Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
300 osób interesuje się tą książką
Moje sekrety są skażone zauroczeniem.
Jego pragnienia są przesiąknięte krwią.
Czy to miłość?
A może coś znacznie mroczniejszego…
Obsesja.
Śmierć odnalazła mnie, gdy byłam jeszcze mała, i przyczepiła się do rdzenia mojej duszy.
Nikt nie wie, co ta straszna noc ze mną zrobiła. Jaki rodzaj potwora zrodził się we mnie. Stałam się duchem, schowanym przed światem, by nikt nie mógł odkryć, jakie makabryczne pragnienia skrywam.
Do czasu, aż on mnie zauważył.
Thatcher Alexander Pierson – podstępny, inteligentny, przystojny.
Mężczyzna zrodzony z nasienia seryjnego mordercy. Znany z bogatego pochodzenia i ciuchów od Dolce&Gabbana. Jest moją najsilniejszą obsesją. Najsłodszym i najmroczniejszym uzależnieniem.
A ja jestem jego duchem.
Nawiedzałam go przez całe życie, a teraz?
Widzi mnie dokładnie taką, jaka jestem.
Morderczynią.
Obrzydzam go. Ale on zawsze mnie fascynował.
Kiedy wśród drzew Ponderosa Springs zaczyna grasować naśladowca mordercy, nasza lojalność zostaje wystawiona na próbę. Głupio wierzyliśmy, że po naszej zemście pozostaniemy bezkarni. Że miasto nie odpłaci nam za to, co zrobiliśmy.
Kiedy nasze życia zaczynają wisieć na włosku, Thatcher i ja nie mamy innego wyboru i musimy współpracować.
W mroku zatęchłych chat i nawiedzonych wież bibliotecznych moje mroczne sekrety i jego pragnienia zostają ujawnione.
Pozostaje więc pytanie: czym jest miłość bez obsesji?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 467
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 12 godz. 13 min
Rok wydania: 2026
Lektor: Marcin StecChrzanowska MonikaMonika Chrzanowska Marcin Stec
MONTY JAY
THE BLOOD WE CRAVE
HOLLOW BOYS #3
CZĘŚĆ 1
Dla każdego, kto tak jak ja oglądał „Królową Potępionych” i rozwinął w sobie skłonność do krwi. Ta książka jest dla Was.
I dla przyjaciół, którzy nie opuścili mnie podczas zmagań związanych z tą książką (a było ich wiele). Jestem Wam wdzięczna.
Łączy nas krew, a krew to pamięć bez języka
– Joyce Carol Oates
Chciałabym, aby czytelnicy nie mieli pojęcia o fabule przed rozpoczęciem lektury, ale ważne jest, aby z góry zaznaczyć, że jest to dark romance. Porusza on delikatne tematy, takie jak przemoc seksualna, seryjne morderstwa, brutalna przemoc, krwawe sceny, kwestie religii, samookaleczanie, psychopatia i inne. Jeśli masz problem z którymkolwiek z tych tematów lub podobnymi, proszę, nie czytaj dalej.
Trzynaście lat temu
– Scarlett, obudź się.
Umysł próbuje oczyścić się ze snu, ale walczę z tym pomimo głosu matki domagającego się czegoś innego. Wtulam się mocniej w jej pościel, zaciągam zapachem kawy i żelu pod prysznic. Pozwalam, by ten pocieszający aromat wciągnął mnie z powrotem do sennych marzeń.
Marzyłam o miejscu w całości stworzonym z cukierków. To było mistrzowskie dzieło Willy’ego Wonki – trawa wykonana z lukrecji, żelkowe krzesełka, domy wybudowane z tabliczek czekolady i drogi stworzone ze stwardniałego cukru.
Żołądek wykręca mi się z głodu. Pojawia się znajome pragnienie. Chcę wrócić do snu, gdzie mogłam pochłaniać tyle cukierków, ile chciałam, bez wysłuchiwania ciągłych ostrzeżeń matki.
Wiem, że miała rację, mówiąc, że cukier pewnego dnia zepsuje mi zęby. Zawsze miała rację. A jednak trudno się zmusić, by przestać. Nie, kiedy kochasz coś tak, jak ja słodycze.
Doświadczam tego z wieloma rzeczami.
– Scarlett Lyro Abbott!
Potrafię wyczuć jej zimne palce na mojej ręce. Mrożą mnie aż do kości. Ale nie chodzi tylko o dotyk, który spowodował, że pojawiła się gęsia skórka. Chodzi o ton głosu. Nigdy nie wypowiadała w taki sposób moich imion i nazwiska. Nigdy.
Słychać w tym ponaglenie. Strach. Panikę.
Otwieram oczy. Czuję gdzieś głęboko w sobie, że coś jest nie tak. To nie jest jej stanowczy głos, którego używa, żeby mnie obudzić, kiedy nie mam ochoty wstawać i iść do szkoły. Lub ten mniej ostry ton, gdy odmawiam wyczesania moich skołtunionych loków. Wydaje się to jakieś inne.
Pocieram dłonią oko, odganiam sen z zaspanej głowy, po czym siadam i głośno ziewam. Słońce nadal jeszcze nie wstało. Biały blask księżyca przebija się przez okno w sypialni. Jest za wcześnie, nawet jak na moją matkę. Słyszę ją regularnie, gdy chodzi po domu przed wschodem słońca, karmi Swirl i Mochii, dwa pytony, które zatrzymała po tym, jak otrzymała je w swoim laboratorium ze schroniska dla zwierząt. Oba były zbyt niedożywione i wymęczone badaniami, które na nich wykonywano, więc przyniosła je do domu.
Ja niestety nie mam pozwolenia bawić się z nimi. Ale czasami, kiedy nikt nie patrzy, przesuwam palcami po łuskach Swirl. Drapię ją po głowie w kształcie diamentu. Swirl jest o wiele milsza od Mochii, który próbował rzucić się na mnie, kiedy to jeden jedyny raz włożyłam palce do jego klatki.
– Co się dzieje, mamo? – szepczę. Mój głosik nadal jest jeszcze zaspany, mimo że otworzyłam oczy.
– Wydaje mi się, że jest…
Skrzypnięcie.
Słowa zamierają jej na ustach, kiedy ciężar czyichś kroków odzywa się głośno w korytarzu na drewnianej podłodze. Wiktoriański dom, w którym mieszkam całe swoje życie, stał tu, od kiedy ufundowano miasto. Matka tylko przemeblowała to, co było niezbędne. Uwielbia podtrzymywać historię domu. Ja za to nienawidzę tego, jak podłoga skrzypi przy każdym wiaterku, a woda potrzebuje całych wieków, żeby się zagrzać.
Ściągam brwi ku sobie i spoglądam w kierunku drzwi do jej sypialni.
– Mamo?
Przeraża mnie strach w moim głosie. Ale nie tak bardzo jak ten, którym emanuje moja rodzicielka. Owija dłonie na moich rękach i ściąga mnie szybko z łóżka. Wydaje mi się, że może zabrać mnie ze sobą, żeby zobaczyć, co się dzieje za drzwiami. Ale zamiast to zrobić, idziemy w kierunku szafy.
– Scar, musisz się dla mnie ukryć, tak? – Jej zielone oczy są takie jak moje. Próbują pozostać spokojne, ale widzę pojawiającą się w nich nerwowość. – Pozostań w szafie i nie wychodź, aż po ciebie nie przyjdę, dobrze? Sprawdzę tylko, czy wszystko jest w porządku. To pewnie tylko jakieś zwierzę dostało się do środka.
Czuję materiał jej ubrań na swoich plecach, kiedy mama wpycha mnie dalej w ciemną przestrzeń szafy. Oczy zaczynają mnie piec od nieprzelanych łez, zamazują mi widok. Odwracam się i spoglądam w górę.
– Ale, mamo, co z…
– Będzie dobrze, Scarlett. Obiecuję. Tylko tu zostań. Wrócę za chwilkę.
Nie potrafię tego wytłumaczyć. Nie wiem, gdzie mogłabym zacząć, ale czuję, że to kłamstwo. Nawet jeśli sama pewnie wierzy, że wróci, że to tylko szop pracz lub opos, który wpadł przez klapkę dla psa w drzwiach, to ja tak nie uważam. Coś jest nie tak. Jakbym wiedziała, że do mnie nie wróci. Nieważne, co sobie powtarzam, to poczucie nie chce mnie opuścić.
Serce zaczyna mnie boleć, tępo i uporczywie. Jakby ktoś bił w nie ciężkim młotkiem. Mama jest wszystkim, co mam – jesteśmy tylko we dwie, my kontra świat. I sama ta myśl powoduje, że uczepiam się jej dłoni, nie chcę jej wypuścić.
Wiem, że kiedy mnie zostawi, to nie wróci. Łzy płyną mi po policzkach. Słone krople wpadają do ust.
– Mamo, ja… – chrypię. Boję się swojego głosu, nie jestem pewna, jak wytłumaczyć jej, co w tej chwili czuję. – Ja się boję. Nie… – Krztuszę się emocjami tkwiącymi mi w gardle. – Nie zostawiaj mnie.
Spojrzenie mamy łagodnieje. Kładzie mi dłoń na policzku. Przytrzymuje mnie delikatnie w zimnych dłoniach. Zwracam się w jej stronę, szukam pocieszenia, które pojawia się z przebywania blisko niej. Szukam pocieszenia, którego wszystkie dziewczynki potrzebują od swoich matek.
– Nie bój się, Scar. Wszystko będzie dobrze – mruczy. Pochyla się i składa mi pocałunek na czole. – Kocham cię, moja słodka.
Nie mam szansy powiedzieć jej, by została. Nie mogę opisać, co czuję, czego rzeczywiście się boję. Mama wycofuje się z szafy, zamyka drzwi, pozostawiając tylko niewielką szparę, żebym mogła przez nią zaglądać.
Kładę dłoń na klatce piersiowej, pocieram mostek. Próbuję ulżyć sobie w bólu, który aż pulsuje w tym miejscu, ale nic mi to nie pomaga. Rękami sięgam w górę. Dotykam ubrań matki wiszących nade mną. Z desperacją pociągam za jeden ze swetrów z wieszaka. Owijam się delikatnym pluszowym materiałem jak kocem i próbuję się uspokoić. Przyciskam rękaw do nosa. Zaciągam się mocno znajomym zapachem. Staram się zrobić wszystko, żeby tylko nie myśleć o tym uczuciu, które jest we mnie.
Przez uchylone drzwi przyglądam się temu, jak mama wkłada szlafrok. Widzę jej wysoką sylwetkę. Wiąże pasek w talii, a potem podchodzi do drzwi. Księżyc odbija się od ciemnej drewnianej podłogi, podąża za nią jak światło reflektora. Wstrzymuję oddech i przygotowuję się, że będę widzieć, jak zniknie w korytarzu. Ale nie ma na to szansy, nie może nawet złapać za gałkę.
Drzwi zostają popchnięte i otwarte tak nonszalancko, jakby to lekki powiew wiatru się z nimi zderzył.
Ale to nie wiatr.
Ani żadne nocne zwierzę, które zawędrowało do naszego domu.
Nie, powód skrzypiącej podłogi jest w pełni ludzki. To wysoka, emanująca roszczeniowością postać, która zajmuje całą przestrzeń w progu. Księżyc rzuca blask na twarz intruza, odbija się od jego zaciśniętych szczęk, jakby wykutych z kamienia. Może to dlatego, że jestem malutka, ale mogłabym przysiąc, że mężczyzna musi się schylić, żeby wejść do sypialni.
Instynkt mnie nie zawiódł. Chodziło o niego. Wyczułam to głęboko w sobie.
Mężczyzna przechodzi przez pokój. Jego obecność przedziera się nawet przez ścianki szafy, w której się chowam. Roztacza złowieszczą, mętną mgłę. Ta przelewa się na podłogę i wypełnia sypialnię strachem.
Chociaż jestem młoda, brakuje mi tylko kilku miesięcy do skończenia ośmiu lat, to wyrosłam na spostrzegawcze dziecko. Dlatego wiem, że nie przyszedł tu w ani trochę dobrych intencjach. Słowa „w dobrych intencjach” smakują okropnie w moich ustach, kiedy tak spoglądam na niego przez szparę. Jakby nie mogły znieść, że zestawiono je właśnie z nim.
W jego osobie nie ma niczego dobrego. Ani trochę.
– C-co… – Naturalnie silny głos kobiety wydaje się przyciszony. Pozbawiony normalnego, apodyktycznego czaru.
Mężczyzna unosi ciemną brew, wpatruje się w moją mamę z góry, z niewzruszoną miną. Nigdy nie widziałam nikogo z tak pustym wyrazem twarzy. Cały emanuje pasywnością, a przecież ma czelność stać w tej chwili tam i wpatrywać się w nią nie tak, jakby właśnie co włamał się do naszego domu, tylko tak, jakby przyglądał się jej mijającej go w sklepie.
– Co tutaj robię? – kończy za nią. – Pomyślałem, że może nadszedł czas, żebym poznał małą Scarlett, skoro pomiędzy nami zaczyna się dziać poważnie. Znaczy, znasz teraz mój sekret, Phoebe, nieprawdaż?
Łapie mnie zdziwienie. Mam tyle pytań, że aż kręci mi się od nich w głowie. Nigdy wcześniej nie spotkałam tego mężczyzny, nigdy nie widziałam jego twarzy. Jasne, uczę się w domu, więc spędzam tu wiele czasu, ale wychodzę na miasto z mamą i tam go nie widziałam. Ale on zna moje imię – zna moją matkę.
– Scarlett tu nie ma. Tak jak i ciebie nie powinno tu być, Henry. Nie mam pojęcia, o czym w tej chwili mówisz. Sekret? – odpiera spokojnie i robi krok w tył. – Mówiłam ci ostatnio, to się wypaliło. Jesteśmy po prostu zbyt różni. Twoja rodzina ma oczekiwania, a ja nie planuję się dostosować i stać się częścią jakiegoś planu.
Kim jest ten mężczyzna? Dlaczego mi o nim nie powiedziała? Czy ona z nim pracuje? Czy są znajomymi? Myślałam, że poznałam wszystkich jej znajomych i współpracowników. Myślałam, że wiem wszystko o matce, ale wygląda na to, że ona też ma sekret…
Kląsk języka mężczyzny powoduje, że mrozi mi się krew w żyłach. Na rękach pojawia się gęsia skórka. Wtulam się głębiej w zapach swetra, którym tak mocno się owinęłam.
– Pamiętasz, co ci powiedziałem, kiedy pierwszy raz cię spotkałem, Phoebe? – Podchodzi do niej bliżej, narusza przestrzeń, jakby to było jego miejsce. – Że nienawidzę kłamców. A ty obiecałaś, patrząc na mnie tymi swoimi wielkimi zielonymi oczami, że ostatnie, co kiedykolwiek byś mi zrobiła, to skłamała.
– Ja nie…
– Wiesz też, że mam znajomych. Moja rodzina ma znajomych. Więc gdybyś poszła na miejscowy komisariat i zgłosiła coś, co robiłem, dowiedziałbym się o tym. Ale przecież ty byś tego nie zrobiła, prawda, Pheobe? – To, jak przechyla głowę, powoduje, że aż się wzdrygam. Jakby odczytywał każdy najmniejszy jej ruch, każdy oddech.
– Nigdy bym…
– Nie zrobiłabyś tego, tak? Nie zrobiłabyś tego, a potem byś mnie nie okłamała?
Mama odwrócona jest do mnie plecami, więc nie mogę zobaczyć jej miny. Widzę jednak, jak spina ramiona. Nadal odsuwa się od mężczyzny.
– A czego się spodziewałeś, Henry? Po tym, co zobaczyłam, czego się spodziewałeś? – szepcze, a on nadal przesuwa się w przód, tak samo jak Swirl i Mochii zapędzają swoje myszy w kąt. Mógłby zaatakować w każdej chwili.
Z każdym jego kolejnym krokiem czuję, jak serce odrobinę bardziej mi się zapada.
– Możemy poszukać ci pomocy, tak? Możesz sam pójść na komisariat i wtedy zorganizujemy pomoc dla ciebie.
Całkiem ją ignoruje. Słowa, które ona mamrocze, wpadają mu jednym uchem, a potem szybko wypadają drugim. Jest w nim spokój. Niczym niezmącone poczucie triumfu. Nie ma potrzeby krzyczeć czy się sprzeczać, wypowiada tylko spokojnie pewne słowa:
– Ufałem ci, Pheobe. Stałem się dla ciebie lepszym mężczyzną. Mówiłaś mi, że dla ciebie nie ma niczego zbyt mrocznego, z czym byś sobie nie poradziła. A kiedy najbardziej cię potrzebuję, ty się ode mnie odwracasz? Uciekasz? – Wyciąga jedną z tych niewiarygodnie wielkich dłoni i chwyta nią mamę.
Niestety nie jest na tyle szybka, żeby usunąć się od niego na dystans. Słyszę, jak ze strachem się zapowietrza. Zostaje pociągnięta w przód i ląduje ostro w jego ramionach. Brutalny uścisk, w którym jest zamknięta, nie daje jej możliwości ucieczki. Znajduje się w potrzasku, bez możliwości wyrwania się.
A ja…
Jestem całkiem pogrążona w bezruchu, w moim strachu. Zbyt przerażona, żeby cokolwiek zrobić, mogę się tylko przyglądać.
– Ufałem ci, Phoebe. A teraz nie zostawiasz mi innego wyboru. – Unosi drugą dłoń do jej twarzy. Przesuwa kostką palca w dół policzka. Mama wpasowuje się w mężczyznę wygodnie, jakby nie pierwszy raz się tak przytulali. On głaszcze ją tak delikatnie, tak spokojnie, że powinno to oznaczać coś słodkiego, przypominać uwielbienie. A jednak wydaje się okropne i wygląda na wymuszone. – Zrobiłaś to mnie, sobie, nam. Pragnę, żebyś wiedziała, że nie chcę tego robić. Ty mnie do tego zmusiłaś, kochanie.
Mama się szarpie, próbuje wydostać z uścisku, ale nawet z mojego miejsca w szafie dostrzegam, że facet jest od niej znacznie większy i silniejszy. Wygląda na taką drobną i słabą w jego ramionach. A jednak to nie powstrzymuje jej przed walką.
Nie, nie moją matkę. Można byłoby określić ją wieloma słowami, ale „słaba” do niej nie pasuje.
– Nie, Henry – mówi rozedrganym głosem, ale głowę ma uniesioną wysoko. – Nie musisz tego robić. Po prostu wyjdź i możemy udawać, że to się nigdy nie wydarzyło.
Widzę dokładnie jego twarz. To, jak brwi wyginają mu się w głęboką literę V.
– Jak mógłbym kiedykolwiek o tym zapomnieć? Jak mógłbym wymazać z pamięci to, co dzieliliśmy, Phoebe? Jak mógłbym porzucić wspomnienie tego, że razem byliśmy, jak sama mówiłaś, czymś nieposkromionym? Pamiętasz, że to powiedziałaś, prawda? Czy może i w tej sprawie zaczniesz kłamać? Mówiłaś, że cię pochłonąłem, otuliłem całym sobą i to sprawiło, że czułaś się… bezpieczna. Nadal czujesz się ze mną bezpieczna, moja kochana?
Słowami próbuje przekazać smutek, stara się brzmieć jak ktoś o złamanym sercu, urażony. Ale ciało, ton głosu, oczy – one nie ukazują niczego. Nawet odrobinki czegokolwiek innego poza powierzchowną emocją. Jest wyłącznie próżnią. Mroczną, głęboką, złowróżbną próżnią, która pochłania teraz moją matkę.
Pochyla się do przodu i zaczyna szeptać jej coś do ucha. Nie mogę tego dosłyszeć. A kiedy ona odchyla się dobrowolnie, na jego twarzy pojawia się błyszczący biały uśmiech wypełniony tylko złymi intencjami.
Utrzymuje ten wyraz twarzy do czasu, aż mama wyrzuca kolano i trafia w jego brzuch. Wyczuwa moment, żeby wyrwać się z ramion faceta. Podnosi się we mnie wiwat i nieme wsparcie, przyglądam się temu, jak mama rusza w kierunku drzwi sypialni, próbuje od niego uciec.
Przez jedną sekundę myślę, że ma szansę. To instynktowne poczucie najwyraźniej się pomyliło – nic jej się nie stanie. Wszystko będzie w porządku, jeśli zdoła uciec, wezwać pomoc i złapać coś, co mogłoby posłużyć za broń.
Ale nie dzieje się to tak jak w bajkach, które czytam. Jak w historiach opowiadanych mi przez matkę przed snem. Nie ma żadnego „żyli długo i szczęśliwie” na końcu tego „dawno, dawno temu”. To całkiem inna historia, okryta mrokiem i smutkiem. Taka, gdzie przystojny książę okazuje się złym czarnoksiężnikiem, a piękna dama w opałach staje się zdobyczą.
Ofiarą.
Nie ma żadnej żaby zdolnej to naprawić. Żadnych słodkich pocałunków. Żadnej magicznej wróżki w roli matki chrzestnej, by ją ocalić. Cała przyszłość właśnie zostaje przepisana i zmieniona na moich oczach. To początek całkiem nowej historii. Takiej, która pozostawi mi blizny na duszy, okropną plamę w umyśle i nie da się wymazać lub wybić z głowy.
Praktycznie jestem w stanie wyczuć, jak pióro przesuwa się po papierze mojego życia, wymazuje wszystko, co do tej pory znałam, i zamienia mnie w całkowicie kogoś innego – kogo nie mogłam rozpoznać. Henry, jak zwróciła się do niego moja matka, niewiarygodnie szybko wraca do siebie. Obraca się ostro z pierwszą prawdziwą emocją, którą po sobie pokazał.
Ze złością.
Wypisana jest na jego twarzy i w tym, jak jego kroki stają się agresywne. Łapie kobietę za włosy, owija je wokół swojej dłoni, a potem pociąga ją w tył, tam gdzie była. Tylko że tym razem mama zostaje rzucona na podłogę. Stuk kości rozbijających się o drewnianą podłogę powoduje, że bolą mnie zęby. Stęchły posmak, jakby metaliczny, wypełnia mi gardło. Zdaję sobie sprawę, że przygryzłam język.
Zasysam krew i połykam, żeby ugasić pragnienie. Przełykam raz za razem, by pozostać cicho. Wkrótce ciecz traci swój gorzki posmak i staje się słodka. Jak przysmaki.
Mama teraz jest zwrócona twarzą do mnie – cóż, właściwie to do drzwi szafy. Jako jedyna wie, że tu jestem, że ukrywam się w środku. Podnosi się z trudem na kolana. Spogląda wprost w szparę w drzwiach i nieświadomie patrzy mi w oczy.
Nigdy nie widziałam jej takiej.
Tak przestraszonej.
Tak załamanej.
Od zawsze była idealnym przykładem silnej samotnej mamy. Pracowała na pełen etat jako wyróżniona za swoje dokonania naukowe biolożka, która nigdy nie pozwoliła, by fakt, że jest kobietą, wpłynął na jej sukces. Wymaga od siebie perfekcji, czasami też ode mnie. Ale jednak zawsze wie, jak się podporządkować. Być troskliwą, opiekuńczą, matczyną, a jednocześnie pchać mnie dalej, bym była najlepszą wersją siebie.
Skąd będę wiedzieć, jaka to jest najlepsza wersja mnie, gdy zostanę bez niej?
Chcę załkać głośno, ale duszę to w sobie boleśnie. Zakrywam usta małymi dłońmi. Łzy wciąż spływają mi po policzkach i nie chcą się zatrzymać. Ona tam siedzi. Wpatruje się we mnie, aż jej usta zaczynają się poruszać. Mówi do mnie bez słów:
– Kocham cię, Scar. Kocham cię. Kocham cię. Kocham cię.
Powtarza to w kółko jak cichą obietnicę. Zapewnienie. Liczy, że jeśli wypowie to wystarczająco wiele razy, to nigdy nie zapomnę, jakie to uczucie być przez nią kochaną. Że wystarczy mi to na całe życie. Że chociaż będę sama, nigdy nie pozostanę bez jej miłości.
Wiem, że nie może mnie dojrzeć czy usłyszeć, ale wyciągam rękę w jej stronę. Chciałabym być większa i silniejsza, żebym mogła przełknąć strach i ją obronić, ale po prostu nie mogę się ruszyć. Nie mogę…
– Zawsze podobało mi się to, jaka byłaś zadziorna, Phoebe – mruczy mężczyzna.
Pusty odgłos ciężkich butów tupiących o podłogę powoduje, że się wzdrygam. Rozmazanym spojrzeniem zauważam coś błyszczącego w blasku księżyca, ale zanim rozpoznaję, co to jest, już jest o wiele za późno.
Facet sięga wielką dłonią do przodu i znów łapie mamę za włosy. Tym razem jednak nie rzuca jej na podłogę, a zamiast tego przyciąga do swojej klatki piersiowej. Kobieta odbija się od niego z dudniącym łoskotem.
Z trudem zasłaniam sobie uszy, kiedy zaczyna krzyczeć, a mimo to dźwięk przedostaje się echem pełnym przerażenia przez moje małe palce. Dzwoni mi w bębenkach, zatapia się w żyły, odciska na mojej duszy tak, że za każdym razem, gdy w przyszłości zamknę oczy, będę słyszeć wrzask matki. Jej strach. Jej smutek.
Nie spostrzegłam się, że zaciskam powieki. Może ciemność wydała mi się spokojniejsza niż to, co dzieje się przede mną. Niewiadome jest bezpieczniejsze.
Jakaś część mnie wie, że nie przeżyłabym widoku tego, co facet zamierza zrobić. Już i tak wystarczająco tracę siebie i swoje życie w tej chwili. Spoglądanie na czystą agonię matki zniszczyłoby mnie zupełnie. Nigdy nie byłabym w stanie wyjść z tej szafy.
Przyciskam dłonie do twarzy tak mocno, że zaczyna boleć. Uszy pulsują mi od nacisku, a i tak nadal słyszę mamę, rytmiczne zrywy wydechów mężczyzny i to, jak walczy ze swoją ofiarą. Nieważne, jak bardzo się staram, jestem więźniem tortury mojej matki.
Nie wiedziała, że dała mi miejsce w pierwszym rzędzie do sceny finałowej swojego życia.
Przysięgam, że czuję, jak rozpadam się na kawałki z każdym jej krzykiem. Byłam taka delikatna przed tym wszystkim, siedziałam na półce, nietknięta tragedią, w idealnym stanie. A teraz moja półka grozi, że się pode mną załamie. Każdy wysoki dźwięk powoduje, że pękam raz za razem. W ciągu sekundy staję się niczym więcej jak połamanym szkłem rozrzuconym po podłodze.
Musiały minąć godziny, a może tylko kilka dłuższych chwil. Pot zaczął przesiąkać przez moją piżamę. W końcu jestem w stanie zablokować hałas, bo bicie mojego serca jest tak głośne, że zagłusza krzyki.
Zmniejszam nacisk na uszy. Wrażliwe bębenki dudnią, a potem wyłapują najmniejsze stuki i szmery. Bolą, przez co się krzywię. Jestem gotowa wzdrygnąć się na kolejny krzyk.
Nic takiego jednak nie następuje.
Wrzaski się skończyły. Żadnego zduszonego jęku lub nieprzyjemnego pomruku. Te ustały. Całkowicie nie istnieją.
Cisza, jakiej nigdy wcześniej nie znałam, wisi nisko w powietrzu. Jest tak namacalna, że potrafię poczuć jej ciężar naciskający na moją klatkę piersiową i ramiona. Właściwie na całą górną część ciała. To taka cisza, która przywiera do płyt nagrobnych, a potem niesie się oddechem wraz z wczesną mgłą w ciepły poranek.
Nie wydaje się tą, której doświadcza się w lesie, ani tą, w którą wpadam, gdy karmię węże. Nie, tamte to forma spokoju. Dają ukojenie pod baldachimem ze szmaragdowozielonych sosen. Las jest cichy, wypełniony szmerami, których większość ludzi nigdy nie słyszy.
To nie to.
Ignorujesz je, dopóki naprawdę nie poświęcisz sekundy, by posłuchać. Prawie przykładasz ucho do wilgotnej ziemi i czekasz. Chichot igieł, kiedy wiatr szepcze tajemnice. Odbijające się echem wołania świerszczy i żab. Łamane gałązki, piszczące ptaki. Nawet pnie drzew same w sobie wydają się pulsować wibracjami.
To nie jest cisza lasu.
Ta jest absolutna. Wszystkie dźwięki zostały wchłonięte, jakby hałas wpadł do czarnej próżni.
To śmierć.
Nie mogę oddychać. Parzące gorąco, które mnie pożera w tej szafie, wydaje się być samym piekłem. Gardło mi się zaciska. Desperacko próbuję złapać powietrze, by poczuć ulgę.
Proszę, proszę, proszę – błagam kogoś, kogokolwiek. – Niech wróci krzyk.
Wiem, że jeszcze sekundy temu marzyłam, by się skończył, ale nie to miałam na myśli. Nigdy w taki sposób.
Uważaj, czego sobie życzysz, tak? Czy to wszechświat chce mnie czegoś nauczyć? Ostrzega, że życzenia mają swoje konsekwencje?
Proszę, kogokolwiek, by powrócił hałas.
Chcę wykrzyczeć te słowa z całej siły. Chcę wypuścić tę modlitwę w świat – może jeśli będę wystarczająco głośna, poruszę tymi mocami i zrobią mi tę przysługę.
Ale im więcej o tym myślę, o rzeczywistości mojego desperackiego błagania, tym cichsza się staję i tym bardziej pusta wydaje się moja klatka piersiowa.
Jeśli nie krzyczy w tej chwili, to z nim nie walczy.
A to oznacza, że już nie oddycha.
Już nie żyje.
Nie marzę o krzykach. Pragnę, żeby mama powróciła do świata żywych. I wiem – w ten sam sposób, jak wiem, gdy ma padać – że jej dusza odeszła, pozostawiła mnie jedynie z pustym ciałem kobiety.
Jestem przyzwyczajona do wsłuchiwania się w oddech równomiernie podnoszący jej klatkę piersiową i ją opuszczający – to mnie utula do snu prawie każdej nocy, a teraz… teraz niczego nie ma.
Tylko cisza.
Pustka.
Fizycznie czuję gdzieś w sobie tę chwilę, wiem, kiedy zatrzymało się jej serce. Może to ten gorzki bezruch w jej ciele, a może…
To z racji tego, że coś we mnie pękło.
Przepołowiło się idealnie. Jakby w mojej głowie wyłączono światło, które zawsze tam było i prowadziło mnie przez życie. Nigdy go nie zauważałam, a teraz zostało gwałtownie wyłączone i jedyne, co czuję, to… oziębły brak zainteresowania.
Nie potrafię nic więcej poczuć. Jestem nieoczekiwanie odrętwiała na moje otoczenie i od tej chwili nie przejmuję się tym, co się ze mną stanie. Mogę nie wyjść żywa z tej szafy, mogę nigdy nie zostać odnaleziona przez nikogo, mogę umrzeć otulona swetrem matki, nie obchodzi mnie to. Ten mężczyzna – ten potwór, Henry – może podpełznąć do mnie z obnażonymi zębami i wyciągniętymi rękami, a ja i tak nie ruszę się z miejsca.
I z racji tego zimna otwieram oczy.
Napastnik nadal siedzi na jej ciele. Na jej sztywnym ciele. Zbyt sztywnym. Mężczyzna ma włosy w nieładzie. Opuszcza ramiona z ulgą.
– Mamo – wypowiadam, ale żaden dźwięk nie opuszcza moich ust.
Zegar dziadka stojący na korytarzu wybija głośno i ponuro godzinę. Wstrząsa ciszą. Wydaje się to wybić mężczyznę z transu, jakby kurant wydobył go z wnętrza jego głowy, gdzie cieszył się świadomością śmierci mojej matki.
Drży mi dolna warga, kiedy on podnosi się na rękach z podłogi. Chlupot płynu pod jego stopami powoduje, że jest mi niedobrze. Żółć podchodzi mi do gardła i zadomawia się tam na dobre, nieważne, ile razy próbuję ją przełknąć.
Rzadko myślałam o śmierci i o tym, jak mogłoby wyglądać odebranie komuś życia. Głównie z racji tego, że czułam się szczęśliwa, a moje życie było dobre. Nie miałam powodu, by myśleć o czymkolwiek mrocznym. Ale pojawia mi się nagła i niespodziewana myśl, że nigdy nie wyobrażałam sobie czegoś tak brutalnego, a jednak spokojnego.
Dookoła ciała mojej matki zaczyna się formować szeroki okrąg, oleisty i ciemny. Blask księżyca odbija się od lśniącego płynu, ukazuje jego czerwoną barwę. Noc próbowała ją ukryć. Z mojego miejsca dostrzegam, że na szlafroku mamy jest wiele kółek nasączonych krwią. Nóż w dłoni mężczyzny był odpowiedzialny za każdą ranę na jej delikatnym ciele.
Spoglądam na niego, kiedy wstaje i się prostuje. W sposób pełen gracji przesuwa ostrze noża po swoich spodniach, żeby usunąć z niego krew. Dopiero teraz zauważam, że ma skórzane rękawiczki na dłoniach i ciemne, wyprasowane ubranie. Nie zrobił tego, bo tak nagle mu się zachciało. Patrząc na to, z jaką łatwością przestępuje jej martwe ciało, domyślam się, że to nie był jego pierwszy raz.
Zakończył więcej żyć niż tylko to mojej matki. Była jedynie kolejnym ciałem, które dodał do swojej rozrastającej się listy. Przeszkodą, co zrozumiałam z ich rozmowy, której się pozbył. Gdy jego stopy dosięgają progu, w korytarzu pojawia się kolejna postać.
– Tu jesteś – mówi równym głosem Henry. Odzywa się po raz pierwszy, od kiedy odebrał ostatni oddech mojej matce. – Znalazłeś ją?
Serce mi się zatrzymuje.
Ją.
Mnie. Ma na myśli mnie.
On i jego partner, któremu przydzielono zadanie zajęcia się mną, szukali mnie. Gdybym spała tej nocy w swoim łóżku, pewnie spotkałby mnie taki sam los jak moją mamę, ale z rąk kogoś innego. Nadal się tak może wydarzyć. Jedyne, co widzę, to długie nogi wspólnika. Wszystko inne zostaje zablokowane przez nieludzko wysokiego Henry’ego.
Ale…
– Nie. – To tylko jedno słowo, ale czuję je aż w kościach, jest jak powiew mrożącego wiatru wepchnięty do tej palącej mnie żywcem szafy. – Dom jest pusty oprócz jakichś węży w jednym z dodatkowych pokoi – dopowiada wspólnik. Jest młody, słyszę to, nieważne, jak dużym mrokiem ten chłopak próbuje zamaskować swój wiek.
– Zostań tu, synu. Rozejrzę się szybko, a potem wychodzimy. Niczego nie dotykaj…
– …chyba że będę mieć rękawiczki – przerywa mu nieznajomy z elegancją, która brzmi na o wiele starszą niż sam mówiący. – Pamiętam twoje zasady.
Synu?
Ten mężczyzna przyprowadził ze sobą swoje dziecko, by kogoś zabić? Jaki rodzic tak postępuje? Jaki człowiek tak robi?
Myśli mi galopują. Próbuję złożyć w całość to, co się wydarzyło na moich oczach, z nową informacją, ale nie mam jak do tego dopuścić, nie ma na to czasu, ponieważ Henry wchodzi na spowity nocą korytarz i odsłania mi swojego syna stojącego w progu.
Każdy włosek na moim karku się podnosi. Budzi się do życia i jest niczym rażony prądem, czuję to w całym ciele. Jakby dosięgnął mnie tutaj śnieg. Jakby przy każdym kroku chłopak mroził podłogę. Wchodzi do sypialni. Uosobienie zimy i przenikającego chłodu. Jestem pochłonięta mrozem, który niesie na swoich ramionach, jakby to była jego druga skóra.
Oddech więźnie mi w gardle, kiedy na niego patrzę.
Piękny, mroczny Jack Frost.
Chłopiec, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Nie wygląda na starszego ode mnie, ale przez swoje zachowanie wydaje się o wiele dojrzalszy. Jakby jego dusza była tu dłużej niż młodzieńcze ciało. Dobrze skrojone dżinsy otulają długie nogi nieznajomego. Blady sweter zasłania tors. Chłopak idzie z podniesioną głową. Królewska postawa powoduje, że wygląda, jakby unosił się nad podłogą. Palce aż mnie mrowią, gdy blask księżyca pada na jego białe włosy w odcieniu porcelany. Nie wygląda na prawdziwego, a jednak jest najprawdziwszą rzeczą w tym pokoju.
Nie ma w sobie żadnej wady.
Żadnej rysy, skazy.
Przykuca przy mojej matce – jej ciele – i ta okropna świadomość sprowadza mnie do rzeczywistości, z dala od moich marzeń. Mgła wywołana jego obecnością powoli odchodzi, a w jej miejsce pojawia się klarowność.
Ten chłopiec, syn Henry’ego, jest tu, by mnie zabić.
Istnieje powód, dla którego przyszedł, prawda? By pomóc ojcu pozbyć się problemu, a ja też nim jestem, tak?
Ale kiedy na niego patrzę, spoglądającego w dół na martwą kobietę, nie potrafię się zmusić, by uwierzyć, że jest zdolny do tego, co zrobił jego ojciec. Wyobrażam sobie przez chwilę, jak mnie krępuje, tnie nożem moją skórę raz za razem, aż w końcu poddaję się śmierci. Jego ładnie ułożone włosy rozczochrałyby się, a nieskazitelne ciało pokrywałaby krew.
Nie potrafię sobie tego wyobrazić.
Nie, kiedy jest taki… czysty. Metodyczny. Wypielęgnowany. Czuję się brudna w porównaniu z nim. Wiem, że krzywiłby się na zastały pot na moich plecach i kręciłby nosem na moje nieokiełznane włosy, które wyschły, od kiedy wzięłam prysznic przed spaniem.
W odróżnieniu od swojego ojca ten chłopiec spogląda na to, co się stało na podłodze. Patrzy na ciało, to jedyne, co zostało po mojej matce. Lekko przykuca. Tak bardzo chciałabym się dowiedzieć, o czym w tej chwili myśli, ponieważ wydaje się mieć jedną rzecz wspólną ze swoim ojcem – zdolność, by wyglądać na wyzbytego ze wszelkich emocji.
Pasywnego. Oziębłego. Pustego.
Chcę zajrzeć do jego umysłu. O czym teraz myśli? Co czuje? Czy jest tak podły jak mężczyzna, który dał mu życie? Czy to przyszłość, której dla siebie chce?
Coś we mnie pęka, kiedy widzę, jak sięga do kieszeni i wyciąga z niej jakiś przedmiot. Zaczyna przysuwać to coś w kierunku twarzy mojej mamy. Czy już nie wystarczy, że zadano jej tyle cierpienia, teraz musi być męczona także po śmierci?
Nie boję się już więcej o swoje życie. Nie potrafię znaleźć w sobie siły, by się bać o to, co się wydarzy, gdy opuszczę tę szafę i pokażę, że tu jestem.
Owijam palce wokół jednego z butów na szpilce matki. Trzymam go mocno w dłoni, a potem kopniakiem popycham drzwi. Gdy te otwierają się wystarczająco szeroko, żeby ukazać mi ciało chłopaka w pełni, robię jedyne, co potrafię naprędce wymyślić.
Rzucam butem wprost w jego głowę.
Chciałam wycelować w tył czaszki chłopaka, ale otwarcie drzwi musiało przykuć jego uwagę, ponieważ odwrócił się twarzą w moją stronę, zanim szpilka uderzyła go z tępym łoskotem w dolną wargę.
Nie tracę czasu, wstaję na równe nogi i potykam się o ubrania leżące na dnie szafy. W głowie mi się kręci. Pokój pływa mi przed oczami, bo tak szybko się podniosłam, ale wszystko mi jedno.
Chcę tylko, by ten koszmar się skończył.
W taki czy inny sposób. Nieważne.
– Nie powinnaś…
– Nie dotykaj jej – mówię z samego wnętrza brzucha, próbuję zebrać w sobie jak najwięcej siły, ale jedyne, co ze mnie wychodzi, to wątły szept.
Drżące nogi prowadzą mnie do ciała mamy. Wątpię, żebym była w stanie zrobić cokolwiek, by odgonić któregokolwiek z nich, ale może właśnie o to chodzi.
Nie chodzi o ochronę mamy po śmierci.
Nie.
Wiedziałam, że wychodząc z szafy, gdy napastnicy nadal tu są, ryzykuję zakończeniem swojego życia. Nie musiałabym się przekonywać, jak to jest dorastać bez rodzica. Nigdy nie musiałabym przejmować się przyszłością, gdyby mnie zabili.
Nie chodzi o niechęć do życia w świecie bez niej.
– Przez ciebie krwawię. – Jego głos przesuwa się po mojej skórze jak ogień i pali. Słyszę w tym tonie zdziwienie, jakby to, że ktoś mógł wyrządzić krzywdę temu chłopakowi, było takie nietypowe.
– Co wy… – Spoglądam w dół na twarz mamy. Bladą, bez życia, a nadal tak piękną. Nie widzę jednak jej oczu. Na powiekach ma ułożone dwie takie same monety. Ukrywają przede mną zielone tęczówki, które znam tak dobrze, bo są jak moje własne. – Co wy jej zrobiliście?
– Przez ciebie krwawię – powtarza.
Czy uważa, że jest niezwyciężony? Czy ojciec przekonał go, że są jakimiś bóstwami i tylko oni są w stanie zabijać innych?
Spoglądam na chłopaka. Siedzi na podłodze, parę kroków ode mnie. Wyciąga palce do blasku księżyca i wpatruje się w krew, która je pokrywa. Ta cieknie mu z wargi, kapie na brodę, a potem spływa na sweter.
– Co wy jej zrobiliście?! – Tym razem mój głos jest donioślejszy. Tracę cierpliwość i zdolność, żeby się przejmować tym, kto usłyszy moje krzyki. Nie obchodzi mnie, że usłyszy mnie jego ojciec.
Chłopak reaguje natychmiast. Nie udaje mi się odsunąć na czas. Wyciąga rękę i zaciska ją na moim nadgarstku, a następnie przeciąga po podłodze w swoją stronę. Zaciskam powieki. Czekam, aż ból spowodowany rzuceniem na twardą powierzchnię odbije się echem po moim ciele, ale ten nie nadchodzi.
Nieznajomy zimną ręką otula moje plecy i przytula do siebie, po czym delikatnie kładzie na podłodze. Sam częściowo opiera się o moje ciało, lecz utrzymuje ciężar tak, żeby mnie nie zgnieść.
Oczy mi się powiększają, kiedy dłonią zakrywa mi usta. Jego zapach dociera do mnie nagle ze wszystkich stron. Mroczny, mocny, drzewny. Tak jak zapach lasu po deszczu.
Rozluźnia mnie to w jakiś sposób i przypomina te wysokie drzewa i tę radość, którą odczuwam w lesie. Moje ostatnie poczucie spokoju, ponieważ nadchodzi mój koniec. To jest moment, dla którego tu przyszedł. Wahadło śmierci przybliża się z każdym ruchem, z każdą sekundą, gdy tak tu leżymy.
Powracają łzy. Czuję, jak zsuwają się w dół mojej twarzy. I chociaż w głowie zaakceptowałam taki los, decyzję, że nigdy nie opuszczę już tego pokoju, umrę obok matki, moje serce się nie zgadza. Nie chce tego zaakceptować. Bije tak mocno w piersi, że wiem, że ten chłopiec, wysłany, by mnie zabić, może to wyczuć, wręcz musi to czuć.
Przechylam głowę i zerkam na mamę. Ból z wielką siłą przedziera się przez moją duszę i odnoszę wrażenie, jakbym doświadczała właśnie każdej jednej rany zadanej nożem, kiedy tak tu leżę i na nią patrzę. Chciałabym, by odwróciła głowę i spojrzała mi w oczy. Chciałabym zobaczyć jej uśmiech jeszcze jeden raz lub usłyszeć, jak wymawia moje imię. Ciało mi się trzęsie od płaczu. Słyszę swoje zduszone krzyki.
Nie mogę oddychać.
Nie mogę oddychać.
– Nie patrz na nią.
Ignoruję chłopaka, na co on tylko przyciska trochę mocniej dłoń do moich ust i próbuje ściągnąć na siebie moją uwagę.
– Nie patrz na nią – szepcze jeszcze raz. Jego oddech wydaje się taki mroźny na mojej ciepłej skórze. Przybliża się tak bardzo, że potrafię wyczuć każdy wydech przez nos. – Patrz na mnie.
Na niego?
– Scarlett. – Moje imię wypada z jego ust z taką łatwością. Płynnie, gładko. – Patrz na mnie.
Czuję tę nieuchwytną siłę, przyciąga mnie. Jakby to była nić, którą on trzyma i w jakiś sposób owija dookoła moich wnętrzności. Pociąga, pociąga, pociąga, aż poddaję się i odrywam spojrzenie od zwłok.
Napotykam jego oczy i mam wrażenie, jakbym patrzyła na czysty lód. Są niewyobrażalnie jasne, przywodzą na myśl zmrożone wody Alaski, takie niebieskie. Spoglądanie w nie to jakby żucie gumy z mięty pieprzowej i zaciągnięcie się oddechem. Wydają się takie zimne, że tracę oddech.
Chłopak ani na chwilę nie ucieka wzrokiem, nawet kiedy odciąga dłoń z moich ust, a ja zaczynam mówić:
– Zamierzasz mnie zabić? – Uczucie odmrożenia rozchodzi się po moich płucach. – Masz taki plan, prawda? To dlaczego nie zrobisz tego od razu, tylko…
– To monety – przerywa moje paplanie i zanim mam szansę znów zacząć gadać, ruchem głowy wskazuje w stronę mojej matki. – Położyłem monety na powiekach. To jej zrobiłem.
– Co…
– Pytałaś, co jej zrobiłem. Więc właśnie ci powiedziałem.
Spoglądam na niego z pustym wyrazem twarzy. Próbuję zrozumieć, co to ma wspólnego z zabiciem mnie i jak podzielenie się tym ze mną powstrzyma nieuniknione. Nie potrafię nie zapytać:
– Dlaczego? – Bicie serca mi spowalnia, a ciężar w piersi odpuszcza na tyle, żebym wiedziała, że się nie duszę.
– To są… – jąka się. Wygląda z tym dziwnie, jakby rzadko kiedy brakowało mu słów. – Te monety to zapłata. Używano ich do opłaty za przewóz zmarłych do kolejnego życia. Gwarantują bezpieczne przejście przez rzekę Styks i zapewniają, że dusza dotrze bez problemów do tego, co czeka ją po śmierci.
Pojawia się uczucie ciepła. Wychodzi z zimna, w które zostałam otulona przez chłopaka. Okruszyna ciepła zjawia się dookoła nas i powoduje, że spoglądam na niego łagodniej. Zaciskam brwi.
Dlaczego zrobiłby coś tak… miłego?
Jeśli jego zadaniem, gdy tu dotarł, było podążenie śladami potwornego ojca, dlaczego zboczyłby z drogi, by zająć się zmarłą?
– Ja…
Podłoga skrzypi. Dźwięk ciężkich kroków odbija się niczym rykoszetem od ścian korytarza. Znów wypełnia mnie panika, a ten kawałek spokoju, którym przez chwilę się napawałam, zniknął.
– Zamierzasz mnie zabić? – pytam znowu, tym razem z większą natarczywością w głosie.
Jego ojciec zbliża się do sypialni. Jeśli mam umrzeć, jeśli jeden z nich ma mnie zabić, pragnę, żeby zrobił to on – ten nieznany z imienia chłopak, który chce, by moja matka bezpiecznie przebyła drogę do losu, który czeka ją po śmierci. Wolę, żeby to on odebrał mój ostatni oddech, jakkolwiek wydaje się mu to pasować. Jeśli ktokolwiek zasłużył na to, by mnie dzisiaj zabić, to jest to on.
Spogląda na mnie. Emocje kłębią mu się w oczach, lecz nie potrafię ich rozczytać. Ale wszystko znika z chwilą, gdy kroki znów się przybliżają.
– Nie. – Krzywi się. I potrafię stwierdzić, że nie podoba mu się ta odpowiedź. Jakby chciał powiedzieć „tak”, jakby chciał mnie zabić. – Ale jeśli nie wrócisz do tej szafy, to mój ojciec to zrobi.
Gorączkowo potrząsam głową na boki.
– Nie chcę tam wracać. Nie chcę się chować.
Nozdrza mu się powiększają. Rozdrażnienie wypływa z niego, jakby to była woda kapiąca z nieszczelnego kranu.
– Nieważne, co ty… – Wydycha powietrze wprost na moją twarz. – Musisz się schować. Wracaj do szafy. Siedź cicho, nie wydawaj żadnego dźwięku, nie oddychaj. Bądź duchem. Nie chcesz zginąć, nie w taki sposób.
Wstaje i spokojnie podnosi mnie z podłogi, jakbym nic nie ważyła. Spogląda mi jeszcze raz w oczy. Upewnia się, że patrzę na niego.
– Bądź duchem, Scarlett. Nie pozwól, żeby cię zobaczył, kiedykolwiek.
Nie potrafię powstrzymać pytania, które przez ten nagły przypływ emocji wypada mi z ust:
– Jeśli stanę się duchem, jak będziesz mnie widział?
Jest w nim coś strasznego. Coś nietkniętego i nieprzewidywalnego, co wydaje się niebezpieczne. Ale spoglądając na niego, nawet w tej okropnej sytuacji, kiedy w pośpiechu ociera krew z twarzy, czuję się bezpieczna. Jest w nim coś więcej niż tylko to, co powierzchownie zauważyłam. Coś, co przez chwilkę dojrzałam – to wydaje się jedyną rzeczą wiążącą mnie z życiem.
– Nie będę.
Tylko tyle mówi, a potem łapie za moją broń w postaci buta, wciska mi go w ręce, żeby w końcu pchnąć w tył i poprowadzić na drugą stronę pokoju, gdzie znajduje się moje ukrycie.
Wszystko, co wydarzyło się tej nocy, sprawia, że kręci mi się w głowie. Spadek adrenaliny już zaczyna mnie dosięgać. Wiem, że niedługo będę zmuszona stanąć twarzą w twarz z okropną prawdą, która tylko czeka, żebym znowu została sama.
Ponieważ to się wydarzyło.
Jestem teraz całkiem sama.
I przez chwilę ten chłopak sprawił, że nie czułam się tak samotna. Nawet jeśli straciłam jedyną osobę, która kiedykolwiek mnie kochała. Teraz stracę też i jego, zanim nawet będę mieć szansę, by go poznać.
Jestem sama.
Wchodzę znów do szafy i staję się duchem.
A on… Cóż, dotrzymał słowa.
Nigdy więcej mnie nie spostrzegł.
ZJAWA
– Kiedy mówiłaś, że to będzie skomplikowane, nie sądziłem, że masz na myśli właśnie to, Lyro.
Wzdrygam się na dźwięk tego głosu.
Przywykłam do tego, że wtapiam się w cień, podkradam do ludzi i ich straszę. Rzadko się zdarza, by zaskoczyła mnie czyjaś obecność.
Te kilka osób, które mnie widzą, trzymam blisko siebie.
Odkładam pęsetę, którą dzierżyłam niczym broń, zakładam okulary na głowę i wpatruję się w drzwi do klasy. Jest połowa sierpnia, więc nauczyciele przebywają na kampusie już od kilku tygodni, a uczniowie pomału zasiedlają swoje akademiki.
W czasie wakacji Hollow Heights jest spokojne. Brakuje pośpiechu i tłumu studentów. Stare drzwi skrzypią na wietrze. Można nawet usłyszeć fale rozbijające się na klifach poniżej Kennedy District. Wszystko wydaje się nieco bardziej nawiedzone.
Kręte schody trzeszczą pod stopami, a puste korytarze tylko wzmagają ten dźwięk. Mówi się, że gdy nikogo nie ma, siedzenie w bibliotece może doprowadzić człowieka do obłędu – książki zaczynają do siebie szeptać, a pustkę wypełniają głosy, które nie należą do ludzi.
To oczywiście tylko plotki.
Ale mi się podobają.
Lubię być sama i mieć to miejsce tylko dla siebie. Chociaż mogłabym się obyć bez pomocy rektora Sinclaira, żeby zdobyć klucz do laboratorium. Przebywanie w jego towarzystwie przypomina mi topienie się w toksycznej męskości. Zawsze znajdzie sposób, by sprawić, że czujesz się gorsza od niego, i nieustannie daje do zrozumienia, że jest najmądrzejszą osobą w pokoju.
Pomijając jednak patriarchat, uwielbiam Hollow Heights za jego upiorny charakter.
– Zajęło mi wieki, żeby zdobyć księżycówkę. – Wskazuję bladozielonego owada leżącego na papierze woskowym. – Skończyłabym to tydzień temu, gdyby przyszła na czas.
Conner Godfrey przechodzi przez drzwi w dżinsowej rozpinanej koszuli z rękawami podwiniętymi do łokci. Włosy w kolorze piaskowy blond ma starannie ułożone, by nie wchodziły mu na oczy. Od początku lata przywykłam do jego przystojnego towarzystwa. Zwłaszcza że w nadchodzącym semestrze będzie to jego sala wykładowa.
Poprzedni nauczyciel chemii organicznej, Greg West, został brutalnie zamordowany w zeszłym roku, czyli nie był w stanie już dłużej wykładać, więc uniwersytet potrzebował kogoś w ramach zastępstwa na jego miejsce. Pan Godfrey, a raczej profesor Godfrey, był w naszej szkole doradcą zawodowym, ale zgłosił się na ochotnika, a dzięki swoim licznym dyplomom został przyjęty, by zastąpić pana Westa.
Wszyscy – a przynajmniej większość – była w szoku, gdy śledczy ujawnili, że śmierć Westa miała związek z jego zaangażowaniem w handel narkotykami.
Uznali, że to jakaś nieudana transakcja, niezadowolony klient lub zdradzony pośrednik. Tyle wystarczyło jako wyjaśnienie dla mieszkańców Ponderosa Springs. Dla tego miejsca każda wymówka jest dobra, jeśli tylko nie jest prawdziwa.
Nie jestem pewna, co bardziej mnie w tym irytuje.
To, że ci ludzie są tępi i łykają każdą ściemę, którą się im wciska, czy to, że ktoś, kto widział ciało Grega Westa – fachowo pocięte i skrupulatnie rozczłonkowane – mógł uznać, że za jego śmierć odpowiada ktoś inny niż prawdziwy artysta.
Ciało wykładowcy zostało pozbawione krwi, wybielone i tak perfekcyjnie rozcięte, że nie było opcji, by sprawcą okazał się jakiś niezadowolony nabywca, który nałykał się ecstasy. Nie miałby umiejętności ani cierpliwości, by coś takiego zrobić.
Nie tak jak on.
– Cierpliwość jest cnotą, Lyro. Myślę, że warto było czekać, prawda? W sensie… spójrz tylko na te kolory! – Entuzjastyczny głos Connera wyrywa mnie z zamyślenia, z dala od miejsca, do którego zawsze dryfują moje myśli.
Spoglądam w dół na antyczną szklaną kopułę, której pokrywa jest odsunięta na bok. Sześć różnych gatunków ciem otacza sztuczną ludzką czaszkę – znalazłam ją w sklepie z artykułami do preparowania zwierząt.
Pawica atlas, ćma tygrysia Isabella, wiedźminka malowana, niedźwiedziówka kaja, różowa ćma klonowa… Kolekcja moich ulubionych nocnych motyli jest strategicznie rozmieszczona na górze i po bokach czaszki. Zostawiłam miejsce tuż nad oczodołami dla księżycówki. Jej jasnozielony kolor dopełni dzieła i wszystko połączy.
Ułożyłam je, tworząc rój oszałamiających skrzydlatych stworzeń, które będą zapierały dech w piersi, kiedy umieszczę szklaną kopułę na podstawie i ją zamknę. Uśmiech rozjaśnia mi twarz, gdy myślę o ukończonym projekcie.
Briar to pokocha. Och, i Silas również!
Może ośrodek pozwoli mi przynieść kilka zdjęć przy następnej wizycie. Zazwyczaj gdy jeżdżę do Portland, żeby spotkać się z Silasem, nasze wizyty opierają się na tym, że on próbuje nauczyć mnie grać w szachy, a ja ponoszę sromotną klęskę. Staram się wypełniać ciszę, mówiąc za dużo, ale wydaje mi się, że on lubi, kiedy opowiadam mu o preparowaniu owadów.
Jego oczy lekko drżą, a czasami wygląda, jakby się uśmiechał, lecz to tylko wrażenie. Jeszcze mu się nie zdarzyło. Zadowalam się więc ciszą, wiedząc, że wystarcza mu sama moja obecność.
Nie uważam, że ja i Silas Hawthorne byliśmy blisko, przynajmniej do czasu, kiedy to wszystko się wydarzyło. Do zeszłego roku nie wiedział nawet o moim istnieniu, chociaż ja wiedziałam o nim wszystko, o czym mówiło się publicznie. Ostatniego roku jednak poznaliśmy się lepiej. Połączyły nas osoby, które darzyliśmy sympatią, więc naturalnie zaczęliśmy spędzać ze sobą czas.
Jesteśmy też dwojgiem ludzi połączonych śmiertelną tajemnicą. Będę ją nosić w sobie aż do grobu. On i jego przyjaciele dręczyli mnie przez pewien czas, gdy się dowiedziałam, co zrobili w imię zemsty.
Widziałam, jak Silas kogoś zabił.
On widział, jak ja kogoś zabiłam.
Ale dopiero w momencie, kiedy przyjęto go na oddział psychiatryczny, uznałam nas za przyjaciół.
– Czy to jest ta różowa ćma klonowa, o której opowiadałaś mi ostatnio? – Conner podchodzi bliżej, aż do moich nozdrzy wdziera się zapach wody kolońskiej o aromacie drewna tekowego.
Coś w moim żołądku się rozgrzewa, kiedy zdaję sobie sprawę, że zapamiętał naszą rozmowę. Podziwiam sposób, w jaki napinają się jego ramiona, gdy opiera się o ladę i przygląda z bliska mojej kolekcji, nie dotykając żadnego okazu. Zna zasady – nie wolno dotykać.
Zastanawia mnie, dlaczego ktoś taki jak on nadal jest singlem. Dobrze wygląda, odnosi sukcesy zawodowe i jest miły. Zawsze mnie to zaskakuje, gdy spoglądam na jego dłoń i widzę, że nie zdobi jej złota obrączka.
– Tak. Uwierzysz, że to jej naturalny kolor? Można by pomyśleć, że jasnożółte i różowe barwy sprawiają, że jest łatwym celem, ale nic podobnego. To forma kamuflażu. Ten gatunek nie ma nawet ust! Pożywia się jedynie w stadium larwalnym, a kiedy osiąga dorosłość, skupia się wyłącznie na rozmnażaniu. Czy to nie szalone? – opowiadam z podekscytowaniem, spoglądając na niego w porę, by zauważyć, że wpatruje się we mnie i rozciąga usta w uśmiechu.
Rumieniec oblewa moje policzki, więc szybko odwracam wzrok.
– Przepraszam. To za dużo zbędnych informacji. – Wymuszam nerwowy śmiech.
– Nie rób tego – odpowiada Conner. – Nie przepraszaj za to, że coś cię pasjonuje.
Marszczę brwi i rzucam mu szybkie spojrzenie. Wpatruje się we mnie czekoladowobrązowymi oczami. Powstrzymuję się przed wierceniem na krześle. Za każdym razem nasz kontakt wzrokowy sprawia, że czuję się nieswojo.
Nie lubię profesora Godfreya w taki sposób. Istnieje tylko jedna osoba, której pragnę całą sobą. Nikt inny nie może zająć jej miejsca. Miło jednak wiedzieć, że ktoś taki jak Conner lubi słuchać mojej paplaniny na temat owadów.
Miło jest mieć przyjaciela.
I właśnie tym stał się dla mnie w trakcie tego lata. Zwłaszcza że jako jedyna z klubu samotników zostałam w Ponderosa Springs i nadal odwiedzam Hollow Heights po zakończeniu roku szkolnego.
Ale rozumiałam, że moi przyjaciele musieli się stąd wyrwać, choćby na kilka miesięcy. Wszyscy byli gotowi, by opuścić to miejsce i związane z nim bolesne wspomnienia, lecz nie mogli tego zrobić.
Jeszcze nie. Dopóki jeden z nich nadal tu tkwi i nie może wyjechać.
– Świat będzie próbował ci to zrobić, Lyro. Sprawi, że poczujesz się źle z powodu emocji, które wywołują w tobie ukochane rzeczy. Będzie cię wyśmiewał z ich powodu, ale nie pozwalaj mu na to. Nie daj zniszczyć mu tego, co kochasz – kontynuuje Conner, posyłając mi uspokajający uśmiech.
– To brzmi jak coś, co powiedziała mi mama – stwierdzam bez zastanowienia.
– Wydaje się mądrą kobietą. Teraz już wiem, po kim to masz.
– Była mądra – mruczę, rozkoszując się bólem, który rozpływa się po mojej klatce piersiowej, kiedy pozwalam sobie o niej myśleć.
Wyczuwając, że to dla mnie bolesny temat, Conner szybko się opanowuje. Prostuje się i pociera o siebie dłonie.
– Więc? Dodasz ostatni element? Czy muszę odwrócić wzrok, byś skończyła swoje genialne dzieło?
Wdzięczna za zmianę tematu skupiam się na kolorowej ćmie na stole. To nie tak, że unikam rozmów o mamie. Po prostu trudno mi o niej myśleć, nie wspominając jednocześnie tamtej nocy. Nie zastanawiając się nad tym, co się we mnie obudziło i kim się stałam.
Po śmierci mamy postawiono mi diagnozę zespołu stresu pourazowego, co wyjaśniało moje ciągłe koszmary, retrospekcje i lęk przed ciemnością. Przeżyłam traumatyczne wydarzenie. To naturalne, że doświadczenie takich sytuacji wykształciło we mnie problemy psychiczne.
Była natomiast jednak rzecz, której nikt mi nie wyjaśnił. Jedna rzecz, o której nikt nie wiedział, a gdyby nawet – nie zrozumiałby.
Nikt mi nie wyjaśnił, dlaczego pozostała we mnie śmierć.
Pełzająca w szczelinach szkieletu, istniejąca w moim wnętrzu jak dodatkowy organ. Czarna ciecz wstrzyknięta głęboko do żył, by nie można było jej wypłukać. Wszystko, czym byłam wcześniej, wszystkie moje marzenia, to odległe wspomnienie.
Teraz nie mogę myśleć o mamie i tej nocy bez przypominania sobie o makabrycznym impulsie, który się z tego zrodził. Potrzebie, która kłuje mnie w język, gdy unosi się z moich wnętrzności. Sprawia, że cieknie mi ślinka, a oczy pieką.
Długo udawało mi się powstrzymywać tę potrzebę. Upychać ją na dnie szafy i skrzętnie ukrywać. Aż do momentu, gdy kilka miesięcy temu przyłożyłam komuś nóż do gardła i poczułam na swoich rękach krew, pierwszy raz od śmierci mamy.
Teraz wiem, jak to jest kogoś zabić, i przeraża mnie, jak łatwo mi to przyszło. Jak łatwo byłoby zrobić to ponownie.
Kiedy mama została zamordowana, narodziłam się na nowo. Scarlett zginęła dokładnie tak jak Phoebe, a jej miejsce zajęła Lyra. Stałam się królową robaków, dziwakiem, dziewczyną zafascynowaną taksydermią, entomologią i procesem konserwacji martwych owadów.
Stałam się duchem.
Tak jak mnie o to poprosił.
Znajomy metaliczny smak zalewa mój język, ale szybko go przełykam, by skupić się na swoim zadaniu.
Zaczynam ostrożnie usuwać małe szpilki, które przytrzymują skrzydła ćmy do woskowanego papieru. Byłam trochę zawiedziona, że nie zdobyłam jej jako larwy. Czuję większą satysfakcję, gdy mogę brać udział w całym procesie. Lubię obserwować ich rozwój, zachowania, proces adaptacji i to, jak umierają.
To sprawia, że ich przypinanie jest bardziej interesujące i intymne. Kiedy obserwuję, jak dorastają i żyją, czuję słuszność, że opiekuję się nimi po ich nieuniknionej śmierci.
Gdy wszystkie szpilki są już wyjęte, usuwam papier i używając pęsety, delikatnie unoszę ćmę, a następnie umieszczam ją na przedniej części czaszki, posmarowanej wcześniej mocnym klejem.
– Nie zepsuj tego. – Conner śmieje się obok mnie, przez co uśmiecham się lekko, trzymając owada nieruchomo, by się upewnić, że jest dobrze zamocowany.
Kiedy mam pewność, że wszystko znajduje się już na swoim miejscu, cofam się, by obejrzeć ukończony projekt.
– Myślisz, że to za dużo? – Przygryzam wargę, kwestionując swoją decyzję. – Może powinnam zostać przy jednym gatunku ćmy, żeby kolorystyka była bardziej spójna. Prawda? A może powinnam to całkiem przerobić?
– Lyro – ostrzega Conner. – Przestań w siebie wątpić. To jest świetne. Mam ochotę kupić to od ciebie, żeby ozdobić kominek.
Patrzę w jego oczy błyszczące z uznania. Chciałabym być Briar albo Sage. Dziewczyną, która jest pewna siebie i nie potrzebuje zapewnień ani przyjaznych słów. Niestety dorastałam w ciszy. Sama. Rzadko w ogóle ze mną rozmawiano, a co dopiero mówić o prawieniu mi komplementów.
To normalne, że pragnę aprobaty.
– W takim razie szkoda, że ozdobi moje mieszkanie.
Kieruję spojrzenie na drzwi i dostrzegam osobę, na którą czekałam od czasu, gdy wyjechała po zakończeniu semestru.
– Briar! – wykrzykuję bez tchu, a następnie zrywam się z krzesła i podbiegam w jej kierunku. Przyciągam ją do siebie i mocno przytulam.
– Wiesz, że Sage i chłopcy nienawidzą pana Godfreya, prawda? – szepcze mi do ucha, odwzajemniając uścisk.
Wzdrygam się, bo mam tego świadomość.
– Porozmawiamy o tym innym razem – zapewniam cicho. – Myślałam, że wrócisz dopiero w przyszłym tygodniu. – Popycham ją żartobliwie, udając złość z powodu tego niespodziewanego powrotu.
– Miałem dość słuchania jej marudzenia, że tęskni za tobą, więc sprowadziłem ją wcześniej.
Briar wyciąga środkowy palec w kierunku stojącej za nią mrocznej postaci opierającej się o framugę drzwi. Obecność Alistaira Caldwella jest trudna do wykrycia, niczym ciemna mgła, której nie można dostrzec, ale da się ją wyczuć. Kiedy jednak już wiesz, że tam jest, nie potrafisz go zignorować.
Przenoszę rękę ponad ramieniem Briar i wyciągam pięść w jego kierunku. Uderza swoimi kostkami o moje, kiwając głową w geście powitania.
– Jak było w Teksasie? – pytam chłopaka.
– Gorąco jak cholera. To miejsce nadal jest obrzydliwą norą, królowo robaków?
Pseudonim, który wcześniej był używany jako obelga, stał się jednym z moich ulubionych określeń świadczących o sympatii. Wiem, że Alistair nie chce mnie w ten sposób urazić. To jego sposób, by nazwać mnie przyjaciółką. Tak jakby. Przynajmniej nie oczekuje już mojej głowy nabitej na pal.
Hollow Boys nie mają innych przyjaciół poza sobą nawzajem. Są jak czteroczęściowa układanka. Gdzie jest jeden, tam na pewno są pozostali. Nigdy nie widziałam tak silnej więzi. Tak trwałej.
Przez długi czas zazdrościłam im tego. Teraz po prostu to podziwiam.
– Zależy od dnia. – Lekko wzruszam ramionami.
Nigdy nie przyznałam tego głośno Briar ani nikomu innemu, ale lubię Ponderosa Springs. Przynajmniej częściowo. To miejsce, w którym dorastała moja mama.
Mogłabym się obejść bez korupcji, skandali, handlu ludźmi i morderstw, lecz jest we mnie cząstka, która kocha to miejsce bez względu na to, jak bardzo staram się tego nie czuć.
Oni jednak odbierają je zupełnie inaczej. Wiem to.
To miasto nie zrobiło nic poza wyrządzeniem im krzywdy. Zrujnowało ich. Zmieniło w tak przerażające wersje samych siebie, że sami się przestraszyli. Moim przyjaciołom nic tu nie zostało, Ponderosa Springs pochłonęło ich całkowicie.
– Zostawię was, żebyście mogli porozmawiać, Lyro. Jestem pewien, że macie dużo do nadrobienia. – Conner podchodzi do mnie i posyła mi życzliwy uśmiech. Zanim otworzy drzwi, macha lekko do moich przyjaciół. – Panno Lowell, panie Caldwell.
Obserwuję, jak przemierza puste korytarze, czekając, aż znajdzie się poza zasięgiem słuchu, po czym ponownie zwracam się do Briar:
– Sage i Rook też już wrócili? Jak twoja mama? O mój Boże, poczekaj, aż zobaczysz domek. Całe lato go dekorowałam. To znaczy wiem, że masz teraz apartament, ale zawsze możesz mnie odwiedzać. Nadal potrzebujemy regularnych spotkań klubu samotników…
– Ja też za tobą tęskniłam – przerywa moją paplaninę i ze śmiechem przytula mnie ponownie.
Tęskniłam za nią. Tęskniłam za nią okropnie. Za nimi wszystkimi.
Moja pierwsza prawdziwa przyjaciółka spędziła wakacje w Teksasie. Odwiedziła tam swoją rodzinę i pokazała Alistairowi, gdzie dorastała. Sage – dziewczyna, która poszła do piekła i z powrotem, którą podziwiałam jako przyjaciółkę i kobietę – spakowała walizki i wybrała się w podróż wzdłuż wybrzeża z Rookiem Van Dorenem, chłopakiem z Hollow Boys. Z nim akurat najlepiej się dogaduję, bo zawsze ma przy sobie jakieś przekąski. Pewnego razu podpaliliśmy też razem słynne drzewo przy szkole, lecz to już opowieść na inną okazję.
W każdym razie wszyscy mnie zostawili i chciałam z tego powodu być na nich zła. Naprawdę chciałam.
Ale rozumiałam.
Briar, Alistair, Rook i Sage potrzebowali przerwy od tej masakry. Od ciągłego cierpienia i niekończącego się bólu, jakich dostarczało im to miejsce. Potrzebowali normalności i radości z życia, choćby przez kilka tygodni. Nie mogłam ich za to winić, nawet jeśli bardzo chciałam.
– Sage i Rook wrócą jutro wieczorem. Mamy się z nimi spotkać w Black Sands Cove. – Oczy Briar błyszczą znajomym figlarnym błyskiem; kocham go i nienawidzę jednocześnie. Zazwyczaj oznacza, że będziemy robili coś wymagającego sporego obciążenia fizycznego.
– Plaża jest w nocy zamknięta – zauważam, mając nadzieję, że ta mała niedogodność wystarczy, by pokrzyżować ich plany.
– Wiemy. – Alistair uśmiecha się złośliwie za plecami dziewczyny. – Rook musi spuścić trochę pary. Powrót do Ponderosa Springs bez Silasa go niszczy.
Nie wiemy, jak długo Silas będzie potrzebował pomocy. Biorąc pod uwagę, jak poważnie załamał się psychicznie, lekarze prognozują, że może to trwać od kilku miesięcy do nawet paru lat.
To łamie mi serce, bo niszczy Rooka. Tych dwóch było blisko, cholernie blisko. Na tyle, że Van Doren obwinia się, że nie zauważył niczego wcześniej, gdy przyjaciel odstawił leki.
Nie zamierzamy się spotkać jutro wieczorem dla siebie. Robimy to dla Rooka. Choć myślę, że w głębi serca wszyscy tego potrzebują. Wszyscy tęsknią za Silasem.
– Pierwsze spotkanie od czasu pogrzebu burmistrza Donahue. Myślisz, że Sage sobie poradzi? – Spoglądam na Briar.
– Myślę, że dobrze sobie radzi ze śmiercią ojca. Wie, że wypadki chodzą po ludziach.
Wypadki. Taaa.
Przecież celowe podpalenie domu z jej ojcem i agentem federalnym w środku to był całkowity przypadek. Tak jak jednak mówiłam, są sekrety, które zabiorę ze sobą do grobu. Muszę, jeśli chcę chronić swoich przyjaciół. I to nie jest tak, że ja nie mam tajemnic, a Sage i Briar ich nie ukrywają. Nie mówią o nich swoim chłopakom. Nikomu.
Chronimy siebie nawzajem i dźwigamy swoje sekrety na barkach. To część umowy, gdy stajesz się członkiem klubu samotników. Możesz być sam, ale nigdy samotny.
– Pomyśleliśmy, że odnowimy naszą przyjaźń małą grą – stwierdza Alistair. – Jak za starych czasów.
Gra.
Zawsze gra.
Zazwyczaj nielegalna i kończąca się tym, że wypluwam swoje płuca, starając się nadążyć. Tłumię strach w zarodku. Nie przed grą. Wiem, że mój plan niedługo się rozpocznie, a ja stawię czoła wszystkiemu, by go zrealizować.
Nie będę mogła już ukrywać się w cieniu i obserwować go po kryjomu. Nie, stanę przed nim i powiem głośno, czego pragnę.
Kilka miesięcy temu przyszedł mnie szukać. Powiedział, że spłacił swój dług. Ja jednak nie skończyłam z księciem ciemności. Dopiero się rozkręcam. Pierwszy raz, gdy poprosiłam go o przysługę, odmówił.
Ale nie przyjmę kolejnej odmowy.
Uwielbiam być jego duchem. Teraz jednak chcę, by mnie dostrzegł.
Nie wystarcza mi już nawiedzanie go. Chcę więcej.
– W co będziemy grać?
Briar uśmiecha się szeroko, podekscytowana. To sprawia, że mój żołądek wywraca się na drugą stronę.
– W berka.
© Monty Jay
© Wydawnictwo Black Rose, Zamość 2026
ISBN 978-83-68677-08-9
Wydanie pierwsze
Tłumaczenie
Kinga Dąbrowicz
Redakcja
Anna Łakuta
Korekta
Justyna Szymkiewicz
Danuta Perszewska
Kinga Litkowiec
Skład i łamanie
Andrzej Zyszczak – Zyszczak.pl
Projekt okładki
Melody M. – Graphics Designer
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Książka ani jej części nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody autorki i wydawcy.
