Sick Game - Kinga Litkowiec - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Sick Game ebook i audiobook

Litkowiec Kinga

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

360 osób interesuje się tą książką

Opis

Są niczym Joker i Harley Quinn, ale jeszcze o tym nie wiedzą…

Skyler nie należy do tych grzecznych dziewczyn, choć stara się sprawiać takie wrażenie.

Po kolejnej ucieczce znajduje idealne miejsce na swoją kryjówkę, o której sądzi, że będzie tą docelową. W Portland chce udawać niewyróżniającą się niczym kobietę, i nawet jej to wychodzi.

Do czasu…

Jedno wyjście na nielegalne wyścigi gangu motocyklowego zapewnia jej nie tylko adrenalinę, za którą tak tęskni, ale także stalkera, o jakim wcale nie marzyła.

Michael Archibald dla większości mieszkańców Portland jest bardzo wpływowym i cenionym biznesmenem. Nie mają pojęcia, że ten mężczyzna posiada swoje mroczne alter ego. Zodiac – legendarny Kat z Portland – bohater wielu mrożących krew w żyłach opowieści, ma swój nowy cel.

Ona jest zła, lecz udaje dobrą.

On widzi w niej zło i pragnie je wydostać.

 

Gdy wszystkie tajemnice wyjdą na jaw, nic nie zatrzyma lawiny mroku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 420

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 29 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Marcin StecChrzanowska MonikaMonika Chrzanowska Marcin Stec

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



KINGA LITKOWIEC

SICK GAME

Dla każdego, kto skrywa w sobie mroczne alter ego.

Rekomendacje

Soczyście mroczna i niebezpiecznie wciągająca historia dwojga ludzi, którzy pod maskami pozornej normalności skrywają swoją prawdziwą, bestialską naturę. Autorka z wyczuciem balansuje między palącym pożądaniem a brutalnością, czym sprawia, że czytelnik od samego początku nie może się oderwać. To historia przekraczająca granice zarówno moralne, jak i emocjonalne, a zapach krwi i podniecenia niemal unosi się znad tekstu. „Sick Game” to elektryzujący, pełen obsesji i mroku dark romans, który trzeba przeczytać. Fani Jokera i Harley Quinn – będziecie zachwyceni!

Dagmara Jakubczak

Sick Game to brutalny dark romans, w którym uciekająca przed przeszłością Skyler zostaje wciągnięta w chorą grę Zodiaca – legendarnego zabójcy poszukującego idealnej, równie niebezpiecznej partnerki. Z fascynacją obserwowałam, jak Sky stopniowo pogrąża się w ciemności, którą za wszelką cenę próbowała w sobie uciszyć. Przy Zodiacu zrzuca maskę i odsłania swoje prawdziwe oblicze, a ich relacja momentami przywodzi na myśl Harley Quinn i Jokera – pełną przemocy, obsesji oraz destrukcyjnego magnetyzmu. To mroczna opowieść o dwojgu ludzi, którzy odnajdują się w najbardziej wypaczonych zakamarkach własnych dusz.

Dominika Sieczka – autorka serii BOGINI

Od autorki

Drogi Czytelniku,

niech Cię nie zwiedzie początek tej historii. Poznasz bowiem bohaterów, którzy zmuszeni są ukrywać swoje prawdziwe oblicza. Jedno z nich znalazło na to sposób, drugie natomiast tłamsi w sobie zło, z jakim się urodziło, by dopasować się do otoczenia.

Podczas lektury zastanawiać się będziesz, gdzie ten obiecany mrok…

Cierpliwości.

Zło się nie śpieszy.

Zło ma czas.

Zło nadejdzie, gdy nie będziesz się tego spodziewał.

Książka przeznaczona tylko dla osób pełnoletnich.

Nie czytaj jej, jeśli nie jesteś fanem powieści z gatunku dark romans i erotyk.

Rozdział pierwszy

Skyler

8 stycznia 2024 roku

Udało się. Uciekłam. Wciąż nie wierzę, że tego dokonałam. Cholera. Chyba wyczerpałam swój zapas szczęścia. Wylądowałam w Portland i obiecuję uroczyście przed samą sobą, że tu zostanę. Tym razem nie będę musiała się ukrywać. Nie zrobię niczego głupiego. Nie zabiję już nikogo więcej…

Wpatruję się w kawałek kartki, na której zapisałam coś dokładnie trzy miesiące temu. Wtedy jedynie sobie wmawiałam, że to się uda, ale proszę… jestem tu nadal i tym razem wszystko idzie naprawdę po mojej myśli. Aż trudno uwierzyć.

Uciekłam z Chicago, mając ze sobą jedynie torbę podróżną, w której znajdowała się głównie skradziona gotówka. Cóż, facetowi, który ją stracił, nie przyda się już raczej w grobie. Mnie natomiast uratowała. Dzięki niej wynajęłam niewielkie mieszkanie w jednym z bloków na przedmieściach. Urządzone na wzór loftu idealnie wpasowało się w mój wyjątkowy gust. Zrobiłam wszystko, by nie rzucać się w oczy, dlatego wybrałam miejsce z daleka od centrum miasta. Chciałam być uważana za najzwyklejszą dziewczynę. Tak przeciętną, że podskórnie mnie to bolało, bo nieskromnie muszę przyznać, że daleko mi do szarej myszki.

Odkładam kartkę do szafki i wychodzę z sypialni. Rozglądam się po salonie, jakbym próbowała znaleźć sobie jakiekolwiek zajęcie, choć dobrze wiem, co chcę zrobić. Idę do części kuchennej. Zajmuje niewielką część tego lokum, co w ogóle mi nie przeszkadza, bo nie gotuję. Potrzebuję tylko lodówki, by schłodzić piwo. Wyciągam jedną butelkę, otwieram ją, po czym wracam na kanapę i włączam telewizor, ignorując kolejną potrzebę poczucia adrenaliny.

Kurwa, jak mi jej brakuje…

Obiecałam coś sobie. Nie pierwszy, ale ostatni raz. Koniec z ryzykiem. Koniec z ucieczkami. W Chicago już niewiele brakowało. Kilka sekund dzieliło mnie od wyroku dożywocia. Nie mogłam tak skończyć. Musiałam znaleźć coś, co zastąpi mi moje poprzednie życie. Tylko co?

Już prawie decyduję się na skok na bungee, gdy rozdzwania się telefon. Niewiele osób ma mój numer, dlatego jestem pewna, że to Olivia. Jest… cóż… Według niej się przyjaźnimy. Dla mnie stanowi jednak element mojego nowego życia. Potrzebowałam kogoś, kto nada więcej realizmu całej tej otoczce, jaką postanowiłam stworzyć. Nie chciałam, by postrzegano mnie jako dziwadło, dlatego szukałam kogoś, z kim będą mnie widywać. Oli przyczepiła się sama. Był koniec stycznia, gdy wpadła na mnie przed kawiarnią. Spojrzałam na nią i już wiedziałam, że będzie idealna. Rozrywkowa dziewczyna, która bardzo lekko podchodzi do związków, kąpie się w alkoholu i jest otwarta na wszelkie tematy. Nie nudzę się z nią. Przez ludzi to ona jest uważana za tę szaloną, a ja mam być dla niej czymś w rodzaju hamulca. Jakie to, kurwa, zabawne…

– Co jest? – pytam, odbierając połączenie.

– Sky! Musimy się spotkać! Nie uwierzysz, co mi się przytrafiło.

– Przyjdź do mnie – odpowiadam beznamiętnie, wpatrując się w telewizor. Leci właśnie program o seryjnych zabójcach.

– Czułam, że to powiesz, i jestem już w drodze. Będę za dziesięć minut.

Rozłącza się, a ja wracam do oglądania. Niespecjalnie interesuje mnie, co takiego ją spotkało. Szczerze mówiąc, mam to w dupie. Na swój sposób lubię tę dziewczynę, ale jej życie nie ma dla mnie większego znaczenia. Potrzebuję Olivii do stworzenia swojej nowej osobowości, która mnie irytuje. Czasami patrzę w lustro i czuję wstyd. Nie z powodu zadanych przeze mnie ran. Nie przez to, że w przeszłości byłam złym człowiekiem. Dlatego, że przestałam nim być. Sama sobie posyłałam oskarżycielskie spojrzenie mówiące: „Jak ci, kurwa, nie wstyd?”. Jest mi wstyd. Szczególnie kiedy jestem w klubie i udaję zbyt nieśmiałą, gdy Olivia próbuje nakłonić mnie do wejścia na bar, by razem ze mną zatańczyć. Lub wtedy, gdy dwóch kolesi proponuje mi wspólną noc, po której tydzień będę dochodzić do siebie. Już cisnęło mi się na usta, że będzie odwrotnie. Ale odmówiłam sobie tej przyjemności. Wyznaczyłam granicę i nie mogę jej przekroczyć. Zbyt często to robiłam i powoli kończyły mi się miasta, w których mogłabym zamieszkać. Zawsze działa to tak samo. Najpierw pozwalam sobie na nieco więcej. Bo przecież szalona impreza czy trójkąt z niezłymi ciachami to nic złego. Dla większości kobiet zdecydowanie. Mnie jednak ciągnie w większą otchłań. Zaczyna się od drobnego przekroczenia ustalonej linii, a kończy na morderstwie. Czasami kilku. A niekiedy po prostu robię inne bardzo złe rzeczy. Trzymam się z dala od kłopotów, ale lubię liznąć adrenalinę. Właśnie dlatego potrzebuję Olivii i naszych wyjść. Za to szerokim łukiem omijam mężczyzn, którzy potencjalnie mogą obudzić we mnie chęć powrotu do dawnego życia. W Portland jest ich zaskakująco wielu.

W programie, który oglądam, zaczynają mówić o Luisie Garavito. Pieprzonym psychopacie, największym seryjnym mordercy na świecie. Nic dziwnego. Facet zabijał dzieci. Nawet mnie przeraża, a to rzadkość. Mimo tego słucham każdego słowa, bo temat takich ludzi nigdy mnie nie nudził. Krzywię się więc, gdy słyszę pukanie.

– Otwarte! – krzyczę, by nie odchodzić od telewizora.

Olivia niemal podbiega do mnie i skacze na kanapę.

– Co oglądasz?

– Dokument o seryjnych mordercach.

– To nie jest ciekawe, Sky. To jest przerażające. Wolę dobrego pornosa – rzuca rozbawiona. – Choć i z tym zwykle jest problem.

Patrzę na nią przez przymrużone oczy.

– Podobno coś się stało?

Wolę zmienić temat. Rozmowa o filmach pornograficznych niekoniecznie mi odpowiada.

– Ach, tak! – Wstaje gwałtownie i po chwili słyszę, jak uchyla drzwi lodówki. Pięć sekund później do moich uszu dociera dźwięk otwierania butelki, a za moment Oli siedzi już obok mnie z piwem w ręku. – Poznałam wczoraj faceta. Zupełnie przypadkiem. Wyszłam tylko, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza, i podjechał do mnie koleś na motocyklu.

– A ty na niego wsiadłaś, pozwalając mu zawieźć cię w nieznanym kierunku? – pytam z zaciekawieniem.

– Nie! Nie jestem idiotką!

Szkoda.

– A więc?

– Porozmawiałam z nim trochę. Nie jest raczej grzecznym chłopcem, więc szansa na niezłą zabawę jest naprawdę duża. Wymieniliśmy się numerami i uważaj… – Robi pauzę, która zapewne ma przytrzymać mnie w napięciu. – Zaprosił mnie na nielegalne wyścigi! – piszczy. – Słyszałam o nich, ale tylko elita może brać w nich udział.

Nielegalne? Wyścigi? Chyba zaraz dostanę orgazmu.

– Nie wiedziałam, że takie rzeczy są organizowane w Portland – odpieram, siląc się na jak najbardziej obojętny ton.

– Bo za krótko tu mieszkasz, a wszystko jest planowane w ogromnej tajemnicy. Niektórzy uważają, że to tylko legenda. Jak Zodiac.

– O Zodiacu akurat słyszałam, choć nie wierzę w jego istnienie.

To niemożliwe, że taki ideał chodziłby po Ziemi i to w dodatku w mieście, w którym obecnie się znajduję.

– Tak czy inaczej… Mam zaproszenie i mogę zabrać koleżankę.

Ciepłe prądy przechodzą przez całe moje ciało. Takie informacje są lepsze od seksu.

– Zapraszasz mnie na randkę z przeznaczeniem? – drwię, choć jestem bardziej rozemocjonowana od niej. Potrafię to jednak ukryć.

– Oczywiście! I nie chcę słyszeć sprzeciwu.

– Chętnie pójdę.

Znów piszczy. Zaczynam się bać, że stracę słuch. Oli nie jest słodką idiotką, ale jej uzależnienie od niebezpiecznych mężczyzn sprawia, że kurczy jej się mózg.

– Uwielbiam cię! Wielbię dzień, w którym twoja stopa przekroczyła granicę Portland! W końcu poznałam kogoś takiego jak ja!

Gdybyś tylko wiedziała…

– O której te wyścigi?

– O ósmej wieczorem mamy czekać na Moody Ave, przy hotelu River’s Edge.

– Idealnie. Hotel, blisko rzeki… – rzucam pod nosem.

Olivia patrzy na mnie tak, jakby szukała w moim głosie sarkazmu. Nie może go jednak znaleźć. Naprawdę uważam, że to wspaniała lokalizacja. Czyżbym w końcu miała poczuć smak dawno zapomnianej adrenaliny?

– Jesteś dziwna – stwierdza po chwili i bierze duży łyk piwa.

Dziwna… Uśmiecham się. Przez moment obserwuję jej profil. Ma słodką twarz, jeśli tak można ją opisać. Typowa uroda dziewczyny z sąsiedztwa. Blondynka o niebieskich oczach i z pięknym uśmiechem. Wygląda niewinnie, co kusi mężczyzn, ale ona wcale nie jest aniołem. Ma w sobie cechy, dzięki którym jestem w stanie ją lubić. Zresztą sama się do niej upodabniam, co wcale nie jest takie proste. By wtopić się w tłum, przefarbowałam się pierwszego dnia tutaj. Pozbyłam się moich czarno-zielonych włosów sięgających do pasa na rzecz najzwyklejszego odcienia blond i długości do ramion. To bolało mnie niemal tak bardzo jak cielesne tortury. Tak naprawdę wystarczyło tylko tyle, bym wyglądała jak zwykła dziewczyna. Gdzieś w szufladzie mam jeszcze kilkanaście arkuszy naklejek w kształcie małych gwiazdek, które niedawno każdego dnia zdobiły moje czoło. Kocham się wyróżniać, więc robiłam wszystko, by przypadkiem nie zmieszać się z tłumem. Teraz jednak muszę to robić.

– Hej!

Otwieram szeroko oczy na dźwięk głosu Oli. Cholera. Lubię wracać do wspomnień z poprzedniego roku. Mieszkanie w Chicago było dla mnie najlepszym okresem w życiu.

– Wybacz, zamyśliłam się, co mówiłaś? – rzucam szybko, siląc się na uśmiech.

– Pytałam, co planujesz na swoje urodziny. Są za miesiąc, prawda?

Raz byłam zbyt pijana i wyjawiłam jej moją prawdziwą datę urodzin.

– Tak, za miesiąc – odpowiadam ledwo słyszalnie.

– Sprawdziłam to, trzynastego kwietnia jest akurat sobota, więc możemy poświęcić cały weekend.

– Pytasz, jakie mam plany, ale czuję, że ty masz swoje. Zgadza się? – dociekam podejrzliwie.

– Tak! – krzyczy podekscytowana. – Akurat tydzień wcześniej otwierają nowy klub. Co prawda znajduje się na drugim końcu miasta, ale nazwali go „Noc Halloween”! Wszystkie szczegóły trzymają w tajemnicy, ale udało mi się dowiedzieć, że wystrój będzie połączeniem seksu i strachu. Nie do końca potrafię to sobie zobrazować, ale brzmi epicko, prawda?

– Potrafisz zainteresować człowieka.

– Tak czułam, że cię zachęcę! Pracuję nad wyciągnięciem kolejnych informacji. Znam kogoś, kto może mi w tym pomóc.

– Powinnaś zostać detektywem – komentuję z rozbawieniem, ale także podziwem.

– To tylko dobre znajomości. Chcę, żeby twoje dwudzieste szóste urodziny były najlepszymi, jakie miałaś. Zadbam o to.

– Nie wątpię. – Dopijam piwo, odstawiam pustą butelkę na stolik kawowy i wracam spojrzeniem do dziewczyny. – Wiosna budzi we mnie potrzebę zabawy. Mam nadzieję, że te wyścigi także dostarczą mi rozrywki.

– Tego możesz być pewna.

Jestem. Olivia coraz bardziej mi się podoba. Zorientowałam się, że już nie udaję, że ją lubię, ale teraz tak sobie myślę, że naprawdę mogłaby zostać moją przyjaciółką.

Rozdział drugi

Zodiac

– Panie Archibald – zaczyna łamiącym się głosem Meester. – Musi pan przestać.

Spoglądam na niego przez przymrużone powieki.

– Muszę? – pytam tonem jasno dającym do zrozumienia, że stąpa po cienkim lodzie. – Doprawdy uważasz, że możesz mi rozkazywać, Hugo?

Mężczyzna blednie. Jestem niemal pewien, że słyszy już tylko bicie własnego serca. Pewnie galopuje w piersi jak oszalałe, bo jego właściciel uświadomił sobie właśnie, że jest idiotą.

– P-roszę wyb-aczyć, to z-łe określenie – jąka. – Chodzi o to, że zacieranie śladów po pańskich… występkach jest dla mnie coraz trudniejsze.

Z moich ust wydobywa się śmiech. Jeden z tych najbardziej przerażających, co widzę po minie człowieka, który zaczyna walczyć o oddech. A nawet go nie dotknąłem. Fascynuje mnie to, z jaką łatwością przychodzi mi budzenie strachu w słabych ludziach.

– Hugo… – Robię pauzę, by spojrzeć na niego w zamyśleniu. – Za co ja ci, kurwa, płacę? Przypomnij mi, proszę, bo w tym momencie poważnie się nad tym zastanawiam.

Hugo Meester, duma Portland. Pieprzony tchórz, który wśród mieszkańców uchodzi za osobę prawą. Uczciwość zdecydowanie nie jest jego zaletą. Jeśli chodzi o policję w tym mieście, większość funkcjonariuszy jest skorumpowana, lecz ten facet siedzi już po uszy w gównie.

– Przepraszam – odpowiada ze skruchą. – Martwię się o to, że w pewnym momencie nie zdążę.

Uśmiecham się szeroko, a wzrokiem odnajduję stojącego w rogu pomieszczenia Noxa. On także się uśmiecha, choć jego spojrzenie mówi: „przestań dręczyć tego biedaka”. Czasami odzywa się w nim sumienie, którego ja wyzbyłem się już dawno temu. Tylko mi ciążyło.

– Pokażę ci coś, Hugo. – Otaczam go ramieniem, po czym przechodzę z nim do oszklonej ściany. Mamy idealny widok na plac znajdujący się na tyłach domu. – To powinno cię wyręczyć.

Otwiera szeroko oczy, jakby nie dowierzał w to, co widzi.

– Labirynt? – pyta na bezdechu.

– Kurewsko wielki i skomplikowany labirynt. Masz szczęście, że widzisz go z tego miejsca. Większość ludzi po prostu budzi się w środku.

– Po co panu labirynt? – brzmi tak, jakby wcale nie chciał wiedzieć.

– Kojarzysz badania na gryzoniach? – pytam podniecony, a on niepewnie kiwa głową. – Przeprowadzam własne, ale na ludziach. Daję im na przykład dwadzieścia minut. Jeśli przejdą, wychodzą stąd żywi. A jeśli nie… – Tworzę z palców coś na wzór spluwy i przykładam sobie do skroni. – Odpadają. To taka gra.

– Chora gra – komentuje Nox.

Na moment odwracam się w kierunku przyjaciela. Stoi oparty o ścianę, ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma, i wpatruje się w plecy mężczyzny, który nawet nie drgnie.

– Tak czy inaczej… wiesz, co w tym wszystkim jest najzabawniejsze, Hugo?

– Nie mam pojęcia – odpowiada ledwo słyszalnie.

– Nawet godzina nie wystarczy, by przejść przez to, co sam zaprojektowałem. Obawiam się, że cały dzień mógłby okazać się zbyt krótki. Musiałeś po mnie posprzątać, bo nie zdążyłem przywieźć tego kutasa tutaj, nad czym bardzo ubolewam, bo miałem naprawdę ambitne plany.

Z dumą spoglądam na sieć pełną korytarzy. Labirynt roztacza się na obszarze wielu akrów, tworząc wzór, który mogę podziwiać za każdym razem, patrząc na niego z góry. Każdy korytarz wydaje się prowadzić do kolejnego zakamarku. W centrum wyróżnia się serce tego miejsca. Wokół niego rozmieszczone są węższe korytarze, które doprowadzą do obłędu każdego nieszczęśnika z choć niewielką klaustrofobią. O ile oczywiście uda mu się dotrzeć tak daleko. Mam wrażenie, że czegoś tu jeszcze brakuje, ale o tym postanawiam pomyśleć nieco później.

– Nie powinienem o tym słuchać – mówi zniesmaczony mężczyzna. – Wciąż jestem strażnikiem prawa.

Nawet Nox się zaśmiał.

– Dobrze, Hugo. Mogę ci obiecać, że trochę przystopuję. Od teraz będę zabijać tylko tych, którzy bardzo zajdą mi za skórę.

To oczywiście kłamstwo.

– Dziękuję. Będę zobowiązany.

– Czas na nowy projekt. Może znajdę kolejną damę, która dostarczy mi rozrywki?

– Poprzednia wylądowała w szpitalu psychiatrycznym – grzmi Nox. – Whitney popełniła samobójstwo, a Sarah…

– Rozumiem. – Unoszę rękę, dając mu znak, że ma się zamknąć. – Przypominam ci, że mamy gościa, który już teraz wygląda, jakby miał zaraz zejść na zawał.

Pewne jest, że Meester nie pożyje długo. Zakładam jednak, że odbierze sobie życie, jak na tchórza przystało. A może ktoś go wyręczy? Na przykład ja?

– Czas na mnie. Upewnię się, że zwłoki zostały ukryte.

Kiwam głową. Znudziła mi się już jego wizyta. Poza tym mam ciekawsze plany.

– Mówiłeś poważnie? – pyta Nox, gdy tylko zostajemy sami. – Z kolejną dziewczyną.

– Lubię towarzystwo. – Spoglądam na niego przez ramię. – Ty też je lubisz.

– Ale nie lubię sprzątać. To, co z nich zostaje…

– Są zbyt słabe, ale to już nie nasza wina. Zobaczysz… w końcu znajdę kobietę, która wytrzyma dłużej, i uznam to za swoje zwycięstwo. Chcę zobaczyć, jak silny charakter łagodnieje pod moim wpływem.

– Odpuść.

– Jeszcze jedna próba.

– Może gdybyś nie szukał kobiety jako Michael Archibald, znalazłbyś silniejszą – sugeruje niepewnie. – Zodiac nie przyciągnie nikogo, kto nie jest przynajmniej w połowie tak popieprzony jak ty. – Wzrusza ramionami. – Naturalna selekcja.

Z szerokim uśmiechem odwracam się w stronę przeszklonej ściany i dokładnie lustruję każdą część labiryntu.

– To zbyt ryzykowne. Znajdę kogoś jako moje alter ego.

– Ach, właśnie. Dostałeś zaproszenie na wyścigi. Michael Archibald zyskał przychylność każdej sfery tego miasta.

Obserwuję, jak kącik jego ust się unosi. Właśnie o to nam chodziło.

– Wszystko idzie zgodnie z planem. To miasto jest już moje – odpieram rozmarzony. – Co to za wyścigi?

– Motocyklowe. Podobno to coś wielkiego, bo wybierają nowego szefa gangu. Obecny chce się z tobą dogadać.

– Interesujące. Tych ludzi warto mieć blisko siebie.

– Uważaj. Oni nie wiedzą, kim jesteś naprawdę. Lepiej, żeby twoje alter ego nie było z nimi łączone. Pozostaw sobie kontrowersyjnego biznesmena, jeśli chcesz zostać w tym mieście.

– Mam wszystko pod kontrolą, przyjacielu. A teraz pozwól, że przygotuję się na dzisiejsze wyjście. Mam przeczucie, że to będzie udana noc.

Wychodzę z pustego pomieszczenia, opuszczam skrzydło tego budynku, zostawiając za sobą praktycznie nieumeblowaną część mieszkalną. Postanowiłem tak, bo ludzie boją się takich miejsc. Skoro jest pusto, nie wiedzą, czego mogą się spodziewać. Przeraża ich ta niewiedza. Ale nieczęsto tu kogoś przyprowadzam, bo rzadko mam w planach wypuścić gościa żywego. Większość zostaje w piwnicy, kona w labiryncie lub ginie gdzieś daleko od mojej posesji. Zwykle w lesie otaczającym dom. To najlepsze rozwiązanie. Zwierzęta są nieocenione w pomocy przy pozbyciu się ciała. Na wypadek trupa poza terenem mam także sprawdzony sposób – telefon do Meestera, który nie ma jaj, by mi się przeciwstawić.

Wchodzę do umeblowanej części domu, a ta wcale nie zachęca do rozgoszczenia się. Jest bowiem stworzona w gotyckim stylu – ani przytulnym, ani ciepłym. Dla mnie idealny. W każdym pomieszczeniu przeważa czerń i gdyby nie liczne okna, mógłbym się tu poczuć jak w grobowcu. Choć nie ukrywam, że są miejsca, które rzeczywiście tak właśnie wyglądają. Stanowią moje ulubione pokoje w tej ogromnej posesji. Nie przygotowałem tu niczego na wypadek gości, bo – umówmy się – nie miewam ich. Nawet jako Michael Archibald zasłynąłem już z trzymania się na uboczu. Ludzie widzą we mnie człowieka zupełnie skupionego na karierze. Ci, którzy wiedzą, że mam też coś za uszami, wolą nie umawiać się ze mną na kawę i ciastko. Swoje alter ego wykreowałem tak, by nikt i nic nie przeszkodziło mi w planie przejęcia tego miasta. Zodiac natomiast miał się bawić. Lubię zabawy. Szczególnie gdy w grę wchodzą żywe lalki.

Rozdział trzeci

Skyler

Cztery piwa i dwa programy później jesteśmy wystarczająco wstawione, by zabrać się za przygotowania do wyjścia. Olivia szybko doszła do wniosku, że nosimy ten sam rozmiar, więc nie traciła cennej energii na powrót do domu. Cóż… miała rację. Moja garderoba to miszmasz stylów. Można znaleźć w niej dosłownie wszystko. Suknie balowe, eleganckie komplety, ale także typowo sportowe stroje oraz najbardziej wyuzdane zestawy. Skupiłyśmy się oczywiście na tych ostatnich. Moja miłość do czerni wygrała, więc sięgam po spodenki i zwykłą koszulkę na ramiączkach w tym kolorze. Niby nic, ale w połączeniu z kozakami i rajstopami we wzór gęstej koronki całość prezentuje się idealnie.

– Nieźle – komentuje Oli, stając za mną i przyglądając mi się w odbiciu lustra. – Weź bandanę i zrób z niej opaskę na włosy. O! Miałaś też fajny choker z ćwiekami i bransoletkę do kompletu.

– Za dużo – rzucam od razu. – Wezmę skórzaną kurtkę, bo zgaduję, że twoi nowi koledzy nie przyjadą po nas samochodami. – Łapię czarną ramoneskę w iście motocyklowym stylu, po czym wyrywam z dłoni dziewczyny zieloną bandanę i wkładam ją do kieszeni szortów. – Ty także tego nie założysz.

– Dlaczego? – Robi naburmuszoną minę, jak dziecko, które nie dostało deseru.

– Naprawdę o to pytasz?

Lustruję ją dokładnie. Centymetr po centymetrze, zaczynając od stóp, na których ma moje, kurwa, platformy. Jakby tego było mało, włożyła skórzaną sukienkę bez ramiączek. Kiedy usiądzie na motocyklu, każdy będzie mógł podziwiać jej pośladki, bo moja przyjaciółka nie nosi majtek. Nigdy. Sama często z nich rezygnuję, lecz są stroje lub też materiały, które wręcz wymagają dodatkowego zabezpieczenia tych miejsc. Nie dla Olivii Patch…

– No dobrze! – Wyrzuca ręce w górę. – Wygrałaś. Przebiorę się.

– Będę wdzięczna. Wolę nie wyjaśniać im, że tylko ty jesteś zdzirą.

– Suka! – krzyczy rozbawiona, przerzucając moje ubrania. – Mam zamiar dziś zaliczyć. Seksowny, wytatuowany motocyklista to idealny wybór. Taki facet musi być kapitalny w łóżku. Ty też powinnaś się rozerwać. Twój tyłek aż się prosi o dobre rżnięcie.

– Nie jestem tak bardzo zdesperowana.

– Ja jestem.

– Widzę – komentuję rozbawiona.

Olivia odwraca się w moją stronę i krzyżuje ręce na piersiach.

– Ostatni raz bzykałam się dwa tygodnie temu, co teoretycznie powinno zaspokoić moje potrzeby na przynajmniej miesiąc, ale facet okazał się tak beznadziejny, że po wszystkim uciekłam do domu, wzięłam wibrator i zrobiłam sobie dobrze dwa razy, myśląc o tym, że pieprzy mnie Jason Momoa.

– Pamiętam. – Próbuję stłumić śmiech. – Już mi opowiadałaś.

Za pierwszym razem ta opowieść była znacznie zabawniejsza. Może dlatego, że Oli nie szczędziła mi szczegółów o tym, jak facet sapał jej do ucha sprośne rzeczy, które okazały się bardziej obrzydliwe niż podniecające. Poza tym doszedł po dwóch minutach, a ona liczyła na całonocną ucztę zmysłów. Niestety trudno o kochanka, który potrafiłby zaspokoić tak wymagającą kobietę. Zresztą sama nie jestem lepsza. Ja jednak potrzebuję adrenaliny, dzikości i pasji. Niewiele pomaga mi wyobrażanie sobie pieprzącego mnie Aquamana. Wiem, bo próbowałam.

– Może być? – Olivia unosi mój jeansowy kombinezon.

– Zdecydowanie.

Z krótkimi nogawkami, bez ramiączek i obcisły. Na całej długości ma zamek, co zawsze kręci facetów. Widzą coś takiego i od razu wyobrażają sobie, jak rozsuwają go, by dobrać się do kobiety. Prymitywne myśli każdego samca…

– Założę do tego czarne kozaki. Te za kolano, których ty nie chciałaś.

– Mam zajebiste rajstopy, zbyt wiele by zakryły. – Wzruszam ramionami i unoszę nogę. – Te są idealne.

– Masz jeszcze jakąś skórzaną kurtkę?

– Przynajmniej ze dwie. Jeśli się rozejrzysz, znajdziesz taką z czarno-czerwoną szachownicą.

Na szczęście jej poszukiwania nie trwają długo. Kiedy tylko się przebiera, poprawiamy jeszcze makijaż i wychodzimy z mieszkania. Do Moody Ave mamy jakieś pięć minut spacerem i tylko dlatego nie śpieszymy się, widząc, że dochodzi już ósma.

– Jeśli dziś zginiemy, to nie będzie całkiem zła śmierć. O ile nas nie obedrą ze skóry – stwierdzam zupełnie poważnie, jednak moja przyjaciółka wybucha śmiechem.

– Tak, z pewnością kilku motocyklistów czeka, by nas zabić.

– Kto wie. Zakładam, że to nie są pasjonaci motoryzacji na dwóch kółkach, którzy lubią się pościgać.

– Rozwiniesz myśl, proszę?

– Uważam, że to gang. Skoro ich wyścigi są tak wielką tajemnicą, że nikt o nich nie wie, muszą mieć władzę, by tego dokonać. Kto inny mógłby to zrobić?

Oli nagle zatrzymuje się i patrzy na mnie z szeroko otwartymi oczami.

– Chcesz powiedzieć, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że dziś spotkamy się z niebezpiecznymi facetami na motocyklach? – pyta wolno, na co kiwam twierdząco głową, co sprawia, że zaczyna piszczeć podekscytowana. – Kurwa! To idealnie!

– Czułam, że się ucieszysz.

– Zawsze chciałam poznać niebezpiecznego faceta. Ale nie takiego, który co najwyżej może dać komuś w mordę, gdy coś mu nie podpasuje. Rozumiesz? – zaczyna trajkotać, gdy tylko ruszamy dalej. – Takiego, który ma broń i potrafi zabić nożem. Jestem ciekawa, jak to jest być w centrum zainteresowania takiego typa. Ilu kobietom dane jest w ogóle tego doznać?

– Zakładam, że takich jest niewiele – odpieram od razu. – Zwykle oni nie chcą związku, a sam fakt, że niebezpieczny koleś zamierza cię przelecieć, nie świadczy o jego zainteresowaniu. Prawdę mówiąc, jeśli chodzi o naprawdę złych mężczyzn, obstawiam, że jedynie kilka kobiet na całym świecie może opowiedzieć o tym, jakie to uczucie rozkochać w sobie jednego z nich.

Staram się brzmieć jak ktoś, kto wcale nie poznał wielu takich facetów. A poznałam… Ogrom. Zajmując się tym, czym do niedawna, głównie tylko na takich trafiałam. Nigdy nie poznałam jednak zakochanego zabójcy. Nieważne, czy działał na zlecenie, czy był członkiem mafii, czy też po prostu psychopatą. Żaden z nich nie wydawał się nawet zdolny do uczuć.

– Nie lubię tych twoich złotych myśli – komentuje naburmuszona. – Zwykle gadasz z sensem. Kto by pomyślał, że graficzka jest taka pełna mądrości.

– Że niby moja praca o tym nie świadczy? – Unoszę brew.

– Nie! Po prostu… Och… – Wzdycha. – Wiesz, o co mi chodziło!

– Tak, tak. Spokojnie. – Śmieję się w głos. – Ale lubię patrzeć, jak próbujesz znaleźć odpowiednie słowa, które pomogą ci wyjść z zakłopotania.

– Suka! – Szturcha mnie w ramię z głośnym śmiechem.

Oczywiście żadna ze mnie graficzka. Kiedy mężczyzna, który miał wynająć mi mieszkanie, zapytał o zawód, rzuciłam szybko to, co pierwsze przyszło mi na myśl. Dzięki temu nie dziwi się, że nie szukam pracy w mieście. Zdalne zlecenia to świetna wymówka, jeśli nie chcę wyjść. Mówię wtedy, że mam ważny projekt i muszę go zrobić. Zadbałam także, by moje kłamstwo nie wyszło na jaw przy pierwszej lepszej okazji, dlatego trzymam w laptopie wiele projektów, których nie jestem autorem. Kto by się domyślił, że to nie ja stworzyłam wizję szyldu marketu w Oklahomie? Mam także pobranego Photoshopa, którego czasami włączałam, i otwieram jeden z kilku plików, jakie udało mi się pobrać z możliwością edycji. Potrafię co nieco, więc nawet gdy Oli siedzi u mnie zbyt długo, nie psuję niczego kilkoma kliknięciami myszki. Nie przemyślałam jednak, że moja przyjaciółka również okaże się osobą na zdalnym zatrudnieniu i będzie chciała pracować wspólnie, by lepiej spędzić ten czas. Ona jednak zatrudniła się w jednym z lokalnych portali internetowych. Wrzuca nowinki związane z modą, celebrytami, a także urodą. Tak, mało to lokalne, ale jeśli chce się zdobyć więcej wyświetleń, nie wystarczy artykuł o nowo otwartej restauracji, poszerzaniu chodnika czy kursach dla wędkarzy. Wspólna praca z Olivią coraz lepiej mi jednak wychodzi. Już się tak nie denerwuję. Czasami po kilku kliknięciach w ekran myszką zamykam laptop, rzucając coś o braku weny, a ona nie wyczuwa kłamstwa. W końcu grafik to też artysta i nie może pracować na zawołanie. Prawda?

Dochodzimy na miejsce i wygląda na to, że jesteśmy ostatnie. Na parkingu stoi grupka motocyklistów. Od razu widać, że są niebezpieczni, napaleni i cholera wie, co im siedzi w głowach. No bo kto o zdrowych zmysłach przyjechałby po dwie dziewczyny? Liczę szybko i otwieram szerzej oczy. Jest ich siedmiu. Dreszcz podniecenia przebiega przez moje ciało, a adrenalina uderza do głowy z podwójną dawką. Na moment tracę kontakt ze światem, lecz szybko przypominam sobie, kim jestem w oczach stojącej obok mnie kobiety.

– Jeśli oni nas zgwałcą, zabiję cię – cedzę przez zaciśnięte zęby.

– Wyluzuj. Za godzinę wyścig, nie mają tyle czasu.

– To może po? – Ta sytuacja zaczyna mnie bawić.

– Cześć! – krzyczy Oli, machając ręką jak idiotka.

Jeden z nich od razu do nas podchodzi. Zakładam, że to od niego dostała zaproszenie.

– Jesteście. Świetnie. – Kiwa do mnie brodą. – Cześć, jestem Nico.

– Sky – rzucam szybko.

– To: Manson, Pit, Brad, Chris, Louise i Chuck – przedstawia każdego z kumpli, wskazując na nich ręką.

Olivia im macha, ja natomiast ograniczam się do czegoś, co mogłoby przypomnieć uśmiech. Czuję jednak, że szanowny Nico dziś nie zaliczy, bo patrzę na ostatniego z przedstawionych mężczyzn, który właśnie ściąga kask, i – o słodki Jezu – Olivia jeszcze nigdy w życiu nie była tak bliska spełnienia swoich fantazji jak teraz. Facet przypomina Jasona Momoa jak diabli! Włosy, postura, rysy twarzy, a nawet spojrzenie. Co prawda ma dość ciemne, chyba brązowe oczy, ale to ma raczej niewielkie znaczenie. Wyciąga rękę, a rękaw jego kurtki nieco się unosi, ukazując początek tatuażu. Teraz ten koleś podoba się także mnie. Spoglądam na przyjaciółkę, która próbuje udawać, że wciąż zwraca uwagę na Nico, ale strasznie chujowo jej to wychodzi. Z niedowierzaniem kręcę głową.

– To co robimy? – odzywam się jako pierwsza.

– Wybieracie motocykl, wsiadacie i jedziemy na miejsce – wyjaśnia jeden z mężczyzn, o ile dobrze pamiętam Pit.

Na jego maszynę na pewno nie wsiądę.

Widzę, że Oli trochę się miota, więc postanawiam jej pomóc. Jeśli tej nocy ma przeżyć romans życia, o którym będzie opowiadać wnukom, zgoda, niech tak będzie.

– Hej, Nico! Mogę jechać z tobą?

– Ze mną? – Nie wygląda na zadowolonego, o czym świadczy jego spoglądanie na Oli.

– Tak. Jako jedyny masz zielony motocykl, a ja kocham ten kolor – wyjaśniam, czując się przy tym jak skończona idiotka.

Mężczyzna zerka na Olivię, która kiwa głową i posyła mu uśmiech mówiący „jasne, nic się nie stało”.

– Okej, wsiadaj.

Kiedy tylko odwraca się do niej plecami, ta posyła mi nieme „dziękuję” i niczym nieśmiała dziewczynka podchodzi do swojego księcia z bajki.

– To może ja pojadę z tobą?

– Wskakuj.

Facet się uśmiecha. Nie jest kutasem jak kolega Pit, ale nie wiem, czy widzi już nagą Olivię. Oby widział. Moje poświecenie nie pójdzie na marne, a obawiam się, że Nico będzie próbował zrzucić mnie po drodze.

Kiedy wsiadam za nim, podaje mi kask. Niczego nie mówi, więc postanawiam mu nie dziękować. Dobrze nie zapinam kasku, a motocykl rusza. W ostatniej chwili łapię się mężczyzny i przysięgam, że mam ochotę go zabić. Jasne, nie jestem fanką miłych gości, ale gburowatość to coś, czego, kurwa, nienawidzę. Zagryzam zęby z myślą, że jednak nie mogę go zabić. Nie będę uciekać z kolejnego miasta przez jakiegoś idiotę. Im dłużej jedziemy, tym w mojej głowie tworzą się coraz mroczniejsze scenariusze. Bo jaki facet byłby zły za coś takiego? Uspokajam sama siebie, gdy zaczynam wyobrażać sobie, że jestem krojona przez Nico, który chciał zrobić to Oli, ale to ja wsiadłam na jego motocykl. Że też nie wybrałam kariery pisarki. Byłabym niezła w horrorach! Nico jest młodszy od reszty, zakładam, że nawet od Olivii. Ma pewnie nie więcej niż dwadzieścia pięć lat, więc szczeniackie zachowanie jest jak najbardziej uzasadnione. Może dopiero go przyjęli albo jest na jakimś okresie próbnym? Ciekawe, czy gangi motocyklowe prowadzą coś takiego. W sumie nigdy nie miałam możliwości poznania takiej grupy.

Droga trwa już dobre pół godziny. Choć lubię jazdę motocyklem, znów wracają chore myśli. I gdy tylko zaczynam ponownie wyobrażać sobie siebie oddaną w ofierze dla nieistniejącego demona, zauważam w oddali grupę ludzi. Maszyny zwalniają, więc wygląda na to, że jesteśmy na miejscu. Ludzie zaczynają wiwatować, jakby znani aktorzy zaszczycili ich swoją obecnością. Gdy Nico się zatrzymuje, od razu zeskakuję z motocyklu i oddaję mu kask. Zaskoczona tym całym gorącym powitaniem odzywam się do chłopaka, mimo że chciał mnie zrzucić. No dobrze, może nie chciał, ale miły też nie był.

– Jesteście jakimiś bogami?

– Nie. – Ku mojemu zaskoczeniu się śmieje. – To ważne wyścigi. Ostatni na starcie stają Chuck i Roy. Chucka już znasz. Roy jest naszym szefem. Dziś grają o wszystko.

– Co to znaczy?

– Chuck podważył kompetencje Roya. Ten się wściekł, więc wyzwał go na pojedynek. To nasza wersja walki o władzę. Zwycięzca bierze wszystko, przegrany opuszcza miasto.

– To dość… radykalne – dukam.

– Witaj w naszym świecie, kotku – odzywa się głos za mną.

Odwracam się i widzę Pita, którego nie polubiłam, więc od razu pokazuję metaforyczne kły.

– Nie mów do mnie kotku – cedzę wolno przez zaciśnięte zęby.

Facet się śmieje i unosi ręce w geście poddania. W takich chwilach najbardziej żałuję swojego położenia. Gdyby tylko wiedzieli, że jestem równie niebezpieczna co oni, może nie patrzyliby na mnie jak na maskotkę.

– Chodźcie, zaraz się zacznie – wtrąca Nico. – Mamy czterech nowych kandydatów. Rozpoczynają wyścigi. Ten, który wygra, zostaje i dołącza do nas. Reszta odchodzi – mówi podekscytowany.

Teraz naprawdę zaczynam wierzyć, że wszystko mi się wydawało. Ten facet jest naprawdę miły.

Przechodzimy na prowizoryczne trybuny – rząd samochodów. Każdy zaparkowany jest tyłem. Ludzie siadają w bagażnikach lub wskakują na paki. Wygląda na to, że my mamy miejsce w największym pick-upie który jako jedyny postawiony został bokiem. Jego paka spokojnie mieści dziesięć osób. Szybko zauważam, że jednak nie każdy z motocyklistów jest na niej. Dwóch stoi gdzieś z boku, z kimś rozmawiają. Znienawidzony przeze mnie Pit siedzi między dwiema blondynkami na aucie obok.

– Chyba jesteś bardzo podekscytowany? – zagaduję do Nico, kiedy tylko wskakuję na wóz.

– Pół roku temu też brałem udział w takim wyścigu. To wielka rzecz.

Obok niego stoi Chuck, tłumacząc coś Olivii, która wpatruje się w niego jak w boga. Delikatnie kręcę głową. Dziś do domu wrócę sama…

Rozdział czwarty

Zodiac

Uwielbiam zapach palonej gumy. Szczególnie tej dwukołowców. Od zawsze najbardziej utożsamiałem ze śmiercią właśnie motocykle. Jedziesz dwieście na godzinę i nagle coś wybiega ci na drogę. Kraksa. Nie żyjesz. Twoja głowa znajduje się kilka metrów od tułowia. Rzecz jasna nie zawsze tak to wygląda, ale to moje ulubione wspomnienie. Facet, który miał po prostu zginąć, dostał spektakularną śmierć.

– Ile tu pięknych i silnych kobiet – stwierdzam zafascynowany. – Czuję, że podjąłem dobrą decyzję o skorzystaniu z zaproszenia.

– Każda z nich jest taka sama – komentuje z niesmakiem Nox.

Odwracam głowę w jego stronę. Siedzi sztywno, trzymając dłonie na kierownicy. Zaparkował nieco dalej od reszty, nie chcąc rzucać się w oczy, czym oczywiście wyróżnił się jeszcze bardziej.

– Wyczuwam twoją frustrację, przyjacielu.

– To nie frustracja. Po prostu nie rozumiem. Tu nie znajdziesz nikogo, kto spełniałby twoje oczekiwania. Sam zobacz. Każda jest taka sama. Pokaż im swój zegarek, a w oczach pojawią im się dolary. Uklękną przed tobą, bo wyczują pieniądze. Chcesz szukać wyzwania? Nie tutaj. – Opiera się o fotel i posyła mi znudzone spojrzenie. – Wskaż mi jedną, która jest inna.

– Dobrze.

Czemuż nie miałbym podjąć się tego wyzwania? Od razu opuszczam samochód, a Nox wychodzi za mną. Akurat rozpoczyna się pierwszy wyścig. Idealnie. Wszyscy zajęci są tym, co dzieje się na trasie, więc ja mogę przyjrzeć się każdemu z dokładnością.

Kogo ja właściwie szukam?

Nie chcę kobiety zbyt inteligentnej, bo one okazują się zwykle najsłabsze. Głupia także nie wchodzi w grę. Nie może być próżna, chciwa i zagubiona. Musi wiedzieć, czego chce, a jednocześnie być otwarta na moje sugestie. Musi… musi, kurwa, istnieć. Zaciskam zęby, gdy dochodzi do mnie, że Nox ma rację. Nikogo tu nie znajdę.

Już chcę wracać, gdy dochodzi do mnie kobiecy śmiech. Szybko odnajduję jego źródło. Rozpromieniona blondynka próbuje zwrócić na siebie uwagę jednego z motocyklistów. Nie śledzę ich życia bardziej, niż to konieczne do utrzymania władzy, z której nawet nie zdają sobie sprawy, ale jestem niemal pewien, że to ważny gość w gangu. Muszę uważniej słuchać Noxa, z pewnością mi o nim wspominał. Dziewczyna cały czas mówi. Kurwa, facet ma niezłą cierpliwość. Ja już wpakowałbym jej kulkę w łeb, byle tylko przestała gadać. Albo kutasa w usta… Wygląda na to, że właśnie o to jej chodzi. Tak, ona z pewnością nie jest dziewczyną, której szukam. Nawet na jedną noc.

Błądzę wzrokiem dalej i zauważam kolejną blondynkę, która nie wydaje się poszukiwać faceta. Rozmawia z jednym, ale bardziej interesuje ją to, co dzieje się na torze. Gdy ścigający się motocykliści pojawiają się już na horyzoncie, oczy nieznajomej otwierają się szerzej. Zagryzam dolną wargę, widząc jej spojrzenie.

– I co? – Obok mnie pojawia się Nox. – Wracamy? – pyta znudzony.

– Znalazłem.

– Co?

– Znalazłem mój kolejny projekt. – Kiwam dyskretnie głową w kierunku dziewczyny. – Chcę ją.

Być może mój przyjaciel nie wie nawet, o kim dokładnie mówię. Nie od razu. Skupia się na miejscu, które wskazałem. Wytęża wzrok i dokładnie lustruje każdą. Mógłbym mu pomóc, rzucić jakimkolwiek szczegółem związanym z jej wyglądem, ale wtedy nie byłoby zabawy. Nagle mruży oczy. Znalazł.

– Mam się dowiedzieć, kim jest? – pyta bardziej retorycznie, bo przecież zna odpowiedź.

– Kim jest, co lubi, czym się zajmuje. Zresztą znasz cały proces.

– Dobrze. A więc co teraz? Wracamy czy chcesz zostać i popatrzeć? W gruncie rzeczy powinniśmy zostać. Dowiemy się, czy nie zmieni się przywódca. Podobno Chuck ma duże szanse.

– Czy Chuck to ten gość z długimi włosami stojący niedaleko mojego celu? – pytam z niemałym zainteresowaniem.

– Zgadza się. Lepiej, żeby nie wygrał. Dopiero co udało nam się urobić jednego przywódcę.

– A więc masz rację, zostańmy. – Mierzę w niego palcem. – Znajdź sobie dziewczynę, chłopie. Od kilku dni chodzisz niezadowolony. Czas spuścić z jąder. – Klepię go w ramię i mijam, idąc prosto do naszego auta.

– Chodzę niezadowolony, bo wiem, że niedługo będę musiał po tobie posprzątać – wytyka, doganiając mnie. – Sprowadź sobie kilku ludzi do labiryntu i zagraj w strzelanie do kaczek. Ale nie powtarzaj wszystkiego od nowa.

Zatrzymuję się tuż przed samochodem. Sięgam do klamki, ale zanim otwieram drzwi, spoglądam na mężczyznę przez ramię.

– Mówiłem już. Potrzebuję wyzwania. Ta dziewczyna nim będzie. Zobaczysz.

Odpowiada ciężkim westchnieniem. Jasne jest, że nie wpłynie na moją decyzję. To ja bowiem słynę ze sztuki manipulacji na najwyższym poziomie. Jestem w tym tak dobry, że nikt nie może się ze mną równać. Prędzej czy później znajduję sposób na każdego. Zwykle prędzej, bo ludzie to prosty mechanizm. Zawsze coś przekonuje ich do tego, że mam rację. Niekiedy dobrze złożone słowa, a czasem – jakżeby inaczej – dobra materialne. Nox ma szczęście, że jako jedyny na tym świecie jest bezpieczny. Znam go od wielu lat. Pomagał mi dochodzić do perfekcji. Nie mógłbym zrobić niczego, co choć naruszyłoby naszą braterską więź.

Przez godzinę obserwuję mój cel, który ogląda wyścigi. Dzięki temu, że jest tak bardzo skupiona, nie jest w stanie zauważyć, że przyglądam się jej bez ustanku. Ciekawe, co by zrobiła, gdyby się dowiedziała, że taki psychopata jak ja obmyśla właśnie plan doprowadzenia jej do granic obłędu. Próbowałaby uciec? Na tę myśl przechylam głowę i jeszcze intensywniej na nią patrzę. Mógłbym zaprowadzić ją do swojego labiryntu i zacząć gonić, wiedząc, że szybko wpadnie w moje ręce. Ale nie mam zamiaru jej gonić. Chcę, żeby sama do mnie przybiegła. By widziała tylko mnie.

– Już czas. – Podekscytowany głos Noxa przerywa moje myśli. – Wielki wyścig – wyjaśnia, gdy obdarzam go pytającym spojrzeniem.

Zerkam jeszcze raz w stronę mojej przyszłej dziewczyny i zauważam, jak ona i koleżanka obserwują wszystko, co się dzieje. Zostały same. Reszta mężczyzn doszła na linię startu. Zapewne to, co zamierzają teraz robić, jest ich tradycją, ale mam to w dupie.

– Zatem chodźmy – rzucam szybko i wychodzę z samochodu.

O ile Nox chce zobaczyć widowisko z bliska, o tyle ja muszę obejrzeć dziewczynę. A teraz, już po kilku krokach, znajduję się naprawdę blisko. Jest ładna. Naprawdę, kurwa, ładna. Ekscytacja na twarzy dodaje nieznajomej uroku. Przyglądam się jej z dużym zainteresowaniem i chyba to wyczuwa, bo nagle odwraca głowę i w ciągu sekundy odnajduje mnie spojrzeniem. Uśmiecham się, dając jej do zrozumienia, że wcale nie przesadza, myśląc, że jakiś facet się na nią gapi. Robię to z czystą przyjemnością i obserwuję jej reakcję.

Tylko mnie nie zawiedź. To twój test. Jeśli zdasz, będziesz moja. Jeśli oblejesz… cóż, lepiej dla ciebie.

Nagle unosi głowę, bardziej odsłaniając smukłą szyję, i patrzy na mnie z… z pogardą. Kurwa. Mój kutas napręża się, jakby chciał wydostać się ze spodni i krzyknąć „mamy dziewczynę!”.

Wyścig się rozpoczyna, co odwraca jej uwagę. Wpatruję się w profil kobiety jeszcze przez kilka chwil, aż w końcu postanawiam zrobić pierwszy krok. Jej koleżanka zeskakuje z bagażnika i zostawia ją całkiem bezbronną. Idealnie. Złowieszczy uśmiech pojawia się na mojej twarzy. Mam jakąś minutę, by obmyślić plan działania. Może wzięła mnie już za wariata, więc lepiej będzie, jak teraz dam jej złudzenie, że jestem miłym facetem. Potrafię to zrobić. Wcielanie się w różne role opracowałem do perfekcji.

Staję przy pace, na której stoi, i zadzieram głowę, by na nią spojrzeć. W tym samym czasie ona opuszcza swoją, jakby dopiero teraz zdała sobie sprawę z mojej obecności.

– Cześć – mówię z najmilszym uśmiechem, jakim mogę ją obdarować.

– Cześć – odpowiada z wyraźnym zawahaniem.

– Jestem Michael.

– Skyler.

Spojrzeniem wraca do tego, co dzieje się przy linii startu.

– Lubisz wyścigi, Skyler?

– Tak.

Śmieję się, wyczuwając jej niechęć do mnie.

– Mam niezły motocykl. Mogę zabrać cię na…

– Nie jestem zainteresowana – wchodzi mi w słowo.

– Nie dałaś mi szansy.

Bardzo niechętnie wraca do mnie spojrzeniem, a w jej oczach widzę frustrację. Teraz mam pewność, że to dobry wybór. Złamanie tej dziewczyny będzie moim życiowym osiągnięciem.

– Nie chodzę na randki. Nie interesuję mnie też jazda z nieznajomym jakimkolwiek pojazdem. Przyszłam obejrzeć wyścigi, a ty mi przeszkadzasz.

Na moment sam zerkam w stronę przygotowujących się do wyścigu motocykli.

– Walka o wszystko – myślę na głos. – Dla jednego z nich to będzie najgorszy dzień w życiu. Już czuję jego ból.

Zauważam, jak kręci głową. Już ma mnie dość?

– Panie Archibald. – Tuż obok pojawia się jakiś facet. Nie mam pojęcia, kim jest, ale ściska mi dłoń i potrząsa nią energicznie, a na jego twarzy maluje się uśmiech pełen ekscytacji. – Nie spodziewałem się, że pana tu zobaczę. Cóż za niespodzianka!

– Tak, lubię dobrą rozrywkę – rzucam od niechcenia.

– Ja również! Cieszę się, że pana tu widzę. Jakiś czas temu próbowałem skontaktować się z kimś z pana firmy, by omówić…

Przerywa, bo unoszę rękę.

– Nie jestem w pracy – mówię ostrzej, niż to konieczne. – I z pewnością nie zajmuję się tym, czym chcesz zmącić mi teraz czas.

– Naturalnie, proszę wybaczyć – mówi ze skruchą i szybko odchodzi.

Słyszę prychnięcie nade mną.

– Typowe.

– Słucham? – pytam dziewczyny, która patrzy na mnie z jeszcze większą pogardą.

– Bogaty dupek, dla którego ludzie to żart? – Pochyla się i opiera na pace. – Myślisz, że jesteś ważniejszy, bo masz władzę nad kilkoma ludźmi?

– Cóż… – Robię dłuższą przerwę, by przemyśleć moje kolejne słowa. – Wydaję mi się, że źle mnie oceniasz. Cenię swój czas wolny. Jestem bogatym dupkiem, bo zbyt wiele poświęciłem pracy, więc gdy nie pracuję, to nie pracuję – podkreślam dosadnie dwa ostatnie słowa.

Skyler zmienia nieco minę. Daleko jej do skruchy, ale cóż, robimy postępy.

– Zawsze można przeprosić i powiedzieć to bez zbędnego chamstwa – komentuje po chwili, po czym skupia się na wyścigu, który w końcu się rozpoczyna.

Złamanie cię będzie czystą przyjemnością.

Rozdział piąty

Skyler

Mam ochotę sięgnąć po jedną z pustych butelek piwa walających się pod moimi nogami i roztrzaskać ją na głowie tego palanta. Pieprzony bogacz, który za wszelką cenę musi podkreślać swoje ego. Że też stałam się obiektem jego zainteresowania. Zdecydowanie wolę skończyć dziś w łóżku jednego z motocyklistów niż u faceta, który jest przekonany o tym, że kasa załatwi każdy problem. Zapewne rekompensuje sobie nią małego kutasa. Mam słabość do złych chłopców, ale nie tych zepsutych pieniędzmi. To zupełnie inne typy. Zaczynam odliczać każdą sekundę. Mam nadzieję, że gdy wyścig się skończy, reszta wróci na swoje miejsca. Żałuję, że nie poszłam z Olivią. Mogłabym zrobić to teraz. Po prostu zejść na ziemię i dołączyć do reszty, ale nie będę uciekać. Poza tym ten facet nie może stanowić dla mnie realnego zagrożenia. Jest wysoki, ma dość szerokie ramiona, ale pod garniturem może skrywać się wiotkie ciało. Przynajmniej tak go sobie wyobrażam. Typowy przeciętny koleś. Niezbyt gruby, ale z widoczną tkanką tłuszczową. Poznałam kilku biznesmenów i niemal każdy z nich tak właśnie wyglądał. Pewnie dlatego wszyscy noszą pełne garnitury. Lata temu doszli do tego, że w ten sposób ukryją swoje mankamenty, a ludzie będą widzieć w ich strojach tylko czystą elegancję. Już dawno na to wpadłam i nie zmienię zdania.

– Jesteś z Portland, Sky?

A on dalej swoje…

– Tak – odpowiadam, by nie wyjść na mniej taktowną od niego.

– Nie widziałem cię nigdy wcześniej.

– Mieszkam tu od niedawna. Dokładnie od początku roku.

Mam nadzieję, że ta odpowiedź mu wystarczy. Liczę, że wyczuje moją niechęć, co przecież powinien zrobić od razu, i odejdzie. Nic, kurwa, bardziej mylnego.

– To wiele wyjaśnia. Zapamiętałbym tak śliczną buzię.

Wywracam oczami na ten tani komplement.

– Z pewnością – cedzę przez zaciśnięte zęby.

Wracam do swojego odliczania, ale po dziesięciu sekundach mężczyzna odzywa się ponownie:

– Daj mi szansę.

Spoglądam na niego bardzo niechętnie.

– Już mówiłam, że nie jestem zainteresowana.

– Masz kogoś?

– Nie, ale to, że jestem sama, nie znaczy, że potrzebuję faceta.

– Jedna randka?

– Nie.

Śmieje się… Naprawdę to takie zabawne?

– Jesteś twarda. Podoba mi się.

Kretyn.

Rozluźniam się, gdy wyścig dobiega końca. Obserwuję dokładnie, kto jest na prowadzeniu, ale z tego miejsca trudno mi cokolwiek zobaczyć. Z zamiarem zeskoczenia z paki zerkam na mężczyznę, by przypadkiem na niego nie wpaść, bo pomyśli sobie jeszcze, że to zaproszenie, ale jego już nie ma. To naprawdę dziwne…

Nie myślę jednak o tajemniczym biznesmenie i podchodzę do Olivii oraz reszty.

– Kto to był? – pyta dziewczyna, choć wzrok ma wlepiony w zbliżające się do nas motocykle.

To chyba najdłuższa prosta droga w całym Portland. Mimo że obaj mężczyźni pędzą jak szaleni, ich dojazd do mety zdaje się trwać w nieskończoność.

– Nie wiem, bogaty dupek, który myśli, że jest bogiem – rzucam z obrzydzeniem.

– Nie taki dupek – wtrąca Nico, który również patrzy na wyścig. – To Archibald. Każdy chce, żeby ten facet go znał. – Zerka na mnie na sekundę. – No z wyjątkiem ciebie – dodaje kąśliwie, choć mam wrażenie, że w jego głosie usłyszałam także nutkę podziwu.

Kończymy rozmowę, bo motocykle znajdują się już prawie przed nami. Idą łeb w łeb i dopiero przy samej linii mety jeden z nich wychodzi lekko na prowadzenie. To może dziesięć czy dwadzieścia centymetrów, ale jakie to ma znaczenie? Wygrał. Chuck wygrał. Olivia podbiega do niego, a przegrany motocyklista po prostu odjeżdża. Selekcja naturalna.

Widać, że Chuck jest już w dużo lepszym nastroju. Unosi Oli na rękach, a ta piszczy zaskoczona, ale na jej twarzy pojawia się szeroki uśmiech.

– Kogo wygrałem? – pyta, ale nie daje jej odpowiedzieć, całując zachłannie, jakby naprawdę była jego nagrodą.

Wszyscy zaczynają się zbierać. Czuję niedosyt. Nagle ktoś mnie obejmuje. Podnoszę głowę i widzę szczerzącego się Nico.

– Byłaś kiedyś w spelunie? – pyta, ani na moment nie chowając zębów.

– I to nie raz.

– A więc spodoba ci się miejsce, w którym będziemy świętować.

– Świętować?

Nie puszcza mnie, tylko prowadzi do swojego motocykla. Siada na niego, po czym podaje mi kask.

– Myślisz, że noc się skończyła?

– Miałam nadzieję, że nie.

– Teraz upijemy się tanim piwem, skarbie. I nie martw się, mamy kilku kierowców. Tak zwani chłopcy na posyłki. Sam jeszcze niedawno nim byłem. Przejebana praca, ale mogłem się chociaż napatrzeć na ładne dziewczyny.

Lustruje moje ciało, po czym porusza sugestywnie brwiami. Opieram rękę na biodrze i z trudem powstrzymuję śmiech.

– Ile ty masz lat?

– Dwadzieścia trzy – rzuca rozbawiony. – Ma to dla ciebie jakieś znaczenie? Zresztą zakładam, że ty i Olivia jesteście w moim wieku.

– Niezupełnie. – Siadam w końcu za nim, bo większość już odjechała. – Ja jestem od ciebie starsza o trzy lata. Oli o cztery.

– Och, nie wiedziałem, że wiozę starszą panią.

Z głośnym śmiechem uderzam go w bok, ale on odpala motocykl i szybko rusza, więc obejmuję go mocno w pasie na wypadek, gdyby znów gnał na złamanie karku. I tak właśnie jest. Może ma to we krwi? A ja myślałam, że chce mnie zabić. Gdybym chciała mieć przyjaciela wśród mężczyzn, Nico by nim był. Jest zabawny, miły i wydaje mi się, że nadajemy na podobnych falach. Natomiast zupełnie mnie nie pociąga. Jest przystojny i ma niesamowite niebieskie oczy, ale wciąż zbyt delikatne rysy twarzy. Jego ciemne blond włosy i zaskakująco widoczna opalenizna przywodzą mi na myśl surfera ze słonecznego Miami. Może ta znajomość potrwa dłużej niż jedną noc?

Jechaliśmy dobre dwadzieścia minut. Jeden długi ciąg motocykli i kilkanaście aut wjechało na ogromny plac, na końcu którego dostrzegam niewielki budynek. Tak, to z pewnością speluna. I to nie byle jaka. Podoba mi się.

Wchodzę do środka w towarzystwie Nico, który robi tu chyba za mojego ochroniarza. Naprawdę wyglądam na kobietę potrzebującą ochrony? Może to przez mój obecny wygląd, tak bardzo odbiegający od natury. Akceptuję jednak ten stan rzeczy, bo przecież im mniej podejrzeń wzbudzam, tym lepiej dla mnie. Siadam z chłopakiem obok mojej przyjaciółki prowadzącej żywą rozmowę z nowym przywódcą gangu. Nasz stolik jest tu największy, siedzi przy nim sporo osób. To głównie motocykliści, których poznałam dziś przed hotelem. Ktoś stawia całą skrzynkę piwa i wszyscy rzucają się na nią, jakby zamiast alkoholu znajdowały się w niej pieniądze. Nico od razu łapie butelki i podaje mi jedną z nich. Oczywiście wcześniej ją otwiera, co uważam za urocze.

– Wiesz, że nie pasujesz tutaj, prawda? – pytam i upijam duży łyk.

– Nie jesteś pierwszą, która mi to mówi. Wiem, wiem, jestem zbyt śliczny.

Nie tylko ja się śmieję.

– Nie wygląda, ale to niezły motocyklista – komentuje mężczyzna, którego jeszcze nie znam.

Czekam chwilę, dając mu szansę na przedstawienie się, ale on odwraca się do kogoś innego i zaczyna rozmowę.

Mnie również miło cię poznać…

– Kocham motocykle – zaczyna wyjaśniać Nico. – Kiedyś chciałem być mechanikiem, ale szybko odkryłem, że to mi nie wystarcza. Już jako gówniarz jeździłem za tymi gośćmi, mając nadzieję, że kiedyś mnie przyjmą. I przyjęli. Jako chłopca na posyłki. Ale o tym już wspominałem. – Znów się szczerzy. – Nazywają to testem. Jeśli przetrwasz pół roku, stajesz do wyścigów. A jeśli wygrasz, wchodzisz. I tak co sześć miesięcy.

– Chcę wiedzieć, do czego cię zmuszali? – Kącik ust wędruje mi ku górze.

– Nie, nie chcesz – odpowiada ze śmiechem.

Ktoś wchodzi do środka, a to wywołuje kilka sekund ciszy. Wszyscy nagle przerywają rozmowę, by spojrzeć… Oczywiście. To znów ten facet. Tym razem jest w towarzystwie jakiegoś mężczyzny. Ten wygląda jak jeden z motocyklistów. Zdradza go jedynie niepasujący ubiór. Jest łysy, a jego ostre rysy twarzy sprawiają, że wydaje się groźny. I ma tatuaż na szyi, co od razu wpada mi w oczy. Patrzę na niego tylko przez chwilę, później rzucam przelotne spojrzenie panu bogaczowi, które ma znaczyć mniej więcej tyle co soczyste „spierdalaj”. Wracam uwagą do Nico, a on jeszcze przez moment patrzy w kierunku obu mężczyzn.

– Niesamowite, że tu przyszedł – komentuje, ale kieruje te słowa do faceta siedzącego naprzeciwko niego.

– Pewnie chce porozmawiać z nowym przywódcą – odpowiada mu od razu.

Wszyscy patrzą na Chucka, jakby oczekiwali, że podejmie jakieś kroki. On prostuje się, patrzy na swoich ludzi, później na nieproszonego – jak mniemam – gościa i szybko dopija piwo.

– Miejmy to za sobą. Wolę utrzymać z nim dobre kontakty i oby on też tego chciał. W końcu przyjął zaproszenie Roya. Wątpię, by zmiana przywódcy robiła mu różnicę.

Po tych słowach wstaje od stołu i idzie prosto do Archibalda. Olivia od razu przesuwa się do mnie i szepcze mi do ucha:

– Powinnaś go przelecieć.

– Kogo? – pytam zdezorientowana.

– Tego bogatego gościa. Popytałam o niego. Podobno jest w stanie załatwić wszystko z każdym. Jeśli odpowiednio to rozegrasz i cię zapamięta, sporo zyskasz.

– Myślisz, że kobiety, które z nim spały, zyskały cokolwiek?

– Sky, skarbie, ty nie jesteś jak one. – Puszcza mi oczko. – Dobrze wiesz, jak zakręcić faceta wokół palca.

– Pewnie ma flaka zamiast kutasa.

Na tę uwagę Nico wypluwa piwo i zaczyna krztusić się ze śmiechu. Miałam nadzieję, że nas nie usłyszy, ale chyba się przeliczyłam. Chwilę trwa, nim się uspokaja.

– Michael Archibald… – zaczyna, po czym bierze oddech, bo wciąż pokasłuje. – To jeden z najbardziej pojebanych facetów, o jakich słyszałem. Niech was nie zwiedzie ten wyraz twarzy. Poza tym… nie wierzę, że to mówię, ale na pewno nie ma… flaka.

– Po czyjej ty jesteś stronie, co? – pytam oburzona.

– Mam u ciebie szanse?

Zbija mnie z tropu tym pytaniem, ale odpowiadam szczerze:

– Nie. Jesteś trochę za młody i nawet cię lubię.

– A więc będę szczery. Olivia ma rację. Kontakt z tym gościem, jeśli to dobrze rozegrasz, dużo ci da. Dlatego Chuck poszedł z nim porozmawiać. Dopiero udało nam się znaleźć do niego dojście, więc jeśli coś się spieprzy, nie będzie zbyt ciekawie.

– To tylko jeden facet – mówię, zaskoczona słowami chłopaka.

– Jeden, ale wielki. Wierz mi. Podobno większość topowych firm w Portland jest jego, a on pozwala tylko podpisywać się pod nimi swoim nazwiskiem rzekomym właścicielom. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale w tym mieście jest ważniejszy od prezydenta. Ma tyle kasy, że może kupić chyba, kurwa, wszystko. Zna ludzi, którzy zrobią wszystko. – Wzrusza ramionami. – Tak w skrócie.

– Jakim więc cudem nigdy wcześniej o nim nie słyszałam?

– Bo nie potrzebowałaś słyszeć. – Znów unosi ramiona. – Wiesz, to jest tak: żyjesz sobie, robisz, co robisz, i masz w dupie, kim jest właściciel firmy produkującej okna, którą mijasz każdego dnia. I nagle znajdujesz się wśród ludzi, dla których ten facet nie jest tylko właścicielem firmy, a kimś, kto może pomóc, gdyby zaszła taka potrzeba. Dociera do ciebie, że weszłaś do innego świata i nawet tego nie zauważyłaś. Jeśli miniesz na ulicy mordercę, nie będziesz tego wiedzieć, bo przecież ci się nie przedstawi. Prawda?

– Rany! On mówi jak ty! – komentuje rozbawiona Oli. – Zróbcie testy DNA! Musicie być spokrewnieni.

Śmieję się, choć mam podobne zdanie. Ten chłopak rzeczywiście mógłby być moim młodszym bratem. Szkoda, że nie ma na to szans.

Kończymy rozmowę, bo wraca Chuck. Szybko poszło. Zastanawiam się tylko, czy to dobrze.

– I co? – pytają jednocześnie dwaj mężczyźni.

Nim Chuck odpowiada, sięga po kolejną butelkę piwa i opróżnia ją do połowy.

– Jeszcze nie wiem. Mamy spotkać się w innym terminie i porozmawiać na spokojnie – brzmi trochę tak, jakby go przedrzeźniał.

Wszyscy szybko zmieniają temat. Ja znów gadam z Nico, Oli jest wpatrzona w nowego przywódcę gangu, a Archibald wciąż mi się przygląda. Zdążyłam już przemyśleć całą sprawę kilka razy. Im więcej piję, tym większą mam ochotę się zgodzić i zobaczyć, ile prawdy jest w tym, co mówią o tym człowieku. Nim jednak podejmuję jakąkolwiek decyzję, wychodzę na zewnątrz, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Na wszelki wypadek staję obok drzwi. One otwierają się po kilku sekundach i oczywiście w ich progu staje Michael. No dobrze, spodziewałam się tego i być może trochę na to czekałam.

– Wszystko w porządku? – pyta, ale wcale nie słyszę troski w jego głosie.

– Tak.

– Przemyślałaś moją propozycję?

– Nie.

– Nie przemyślałaś czy nie zgadzasz się na randkę?

– Nie przemyślałam. – Mrużę oczy, by lepiej mu się przyjrzeć. – Z tej perspektywy wyglądasz inaczej – mówię, nim to przemyślę.

– Inaczej?

Chyba go rozbawiłam.

– Yhm.

– Rozwiniesz to?

– Nie tym razem. – Odbijam się od ściany z zamiarem powrotu do środka, ale czuję bardzo delikatne smyrnięcie na pośladku. – Hej! – Odwracam się i widzę, jak Archibald trzyma w dłoni moją bandanę.

– Zakładam, że nie jesteś do niej przywiązana, ale z desperacji użyję szantażu. Oddam ci ją na randce, co ty na to?

Uśmiecham się. Nie wiem, czy to działanie alkoholu, czy rzeczywiście mnie to rozbawiło.

– Naprawdę? – pytam ze śmiechem.

Z budynku wychodzi ktoś jeszcze. To mężczyzna, który z nim przyszedł. Posyła mi najzimniejsze spojrzenie, jakie w życiu widziałam. Włoski jeżą mi się na karku. W głowie pojawia się myśl, że bardzo chętnie go poznam.

– Musimy jechać – mówi dość dziwnym tonem do Archibalda.

Ten kiwa głową w geście zgody, pozwalając przyjacielowi oddalić się do samochodu, po czym zwraca się do mnie:

– Więc jak będzie?

– Dobrze – wypalam, wciąż przytłoczona tamtym spojrzeniem.

– Skontaktuję się z tobą jutro – informuje, po czym odchodzi.

– Jak? Przecież…

Zamykam się, bo Michael właśnie odwraca się w moją stronę i przykłada bandanę do twarzy. Wygląda tak, jakby wdychał jej zapach. Nie odpowiada, jednak nie musi. To wystarczająco jasny sygnał. Ekscytacja, podniecenie i niewielka obawa mieszają się w mojej głowie. Dziś nie potrzebuję już więcej alkoholu. Chyba pora do domu. Oby Nico mówił prawdę, bo nie ma opcji, że wrócę sama. Nie wiem nawet, gdzie jestem, by zadzwonić po taksówkę. To miejsce ma w ogóle jakiś adres?

© Kinga Litkowiec

© Wydawnictwo Black Rose, Zamość 2026

ISBN 978-83-68442-64-9

Wydanie pierwsze

Redakcja

Justyna Szymkiewicz

Korekta

Anna Łakuta

Danuta Perszewska

Magda Adamska

Skład i łamanie

Andrzej Zyszczak – Zyszczak.pl

Projekt okładki

Melody M. – Graphics Designer

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej części nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody autorki i wydawcy.