Tempt Our Fate - Kat Singleton - ebook
NOWOŚĆ

Tempt Our Fate ebook

Singleton Kat

4,5

1097 osób interesuje się tą książką

Opis

 Camden Hunter nie pasuje do tego miejsca.

 

Spędziłam całe życie w Sutten Mountain, gdzie rzadko kiedy pojawiają się kłopoty. A Camden właśnie je zwiastuje. Jest aroganckim, skupionym na sobie miliarderem z miasta. 

 

I właśnie otworzył wymyślną galerię sztuki obok mojej piekarni.

 

Kiedy prosi mnie o pomoc, proponuję mu umowę: catering na otwarcie galerii w zamian za to, że spędzi ze mną dzień na podziwianiu piękna tego miasteczka. 

 

Oczekiwałam, że pokażę mu inną stronę Sutten. Nie spodziewałam się jednak, że sama ujrzę tego mężczyznę w innym świetle.

 

Jego zauroczenie miastem daje mi powód, by się zastanawiać, czy może kiedyś mógłby poczuć coś i do mnie?

 

Problem w tym, że Camden Hunter nie pasuje do mojego świata, a ja nie pasuję do jego.

 

I im dłużej spalamy się w tym żarze, tym częściej zadaję sobie pytanie, jak długo zdołamy kusić los.

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.                                                 Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 520

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (37 ocen)
24
9
3
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Monika280789

Nie oderwiesz się od lektury

😍
10
koziolek88

Dobrze spędzony czas

Lepsza niż poprzednia część.
10
Klaudiakasperska

Nie oderwiesz się od lektury

Moim zdaniem lepsza niż 1 część, przyjemnie się ją czytało, można się pośmiać i wzruszyć :)
10
Bozena_1952

Dobrze spędzony czas

❤️
00
Weronika8608

Całkiem niezła

Jakoś mi nie podeszła, jie polubiłam głównej bohaterki, wynudziła mnie
00



Tytuł oryginału: Tempt Our Fate

Copyright © Kat Singleton 2023

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Alicja Chybińska

Korekta: Katarzyna Dziedzicka, Wiktoria Garczewska, Emilia Ziarnik

Skład i łamanie: Michał Swędrowski

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

ISBN 978-83-8418-457-8 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Fragment

Notka od autorki

Playlista

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Epilog

Chcesz więcej Kat Singleton?

Podziękowania

O autorce

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Własność inicjatywy Wymiana Książek w Sutten Mountain.Uczciwego znalazcę prosi się o zwrot do…Wake & Bake Cafe

Dla moich dziewczyn, które lubią być nazywane grzecznymi dziewczynkami, ale po cichu marzą, by nazywano je dziwkami. Dobrze trafiłyście z Camdenem Hunterem.

Notka od autorki

Tempt Our Fate to małomiasteczkowy romans z miliarderem w roli głównej, gdzie wrogowie stają się kochankami. Dużo tu potyczek słownych, słodkich momentów i scen, które sprawią, że się zaczerwienisz. Liczę, że pokochasz Camdena i Pippę tak jak ja. To druga książka w serii powiązanych, a jednak indywidualnych historii osadzonych w miasteczku Sutten Mountain.

Tempt Our Fate zawiera treści dla dorosłych, które mogą nie być odpowiednie dla wszystkich odbiorców. Zapoznaj się z listą ostrzeżeń co do wątków zawartych w książce, zamieszczoną na authorkatsingleton.com/content-warnings.

Playlista

Taylor Swift – Daylight

Zach Bryan – Blue

Isabel LaRosa – I’m Yours (sped up)

Taylor Swift – Don’t Blame Me

Forest Blakk – Fall Into Me

Lizzy McAlpine and FINNEAS – Hate to Be Lame

Taylor Swift – Glitch

5 Seconds of Summer – Moodswings

Leah Kate – My Bed

Mehro – Chance With You

Bea Miller – Burning Bridges

Zolita – I F*cking Love You

Jonas Brothers – Much Better

Ariana Grande and The Weeknd – Love Me Harder

Shawn Mendes – Perfectly Wrong

The Aces – Going Home

Stephen Sanchez – Be More

Rozdział 1

Pippa

Najbardziej wkurzającą rzeczą w mężczyznach jest to, iż zawsze zakładają, że ty naprawdę się interesujesz, o czym w danej chwili mówią. Stoję przy kasie, potakuję klientowi po drugiej stronie lady i mam nadzieję, że wypadam przekonująco, jakby mi zależało. A tak naprawdę liczę, że szybciej złoży zamówienie.

Jego garnitur wygląda na drogi, choć wydaje się na niego odrobinę za duży. Wnioskując po arogancji i zachowaniu, podejrzewam, że nie pochodzi stąd. Nie rozpoznaję go, a przecież to małe miasteczko.

– I tylko tyle. Myślę, że powinna pani na poważnie rozważyć pozyskiwanie ziaren kawy z innego źródła – rozwodzi się, czym doprowadza mnie na skraj wytrzymałości.

Obdarzam go nienaturalnie słodkim uśmiechem.

– Nie pamiętam, żebym pytała pana o radę. Proszę mi przypomnieć, co pan zamawia?

Facet ze zdziwienia otwiera usta.

– Znam taką cudowną kawiarnię w Nowym Jorku, która…

Klaszczę w dłonie i przytrzymuję je złączone.

– Świetnie, w takim razie może pan zamawiać kawę u nich! – Rozglądam się i wskazuję na kolejną osobę w kolejce. – Zapraszam – oświadczam, próbując pozbyć się natarczywego kolesia.

Facet w garniturze ściąga krzaczaste brwi.

– Przepraszam bardzo. – Odwraca się do klienta za sobą. – Jeszcze nie skończyłem zamawiać.

Przewracam oczami. Mamy tutaj tłum ludzi, a ja wylądowałam na zmianie z jednym pracownikiem mniej, niż powinnam. Wszystko z racji panującej grypy żołądkowej. Ostatnie, czego mi trzeba, to to, żeby byle turysta pouczał mnie, skąd mam sprowadzać kawę. Czuję dumę z relacji stworzonej z dostawcą. Ani trochę nie interesuje mnie szukanie kogoś nowego.

Ta kawiarnia i piekarnia to moja duma i radość życia. Z naciskiem na „moja”. Wake and Bake traktuję niczym własne dziecko. Włożyłam w to miejsce całe serce i nie mam ochoty pozwalać, by pierwszy lepszy nieznajomy mówił, jak mam zarządzać lokalem.

Biorę głęboki wdech, aż nadymają mi się nozdrza. Nie lubię być niemiła dla klientów, ale w tej chwili dokucza mi zmęczenie, a do tego za facetem utworzyła się kolejka osób do obsłużenia. Kiedy tylko uda mi się odsunąć od kasy, muszę włożyć nową partię babeczek do piekarnika i zacząć przygotowywać wypieki na jutro.

Mam całą listę rzeczy do zrobienia i nie ma w niej nawet wzmianki o potrzebie poszukania nowego dostawcy kawy.

– Co panu podać? – pytam grobowym tonem.

Facet zaciska usta. Przygotowuję się, że znowu zacznie ten sam temat, ale tego nie robi.

– Poproszę wodę.

Walczę z samą sobą, by nie pokazać mu kilku dystrybutorów wody rozstawionych po lokalu i kazać mu obsłużyć się na własną rękę. W tej chwili czuję się gotowa zrobić wszystko, żeby pozbyć się go z tej kolejki i móc się zająć kolejną osobą.

– Woda raz. Jasne. Poproszę imię.

– Peter.

Potakuję i zapisuję jego imię na jaskraworóżowym kubku.

– Peter – powtarzam.

Wygląda mi właśnie na Petera.

Odstawiam kubek obok innych czekających na przygotowanie napojów. Dziś jest tu ze mną Lexi, jedna z pracownic, ale w tej chwili ma przerwę na lunch, więc to do mnie należy przyjmowanie i przygotowywanie zamówień.

Czas szybko leci, kiedy zajmujemy się popołudniowym ruchem. Na szczęście dziewczyna wie, co robić, i gdy tylko wraca, możemy dokończyć wszystkie zamówienia mniej więcej na czas. W ostatnich kilku miesiącach Wake and Bake odniosło sukces i zastanawiałam się już nad zatrudnieniem kogoś nowego, a nawet może i dwóch osób, w szczególności przed rozpoczęciem sezonu narciarskiego, kiedy to setki turystów przyjadą do Sutten Mountain na ferie zimowe.

Cieszę się, że ostatnimi czasy jestem tak zajęta. Pomaga mi to złagodzić ból po niespodziewanej utracie mamy. Wydarzyło się to parę miesięcy temu, a jej odejście wywołało najgorszy rodzaj cierpienia, jaki przyszło mi przeżyć. Poradziłam sobie z tym w jedyny znany sposób – rzuciłam się w wir pracy.

Wycieram dłonie o jaskraworóżowy fartuszek. Materiał ma ten sam żywy kolor co ściana kawiarni.

– To jakieś szaleństwo – wzdycham.

Opieram się o blat i odpoczywam przez chwilę.

Lexi przytakuje i odgarnia rude włosy z twarzy.

– Wydaje mi się, że całkiem mnie odcięło. Zazwyczaj nie jesteśmy aż tak oblegani.

– Ciekawe, dlaczego tak się dzieje – zastanawiam się na głos.

Biorę łyk mrożonej kawy. Lód zdążył się już rozpuścić i napój nie smakuje tak intensywnie, jak kiedy go zaparzyłam. W tej chwili tak naprawdę przydałaby mi się kroplówka z kofeiny, żebym wciąż pozostała na nogach, więc pomimo zmiany smaku i tak popijam to, co mam w kubku.

– Ktoś mówił, że w mieście pojawiła się spora grupa ludzi. Oglądają galerię Richardsonów obok.

Serce mi się zaściska.

– Oglądają ją?

Lexi wzrusza ramionami.

– Od śmierci Barb lokal stoi pusty. Nie ma nikogo, kto by się nim zajął, i wygląda na to, że żaden z mieszkańców go nie wynajmie. Wydaje mi się, że nieruchomość wystawiono na aukcję. Przynajmniej tak twierdzi mój tata.

Przez kilka sekund wpatruję się w pracownicę. Zastanawiam się, czy Peter, ten wcześniejszy klient, należy do wspomnianej grupy. Dlaczego ludzie z Nowego Jorku mieliby oglądać lokal tutaj, w Colorado? Od miesięcy dopytywałam o możliwość wynajmu tego miejsca, by powiększyć Wake and Bake, i zawsze słyszałam to samo: że nie było ono ani do wynajęcia, ani na sprzedaż.

Mruczę pod nosem z poirytowania. Zazwyczaj sprzedażą wszystkich nieruchomości w Sutten zajmuje się Livingston Real Estate, ale z jakiegoś powodu nasza część budynków należy do firmy spoza miasta. Może to miejsce pozostawało dostępne przez cały czas, ale nie dla mnie.

Sięgam pod blat kasy i wyciągam pudełko na wynos, po czym je otwieram i wkładam klasyczną, różową, pełną detali serwetkę. Zawsze układamy taką na dnie każdego opakowania.

– Mamy nadal zamówienia cateringowe do wydania? – dopytuje zdziwiona Lexi.

Widać panikę w jej oczach. Pewnie dlatego, że tłum klientów właśnie się przerzedza i w końcu obie mamy szansę odpocząć.

– Nie, na pewno nie mamy – odpowiadam, nie przerywając tego, co robię. – Ale jeśli coś dzieje się obok, wydaje mi się, że powinnam powitać tych ludzi najlepiej, jak potrafię, czyli słodkościami.

Dziewczyna uśmiecha się lekko i kręci powoli głową.

– Więc zaniesiesz im wypieki, ale tak naprawdę wybierzesz się powęszyć i dowiedzieć, co się tam dzieje?

Stukam szczypcami w blat pomiędzy nami.

– Właśnie tak.

Nasz najpopularniejszy croissant wyprzedał się już rano, ale wybieram spośród kilku innych ulubionych przysmaków klientów, które jeszcze zostały.

Kiedy już umieściłam w pudełku tuzin różnych opcji, zamykam wieko i dodaję uroczą naklejkę na wierzch, by zamknąć opakowanie. Liczę, że tyle mi wystarczy, chociaż nie wiem, ile osób tam zastanę.

– Możliwe, że musimy powitać nowych sąsiadów, Lexi. To miły gest. – Puszczam do niej oczko.

Odstawiam pakunek na blat i poprawiam spinkę we włosach.

Pewnie wyglądam okropnie po wyczerpującym poranku i południu w pracy, ale nie przejmuję się zbytnio swoim wyglądem. Nie próbuję zaimponować tym biznesmenom turystom – próbuję jedynie wyciągnąć informacje na temat tego, dlaczego lokal obok nagle stał się dostępny na sprzedaż, kiedy wielokrotnie powtarzano mi coś innego.

Zawijam długie, ciemne pukle, związuję je byle jak i zaciskam spinkę, by kosmyki trzymały się w miejscu. Za mocno się potargałam, by rozpuścić włosy, ale pomimo tego wyswobadzam parę kosmyków z przodu i próbuję stworzyć coś ładnego.

– Jak to możliwe, że nadal wyglądasz tak dobrze po takim popołudniu? – komentuje Lexi i spogląda w dół na swój upstrzony kawą fartuszek.

Przypadkowo zderzyłyśmy się w trakcie tego chaosu, co skończyło się rozlaniem świeżo zaparzonego espresso na nas dwie. Na szczęście dla mnie Lexi przyjęła większość związanych z tym obrażeń.

Przewracam oczami. Dzisiaj jedynie nałożyłam odrobinę tuszu na rzęsy i różu na policzki. Nie miałam czasu na nic więcej, bo musiałam spieszyć się do kawiarni, żeby rozpocząć dzień. Nie nazwałabym siebie przygotowaną, ale jakoś to wszystko ujdzie. Nie zależy mi na zaimponowaniu komukolwiek swoim wyglądem, ale za to nie miałabym nic przeciwko, gdyby posmakowały im moje wypieki. Może jeśli uda mi się wkupić w łaski jednego z właścicieli przed zakończeniem sprzedaży, przemyślą sprawę i odsprzedadzą mi lokal.

Już mam ruszyć do drzwi, gdy Lexi rzuca się do przodu i pociąga za troczki mojego fartuszka.

– Poczekaj! – woła, ciągnąc za pasek na karku. – Może najpierw ściągniesz to z siebie, co?

Śmieję się i spoglądam na mąkę oraz lukier na materiale.

– Ta, pewnie powinnam pójść bez niego.

Fartuszek upada cicho na blat, kiedy go odrzucam.

– Ten T-shirt pewnie też nie jest superprofesjonalnym strojem – zauważam.

Żałuję, że rano nie zdecydowałam się na włożenie czegoś innego.

Lexi kręci stanowczo głową.

– Pasuje. Lepszy on niż ten fartuszek. Do tego uważam, że produkty Wake and Bake są śliczne. Nie masz czego się wstydzić, pokaż im, na co cię stać, Pippo.

Prostuję ramiona i puszczam do niej oczko.

– Masz rację. Czas, bym rozpoczęła parę nowych znajomości.

Rozdział 2

Pippa

Pod galerią sztuki stoi kilka SUV-ów. Jakiś facet w garniturze zajął miejsce przed drzwiami wejściowymi i przyciska telefon do ucha. Nawet nie zauważa, że zmierzam w jego stronę.

– Po prostu jakoś nie mogę sobie wyobrazić pana wizji. Kto chciałby tu przyjeżdżać, żeby popatrzeć na sztukę?

Wzdycha w odpowiedzi na to, co słyszy po drugiej stronie. Marszczy gniewnie brwi, przez co na jego już i tak poznaczonym zmarszczkami czole pojawiają się kolejne bruzdy.

– Nie, ja nie kwestionuję pańskiej decyzji. Chodzi tylko o to, że…

Cokolwiek rozlega się na linii, nie może brzmieć dobrze, ponieważ mężczyzna odsuwa nieznacznie telefon od ucha.

Szuram kowbojkami po chodniku i się zatrzymuję. Dźwięk butów przykuwa uwagę faceta. Przesuwa spojrzeniem w górę i dół mojego ciała, po czym mruczy w odpowiedzi do słuchawki.

– Widzimy się niedługo – oznajmia oschle, a potem dotyka ekranu.

Patrzy teraz na pudełko, które trzymam przed sobą.

– Ogląda pan ten lokal? – pytam, wskazując ruchem głowy na budynek.

Podąża za moim spojrzeniem i ze skrępowaniem drapie się po brodzie.

– Czy czegoś pani potrzebuje?

Kiedy znów na mnie spogląda, uśmiecham się do niego.

Tak, proszę pana. Pomógłby mi pan, przyznając, dlaczego, do cholery, właściciele zamierzają sprzedać panu to miejsce, a ze mną nie chcą nawet na ten temat rozmawiać.

Wyciągam przed siebie pakunek z wypiekami i delikatnie nim potrząsam.

– Jestem właścicielką kawiarni obok i chciałam się przedstawić. Nie wiedziałam, czy pan tylko ogląda to miejsce, czy jest właścicielem, ale i tak chciałam państwa serdecznie powitać…

Moja próba wyciągnięcia z niego jakichś informacji nie przynosi efektu. Facet nawet się nie uśmiecha, tylko wskazuje kciukiem na coś za sobą i robi krok w kierunku starej galerii sztuki Richardsonów. Ich szyld oraz markizy nadal są przyczepione do fasady budynku. Zastanawiam się, jak długo jeszcze tam zostaną. Wnioskując po zachowaniu i prezencji nieznajomego, moje nadzieje na wynajęcie tego miejsca gasną.

Wygląda na to, że lokal został już sprzedany, ale mimo to wchodzę za facetem do środka, by czegoś jeszcze się dowiedzieć. Zatrzymuję się nagle, gdy dostrzegam, co znajduje się wewnątrz. Często odwiedzałam tu Richardsonów. Ala zapamiętałam jako najmilszego znanego sobie człowieka. Stworzył tę galerię wraz ze swoją żoną i oboje byli ogromnie dumni z tego miejsca. Ciężko pracowali, poświęcając uwagę tutejszym artystom i ich licznym talentom. Aż boli mnie serce, kiedy rozglądam się teraz po wnętrzu. Kiedyś znajdowała się tu sztuka w różnych formach, dało się tu znaleźć obrazy, rzeźby, fotografię oraz ceramikę. Miejsce aż tętniło życiem.

Teraz wydaje się go pozbawione. Trzech mężczyzn w ciemnych garniturach kontrastuje mocno z pustymi, białymi ścianami. Nieznajomi rozmawiają ustawieni w półkole. Jeden z nich spogląda na mnie w trakcie rozmowy.

– W czym mogę ci pomóc, złotko?

Próbuję nie fuknąć z nerwów. Mam dwadzieścia trzy lata, nie jestem niczyim „złotkiem”. Pomimo tego się uśmiecham, bo czuję się zaciekawiona, kto zakupił to miejsce. Chcę poznać ich intencje i może po części nadal zamierzam się dowiedzieć, czy nie okażą się chętni, by odsprzedać mi ten lokal…

– Prowadzi restaurację obok – odzywa się facet poznany na zewnątrz. – Przyniosła nam jedzenie, by nas powitać.

– Technicznie rzecz biorąc, to piekarnię i kawiarnię, a nie restaurację – uściślam. – Przyniosłam wypieki.

Oczy mężczyzn się rozświetlają. Cała trójka rusza w moją stronę, a ja otwieram dla nich różowe pudełko. Podoba mi się, jak rozkojarzyły ich przyniesione słodkości. Facet z zewnątrz dołącza do nich, po czym każdy wybiera sobie coś do zjedzenia. Unoszę kąciki ust w pełnym satysfakcji uśmieszku, kiedy zaczynają jeść. Napawam się ich westchnieniami aprobaty.

– Ucieszyłam się na wieść, że zyskamy nowych sąsiadów. – To nieprawda, ale oni nie muszą o tym wiedzieć. – Nie wiedziałam, że ten lokal wystawiono na sprzedaż.

Jeden z mężczyzn potakuje. Rozchyla wargi, żeby coś powiedzieć, mimo że wciąż je.

– Wystawiono, a jak. Umowa została podpisana w zeszłym tygodniu.

Cholera. Te dupki spoza stanu naprawdę sprzedały miejsce komuś innemu pomimo moich zapytań.

– Interesujące – piszczę i uśmiecham się sztucznie, na co jeden z mężczyzn patrzy na mnie wilkiem. – Tak się cieszę, że kupili panowie to miejsce – dodaję kurtuazyjnie.

– Jesteśmy tu tylko po to, żeby nadzorować wielkie otwarcie – tłumaczy.

Zanim zdążę cokolwiek dodać, facet z zewnątrz dołącza do rozmowy.

– Ta, przyjechaliśmy, by powiedzieć panu Hunterowi, że nie ma szans, aby to wypaliło. Ludzie stąd nie mają gustu. – Robi wielkie oczy, jakby po części poczuł się źle, że wypowiedział tak obraźliwe i krzywdzące słowa. – Bez urazy – mamrocze.

– Bez urazy – mruczę i szybko zamykam pudełko. – Ponieważ się pan myli.

Atmosfera się zagęszcza, robi się napięta – i to nie w ten dobry sposób. Dupek z zewnątrz odchrząkuje nerwowo.

– To nie tak. Chodziło mi tylko o…

– Och, ja wiem, co miał pan na myśli. – Zaczynam się wycofywać. Nie ma sensu, bym tu stała i wysłuchiwała miastowych kolesi niemających bladego pojęcia o tym mieście i jego mieszkańcach. – Po prostu bardzo, ale to bardzo pan się myli, ale w porządku. Nie zawsze możemy mieć rację, prawda?

Facet szeroko otwiera usta. Wygląda jak ryba w wielkim akwarium, którą widziałam jako dziecko na wycieczce. Rozchyla je i zaciska, jakby wypuszczał bąbelki pod wodą.

– Może to miasto nie jest dla panów – oświadczam, wycofując się do drzwi. Zabieram wypieki, bo nie zasłużyli sobie nawet na kęs tego, co stworzyłam. – Tak po prawdzie, może to miasto nie jest dla panów i dla tego pana Huntera, kimkolwiek on jest. Może moglibyście przekazać mu informację, że…

Nagle zderzam się z czymś, czy raczej z kimś.

Zduszam krzyk, próbując utrzymać pudełko w rękach, żeby nie rozrzucić jego zawartości po podłodze.

Odwracam się i znowu niemal upuszczam opakowanie, gdy widzę, kto przede mną stoi. Jest tak wysoki, że niemal musi się schylić, by zmieścić się w niskiej ramie drzwi. Uśmiecha się lekko, ale ten wyraz nie dociera do jego oczu.

– Naprawdę mam już dość tego, że tak na siebie wpadamy – oświadcza niskim, ale przyjemnym głosem.

Nie potrafię znieść dreszczu przeszywającego moje ciało na tę chrypkę.

Teraz sama wyglądam jak ryba, bo całkiem nie mogę wydobyć z siebie głosu. A wszystko przez to, że musiałam nieźle sobie nagrabić, że przeznaczenie na nowo sprowadza do mojego życia tego kolesia.

I robi się tylko gorzej, gdy on otwiera usta i pyta:

– Co mieli mi przekazać, biszkopciku?

Rozdział 3

Camden

Minęło trochę czasu, od kiedy po raz ostatni jakakolwiek kobieta patrzyła na mnie z tak jawną złością jak ta tutaj. Gdyby dało się unicestwiać ludzi spojrzeniem, zabiłaby mnie już dawno i właśnie leżałbym martwy na podłodze.

– Wiem, że to nie mój urok osobisty sprawił, iż nagle nie możesz wydusić z siebie słowa – stwierdzam.

Zastanawiam się, jakie to gwiazdy musiały się dzisiaj zrównać na niebie i sprawić, że ona znów tragicznie pojawia się w moim życiu. Przynajmniej tym razem nie rozlała i nie wyrzuciła na mnie niczego, bo inaczej stało się w przypadku dwóch naszych wcześniejszych spotkań. Za pierwszym razem wpadliśmy na siebie na wieczorze kawalerskim mojego przyjaciela Becka i wtedy wylała na mnie piwo w zapyziałym lokalnym barze. Za drugim razem spotkaliśmy się na ślubie Becka, kiedy to skończyłem oblepiony lukrem z babeczek. Szczerze? Mógłbym przeżyć resztę swoich dni bez trzeciego spotkania.

– Ty jesteś pan Hunter? – piszczy.

Teraz, kiedy zebrała się w sobie, zaczyna się odsuwać i tworzy pomiędzy nami odpowiedni dystans.

– Proszę, nie mów, że to ty kupiłeś ten lokal – błaga.

– Proszę, nie mów, że przez kupno tej galerii zostanę zmuszony się z tobą użerać – odparowuję.

Dziewczyna przewraca oczami. Jeśli ktokolwiek inny zrobiłby coś takiego w reakcji na moje słowa, naprawdę bardzo bym się wkurzył, że ma czelność, ale w jej przypadku dzieje się inaczej.

– Dlaczego mam taką gównianą karmę? – mruczy pod nosem i zerka przez ramię na moich wspólników.

– Właśnie zadawałem sobie to samo pytanie. – Wzdycham znudzony, obchodzę ją i wchodzę w głąb galerii.

W tej chwili to miejsce nie przypomina tak naprawdę niczego konkretnego, ale jutro przylecą tu dwaj moi projektanci wnętrz z Manhattanu i zaczną pracę nad przygotowaniem przestrzeni na wielkie otwarcie w przyszły weekend. Jak do tej pory każdy, z kim rozmawiałem, a już w szczególności moi rodzice, mówił, że nie powinienem tracić czasu na otwarcie czegoś w tym mieście. To jedynie sprawiło, że tym bardziej pragnę, by ten pomysł wypalił.

Lecz ostatnie, czego się spodziewałem, to to, że przyjdzie mi znosić tę kobietę, która właśnie spogląda na mnie ze złością.

– Możesz przekazać tę wiadomość, jakkolwiek by brzmiała, żebym miał to już z głowy i mógł powrócić do planowania otwarcia?

Dziewczyna myśli przez chwilę, co trochę mnie zadziwia, bo wydaje mi się, że jest osobą, która mówi dokładnie to, co przyjdzie jej do głowy.

– Jeden z twoich cudownych znajomych właśnie mówił, jak to jego zdaniem ludzie w Sutten nie mają gustu. Jako że tu się wychowałam i znałam Richardsonów oraz sztukę prezentowaną przez nich w tym miejscu, muszę zdecydowanie się z tym nie zgodzić.

– Gdybym uważał, że ludzie stąd nie mają gustu, nie wydawałbym pieniędzy na otwarcie tu galerii sztuki.

To po części prawda. Kiedy pierwszy raz odwiedziłem to miasteczko z okazji ślubu Becka, nie mogłem go znieść. A mimo to zauważyłem, ilu kręciło się tu turystów. Bardzo szybko się dowiedziałem, że bogaci ludzie woleli spędzać wakacje w miasteczkach takich jak to. Panuje tu większy spokój niż w innych narciarskich ośrodkach w Colorado. Do tego to istna kopalnia złota, jeśli chodzi o nieruchomości, bo dostaje się naprawdę wiele za niewielki wkład pieniężny. A więc znalazłem niszę i zdecydowałem się zaryzykować, kupując tu galerię sztuki. W odróżnieniu od tej w Nowym Jorku, opierającej się w dużej mierze na wystawach prac jednego artysty, chcę, żeby ta w Sutten ukazywała najlepsze prace najbardziej utalentowanych twórców, jakich znam.

Ludzie wydają pieniądze na wakacjach, gdy świetnie się bawią. Wejdą do tej galerii i poczują sentymentalną chęć, by kupić czyjąś pracę.

Patrzę na Daly’ego. Kogoś, kogo znam przez większość swojego życia. To kolega moich rodziców i z chwilą, gdy chciałem otworzyć własną galerię, wiedziałem, że zapragnę jego pomocy. Ma dobre oko, pomimo tego, że brak mu jakiejkolwiek osobowości, ale nie podoba mi się to, że mówi źle o tym mieście komuś stąd – nawet jeśli chodzi o nią, zmorę mojego życia.

– Przeproś – rozkazuję ostro, a mój ton nie pozostawia nawet miejsca na to, by ktokolwiek mógł się sprzeciwić.

Przynajmniej tak mi się wydawało, ale wygląda na to, że Daly zdecydował się dzisiaj pokazać swoje jaja, bo ma czelność otworzyć usta i się nie zgodzić.

– Chodziło mi tylko o…

– Bardzo jasno dało się zrozumieć znaczenie pańskich słów. Nie za wiele tu miejsca na złą interpretację, kiedy mówi pan, że całe miasto nie ma gustu. Słyszał pan kiedykolwiek o stereotypach? – wyrzuca mu kobieta.

Cholera, ma niewyparzony język.

Odchrząkuję i próbuję w ten sposób ukryć śmiech wywołany tym, jaka jest cięta. Odnajduję w tym coś zabawnego, gdy te ostre słowa nie zostają wymierzone we mnie. Nie sprawia to jednak, że lubię ją jakoś bardziej, ale muszę przyznać, że zapewnia mi to rozrywkę.

– I tak nie słucham połowy tego, co mówi. Zna się na sztuce. Wszystko inne pozostaje dyskusyjne – przyznaję.

Dziewczyna mruży oczy i wpatruje się we mnie. Cokolwiek sobie w tej chwili myśli, ani trochę nie łagodzi jej groźnej miny. Na czole pojawia się jej malusieńka zmarszczka, tuż pomiędzy ciemnymi brwiami.

Spoglądam w dół na jej ciało. Skupiam się na pudełku w jej dłoniach. Na moje szczęście tym razem zawartość opakowania nie wylądowała na moim bardzo drogim garniturze.

– Co masz w paczce, biszkopciku?

Fuka i raz jeszcze przewraca oczami. Kurwa, dlaczego chcę znaleźć inny sposób, by tak przewracała dla mnie oczami?

– „Biszkopciku”? Ohyda. Mam na imię Pippa, a nie „biszkopcik”, ale nie musisz nawet tak do mnie mówić. Najlepiej, jeśli w ogóle nie będziemy rozmawiać. Co pan o tym myśli, panie Hunter?

Uśmiecham się, ale ani trochę nie jest to wymuszone.

– Mało mnie obchodzi twoje imię, biszkopciku. Zamierzam cię nazywać tak, jak chcę. Pasuje do ciebie to przezwisko. – Patrzę na nią od góry do dołu.

Muszę być od niej wyższy co najmniej o stopę. A przecież ma w tej chwili na sobie różowe kowbojki dodające jej nieco wzrostu. Zdrobniłem nazwę wypieku tylko dla zabawy, ale pasuje do niej. Dwa razy z trzech, kiedy to miałem nieprzyjemność spotkania się z nią, miała ze sobą coś słodkiego. Biszkoptowe ciasteczko wyhaftowane na jej T-shircie tylko przypieczętowało zasadność tego przezwiska.

– Ale tak dla jasności: pan Hunter to mój ojciec i wolałbym o nim nie rozmawiać. Jestem Camden. Camden Hunter.

Daly odchrząkuje. Nigdy nie czuł się dobrze z tym, jak mówię o tacie, ale zazwyczaj mało mnie obchodzi, jak czują się inni. Może by mi zależało, gdyby rodzice bardziej się o mnie troszczyli, ale im jest wszystko jedno. Więc Daly’emu może doskwierać dyskomfort. Na pewno już niedługo zda ojcu raport o wszystkim, co się dzisiaj wydarzyło, tak czy siak.

– O wiele bardziej wolałabym nazywać cię dupkiem furiatem. Albo palantem, kiedy mam humor.

– Urocze.

– Nie, urocze to okaże się to, jaką szkodę ci wyrządzę, jeśli jeszcze raz nazwiesz mnie „biszkopcikiem”.

Przygryzam dolną wargę.

– Nie kuś mnie.

Pippa warczy z obrzydzeniem. Omija mnie wielkim łukiem i powraca do drzwi. Tym razem udaje się jej ze mną nie zderzyć.

– Nie zamierzasz się podzielić? – Wskazuję ruchem głowy pudełko w jej rękach.

Śmieje się sarkastycznie i niespodziewanie.

– Absolutnie nie mam zamiaru. Już i tak żałuję, że dałam coś twoim nadętym kolegom i…

– Wspólnikom – przerywam jej.

Wygląda, jakby miała mnie zaraz uderzyć za to, że jej przerwałem.

– Nie uważam, żeby ci smakowały. Jakbyście w ogóle zasłużyli sobie na moją ciężką pracę. My miejscowi przecież nie mamy gustu, prawda?

Tym razem nie posyła przypiekającego do żywego spojrzenia w moją stronę, tylko w stronę Daly’ego. Zerkam przez ramię na kolesia i podśmiewam się z jego przerażonej miny.

Cholera. Możliwe, że boi się jej bardziej niż mnie.

Wciskam dłonie w kieszenie i uważnie przyglądam się kobiecie udającej się właśnie do wyjścia.

– Liczę, że już nigdy się nie spotkamy, biszkopciku.

– Też na to liczę – odparowuje, popychając drzwi. – Niemniej jednak, gdyby się tak zdarzyło, że wejdziesz do lokalu obok, to wiedz, że zniżka Richardsonów ciebie nie obowiązuje. Przyjdzie ci zapłacić pełną kwotę. Może nawet podwójną.

– Nie zamierzam nawet spoglądać na lokal obok.

Wzdycha przeciągle i z frustracją. Jeśli próbuje ukryć to, jak się czuje, to bardzo źle jej to wychodzi.

– Idealnie. I tak nie planowałam cię obsługiwać.

Wzruszam niedbale ramionami.

– A więc to mamy ustalone.

Pippa wpatruje się w moje ciało. Nie mam nic przeciwko temu, jak niespiesznie mierzy mnie spojrzeniem od góry do dołu, by w końcu wrócić piwnymi oczami do mojej twarzy.

– Ustalone.

– W takim razie pa, biszkopciku.

Aż rozszerzają się jej nozdrza. Dziewczyna nic już nie mówi, tylko wychodzi, a przynajmniej nie przekazuje niczego słowami, ale wystawiony środkowy palec, kiedy jest już na chodniku, zdradza mi wystarczająco dużo.

To, że wpadła po raz kolejny w moje życie, sprawiło, że nowe przedsięwzięcie biznesowe stanie się cholernie interesujące.

Rozdział 4

Pippa

Jestem zajęta wałkowaniem ciasta francuskiego na bułeczki z kiełbasą i serem cheddar, gdy w pewnym momencie rozlega się dzwonek nad wejściem do lokalu. Lexi pomaga mi dzisiaj rano w kawiarni, ale parę minut temu dostałam od niej wiadomość, że się spóźni. Nie ma szans, by dźwięk oznaczał, że to ona już przyszła. A przecież jeszcze nie otworzyłam kawiarni, więc nie mam pojęcia, kto to może być. Może przez przypadek zostawiłam niezamknięte na zamek drzwi?

Odkładam ciasto i wycieram dłonie w fartuch, po czym szybko wypadam z kuchni.

– Przepraszam, ale jesteśmy… – Zatrzymuję się tylko kilka kroków od lady na widok osoby przed sobą. – Ty. – Mój zwyczajowy miły ton wykorzystywany w pracy do rozmowy z klientami znika. Zamiast niego pojawia się coś na wzór warknięcia.

Camden wkłada dłonie w kieszenie materiałowych spodni. Ledwo co wybiła piąta rano, a ubrany jest tak, jakby właśnie miał uczestniczyć w wymyślnym spotkaniu biznesowym.

– Dzień dobry – odzywa się ostro i ozięble.

– Nie jest ani trochę dobry, jeśli jestem zmuszona widzieć cię przed wschodem słońca.

Usta mu drgają z rozbawienia i to jedyny ruch jego ciała. Stoi niewzruszenie niczym posąg. Wyjątkiem są też jego oczy – przesuwa nimi po moim ciele i zatrzymuje je na wysokości twarzy.

– Uwierz mi, nie stałaś się moim pierwszym wyborem. Tak naprawdę to jesteś moją ostatecznością. Niczego jeszcze nie otwarto, a ja potrzebuję kawy.

– Jakieś piętnaście mil stąd znajduje się Starbucks. Spróbuj tam.

– Piję kawę od nich każdego dnia, od kiedy przyjechałem. Moja asystentka jeździ do nich i przywozi mi napój, ale dzisiaj rano obudziła się z gorączką, a sam nie miałem czasu na wycieczkę.

– Co za pech. – Wzruszam ramionami. Jego problem mnie nie interesuje. Może coś sam wymyślić. – Mamy zamknięte. – Wskazuję na wielki różowy neonowy szyld nad oknem. – Na wypadek gdybyś nie rozumiał, jak to działa, zazwyczaj jeśli jakiś lokal jest otwarty, to jego szyld się podświetla. Do tego plakietka „Zamknięte” na drzwiach też świetnie pokazuje, czy miejsce jest czynne, wiesz… – wskazuję na pustą przestrzeń wokół. – A my się nie otworzyliśmy.

– Pomyślałem, że mogłabyś wyświadczyć przysługę znajomemu.

Krztuszę się własną śliną. Z mojego gardła wyrywają się dziwne dźwięki, próbuję się uspokoić. W końcu odzyskuję kontrolę i mogę przełknąć ślinę bez kaszlu.

– Nie nazwałeś siebie „znajomym”, prawda?

Camden robi krok w przód i wpatruje się w menu za mną.

– Właśnie to zrobiłem. Pozostał niesmak, ale warto było spróbować.

Przyglądam mu się zszokowana. Rozchylam usta i próbuję zrozumieć, co się właśnie dzieje. Czy ja nadal śnię? Minęło parę dni od naszej ostatniej rozmowy w lokalu obok. Wydawało mi się, że na coś się umówiliśmy – on pozostawał po swojej stronie linii granicznej, a ja po swojej. Wszedł na terytorium wroga, emanując poczuciem wyższości, co sprawia, że uznaję go za jeszcze większego aroganckiego dupka, zwłaszcza że myśli, iż powitam go z otwartymi ramionami.

Nie ma takiej możliwości.

– Camdenie, wyjdź – nakazuję. – Nie podam ci kawy.

Patrzy na mnie ostro bez słowa. A to powoduje, że czuję się niekomfortowo. Lodowatym spojrzeniem niebieskich oczu sięga zbyt głęboko. Mężczyźni nie powinni mieć tak ciemnych włosów i tak jasnych tęczówek. Wydaje mi się, jakby widział mnie dokładnie, przejrzał na wylot. I nie mogę tego ścierpieć w żaden sposób.

– Halo? – Nie odpuszczam. Próbuję wypełnić narastającą między nami ciszę. Chcę, żeby wyszedł z mojego lokalu, a tak szczerze, żeby zniknął z tego miasta, ale bardzo możliwe, że trochę teraz dramatyzuję. Samo wyrzucenie go z lokalu może na razie wystarczyć. – Odrobinę się martwię o twoje pojmowanie słowa „nigdy”. Bardzo żywo pamiętam, jak powiedziałeś, że nie zamierzasz już nigdy się ze mną spotkać. U mnie nic się nie zmieniło, nie chcę cię widzieć.

Warczy cicho, tak że ledwie słyszę. To pierwsza prawdziwa emocja, którą u niego jak do tej pory zauważam. Pierwszy raz, kiedy jego sztywność i maska opadły, przynajmniej na chwilę.

– Wiesz, powiedziałem to, myśląc, że znajdę tu inne miejsce, gdzie dostanę chociaż filiżankę kawy. Ale nic nie jest jeszcze otwarte, a mnie okropnie boli głowa, i to spowodowało, że przyszedłem do ciebie. Musisz ją jedynie zaparzyć i już nigdy więcej mnie nie zobaczysz. Jutro Trisha powinna poczuć się lepiej, a my możemy udawać, że to się nigdy nie wydarzyło. Dobrze? – Ściska kciukiem i palcem wskazującym idealnie prosty nos, a potem masuje to miejsce, żeby załagodzić ból.

Przygryzam wargę. Camden nie wydaje się człowiekiem zdolnym do pójścia na ustępstwa, jeśli czegoś chce. A ja naprawdę muszę wrócić do pieczenia, by zdążyć z przygotowaniem wszystkiego przed otwarciem. Mogłabym go po prostu tu zostawić…

Wzdycham, bo wiem, że okazałby się na tyle perfidny, żeby pójść za mną do kuchni. Najłatwiejszym rozwiązaniem wydaje się jednocześnie to niemożliwe do zniesienia – mogłabym się go pozbyć, zaparzając mu tę cholerną kawę.

– Robię to tylko dlatego, że chcę mieć cię z głowy – oznajmiam i wbijam w niego spojrzenie.

– Przyszedłem tu tylko dlatego, że jestem zdesperowany. – Uśmiecha się.

Naprawdę się uśmiecha. I dlaczego to tak dobrze na nim wygląda? Wydaje się to tak nienaturalne. Nie powinien wyglądać dobrze uśmiechnięty.

Obracam się natychmiast, bo nie chcę patrzeć na niego ani sekundy dłużej. Ma zbyt proste i idealne zęby, a dołeczki pojawiające się, gdy wykrzywia usta, są takie głębokie – zbyt kuszące.

Mam pieprzoną słabość do facetów z dołeczkami w policzkach. One nie powinny dobrze wyglądać na kolesiu tak oziębłym jak Camden.

– Jaką kawę lubisz? – pytam, kierując pytanie do ściany, bo nie patrzę na niego.

Dupek odchrząkuje.

– Flat white. Gorącą. Tak dużą, jak tylko się da, z wanilią i mlekiem owsianym.

Śmieję się pod nosem i włączam ekspres. Wita mnie syczenie, gdy maszyna budzi się do życia. Przyjmuję to ochoczo, bo ten dźwięk wypełnia pełną napięcia ciszę pomiędzy mną a Camdenem.

– Coś cię rozbawiło? – mamrocze, kiedy kawa zaczyna się skraplać do pojemnika.

Unoszę wzrok. Patrzę mu w oczy w lustrze wiszącym na ścianie.

– Nie takiego zamówienia się po tobie spodziewałam.

– A coś jest nie tak z moim zamówieniem?

– Wyglądasz mi raczej na kolesia pijącego czarną kawę. Może americano.

– Spędziłem trochę czasu we Francji, gdy miałem dwadzieścia parę lat. Od czasu do czasu lubię wypić szota espresso.

Nie odpowiadam. Chciałabym zadać pytanie o Francję, jak tam było. Od zawsze pragnęłam się tam wybrać. To miejsce widnieje na mojej liście marzeń. Oszalałabym z radości, gdybym mogła odwiedzić prawdziwą francuską cukiernię. Spełniłyby się wszystkie moje sny, gdybym tylko znalazła się w obecności cukierników o wielkim talencie i umiejętnościach.

Ani on, ani ja nie odzywamy się do czasu zakończenia przygotowania kawy. W pewnym momencie Camden odbiera telefon, ale to połączenie nie trwa długo. Po szybkiej wymianie zdań znów wraca do milczenia.

Odwracam się i stawiam przed Camdenem dwa duże kubki na wynos. Spogląda na mnie, a potem na napoje i znowu na mnie. Marszczy ciemne brwi.

– Prosiłem tylko o jedną kawę. – Sięga do marynarki i wyciąga czarny, elegancki portfel, po czym podaje mi kartę kredytową.

Nawet ta wydaje się w dotyku droga, ciężka i metalowa, i bardziej wyszukana niż moja pogięta, plastikowa wersja, która – wiem to na pewno – za kilka miesięcy wygaśnie.

– Tu jest tylko jedna kawa – odpowiadam.

Nagle czuję się niepewnie co do drugiego przygotowanego dla niego napoju. Zrobiłam to bardziej z przyzwyczajenia niż z jakiegokolwiek innego powodu, ale teraz już za późno, by cokolwiek odkręcać, więc muszę brnąć w to, co postanowiłam.

– Dobrze – przeciąga słowo, jakby się zdziwił.

– W jednym kubku jest zamówiona przez ciebie kawa, a w drugim herbata. Z rumiankiem, miodem i odrobiną tajnych składników. Często miewam migreny, więc mama przyrządzała dla mnie taką herbatę. Pomyślałam, że może pomóc…

Nie dokańczam, bo w tej chwili czuję, jakie to niedorzeczne. Ten facet krzyczał na mnie niejeden raz za coś, co wydarzyło się zupełnie przypadkowo. Nie powinnam być dla niego miła. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, że przygotowałam mu herbatę. Teraz tego żałuję.

– To, yyy…

Jak widać, ani on, ani ja nie wiemy, co powiedzieć. Szybko przeciągam kartę przez czytnik i prawie nią rzucam w jego stronę. Chcę, żeby już to się skończyło. Mama nie wychowała mnie na niemiłą dla innych. A jako że sama cierpiałam na migreny i wiem, jak to jest, to chciałam pomóc.

Nawet jeśli pomagam jemu – dupkowi w garniturze testującemu resztki mojej cierpliwości.

– Nie chciałam słuchać twoich narzekań – wyrzucam w pośpiechu. – Nie możemy pozwolić, żeby pan „elegancki z galerii sztuki” cierpiał na ból głowy.

– Ta. – Przygląda mi się przez chwilę, więc odwzajemniam spojrzenie i nieważne, że policzki pieką mnie ze wstydu, bo właśnie wyciągnęłam gałązkę oliwną do wroga numer jeden.

– Nie zaprzątaj sobie tym za mocno głowy. Już i tak jesteś wystarczająco dużym dupkiem. Nie chciałam, by ktokolwiek został zmuszony się z tobą użerać, kiedy ci coś dolega.

Camden podnosi oba napoje i niesie je ostrożnie. Jaskraworóżowe kubki wydają się nie pasować do jego dużych dłoni. Nie czekam dłużej, by cokolwiek dodać. Wszystko jest po staremu, znów sobie docinamy i tak powinno zostać. Winą za chwilowy pokój obarczam fakt, że jest jeszcze za wcześnie, żebym musiała się z nim męczyć.

Wracam pospiesznie do kuchni. Cieszę się, że nie mam towarzystwa, i bez głębszego namysłu zagniatam ciasto. Dzwonek nad drzwiami odzywa się kilka chwil później. Dopiero po tym sygnale mogę zaczerpnąć głęboko powietrza.

Dzień już stał się dziwny, a przecież słońce nawet jeszcze nie wstało.

Robi się tylko dziwniej, kiedy później witam Lexi i odnajduję studolarowy banknot włożony do słoiczka na napiwki.

Rozdział 5

Camden

– Chyba sobie teraz, kurwa, żartujesz. – Mój głos odbija się echem od otaczających nas ścian.

Złość dociera do każdego, kto znajduje się tu ze mną.

Daly robi kilka kroków w tył, aż prawie chowa się za dużym obrazem.

– Cóż, panie Hunter…

Chrząkam. Nienawidzę, jak to brzmi, gdy ktoś się tak do mnie zwraca. Macham dłonią w powietrzu, zbywając mężczyznę, i patrzę na Trishę.

– Właśnie teraz nam odmówili?

Asystentka potakuje. Ona jedyna nie boi się moich zmian nastrojów. Może dlatego, że jest sporo starsza i mogłaby spokojnie być moją matką, a może dlatego, że zatrudniłem ją jako pierwszą, gdy rozpoczynałem pracę. Podniesiony głos ani trochę nie zbija jej z tropu.

– Próbowałam ustalić coś telefonicznie z kilkoma lokalnymi firmami. Nie mamy zbyt wielu opcji, ale zamierzam próbować dalej i coś znajdę, proszę pana.

Biorę głęboki wdech i się rozglądam. Tak naprawdę galeria jest już gotowa na dzisiejsze otwarcie. Jedyne, czego mi brak, to cholernego cateringu.

– Współpracowaliśmy z nimi wiele razy. Nie rozumiem, dlaczego tak nagle anulowali zlecenie – cedzę.

Próbuję coś wymyślić, bo przecież dzisiaj ma być idealnie.

Wiele znajomych mi osób zdążyło już przylecieć z Nowego Jorku. Wieść o otwarciu szybko się rozeszła, przekazywana przez jedną bogatą rodzinę kolejnej. Liczę, że zjawią się tu nawet ludzie przebywający w okolicy w celach wypoczynkowych.

Wszystko ma wyjść idealnie. Moim zamiarem pozostaje pokazanie w ten sposób wielkiego środkowego palca mojemu ojcu. Bo powiedział, że otwarcie tu galerii sztuki to najgorsze posunięcie w mojej karierze.

Nie mogę jednak spędzić w to miejsce całego tłumu znudzonych bogaczy i nie zaserwować im czegoś do picia oraz do jedzenia.

– Co jeśli pojechalibyśmy do sklepów, kupilibyśmy coś i zaserwowali gościom? Nikt by nie zauważył różnicy – oferuje Daly ostrożnym tonem.

Posyłam mu gniewne spojrzenie. Ten wieczór ma być pozbawiony wszelkich wad. Nie planuję serwować zakupionych w sklepach tac z warzywami i tanimi wędlinami. To się nie wydarzy, nieważne, jak będę zdesperowany.

– Po moim trupie – warczę.

Ten pomysł wydaje mi się tak bardzo niedorzeczny.

Za godzinę ma się zjawić pierwsza fala gości. Jasne, to paru artystów, których sprowadziłem, żeby zobaczyli tę galerię, ale nie chcę wymyślać rozwiązania, kiedy oni znajdą się już na miejscu.

Spoglądam znów na Trishę.

– Mieli przylecieć wczoraj, żeby poświęcić cały dzień na przygotowania, i teraz nam odmawiają?

– Tak – odpowiada.

– To niewiarygodnie nieprofesjonalne zachowanie – zauważam ostro.

– Chodzi o to, że zaoferowano im przygotowanie cateringu dla innego wydarzenia. O wiele większego, nie mogli odmówić…

Wzdycham głośno i daję tym znać pracownicy, że wystarczy mi słuchania tłumaczeń na ten temat. Nigdy więcej nie zamierzam z nimi współpracować. Osobiście dopilnuję, żeby nikt z moich kręgów też z nimi już więcej nie wchodził w układ. Nie akceptuję takiego braku profesjonalizmu i nie zamierzam go tolerować. Zarezerwowałem ich usługę, gdy tylko podpisaliśmy umowę na to miejsce. Kupiłem im nawet bilety lotnicze i kazałem Trishy załatwić miejsce potrzebne do przygotowania się na to otwarcie.

Podnoszę się i stawiając ciężkie kroki, przechodzę przez przestrzeń galerii, po czym wchodzę do małego gabinetu na tyłach budynku. Drzwi uderzają z hukiem o ścianę, kiedy ze złością popycham je i otwieram.

Trisha podąża za mną. Pozostawiamy wszystkich za sobą. I tak ich pomysły w niczym nam nie pomogą.

– Musimy coś wymyślić – zwracam się do asystentki.

Teraz mówię już łagodniej, skoro jesteśmy we dwójkę. To nie jej wina, że firma zrezygnowała ze zlecenia, i to w ostatniej chwili. Ona zrobiła wszystko, co zostało jej powierzone. Nie byłoby w porządku, gdybym wyładował na niej gniew.

– Wydaje mi się, że odpowiedzią na ten problem okaże się znalezienie kogoś lokalnie.

Układam dwa wyprostowane palce pod brodą. Nie za bardzo przyglądałem się temu miastu od swojego przyjazdu w zeszłym tygodniu. Siedziałem w galerii od wczesnego rana do późnego wieczora, a nawet w nocy. Żywiłem się tym, co Trisha we mnie wmuszała. Nie wiem nawet, gdzie się udać po jedzenie i jak szybko zostanie mi ono dostarczone. Ale z drugiej strony nie mam innych opcji.

Otwarcie zaplanowaliśmy na za cztery godziny. I muszę zacząć zapewniać ludziom coś do jedzenia krótko po tym, jak oficjalnie rozpoczniemy to wydarzenie. Zwyczajnie brakuje mi czasu, ten nie jest po mojej stronie.

– A może ta mała piekarnia obok? – oferuje Trisha. – Kazał mi pan przynosić sobie coś do picia stamtąd każdego ranka. Sądzę, że dostaniemy u nich jakieś przekąski.

Od razu wbijam w nią spojrzenie. Moja prośba, żeby wybierała się po kawę do piekarni obok, zamiast jeździć do Starbucksa, miała zostać między nami. Byliśmy zajęci, a ja potrzebowałem asystentki tu, na miejscu. To wydawało się wygodniejszym rozwiązaniem.

– Na pewno mamy inne opcje – wykrztuszam szorstko.

W kieszeni wibruje mi telefon, ale go ignoruję. Obecnie nic nie jest ważniejsze niż rozwiązanie sytuacji z cateringiem. I to szybkie rozwiązanie.

– No cóż, a ja nadal nie wiem, czy znajdziemy cokolwiek lepszego niż ten uroczy lokal obok. Właścicielka wydaje się ciężko pracować i zawsze ma szeroki wybór produktów. Jeśli poszedłby pan tam i ładnie poprosił, może…

– Trisho, musi istnieć jeszcze jakieś inne miejsce w tym miasteczku. Nie ma tu żadnej innej piekarni? Lub dobrej restauracji? Gdzie jadają ludzie stąd?

Kobieta wpatruje się we mnie przez dłuższy czas, lekko wykrzywiając usta.

– Oczywiście, że są tu inne miejsca, gdzie można zjeść. A jednak nie wiem, czy tamte mogą przygotować nam eleganckie przekąski potrzebne na otwarcie. Ostatnie, czego zechcą ludzie, to jedzenie czegoś, co może brudzić. Małe wypieki wydają się na tę okazję wręcz idealne.

Pojękuję i przejeżdżam dłońmi po twarzy w górę i dół.

– Dziewczyna stamtąd mnie nienawidzi – przyznaję. – Nie może ścierpieć wszystkiego, co powiązane z tą galerią. Wydaje mi się, że przyjaźniła się z wcześniejszymi właścicielami. Nie wygląda na kogoś, komu odpowiada, że przemieniliśmy małą galerię sztuki w bardziej…

– Miastowe miejsce? – dokańcza, na co potakuję.

– Tak, w takie miejsce.

– W takim razie proszę się tam wybrać i powiedzieć jej, że chociaż to nie będzie taka sama galeria jak kiedyś, to docenia pan lokalne firmy i chciałby, by jej pyszne jedzenie pojawiło się na otwarciu.

Trisha zakłada ręce na piersi i wymierza we mnie spojrzenie niepozwalające mi na żadną formę sprzeciwu. Ma rację. Mała piekarnia Pippy nadawałaby się idealnie, a tamtejsze wyroby świetnie zaradziłyby tej okropnej sytuacji, w której się znalazłem. Tylko że wolałbym wybrać się do jednego z barów w miasteczku i przejechać się na mechanicznym byku, niż pójść do niej i prosić o pomoc.

– Zorientuje się, o co chodzi, za mądra jest – stwierdzam, zbywając asystentkę. – Nie uwierzy w żadne historyjki, które zacząłbym opowiadać o całym tym lokalnym biznesie. Wszystko dzieje się na ostatnią chwilę. Od razu mnie przejrzy.

– To może ja pójdę zapytać? – oferuje. – Nikt nie potrafi odmówić starszej pani. – Trzepocze rzęsami, na co wybucham głośnym śmiechem.

– Ty nie jesteś stara – protestuję i siadam wyprostowany na krześle.

Trisha się uśmiecha.

– Dobra odpowiedź. A jednak i tak pójdę wykorzystać swój dojrzały czar.

Nie dopowiada już nic więcej. Wychodzi pospiesznie, a ja przyglądam się jej ruchom. Już w tej chwili wiem, jak zabrzmi odpowiedź Pippy. Liczę tylko, że się mylę.

Rozdział 6

Pippa

– Nie – mówię do stojącej przede mną kobiety. Ostatnimi czasy przychodziła tu co rano, a teraz w efekcie jej prośby, by pomóc Camdenowi, zastanawiam się, czy ten przebiegły dupek nie pija mojej kawy.

– Wydaje mi się, że mogłoby to pani pomóc w mocniejszym wypromowaniu miejsca – dodaje, jakby w ogóle nie wstrząsnęła nią moja odpowiedź.

Wycieram stolik. Próbuję wszystko uprzątnąć, by zamknąć kawiarnię po kolejnym intensywnym dniu. Teraz chcę tylko pójść do domu, ściągnąć buty, zrobić jakąś kolację i siedzieć na kanapie przez resztę wieczoru. Pojawiło się wiele nowych odcinków moich ulubionych seriali, mam też butelkę wina, o której otwarciu marzyłam chyba od samego rana.

– Przepraszam, nie chcę być niemiła, ale moja odpowiedź brzmi „nie” – powtarzam.

Zazwyczaj kiepsko zapamiętuję imiona, ale wydaje mi się, że kobieta przedstawiła się jako Trisha, asystentka właściciela galerii zlokalizowanej obok. Biorąc pod uwagę, że mamy tu tylko jedną galerię i z tego, co mi wiadomo, jej właścicielem jest tylko jeden człowiek, niemal mam pewność, że ta cudowna kobieta pracuje dla samego Camdena Huntera i dostarcza mu napoje za moimi plecami.

– Camden mówił, że się pani nie zgodzi – dorzuca.

I to wywołuje moje zainteresowanie. Zerkam na nią przez ramię, zaciekawiona.

– Tak mówił?

– Dokładnie tak. W rzeczywistości powiedział, żebym nie szła do pani w ogóle. Ale na tej planecie żyje prawdopodobnie tylko jedna bardziej uparta osoba od niego i jestem nią ja. – Wzrusza ramionami, a na jej ustach pojawia się uśmieszek. – Dlatego przyszłam.

– Sprawia wrażenie człowieka zdolnego zwolnić asystentkę za to, że nie posłuchała jego polecenia.

Na to Trisha się śmieje. Długo i piskliwie, czego całkiem się nie spodziewałam. Patrzę na Bri, jedną z moich pracownic, i próbuję zrozumieć, co tu się właśnie dzieje.

– Wiem, można go odebrać jako nadętego dupka, ale nie jest aż taki zły. Dużo krzyczy, ale mało gryzie.

– Wydaje mi się, że ta uwaga mogłaby naprawdę pani zaszkodzić i przyczynić się do zwolnienia – mruczę pod nosem.

Dlaczego ona uważa go za dobrego? Na pewno istnieją lepsi ludzie, z którymi można pracować.

Trisha wzdycha i przesuwa spojrzeniem po lokalu. Jeszcze przez godzinę kawiarnia pozostanie otwarta, ale zazwyczaj o tak późnej porze przychodzi już niewielu klientów. Zdarza się kilku spóźnialskich, wpadających po chleb na kolację lub deser na wieczór, ale tak naprawdę kończymy dzień mniej więcej późnym popołudniem albo wczesnym wieczorem.

– Naprawdę jesteśmy w kropce. – Jej głos staje się delikatniejszy, nadal słychać w nim odrobinę niepokoju.

Odkładam szmatkę na stół za sobą i odwracam się do kobiety z głośnym westchnieniem.

– Proszę zrozumieć, nawet jeśli chciałabym pomóc, nie mamy wystarczająco dużo czasu na przygotowanie. Bardzo mi przykro.

Trisha potakuje i zerka w stronę drzwi smutnym wzrokiem.

– Przekażę panu Hunterowi, że pani przykro.

– Och, ale mnie nie jest przykro w jego sprawie, tylko z tego powodu, że musi pani z nim pracować.

– On naprawdę nie jest taki zły.

Śmieję się.

– Ta, tylko gorszy.

– A co, jeśli sam by tu przyszedł i poprosił panią osobiście?

– Nie ma mowy, by powiedział, że potrzebuje mojej pomocy. Prędzej by się udusił, niż te słowa przeszłyby mu przez gardło – zauważam.

Ledwo znam tego człowieka, ale to mi wystarczy, żeby się tego domyślić. Wygląda na kogoś, kto nie prosi o pomoc, a co dopiero zwraca się po nią do kogoś, kogo, jak twierdzi, nigdy więcej nie chce spotkać.

– Ale gdyby to zrobił? Gdyby tu przyszedł i błagał panią o pomoc, zgodziłaby się pani?

Uśmiecham się lekko. Próbuję sobie wyobrazić Camdena. Miło by było usłyszeć, jak błaga i się płaszczy. Może udałoby mi się go przekonać, żeby klęknął…

– Jasne – odpowiadam, ale głównie w formie żartu.

Nie ma mowy, by Camden przyszedł i mnie o cokolwiek prosił. Na pewno uważa, że jest ponad to, ma się za lepszego niż my wszyscy. Ale dzięki mojej zgodzie nie czuję się tak źle, bo nie zachowuję się niemiło wobec tej dobrej kobiety. Przypomina mi trochę moją mamę. Ma w sobie taką pewność, która nie przyjmuje owijania w bawełnę, ale mimo że otwarcie mówi, jak jest, nadal pozostaje miła.

Trisha unosi palec i zaczyna się wycofywać.

– Proszę się nie ruszać.

– Nie zamierzam raczej czekać z zapartym tchem! – wołam za nią.

Nie ma szans, by Camden wszedł przez te drzwi, ale nie chcę też niszczyć nadziei tej kobiety.

– Może panią zadziwić.

Próbuję nie przewrócić oczami na te słowa. Hunter nigdy nie zdołałby mnie zadziwić. W jego przypadku to, co widzisz, to to, co dostajesz. A ja widzę dupka.

Kiedy Trisha wychodzi, odwracam się w stronę Bri.

– Skoro mam to już z głowy, dokończę parę rzeczy na zapleczu.

Zajmuję się przygotowywaniem lukru na jutro, kiedy drzwi kuchni otwierają się na oścież.

– Co jest, ku… – sapię, bo niechcący wypuszczam z dłoni buteleczkę z barwnikiem spożywczym.

Zawartość rozbryzguje się po podłodze i czerwony kolor dosłownie eksploduje mi pod nogami.

– Naprawdę, wydaje mi się, że nie poznałem większej bałaganiary.

Patrzę wilkiem i posyłam natrętowi złowieszcze spojrzenie.

– Co ty tutaj robisz?

Camden spogląda na podłogę. Posadzka przypomina miejsce zbrodni, bo kafelki całe ubrudzone są na czerwono. Barwnik ufarbował mi dżinsy, a to oznacza, że zniszczyłam sobie spodnie zakupione parę tygodni temu. Jęczę, bo nie wiem, czy uda mi się wywabić plamy. Rzeczy w moim rozmiarze zawsze są wyprzedane, kiedy kupuję online, a ten konkretny model leży na mnie jak ulał, jak żadne inne spodnie wcześniej.

– Przyszedłem poprosić o pomoc.

– Bardziej byś pomógł, gdybyś nie zniszczył mi nowych dżinsów.

– Kupię ci nowe, jeśli mi dzisiaj pomożesz.

Wycieram barwnik szmatką, ale to nic nie daje, jedynie bardziej go rozcieram.

– Możemy się tak umówić? – naciska Camden.

Fukam, zerknąwszy na czerwone plamy na jasnym materiale.

– Nie, w żadnym wypadku. Miną całe wieki, zanim ten model znów będzie dostępny.

– Naprawdę znalazłem się w cholernie trudnej sytuacji – syczy spiętym i niskim głosem.

Jego ton na mnie działa, aż przechodzą mnie dreszcze.

– Znajdę ci te dżinsy. Kupię ci dziesięć par. Potrzebuję jedzenia na otwarcie galerii, i to w tej chwili.

Camden Hunter wydaje się bezbronny.

W jakiej alternatywnej rzeczywistości właśnie wylądowałam?

Wzdycham i rzucam szmatkę na blat. Kiedyś miała beżowy kolor, a teraz jest prawie całkiem pokryta czerwienią. Wygląda raczej jak coś, co można by uznać za dowód na miejscu zbrodni.

– O której zaczyna się otwarcie?

Camden odchrząkuje. Spogląda na drogi zegarek na nadgarstku. Tak lśni, że odbija światło z sufitu i prawie mnie oślepia, kiedy Hunter ustawia rękę w konkretnej pozycji.

– Technicznie rzecz biorąc, artyści przyjeżdżają za sześćdziesiąt minut. Goście pojawią się trochę później, za parę godzin.

– A co się wydarzyło z eleganckim cateringiem? Przecież nie byłam twoim pierwszym wyborem.

Mężczyzna się śmieje. Ten śmiech wydaje się mniej oziębły niż to, co słyszałam od niego do tej pory.

– Nie, to prawda, biszkopciku. A i tak tu wylądowaliśmy.

Unoszę brwi i łapię się rantu blatu.

– No, czekam.

– Na co?

– Na to, byś powiedział, że może ten luksusowy, burżuazyjny wybór to nie zawsze najlepsza opcja.

– To się nie wydarzy.

Wzruszam ramionami. Powracam do wcześniejszego zadania, przy którym tak mnie wystraszył.

– A więc wygląda na to, że aż tak desperacko nie potrzebujesz pomocy.

– Nie upadnę tak nisko, by powiedzieć ci coś takiego. Przynajmniej zdradź, że masz czas na przygotowanie czegoś odpowiedniego na taki wieczór.

– To żaden upadek, jeśli tak wygląda prawda.

– To, że jedna firma z Nowego Jorku gównianie działa, nie oznacza, że wszystko w tym zapyziałym miasteczku jest lepsze niż na Manhattanie.

– Nazwij tak Sutten jeszcze raz, a oberwiesz kolanem między nogi. – Uśmiecham się do niego słodko.

Przypominam sobie, jak po raz drugi wpadliśmy na siebie – i to naprawdę wpadliśmy. Zażartowałam sobie wtedy z rozmiaru jego męskości i że najwyraźniej nadrabia zachowaniem to, że ma małego. Nie przyjął wtedy za dobrze mojej uwagi.

Mina Camdena zdradza, że moja groźba mogła zostać nie za dobrze przyjęta.

Wzdycha długo i z irytacją. Posuwa się nawet do tego, że przeciąga palcami w dół twarzy o idealnych rysach.

Naprawdę szkoda, że taki z niego dupek, bo w przeciwnym razie bez większego problemu zdobyłby tytuł najprzystojniejszego faceta, jakiego kiedykolwiek w życiu widziałam. Wydaje się idealnie proporcjonalny. Teoretycznie brwi nie powinny być identyczne, lecz jedynie podobne, ale w jego przypadku to dwa klony. Niemal proste, zwieńczone tylko lekkim łukiem przy końcach są oprawą dla najjaśniejszych, najbardziej niebieskich oczu, jakie widziałam. A do tego wszystkiego facet ma gęste i ciemne rzęsy.

Nie mogę go znieść. Z tak wielu powodów. Za to, że jest dupkiem. Za to, że kupił lokal, który ja chciałam mieć. Za zniszczenie mi dżinsów. Za to, że został obdarzony takim pięknym wyglądem, za którym kryje się okropna osobowość.

– Nie mam czasu się z tobą sprzeczać – przyznaje.

Wydaje się wkurzony, ale nie odnoszę wrażenia, że tym razem tak do końca jest zły na mnie. Bardziej przeszkadza mu sytuacja, w której się znalazł.

– Brzmisz, jakbyś nie miał czasu na nic, biorąc pod uwagę, że musisz pożyczyć fartuszek i przygotować coś do jedzenia dla swoich gości.

– Nie widzę takiej potrzeby, jeśli mi pomożesz.

– Słowo klucz „jeśli”. Kawiarnia niedługo się zamyka, a ja mam umówioną randkę z butelką wina i reality TV.

– Zrobię, co tylko chcesz. Tylko się zgódź. Pomóż mi. Błagam cię.

– Co tylko chcę? Cokolwiek? – dociekam.

Moje myśli wypełniają okropne pomysły, co mogłabym mu zrobić, jeśli bym przystała na tę umowę.

Jedno pasemko wystylizowanych włosów opada mu na twarz. I przez to Camden wydaje się bardziej… normalny, ludzki.

– Tak, co tylko chcesz.