The Killing. Tom 2. Odcinek 1 - Dawid Hewson - ebook
NOWOŚĆ

The Killing. Tom 2. Odcinek 1 ebook

Dawid Hewson

0,0

18 osób interesuje się tą książką

Opis

Sarah Lund straciła wszystko. Skomplikowane śledztwo w sprawie brutalnego morderstwa kosztowało ją nie tylko karierę w wydziale zabójstw i spokój ducha, ale też wygodne życie u boku ukochanego i syna. Teraz, zesłana na prowincję, jako funkcjonariuszka straży granicznej tropi nielegalnych imigrantów i rozpamiętuje dawne błędy. Aż do nieoczekiwanej wizyty…

W Mindelunden, kopenhaskim Parku Pamięci, policja znajduje ciało bestialsko zamordowanej Anne Dragsholm, prawniczki i aktywistki. Lennart Brix, były szef Sary, wie, że odpowiedzi na coraz liczniej pojawiające pytania może odnaleźć tylko bezkompromisowa i przenikliwa komisarka. Tym bardziej że morderca nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Czy był to mord rytualny, czy zbrodnia w afekcie? Co łączy zabitą prawniczkę z żołnierzem osadzonym w więzieniu dla psychopatycznych oprawców? I co wspólnego ze sprawą ma miejsce pamięci o ofiarach nazistów?

Śledztwo prowadzi Sarę wprost do koszar, na sam szczyt władzy, do więziennej celi, a nawet na front w Afganistanie. Czy i tym razem kobieta zaryzykuje wszystko, by rozwikłać sprawę?

„The Killing” to rewelacyjna powieść kryminalna, która już osiągnęła status kultowej, podobnie jak jej pierwowzór, duński serial „Forbrydelsen”, na podstawie scenariusza Sørena Sveistrupa, oraz jego amerykański remake. Zapraszamy do wysłuchania pierwszego odcinka drugiego tomu! Kolejna część już wkrótce!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 412

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Frag­ment

Ty­tuł ory­gi­nału: The Kil­ling 2. Part 1

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego: Ewa Penk­syk-Klucz­kow­ska

Co­py­ri­ght © Da­wid Hew­son, 2026

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Mar­cin Sło­ciń­ski

Re­dak­cja: Alek­san­dra Pie­trzyń­ska

Ko­rekta: Anna No­wak

ISBN 978-91-8098-573-4

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Gyl­den­dal Astra /Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.pl

Słowo wstępne od Sørena Sve­istrupa, twórcy se­rialu For­bry­del­sen, zdo­bywcy na­grody BA­FTA

Two­rze­nie sce­na­riu­sza do se­rialu te­le­wi­zyj­nego Do­cho­dze­nie (The Kil­ling)było dla mnie przed­się­wzię­ciem wy­jąt­ko­wym. Gdy te­raz pi­szę te słowa, naj­now­sza część se­rialu jest emi­to­wana w Da­nii, a ja z ra­do­ścią się do­wia­duję, że bry­tyj­ska wi­dow­nia nie może się do­cze­kać ry­chłej pre­miery w BBC.

Kiedy pa­dła pro­po­zy­cja, by w ślad za se­ria­lem na­pi­sać książkę, wzbu­dziła moje za­in­te­re­so­wa­nie. Cie­ka­wiło mnie, co z tego wyj­dzie, wiele osób na­to­miast pod­cho­dziło do po­my­słu scep­tycz­nie. Bry­tyj­scy wy­dawcy byli jed­nak na tyle en­tu­zja­styczni, że o prawa do pu­bli­ka­cji wal­czyło ich na au­kcji aż dzie­się­ciu. Ważne było, by zwy­cięzca tej walki wy­brał pi­sa­rza, który odda spra­wie­dli­wość se­ria­lowi, ko­goś, kto zro­zu­mie Sarę Lund, znaj­dzie czas na po­zna­nie duń­skiej kul­tury i Ko­pen­hagi. Da­vid Hew­son oka­zał się wła­ściwą osobą. I wy­gląda na to, że reszta świata po­dziela tę opi­nię, po­nie­waż prawa do pu­bli­ka­cji książki sprze­dają się do in­nych kra­jów.

Wszy­scy mamy świa­do­mość, że to, co się spraw­dza na ekra­nie, nie za­wsze spraw­dza się na kar­tach książki – i od­wrot­nie – a za­tem w wy­padku nie­któ­rych scen ko­nie­czne oka­zały się prze­róbki. Da­vid od­wie­dził mnie w Ko­pen­ha­dze, omó­wi­li­śmy po­szcze­gólne ele­menty fa­buły, w tym kwe­stie, które on chciałby zmie­nić. Po­czu­łem, że mogę mu po­wie­rzyć swoje dziecko, bo ufam jego kom­pe­ten­cjom.

Cie­szę się, że hi­sto­ria Sary Lund dzięki słowu dru­ko­wa­nemu, e-bo­okom i au­dio­bo­okom do­ciera do co­raz szer­szego kręgu od­bior­ców; wie­rzę, że wy­cze­ki­wana druga część książki w każ­dym calu okaże się rów­nie udana. Mam na­dzieję, że jej lek­tura sprawi Pań­stwu wielką przy­jem­ność.

Søren Sve­istrup

„Ży­cie można zro­zu­mieć do­piero wtedy, gdy czło­wiek ogląda się za sie­bie”.

Søren Kier­ke­ga­ard

Po­dzię­ko­wa­nia

Jak za­wsze czuję ogromną wdzięcz­ność dla wielu osób, które mi po­mo­gły. Na­leżą do nich Søren Sve­istrup, twórca se­rialu, oraz Su­sanne Bent An­der­sen i Lars Rin­ghof z Ko­pen­hagi. Go­rąco też dzię­kuję mo­jej wy­daw­czyni Tri­shy Jack­son z Wiel­kiej Bry­ta­nii i jej współ­pra­cow­ni­kom w Pan Mac­mil­lan za ich trafne uwagi. Jed­nak po­dob­nie jak w wy­padku pierw­szego tomu, na sie­bie biorę pełną od­po­wie­dzial­ność za wszel­kie zmiany w sto­sunku do pier­wot­nej, te­le­wi­zyj­nej opo­wie­ści.

Da­vid Hew­son

Główni bo­ha­te­ro­wie

Po­li­cja ko­pen­ha­ska

Sa­rah Lund – pod­ko­mi­sarka po­li­cji, Wy­dział Za­bójstw

Len­nart Brix – szef Wy­działu Za­bójstw

Ulrik Strange – pod­ko­mi­sarz po­li­cji, Wy­dział Za­bójstw

Ruth He­deby – za­stęp­czyni ko­men­danta po­li­cji

Mad­sen – śled­czy Wy­działu Za­bójstw

Svend­sen – śled­czy Wy­działu Za­bójstw

Erik König – szef Po­li­tiets Efter­ret­ning­stje­ne­ste (PET), duń­skich służb spe­cjal­nych od­po­wie­dzial­nych za kontr­wy­wiad i bez­pie­czeń­stwo we­wnętrzne

Fol­ke­tin­get, duń­ski par­la­ment

Tho­mas Buch – nowy mi­ni­ster spra­wie­dli­wo­ści

Ka­rina Jør­gen­sen – oso­bi­sta se­kre­tarka Bu­cha

Car­sten Plo­ugh – stały se­kre­tarz mi­ni­stra spra­wie­dli­wo­ści, star­szy urzęd­nik służby cy­wil­nej

Er­ling Krabbe – szef Par­tii Lu­do­wej

Bir­gitte Ag­ger – sze­fowa Par­tii Po­stępu

Flem­ming Ros­sing – mi­ni­ster obrony

Gert Grue Erik­sen – pre­mier

Frode Mon­berg – były mi­ni­ster spra­wie­dli­wo­ści

Duń­skie Siły Zbrojne

Jens Pe­ter Ra­ben – były sier­żant

Lo­uise Ra­ben – żona Jensa, pie­lę­gniarka w szpi­talu woj­sko­wym

puł­kow­nik Tor­sten Jar­nvig – oj­ciec Lo­uise

ma­jor Chri­stian Søga­ard

Al­lan Myg Po­ul­sen – były to­wa­rzysz broni Ra­bena

Lis­beth Thom­sen – była to­wa­rzyszka broni Ra­bena

Da­vid Grüner – były to­wa­rzysz broni Ra­bena

ge­ne­rał Jan Arild – za­stępca szefa sztabu z kwa­tery głów­nej

„Pa­stor” Gun­nar Torpe – były ka­pe­lan woj­skowy, obec­nie pa­stor cy­wilny

Tor­ben Skåning – były ka­pi­tan

Fre­de­rik Holst – le­karz woj­skowy

Pe­ter Læn­kholm – były po­rucz­nik

Inni

Anne Drag­sholm – praw­niczka i ak­ty­wistka

Stig Drag­sholm – mąż Anne

Ab­del Hus­sein Kod­mani – ra­dy­ka­li­sta is­lam­ski

Con­nie Vem­mer – dzien­ni­karka, była rzecz­niczka pra­sowa Mi­ni­ster­stwa Obrony Na­ro­do­wej

1

Czwar­tek, 3 li­sto­pada23.42

Aby przejść z ru­chli­wej Tu­bor­gvej do parku pa­mięci z ci­chymi gro­bami i nie­zmien­nie gorz­kimi wspo­mnie­niami, trzeba było po­ko­nać trzy­dzie­ści dzie­więć stopni. Len­nart Brix, szef Wy­działu Za­bójstw ko­pen­ha­skiej po­li­cji, miał wra­że­nie, że te stop­nie prze­wi­jają się przez całe jego ży­cie.

Pod da­chem osła­nia­ją­cym bramę przed mar­z­ną­cym desz­czem mi­mo­wol­nie wspo­mniał tamtą pierw­szą wi­zytę sprzed nie­mal pięć­dzie­się­ciu lat. Pię­cio­letni chło­piec ści­ska­jący rękę ojca na­wet so­bie nie wy­obra­żał, co za­raz zo­ba­czy.

Dla dziecka śmierć była czymś nie­rze­czy­wi­stym, ra­czej kosz­mar­nym snem. Ale tu, w tym od­lud­nym parku w Øster­bro, uwię­zio­nym po­mię­dzy ru­chliwą ulicą a li­nią ko­le­jową, można było od­nieść wra­że­nie, że czai się ni­czym zgłod­niała zjawa, kry­jąc się w cie­niach za na­grob­kami i po­są­gami, szep­cząc na­zwi­ska wy­cięte w zim­nych ka­mien­nych pły­tach pod ścia­nami.

Brix, wy­soki i po­ważny męż­czy­zna, nie­skłonny do fan­ta­zjo­wa­nia, wy­tarł twarz rę­ka­wem płasz­cza. W parku pa­mięci roz­gry­wał się już zna­jomy ry­tuał Wy­działu Za­bójstw. Funk­cjo­na­riu­sze w czar­nych mun­du­rach cięż­kimi kro­kami prze­mie­rzali be­to­nowe ścieżki, roz­sta­wia­jąc lampy i po­zo­stały sprzęt, jakby szy­ko­wano tu ja­kieś przed­sta­wie­nie. Trzesz­czały krót­ko­fa­lówki, lu­dzie za­da­wali prze­wi­dy­walne py­ta­nia, na które on udzie­lał prze­wi­dy­wal­nych od­po­wie­dzi, nie­cier­pli­wie ma­cha­jąc dło­nią.

Min­de­lun­den. Park pa­mięci.

Drę­czące wspo­mnie­nie, do­kucz­liwy strach, który od tam­tego czasu ni­gdy go nie opu­ścił.

– Sze­fie?

Mad­sen. Do­bry gli­niarz. Nie­zbyt bły­sko­tliwy, ale młody i pe­łen za­pału.

– Gdzie ona jest? – spy­tał Brix.

– W naj­gor­szym miej­scu. Chce pan…?

Brix ru­szył w górę, do­tarł do szczytu scho­dów, wy­szedł na wietrzną ciemną noc. Długa li­nia płyt pa­miąt­ko­wych po le­wej stro­nie zda­wała się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność, jedno na­zwi­sko po dru­gim, sto pięć­dzie­siąt je­den, tylko część par­ty­zan­tów za­mor­do­wa­nych pod­czas pię­cio­let­niej oku­pa­cji na­zi­stow­skiej. Było ich o wiele wię­cej, po­wie­dział jego oj­ciec w tam­ten sło­neczny dzień, 5 maja, pół wieku temu, gdy w każ­dym domu i miesz­ka­niu za­pa­lano w oknie świeczkę dla upa­mięt­nie­nia tych, któ­rzy zgi­nęli.

Przed oczyma Brixa znowu sta­nął zimny spo­kojny po­ra­nek sprzed lat. Z czapką w ręku mały Len­nart szedł do po­sągu ko­biety trzy­ma­ją­cej mar­twego syna, cho­ciaż wi­dział nie­wiele oprócz gro­bów na przo­dzie, ko­lejne rzędy rów­nych ka­mien­nych mo­gił, każda z pa­miąt­ko­wym wa­zo­nem, a wszyst­kie pięk­nie utrzy­mane. I tak miało być za­wsze, za­po­wia­dał oj­ciec.

Tam­tego dnia mały Len­nart po raz pierw­szy spo­tkał się z mrocz­nym po­two­rem zwa­nym śmier­tel­no­ścią i zro­zu­miał, że bę­dzie mu on to­wa­rzy­szyć już za­wsze. Cią­gle tu był – w nie­wi­dzą­cych ka­mien­nych oczach ko­biety tu­lą­cej utra­co­nego syna. W na­zwi­skach wy­cię­tych w ka­mien­nych pły­tach. Czaił się jak dzi­kie zwie­rzę, ku­lił się w cie­niach la­sku za schlud­nymi, rów­nymi gro­bami, cze­ka­jąc na spo­sob­ność, by wy­mknąć się na mia­sto.

– Sze­fie?

Mad­sen się nie­cier­pli­wił. Nic dziw­nego. Len­nart Brix wie­dział, gdzie jest naj­gor­sze miej­sce, a po tych wszyst­kich la­tach w Wy­dziale Za­bójstw i tak nie chciał tam pójść.

– Mamy jej męża. Pa­trol za­trzy­mał go w sa­mo­cho­dzie na mo­ście do Malmö. Jest cały za­krwa­wiony i beł­ko­cze jak sza­le­niec.

Na­zi­ści za­jęli Min­de­lun­den wraz z są­sied­nimi ko­sza­rami Ry­van­gen w 1943 roku, gdy za­ostrzyli po­li­tykę wo­bec oku­po­wa­nego duń­skiego na­rodu. W bu­dyn­kach woj­sko­wych po dru­giej stro­nie li­nii ko­le­jo­wej usta­no­wili cen­trum do­wo­dze­nia. Tu, na pła­skim te­re­nie kie­dyś słu­żą­cym do pa­rad i ćwi­czeń woj­sko­wych, pro­wa­dzili schwy­ta­nych par­ty­zan­tów na strzel­nicę, by ich za­mor­do­wać.

Mad­sen prze­stę­po­wał z nogi na nogę, tu­pa­jąc na bruku i chu­chał na ręce.

– To pew­nie ozna­cza, że po­łowę ro­boty mamy za sobą.

Brix spoj­rzał na niego bez emo­cji.

– Mąż – wy­ja­śnił nie­cier­pli­wie młody funk­cjo­na­riusz. – Jest cały za­krwa­wiony.

Dwa lata temu Brix opro­wa­dził po Min­de­lun­den swoją żonę. Co­raz bli­żej było im już do roz­wodu. Na próżno sta­rał się za­in­te­re­so­wać ją swoim mia­stem ro­dzin­nym, byle nie do­pu­ścić do jej wy­jazdu. Po­cho­dziła z Lon­dynu, nie miała szans po­jąć, co ogląda, do tego trzeba było być Duń­czy­kiem, obo­wiąz­kowo przy­pro­wa­dzo­nym tu w dzie­ciń­stwie przez zdję­tego po­wagą ro­dzica.

An­glicy wie­dzieli, co to wojna, ale o oku­pa­cji nie mieli po­ję­cia. Dla nich, a także dla Ame­ry­ka­nów kon­flikty zbrojne roz­gry­wały się gdzieś tam, da­leko, wy­bu­chały jak po­żary w ja­kimś kraju, ga­szono je i na ob­cej ziemi zo­sta­wały pro­chy i po­pioły. Z Duń­czy­kami sprawa się miała ina­czej, a Brix nie umiał wy­tłu­ma­czyć, na czym po­lega ta róż­nica. Wal­czyli naj­le­piej, jak umieli, kiedy Niemcy wkro­czyli do Ju­tlan­dii w 1940 roku. Po­tem na ja­kiś czas po­kor­nie ska­pi­tu­lo­wali w za­mian za na­miastkę nor­mal­no­ści, po­zo­rów nie­pod­le­gło­ści w roz­dar­tej wojną Eu­ro­pie, okrut­nej sce­ne­rii, w któ­rej pa­no­wa­nie na­zi­stów wy­da­wało się prze­są­dzone.

Na­sta­wie­nie Duń­czy­ków zmie­niało się, za­nim za­częli zni­kać Ży­dzi, a ruch oporu śmia­łymi ak­cjami prze­bu­dził su­mie­nie ro­da­ków. Nie­któ­rzy wal­czyli i pła­cili naj­wyż­szą cenę – tor­tu­ro­wano ich w lo­chach Po­li­ti­går­den, kwa­tery głów­nej po­li­cji, obec­nym miej­scu pracy Brixa, po­tem prze­wo­żono do Min­de­lun­den i przy­wią­zy­wano do słu­pów na tle tra­wia­stego szańca, gdzie w za­mie­rze­niu ni­gdy nie miały sta­nąć ludz­kie cele.

Cią­gle sły­szał, jak oj­ciec opi­suje scenę z maja 1945 roku, kiedy na­de­szło wy­zwo­le­nie. W tych ostat­nich mie­sią­cach Niemcy sta­rali się wy­mor­do­wać jak naj­wię­cej więź­niów. Ska­to­wane, gni­jące ciała le­żały na na­gich po­lach le­d­wie przy­sy­pane zie­mią.

Ich straszna śmierć do­łą­czyła do trud­nych oku­pa­cyj­nych do­świad­czeń ca­łego na­rodu i za­pi­sała się na za­wsze w pa­mięci Duń­czy­ków. Po­zo­stał gniew, żal i skry­wane po­czu­cie wstydu. Jako dziecko drżące przed tymi trzema słu­pami za­cho­wa­nymi w cha­rak­te­rze po­mni­ków przed ścianą strzel­nicy Len­nart Brix za­sta­na­wiał się, czy on by miał tyle od­wagi. Czy też od­wró­ciłby się ple­cami i żył jak gdyby ni­gdy nic?

To py­ta­nie mieli za­da­wać so­bie wszy­scy, któ­rzy żyli po woj­nie. Ale rzadko na głos.

Szcze­ka­nie psa wy­rwało Brixa z za­my­śle­nia. Zer­k­nął na tech­ni­ków w bia­łych kom­bi­ne­zo­nach, w czep­kach, su­ną­cych z po­nu­rymi mi­nami mię­dzy rzę­dami gro­bów w stronę miej­sca, gdzie zbie­rała się reszta ze­społu.

Po­my­ślał, że może tamta chwila przed pięć­dzie­się­ciu laty zde­cy­do­wała, że zo­stał śled­czym. Kimś, kto szuka sensu tam, gdzie go z po­zoru nie ma.

– Sze­fie?

Twarz Mad­sena była pełna cho­ro­bli­wego za­pału, któ­rego Brix ocze­ki­wał od swo­ich lu­dzi. Mu­sieli czuć głód, po­trzebę po­ścigu. Każdy śled­czy mu­siał być my­śli­wym, lep­szym czy gor­szym, ale my­śli­wym. Naj­wyż­szy po­ziom osią­gnęła w tym ko­bieta, która te­raz mar­no­wała ży­cie i zdol­no­ści w mun­du­rze po­gra­nicz­niczki w za­bi­tej de­chami dziu­rze w Ze­lan­dii.

Brix nie od­po­wie­dział. Ru­szył przed sie­bie, wie­dząc, że musi temu sta­wić czoło.

Pła­ski pro­sto­kąt trawy, zdep­tany i ubło­cony przez po­li­cyjne buty, z trzech stron oto­czony był ścia­nami, przy czym ta na końcu wspi­nała się naj­wy­żej.

Lampy świe­ciły tak ostro, jakby księ­życ w pełni ja­śniał nad gło­wami funk­cjo­na­riu­szy. Poza ich za­się­giem prze­szu­ki­wali mo­zol­nie te­ren, wy­soko trzy­ma­jąc la­tarki.

Trzy sę­kate słupy, te­raz już tylko re­pliki, bo ory­gi­nały stały w nie­wiel­kim mu­zeum Ru­chu Oporu, Fri­hed­smu­seet. Ofiarę przy­wią­zano do środ­ko­wego, z rę­koma na ple­cach, ciężką liną prze­pa­su­jąc jej pierś. Blond włosy prze­sią­kły desz­czem i krwią. Z głową zwie­szoną, pod­bród­kiem na piersi wy­glą­dała, jakby przy­cup­nęła nie­zgrab­nie na ko­la­nach.

Rana na jej szyi przy­po­mi­nała upiorny drugi uśmiech. Ko­bieta miała na so­bie nie­bie­ski szla­frok po­cięty miej­scami aż do pasa, a tam, gdzie tra­fiło osza­lałe ostrze, wy­zie­rało po­ra­nione ciało. Twarz miała po­si­nia­czoną i brudną. Krew po­lała się z jej nosa, za­schła po bo­kach ust i przy­po­mi­nała ma­ki­jaż tra­gicz­nego klowna.

– Kil­ka­na­ście ran na szyi i klatce pier­sio­wej – re­fe­ro­wał Mad­sen. – Nie za­bito jej tu­taj. Za­dzwo­nił do nas mąż i po­wie­dział, że wszedł do domu i stwier­dził, że wszę­dzie jest pełno krwi. I ani śladu po żo­nie. Po­tem od­je­chał sa­mo­cho­dem.

Przy­su­nął się, by po­pa­trzeć z bli­ska.

– A więc tak wy­glą­dają zbrod­nie na­mięt­no­ści.

Pies tym­cza­sem wpadł w szał.

– Czy ktoś może uci­szyć to zwie­rzę? – spy­tał Brix.

– Sze­fie?

– Za­bierz­cie męża na prze­słu­cha­nie. Zo­ba­czymy, co ma do po­wie­dze­nia.

Mad­sen prze­stę­po­wał z nogi na nogę.

– Chyba nie jest pan prze­ko­nany.

– Ona jest praw­niczką. On też. Zga­dza się?

– Tak.

Brix wpa­try­wał się w ska­to­wane ciało pod słu­pem.

– Tu­taj? – Po­krę­cił głową. – Aku­rat tu­taj? To nie ma sensu.

– W ogóle za­bi­ja­nie lu­dzie nie ma sensu, prawda?

Wła­śnie że ma, po­my­ślał Brix. Cza­sami. Na tym po­le­gała ro­bota śled­czego: by wśród krwi do­strzec lo­gikę.

Myśl o utra­co­nej funk­cjo­na­riuszce Sa­rze Lund nie da­wała mu spo­koju. Że tak trwoni swój czas w Ged­ser. Za­sta­na­wiał się, co ona by wy­wnio­sko­wała z ta­kiej sceny. Ja­kie za­da­łaby py­ta­nia, na co by spoj­rzała. To, co wi­dział tu przed pięć­dzie­się­ciu laty, miało i jemu dać ten straszny dar. I dało, tro­chę, nie miał jed­nak ta­kiego ta­lentu jak Lund. On umiał mó­wić do zmar­łych, wy­obra­żać so­bie ich od­po­wie­dzi.

Ona…

Wy­soki, po­ważny szef Wy­działu Za­bójstw ko­pen­ha­skiej po­li­cji bar­dzo chciał opu­ścić to miej­sce. Nie mógł tu ja­sno my­śleć.

Ni­gdy nie po­jął, ja­kim cu­dem Lund sły­szy, co mó­wią zmarli.

– Co mam zro­bić? – spy­tał znowu Mad­sen.

– Już po­wie­dzia­łem, przy­wieź go na ko­mendę.

Wró­cił wą­ską, błot­ni­stą ścieżką, przez pole na­grob­ków, mi­ja­jąc na­zwi­ska na mu­rze, po­sąg matki tu­lą­cej za­mor­do­wa­nego syna, ta­blicę pa­miąt­kową z pa­trio­tycz­nymi wer­se­tami kło­po­tli­wego pa­stora Kaja Munka, dawno temu za­mor­do­wa­nego przez ge­stapo pew­nej ciem­nej stycz­nio­wej nocy w po­bliżu Sil­ke­borg w Ju­tlan­dii.

Zszedł be­to­no­wymi scho­dami, ostroż­nie, tak jak szedł jako pię­cio­la­tek opusz­cza­jący to miej­sce z za­wro­tami głowy i mdło­ściami, gdy uświa­do­mił so­bie, że świat jed­nak nie jest bez­pieczny i szczę­śliwy, a pew­nego dnia, tak jak wszyst­kich, czeka go mrok.

U stóp scho­dów Len­nart Brix spoj­rzał w prawo, po­tem w lewo, upew­nia­jąc się, że nikt go nie wi­dzi. Od­szedł na bok i zro­bił to, co kil­ka­dzie­siąt lat temu: zwy­mio­to­wał w brudne krzaki, za­rzu­cone śmie­ciami, bu­tel­kami i nie­do­pał­kami.

Po­tem siadł mil­czący i ża­ło­sny w nie­ozna­ko­wa­nym ra­dio­wo­zie, pod ob­ra­ca­ją­cym się nie­bie­skim świa­tłem, przy wtó­rze sy­ren i roz­mów w po­li­cyj­nym ra­diu, i ża­ło­wał, że z braku wiary nie może się po­mo­dlić, by Mad­sen miał ra­cję. By się oka­zało, że to wy­jąt­kowo gwał­towna zbrod­nia ro­dzinna, która zo­sta­nie szybko i jed­no­znacz­nie roz­wią­zana.

Zbrod­nia na­mięt­no­ści, i tyle.

2

Po­nie­dzia­łek, 14 li­sto­pada7.45

Ged­ser le­żało nad ciem­nymi wo­dami Bał­tyku. Ma­leń­kie mia­steczko li­czyło so­bie ośmiu­set miesz­kań­ców, więk­szość utrzy­my­wała się z promu, który przez cały dzień kur­so­wał do Ros­to­cku i z po­wro­tem. W cza­sach gdy Niemcy były po­dzie­lone na Wschod­nie i Za­chod­nie, prze­myt ogra­ni­czał się za­sad­ni­czo do uchodź­ców po­li­tycz­nych zza że­la­znej kur­tyny. W dwu­dzie­stym pierw­szym wieku prze­myt­nicy zro­bili się bar­dziej przed­się­bior­czy, prze­wo­zili nar­ko­tyki, twarde i mięk­kie, lu­dzi z Bli­skiego Wschodu i od­le­glej­szych re­gio­nów. Na­tura kon­tra­bandy się zmie­niła, a wła­dze mo­gły tylko mieć na­dzieję, że tro­chę wstrzy­mają ten za­lew.

Sa­rah Lund, w swoim gra­na­to­wym mun­du­rze po­gra­nicz­niczki, z dłu­gimi ciem­nymi wło­sami zwią­za­nymi pod re­gu­la­mi­nową czapką, nie stra­ciła ani krztyny z ogrom­nej wy­ob­raźni i do­cie­kli­wo­ści. Po ka­ta­stro­fie, którą za­koń­czyła się sprawa Nanny Birk Lar­sen, gdy mię­dzy in­nymi po­strze­lony zo­stał jej part­ner Jan Meyer, wy­rzu­cono ją z ko­pen­ha­skiej po­li­cji. Za­pro­po­no­wano jej tę skromną, kiep­sko płatną po­sadę w za­ścianku, gdzie nie znała ni­kogo ani nikt nie znał jej.

Przy­jęła ją skwa­pli­wie, roz­go­ściła się w ma­leń­kim drew­nia­nym domku, w któ­rym przez dwa lata wciąż nie zdą­żyła roz­ło­żyć swo­ich rze­czy oprócz kilku sztuk prak­tycz­nych ubrań i zdjęć Marka, obec­nie czter­na­sto­let­niego syna miesz­ka­ją­cego z oj­cem pod Ko­pen­hagą. Jej ży­cie trwało w sta­nie za­wie­sze­nia, utknęło w mar­twym punk­cie, ale tu przy­naj­mniej uwol­niła się – do pew­nego stop­nia – od drę­czą­cego po­czu­cia winy, które nie da­wało jej spo­koju w sto­licy.

To przez nią sprawa Nanny Birk Lar­sen za­koń­czyła się ta­kim cha­osem. Przez nią Meyer, taki ak­tywny, szczę­śliwy czło­wiek bez pa­mięci roz­ko­chany w swo­jej ro­dzi­nie, resztę ży­cia spę­dzi na wózku.

Tak więc pra­co­wała w Ged­ser i pa­trzyła, jak cię­ża­rówki zjeż­dżają z pro­mów, a po­tem przy­glą­dała się kie­row­com i szybko na­brała bie­gło­ści w wy­ła­wia­niu tych o ner­wo­wym spoj­rze­niu.

W po­przed­nim roku nikt nie zła­pał tylu nie­le­gal­nych imi­gran­tów, co ona. Wpraw­dzie na ni­kim też nie ro­biło to wra­że­nia. Ja­kie to miało zna­cze­nie? Wy­zwa­niem było po­ko­na­nie wą­skiej cie­śniny po­mię­dzy Ros­to­ckiem a Ged­ser, je­śli już ktoś so­bie z tym po­ra­dził, tra­fiał na duń­ską zie­mię, skąd de­por­to­wano nie­wielu imi­gran­tów, czy to le­gal­nych, czy nie.

Tak więc Sa­rah Lund wy­ko­ny­wała swoją pracę jak naj­le­piej. A po­mię­dzy na­dej­ściem a wy­pły­nię­ciem promu czy­tała i pi­sała dziwny list do Ko­pen­hagi.

Ty­dzień przed czter­dzie­stymi uro­dzi­nami urzą­dziła so­bie sa­motne święto. Trzy puszki piwa i list do matki, Vi­beke, opo­wia­da­jący o nie­ist­nie­ją­cym przy­ję­ciu z nie­ist­nie­ją­cymi no­wymi przy­ja­ciółmi. I ku­piła so­bie ra­dyjko.

Te­raz, o ósmej, gdy sie­działa sama w nie­wiel­kiej budce po­gra­nicz­ni­ków, deszcz lał się z po­sęp­nego nieba, a ona słu­chała w słu­chaw­kach po­ran­nych wia­do­mo­ści.

„Przy­szłość rzą­do­wego pa­kietu an­ty­ter­ro­ry­stycz­nego stoi pod zna­kiem za­py­ta­nia…” – mó­wił spi­ker.

Uważne oczy Lund po­dą­żyły za od­pły­wa­ją­cym pro­mem, który wła­śnie ma­new­ro­wał przy wyj­ściu z portu i ocię­żale kie­ro­wał się na otwarte mo­rze.

„…po­nie­waż mi­ni­ster spra­wie­dli­wo­ści Frode Mon­berg tra­fił do szpi­tala po ataku serca. Jego obecny stan jest nie­znany. Par­la­ment miał dzi­siaj oma­wiać nową ustawę an­ty­ter­ro­ry­styczną. Pre­mier, Gert Grue Erik­sen, twier­dzi, że nie­obec­ność Mon­berga nie za­szko­dzi ne­go­cja­cjom z part­ne­rami ko­ali­cyj­nymi rzą­dzą­cej Par­tii Cen­trum…”

– Po­li­tycy – mruk­nęła Lund, wspo­mi­na­jąc wy­da­rze­nia sprzed dwóch lat. Nan­nie Birk Lar­sen nie oka­zali żad­nych wzglę­dów, dbali tylko o sie­bie.

Uszy Sary wy­peł­nił prze­sad­nie uprzejmy głos pre­miera. Grue Erik­sen od tak dawna funk­cjo­no­wał na szczy­tach duń­skiej po­li­tyki, że na sam dźwięk tego głosu zo­ba­czyła jego wi­ze­ru­nek: sre­brzy­ste włosy, pro­mienna, miła twarz. Czło­wiek go­dzien za­ufa­nia. Chluba na­rodu.

„Pa­kiet an­ty­ter­ro­ry­styczny jest w obec­nej sy­tu­acji nie­zbędny” – po­wie­dział Grue Erik­sen wy­wa­żo­nym, pew­nym gło­sem. „Pro­wa­dzimy wojnę z okrut­nym wro­giem tak tchórz­li­wym, że nie po­ka­zuje swo­jego ob­li­cza. Walka z ter­ro­ry­zmem trwa, i tu­taj, i w Afga­ni­sta­nie”.

Nie­le­galni imi­granci zła­pani przez Lund nie wy­glą­dali jej na ter­ro­ry­stów. Zwy­kli, smutni, biedni ob­co­kra­jowcy, któ­rzy dali się na­brać, że Za­chód jest miłą i szczo­drą zie­mią, która ich po­wita z otwar­tymi ra­mio­nami.

Ko­lejny ser­wis in­for­ma­cyjny.

„Po­dej­rzany o do­ko­na­nie mor­der­stwa w Parku Pa­mięci na­dal prze­bywa w aresz­cie. Szef Wy­działu Za­bójstw Len­nart Brix ujaw­nił nie­wiele in­for­ma­cji od chwili po­peł­nie­nia zbrodni dzie­sięć dni temu. Źró­dła zbli­żone do Po­li­ti­går­den su­ge­rują, że aresz­to­wana osoba, po­do­bno mąż ofiary, wkrótce zo­sta­nie zwol­niona, o ile po­li­cja nie do­kona ja­kie­goś prze­ło­mo­wego od­kry­cia…”

Gwał­tow­nym ru­chem wy­cią­gnęła słu­chawki z uszu. W ko­lejce do na­stęp­nego promu sta­nęła cię­ża­rówka. To dla­tego. Z żad­nego in­nego po­wodu.

Nie­ważne, że jej dy­żur wła­śnie się koń­czył ani że w stronę budki szedł już jej zmien­nik.

Ko­pen­haga na­le­żała do prze­szło­ści. I praca w po­li­cji rów­nież. Lund się z tego nie cie­szyła. Ani nie czuła roz­cza­ro­wa­nia. Tak po pro­stu się stało.

Wy­szła więc na spo­tka­nie zmien­ni­kowi, po­roz­ma­wiała o gra­fi­kach i ra­por­tach. O tym, co mogą dla nich ozna­czać nowe prze­pisy an­ty­ter­ro­ry­styczne. Pew­nie wię­cej ro­boty pa­pier­ko­wej i nic poza tym.

Ru­szyła do biura za­koń­czyć dzie­się­cio­go­dzinną zmianę, za­sta­na­wia­jąc się, czy zdoła po­spać, kiedy wresz­cie wróci do swo­jego domku na skraju tego po­nu­rego mia­steczka.

Przy drzwiach zo­ba­czyła czar­nego Forda. Pla­kietka par­kin­gowa na przed­niej szy­bie wy­glą­dała zna­jomo: Po­li­ti­går­den. Obok sa­mo­chodu stał męż­czy­zna w jej wieku. Wyż­szy od Jana Mey­era, bar­dziej umię­śniony. Ale w ta­kich sa­mych ciu­chach: czarna skó­rzana kurtka i dżinsy. Ta sama znisz­czona, blada twarz, krótko ostrzy­żone włosy i kil­ku­dniowy za­rost.

Jan Meyer miał wy­łu­pia­ste oczy i wiel­kie uszy. Ten męż­czy­zna nie. Był przy­stojny w dys­kretny, nie­mal nie­śmiały spo­sób. Uważny za tą za­wo­dową, zdy­stan­so­waną ma­ską, do któ­rej no­sze­nia zmu­szała go praca.

Glina do szpiku ko­ści, po­my­ślała Lund. Rów­nie do­brze mógłby no­sić od­znakę na piersi.

– Cześć – za­gaił żywo, po­dą­ża­jąc za nią do biura.

Lund wy­łą­czyła swoje wal­kie-tal­kie, wsa­dziła je do szu­flady. Wzięła ku­bek z kawą.

On stał w drzwiach.

– Sa­rah Lund?

Kawa jak zwy­kle wy­da­wała się w smaku zbyt mocna.

– Ulrik Strange. Dzwo­ni­łem do cie­bie mnó­stwo razy. Zo­sta­wia­łem wia­do­mo­ści. Pew­nie ich nie ode­bra­łaś.

Zdjęła czapkę, uwol­niła dłu­gie ciemne włosy. On nie od­ry­wał od niej wzroku. Lund za­sta­na­wiała się, czy jest po­dzi­wiana. W Ged­ser to się nie­czę­sto zda­rzało.

– W ter­mo­sie jest kawa, je­śli masz tyle od­wagi – po­wie­działa i wy­peł­niła nocny ra­port: dwie li­nijki, nic do zgło­sze­nia.

– Je­stem pod­ko­mi­sa­rzem po­li­cji…

Szcze­góły, po­my­ślała Lund. Za­wsze się li­czyły.

– Pod­ko­mi­sa­rzem po­li­cji kry­mi­nal­nej, chcia­łeś po­wie­dzieć?

Za­śmiał się. I wy­glą­dał przy tym życz­li­wie.

– Nie. W ciągu dwóch lat sporo się zmie­niło. Wpro­wa­dzono mnó­stwo re­form. Już nie można pa­lić w bu­dynku, mamy nowe stop­nie. Wy­rzu­cili słowo „kry­mi­nal­nej”. Pew­nie było uwa­żane za tro­chę… – Po­dra­pał się po krót­kich wło­sach. – Sam nie wiem. – Wzniósł to­ast kub­kiem.

Lund spraw­dziła wpis w dzien­niku i go za­mknęła.

– Chcie­li­by­śmy omó­wić z tobą pewną sprawę.

Wy­szła do szatni, Strange po­dą­żył za nią.

– Dzie­sięć dni temu za­mor­do­wano ko­bietę. W bar­dzo dziw­nych oko­licz­no­ściach.

Lund wzięła swoją cy­wilną kurtkę, gra­na­towy swe­ter i dżinsy.

– Za­cze­kam, aż się prze­bie­rzesz.

– Mów da­lej. – Prze­ci­snęła się za szafki i ścią­gnęła zimny, wil­gotny mun­dur.

– Pew­nie o tym czy­ta­łaś. Min­de­lun­den. Ko­bieta za­mor­do­wana w Parku Pa­mięci. Chcie­li­by­śmy, że­byś przej­rzała akta sprawy, bo może coś nam umknęło.

– My? – spy­tała Lund zza sza­fek.

– Brix o to pro­sił. Po­trzebne nam świeże spoj­rze­nie. Uważa, że ty mo­żesz nam je za­pew­nić.

Sa­rah usia­dła na krze­śle i wcią­gnęła dłu­gie skó­rzane buty.

– Mogę tu zo­stać do po­łu­dnia – za­pro­po­no­wał Strange. – Zre­fe­ro­wać ci do­tych­cza­sowe usta­le­nia, je­śli chcesz.

– Pra­cuję w straży gra­nicz­nej. Nie zaj­muję się do­cho­dze­niami w spra­wie mor­der­stwa.

– Je­ste­śmy pra­wie pewni, że mamy sprawcę. Mąż ofiary sie­dzi w aresz­cie. Mo­żemy go trzy­mać naj­wy­żej do ju­tra, a po­tem mu­simy mu po­sta­wić za­rzuty. Za­pła­cimy ci za prze­pra­co­wany czas. Twoi tu­tejsi prze­ło­żeni się zga­dzają.

Wstała, nie pa­trząc na niego.

– Po­wiedz mu, że nie je­stem za­in­te­re­so­wana.

Da­lej stał w drzwiach, ani drgnął.

– Dla­czego?

Lund wbiła wzrok w jego klatkę pier­siową, aż się ru­szył, po czym go mi­nęła i chwy­ciła kurtkę.

– Brix uprze­dził mnie, że od­mó­wisz. Mó­wił, że po­wi­nie­nem pod­kre­ślić, ja­kie to ważne. Że po­trze­bu­jemy two­jej po­mocy.

– No… – Lund od­wró­ciła się, by na niego spoj­rzeć. – Już to zro­bi­łeś, prawda?

Strange ści­skał swój ku­bek, za­sta­na­wia­jąc się, co te­raz po­wie­dzieć.

– Jak bę­dziesz wy­cho­dził, sprawdź, czy za­mkną­łeś do­brze drzwi – do­dała i znik­nęła.

Gdy za­dzwo­nił te­le­fon, Tho­mas Buch sie­dział sam w swoim biu­rze po­sel­skim w Fol­ke­tin­get, sie­dzi­bie par­la­mentu, od­bi­ja­jąc od ściany gu­mową pi­łeczkę. Taki miał na­wyk od dzie­ciń­stwa. Na­wyk ten draż­nił lu­dzi. Buch też.

Nie­któ­rzy uwa­żali go za in­truza, który do­stał się do duń­skiego par­la­mentu na ple­cach ko­goś lep­szego, w tym wy­padku czło­wieka, któ­rego śmierć była stratą dla ca­łego na­rodu. Buch miał trzy­dzie­ści osiem lat, był jed­nym z dy­rek­to­rów w przed­się­bior­stwie rol­nym w swo­jej ro­dzin­nej Ju­tlan­dii, w pracy od­no­sił suk­cesy, pro­wa­dził firmę, którą jego ro­dzina two­rzyła przez dłu­gie lata, a która tak się roz­ro­sła, że za­trud­niała po­nad czte­ry­sta osób.

Po­tem na­de­szła druga wojna w Iraku. Jeppe, star­szy brat Tho­masa, w ro­dzi­nie ten by­stry, szczu­pły, przy­stojny, elo­kwentny, gwiazda me­diów, która wkrótce miała wkro­czyć w świat po­li­tyki, po­sta­no­wił wró­cić do woj­ska.

Jeppe był cho­dzą­cym ide­ałem, a wy­da­wał się jesz­cze wspa­nial­szy, od­kąd za­mor­do­wali go re­be­lianci, któ­rzy za­ata­ko­wali jego od­dział, do­star­cza­jący po­moc me­dyczną do szpi­tala na przed­mie­ściach Bag­dadu.

Tho­mas Buch w za­sa­dzie sam nie do końca ro­zu­miał, dla­czego zgo­dził się wal­czyć o miej­sce, które obie­cano w par­la­men­cie jego bratu, i za­mie­nić za­wi­ło­ści Wspól­nej Po­li­tyki Rol­nej na niu­anse duń­skiego prawa par­la­men­tar­nego. Oka­zało się, że wbrew po­zo­rom ta zmiana nie jest ra­dy­kalna, a on świet­nie so­bie ra­dzi w środ­ko­wych ła­wach Par­tii Cen­trum. Więk­szość go to­le­ro­wała, nie­któ­rzy trak­to­wali po­dejrz­li­wie, a dla wszyst­kich był, jak mu się zda­wało, gru­bym młod­szym bra­tem Jep­pego.

Tę­sk­nił za swoją żoną Ma­rie, która zo­stała w domu w Ju­tlan­dii z dwójką ich dzieci, nie zno­sił cy­nicz­nej miej­skiej at­mos­fery sto­licy. Ale obo­wią­zek to obo­wią­zek, a ro­dzinna firma zo­stała w do­brych rę­kach.

Na­wet mu nie przy­cho­dziło do głowy, że mógłby awan­so­wać i wejść w skład rządu. Otyły, z ła­godną twa­rzą morsa i rzadką rudą brodą, ni­gdy nie na­le­żał do ulu­bień­ców me­diów. W głębi serca miał na­dzieję, że kiedy obecna ka­den­cja par­la­mentu do­bie­gnie końca, ci­cha­czem po­wróci do spo­koj­nych pól oj­czy­stych stron i znowu sta­nie się ano­ni­mowy. Tym­cza­sem za­mie­rzał zaj­mo­wać się każdą ustawą, która się na­wi­nie, po­trze­bami wy­bor­ców i co­dzien­nymi obo­wiąz­kami par­la­men­tar­nymi.

I ude­rze­niem gu­mo­wej pi­łeczki o ścianę ga­bi­netu. Za­wsze pró­bo­wał prze­wi­dzieć, jaki efekt wy­woła choćby naj­lżej­sza zmiana kąta. Ob­ser­wo­wa­nie pi­łeczki po­ma­gało mu się sku­pić, a po te­le­fo­nie, który nie­dawno ode­brał, za­iste miał na czym. Wzy­wano go, ale nie wie­dział, czy czeka go eg­ze­ku­cja, czy awans.

Ka­zano mu wło­żyć ma­ry­narkę i kra­wat. Od­bił więc pi­łeczkę po raz ostatni, oce­nił bez­błęd­nie, któ­rędy do niego wróci, wsa­dził ją do kie­szeni, zdjął bluzę i z ma­łej szafy przy oknie wy­cią­gnął naj­lep­sze ubra­nia, ja­kie miał.

Na kra­wa­cie zo­ba­czył żółtko. Na je­dy­nej bia­łej ko­szuli też. Ze­skro­bał je, ale zo­stała żółta plama. Się­gnął więc po czarne polo i wy­szedł na zimny li­sto­pa­dowy dzień. Prze­ciął bru­ko­wany plac, który od­dzie­lał sie­dzibę par­la­mentu od pa­łacu Chri­stians­borg, wspiął się dłu­gimi czer­wo­nymi scho­dami i do­tarł do ga­bi­netu Gerta Gru­ego Erik­sena, pre­miera Da­nii.

W domku za­wsze pa­no­wał prze­ni­kliwy ziąb, choćby nie wia­domo jak Lund pod­krę­cała ża­ło­sne ogrze­wa­nie. Wie­działa, że nie za­śnie. Usma­żyła więc be­kon, spa­liła kilka to­stów i spraw­dziła roz­kład jazdy po­cią­gów.

Au­to­bu­sem do Ny­købing Fal­ster, po­tem po­cią­giem. Dwie i pół go­dziny. Kur­so­wał re­gu­lar­nie.

Od czasu sprawy Birk Lar­sen rzadko by­wała w domu. Nie mia­sto ją od­stra­szało, lecz wspo­mnie­nia. Po­czu­cie winy. W Ged­ser jej ży­cie spro­wa­dzało się do sza­rego Bał­tyku, nud­nej, ru­ty­no­wej pracy w por­cie, sa­mot­nych go­dzin w pu­stym domku, oglą­da­nia te­le­wi­zji, błą­ka­nia się po sieci, czy­ta­nia, spa­nia.

W mie­ście wy­glą­dało to ina­czej. Nie była już pa­nią swo­jego losu, o jej ży­ciu de­cy­do­wały wy­da­rze­nia poza jej kon­trolą, pełne ciem­nych ulic, do któ­rych tę­sk­niła.

Cho­dziło o miej­sce, nie o nią.

„Ścią­gnę­łaś Mey­era do tego bu­dynku. Wy­gna­łaś ze swo­jego ży­cia Bengta Ro­slinga. Od­py­cha­łaś Marka i jego ojca. Do­ko­na­łaś tych wszyst­kich fa­tal­nych wy­bo­rów, pró­bu­jąc do­ciec, kto za­bił Nannę Birk Lar­sen”.

Od ja­kie­goś czasu nie sły­szała już tego głosu.

Fo­to­gra­fię Marka miała na lo­dówce. Nie wi­działa go od pię­ciu mie­sięcy. Pew­nie jest jesz­cze wyż­szy.

Na uro­dziny ku­piła mu bluzę w Netto. Tani pre­zent, ale przy swo­ich mi­zer­nych za­rob­kach nie mo­gła so­bie po­zwo­lić na inny.

Po­winna cza­sami spo­tkać się z matką. Z po­wo­dów, któ­rych sama nie ro­zu­miała, za­żarta wojna po­mię­dzy nimi ustała, od­kąd Sarę zwol­niono z Po­li­ti­går­den. Nie­wy­klu­czone, że Vi­beke zna­la­zła w so­bie ślad współ­czu­cia, na­wet li­to­ści, któ­rego jej córka ni­gdy wcze­śniej nie za­uwa­żyła. Albo obie się po pro­stu sta­rzały i bra­ko­wało im ener­gii, by to­czyć wie­lo­let­nie sprzeczki, które dzie­liły je, od­kąd Lund się­gała pa­mię­cią.

Zer­k­nęła na ka­len­darz. Trzy dni wolne od pracy. I żad­nego po­my­słu na za­bi­cie czasu.

Się­gnęła po lap­top, zaj­rzała do ser­wi­sów in­for­ma­cyj­nych. Prze­czy­tała to, co po­wie­dzieli o mor­der­stwie w Min­de­lun­den, bo coś mu­sieli po­wie­dzieć. Nie było tego dużo. Len­nart Brix do­szedł do wprawy w za­my­ka­niu ust dzien­ni­ka­rzom, a w każ­dym ra­zie był w tym te­raz lep­szy niż dwa lata temu, gdy po­łowa po­li­ty­ków w ko­pen­ha­skim Ra­tu­szu pró­bo­wała wyjść cało ze sprawy Birk Lar­sen.

Brix.

Nie był złym czło­wie­kiem. Je­dy­nie am­bit­nym. Nie zwol­nił jej od razu. Za­pro­po­no­wał wyj­ście, dzięki któ­remu zo­sta­łaby w po­li­cji, gdyby tylko ze­chciała scho­wać dumę do kie­szeni, po­wie­dzieć, że kłam­stwa są prawdą, ukryć rze­czy, na które po­winno paść ostre nie­mi­ło­sierne świa­tło.

Nie zrobi tego dla Brixa. I na pewno nie da się za­uro­czyć temu przy­stoj­nemu po­słań­cowi. Może zrobi to ze względu na Marka. Albo na­wet ze względu na matkę.

Ale przede wszyst­kim dla sie­bie. Bo sama tego chce.

Te­le­fon bły­snął, gdy uru­cho­miło się przy­po­mnie­nie. Dzi­siaj uro­dziny Marka.

– Cho­lera – za­klęła, pę­dząc po ta­nią bluzę. Stwier­dziła, że ma w domu tylko pa­pier do pa­ko­wa­nia w re­ni­fery.

Pa­ku­jąc pre­zent, za­dzwo­niła do domu. Vi­beke nie było. Ostat­nio zwy­kle jej nie było, nie wie­dzieć czemu.

„Cześć, mamo” – na­grała się Lund. „Przy­jeż­dżam na Marka uro­dziny, tak jak obie­ca­łam. Tylko na je­den dzień, do ju­tra. Do zo­ba­cze­nia”.

Po­tem wzięła znisz­czoną torbę, wło­żyła do niej ja­kieś pierw­sze z brzegu ciu­chy i ru­szyła na au­to­bus.

Kie­dyś był to ga­bi­net króla, a w każ­dym ra­zie tak po­wie­działa na przy­wi­ta­nie se­kre­tarka. Oka­załe krze­sła i wiel­kie biurko, słynne duń­skie lampy. Z okna roz­ta­czał się wi­dok na plac do jazdy kon­nej, gdzie sa­motny tre­ner krą­żył nie­stru­dze­nie po bło­cie z dwoma spo­śród koni kró­lo­wej. Duń­skim pań­stwem kie­ro­wano głów­nie z bu­dyn­ków na wy­sepce Slot­shol­men, daw­nym gro­dzie wa­row­nym, w któ­rym za­my­kała się nie­gdyś cała Ko­pen­haga. Pa­łac Chri­stians­borg, Fol­ke­tin­get, sie­dziby roz­ma­itych mi­ni­sterstw… wszystko to tło­czyło się w kilku bu­dyn­kach wznie­sio­nych na szcząt­kach zamku wa­lecz­nego bi­skupa Ab­sa­lona, po­łą­czo­nych ogól­no­do­stęp­nymi uli­cami i ulicz­kami, co przy­po­mi­nało o li­be­ral­nej na­tu­rze no­wo­cze­snego pań­stwa.

Bu­chowi za­sad­ni­czo się tu po­do­bało, cho­ciaż wo­la­łaby, żeby czę­ściej od­wie­dzała go Ma­rie z dziew­czyn­kami.

Miał w kie­szeni swoją gu­mową pi­łeczkę i chwilę się za­sta­na­wiał, jak by to było od­bić ją od wy­ło­żo­nych bo­aze­rią ścian kró­lew­skiego ga­bi­netu. Na­gle jed­nak wszedł Gert Grue Erik­sen i na wi­dok jego miny Buch po­rzu­cił te po­kusy. Mi­ni­ster le­żał w szpi­talu ciężko chory. Roz­grze­bana ustawa an­ty­ter­ro­ry­styczna ugrzę­zła w la­bi­ryn­cie po­li­tyki ko­ali­cyj­nej. Grue Erik­sen był do­wódcą okrętu i mu­siał na­wi­go­wać jed­nostką, któ­rej stery dzier­żyło wiele rąk. Ni­ski, ener­giczny męż­czy­zna w wieku pięć­dzie­się­ciu ośmiu lat, o srebr­nych wło­sach i do­stoj­nej, przy­ja­ciel­skiej twa­rzy. Znaj­do­wał się na szczy­tach duń­skiej po­li­tyki, od­kąd Buch pa­mię­tał. Od tak dawna, że czło­wiek z Ju­tlan­dii cią­gle czuł przed nim nie­jaki re­spekt, ni­czym dziecko przed dy­rek­to­rem.

Grue Erik­sen nie mar­no­wał czasu na próżne gadki.

Krót­kie po­wi­ta­nie, zwy­cza­jowe py­ta­nie o ro­dzinę, uścisk ręki.

– Sły­szał pan o Mon­bergu? – spy­tał.

– Ja­kieś nowe wie­ści?

– Mó­wią, że bę­dzie żył. – Pre­mier ge­stem skie­ro­wał go­ścia do krze­sła sto­ją­cego przed jego biur­kiem, po czym sam za­jął wielki skó­rzany fo­tel na­prze­ciwko. – Nie wraca do pracy. Nie w tej chwili. I póź­niej też nie.

– Przy­kro mi – po­wie­dział Buch ze szcze­rym współ­czu­ciem.

Grue Erik­sen wes­tchnął.

– Fa­talny mo­ment. Po­trze­bu­jemy pa­kietu an­ty­ter­ro­ry­stycz­nego, a te­raz utknę­li­śmy po­mię­dzy pra­wicą a le­wicą. Z jed­nej strony tak zwani pa­trioci Krab­bego z Par­tii Na­ro­do­wej, z dru­giej krwa­wiące serce Bir­gitte Ag­ger i Po­stę­po­wych. Je­śli oni wszy­scy nie od­pusz­czą, ustawa prze­pad­nie. Mon­berg miał to za­ła­twić. – Utkwił w roz­mówcy wy­cze­ku­jące spoj­rze­nie. – A więc, Tho­ma­sie? Co zro­bimy?

Buch się ro­ze­śmiał.

– Schle­bia mi, że pyta pan mnie, ale…

Nie był tępy. Jego umysł pra­co­wał całą drogę po dłu­gich scho­dach do ga­bi­netu Grue Erik­sena.

– Ale dla­czego? – do­koń­czył py­ta­nie.

– Bo kiedy wyj­dzie pan z tego po­koju, uda się na spo­tka­nie z kró­lową. Kró­lowa musi po­znać no­wego mi­ni­stra spra­wie­dli­wo­ści. – Grue Erik­sen po­now­nie się uśmiech­nął. – Za­ła­twimy panu ko­szulę i kra­wat. I pro­szę w jej obec­no­ści nie ba­wić się tą cho­lerną pi­łeczką. Po­tem znaj­dziemy ja­kiś spo­sób, by nasz pa­kiet an­ty­ter­ro­ry­styczny prze­szedł. Mu­simy w przy­szłym ty­go­dniu zro­bić gło­so­wa­nie, a w tej chwili mamy tu istny cyrk. Krabbe cią­gle żąda ko­lej­nych ustępstw, Po­stę­po­wcy wy­ko­rzy­stają każdy pre­tekst…

– Przy­kro mi – prze­rwał mu Buch. – Ale mu­szę coś po­wie­dzieć.

Grue Erik­sen cze­kał.

– To dla mnie za­szczyt. Na­prawdę. Ale ja je­stem biz­nes­me­nem, rol­ni­kiem. To nie ja… – Spoj­rzał za okno, na bu­dy­nek par­la­mentu. – Cze­ka­li­ście tu na Jep­pego, nie na mnie.

– To prawda – przy­znał pre­mier.

– Ja za­pewne nie…

– Mamy tu pana, nie Jep­pego. Przy­glą­dam się panu od lat. Za­uwa­ży­łem pań­ski spo­kój i pra­wość. Od­da­nie. Spo­ra­dyczne – wska­zał na czarne polo – pro­blemy z pro­to­ko­łem.

– Nie je­stem praw­ni­kiem.

– A ja nie je­stem pre­mie­rem. W tej roli ob­sa­dziło mnie ży­cie i pró­buję wy­ko­ny­wać tę pracę jak naj­le­piej. Bę­dzie pan miał naj­lep­szych w kraju urzęd­ni­ków. I moje pełne wspar­cie. Je­śli…

– Mu­szę od­mó­wić – prze­rwał mu Buch.

– Dla­czego?

– Bo nie je­stem go­towy. Za mało wiem. Może za kilka lat, kiedy po­będę tu dłu­żej. Nie je­stem swoim bra­tem.

– Nie. Nie jest pan. Dla­tego skła­dam tę pro­po­zy­cję. Jeppe był gwiazdą, świe­cił aż za ja­sno. Był lek­ko­myślny i po­ryw­czy. Ni­gdy bym mu nie zło­żył ta­kiej pro­po­zy­cji.

Buch gwał­tow­nie wcią­gnął po­wie­trze i spoj­rzał za okno na dwa ko­nie krą­żące po błot­ni­stym placu do jazdy kon­nej, na męż­czy­znę z pej­czem w dłoni. Trzy­mał go tak de­li­kat­nie, nie uży­wał. A jed­nak go miał.

– Na ten pa­kiet an­ty­ter­ro­ry­styczny po­sta­wi­łem moją re­pu­ta­cję, fo­tel pre­miera – cią­gnął Grue Erik­sen. – Pan le­piej niż kto­kol­wiek inny wie, jak bar­dzo ten pro­jekt jest po­trzebny. Niech pan przy­woła do po­rządku tych tam na ko­ry­ta­rzach po dru­giej stro­nie placu. Niech zro­zu­mieją, że to ma sens.

– Ale…

– To wojna, Tho­ma­sie! Tu trzeba od­wagi, nie skrom­no­ści. Oni pana po­słu­chają, i to tak, jak ni­gdy nie słu­chali Mon­berga. On był cze­lad­ni­kiem, umie­jęt­nym dzia­ła­czem par­tyj­nym. Nie wno­sił zna­cze­nia mo­ral­nego. – Grue Erik­sen ru­chem głowy wska­zał roz­mówcę. – Pan wnosi. Nikt lep­szy nie przy­cho­dzi mi na myśl.

– Pa­nie pre…

– Ma pan kom­pe­ten­cje. Nie wąt­pię w to. Na­prawdę bra­kuje panu woli? Po­czu­cia obo­wiązku?

Obo­wią­zek.

Obok tego słowa ciężko było przejść obo­jęt­nie.

Pre­mier wstał i pod­szedł do dłu­giego okna. Buch do niego do­łą­czył. Pa­trzyli na desz­czowy dzień, ko­nie i dwu­kółkę brnącą przez błoto na placu.

– Mo­głem wy­zna­czyć ko­goś in­nego – po­wie­dział Grue Erik­sen – ale to rów­na­łoby się za­gro­że­niu dla prac nad ustawą. My­śli pan, że to leży w in­te­re­sie Da­nii?

– Nie – od­rzekł Buch. – Oczy­wi­ście, że nie. Ten pa­kiet jest ko­nie­czny…

– Więc pro­szę do­pro­wa­dzić go do końca. Dla mnie. Py­tam pana ostatni raz: zo­sta­nie pan na­szym no­wym mi­ni­strem spra­wie­dli­wo­ści?

Buch nie od­po­wie­dział.

– Biała ko­szula, kla­syczny kra­wat. – Grue Erik­sen we­zwał tymi sło­wami se­kre­tarkę. – Coś panu znaj­dziemy. Le­piej niech pan po­śle po za­pas ofi­cjal­nych stro­jów, pa­nie mi­ni­strze. Ko­niec z ko­szul­kami polo.

Her­ste­dve­ster, pla­cówka łą­cząca funk­cję wię­zie­nia i szpi­tala psy­chia­trycz­nego, le­żało dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów na za­chód od Ko­pen­hagi. Ozna­czało to długą, nudną po­dróż, któ­rej Lo­uise Ra­ben już tro­chę miała dość.

Znała ob­rzą­dek. Torba prze­jeż­dża przez ska­ner. Ob­szu­ka­nie. Prze­pustka.

Po­tem straż­nicy wpro­wa­dzali ją do środka i da­lej, do po­ko­jów wi­dzeń, a ona za­sta­na­wiała się, gdzie jest jej mąż i co robi.

Dwa lata osa­dze­nia, każda prośba o zwol­nie­nie wa­run­kowe od­rzu­cona. Jens Pe­ter Ra­ben był żoł­nie­rzem, oj­cem, mę­żem. Czło­wie­kiem, który słu­żył pań­stwu duń­skiemu przez nie­mal po­łowę swo­jego trzy­dzie­sto­sied­mio­let­niego ży­cia.

Te­raz zo­stał zde­gra­do­wany do roli więź­nia w za­mknię­tym za­kła­dzie psy­chia­trycz­nym, od­izo­lo­wany jako groźny dla sie­bie i dla spo­łe­czeń­stwa, któ­remu kie­dyś, zda­wa­łoby się, słu­żył.

Dwa lata. Nic nie za­po­wia­dało końca udręki. Gdyby był ska­zany za pro­ste prze­stęp­stwo – ra­bu­nek, roz­bój – już by wró­cił do domu. Może do woj­ska, a może – to było jej ta­jemne ży­cze­nie, któ­rego co prawda nie wy­po­wia­dała w obec­no­ści ojca – szu­kałby pracy jako cy­wil. Ale stan umy­słu Ra­bena po tym, gdy ranny wró­cił z Afga­ni­stanu, nie da­wał na­dziei na wol­ność, do któ­rej mieli prawo zwy­czajni prze­stępcy. Od­ku­pie­nie nie przy­słu­gi­wało tym, któ­rych uznano za nie w pełni władz umy­sło­wych.

Co­raz czę­ściej przy­cho­dziła jej do głowy strasz­liwa myśl. A je­śli ni­gdy go nie wy­pusz­czą? Je­śli jej mąż, oj­ciec Jo­nasa, zo­sta­nie w Her­ste­dve­ster na za­wsze?

Mały wła­śnie skoń­czył cztery lata. Po­trze­bo­wał obec­no­ści męż­czy­zny. Zresztą ona rów­nież. Była młoda, bra­ko­wało jej przy­jaźni męża, a także fi­zycz­nej bli­sko­ści, cie­pła, do­tyku. Na samo wy­obra­że­nie, że może on ni­gdy nie wróci, w jej gło­wie bu­dziły się my­śli ab­so­lut­nie nie­do­pusz­czalne.

Gdyby tak się stało… co z lo­jal­no­ścią? Wier­no­ścią?

Lo­uise Ra­ben po­cho­dziła z żoł­nier­skiej ro­dziny, wy­cho­wała się w ko­sza­rach, gdy jej oj­ciec do­słu­gi­wał się jed­nej rangi po dru­giej. Nie­które ko­biety cze­kały, a inne ko­rzy­stały z oka­zji, by zdo­być kon­trolę nad wła­snym ży­ciem. Ona nie chciała do­ko­ny­wać tego wy­boru.

Straż­nik wpro­wa­dził ją na blok dla od­wie­dza­ją­cych. Na ze­wnątrz wi­działa skrzy­dło wię­zienne i da­lej szpi­tal, w osob­nym bu­dynku. Wszę­dzie wy­so­kie mury. Druty kol­cza­ste. Męż­czyźni z wal­kie-tal­kie i bro­nią. Po­tem wpu­ścili ją do po­koju za­re­zer­wo­wa­nego na wi­zyty mał­żeń­skie. Ta­nia ta­peta, zwy­kły stół, pod ścianą tap­czan. I męż­czy­zna, który co­raz czę­ściej wy­da­wał się da­leki, choćby nie wia­domo jak się sta­rała.

– Jo­nas? – spy­tał.

Po­de­szła i go uści­skała. Cią­gle miał na so­bie te same stę­chłe ubra­nia, czarny swe­ter, wy­tarte płó­cienne spodnie. Broda mu si­wiała, twarz stała się szczu­plej­sza. Choć nie był mu­sku­larny, nie­zmien­nie zdu­mie­wała ją jego siła, wi­do­czna w sza­ro­nie­bie­skich oczach, za­wsze czuj­nych.

Jens Pe­ter Ra­ben był sier­żan­tem w ba­ta­lio­nie jej ojca. Kimś, komu lu­dzie ufali i kogo cza­sami się bali. Mie­szały się w nim za­cie­kłość i gniew, które chyba ni­gdy nie sła­bły, w każ­dym ra­zie ona ta­kie od­no­siła wra­że­nie.

– W przed­szkolu był bal – po­wie­działa, kła­dąc dłoń na jego za­ro­śnię­tym po­liczku. – Ko­le­dzy go za­cze­piali…

– Ja­sne. Ro­zu­miem.

– Od­zy­wał się do cie­bie Myg?

Po­krę­cił głową. Na dźwięk tego imie­nia jakby się zmar­twił. Al­lan Myg Po­ul­sen na­le­żał do jego od­działu w Afga­ni­sta­nie, a te­raz in­ten­syw­nie dzia­łał w klu­bie we­te­ra­nów, dba­jąc o by­łych żoł­nie­rzy. Po­przed­niego ranka Lo­uise za­dzwo­niła do niego z prośbą, by zna­lazł ja­kąś pracę dla jej męża.

– Myg mówi, że mógłby ci za­ła­twić ja­kąś ro­botę. Na bu­do­wie… Cie­sielkę. Po­mógłby nam też w szu­ka­niu miesz­ka­nia.

Uśmiech­nął się.

– Może gdy­byś miał ja­kąś pro­po­zy­cję pracy…

– Może.

Przy każ­dym spo­tka­niu wy­da­wał jej się taki spo­kojny. Trudno było zro­zu­mieć, dla­czego każdy jego wnio­sek o zwol­nie­nie wa­run­kowe od­rzu­cano, bo rze­komo sta­no­wił ta­kie za­gro­że­nie, że nie można go wy­pu­ścić.

Przy­nio­sła kilka ry­sun­ków Jo­nasa, roz­ło­żyła je te­raz na stole. Bajki i smoki. Zamki na nie­bie.

– Tata ku­pił mu miecz i tar­czę. Jo­nas o nie pro­sił.

Ra­ben kiw­nął głową, nic nie mó­wiąc. Tylko pa­trzył na żonę swo­imi za­gu­bio­nymi oczami.

Cze­go­kol­wiek w tej chwili chciał, nie mo­gła mu tego dać. Więc wbiła wzrok w mur za oknem i po­wie­działa:

– Nie­wiele się w su­mie dzieje. Gdyby nie to przed­szkole… Miesz­ka­nie w ko­sza­rach… to nie jest… – Za­wsze ona mu­siała za­py­tać. Wstała i wska­zała tap­czan. – Chcesz…?

– Za­cze­kajmy chwilę.

Ostat­nio za­wsze tak mó­wił.

Lo­uise już nie usia­dła. I po­sta­no­wiła, że nie bę­dzie pła­kać.

– Kiedy bę­dziesz miał in­for­ma­cje o wa­run­ko­wym?

– Nie­długo. Ad­wo­kat uważa, że mam spore szanse. Dy­rek­torka kli­niki mówi, że zro­bi­łem duże po­stępy.

Po­now­nie wpa­trzyła się w mur.

– Tym ra­zem nie mogą mi od­rzu­cić. Nie od­rzucą.

Znowu za­częło pa­dać. Za oknem bie­gali inni więź­nio­wie, w kap­tu­rach, z twa­rzami sma­ga­nymi mroź­nym wia­trem, znu­dzeni, tak jak on. Pró­bo­wali wy­peł­nić czymś czas.

– Nie od­rzucą, Lo­uise. Co się dzieje?

Sia­dła, wzięła go za rękę i pró­bo­wała mu spoj­rzeć w oczy. Za­wsze było tam coś, do czego nie mo­gła do­trzeć.

– Jo­nas nie za bar­dzo chce już tu przy­cho­dzić.

Twarz mu po­ciem­niała.

– Wiem, że uwiel­biasz się z nim spo­ty­kać. Ma cztery lata… By­łeś za gra­nicą, gdy się uro­dził. Po­łowę jego ży­cia spę­dzi­łeś tu­taj. On wie, że je­steś jego oj­cem, ale… – Te my­śli nie da­wały jej spo­koju i były ta­kie wy­raźne. – To tylko słowo. Nie uczu­cie. Nie ma… – Wy­cią­gnęła rękę i do­tknęła jego klatki pier­sio­wej. – Nie ma tego tu­taj. Mu­sisz wró­cić do domu. Po­trze­buję cię. Oboje cię po­trze­bu­jemy.

Na­gły gniew znik­nął, a jego miej­sce za­jęła odro­bina wstydu.

– Nie zmu­szaj go – po­wie­dział.

– Nie zmu­szam. – Po­pły­nęły jej łzy. Zo­stała żoną woj­sko­wego, cho­ciaż ni­gdy tego nie chciała. To było złe. – Nie zmu­szam, Jens! Ale on już nie jest nie­mow­lę­ciem. Nie chce na­wet o to­bie roz­ma­wiać. Nie­które dzie­ciaki w przed­szkolu mu do­ku­czają. Coś sły­szały. – Na wi­dok wy­razu jego twa­rzy – roz­dar­cia po­mię­dzy ża­lem a bez­silną wście­kło­ścią – jesz­cze bar­dziej chciało się jej pła­kać. – Prze­pra­szam. – Wy­cią­gnęła rękę i na chwilę do­tknęła jego szcze­ci­nia­stych po­licz­ków. – Na­pra­wię to. Nie martw się.

– Ra­zem to na­pra­wimy.

Nie mo­gła tak po pro­stu pa­trzeć mu w oczy. Wie­dział o tym, więc wziął jej ręce i cze­kał, aż spoj­rzy.

– Wyjdę stąd, Lo­uise. Nie mają już po­wodu mnie trzy­mać. Wyjdę i bę­dziemy ro­dziną. Znajdę pracę, za­ła­twimy miesz­ka­nie… Bę­dzie do­brze, obie­cuję.

Pró­bo­wała się uśmiech­nąć.

– A ja do­trzy­muję obiet­nic – do­dał. – Bę­dziemy ra­zem tak bar­dzo, że szybko się wam prze­jem. Za­tę­sk­nisz za cza­sami, kiedy by­li­ście tylko we dwoje.

Za­mknęła oczy. Łzy pły­nęły.

– Znie­na­wi­dzisz moje chra­pa­nie – cią­gnął z uśmie­chem, nie­ustę­pliwy. – Moje cmo­ka­nie i to, że wszę­dzie bru­dzę pa­stą do zę­bów.

Ro­ze­śmiała się i sama nie wie­działa, czy to szczery śmiech, czy nie.

– Wra­cam do domu – po­wie­dział, a je­dyna re­ak­cja, która jej przy­szła do głowy, to przy­pie­czę­to­wa­nie jego słów i obiet­nic na­głym po­ca­łun­kiem.

Po­ło­żyła mu dłoń na gło­wie i zer­k­nęła wy­mow­nie na łóżko, które tu wsta­wiano na wi­zyty mał­żeń­skie.

– Pro­szę, Jens. Mu­szę…

– Nie tu­taj. Nie w tym prze­klę­tym miej­scu. – Trzy­mał jej dło­nie.

Ten sam męż­czy­zna, któ­rego po­znała przed laty, gdy była córką ofi­cera, roz­pacz­li­wie pró­bu­jącą się wy­rwać z cia­snego kręgu woj­sko­wego ży­cia, pewną, że ni­gdy nie za­ko­cha się w żoł­nie­rzu.

– Kiedy bę­dziemy wolni… – Przy­tu­lił ją mocno, szep­tał obiet­nice w jej ucho, aż znowu się uśmiech­nęła.

Na­gle roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi, tak szybko. Znowu skoń­czył im się czas.

Za­nim się obej­rzała, stała przed Her­ste­dve­ster w desz­czu, pa­trząc na wy­so­kie mury i drut kol­cza­sty, za­sta­na­wia­jąc się, ile warta jest obiet­nica zło­żona w wię­zie­niu.

Brix ana­li­zo­wał ostat­nie prze­słu­cha­nia Stiga Drag­sholma, męża za­bi­tej ko­biety, gdy jego po­sła­niec wró­cił z Ged­ser. Szef pod­niósł wzrok znak akt.

– Przy­kro mi – po­wie­dział Strange. – Lund od­mó­wiła. Chyba się tam w miarę za­do­mo­wiła.

– Za­do­mo­wiła? – po­wtó­rzył zdu­miony Brix. – Lund?

– Ty ją znasz, nie ja. Moim zda­niem wy­glą­dała nie­źle. Jak idzie?

Brix się skrzy­wił. Za­dzwo­niła ko­mórka Stran­gego.

– Nie – po­wie­dział do słu­chawki. – Szef jest za­jęty. W czym mogę po­móc? – Swo­bodny, pewny sie­bie uśmiech. – Lund? Zmie­ni­łaś zda­nie. Wi­dzisz, je­stem ja­sno­wi­dzem.

Brix strze­lił pal­cami i prze­chwy­cił te­le­fon.

– Je­śli na­dal uwa­żasz, że je­stem w sta­nie po­móc – po­wie­działa – przy­jeż­dżam dzi­siaj na uro­dziny syna. I tylko z tego po­wodu. Mogę po­dejść po ja­kieś akta, je­śli na­prawdę chcesz.

– Nie pro­sił­bym, gdy­bym cię nie po­trze­bo­wał.

Długa ci­sza.

– Dla­czego tak? – spy­tała.

Nic się nie zmie­niła. Spo­kojny, mo­no­tonny głos pe­łen nie­zręcz­nych py­tań.

– Przyjdź, to po­ga­damy.

Gdzieś w tle usły­szał dźwięk klak­sonu. A po­tem „Mu­szę koń­czyć”.

I po­łą­cze­nie prze­rwano.

Strange pa­trzył na szefa.

– Przy­jeż­dża czy nie?

– Na wła­snych wa­run­kach. Czyli jak za­wsze. Z mę­żem sto­imy w mar­twym punk­cie. Nie wiem, czy w ogóle… – Urwał. Spoj­rzał w długi ko­ry­tarz, na ściany wy­ło­żone czar­nym mar­mu­rem i lampy z brązu o kształ­cie po­chodni.

W ich stronę szła Lund. Tym sa­mym pew­nym kro­kiem co za­wsze, jak męż­czy­zna, męż­czy­zna, który wie, do­kąd zmie­rza.

Dwa lata. W biu­rze wszystko się zmie­niło. Znik­nął mały bun­kier, w któ­rym mu­siała się po­mie­ścić z Mey­erem. Te­raz kró­lo­wała tu otwarta prze­strzeń. Mnó­stwo lu­dzi. A ci, któ­rzy po­zo­stali, pew­nie nie da­rzyli jej naj­cie­plej­szymi uczu­ciami, są­dząc po spoj­rze­niach, które przy­cią­gała, gdy tak szła przez salę Wy­działu Za­bójstw.

Wresz­cie sta­nęła przed nim, ko­bieta, którą ze­słał do Ged­ser. Stran­gego jakby tu w ogóle nie było.

– Nie je­stem pewna, czy to do­bry po­mysł – po­wie­działa.

– Prze­czy­taj tylko akta, do­bra? Co ci szko­dzi? Za­płacę ci. Za każdą go­dzinę, którą tu spę­dzisz. Bę­dziemy po­trze­bo­wać…

Ro­biła to, co za­wsze. Roz­glą­dała się. Za­uwa­żała wszystko. Od­no­to­wy­wała zmiany.

– Wcze­śniej było tu le­piej.

– Nie pro­si­łem o po­radę wnę­trzar­ską.

Brix od­wró­cił się do Stran­gego, wska­zu­jąc open space.

– Opro­wadź ją. Daj jej akta. – Spoj­rzał na Lund. – Prze­czy­taj je do­kład­nie.

Spra­wiała wra­że­nie za­do­wo­lo­nej.

– Po­tem – kon­ty­nu­ował – chcę ci coś po­ka­zać.

– Po­wie­dzia­łam, że prze­czy­tam akta. Nic poza tym.

– Mu­szę…

– Je­den dzień. Ju­tro wra­cam do Ged­ser.

– Za­mor­do­wano ko­bietę, Lund. Za­mor­do­wano bru­tal­nie. Jest w tym coś dziw­nego. Coś, czego w ogóle nie mogę zro­zu­mieć.

Jej wiel­kie ja­sne oczy otwo­rzyły się sze­roko z obu­rze­nia.

– Za mało masz tu lu­dzi? Co jest we mnie tak wy­jąt­ko­wego, że swo­jego chłopca na po­syłki fa­ty­go­wa­łeś aż do Ged­ser?

Strange za­sło­nił dło­nią usta, tłu­miąc śmiech.

– Przy­je­cha­łaś zo­ba­czyć się z ro­dziną, tak? – W bla­dym uśmie­chu Brixa bły­snęła iro­nia.

Lund usi­ło­wała zna­leźć ja­ką­kol­wiek od­po­wiedź.

– Nie­ważne – do­dał Brix. – Zaj­rzyj tylko do akt. A po­tem Strange za­bie­rze cię na prze­jażdżkę.

Mi­ni­ster­stwo spra­wie­dli­wo­ści zaj­mo­wało bu­dy­nek po pół­nocno-wschod­niej stro­nie Slot­shol­men, nie­opo­dal mo­stu Knip­pels­bro. Buch wró­cił tam po ofi­cjal­nej au­dien­cji u kró­lo­wej w pa­łacu Ama­lien­borg i ani tro­chę się nie zdzi­wił, że jako pierw­sza za­dzwo­niła doń żona.

– Tak, tak, uści­snęła mi dłoń. Te­raz je­stem w mi­ni­ster­stwie. To… eee…

Biuro, po­my­ślał, jak biuro.

– Czyim mi­ni­ster­stwie? – spy­tała Ma­rie.

– Moim, zdaje się. Mu­szę koń­czyć.

Na­stęp­nie, wciąż ma­jąc na so­bie ko­szulę i kra­wat do­star­czone przez pre­miera, zo­stał opro­wa­dzony po de­par­ta­men­cie, przed­sta­wiony per­so­ne­lowi wyż­szego i niż­szego szcze­bla, a wresz­cie za­brany do sali ban­kie­to­wej, gdzie po­dano szam­pana i ko­reczki.

Chyba śnię, po­my­ślał. I chwała Bogu, za­raz się obu­dzę.

Po bu­dynku opro­wa­dziła go młoda blon­dynka, Ka­rina Jør­gen­sen.

Gdy pre­zen­ta­cje do­bie­gły końca, z kie­lisz­kiem w dłoni wska­zała mu drogę do nie­wiel­kiego ga­bi­netu z biur­kiem i kom­pu­te­rem. Buch siadł ocho­czo na krze­śle i uśmiech­nął się pro­mien­nie do niej i ota­cza­ją­cych go urzęd­ni­ków uśmie­cha­ją­cych się z ko­lei po­błaż­li­wie.

W ra­diu po­wie­dziano, że jego no­mi­na­cja była nie­ocze­ki­wana. Ci lu­dzie naj­wy­raź­niej po­dzie­lali to zda­nie.

– Po­doba mi się – oznaj­mił Buch po­god­nie, po czym wziął pióro z blatu, go­tów ru­szyć do pracy.

– To moje miej­sce, pa­nie mi­ni­strze – zwró­ciła uwagę blon­dynka. Ścią­gnęła brwi, gdy po­chy­liła się nad nim, by po­ru­szyć myszką. – Co to jest?

Na ekra­nie wid­niał dziwny mejl. Bez te­matu. Tylko link do strony. I wia­do­mość: „Pró­buj da­lej”.

Klik­nęła na link.

– Ja­kiś kre­tyn cią­gle nam przy­syła tę durną wia­do­mość. Nie wiem, jak się tego po­zbyć. Ten link do­ni­kąd nie pro­wa­dzi. Prze­pra­szam…

Blon­dynka po­de­szła do dwu­skrzy­dło­wych drzwi i je otwo­rzyła. Za nimi znaj­do­wało się po­miesz­cze­nie, które przy­wo­dziło na myśl ga­bi­net dżen­tel­mena z wiej­skiej po­sia­dło­ści w ro­dzaju tych, do któ­rych Tho­mas Buch ra­czej nie był za­pra­szany.

Na ścia­nach wi­siały por­trety jego po­przed­ni­ków, po­czy­na­jąc od dzie­więt­na­stego wieku, na me­ble skła­dał się stół kon­fe­ren­cyjny i lśniące ma­ho­niowe biurko. Pach­niało tu świe­żo­ścią i no­wo­ścią, jakby sprzą­taczki usu­nęły naj­drob­niej­szy ślad po Fro­dem Mon­bergu.

Buch pod­szedł do okna. Wi­dział stąd po­jazdy pę­dzące po In­ner Har­bour, sły­szał sy­reny stat­ków, czuł puls mia­sta. Do­kład­nie na­prze­ciwko miał Bør­sen, starą giełdę, z dziwną iglicą z czte­rema smo­kami o sple­cio­nych ogo­nach i otwar­tych pasz­czach.

– Mu­simy jesz­cze wy­mie­nić kilka rze­czy – po­wie­działa Ka­rina. I za­raz nie­pew­nym to­nem do­dała: – Do pań­skiej de­cy­zji po­zo­staje, czy spro­wa­dzi pan swoją asy­stentkę. Pro­szę się mną nie przej­mo­wać. Se­kre­ta­riat wy­zna­czy…

– Umie się pani tu po­ru­szać? – spy­tał Buch, po­chło­nięty wi­do­kiem por­tre­tów na ścia­nach, wal­czą­cych smo­ków, za­pa­chem no­wego miej­sca.

– Pra­cuję tu od trzech lat.

– A więc moją pierw­szą de­cy­zją na no­wym sta­no­wi­sku bę­dzie ta, że pani zo­staje. Je­śli to pani od­po­wiada…

Miała owalną, uro­czą twarz, bar­dzo ładną, zwłasz­cza gdy się uśmie­chała.

– Te rze­czy… – Buch ude­rzył w stos do­ku­men­tów na biurku – to pew­nie Mon­berga.

– Nie. – Do ga­bi­netu wszedł wy­soki męż­czy­zna około pięć­dzie­siątki, o krót­kich przy­pró­szo­nych si­wi­zną wło­sach i po­waż­nych oku­la­rach w ciem­nych opraw­kach. – To do­ku­men­ta­cja pro­cesu ne­go­cja­cyj­nego w spra­wie pa­kietu an­ty­ter­ro­ry­stycz­nego. Car­sten Plo­ugh, stały se­kre­tarz.

Pewny uścisk dłoni. Buch po­my­ślał, że Plo­ugh to kwin­te­sen­cja urzęd­nika służby cy­wil­nej. Tak szary, że aż nie­wi­do­czny, grzeczny, ow­szem, skory do uśmie­chu, ale przede wszyst­kim rze­czowy.

– Na czym sto­imy? – spy­tał Buch.

– Mu­simy za­wrzeć umowę z Krab­bem i Par­tią Lu­dową. Opo­zy­cja nas nie po­prze. To wszystko może pan jed­nak wy­czy­tać z do­ku­men­tów.

– Wy­czy­tam, ale naj­pierw musi pan po­znać moje zda­nie. Pro­wa­dzimy wojnę. Czy nam się to po­doba, czy nie, mu­simy osią­gnąć po­ro­zu­mie­nie, z Krab­bem, a także z Po­stę­pow­cami. Chcę wy­pra­co­wać sze­roki, glo­balny kom­pro­mis. Wojna to nie czas na po­li­tykę par­tyjną.

Plo­ugh wes­tchnął.

– To do­bre za­pa­try­wa­nie, Mon­berg też tak my­ślał. Nie­stety…

– Nie je­stem Mon­ber­giem.

Buch prze­rwał wer­to­wa­nie pa­pie­rów na biurku. W teczce znaj­do­wał się plik zdjęć, krwa­wych i dra­stycz­nych, aż po­my­ślał, że ten dzień prze­ro­dził się ze snu w kosz­mar.

Ko­bieta w nie­bie­skim szla­froku przy­wią­zana do słupa, za­krwa­wiona, za­si­nione rany na jej szyi i klatce pier­sio­wej. Zbli­że­nie bla­dej twa­rzy, mar­twej, a i tak peł­nej stra­chu i szoku.

Plo­ugh przy­su­nął się do mi­ni­stra i szybko za­krył usta dło­nią.

– Prze­pra­szam – po­wie­dział skru­szony. – Prze­ka­za­łem panu akta Mon­berga, a nie spraw­dzi­łem, co w nich jest.

– Ko­bieta z Min­de­lun­den. – Buch przy­po­mniał so­bie ar­ty­kuły pra­sowe. – To ona?

– Mon­berg in­te­re­so­wał się tym oso­bi­ście. Pro­sił, żeby mu do­star­czać bie­żące in­for­ma­cje.

– Nie wie­dzia­łam o tym – wtrą­ciła Ka­rina. – Nie mó­wił mi…

– Pro­sił, żeby mu do­star­czać bie­żące in­for­ma­cje – po­wtó­rzył Plo­ugh, tro­chę zły. – Prze­pra­szam. Mogę panu póź­niej zre­fe­ro­wać…

– Je­śli Mon­berg mu­siał o tym wszystko wie­dzieć, to ja też mu­szę – orzekł Buch.

Nie wstrzą­snął nim wi­dok krwi. Buch w głębi serca był rol­ni­kiem, czło­wie­kiem prak­tycz­nym, nie uni­kał okrut­nych re­aliów.

– Póź­niej – obie­cał Plo­ugh, po czym spa­ko­wał zdję­cia do teczki.

Ra­ben spę­dził cały dzień w warsz­ta­cie wię­zien­nym, ro­biąc karm­niki dla skle­pów ogrod­ni­czych. Je­den wzór, po­wta­rzalne czyn­no­ści. Na­bie­rał w tym wprawy. Może był już na tyle do­bry, by zdo­być gdzieś pracę sto­la­rza.

Po po­łu­dniu miał do­stać wia­do­mość o lo­sach ostat­niego wnio­sku o zwol­nie­nie wa­run­kowe. Cze­kał więc do czwar­tej, znu­dzony, nie­cier­pli­wiąc się, aż wy­mknął się bocz­nymi drzwiami i pod­szedł do ogro­dze­nia od­dzie­la­ją­cego szpi­tal od wię­zie­nia.

Po dru­giej stro­nie dy­rek­torka Toft, blada blon­dynka, lo­dowa pięk­ność świa­doma swej urody, szła ścieżką w kie­runku par­kingu.

Ra­ben zbli­żył się siatki, wsa­dził palce mię­dzy druty, cze­kał, aż ko­bieta się za­trzyma.

Zo­ba­czył go je­den ze straż­ni­ków i krzyk­nął. Toft się uśmiech­nęła i za­pew­niła, że wszystko w po­rządku.

Ra­be­nowi sta­nęło serce. Życz­li­wość zwy­kle to­wa­rzy­szyła złym wie­ściom.

– Jak pani są­dzi, jak idzie? – spy­tał, gdy straż­nik się wy­co­fał.

– Nie mogę panu po­wie­dzieć. Po­wi­nien pan po­roz­ma­wiać ze swoim ad­wo­ka­tem.

– On przyj­dzie do­piero w przy­szłym ty­go­dniu.

Wzru­szyła ra­mio­nami.

– Więc musi pan za­cze­kać. – Ru­szyła do sa­mo­chodu.

– To nie cho­dzi o mnie! – krzyk­nął, po­dą­ża­jąc za nią po swo­jej stro­nie płotu. – Moja żona się mar­twi. Mu­szę do niej za­dzwo­nić. Nie wiem, co po­wie­dzieć.

– Niech pan po­wie prawdę: że nic pan jesz­cze nie wie.

– Mogę zna­leźć pracę przez klub we­te­ra­nów. I miesz­ka­nie.

– Szkoda, że pan wcze­śniej o tym nie wspo­mniał.

– Je­śli coś się dzieje, niech mi pani po­wie, na mi­łość bo­ską.

Toft się za­trzy­mała. Ra­ben sta­rał się uspo­koić. Ta ko­bieta roz­ko­szo­wała się wła­dzą, którą miała nad osa­dzo­nymi. Lu­biła, je­śli o tym wie­dzieli.

– Je­śli cho­dzi o per­so­nel me­dyczny, do­stał pan ocenę po­zy­tywną. Ale to nie ko­niec. Osta­teczna de­cy­zja na­leży do ko­mi­sji. Do władz. Więc nic nie jest pewne.

– A je­śli od­mó­wią?

– To za­czeka pan pół roku i znowu złoży wnio­sek…

Ra­ben pró­bo­wał zaj­rzeć w jej zimne nie­bie­skie oczy, na­wią­zać z nią ja­kiś oso­bi­sty kon­takt przez siatkę ogro­dze­nia.

– Za pół roku to ja nie będę miał żony. Ani syna. Ona po­stawi na mnie krzy­żyk.

– Musi pan być cier­pliwy, Ra­ben.

– Sie­dzę tu od dwóch lat. Nic mi nie jest, sama pani tak po­wie­działa.

Toft się uśmiech­nęła, od­wró­ciła i ode­szła.

Straż­nik znowu za­czął krzy­czeć, ka­żąc mu wró­cić do warsz­tatu.

– Nic mi nie jest! – wark­nął Ra­ben, gdy od­da­lała się w stronę par­kingu bloku psy­chia­trycz­nego.

– Ra­ben! – Są­dząc po gło­sie, straż­nik nie­zbyt się zło­ścił. – Masz go­ścia. Chodź tu.

Wsa­dził ręce do kie­szeni i wró­cił do drzwi.

– Moja żona?

– Mówi, że jest ko­legą z woj­ska. Myg Po­ul­sen. Chcesz się z nim spo­tkać czy nie?

Ra­ben pa­trzył, jak dy­rek­torka Toft wsiada do swo­jego szpa­ner­skiego ma­łego spor­to­wego wozu i od­jeż­dża przez bramy.

Al­lan Myg Po­ul­sen. Chudy, nie­duży dzielny czło­wiek. Ra­ben nie mógł so­bie przy­po­mnieć, co się wy­da­rzyło w tam­tym za­py­lo­nym, zim­nym domu w Hel­mand. Miał w gło­wie tylko dźwięk broni, krzyki, wrza­ski umie­ra­ją­cych, za­pach krwi. Ale i Myg tam był. On też na­le­żał do oca­lo­nych, do ran­nych.

– Spo­tkam się z nim – po­wie­dział Ra­ben.

Lund prze­czy­tała akta, a po­tem, już o zmierz­chu, Strange za­wiózł ją do domu za­mor­do­wa­nej ko­biety. Anne Drag­sholm miesz­kała w willi na końcu śle­pej ulicy dzie­sięć mi­nut sa­mo­cho­dem od Min­de­lun­den.

Krą­żyła z do­ku­men­tami w dłoni, mó­wiąc głów­nie do sie­bie.

– A więc mąż ze­znał, że przy­je­chał do domu i stwier­dził, że wszę­dzie jest pełno krwi. Prze­stra­szył się i od­je­chał?

W oto­czo­nym ta­śmą po­li­cyjną domu pa­no­wał chłód, wo­kół wi­dać było zna­jome ślady tech­ni­ków. Mi­nęły dwa lata, od­kąd Lund wi­działa miej­sce zbrodni. A jakby stało się to wczo­raj.

– Cie­szę się, że zmie­ni­łaś zda­nie – za­gaił Strange. – Na­prawdę się cie­szę. Je­steś tro­chę… – Szu­kał wła­ści­wego słowa. – Taką jakby le­gendą.

Był nie­śmiały, nie­mal po dzie­cię­cemu. Zu­peł­nie nie­po­do­bny do Jana Mey­era.

– Tak się te­raz na to mówi? – spy­tała, pró­bu­jąc go roz­gryźć.

– Sta­ra­łem się być miły.

– Nie fa­ty­guj się. Nie zmie­ni­łam zda­nia. I tak je­cha­łam do Ko­pen­hagi. Nie po­win­ni­śmy za­cze­kać na Brixa?

– Spóźni się. Chciał, że­bym cię opro­wa­dził. – Wło­żył la­tek­sowe rę­ka­wiczki, a dru­gie po­dał jej.

Po­czuła się, jakby wkła­dała stary mun­dur.

– Roz­wo­dzili się – pod­jął Strange. – On miał ro­mans ze swoją se­kre­tarką i mie­siąc temu żona ka­zała mu się wy­pro­wa­dzić. Nie roz­ma­wiała z nim. Nie od­bie­rała, jak dzwo­nił.

Po­dą­żyła za nim ko­ry­ta­rzem. Na ścia­nie wi­siała fo­to­gra­fia. Zdję­cie ślubne. Ładna ko­bieta o dłu­gich blond wło­sach pod ra­mię z pro­mien­nym męż­czy­zną w ele­ganc­kim gar­ni­tu­rze. Uśmie­chali się pro­fe­sjo­nal­nie jak praw­nicy, pro­sto do obiek­tywu. I póź­niej­sze zdję­cie, z ma­łym dziec­kiem.

– Gdzie dziecko?

– Córka, jest u dziad­ków.

Wą­ska kuch­nia. Ściany przy po­koju po­kryte dzie­cię­cymi ry­sun­kami. Na ku­chence stała brudna pa­tel­nia. Brudny ta­lerz oto­czony na­ry­so­wa­nym kół­kiem.

– O dzie­więt­na­stej czter­dzie­ści je­den sko­rzy­stała tu z lap­topa, żeby się po­łą­czyć z in­ter­ne­tem – pod­jął Strange. – Otwo­rzyła wino, zer­k­nęła na kilka stron po­śred­nic­twa nie­ru­cho­mo­ści i wzięła ką­piel.

Lund wczy­ty­wała się w ra­port z au­top­sji.

– Czy to była jej co­dzienna ru­tyna? Późno wra­cała do domu, brała ką­piel? Ja­dła sama?

– Skąd mamy wie­dzieć?

– Mo­gli­by­ście spy­tać męża.

– Mąż mówi nie­wiele. Zo­stała za­ata­ko­wana, za­nim sia­dła do je­dze­nia. Tu­taj. Po­tem na­past­nik za­wlókł ją do ja­dalni.

Prze­szli da­lej. Się­ga­jące na całą wy­so­kość okna wy­cho­dziły na ni­skie drzewa le­d­wie wi­do­czne w świe­tle da­le­kich la­tarni. Na za­krwa­wio­nym dy­wa­nie le­żał skó­rzany fo­tel biu­rowy nie­da­leko pod­nóżka z tej sa­mej skóry. Z boku stała wy­soka lampa pod­ło­gowa.

– Ugo­dzono ją dwa­dzie­ścia je­den razy – po­wie­dział Strange, stu­ka­jąc pal­cem w ra­port. – Raz w serce i ta rana oka­zała się śmier­telna. Nie wiemy, ja­kiego na­rzę­dzia użył sprawca.

– Noża? – spy­tała. Nie była pewna, czy do­ce­nił jej su­ge­stię.

– Ra­czej ja­kie­goś ostrego na­rzę­dzia. – Pod­szedł do lampy przy oknie, stopą wci­snął włącz­nik w jej pod­sta­wie.

Te­raz po­ja­wiły się de­tale. Ob­raz na ścia­nie był prze­krzy­wiony. Na drew­nia­nej pod­ło­dze le­żało szkło z ja­kichś stłu­czo­nych ozdób.

Strange ob­szedł me­bel, by sta­nąć przy oknie.

– Na fo­telu po­sa­dzono ją siłą. Wska­zuje na to ilość krwi.

Lund pa­trzyła na zdję­cia. Obok ciała le­żał ka­wa­łek ce­lo­fanu.

– On pa­lił? Zna­leź­li­ście po­piół?

– Ten ce­lo­fan nie pa­suje do paczki pa­pie­ro­sów. Nie wiemy, co to jest.

– Guma do żu­cia?

– Nie wiemy, co to jest – po­wtó­rzył. – Mąż mówi, że za­dzwo­nił koło pół­nocy. Chciał po­roz­ma­wiać o sprze­daży domu. Twier­dzi, że był po paru drin­kach. Są­dząc po ba­da­niach krwi, mu­siało ich być wię­cej.

– Był pi­jany?

– Cuch­nął.

– Gdzie był wcze­śniej?

– Ze swoją dziew­czyną. Zmie­ściłby się w cza­sie.

– Co się stało, we­dług jego ze­znań?

– Nie otwo­rzyła drzwi. Zo­ba­czył, że okno piw­niczne jest otwarte, za­nie­po­koił się i wszedł tam­tędy.

– Nie miał klu­cza?

– Ona parę ty­go­dni temu zmie­niła zamki. I za­mon­to­wała nowy alarm.

Lund po­de­szła do okna, włą­czyła świa­tło na ze­wnątrz. Ogród cią­gnął się do za­ro­śnię­tego krza­kami te­renu. Usły­szała prze­jeż­dża­jący po­ciąg – jedna z li­nii pro­wa­dzą­cych przez Øster­bro. Może ta sama, co prze­bie­gała przez Min­de­lun­den, gdzie zna­le­ziono Anne Drag­sholm.

Ktoś za­pu­kał do drzwi. Przy­je­chał Brix.

– Drag­sholm mu­siała się go bar­dzo bać – po­wie­dział. – Zwol­niła firmę ochro­niar­ską, wy­na­jęła nową, bar­dzo drogą. Za­mó­wili nowe czuj­niki do ogrodu.

Lund kiw­nęła głową.

– Cze­goś na pewno się bała.

– Miło cię wi­dzieć – do­dał Brix. – Prze­pra­szam. Na ko­men­dzie ni­gdy nie ma czasu, żeby to po­wie­dzieć. – Wes­tchnął głę­boko, jak czło­wiek, który ma pod­jąć trudną de­cy­zję. – Je­śli tu już skoń­czy­łaś, to może obej­rzymy miej­sce, w któ­rym ją zna­leź­li­śmy?

...

Ciąg dal­szy w peł­nej wer­sji książki.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki