The Maddest Obsession - Danielle Lori - ebook

The Maddest Obsession ebook

Danielle Lori

4,7

44 osoby interesują się tą książką

Opis

The Sweetest Oblivion – pierwszy tom tej serii – został okrzyknięty przez czytelniczki ich „odkryciem roku”.

Ona boi się ciemności, której on jest panem.

Jej sukienki są bardzo obcisłe, a obcasy zbyt wysokie. Za głośno się śmieje i bez skrępowania mówi o swoim zamiłowaniu do narkotyków. Jednak niewiele osób wie, że to tylko fasada. Mur, za którym młoda żona mafiosa ukrywa ataki paniki.

W oczach większości ludzi Christian jest przykładnym stróżem prawa. Niemniej półświatek Nowego Jorku zna go jako kogoś zupełnie innego. Jest tak mocno powiązany z mafią, że z powodzeniem mógłby być jednym z jej członków.

Zasady moralne są Christianowi obce. Mówi, że był już w piekle, a to, co tam widział, nie zrobiło na nim wrażenia.

Gianna jest dla niego zakazana. W dodatku mężczyzna jej nie toleruje – jej powierzchowności, całej otoczki, którą wokół siebie stworzyła. Poza tym jest mężatką. To wszystko powinno go odpychać.

Jednak Gianna nie wie jednego. Za wyraźną niechęcią Christiana i otwarcie okazywaną przez niego nienawiścią, kryje się prawdziwa obsesja. Obsesja na punkcie Gianny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 417

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
KasiaMaz

Z braku laku…

Czekałam na drugą część ponieważ pierwsza była rewelacyjna. Niestety druga okazała się bardzo słaba. Męczyłam się, ale chciałam dać szansę autorce, nawet w pewnych momentach zastanawiałam się czy, oby to na pewno kontynuacja pierwszej części i czy książka pisana jest przez tą samą autorkę. Dałam z braku laku ze względu na pierwszą część, ale w innym wypadku dałabym jedną gwiazdkę. Głowna bohaterka smętna, Pan oficer czasami wydawał z siebie jakiś pomruk. Nadrabiają wątki o Asie😉
00

Popularność




Tytuł oryginału

The Maddest Obsession

Copyright © 2018 by Danielle Lori

All rights reserved

Copyright © for Polish edition

Wydawnictwo NieZwykłe

Oświęcim 2020

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Redakcja:

Magdalena Lisiecka

Korekta:

Justyna Nowak

Katarzyna Olchowy

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Przygotowanie okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

978-83-8178-486-3

PLAYLISTA

Jealous – Labrinth

when the party’s over – Billie Eilish

White Rabbit – Jefferson Airplane

Piano Man – Billy Joel

Iris – Goo Goo Dolls

To Build a Home – The Cinematic Orchestra

The Good Side – Troye Sivan

Nevermind – Dennis Lloyd

What It’s Like – Everlast

Hi-Lo (Hollow) – Bishop Briggs

bury a friend – Billie Eilish

Sorry – Halsey

OD AUTORKI

Akcja The Maddest Obsession toczy się na przestrzeni siedmiu lat. Zaczyna się, kiedy Gianna ma dwadzieścia jeden lat, a kończy, gdy ma dwadzieścia osiem. Dlatego podzieliłam książkę na dwie części: przeszłość i teraźniejszość. Każdy rozdział części pierwszej przedstawia jeden rok z życia Gianny, natomiast perspektywa Christiana obejmuje tylko kilka dni.

Część druga przedstawia bieżące wydarzenia. Zbiegają się one z fabułą pierwszego tomu „MADE”, dlatego wszystkich, którzy jeszcze nie czytali The Sweetest Oblivion,a mają taki zamiar, zachęcam, by zrobili to w pierwszej kolejności.

Ściskam i całuję

Danielle

Dla mojego brata.

Corey, zawsze chciałeś dokonać czegoś wyjątkowego i Ci się udało.

Nie dorastamy Ci do pięt.

Zawsze będę Cię kochać.

CZĘŚĆ IPrzeszłość

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Christian

Nowy Jork

Wrzesień 2015

– Powiedz mi jedną rzecz o sobie.

Przestrzeń między nami wypełniało tykanie zegara. Ciepłe kolory i różnorodność miejsc do siedzenia miały uczynić pokój przytulnym. Miały. Powietrze było gęste i mdłe, jakby każde kłamstwo wypowiedziane w tym pokoju zostawało tu na zawsze.

Zmrużyłem oczy na wspomnienie wczorajszego mrugnięcia Kyle’a Sheetsa. Przeszedł przez to co ja – choć oskarżano go o co innego – i jakoś zdołał się wywinąć z tego, że na komputerze służbowym miał hentai1. Żyłem i oddychałem kłamstwem, ale myśl, że wrzucili mnie do jednego worka z tym bydlakiem, naprawdę mnie wkurzyła. Kurwa, ten gość zakładał adidasy do garnituru.

Przesuwając w zamyśleniu ręką po szczęce, przyznałem:

– Mam nałogową osobowość.

Doktor Sasha Taylor nie zdołała powstrzymać błysku zaskoczenia w oczach i ukryć ludzkiej reakcji. Wbiła wzrok w moje akta, które trzymała na kolanach. Na spodnium blondynki nie było ani jednej fałdki. Studiowała w Yale i pochodziła ze starej bogatej rodziny. Miała trzydzieści jeden lat i wszystko, czego szukałem w kobiecie: inteligencję, urodę, klasę.

– Alkohol? – spytała.

Potrząsnąłem głową.

– Narkotyki?

Byłoby łatwiej.

– Kobiety?

Kobieta.

Kolejny raz potrząsnąłem głową, ale tym razem z uśmiechem.

Spojrzała na moje usta, przełknęła ślinę i odwróciła wzrok.

– Wrócimy do tego później. – Zawiesiła głos. – Wiesz, dlaczego tu jesteśmy? – Spojrzałem na nią obojętnie. Na chwilę spuściła oczy. – Oczywiście, że wiesz. Czy… to zdarzenie ma coś wspólnego z twoją… nałogową osobowością?

Wbiłem wzrok w jej czerwone jak wóz strażacki szpilki i nagle znienawidziłem się za to, że nie mam jakiegoś mniej poważnego uzależnienia, jak choćby hentai. Zamieniłbym się w ciemno za ten syf.

Wszyscy o tym wiedzieli, Allister. Zachowuj pozory, tylko tyle mogę zrobić.

To przez te słowa mi odwaliło.

Nie byłem dobrym człowiekiem, a pracowałem dla jeszcze gorszych od siebie. Jednak już za młodu, i to o wiele za wcześnie, zrozumiałem, że świat nie jest czarno-biały. Czasem człowiek tak się zbruka, że już nie ma powrotu na jasną stronę mocy, a po ciemnej stronie było okej. Nawet jeśli to drugie w moim przypadku nie miało miejsca, nigdy nie zaryzykowałbym wszystkiego, co udało mi się zbudować. Zbyt ciężko pracowałem na to, co mam, żeby zrezygnować z tego dla kobiety. Zwłaszcza wyglądającej jak owoc miłości Britney Spears i Kurta Cobaina.

– Nie – skłamałem.

Gdybym był stuprocentowo szczery, w godzinę zamknęliby mnie w pokoju bez klamek, albo raczej Sasha Taylor zniknęłaby bez śladu z pomocą agentów FBI.

– Niektórzy twierdzą, że chodziło o kobietę – rzuciła bez przekonania.

Uniosłem brew.

– A ty, Sasho?

– Nie.

– Dlaczego?

– Wydajesz się zbyt… wyważony, żeby zachowywać się w ten sposób z powodu kobiety.

Zimny. Chciała powiedzieć, że jestem zbyt zimny.

Miałaby rację – w każdym razie, w normalnych okolicznościach. Ale ta irytująca sytuacja, przez którą tu trafiłem, nie była normalna. Mnie i zimno łączyła kiedyś bliska więź, i to w najbardziej dosłownym znaczeniu, ale teraz byłem jego przeciwieństwem. Poczułem w piersi ogień, którego płomienie lizały strzępy tkwiącej we mnie duszy.

Sasha poprawiła się w fotelu, zakładając nogę na nogę.

– Wracając do nałogowej osobowości… Czy często ulegasz pokusom?

Na samą myśl, że mógłbym spróbować tej słodyczy, serce zaczęło mi walić dwa razy szybciej. Podniecało mnie to i wkurzało. Nienawidziłem jej za to, że przez lata zamieniała moje życie w piekło, ale niech mnie diabli, jeśli nie chciałem jej dotykać, sprawić, żeby nie istniał dla niej żaden, kurwa, inny facet, żeby miała choć w połowie taką obsesję na moim punkcie, jak ja na jej, żeby już nigdy mnie nie zapomniała.

Przejechałem językiem po zębach i odepchnąłem od siebie to uczucie, choć moje ciało pozostało spięte.

– Nigdy.

– Dlaczego?

Pochwyciłem jej spojrzenie.

– Bo wtedy by ze mną wygrały.

– A ty nie lubisz przegrywać? – powiedziała na wydechu.

Niemal czułem bicie jej serca, kiedy patrzyliśmy na siebie spowici gęstą ciszą.

Odgarnęła kosmyk włosów za ucho i spojrzała w papiery, mamrocząc pod nosem:

– Nie, nie lubisz.

Zegar tykał cicho jak bomba, która zaraz wybuchnie. Sasha spojrzała w jego stronę i powiedziała:

– Jeszcze jedno pytanie, zanim skończymy na dziś. Jaki masz sposób na tę swoją nałogową osobowość?

Spokojnie.

– Porządek.

– Lubisz porządek? – zapytała. – W czym?

– We wszystkim.

Na jej szyi pojawił się lekki rumieniec. Odchrząknęła.

– A kiedy w twoje życie wkrada się chaos?

Gęste włosy, czasem ciemne, czasem blond, gładka oliwkowa skóra, nagie stopy i wszystko, co zakazane, przemknęło mi przed oczami.

Ogień w płucach stał się jeszcze gorętszy, odbierając mi dech. Zwykle ból był jak haj. Ale kiedy chodziło o Giannę Russo – przepraszam, obecnie Marino – to było jak syndrom odstawienia. Czułem mdłości. I gorycz.

Odpowiedziałem przez lekko zaciśnięte zęby.

– Porządkuję je.

Już stojąc, zapiąłem marynarkę, po czym ruszyłem w stronę drzwi.

– A co, jeśli czegoś nie da się uporządkować? – Nie dawała za wygraną, wstając gwałtownie i luźno trzymając moją teczkę.

Zatrzymałem się z ręką na klamce i spojrzałem na nadgarstek, na gumkę ukrytą pod mankietem.

– Wtedy, Sasho, wpadam w obsesję – odpowiedziałem szyderczo.

ROZDZIAŁ DRUGI

Gianna

21 lat

Grudzień 2012

Zwinięty w rurkę banknot i biały proszek dawały mi ukojenie.

Czasem to była euforia – nieziemska wręcz euforia z sercem walącym jak oszalałe. Jak seks, tylko bez poczucia pustki.

Czasem to był sposób na osiągnięcie celu. Jedna kreska, a poczucie zagrożenia i każda rana zacierały się w pamięci. Jedna kreska i mogłam być wolna.

Innym razem to był zimny podmuch, skrzypienie stalowych drzwi, które zamykają się z trzaskiem tuż przed nosem.

Echo odbijało się od ścian celi i powracało, jak kulka we flipperze. Przełknęłam, patrząc, jak zasuwa się zamyka.

Ruszyłam do przodu, chwyciłam kraty.

– Chyba mam prawo do telefonu?

Dwudziestoparoletnia latynoska policjantka oparła dłonie na pasie z bronią, po czym zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów spod zmarszczonych ciemnych brwi.

– Masz pecha, księżniczko. Jeśli będę musiała patrzeć na tę koszmarną sukienkę – skinęła głową w stronę mojej czerwonej, cudownie koronkowej sukienki od McQueena – choćby minutę dłużej, głowa będzie mi pękać do końca zmiany.

Chciałam ugryźć się w język, ale nie zdołałam.

– Możesz to zwalać na moją sukienkę, ale obie wiemy, że głowa rozboli cię od tego stylizowanego na starą pannę koka z tyłu głowy, cogliona2.

Zmrużyła oczy i zrobiła krok w moją stronę.

– Jak mnie nazwałaś?

– Hej – wtrąciła się inna policjantka, kładąc dłoń na jej ramieniu. – Idziemy, Martinez.

Dwudziestoparolatka wbiła we mnie wzrok, zanim pomaszerowała za swoją partnerką.

Odwróciłam się, ruszyłam w głąb celi, ale zaraz stanęłam, widząc, że nie jestem sama. W kącie siedziała ruda podstarzała prostytutka. Patrzyła na mnie spod sklejonych maskarą rzęs. Kolor jej pudru był kilka odcieni ciemniejszy od bladej karnacji a siatkowe rajstopy podarte.

– Nie zabrali ci butów.

Spojrzałam na moje czerwone buty Jimmy Choo.

– Bardzo ładne – powiedziała, skubiąc lakier z paznokci.

Popatrzyłam na jej gołe stopy, westchnęłam i siadłam na ławce obok.

Nie zabrali mi butów, bo długo tu nie posiedzę. Byłam pewna, że za kilka minut ważniaczka w źle dopasowanym mundurze zaprowadzi mnie gdzieś, gdzie będą kanapa i kawa, do jakiegoś przyjemniejszego miejsca, gdzie stanę się bardziej skora do wyjawienia wszystkich sekretów Cosa Nostry.

Przynosisz wstyd.

Nie jesteś nic warta.

Odrażająca.

Przygryzłam dolną wargę, gdy wzbierał we mnie niepokój.

– Ile kosztowały? – spytała moja towarzyszka z celi. W tej samej chwili drzwi gdzieś w końcu korytarza otworzyły się i zamknęły. Od echa włoski zjeżyły mi się na ramionach.

Usłyszałam go, zanim zobaczyłam.

Od razu wiedziałam, że to federalny, którego po mnie przysłali.

Mówił urzędowym beznamiętnym głosem, choć każde słowo miało w sobie coś nieokreślonego: ostrą krawędź, jak mroczny grzech, skrywany w zakamarkach duszy.

Kolejne słowo, które wypowiedział – Gianna – było jak dotyk, jak muśnięcie stalowych skrzydeł na delikatnej skórze. Odpędziłam od siebie to wrażenie, przekładając włosy na jedno ramię.

– Prawdopodobnie za dużo – odpowiedziałam w końcu, z dziwnym uczuciem bezdechu.

Prostytutka skinęła głową, jakby świetnie rozumiała, co mam na myśli.

Musiała być piękna – gdyby nie makijaż, nałóg, który zgasił blask w jej oczach, i lata obsługiwania najzacniejszych nowojorczyków.

Pokrewna dusza, jeśli w ogóle kiedyś taką spotkałam.

Znów usłyszałam głos federalnego rozmawiającego z Martinez – tym razem bliżej. Przez hałas w innych celach nie słyszałam, o czym rozmawiali, ale jej głos był wyraźnie łagodniejszy, na pierwszy plan wysunęły się jej latynoskie korzenie, słowa brzmiały zmysłowo.

Przewróciłam oczami. Romans w pracy.

Słodkie.

Jednak nie wierzyłam, że federalny złapie przynętę. Czułam przez skórę jego obojętność, jego zimny ton.

Przeszył mnie dreszcz.

Na miłość boską, to tylko agent federalny. Od urodzenia miałam do czynienia z ludźmi mafii.

Oparłam się plecami o ścianę z obojętnością, której nie czułam. Nakręcałam ciemny kosmyk włosów na palec.

Pomieszczenie stało się mniejsze, ściany przybliżały się, jak wielokrotnie wcześniej.

Długi wdech. Wydech.

Odwróciłam głowę, spojrzałam przez kraty.

Martinez stała w korytarzu, patrząc na federalnego, który zmierzał w moim kierunku. W jej oczach widać było czysty nieodwzajemniony zachwyt.

Chyba wszyscy jesteśmy w jakimś stopniu pokrewnymi duszami.

Jego postać odbijała się w kratach, kiedy z odwróconym wzrokiem mijał celę za celą. Szedł bez wysiłku. Ułożenie ramion, luźno opuszczone ręce – emanowały z niego pewność siebie i niszcząca siła, jakby jednym skinieniem potrafił kruszyć mury i kobiece serca.

Podniósł oczy i spojrzał na mnie, ciężko i beznamiętnie, jakbym była przezroczysta.

Zmroziło mnie.

Nasze spojrzenia spotkały się na sekundę, ale miałam wrażenie, jakby wszystko toczyło się w zwolnionym tempie. Zabrakło mi tchu. Założyłam nogę na nogę, odsłaniając dużą część uda. Poczucie bezpieczeństwa otuliło mnie niczym ciepły koc. Dopóki patrzyli na moje ciało, nigdy nie byli w stanie dostrzec, co skrywały oczy.

Mimo to, kiedy dotarł do mojej celi, najpierw spojrzał mi prosto w oczy. Bezduszne. Przenikliwe. Błękitne. Jego spojrzenie paliło, jakbym w upalny letni dzień stała w otwartych drzwiach zamrażarki, a gorące i zimne strumienie powietrza krążyły wokół mnie niczym obłoki pary.

Kiedy tak stał przed celą i z odległości metra czy dwóch czułam dotyk jego niebezpiecznej obecności, byłam pewna, że to on jest zamknięty. Nie mogło być inaczej.

Słabe światło w korytarzu migotało nad jego głową.

Ciemne włosy miał krótko przystrzyżone na bokach, w cieniowaniu znać było rękę fachowca. Szerokie barki, gładkie czarne linie, garnitur doskonale pasował do jego silnego ciała. Kontrola. Precyzja. Widać je było z daleka, jak jaskrawy wzór na skórze jadowitego węża.

Ale to jego twarz przyciągała uwagę. Symetryczna, doskonale proporcjonalna. Nie mógł jej zepsuć nawet zimny, kamienny wyraz. Za drugim spojrzeniem odkryłam ciało, o jakim marzą kobiety, za trzecim – intelekt w każdym geście, jakby wszyscy inni byli tylko pionkami na szachownicy, a on rozmyślał, jak nami zagrać.

Kiedy cela się otworzyła, serce mi podskoczyło. Odwróciłam wzrok na betonową ścianę przede mną.

– Russo.

O nie.

Nie ma mowy.

Gdybym z nim poszła, trafiłabym w łapy siatki handlarzy ludźmi i ślad by po mnie zaginął. Może sobie być agentem federalnym, ale po tych oczach i wyglądzie widać, że ten facet widział i robił rzeczy, o jakich ludziom mafii nawet się nie śniło.

Milczałam.

Miałam zamiar poczekać na federalnego w źle skrojonym garniturze.

Przeniósł wzrok na prostytutkę.

– Jestem Cherry – rzuciła z uśmiechem – ale możesz mnie nazywać, jak chcesz.

Niektóre kobiety nie wiedziały, co dla nich dobre.

Przeciągnął kciukiem po zegarku raz, drugi, trzeci.

– Będę pamiętał – odpowiedział.

Kiedy cały ciężar jego spojrzenia spadł na mnie, poczułam, jakby skóra mi płonęła. Przewędrował wzrokiem w dół mojego ciała, zostawiając za sobą ślad lodu i ognia, nim z dezaprobatą zmrużył oczy. I jak na pstryknięcie, obawa wywołana tym, jak patrzył w moje oczy, jakbym była człowiekiem, a nie tylko ciałem, uleciała, i on był już teraz tylko mężczyzną.

Mężczyzną, który mnie osądza, który czegoś ode mnie chce.

– Wstań.

Który mówi mi, co mam robić.

Powoli i z wahaniem zaczęła się we mnie budzić frustracja.

Chciałam odczekać pełne trzy sekundy, zanim zareaguję, ale po pierwszych dwóch ogarnęło mnie nagłe i zdecydowane przekonanie, że nie dotrwam do trzeciej.

Posłusznie wstałam i zamarłam przed odryglowanymi drzwiami. Stałam w jego cieniu i nawet on był jak zimny dotyk.

Nienawidziłam wysokich mężczyzn i tego, jak patrzyli na mnie z góry, wisząc nade mną jak chmura zasłaniająca słońce. Światem od zawsze rządzili wielcy faceci. W tamtej chwili, kiedy stałam z dłońmi zaciśniętymi na stalowych kratach i patrzyłam w jego błękitne oczy, bardziej niż kiedykolwiek czułam, że tak właśnie jest.

Patrzyło na mnie uosobienie zniecierpliwienia.

– Nie wiesz, jak się nazywasz, czy tylko zapomniałaś?

Na dźwięk jego eleganckiego, nieco chropowatego głosu dreszcz przemknął mi po plecach. Uniosłam ramię i wypaliłam bez sensu:

– Nie masz źle skrojonego garnituru.

– Niestety, nie mogę tego powiedzieć o tobie – wycedził.

Naprawdę to powiedział?

Zmrużyłam oczy.

– To sukienka od McQueenai jest idealnie skrojona.

Z wyrazu jego twarzy wyczytałam, że zupełnie go to nie obchodziło. Otworzył drzwi, a fala zimnego powietrza owiała moją nagą skórę.

– Idziemy – rozkazał.

Ta jednowyrazowa komenda podziałała mi na nerwy, ale jak sobie pościeliłam, tak się teraz wyśpię. Kiedy wychodziłam z celi pod jego ramieniem przytrzymującym drzwi i ruszyłam korytarzem, w uszach słyszałam walenie własnego serca.

Zewsząd słychać było gwizdy.

Może moja skóra była gładka w dotyku, ale pod spodem, po tych dwudziestu jeden latach, była twarda jak pancerz. Ich słowa, drwiny i gwizdy trafiały w pustkę, tę samą, gdzie goiły się siniaki.

Poczułam przypływ adrenaliny. Ostre światło. Zatęchłe powietrze. Skrzypienie butów policjanta.

Zbliżając się do rozwidlenia na końcu korytarza, zwolniłam. Byłam tak rozstrojona sytuacją, w jakiej się znalazłam, i facetem, który szedł za mną, że kiedy usłyszałam jego „Na prawo”, skręciłam w lewo.

– To drugie prawo. – Zauważyłam lekką irytację w jego głosie, jakbym była ptasim móżdżkiem, na który szkoda czasu.

Z frustracji zaczerwieniłam się, a z moich ust znów niepotrzebnie popłynęły słowa.

– Miło byłoby wiedzieć wcześniej, gdzie mam iść, stronzo3.

– Nie wiedziałem, że potrzebujesz czasu na przetworzenie prostego polecenia – odpowiedział, a głęboki, mroczny ton przebił się na powierzchnię. – Jeszcze raz nazwiesz mnie dupkiem, Russo, i pożałujesz.

Poczułam na plecach ostrość jego słów i w tym momencie znienawidziłam trochę gościa za to, że zna włoski.

Weszłam do holu i zobaczyłam drzwi wejściowe. Marzyłam, żeby znaleźć się po ich drugiej stronie, ale – szczerze mówiąc – teraz wolałabym już zostać tu, niż pójść z nim.

Agent federalny w źle skrojonym garniturze, ten, którego się spodziewałam, miał delikatnie wyciągnąć ze mnie sekrety Cosa Nostry, co w najgorszym razie mogłoby obejmować rękę położoną zbyt wysoko na moim udzie, ale nigdy fizycznie nie skrzywdziłby kobiety. Przełknęłam, a moje oczy podążały za idącym w stronę kontuaru facetem, który zjawił się zamiast niego. Ten tu był potężny i nieprzejednany. Zimny i najprawdopodobniej nieczuły na damskie sztuczki.

Jakich metod używał przy przesłuchaniu? Podtapianie? Elektrowstrząsy?Czy to w ogóle wchodziło w grę?

Lęk ścisnął mi żołądek.

Odznaka za odznaką, za odznaką – przed oczami migotały mi rozmazane złote i srebrne obrazy, od których zrobiło mi się niedobrze.

Weszłam do pomieszczenia i zatrzymałam się obok federalnego.

– Dlaczego nie mam kajdanek? – zapytałam, patrząc na dwóch policjantów wyprowadzających skutego więźnia frontowymi drzwiami.

Stukał palcem o kontuar w rytmie na trzy – puk, puk, puk – i patrzył na mnie kątem oka, a w jego spojrzeniu czaił się ślad oschłego rozbawienia.

– Chciałaś mieć kajdanki? – Jego słowa zabrzmiały prowokacyjnie i poufale. Nagle zrozumiałam dwie rzeczy: był dupkiem i zdarzyło mu się skuć kobietę w łóżku.

Na tę niespodziewaną odpowiedź moje serce przyspieszyło. Żeby to ukryć, udałam znudzenie.

– Dzięki za propozycję, ale jestem mężatką.

– Widzę po twoim palcu.

Odruchowo spojrzałam na obrączkę i z jakiegoś głupiego powodu poczułam się urażona, że nie obchodziło go, czy jego więzień jest skuty czy nie. Przecież mogłam stanowić zagrożenie dla niego i porządku publicznego.

– Mogłabym uciec – powiedziałam, choć wcale nie miałam takiego zamiaru.

– Spróbuj.

To było zarazem wyzwanie i ostrzeżenie.

Przeszył mnie zimny dreszcz.

– Byłbyś z siebie dumny? Że złapałeś dziewczynę o połowę mniejszą od siebie?

– Tak.

W jego odpowiedzi nie było cienia wątpliwości.

– Właśnie na tym polega problem z wami, agentami federalnymi. Uwielbiacie się rozporządzać.

– Rządzić – poprawił sucho.

– O co ci chodzi?

– Powinnaś powiedzieć: rządzić się.

Założyłam ręce na piersi i obserwowałam zatłoczony korytarz. Zmrużyłam oczy. Mogłabym przysiąc, że każda kobieta, jaka znalazła się w pobliżu, zwalniała, żeby na niego popatrzeć. Policjantka w średnim wieku, która mogłaby być jego matką, gapiła się na niego, podsuwając mu na drugą stronę kontuaru podkładkę z dokumentami.

Podpisał je i oddał wpatrującej się w niego bez mrugnięcia okiem policjantce. Byłam pewna, że przy takich reakcjach kobiet jego ego było codziennie rozpieszczane.

Kiedy ktoś położył moje sztuczne futro i torebkę na kontuarze, ogarnęła mnie fala niepokoju.

Na pewno elektrowstrząsy nie wchodzą w grę.

– Ubieraj się – rozkazał.

Zatrzymałam się na chwilę, zaciskając zęby, bo jużzałożyłam jeden rękaw.

Złapał moją cekinową torebkę z kontuaru i spojrzał na sztuczne pawie pióra, jakby przenosiły malarię. Sama zrobiłam tę torebkę, była piękna. Wyrwałam mu ją, przerzuciłam pasek przez ramię i ruszyłam w stronę drzwi.

Nagle zatrzymałam się, odwróciłam, jak gdyby nigdy nic podeszłam z powrotem do kontuaru, po drodze zdejmując buty.

– Może pani dopilnować, żeby trafiły do mojej towarzyszki z celi, Cherry?

Policjantka patrzyła na mnie tępym wzrokiem.

Oddałam jej buty.

Spojrzała przez kontuar na moje nagie stopy z pomalowanymi na biało paznokciami, potem wyprostowała się, poprawiając mundur.

– Od godziny pada śnieg.

Zamrugałam.

– Chce pani oddać uzależnionej od opioidów prostytutce – przechyliła buty, żeby zajrzeć do środka – buty Jimmy Choo?

Twarz mi pojaśniała.

– Tak, proszę.

Wywróciła oczami.

– Jasne.

– Cudownie! – zawołałam. – Dziękuję!

Kiedy się odwróciłam, czekało na mnie spojrzenie, które słabszą kobietę bez wątpienia by zmroziło. Szorstko wskazał głową w stronę drzwi.

Westchnęłam.

– Dobrze, panie oficerze, ale tylko dlatego, że tak ładnie pan prosi.

– Agencie – poprawił.

– Agencie, a dalej? – Popchnęłam drzwi. Parking był pokryty cienką warstwą śniegu migoczącego pod czterolampowymi latarniami. Grudniowe powietrze chwyciło moje gołe nogi w swoje ostre pazury, a chłód próbował zagarnąć mnie w swoje objęcia.

Obserwował scenę z góry i mrużył oczy, patrząc na moje bose stopy.

– Allister.

– Który samochód jest pański, agencie Allister?

– Srebrny mercedes na chodniku.

Zebrałam się w garść i zapytałam:

– Może mógłby pan go otworzyć?

Zanim zdążył odpowiedzieć, ruszyłam pędem w stronę jego auta. Mróz kąsał moje stopy a oschłe spojrzenie federalnego wypalało mi dziurę w plecach.

Nie otworzył.

Przeskakiwałam z nogi na nogę, szarpiąc za klamkę od strony pasażera, kiedy on, całkiem niespiesznie, szedł w moją stronę.

– Proszę otworzyć samochód – powiedziałam, a mój oddech zamienił się w parę.

– Proszę przestać szarpać za klamkę.

Ups.

Zamek w drzwiach puścił i wsunęłam się do środka, pocierając stopami o ciepły dywanik.

Samochód pachniał skórą i nim. Byłam pewna, że używał robionej na zamówienie wody kolońskiej, która pasowała do garnituru. Była warta wydanych pieniędzy. Zapach był przyjemny, nawet lekko mnie odurzył. Musiałam zamrugać, żeby pozbyć się tego wrażenia.

Usiadł na miejscu kierowcy i zamknął drzwi. Zignorowałam przeczucie, że zaraz połknie mnie w całości.

Ruszyliśmy w ciszy – pełnej napięcia, ale niemal komfortowej ciszy.

Z torebki wygrzebałam gumę balonową. Auto wypełnił szelest papierka. Jego wzrok pozostał skupiony na drodze, ale niemal niezauważalnie potrząsnął głową, pokazując, że uważa mnie za idiotkę.

Nie on pierwszy.

Włożyłam gumę do ust i rozejrzałam się po nieskazitelnym wnętrzu samochodu. Ani jednego paragonu. Napoju. Pyłku. Albo właśnie kogoś zabił i zacierał ślady, albo miał nerwicę natręctw.

Bardzo mnie to zaciekawiło.

Zmięłam papierek i chciałam go wrzucić do uchwytu na kubek. Powstrzymało mnie zabójcze spojrzenie agenta.

Więc to chyba jednak nerwica.

Wrzuciłam papierek do torebki.

Założyłam nogę na nogę. Zrobiłam balon.

Przebiłam go.

Cisza stawała się ogłuszająca, więc sięgnęłam w stronę radia, ale znów jego wzrok sprawił, że zmieniłam zdanie. Westchnęłam i poprawiłam się w fotelu.

– Od jak dawna jesteś mężatką?

Zmrużyłam oczy, wpatrując się w przednią szybę. Ten facet nie zadawał nawet pytań – tylko mówił, co masz mu powiedzieć. Ale w ciszy kłębiło się zbyt wiele myśli, więc odpowiedziałam:

– Od roku.

– Młodo wyszłaś za mąż.

Spojrzałam na paznokcie.

– Chyba tak.

– Pewnie pochodzisz z Nowego Jorku.

– Chciałabym – wymamrotałam.

– Nie podoba ci się miejsce, z którego pochodzisz?

– Nie podoba mi się twoja gadka, którą próbujesz wyciągnąć ze mnie informacje. Nie mam ci nic do powiedzenia, więc możesz spokojnie odstawić mnie z powrotem do paki.

Jego ramię musnęło moje, oparte na desce. Odsunęłam się i założyłam nogę na nogę w drugą stronę. Czy ten samochód jest mały, czy tylko na mnie sprawia takie wrażenie?

Ogrzewanie nie było mocno podkręcone, ale czułam, że płonę. Zdjęłam płaszcz i rzuciłam na tylne siedzenie.

Spojrzał na mnie kątem oka.

– Jesteś zdenerwowana?

– Agenci federalni nie wywołują u mnie zdenerwowania, panie Allister, tylko wysypkę.

Zignorowałam jego spojrzenie, którym omiótł mnie od luźnych loków na głowie, przez czerwoną koronkę na brzuchu, spod której widać było diamentowy kolczyk w pępku, po bose stopy.

– Może gdybyś nie ubierała się jak dziwka, gliniarze, którzy cię zatrzymali, by cię nie przeszukali.

Pociągnęłam zębami gumę, którą miałam na palcu, i uśmiechnęłam się do niego.

– Może gdybyś nie wyglądał na pedantycznego dupka, czasem byś jakąś przeleciał.

Kącik jego ust lekko się uniósł.

– Cieszę się, że jest dla mnie jakaś nadzieja.

Wywróciłam oczami i odwróciłam głowę w stronę szyby.

– To musiała być jakaś szczególna okazja – ciągnął.

– Nie.

– Nie? Na co dzień nosisz przy sobie tyle koki?

Wzruszyłam ramieniem.

– Może.

– Jak za nią płacisz?

– Pieniędzmi.

Zrobiłam balon.

Przebiłam go.

Mięsień na jego szczęce się napiął. Poczułam lekkie zadowolenie.

– Dlatego wyszłaś za swojego męża? – Jego spojrzenie spotkało się z moim. – Dla kasy?

Ogarnęła mnie złość. Nie odpowiedziałam. Ale po jego następnym pytaniu nie wytrzymałam.

– Jesteś przynajmniej wierną blacharą?

Blacharą?

– Jakbym miała jakiś wybór! Vaffanculo a chi t’è morto!4

Jego spojrzenie parzyło, było mroczne i gorące.

Zacisnęłam usta.

Szlag.

Ledwo zaczęliśmy gadać, a już wyciągnął ze mnie wyznanie, że nie bardzo miałam wybór, jeśli chodzi o małżeństwo z Antoniem.

– Mama ci nie mówiła, że to nieładnie przeklinać?

Nie odpowiedziałam. Powiedziałabym mu, że moja mamma5 była wspaniała, to zaraz by sobie wydedukował, że mój papà6 zamiast mnie słuchać, raczej zamknąłby mnie w pokoju na trzy dni.

– Przekroczyć prędkość, mając przy sobie prochy, to niezbyt mądre posunięcie.

Parsknęłam. Chciałam go zignorować, ale musiałam mu odpowiedzieć. Zignorować kogoś, to jak wbić mu nóż w serce. Na samą myśl, że mogłabym tak kogoś potraktować, robiło mi się niedobrze. Zabawne skrupuły, biorąc pod uwagę, że przed chwilą powiedziałam mu, żeby poszedł pieprzyć swoich zmarłych przodków. Włosi są bardzo kreatywni w wymyślaniu obelg.

– Przekroczyłam prędkość o niecałe pięć kilometrów.

Jego palec stukał miarowo na kierownicy.

– Kto cię nauczył prowadzić? Czy Cosa Nostra nie woli kobiet tępych i uległych?

– Najwyraźniej nie, bo to mój mąż mnie nauczył.

Nie przyznałabym się, że Antonio dawał mi o wiele więcej swobody niż inni członkowie Cosa Nostry swoim żonom. Antonio dał mi wiele rzeczy. I może to dlatego tak trudno było mi nim gardzić za to, co mi odebrał.

– A jak zareaguje na twoje zwolnienie z aresztu?

– A jak reaguje twoja mama, kiedy nie wracasz do domu na czas?

– Odpowiedz na pytanie.

Zacisnęłam zęby, starając się zapanować nad wzbierającym we mnie gniewem. Opuściłam osłonę przeciwsłoneczną i poprawiłam w lusterku włosy.

– Pytasz, czy mąż mnie bije? Nie, nie bije.

Bije oznacza powtarzalność, więc w zasadzie powiedziałam prawdę.

Jego spojrzenie wwiercało się w mój policzek.

– Nie umiesz kłamać.

– A ty mnie wkurzasz, Allister.

Osłona przeciwsłoneczna z trzaskiem wróciła na miejsce.

Atmosfera stawała się coraz cięższa i bardziej klaustrofobiczna. Jego obecność, potężne ciało i gładkie ruchy coraz bardziej mnie osaczały.

– Kocha cię?

Zadał to pytanie obojętnym głosem, jakby miało to takie samo znaczenie, jak mój ulubiony kolor. Mimo to pytanie było jak cios w brzuch. Patrzyłam przed siebie, a w gardle czułam ogień. Odnalazł mój słaby punkt, teraz będzie dźgał, aż zacznę krwawić. W ustach czułam kwaśny posmak nienawiści.

Już wolałabym elektrowstrząsy.

Nagle poczułam nienawiść do tego faceta za wdzieranie się do mojej głowy z tymi głupimi pytaniami, za obnażanie tych części mnie, których nie chciałabym nigdy nikomu pokazać.

Zrobiłam balon.

Przebiłam go.

Wtedy nie wytrzymał.

Wyciągnął oklapnięty balon z moich ust i wyrzucił gumę przez okno.

Gapiłam się na niego, starając się nie oblizać z ust niepokojącego żaru jego dotyku.

– To śmiecenie w miejscu publicznym.

W jego oczach dostrzegłam obojętność.

Agent Allister nie przejmował się środowiskiem.

Wcale mnie to nie zdziwiło.

Znów położył rękę na kierownicy i nagle zaczęłam się zastanawiać, jak silna jest jego nerwica natręctw – czy po powrocie do domu próbowałby zmyć resztki mojej śliny ze swoich palców wybielaczem, czy jednak nie. Ale rozmyślanie o federalnym szybko mnie znudziło i zaczęłam patrzeć przez okno na pomarańczową poświatę mijanych latarni i tumany drobnego śniegu opadające jak maleńkie nocne cienie.

– Ile razy?

Nieprecyzyjne pytanie, ale z jego tonu odgadłam, że zatoczyliśmy koło i wróciliśmy do tematu mojego męża i bicia.

– Co noc – powiedziałam, zostawiając pole do domysłów. – Sprawia, że krzyczę tak głośno, że aż sąsiedzi się budzą.

– Doprawdy? Lubisz się rżnąć z facetami tyle starszymi od siebie?

To zaczęło być mocno irytujące. Sięgnęłam do radia, włączyłam je, po czym odpowiedziałam spokojnie:

– Na pewno ma więcej wigoru niż ty.

Nawet nie raczył odpowiedzieć. Zanim zdążyłam posłuchać choćby sekundy jakiegoś porannego programu politycznego, wyłączył radio. Jaki potwór woli coś takiego od muzyki?

Cisza między nami nie trwała długo.

– Twój pasierb jest starszy od ciebie – skomentował. – To chyba dziwne uczucie.

– Właściwie nie.

– Tak sobie myślę, że pewnie masz więcej wspólnego z nim niż z jego ojcem.

– To źle sobie myślisz – odpowiedziałam znudzona tą rozmową i tym facetem. To jest najgorsza kara. Już nigdy nie tknę kokainy.

– Mieszkałaś z nim pod jednym dachem przez rok. Jesteście w podobnym wieku. Nawet jeśli nie macie wiele wspólnego mentalnie, to na pewno fizycznie.

Zaśmiałam się. Nico i ja? Nigdy w życiu.

Niestety, wtedy nie wiedziałam, że nigdy potrwa zaledwie rok.

– Zabiera pan moje akta do domu na noc, panie oficerze?

Nie odpowiedział.

Zaczęłam sobie uświadamiać, co się dzieje, w miarę jak okolica stawała się coraz bardziej znajoma. Poczułam lód w żołądku, kiedy skręciliśmy w moją ulicę. Ogarnęło mnie ciężkie wyraziste uczucie. Gniew. Głęboki i pełen nienawiści. Pozwolił mi wierzyć, że był prawym agentem federalnym, a tymczasem był po prostu jeszcze jednym sprzedawczykiem opłacanym przez mojego męża.

Zaparkował na chodniku przed moim domem, przełączył auto na tryb parkowania.

Uraza, którą odczuwałam, mieszała się z zapachem skóry i wody kolońskiej. Czuł to, kiedy odwrócił się w moją stronę i spojrzał na mnie. Jego wzrok był cierpki jak smak ginu, choć widać w nim było światło, jakby ktoś wrzucił zapaloną zapałkę do szklanki. Błękit.To spojrzenie chwyciło mnie za kark i wciągnęło pod wodę.

Długi wdech. Wydech.

Nagle ogarnęło mnie wrażenie, że już spotkałam tego faceta. Ale zaraz zniknęło. Bez względu na to, jak bardzo chciałabym zapomnieć o jego obecności, tej twarzy na pewno bym nie zapomniała.

– Wściubiałeś nos w moje prywatne sprawy – warknęłam, zabierając futro z tylnego siedzenia.

– Zmarnowałaś mój czas, więc miałem prawo.

Ogarnęło mnie niedowierzanie. Żaden inny człowiek mojego męża nie odważyłby się zadawać mi takich pytań, a teraz jeszcze nazwał to swoim prawem.

Jad sączył się z każdego mojego słowa, które brzmiało słodko jak cukierek:

– Agencie Allister, kiedy pan sobie uświadomił, że nie jest człowiekiem?

W jego oczach pojawiła się iskierka rozbawienia.

– W dniu, kiedy się urodziłem, złotko. – I błyskawicznie zniknęła. – Zabieraj się z mojego auta, chyba że wolisz wrócić do pierdla.

Zacisnęłam zęby, ale otworzyłam drzwi i wysiadłam. Lodowaty podmuch rozwiał moje włosy po ramionach. Ulicę pokrywał śniegowy dywan. Poczułam pieczenie na bosych stopach. Odwróciłam się i rzuciłam mu najbardziej pogardliwe spojrzenie, na jakie potrafiłam się zdobyć.

– Idź do diabła, Allister.

– Już tam byłem, Russo, nie zrobił na mnie wrażenia.

Mocne stwierdzenie, ale mu uwierzyłam.

W jego oczach było wszystko, z czego składają się koszmary: lód, ogień i sekrety, których nikt nie chciałby poznać. Uchodził za normalnego tylko dzięki swojej aż nadto przystojnej twarzy. Gdyby nie ona, świat zobaczyłby, kim naprawdę jest, i zamknął go gdzieś.

Brudny.

Jego pożegnanie było krótkie i apatyczne.

– Jeśli znów dasz się przyłapać z koką, nie pomogę ci. Zgnijesz w pierdlu.

Nie kłamał.

Następnym razem mi nie pomógł.

ROZDZIAŁ TRZECI

Gianna

22 lata

Październik 2013

Czerń. Atramentowa i nieruchoma czerń wślizgnęła się w moją podświadomość.

Często była ucieczką od rzeczywistości; przynosiła ulgę w szaleństwie. Ale tym razem szeptała do mnie – mówiła, bym się nie budziła, ani teraz, ani nigdy. Niestety przenikliwy hałas w oddali był głośniejszy. Zamrugałam i otworzyłam oczy, ale zamknęłam je znowu, kiedy ból niczym nóż przeszył moją głowę.

Drrr. Drrr.

Zajęczałam, przekręciłam się w łóżku i moja ręka wylądowała na gołej klatce piersiowej. Coś przeskoczyło, jeden kawałek układanki trafił na swoje miejsce.

Drrr. Drrr.

Rozłożyłam palce i przesunęłam dłonią po jego klatce.

Za gorąca. Za gładka. Niedobrze.

Drrr. Drr…

– Czego, kurwa, chcesz – wymamrotał męski głos.

Krew, żyły i serce zamieniły się w lód – nagle cały mój świat legł w gruzach.

Otworzyłam szeroko oczy, ból głowy stłumił silniejszy ból w klatce piersiowej.

Docierały do mnie pojedyncze obrazy. Moja sukienka na podłodze. Wąska smuga światła wpadająca przez żaluzje. Naga skóra. Moja. Jego.

Przyciągnęłam bliżej kołdrę, żołądek podchodził mi do gardła.

Zakończył rozmowę, rzucił telefon na szafkę nocną i zacisnął powieki. Po chwili napięcia, jakie przepełniało powietrze, znów otworzył oczy i spojrzał na mnie. Wpatrywaliśmy się w siebie, a z każdą chwilą intensywniej czułam na sobie dotyk przenikliwej ciszy.

– Jezu – wymamrotał Nico, zanim ponownie zacisnął powieki.

Wychyliłam się z łóżka i zwymiotowałam. Poczułam w gardle kwas i wytarłam usta wierzchem dłoni.

Przynosisz wstyd.

Nie jesteś nic warta.

Odrażająca.

Kurwa.

To się nie wydarzyło.

Kłamstwo,wyszeptała czerń.

Czułam ślady na całym ciele – ślady po dłoniach, zębach, ustach. Pełzały po mojej skórze i wnikały w duszę uzbrojone w pazury ze stali i złamanego serca.

Otworzyłam oczy i zobaczyłam na podłodze zużytą prezerwatywę.

W uszach mi dzwoniło, płuca jakby się zamknęły, nie mogłam złapać tchu. Zacisnęłam pięści na pościeli, serce rozdzierała mi panika.

– Gianno…

– Oddałam mu wszystko – płakałam, a łzy strumieniami płynęły mi po policzkach.

– Cholera – wymamrotał, zanim wstał i założył bokserki. Poszedł, żeby podnieść moją sukienkę, ale rzucił ją z powrotem na podłogę, kiedy zobaczył, że na nią zwymiotowałam.

– Byłam dziewicą, gdy za niego wychodziłam. I byłam mu wierna.

– Wiem.

Obrazy z wczoraj wróciły ze zdwojoną siłą. Nasza sypialnia. Mój mąż. Ona. Traktowałam ją jak rodzinę. Wiedziałam, że były inne kobiety… Ale dlaczego ona? Poczułam w piersiach ból zdrady, świeżą i palącą ranę, a na ustach słony smak łez.

– To mu nie wystarczyło – wyszeptałam. Ja mu nie wystarczałam.

– Mojemu ojcu zawsze jest mało, Gianno – powiedział. – Przecież to wiesz.

Poczułam ścisk w gardle, patrząc, jak Nico wyjmuje koszulę z szuflady komody, bo czasem w jego gestach dostrzegałam Antonia.

Kochałam mojego męża – mężczyznę, który mnie nie kochał. Może powinnam winić agenta Allistera, który podsunął mi ten pomysł do głowy rok temu, ale to ból mnie tu przywiódł. Do syna mojego męża.

Ogarniała mnie coraz większa panika, kradnąc powietrze z płuc.

– Jak to się stało?

– Serio? Mam ci to wyjaśnić?

– To nie jest śmieszne, Asie.

– Dlatego się nie śmieję, Gianno.

Położył mi na kolanach T-shirt, przykucnął przy wymiocinach i skinął głową w stronę moich ust.

– Papà ci to zrobił?

Oblizałam rozcięcie na dolnej wardze.

– Walnęłam go w głowę wazonem i nazwałam kłamliwą świnią.

As mruknął rozbawiony.

– Domyślam się.

Teraz agent Allister miał rację. Bicie zaczęło się powtarzać i z jakiegoś powodu nienawidziłam faceta, jakby to on do tego doprowadził. Minął rok od naszego spotkania, ale nienawiść, jaką do niego czułam, wciąż była świeża.

– Nie powiesz mu – powiedział Nico.

Nie odpowiedziałam.

– Jeśli mu powiesz, zmienię twoje życie w piekło.

Gorzko się zaśmiałam. Moja najlepsza przyjaciółka rżnęła się z moim mężem. Czy może być jeszcze gorzej?

Złapał mnie za podbródek i odwrócił w swoją stronę.

– Oboje wiemy, że to na tobie wyładuje złość, nie na mnie.

– To moja decyzja.

Zabrał rękę, westchnął i wstał.

– Zrobisz, jak zechcesz, ale pamiętaj, że cię ostrzegałem. I nie będę cię żałował.

Wzięłam jego T-shirt, założyłam, podczas gdy on grzebał w szufladzie szafki nocnej.

– Dlaczego, Asie? – wyszeptałam.

Jak mogłeś do tego dopuścić?

Wiem, dlaczego ja dopuściłam. Byłam w rozsypce. Popełniałam same błędy. Ale Nico? Zawsze stąpał twardo po ziemi. Zawsze miał wszystko pod kontrolą.

– Byłem pijany, Gianno. Uwalony w trzy dupy. I szczerze mówiąc, nadal jestem.

Zapalił papierosa żarzącego się wiśniową czerwienią i złością. Kiedy otworzył okiennice, a potem okno – światło wypełniło pokój, kolejny kawałek układanki wskoczył na miejsce. Jego dłonie pokrywały czerwone smugi biegnące w górę ramion. Krew.Nie wiedziałam, jak to jest być człowiekiem mafii, ale żyłam wśród nich wystarczająco długo, by wiedzieć, że to nie jest łatwe. Że czasem cena, jaką trzeba za to zapłacić, okazywała się wysoka i nagła.

– Wyglądasz jak twój ojciec – wyrwało mi się. Powiedziałam to miękko, ale w wypełnionym słońcem pokoju te słowa zabrzmiały surowo i cierpko. Za dnia grzechy nocy zawsze brzmiały gorzej.

Wypuścił kłąb dymu, a w jego oczach błysnęła udawana śmiertelna powaga.

– Chryste. – Potrząsnął głową. – To dlatego wczoraj tu przyszłaś?

Stroboskopy. Brudna płytka łazienkowa. Wciągnięta kreska. Kropla potu spływająca po plecach. Przyjęcie białej pigułki z małego woreczka. Nicość.

– Nie wiem – wyszeptałam.

– Cokolwiek to było, mam nadzieję, że coś ci to dało, Gianno. Bo oboje skończymy w piekle.

Zgasił papierosa o parapet i wyszedł z pokoju.

Zamknęłam oczy i próbowałam dokończyć układankę, uporządkować wydarzenia ostatniej nocy. Ale znalazłam tylko czerń. Czerń, która szeptała mi, żebym zasnęła i się już nie budziła, nigdy.

*

Kiedy rano wróciłam do domu, na łóżku znalazłam pudełko czekoladek przewiązane wyrażającą skruchę czerwoną wstążką. Na tym samym łóżku, na którym mój mąż rżnął od tyłu moją najlepszą przyjaciółkę.

Usiadłam na łóżku i zjadłam je wszystkie.

Dni mijały, wypełnione mieszanką kolorów, uczuć i tajemnicy, która pożerała mnie żywcem. Wszystko było do góry nogami, jakbym patrzyła na świat z kręcącej się platformy karuzeli z głową zwieszoną w dół przez barierkę.

To były złe dni. Zimne. Samotne. Na haju.

Antonio pokazał się tylko raz. Przyszedł do łóżka i natychmiast zasnął. Gapiłam się w sufit, aż pierwsze promienie słońca zaczęły wpadać przez żaluzje. Łóżko się obniżyło, a świadomość jego obecności zniknęła tak samo łatwo, jak się pojawiła.

Niedługo później zasnęłam.

Uderzyły mnie blask światła i powiew chłodu, kiedy zerwano ze mnie kołdrę. Krzyknęłam, żeby zaprotestować, ale głos uwiązł mi w gardle, gdy poczułam na twarzy chlust lodowatej wody.

– Levàntate7!

Bełkotałam coś, kiedy woda spływała mi po twarzy. Usiadłam gwałtownie. Przetarłam oczy, otworzyłam je i zobaczyłam Magdalenę stojącą przy łóżku z dużą miską w ręku.

Przeszył mnie dreszcz i zakrztusiłam się wodą.

– Oszalałaś? – krzyknęłam.

Upuściła miskę i przeciągnęła dłonią po swoim prostym białym uniformie.

– Sí. Pero no tan loca como tú.8

Poczułam ból z tyłu oczu. Byłam cała mokra i wzburzona. Moje słowa zabrzmiały ostrzej, niż zamierzałam.

– Magdaleno, wiesz, że nie znam hiszpańskiego.

– Porque eres demasiado tonta. – Bo jesteś za głupia.

Znałam to wyrażenie, bo Magdalena uważała, że ta odpowiedź pasuje na każdą okazję.

Z jękiem opadłam na mokrą pościel.

– Kto wpadł na pomysł, żeby cię zatrudnić. Jesteś niegrzeczna i, prawdę mówiąc, marna z ciebie pokojówka.

Sześćdziesięciolatka zadarła nos.

– Nie jestem pokojówką. Jestem gospodynią.

Byłam pewna, że to to samo, ale nie miałam siły się z nią kłócić.

– Więc idź gospodarzyć gdzieś indziej i daj mi spokój.

Przygładziła kosmyk siwych włosów. Spojrzała na swoje paznokcie.

– Ma dziś pani przyjęcie, querida9.

– Nie – zaprotestowałam. – Żadnego przyjęcia.

– Sí…

– Nie idę na żadne przyjęcie, Magdaleno – powiedziałam. Po chwili dodałam: – Nie mam się w co ubrać.

W każdym razie nie mam nic, przez co nie byłoby widać mojej krwawiącej duszy.

– Nic porządnego – zgodziła się, patrząc na mnie tęczówkami ciemnymi jak czekolada. – To na raka. Una cena benéfica10.

Poczułam ścisk w żołądku i sercu.

– Impreza dobroczynna na rzecz walki z rakiem?

– Sí.Antonio zadzwonił i kazał, żeby pani była gotowa na ósmą.

Kazał?

W innych okolicznościach, na przykład gdyby to była impreza dobroczynna na rzecz ratowania żółwi morskich – mój drugi ulubiony cel charytatywny – kazałabym mu się walić. Ale szczerze nienawidzę raka, a mój mąż ma kupę kasy.

– Dobrze, pójdę. Ale tylko po to, żeby wypisać czek na pokaźną sumkę.

Wstałam, kopnęłam puste pudełko po czekoladkach i minęłam je. Zniknęło pod łóżkiem z resztą moich demonów.

– Bueno11.Strasznie się pani leniła cały tydzień, señora12. To nieładnie.

Wchodząc do garderoby, bezwiednie rozsunęłam wieszaki z ubraniami.

– Dziękuję, Magdaleno – odpowiedziałam – ale nie ma tu nikogo, komu chciałabym się podobać.

Zaczęła grzebać w mojej szufladzie z bielizną.

– Bo Antonio sypia z Sydney? – Z jej palca zwisały koronkowe majtki. – Jaki kolor, querida? Czerwony jest dobry.

Imadło zacisnęło się na moim sercu.

– Widzę, że taktu uczyłaś się od tej samej osoby, co sprzątania – powiedziałam. – Cieliste, poproszę.

– Ja nie sprzątam.

– Właśnie – wymamrotałam, przechodząc obok niej z luźnym czarnym topem odciętym w talii i spódnicą z wysokim stanem, którą zrobiłam ze starej koszulki Nirvany. Z wysokimi butami będzie idealnie.

Położyłam ubranie na łóżku i poszłam do łazienki.

Magdalena ruszyła za mną.

– Od początku wiedziałam, że to nie jest przyjaciółka. Było coś w jej oczach. To zawsze widać po oczach. Mówiłam pani, ale pani nie słuchała.

Powstrzymałam się od wywracania oczami. Magdalena uwielbiała Sydney i ciągle mi powtarzała, że powinnam brać z niej przykład, a wtedy może mój mąż by mnie kochał. Moja gosposia była patologiczną kłamczuchą, do tego lekko stukniętą, a mimo to najnormalniejszą osobą w tym domu.

Szkoda, że faktycznie mnie nie ostrzegła. Może wtedy nie bolałoby to tak bardzo.

Poczułam ścisk w gardle i zdradę wypalającą mi oczy.

Chwyciłam się krawędzi umywalki. Pomalowane na żółto paznokcie wyglądały krzykliwie na tle bałaganu na blacie. Banknoty, błysk pistoletu, róż do policzków, mała torebka, resztki białego proszku.

Wpatrywałam się bezmyślnie w swoje odbicie w lustrze.

Popielate włosy, proste od wody, która jeszcze kapała na oliwkową skórę. Moje odbicie i moja dusza gapiły się na mnie.

To zawsze widać po oczach.

Magdalena odkręciła wodę pod prysznicem.

– Cuchniesz depresją, querida. Zmyj ją, potem ułożę ci włosy.

Weszłam pod prysznic.

I zmyłam ją.

*

Buty stukały o marmurową posadzkę. Przedzierałam się między srebrnymi tacami z kieliszkami szampana, lśniącymi w romantycznym świetle. Niewielka orkiestra grała w rogu sali balowej cichą, spokojną muzykę, która nie zagłuszała toczących się wokół rozmów.

Moje serce było zupełnie odrętwiałe, ale w samym jego środku zaczął tlić się niepokój. Zamiast spotkać się z Antoniem w klubie i razem z nim przyjechać na bal dobroczynny, jak mi kazał, przyjechałam tu sama.

Nie chciałam go widzieć. Ani czuć.

Te dwie rzeczy zawsze chodziły w parze.

Prawie dotarłam do stolika, przy którym zbierano datki, kiedy mój plan wejścia i wyjścia, zanim dotrze tu mój mąż, się posypał.

– Gianno, jak zawsze wyglądasz pięknie.

Na chwilę zamknęłam oczy. Obróciłam się z wymuszonym uśmiechem na ustach.

– A ty jak zawsze jesteś słodki, Vincencie.

Dwudziestojednoletni właściciel wspaniałego hotelu, w którym byliśmy, roześmiał się.

– Zawsze marzyłem o tym, żeby ktoś nazwał mnie słodkim.

Widząc, że jednak szybko się stąd nie wyrwę, zgarnęłam kieliszek szampana z niesionej obok tacy.

– Wspaniale ci to wychodzi – odpowiedziałam, spoglądając na grupę znajomych Vincenta, zebranych za nim.

Przeciągnął dłonią po krawacie, mrużąc z rozbawieniem oczy.

– Zastawiliśmy na ciebie sidła nie po to, żeby rozmawiać o tym, jaki jestem słodki.

Udałam zakłopotanie.

– Wypróbowujesz nowy schemat konwersacji?

Vincent i jego znajomi roześmiali się. Pociągnęłam łyk szampana.

W tyle głowy obudziła się we mnie czujność. Spojrzałam w stronę podwójnych drzwi sali balowej. Kieliszek zastygł przy moich ustach.

Szerokie ramiona. Czarny garnitur. Gładkie rysy.

Błękit.

Coś wewnątrz mnie podskoczyło i zaiskrzyło. Jak petarda rzucona na chodnik.

W drzwiach stał agent Allister z jakąś blondyną wiszącą na jego ramieniu. Zauważył moje spojrzenie.

To zawsze widać po oczach.

Przez chwilę mu zazdrościłam.

Jego oczy były jak ocean skryty pod lodem, gdzie przetrwać mogą tylko najmroczniejsze ze stworzeń. Moje to szeroka otwarta równina.

Widział wszystko.

Każdy siniak.

Każdą bliznę.

Każdy policzek wymierzony w moją twarz.

Nie oczekiwałam współczucia, ale jeszcze bardziej wkurzała mnie jego zupełna obojętność. Nie pamiętałam barwy jego głosu, ale słyszałam w uszach, co by mi powiedział.

Nie pękaj, złotko. Nie wiesz, co to ból.

Wypełniała mnie pogarda, ciężka i gorąca.

Wiedziałam, że to irracjonalne, ale obwiniałam go o podsunięcie mi pomysłu na przespanie się z Asem.

Obwiniałam go, bo to było łatwe.

Obwiniałam go, bo był zbyt zimny, by mogło go to zranić.

Spojrzał na wianuszek facetów wokół mnie. Odwrócił wzrok, ale zanim razem ze swoją blondyną wtopił się w tłum, dostrzegłam w jego oczach przelotną myśl. Pomyślał, że jestem flirciarą. Pomyślał, że jestem niewierna.

Teraz nawet nie mogłabym temu zaprzeczyć.

Czułam, jak nienawiść ściska mi gardło i nie pozwala złapać tchu.

– Właśnie im opowiadałem, jak się poznaliśmy – powiedział Vincent. – Pamiętasz?

Myślami wróciłam do towarzystwa wokół mnie. Czułam, jak żar spływa z mojego serca do dłoni ściskającej nóżkę kieliszka. Z wymuszonym uśmiechem odpowiedziałam:

– Oczywiście, że pamiętam. Obstawiłeś zakład, że mój koń przegra i oczywiście sam przegrałeś.

– Tak było. – Spuścił wzrok na podłogę, odchrząkując z uśmiechem. – Ale mi chodzi o to, jak mnie wyrzucili i chciałem, żebyś ze mną uciekła na Tahiti. A ty odmówiłaś, bo już tam byłaś, a następne na twojej liście było Bora Bora.

Jak na zawołanie wszyscy zaczęli się śmiać.

Przygryzłam policzek, żeby się nie uśmiechnąć.

– Próbowałam ci oszczędzić zakłopotania, ale chyba jesteś dziś w nastroju cierpiętniczym.

– Na to wygląda – stwierdził ze śmiechem. – Morticia13 znów jest w formie i nadal obstawiam, że w ten weekend przybiegnie na punktowanym miejscu.

– Och, Vincencie – powiedziałam z rozczarowaniem. – Ty po prostu uwielbiasz trwonić pieniądze, prawda?

Tłum cały czas gęstniał. Wkrótce nie widziałam już nic poza nim i słyszałam tylko zakłady i statystki wyścigów konnych.

– Gianno, wybierasz się w weekend na Fall Meet14?

– Gianno, postawisz na Blackie?

– Gianno, będziesz na afterparty?

Wyrwanie się z tej rozmowy zajęło mi trzydzieści minut. Zdążyłam przez ten czas wypić dwa kieliszki szampana i potrzebowałam iść do toalety. Z łazienki ruszyłam prosto do stolika, przy którym zbierali datki, w nadziei, że uda mi się zostawić czek i uciec.

Kiedy zobaczyłam plecy Allistera stojącego przy stoliku, rozmawiającego z jedną z organizatorek, zatrzymałam się. Ogarnęła mnie niepewność i zrobiłam krok w przeciwną stronę, ale… Nie ma mowy. Nienawidziłam gościa, ale jeszcze bardziej nienawidziłam myśli, że jego obecność wywołuje we mnie lęk.

Jakby chcąc sobie samej coś udowodnić, podeszłam wolno do stolika i zatrzymałam się na tyle blisko, by moja ręka musnęła jego marynarkę. Spojrzał na mnie, a potem odwrócił wzrok w stronę kobiety w średnim wieku. Rozmawiał z nią, jakbym była tylko elementem wystroju.

– Cóż – powiedziała kobieta o jasnych włosach, z ciepłym rumieńcem na policzkach – moja córka nie mogła się pana nachwalić. Bardzo się cieszę, że udało się panu do nas dołączyć. Wiem doskonale, jak zajęci są tacy ludzie jak pan. Przestępczość w tym mieście stale rośnie.

– Cała przyjemność po mojej stronie.

Nie mogłam powstrzymać cichego parsknięcia.

Kąciki ust Allistera lekko się uniosły, ale nie spojrzał w moją stronę.

Słowa, które usłyszałam od niego rok temu, znowu wybrzmiały jego głosem w moich uszach. Elegancki, nieco szorstki ton, z nutą rozbawienia, jakby zawsze wiedział coś więcej niż inni.

Kobieta rzuciła mi krótkie spojrzenie, po czym znów popatrzyła na federalnego, by za chwilę, jakby właśnie do niej dotarło, co zobaczyła, znów odwrócić wzrok w moją stronę.

Wpatrywała się we mnie, bez mrugnięcia.

– Przepraszam… W czym mogę pomóc?

Wyciągnęłam zza biustonosza wypisany czek i podałam jej. Ostrożnie trzymała go za sam rożek, dopóki go nie rozłożyła i nie spojrzała na kwotę.

– Och – szepnęła. – Jest pani niezwykle hojna. Bardzo dziękujemy.

Napisała coś na kawałku papieru i podała mi podkładkę.

– Bardzo proszę o wypełnienie tego krótkiego formularza. – Kiedy się w nią wpatrywałam, dodała: – To informacje o darczyńcy i potwierdzenie dla celów podatkowych – ściszyła głos. – Darowiznę można odpisać od podatku.

– Och, ja nie płacę podatków.

Kobieta zamrugała.

Allister chwycił podkładkę.

– Pani wypełni formularz.

– Okej… Doskonale. – Zrobiła krok w bok i się wycofała.

– Zdradź mi tajemnicę, czy ty w ogóle myślisz, zanim coś powiesz? Czy po prostu pozwalasz słowom z ciebie wypływać?

– Cóż – powiedziałam, marszcząc brwi – wtedy nie myślałam. Ale jakim cudem mam się znać na podatkach? Antonio mówił, że nie musi ich płacić.

– Każdy musi. Tak nakazuje prawo.

– Czyżby to, którego tak dzielnie strzeżesz?

Podał mi podkładkę.

– Wypełnij formularz i trzymaj język za zębami, zanim będę cię musiał aresztować za unikanie podatków.

– To chyba byłaby robota głupiego, zważywszy, że musiałbyś mnie wypuścić, jak tylko mój mąż by się o tym dowiedział.

Mięsień na jego szczęce drgnął.

– To twój wybawiciel?

Mroczny ton jego głosu sprawił, że znów byłam spięta – ton, przez który czułam, jakby wiedział o mnie więcej, niż powinien.

– To mój mąż – odpowiedziałam, jakby to mówiło wszystko, podczas gdy nie mówiło nic.

Chwyciłam podkładkę. Przytrzymał ją na chwilę, wpatrując się w moją twarz, potem wreszcie puścił. Odwrócił głowę w stronę sali balowej, unosząc do ust szklankę z jakimś przezroczystym płynem. Pewnie to była woda, sądząc po tym, jaki miał talent do psucia innym zabawy.

– Wyglądasz, jakbyś zbłądziła w drodze na koncert grunge’owy.

– Na szczęście nie – odpowiedziałam, wypełniając formularz. – Gdyby tak było, byłabym wściekła.

– Co zrobiłaś z włosami?

– O co ci chodzi? – Wydęłam wargi. – Nie podoba ci się? Zrobiłam to dla ciebie. Podobno lubisz blondynki.

– Myślałaś o mnie? – wycedził.

– Każdego dnia, w każdej godzinie. Zawsze jesteś blisko, jak grzyb albo robal gnieżdżący się w mojej głowie.

Kącik jego ust lekko się uniósł.

Odłożyłam podkładkę, oparłam biodro o stolik, przyłożyłam długopis do policzka i rozejrzałam się po sali.

– No właśnie, a gdzie twoja blondyna?

Podążyłam za jego wzrokiem w stronę rzeczonej kobiety rozmawiającej z inną na środku sali. Była ubrana w szykowną białą sukienkę koktajlową, włosy upięła w ciasny kok. Miała doskonałą figurę i kwaśny uśmiech. Założę się, że nigdy nie chodziła z rozpuszczonymi włosami.

– Wygląda… na zabawową.

Dostrzegłam w kąciku jego ust błysk rozbrajającego uśmiechu. To obudziło we mnie coś gorącego i niezdecydowanego. Uczucie natychmiast wywołało niemiły posmak w ustach.

Odepchnęłam się od stolika.

– Okej, w takim razie życzę jako takiego wieczoru. Powiedziałabym wspaniałego, ale mam taką nową zabawę: mówię tylko to, co naprawdę myślę.

– Na pewno nie chciałabyś przekazać w darze swoich butów, zanim wyjdziesz?

Spojrzałam na moje wysokie do ud buty i stuknęłam obcasami jak Dorotka15. Niestety, moje buty nie przeniosły mnie do domu.

– Oddałabym, ale obawiam się, że matka twojej dziewczyny i tak by je wyrzuciła.

Spojrzałam na niego – zobaczyłam, jak jego wzrok podążał wzdłuż butów, aż dotarł do kilku centymetrów nagiej skóry ponad cholewkami. Był chłodny, oceniający, prawie niepożądliwy. Ale dotyk jego spojrzenia palił jak kostka lodu topniejąca na nagiej skórze w letnim słońcu.

– To nie jest moja dziewczyna – powiedział, pociągając duży łyk wody, i teraz już byłam pewna, że to naprawdę tylko woda.

– Powiedziałabym, że mi jej szkoda, ale… – Kiedy go mijałam, w oczach migotała mi ta moja nowa zabawa.

Zatrzymały mnie jego następne słowa, gorzkie i słodkie jednocześnie.

– Kłopoty w raju?

Zacisnęłam palce na długopisie, który cały czas trzymałam w dłoni.

Przełknęłam i potarłam kciukiem pusty palec serdeczny.

Moje małżeństwo to fikcja i nic na to nie poradzę – w Cosa Nostrze nie ma rozwodów. Ale nie będę nosić na palcu diamentu – symbolu miłości, której nie ma. A w każdym razie nie jest odwzajemniona.

Odwróciłam się w jego stronę, spodziewając się zobaczyć triumf, ale kiedy spojrzałam w jego oczy, moje serce zamarło, zanim zaczęło walić w nienaturalny sposób.

Głęboko w nich było coś mrocznego i szczerego, dopiero później zrozumiałam, że zobaczyłam to, bo mi pozwolił. Równomierne kapaniekrwi. Szczękmetalu i ogień, w którym go wykuto.

Cały był we krwi.

Zastanawiałam się, czy nawet w tej chwili, pod udawaną pozą dżentelmena, jego czarnym garniturem i białą koszulą, nie był nią pokryty.

– Co poświęciłeś, żeby tu dzisiaj być? – Ta myśl wymknęła mi się, wypchnięta z moich ust przez jakąś niewidzialną siłę. – Swoją duszę?

Podeszłam bliżej, na kilka centymetrów, aż czułam muśnięcie jego obecności na nagiej skórze. Dotykając końcem długopisu wewnętrznej strony jego dłoni, wyszeptałam:

– Ile krwi jest na tych rękach?

Przeciągnął językiem po zębach, na chwilę odwrócił wzrok, potem spojrzał na mnie.

Oczy bez dna. Błękitne.Serce waliło mi mocno. Wiedziałam, że jeśli będę wpatrywać się w nie zbyt długo, zostanę uwięziona pod lodem.

– Pewnego dnia – westchnęłam, przechylając głowę – to cię dopadnie.

Z niesmakiem zmrużył oczy, kiedy jego wzrok padł na długopis, który właśnie przygryzałam. W sekundę pojęłam, o co chodzi. Na pewno o zarazki.

Polizałam koniec długopisu jak lizaka, wcisnęłam mu go do przedniej kieszonki marynarki i poklepałam po piersi.

– Parszywego wieczoru, Allister.

Ruszając przed siebie, poczułam, że jego spojrzenie wysuszyło mnie na wiór. Zrobiłam krok w tył, wyrwałam mu z ręki szklankę i wypiłam do dna.

Zakrztusiłam się.

Wódka.

*

Szłam w stronę wyjścia, a ogień, który czułam w gardle, stopniowo schodził niżej, do klatki piersiowej. Gdy tylko otworzyłam drzwi i poczułam powiew chłodnego październikowego powietrza, stanęłam twarzą w twarz z parą znajomych oczu.

– Wybierasz się gdzieś?

Spięłam się i spróbowałam go minąć, ale dłoń mojego męża znalazła moją i zatrzymała w miejscu.

– Puść mnie – wycedziłam przez zęby.

Antonio przyciągnął mnie do siebie i objął za talię, jak gdybyśmy byli najzwyklejszym małżeństwem na świecie. Jak gdyby nie było między nami dwudziestopięcioletniej różnicy wieku, jak gdyby zdobył mnie zalotami, a nie zawarł na mnie umowę, i – co najważniejsze – jak gdyby nie zdradził mnie, a potem nie próbował przepraszać pudełkiem pieprzonych czekoladek.

Chciałam się wyrwać, ale uścisk stawał się coraz silniejszy.

– Tylko zrób scenę, Gianno… – ostrzegł mnie.

Antonio był jak jego syn, tylko opakowany w ból i przewiązany wstążką prawości, nawet jeśli krzyżyk na jego szyi wypalał dziurę w jego skórze. Po dwóch latach małżeństwa nie wierzyłam, że potrafi współczuć, i wiedziałam, że to właśnie uczyniło go jednym z ludzi wzbudzających największy postrach w Stanach Zjednoczonych.

A dlaczego cieszył się szacunkiem? Cóż, kiedy Antonio był ciepły, był jak słońce. Każdy zabiegał o jego uwagę, bo gdy już ją uzyskałeś, była to uwaga absolutna, jakbyś był jedyną na świecie osobą, która ma znaczenie. Pomijając cierpienie, które mi zadał, i mury, jakie zbudowałam i z których część nadal utrzymywałam, nie pasowałam do niego.

Teraz musiałam znaleźć sposób, żeby odpuścić sobie słońce.

– Nie bawi mnie czekanie na ciebie.

– A mnie nie bawi, jak rżniesz moje przyjaciółki.

– Licz się ze słowami – warknął, prowadząc mnie z powrotem do hotelu.