailerów biegnących za mną, podczas gdy ja uciekam z torbą przez okno, a w tle słychać dźwięki syren. Chowam się po krzakach, próbując umknąć policji.

A co naprawdę się wydarzyło? Wymknęłam się przez okno, kiedy wszyscy spali. Szłam przez godzinę, aż dotarłam na stację Greyhound. Nikt się za mną nie pojawił. Kasjer wyglądał na zmęczonego i nawet nie mrugnął, gdy kupowałam bilet do Dallas.

Miło, że choć raz coś poszło po mojej myśli.

Autobusem jechało się dwa razy dłużej, niż zajęłoby pokonanie tej trasy samochodem. Choć próbowałam się zdrzemnąć, cały czas drżałam, że przegapię swój przystanek, więc nie udało mi się głęboko zasnąć. Poza tym moje myśli galopowały.

Jaka czeka mnie przyszłość? Czy dam sobie radę sama?

Pomimo obaw ucisk w mojej piersi malał z każdym kolejnym kilometrem, który oddalał mnie od Todda.

Przynajmniej mogłam skreślić z listy zadań chronienie dziewictwa.

Kiedy w końcu dotarliśmy do Dallas, zza horyzontu wyjrzało słońce. Mimo zniszczonych budynków otaczających stację nie mogłam nie czuć podniecenia. Byłam tam. Udało mi się. Może i nigdy wcześniej nie zwiedzałam Dallas i może nikogo tam nie znałam, ale zamierzałam zacząć w tym mieście nowe życie.

To był mój nowy początek.

*

Radość z przyjazdu minęła dokładnie dwanaście godzin później, kiedy usiadłam na ławce w parku i zaczęłam się zastanawiać, czy gdybym spróbowała, to udałoby mi się na niej zasnąć. Czy to w ogóle bezpieczne?

Wysiadłam z autobusu i zadzwoniłam po taksówkę, by zabrała mnie do schroniska dla nastolatków, które znalazłam w sieci. Kiedy szukałam adresu, zostałam obrabowana przez kieszonkowców, którzy zabrali całą moją gotówkę przygotowaną na przejazd, a do tego wyrwali mi telefon z ręki.

Biegłam za nimi jak wariatka, ale plecak pełen moich skarbów ciążył mi okropnie i grupa chłopaków bez problemu zwiała.

Nie odważyłam się wydać nic z reszty oszczędności, poza zakupem paczki chipsów na starej stacji benzynowej.

Cały dzień chodziłam po mieście, próbując znaleźć to schronisko, ale bałam się pytać o drogę, bo nie chciałam wzbudzać podejrzeń. Jeszcze ktoś by zadzwonił na policję i zgłosił, że wyglądam jak nastolatka, która skądś uciekła.

Oczywiście nie udało mi się znaleźć schroniska, więc usiadłam na parkowej ławce. Byłam zziębnięta, głodna i wkurzona.

I wykończona.

Najwyraźniej, kiedy nie spało się przez prawie czterdzieści osiem godzin, można zasnąć praktycznie wszędzie, bo ostatecznie… właśnie tak się stało.

*

Obudziłam się gwałtownie. Miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Zapadająca noc spowiła park granatową barwą. Na tle ciemnego nieba nie dało się odróżnić drzew i krzewów. Latarnie oświetlały ścieżkę i ławki. Ciepłe światło tańczyło w delikatnym wietrze, rzucając na ziemię długie cienie. Słychać było szelest liści i cykanie świerszczy.

Pisnęłam, gdy zobaczyłam siedzącego obok mnie na ławce posiwiałego starego człowieka. Dzikość w jego oczach odzwierciedlała stan jego ubrań. Unosił się od niego smród brudnego ciała, a kiedy się do mnie uśmiechnął, zobaczyłam tylko kilka zębów.

– Oj! Pilnowałem cię. Żeby dobrze się spało, panienko. – W jego głosie wyraźnie pobrzmiewał brytyjski akcent.

Wzdrygnęłam się na te słowa, choć były przyjazne i miłe. Odsunęłam się od niego.

– Oj, nie bój się starego Billa. Będę cię pilnował.

Chciałam zeskoczyć z ławki i uciec, ale… zawahałam się na chwilę, bo było w nim coś przyzwoitego. Oczywiście jeśli nie zwracało się uwagi na jego ubrania i zapach.

– To mój park, ale się podzielę. Idź spać, będę pilnował. Zbiry będą się trzymać z daleka – kontynuował, mimo że ja jeszcze się nawet nie odezwałam.

Otworzyłam usta, by odrzucić jego ofertę, ale wtedy wyciągnął z siatki nowy, całkowicie czysty koc, jeszcze z metkami. Kiedy mi go zaproponował, to zamiast się odezwać – wybuchłam płaczem.

Płakałam i płakałam, a on patrzył na mnie zdezorientowany, po czym zarzucił mi koc na plecy, jakby ten miał w sobie moc tłumienia kobiecych łez. Nie przestawałam szlochać, przytłoczo­na wydarzeniami z poprzednich kilku dni… i jego uprzejmością… A wtedy on zaczął śpiewać. To była chyba najgorsza wersja Eleanor Rigby, jaką kiedykolwiek słyszałam. A właściwie najgorsze wykonanie jakiejkolwiek piosenki.

Ale zadziałało i przestałam płakać.

– No już, kaczuszko. Idź spać. Stary Bill będzie stał na warcie – rzekł uspokajająco po tym, jak skończył śpiewać. Ostatnie wersy chyba sam wymyślił.

Zwykle byłam mądrzejsza, naprawdę. Ale byłam tak bardzo zmęczona. Wszystko we mnie mówiło, by mu zaufać. W końcu nazwał mnie kaczuszką, a seryjni mordercy chyba nie używali zdrobnień dla swoich ofiar, prawda?

– Tylko na kilka minut – mruknęłam, a on przytaknął i rozszerzył usta w delikatnym, krzywym uśmiechu, który w tamtym momencie wydał się naprawdę uroczy.

Odpłynęłam w niespokojny sen, w którym drżałam ze stresu i zmęczenia, ale śniłam o lepszych dniach.

Kiedy się obudziłam, okazało się, że minęło więcej niż kilka minut. Tak właściwie… cała noc.

Bill nadal siedział obok, pilnował mnie i pogwizdywał pod nosem, jakby wcale nie czuwał przez tyle czasu. Nadal miałam pod głową plecak, w którym znajdowała się gotówka, i nie czułam, by ktokolwiek mnie dotykał.

Szlag, chyba byłam zdesperowana.

– Masz gdzie się zatrzymać, dziewuszko? – zapytał cicho.

Pokręciłam głową, przygryzając dolną wargę na samą myśl o spędzeniu kolejnej nocy na tej ławce.

– Stary Bill zabierze cię w dobre miejsce. Może nie jest takie ładne jak mój zamek, ale się nada. – Wskazał z dumą na otaczający nas park, jakby rzeczywiście był to angielski zamek z fosą, a on był jego władcą.

Udowodnił, że można mu zaufać, bo nie tknął mnie przez kilka godzin, ale i tak poszłam za nim z czystej desperacji, mając nadzieję, że nie prowadzi mnie do ludzi handlujących żywym towarem albo do czegoś równie potwornego.

Rozluźniłam się lekko, gdy poprowadził mnie do nieco lepszej części miasta, po której spacerowałam dzień wcześniej. Nieustannie gadał z fałszywym brytyjskim akcentem, opowiadał o miejscach, w których niby był, ale ja mu nie wierzyłam.

Nim się zorientowałam, staliśmy przed drzwiami nowego, całkiem porządnego budynku. Szyld głosił, że to schronisko dla kobiet. Gdy to zobaczyłam, miałam ochotę ponownie zalać się łzami.

– Kiedy tam wejdziesz, powiedz, że przysłał cię stary Bill… Potraktują cię po królewsku – zarechotał, a w moich oczach chyba po raz setny stanęły łzy. Cofnął się, bo pewnie się wystraszył, że znów wpadnę w histerię.

Po chwili wahania zaczęłam wchodzić po schodach. Zatrzymałam się w połowie drogi i obejrzałam na Billa, który szczerzył się do mnie szczerbatym uśmiechem.

– Przed tobą wspaniałe rzeczy, kaczuszko – zawołał za mną, gdy ruszyłam dalej.

Wiedziałam, że nigdy go nie zapomnę. Może i był bezdomny oraz nieco świrnięty, ale był też najmilszą osobą, jaką kiedykolwiek spotkałam. Zaopiekował się mną, obcą kobietą, i pomógł mi, gdy potrzebowałam tego najbardziej.

Kiedy wchodziłam do schroniska, ramiona nadal miałam spięte z wycieńczenia, ale jednocześnie ogarnął mnie spokój, że wszystko się poukłada.

– Witaj w Haven – odezwała się miła kobieta, gdy podeszłam do recepcji.

Przystań.

Mogłam mieć tylko nadzieję.

ROZDZIAŁ 2

LINCOLN

Wszedłem na lód. Chłód kąsał moją odsłoniętą skórę, gdy podjeżdżałem do reszty drużyny. Może i był to tylko trening, ale ja żyłem dla tej gry. Tylko ona sprawiała, że czułem… cokolwiek.

Lodowisko wypełniały dźwięki łyżew sunących po lodzie, odgłosy kijów uderzających o krążek oraz śmiechy i wzajemne dogryzania kolegów z drużyny. Uśmiechając się, dołączyłem do nich i trochę się z nimi poszturchałem. Na myśl o tym, co nas czeka, buzowała we mnie energia.

Pojawił się trener i zmierzył nas krytycznym spojrzeniem szarych oczu. Był palantem, ale jednocześnie najlepszym szkoleniowcem, jakiego kiedykolwiek miałem, więc mi to nie przeszkadzało.

– Dobra, słuchajcie, dupki – zaczął stanowczym głosem. – Dziś skupimy się na ćwiczeniu podań, bo w zeszły wtorek chyba zapomnieliście, jak to się robi.

Wszyscy parsknęli śmiechem, ale wcale nie kłamał. We wtorek graliśmy tragicznie, ledwie udało nam się wyprzedzić RedHawks, którzy zajęli ostatnie miejsce. Musieliśmy zebrać się do kupy, bo wiedzieliśmy, że w najbliższy weekend Toronto nam nie odpuści.

Zaczęliśmy od łatwych podań między sobą, stojąc w ciasnym kółku. Ćwiczyliśmy to w nieskończoność, ale – tak jak w przypadku ostatniego meczu – byliśmy do dupy.

– Ma być ciasno! – krzyczał trener.

– Brzmi, jakby mówił o czymś innym. – Ari, mój najlepszy przyjaciel, wyszczerzył do mnie zęby.

Przewróciłem oczami, ale i tak parsknąłem. Bo byliśmy bandą idiotów.

Przeszliśmy do bardziej skomplikowanych ćwiczeń, zwiększyliśmy wysiłki, intensywność narastała, ale nie na tyle, by ­powstrzymać nasze gadanie.

Bender się pochylił, jedną ręką złapał za bramkę, a drugą trzymał się za plecy.

– Co z tobą, staruszku? – zawołał Ari, zataczając kółko wokół bramki.

– Ciężka noc – westchnął Bender, a potem podskoczył i pchnął biodrami. – Twoja stara tak mnie ujeżdżała, że zepsuła mi kręgosłup.

Tłum zaryczał, ale Ari z obrzydzeniem pokręcił głową.

– Wcale ci to nie wyszło. Kurwa, masz trzydzieści cztery lata, a teraz będę sobie wyobrażał moją mamę ujeżdżającą cię jak pierdolonego konia.

– Skończyliście się opierdalać, gówniarze!? – ryknął trener, więc rozproszyliśmy się, by zacząć przygotowania do sparingu, który mieliśmy rozegrać w ciągu następnej godziny.

Adrenalina buzowała mi w żyłach, gdy sunąłem naprzód, podałem do Daltona i patrzyłem, jak ten posyła krążek po lodzie i trafia do bramki.

Gracze siedzący na ławce poderwali się, jakby to była prawdziwa gra. Dalton z każdym z nich przybił piątkę i żółwika. Byłoby miło, gdyby raz na jakiś czas zrobił coś takiego w trakcie meczu.

Trener w czasie sparingu kazał mi grać na skrzydle, żeby Dalton spróbował wybić się z dołka, w którym się znalazł. Jasne, chciałem, by mu się to udało, ale jednocześnie… kurwa, kochałem być tym, który strzelał gole.

Ari popchnął mnie na szybę i zapytał:

– Wychodzimy wieczorem?

– Kurwa – jęknąłem, zrzucając go z siebie. – Cienias z ciebie, Lancaster. Soto uderza mną mocniej.

Ari zacisnął zęby i warknął. Soto grał dla L.A. i Lancaster go nienawidził. Uwielbiałem wypowiadać jego imię za każdym razem, gdy Ari… robił cokolwiek.

– Lepiej uważaj – skontrował – bo Dalton ukradnie twoje miejsce.

Gdy tylko te słowa opuściły jego usta, obydwaj wybuchliśmy śmiechem, bo wiedzieliśmy, że to jest, kurwa, niemożliwe.

Zdobywałem najwięcej goli w drużynie.

I w lidze.

Nie było nikogo, kto mógłby mnie w najbliższym czasie zastąpić. Z końcem sezonu wygasał mój kontrakt i wiadomo było, że sprawa jest przesądzona. Miałem dostać największą ofertę w historii NHL. Właściciele dyszeli mi w kark, próbując dopiąć sprawę, zanim inne drużyny złożą propozycje.

Gdyby to zależało ode mnie, kontrakt byłby już podpisany.

– Kuuurwa – zaciągnąłem, kiedy Peters prawie mnie powalił. Tak się to kończyło, gdy pozwalałem sobie zaprzątać myśli moim pierdolonym ojcem.

– Daniels, gdzie twoja pieprzona głowa?

– Pewnie między czyimiś nogami! – zawołał Lancaster.

Trener warknął i rzucił w niego krążkiem.

– Ustawić się!

Potrząsnąłem głową – jakby to miało pomóc na wszystkie moje problemy – i zacisnąłem zęby, żeby się skupić. Śmigając na łyżwach, skoncentrowałem wzrok na krążku, jednocześnie słuchałem trenera przeprowadzającego nas przez grę.

Rozbrzmiał gwizdek i pojechałem naprzód, ustawiłem się przed siatką i byłem gotów uderzyć. Krążek poleciał w moją stronę i nie wahałem się ani chwili – przyjąłem go kijem w powietrzu, obróciłem się i uderzyłem z nadgarstka. Po krążku ­pozostała tylko rozmazana smuga.

– Nie mrugaj, sukinsynu! – wrzasnąłem, gdy przeleciał obok rękawicy Bendera i wylądował w siatce. Uniosłem pięść, czując adrenalinę pulsującą w żyłach.

Bender przeklął i rzucił jedną z rękawic.

– Musisz być szybszy przeciwko Toronto, staruszku – triumfowałem, okrążając go jeszcze raz, tak dla zabawy.

– Taaa – burknął.

Trener rozciągnął usta w szerokim uśmiechu i kiwał głową jak jakaś pieprzona figurka z ruchomą główką.

– Właśnie o czymś takim mówię! – krzyknął, zaciskając pięść w geście triumfu. – Zajebisty strzał, Daniels!

Sparing trwał jeszcze jakieś trzydzieści minut, ale kiedy strzeliłem kolejne cztery gole, trener wysłał mnie na ławkę.

– Jesteś dzisiaj pieprzonym zwierzęciem – zaśmiał się Ari, rzuciwszy mi butelkę z wodą, gdy ręcznikiem ocierałem pot.

– Zajebiście, nie? – Wyszczerzyłem się, opryskując twarz, żeby się ochłodzić.

– Jasne, Złoty Chłopiec – zamruczał Ari.

Przewróciłem oczami. To media nadały mi ten przydomek.

– Ha, ha, ha. Kretyn.

Ari parsknął, gdy przyglądaliśmy się zmaganiom reszty kumpli.

– Wydaje mi się, że z każdą grą Daltonowi idzie coraz ­gorzej – skomentował Bender i klapnął na ławkę.

– Hmm… a ile goli ja strzeliłem tobie? – odbiłem piłeczkę.

Bender sapnął z rozdrażnieniem i pokręcił głową.

– Przestałem liczyć.

Obaj z Arim parsknęliśmy śmiechem i dokończyliśmy oglądanie treningu.

W szatni po prysznicu Ari smagnął mnie ręcznikiem, po czym zaczął nim wycierać swoje nieokiełznane, czarne włosy.

– Nie odpowiedziałeś mi na pytanie o wieczór. Muszę kogoś zaliczyć.

Uniosłem brew.

– Ja ci chyba w tym nie pomogę, Lancaster. Nawet drinka mi jeszcze nie kupiłeś.

– Zabawne – westchnął, po czym puścił do mnie oko. – Wchodzisz w to? Możemy pójść do tego nowego baru na Emory Street.

Odgarnąłem włosy z twarzy i z jękiem oparłem głowę o szafkę za mną.

– Chciałbym, ale idę z Karą na tę pierdoloną galę.

– Idziesz na randkę z pieprzoną waszą wysokością? Uderzyłeś się w łeb na dzisiejszym treningu? Co, do chuja, Daniels? – Ari z niesmakiem pokręcił głową.

Przyjaźniliśmy się od czasów szkolnych. Wiedział dokładnie, jak bardzo nie lubię Kary Lindstrom.

Uniosłem ręce w geście poddania.

– Wiem, wiem. Ale on dyszy mi w kark. Prowadzi rozmowy z jej ojcem o jakiejś fuzji… a do tego…

– Pierdol swojego ojca, Linc. Jeśli spróbujesz ją dzisiaj przelecieć, odpadną ci jaja. Lepiej idź ze mną, urżniemy się.

Otworzyłem usta, by coś odpowiedzieć – choć nie byłem pewien, co by to miało być – ale zamknąłem je, bo miał rację.

I właśnie wtedy odezwał się mój telefon. O wilku mowa – wiadomość od samego kochanego ojczulka.

Ojciec:

Nie spierdol dzisiaj, chłopcze.

Jego słowa były jak cios w żołądek – zwyczajowy lęk wymieszany z dużą dawką czającego się poczucia winy.

Spróbowałem się otrząsnąć i zmusić do uśmiechu. Jebać go.

– Znam ten uśmiech. To będzie dobra noc, co? – krzyknął z radości Ari.

Uniosłem na niego wzrok, uśmiechając się coraz szerzej.

– To będzie wręcz zajebista noc.

ROZDZIAŁ 3

MONROE

Gdy wkroczyłam do przychodni o sterylnie białych ścianach, czułam zmęczenie. Kolejna podwójna zmiana – dzisiaj tutaj, wczoraj w firmie cateringowej – a po niej wieczorne zajęcia, więc czułam się wykończona fizycznie i mentalnie.

Ale nie miałam innego wyboru.

Po dostaniu się do Haven czekałam miesiąc, by podejść do testu GED1. Chciałam skończyć osiemnaście lat, by w ten sposób się upewnić, że Detwailerowie nie mają już do mnie żadnych prawnych roszczeń. Obawiałam się robić wcześniej cokolwiek, co zostawiłoby ślad w dokumentach. Schronisko było zatłoczone, ale czyste i… bezpieczne. Więc było w porządku.

Znowu znalazłam pracę w sklepie spożywczym, ale nie byłam w stanie zarobić tyle, by móc się z niego wynieść. Wtedy jeden z pracowników usłyszał, że w przychodni szukają kogoś na stanowisko recepcjonistki.

I tak od momentu, w którym przeprowadziłam się na swoje, minął już rok. Radziłam sobie dobrze, pracując w Tres Medical i firmie cateringowej, ale kiedy doszła do tego nauka w college’u, bywałam wycieńczona.

Z wymuszonym uśmiechem – mimo zmęczenia starałam się trzymać fason – jednocześnie wiercąc się w uniformie, który wszyscy musieliśmy nosić, przywitałam się z Katie, swoją koleżanką z pracy. Była ona jedną z ulubienic w biurze. Zawsze miała jakieś plany i ochotę na spotkania. Wiodła pozbawione trosk życie, o którym ja mogłam tylko pomarzyć, takie, na które nie było mnie stać.

W miarę upływu dnia praca się piętrzyła, a energia malała. Ledwie potrafiłam utrzymać uniesione powieki, mechanicznie wyciągając historie choroby pacjentów. Umawiałam wizyty i robiłam wszystko, czego potrzebowali lekarze. Wieczorem, przed rozpoczęciem zajęć musiałam jeszcze napisać pracę. Wykłady w lokalnym ­college’u nie były niczym szczególnym, ale każdy zaliczony punkt przybliżał mnie do moich marzeń.

Usiadłam w zatłoczonym pokoju socjalnym i czułam, jak kości trzeszczą mi ze zmęczenia.

Jeszcze tylko kilka godzin. Dam radę przez kilka godzin, prawda?

Zdawało się, że powtarzałam to sobie każdego dnia. Brzmiało mniej więcej tak, jak „krok po kroku” – miało pomóc, ale tak naprawdę… były to tylko puste słowa.

Miałam dziewiętnaście lat, a czułam się jak stuletni worek kości.

Żeby nie było zbyt przyjemnie, do pokoju wszedł Kevin, jeden z lekarzy w trakcie praktyk. Uśmiechał się w sposób, który uważał za seksowny i fajny, ale tak naprawdę przypominał klowna z demencją – właśnie taki efekt dawał uśmieszek połą­czony z zaczesem na bok. Poczułam nagły przypływ irytacji i przygotowałam się na to, co miało nadejść – pomimo mojego wyraźnego braku zainteresowania zawsze próbował ze mną flirtować.

– Cześć, piękna – powiedział i oparł się o ladę. – Wyglądasz na zmęczoną. Może wyjdziemy gdzieś razem, żebym pomógł ci się zrelaksować?

Zmusiłam się do grzecznego uśmiechu, choć moje myśli gnały, podsycane irytacją. Czy on nie rozumiał, że muszę żonglować dwiema pracami i wieczornymi zajęciami, żeby związać koniec z końcem? Wspominałam o tym za każdym razem, gdy gdzieś mnie zapraszał.

Nie miałam na to czasu.

– Dzięki, ale jestem naprawdę zmęczona – odparłam, starając się zachować uprzejmy ton. – Przede mną długi wieczór. Najpierw zmiana w firmie cateringowej, a potem zajęcia.

Uśmiech Kevina zbladł i zastąpiło go rozczarowanie.

– No weź, skarbie, nie bądź taka. Moglibyśmy się razem zabawić – naciskał, przybliżając się do mnie. – Może weźmiesz wolne na resztę dnia?

Oczywiście, że to powiedział. Był dzieckiem funduszu powierniczego i wciąż mnie dziwiło, że udało mu się skończyć studia medyczne. Miałam podejrzenie, że jego rodzina napełniła kieszenie kilku osób, żeby mu się to udało. Gdyby nie inni lekarze, którzy tu pracowali, przychodnia zostałaby już dawno zamknięta z powodu pozwów o błędy w sztuce lekarskiej.

Czułam, że tracę cierpliwość.

– Doceniam propozycję, ale naprawdę nie jestem zainteresowana, jak już dobrze wiesz – rzekłam stanowczo, mając nadzieję, że tym razem to do niego dotrze.

Kevin zrobił skwaszoną minę i skrzyżował ramiona.

– Zawsze jesteś taka poważna – mruknął, a w jego słowach słychać było frustrację. – Może gdybyś zmieniła podejście, nie wyglądałabyś cały czas, jakby ktoś ci wsadził kij do dupy.

Zacisnęłam szczęki, zmęczenie natychmiast ze mnie wyparowało i zostało zastąpione rozdrażnieniem. Za kogo on się, do cholery, uważał? Harowałam jak wół, nie miałam czasu na rozrywki, a zwłaszcza te serwowane przez Kevina.

– Dobrze wiem, jak się bawić – odparłam, a w moim głosie słychać było irytację. – W tej chwili moim priorytetem jest wypełnianie obowiązków i musiałoby mi się naprawdę opłacać, żebym je zignorowała.

Opadła mu szczęka, tym samym potwierdziło się to, że nie jest warty spędzania z nim czasu.

Wstałam, złapałam torbę i ruszyłam do drzwi, zostawiając doktora Kevina w pokoju socjalnym. Tym razem się nie uśmiechał.

Gdybym miała pewność, że pozostali lekarze nie staną po jego stronie, zgłosiłabym go już dawno.

Wyszłam z przychodni, by zaczerpnąć świeżego powietrza, i zamknęłam oczy, próbując się wyciszyć.

Zrobiłabym wszystko za…

Kurwa.

*

Po spacerze do domu poczułam się nieco lepiej. Mieszkałam w obskurnej kawalerce, ale… to była moja obskurna kawalerka i należało to podkreślić. Zrobiłam, co mogłam, by nadawała się do zamieszkania. Po przeprowadzce wyczyściłam ją wzdłuż i wszerz, wszystkie ściany pomalowałam na kremowo.

Nie było tu jednak klimatyzacji centralnej, tylko klimatyzator okienny, który działał jedynie wtedy, gdy temperatura spadała poniżej dwudziestu czterech stopni, co sprawiało, że… był bezużyteczny. Dywan był stary, poprzecierany i… tak brudny, że gdy się wprowadziłam, musiałam wydać pieniądze, których nie miałam, by go profesjonalnie wyczyścić. Firma zrobiła, co mogła, ale nadal jego szarość budziła wątpliwości i pozostały na nim plamy, których pochodzenia wolałam się nie domyślać. Zlew w kuchni przeciekał i nie było pieca.

A to tylko kilka rzeczy, z którymi było coś nie tak.

Sprawiłam jednak, że dało się tu żyć.

Westchnęłam z irytacją, przechodząc przez zepsutą, niezamkniętą bramę, i weszłam po schodach do mieszkania. Co miesiąc przy płaceniu czynszu prosiłam tłustego właściciela Jareda, żeby ją naprawił. Za każdym razem mnie ignorował. Miło by było mieć dodatkową barierę między mieszkaniem a podejrzaną okolicą, zwłaszcza biorąc pod uwagę lichy zamek w drzwiach…

O wilku mowa. Znajdowałam się w domu zaledwie od pięciu minut, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Gdy spojrzałam przez wizjer, w progu zobaczyłam Jareda Thomasona we własnej osobie. Otworzyłam drzwi, by go przywitać, i stanęłam oko w oko z zapuszczonym człowiekiem – przepocona koszula opinała się na jego masywnym brzuchu, a niezapięte spodnie ledwo trzymały się na miejscu. Rzednące włosy zaczesał do tyłu i zlustrował mnie od góry do dołu swoimi paciorkowatymi oczami, sprawiając, że poczułam się obnażona i zakłopotana.

Jego lubieżne spojrzenie zatrzymało się na mnie trochę za długo, a gdy się pochylił, poczułam na twarzy jego gorący oddech. Moje nozdrza wypełnił gorzki odór i musiałam powstrzymać odruch wymiotny.

Starałam się nie zawędrować wzrokiem w stronę jego sflaczałych ramion i grubej warstwy włosów pokrywających palce, ale nigdy nie potrafiłam tego zignorować. Był jak Jabba the Hutt z Gwiezdnych wojen, tylko w ludzkiej wersji – groteskowy i odrzucający.

– Cześć, Monroe – wyrzęził, ponownie przeciągając po mnie spojrzeniem, które sprawiało, że skóra mi cierpła. Mieszkałam na trzecim piętrze, więc wejście tutaj musiało być dla niego niezłą wyprawą. – Chciałem tylko sprawdzić, czy wszystko w porządku z twoim mieszkaniem.

Zmusiłam się do uśmiechu. Jasne, tylko sprawdzał… jak zawsze. Ale gdy zaczynałam mówić mu o rzeczach, które rzeczywiście nie były w porządku… przestawało go to interesować.

– Tak, wszystko w porządku. Dzięki za zainteresowanie. – Chciałam zamknąć drzwi, ale on przysunął się i wsadził stopę w szparę.

– Wiesz, Monroe, ostatnio wiele o tobie myślałem. Taka piękna kobieta jak ty… sama.

To wcale nie jest niepokojące…

– Może wyjdziemy wieczorem na drinka?

Powstrzymałam się od przewrócenia oczami. Jakbym kiedykolwiek zamierzała dokądś pójść z tym starym capem.

– Nie, dzięki – rzuciłam, próbując znowu zamknąć drzwi.

Ale on jeszcze nie skończył. Sięgnął, by złapać mnie za rękę, i nie puszczał.

– No weź, słonko, nie bądź nieśmiała. Wiem, że ledwie udaje ci się uzbierać na czynsz. Mógłbym ci pomóc… jeśli wiesz, o czym mówię.

Poczułam ucisk w żołądku. To było ostatnie, czego teraz potrzebowałam. Ostatnie, czego ktokolwiek by potrzebował.

– Mógłbym ci darować czynsz na kilka miesięcy, jeśli spędziłabyś ze mną trochę czasu.

Serce mi galopowało, ale próbowałam utrzymać miarowy oddech. Nie chciałam, by wiedział, jak bardzo jestem przerażona. Próbowałam wyrwać mu rękę, ale tylko wzmocnił uścisk.

– Puść mnie – syknęłam, drżąc z gniewu.

Zachichotał, jakbym sprawiła mu komplement.

– Co się dzieje, kochanie? Nie podobają ci się starsi mężczyźni?

Mój żołądek wywinął koziołka, gdy próbowałam się uwolnić. Wiedziałam, że ta sytuacja jest niedopuszczalna, ale jednocześnie nie mogłam sobie pozwolić na utratę mieszkania. Odetchnęłam głęboko, spychając duszący mnie gniew, i wymamrotałam odpowiedź:

– Nie bardzo. I… muszę iść do pracy.

Jared w nerwach ścisnął moje ramię.

– Ty niewdzięczny bachorze. Robię ci przysługę, a ty nawet nie przemyślisz mojej propozycji? Masz szczęście, że jeszcze nie wykopałem cię na ulicę.

– Jaredzie, ja po prostu chcę być sama. Nie mogę przyjąć twojej oferty. Przepraszam.

Ale on nie chciał odpuścić. Zamiast tego ścisnął jeszcze mocniej, czym sprawił mi ból.

– Nie bądź taka, kochanie – zadrwił. – Wiem, że tego chcesz.

Żółć podeszła mi do gardła. Jak ktokolwiek może być tak obrzydliwy?

– Puść mnie – warknęłam, a mój głos stał się niski i groźny.

On tylko się zaśmiał.

– Czemu jesteś tak wrogo nastawiona, kaczuszko? Mogę ci dać wszystko, czego pragniesz. Musisz tylko grzecznie się zachowywać.

Pomyślałam, że ostatecznie dorobię się kompleksów – wszyscy mężczyźni wokół mnie uważali, że przypominam ptaka.

Zrobiło mi się niedobrze. Myśl o tym, żeby mu się poddać, pozwolić się dotknąć, sprawiała, że chciałam krzyczeć. Wiedziałam jednak, że muszę zachować ostrożność. Ten mężczyzna miał władzę i jeśli nie postępowałabym z rozwagą, mógłby mnie zniszczyć.

Zrobiłam więc jedyną rzecz, jaka mi pozostała – zacisnęłam palce w pięść i rzuciłam się na niego, a potem uderzyłam go w twarz najmocniej, jak potrafiłam. Zatoczył się i złapał za nos, z którego krew spływała aż do podbródka.

Jego twarz zrobiła się purpurowa ze złości, co pasowało do pokrywającej ją cieczy. Spojrzał na mnie z wściekłością.

– Dobra – wydusił z siebie, cofając się. – Jak chcesz. Ale nie wracaj do mnie z płaczem, jak zostaniesz bez hajsu i dachu nad głową.

Jego groźba była klarowna – życie miało stać się dla mnie jeszcze trudniejsze.

Patrzyłam, jak odchodzi, i czułam rosnący strach. Nie było mnie stać na przeprowadzkę, ale musiałam się z tego jakoś wyplątać. I to szybko.

Dlaczego wszyscy mężczyźni byli takimi dupkami?

1 GED (z ang. General Educational Development) – test pozwalający osobom, które nie ukończyły szkoły średniej, uzyskać oficjalny certyfikat równoważny dyplomowi [wszystkie przypisy pochodzą od redaktorki, chyba że zaznaczono inaczej].

ROZDZIAŁ 4

MONROE

Zatrzasnęłam drzwi za Jaredem, oparłam się o nie i osunęłam na ziemię. Moje serce galopowało ze strachu i obrzydzenia. Czy ja byłam przeklęta? Bo z pewnością właśnie tak się czułam. Biorąc pod uwagę Jareda i Kevina, zdobyłam nagrodę w konkursie na najwięcej chamskich interakcji w ciągu dnia.

Potarłam twarz i kilka razy głęboko odetchnęłam, czując się zbezczeszczona i bezsilna.

Myśl, myśl, myśl.

W tym momencie odezwał się mój telefon. O ile nie chodziło o pracę, to nikt do mnie nie pisał ani nie dzwonił, więc wyjęłam go szybko, by na niego spojrzeć. To była wiadomość z nieznanego numeru.

Nieznany numer:

Daj mi drugą szansę, maleńka… a zakręcę Twoim światem.

W osłupieniu gapiłam się na to zdanie.

Czy to był jakiś Narodowy Dzień Dupka, że ci sypali się jak grzyby po deszczu? Który z tych czubków do mnie pisał? Kevin? Obleśny Jared? Ktoś, kogo nie znałam?

Już chciałam odłożyć telefon i zignorować wiadomość… ale zmieniłam zdanie. Odpisałam ze złością:

Nawet za milion lat nie zakręcisz moim światem.

Odłożywszy komórkę, poczułam się dziwnie lepiej.

Telefon ponownie zawibrował.

Nieznany numer:

Oboje wiemy, że to nieprawda.

Co za zarozumiały dupek. Oczywiście uważał, że jest dla kobiet darem od Boga. Mogłam sobie wyobrazić Kevina i mojego gospodarza, jak wysyłają takie wiadomości do jakiejś biednej dziewczyny.

Oboje wiemy, że Twój penis jest ledwo widoczny, a co dopiero wystarczający dla waginy.

Po mojej odpowiedzi nastała długa cisza, więc odłożyłam telefon. Byłam zadowolona, że udało mi się go zawstydzić.

Wtedy jednak pojawiła się wiadomość:

Nieznany numer:

Jeśli w ten sposób chciałaś sprawić, bym wysłał Ci zdjęcie swojego kutasa, to prawie Ci się udało.

Z sapnięciem opadłam na łóżko i prychnęłam sama do siebie. Ostatnie, czego mogła chcieć dziewczyna, to zdjęcie pomarszczonych starych jaj jakiegoś faceta.

Podziękuję. Nie przepadam za pomarszczonymi jajami.

Nieznany numer:

Widzisz, teraz mam wrażenie, że mnie stalkujesz. Skąd wiedziałaś, że zniewagi mnie podniecają?

Uśmiechnęłam się. Może i ten facet przypominał mojego gospodarza, ale przynajmniej był zabawny. Następna wiadomość:

Nieznany numer:

Gdybym wiedział, że jednak okażesz się interesująca, to bym się pojawił wczorajszej nocy.

Mina mi zrzedła. Kim, do cholery, był ten koleś?

Cóż, ja wiedziałam, że nie jesteś interesujący. Więc też nie przyszłam.

Zaczęła mnie wzywać praca do napisania i choć ta przerwa była miła, nadszedł czas, by wracać do roboty. Zwłaszcza jeśli będę musiała znaleźć nowe mieszkanie. Nie zarabiałam tyle, by mieć na kaucję za pierwszy i ostatni miesiąc (a wiedziałam, że nie wydębię jej od Jareda), więc znalezienie miejsca, w którym nie będą jej wymagali, jeszcze bardziej skróci czas, którego już i tak nie miałam.

Mój telefon znów zawibrował.

Nieznany numer:

Może pobądźmy nieinteresujący wspólnie.

Prychnęłam.

Masz zły numer. Mam nadzieję, że dziewczyna, którą wczoraj olałeś, nigdy Ci nie odpisze.

Wyjęłam książkę do analizy matematycznej, wiedząc, że dzisiaj i tak nic z niej nie zrozumiem, podobnie jak wczoraj.

Nieznany numer:

Kara?

Zignorowałam tę wiadomość.

Nieznany numer:

Bez sensu udawać, że to zły numer i mnie ignorować, Karo. To mnie prowokuje.

Nie wiem, o czym myślałam – a może wcale nie myślałam – bo szybko strzeliłam sobie selfie z uniesionym środkowym palcem i mu ją wysłałam.

Nieznany numer:

Proszę, błagam, nie bądź Karą.

Odłożyłam książkę do matmy.

Chyba już Ci napisałam, że to nie ja. Życzę Panu miłego dnia.

Natychmiast pojawiła się wiadomość:

Nieznany numer:

Jak masz na imię?

Powiedziałam: „Życzę Panu miłego dnia”.

Nieznany numer:

Proszę 🙏

Nie zdradzę Ci mojego imienia, czubku. Nie wiesz, że nie należy ufać obcym?

Nieznany numer:

Przecież właśnie wysłałaś mi swoje zdjęcie, a boisz się zdradzić imię? Może jednak jesteś Karą.

Zmarszczyłam nos.

Mam na imię Monroe.

Rzuciłam telefonem. Wkurzyłam się, bo nie byłam pewna, czemu odpowiadam na te wiadomości. Może to przemawiająca przeze mnie desperacja w poszukiwaniu jakiegokolwiek kontaktu ludzkiego. Tylko to mogło tłumaczyć, że właśnie traciłam zmysły.

Nieznany numer:

A więc… czy ktokolwiek Ci kiedyś powiedział, że jesteś cholernie seksowna?

Śnij dalej, chłopczyku. Jestem zdecydowanie poza Twoją ligą i Kara pewnie też. Ale brawa za odwagę.

Nieznany numer:

Czyli wiesz, kim jestem…

Wysłałam mu zdezorientowaną emotkę, a tuż po niej:

Która część mojej wiadomości sugerowała, że wiem, kim jesteś?

Zapadła długa cisza, a kiedy nie odpowiedział przez kolejne pięć minut, zmusiłam się, by podnieść podręcznik do matmy i zacząć odrabiać zadanie domowe.

*

LINCOLN

Zszedłem z lodowiska i od razu skierowałem się do szatni, nie mogłem się doczekać, kiedy wszystko z siebie zdejmę i wejdę pod prysznic. Po sprintach, do których trener zmuszał nas przez ostatnie trzydzieści minut, cuchnąłem jak spocone jaja. Przynajmniej szło nam lepiej i miałem większe nadzieje związane z jutrzejszą grą.

Gdy przechodziłem obok lustra w szatni i złapałem kawałek swojego odbicia, w jednej chwili ogarnął mnie żal. Świat myślał, że jestem wszystkim, z moimi złotymi włosami i przenikliwymi bursztynowymi oczami – to były ich słowa, nie moje – ale ja w swoim odbiciu widziałem brata. Mieliśmy takie same oczy i włosy, a jednak stałem tam tylko ja.

Odetchnąłem głęboko i starałem się odepchnąć od siebie wspomnienia, ale one zawsze tam były, czaiły się pod powierz­chnią.

Miałem wszystko. I z chęcią bym to oddał. W zamian za jeden dzień…

Za każdym razem, gdy widziałem siebie w lustrze, przypominałem sobie o tym, co straciłem. Co zrobiłem jedynej osobie, która mnie kochała.

Miałem poczucie winy i odpowiedzialności. Ciążyło to na mnie niczym wielkie brzemię. Za każdym razem, gdy spoglądałem w lustro, widziałem w odbiciu jego twarz.

– Znowu się na siebie gapisz, królowo piękności? – zaśmiał się Lancaster, który właśnie zdejmował koszulkę.

Zmusiłem się do dumnego uśmiechu i prześliznąłem obok, by otworzyć szafkę, po czym usiadłem na ławce i zacząłem ściągać łyżwy.

Mój telefon zawibrował, więc go wyjąłem.

Ojciec:

Co Ty, do kurwy, robisz, chłopcze?

Kurwa.

Noc u Ariego zmieniła się w kompletną popijawę. Jakaś dziewczyna na korytarzu w klubie ssała mi kutasa, więc… zupełnie zapomniałem o Karze.

I mój ojciec sprawi, że za to zapłacę.

Można by pomyśleć, że w wieku dwudziestu czterech lat nie będę na łasce starego, ale gdy było się odpowiedzialnym za śmierć jego syna, dziedzica imperium Danielsów… sprawy się komplikowały. Napisał ponownie, zanim jeszcze zdążyłem odpowiedzieć:

Ojciec:

Masz to natychmiast naprawić.

Zaraz to zrobię.

Otworzyłem kontakty i poszukałem numeru Kary, choć myślałem, że nigdy go nie użyję.

Daj mi drugą szansę, maleńka… a zakręcę Twoim światem.

Sapnąłem i odłożyłem telefon, obawiając się momentu, kiedy w końcu będę się musiał z nią spotkać. Była nudna jak flaki z olejem i nawet nie nadrabiała ciałem. Tak sztywna, że jej cipa była pewnie zimna jak mrożona ryba. Gdyby mój kutas miał się z nią zetknąć, prawdopodobnie by zamarzł.

Mój telefon zawibrował, a gdy na niego spojrzałem, oczy niemal wyszły mi z orbit na widok odpowiedzi Kary.

K:

Nawet za milion lat nie zakręcisz moim światem.

To było… niespotykane. Spodziewałem się, że Kara zaproponuje jakieś spotkanie – gdziekolwiek, na cokolwiek. Była tak zdesperowana.

Nowa strona jej osobowości trochę mnie zaintrygowała, więc napisałem:

Oboje wiemy, że to nieprawda.

K:

Oboje wiemy, że Twój penis jest ledwo widoczny, a co dopiero wystarczający dla waginy.

Dosłownie opadła mi szczęka. Czy jakiś obcy przejął ciało Kary? Uderzyła się w głowę i ma teraz nową osobowość? Do tej pory każda rozmowa z nią powoli przybliżała mnie do śmierci…

Jeśli w ten sposób chciałaś sprawić, bym wysłał Ci zdjęcie swojego kutasa, to prawie Ci się udało.

K:

Podziękuję. Nie przepadam za pomarszczonymi jajami.

Cóż, pewnie wie, że moje jaja są idealne, biorąc pod uwagę, że przeruchałem kilka jej koleżanek, a te dziunie rozmawiają dosłownie o wszystkim…

Widzisz, teraz mam wrażenie, że mnie stalkujesz. Skąd wiedziałaś, że zniewagi mnie podniecają?

Gdybym wiedział, że jednak okażesz się interesująca, to bym się pojawił wczorajszej nocy.

Poczułem na głowie oddech Lancastera, więc się odwróciłem i zgromiłem go wzrokiem.

– Czy istnieje jakiś powód, dla którego próbujesz mnie pocałować?

Wyszczerzył się i puścił do mnie oko.

– Tylko się zastanawiam, co tak oczarowało złotego chłopaka.

K:

Cóż, ja wiedziałam, że nie jesteś interesujący. Więc też nie przyszłam.

Przescrollowałem na pierwszą wiadomość, żeby Lancaster mógł wszystko przeczytać. Uniósł brew.

– Dlaczego mnie to podnieca?

– Pewnie dlatego, że lubimy takie gierki – stwierdziłem.

Może pobądźmy nieinteresujący wspólnie.

– Tylko na to wpadłeś? Jak ci się udaje sprawić, że ktokolwiek ma ochotę ssać twojego kutasa? – zdziwił się Ari.

Popatrzyłem na niego spod uniesionej brwi.

– Wystarczy mi do tego moja twarz – odparowałem, ignorując poczucie winy gryzące mnie od środka.

K:

Masz zły numer. Mam nadzieję, że dziewczyna, którą wczoraj olałeś, nigdy Ci nie odpisze.

– Bez jaj – mruknąłem i natychmiast odpisałem.

Kara?

Zabębniłem palcami w ławkę, a wcześniejsze rozbawienie uleciało, zastąpione irytacją. Czekając na odpowiedź, patrzyłem na pojawiające się i znikające kropki, wskazujące na to, że odpisuje, ale… wtedy zniknęły. Minuty mijały i zdałem sobie sprawę, że nie planuje mi odpowiedzieć.

Bez sensu udawać, że to zły numer i mnie ignorować, Karo. To mnie prowokuje.

Zdjęcie, które się pojawiło, zmieniło kurs mojego życia. Jakby przepisano mi DNA na nowo. Jakby gwiazdy zmieniły położenie.

Nie wierzyłem w miłość od pierwszego wejrzenia.

W ogóle nie wierzyłem w miłość.

Ale gdyby tak było, zakochałbym się w dziewczynie z tego zdjęcia.

Jej twarz zaparła mi dech. Wyraźne, choć subtelne rysy zdawały się zbyt idealne, by mogły być prawdziwe. Długie czarne włosy w delikatnych falach spływały na ramiona i okalały jej twarz tak, że aż zatrzepotało mi serce. Soczyście zielone oczy były jak cios w brzuch – stanowiły kałuże szmaragdów, w których chciałem się zanurzyć. To były oczy, w których mógłbym się zatracić, przyciągały mnie hipnotyzującym spojrzeniem.

Była niczym błyskawica – uderzająco piękna i pełna buntu. Jej pełne usta błagały, by je pocałować… lub by zamknąć się na moim kutasie.

Na fotce pokazywała mi środkowy palec. Była petardą, tym typem dziewczyny, który sprawia, że moja krew wrze z pożądania.

Wgapiałem się w jej zdjęcie, a w moich żyłach budziła się obsesja.

– Koleś, skąd masz to zdjęcie? Ta dziewczyna jest zaaajebiście seksowna.

Podskoczyłem. Zapomniałem o Arim. Szybko wygasiłem ekran i ogarnęła mnie irracjonalna wściekłość, że ją widział.

Lancester rzucił mi wszystkowiedzące spojrzenie.

– Wiesz, że ładnie jest się dzielić. Zwłaszcza gdy ktoś wygląda jak ona.

– Pierdol się – fuknąłem, chcąc zignorować jego istnienie, gdy dotarło do mnie, że… to pewnie Kara wysyłała mi te wiadomości. A to oznaczało, że ta perfekcyjna bogini ze zdjęcia mogła się znajdować gdziekolwiek na świecie i nie byłem w stanie jej znaleźć.

Proszę, błagam, nie bądź Karą.

K:

Chyba już Ci powiedziałam, że to nie ja. Życzę Panu miłego dnia.

Zalała mnie fala ulgi. Tak mi się zdawało, że to nie Kara wysyłała te wiadomości. Czyli istniała szansa…

Jak masz na imię?

K:

Powiedziałam: „Życzę Panu miłego dnia”.

Proszę 🙏

K:

Nie zdradzę ci mojego imienia, czubku. Nie wiesz, że nie należy ufać obcym?

Zaśmiałem się i Ari, który kończył się ubierać, spojrzał na mnie podejrzliwie.

Przecież właśnie wysłałaś mi swoje zdjęcie, a boisz się zdradzić imię? Może jednak jesteś Karą.

K:

Mam na imię Monroe.

Monroe. Poruszyłem ustami na kształt tego słowa, a moja obsesja owijała każdą literę. Co, do kurwy, jest ze mną nie tak?

A więc… czy ktokolwiek Ci kiedyś powiedział, że jesteś cholernie seksowna?

K:

Śnij dalej, chłopczyku. Jestem zdecydowanie poza Twoją ligą i Kara pewnie też. Ale brawa za odwagę.

Zmarszczyłem brwi. Za odwagę? To musiała być jebana Kara albo któraś z jej przyjaciółeczek.

Czyli wiesz, kim jestem…

K:

Która część mojej wiadomości sugerowała, że wiem, kim jesteś?

Czułem się jak opętany. Wstałem i ponownie obejrzałem zdjęcie dziewczyny… i zapisałem je w telefonie. Monroe… Zarzuciłem torbę na ramię i wyszedłem. Musiałem się dostać do komputera. Musiałem sprawdzić, czy ta dziewczyna naprawdę istnieje.

Nie byłbym w stanie myśleć o niczym innym… ani jeść, spać, a nawet, kurwa, oddychać, dopóki bym się nie dowiedział, z kim mam do czynienia.

– Lincoln, co do kurwy? Co ty robisz?! – zawołał za mną Ari.

– Do zobaczenia później – odpowiedziałem, nawet się za siebie nie oglądając, tylko pokazałem mu nad ramieniem środkowy palec.

Proszę, bądź prawdziwa.