Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
529 osób interesuje się tą książką
Dean Livingston potrzebuje nowej niani, która mogłaby zamieszkać z jego rodziną. Ja za to potrzebuję bezpiecznego miejsca, by gdzieś się zatrzymać.
Jestem zmęczona i samotna. Uciekając przed przeszłością, przypadkowo trafiam do miasteczka Sutten Mountain.
I właśnie tutaj spotykam samotnego ojca po przejściach oraz jego uroczą córeczkę.
Dean ma pieniądze, ale nie potrafi zatrzymać żadnej niani na dłużej. A teraz desperacko potrzebuje pomocy w opiece nad dzieckiem. Kiedy po naszym krótkim spotkaniu mała się we mnie zakochuje, natychmiast staję się wymarzoną osobą do tej pracy.
Od początku wiedzieliśmy, że zostanę tu tylko na jakiś czas, ale widok Deana, który wraca powoli do siebie i otwiera się przede mną, powoduje, że chcę zatrzymać się w Sutten na dłużej.
Zaczynam powoli zakochiwać się w tym miejscu – i w swoim szefie.
Wiem, że nie powinnam darzyć uczuciami mężczyzny, który poprzysiągł sobie, że już nigdy nikogo nie pokocha.
Ale może wystarczy trochę czasu, a przestaniemy zaprzeczać temu, co się dzieje między nami i zawalczymy o to, co zaczęliśmy razem tworzyć? Może zdołamy doścignąć nasze wspólne na zawsze?
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 437
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Chase Our Forever
Copyright © Kat Singleton 2024
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Alicja Chybińska
Korekta: Karina Przybylik, Aga Dubicka, Magdalena Kłodowska
Skład i łamanie: Michał Swędrowski
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
ISBN 978-83-8418-756-2 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Dean
Czuję, jak pieką mnie oczy, gdy przytulam mocno moją malutką córkę. Wokół mnie rozlegają się głosy, ale nie potrafię zrozumieć ani słowa z tego, co mówią ludzie. Wiem tylko jedno, Selena nie żyje. Kobieta, w której zakochałem się jeszcze jako nastolatek, odeszła, bo inny kierowca jechał zbyt szybko i ją zabił. Odeszła o wiele za wcześnie.
Wstrząsa mną szloch, kiedy tak przytulam dziecko do piersi. Clara skończyła zaledwie dwa miesiące. Nawet nie ma szans pamiętać własnej matki. Nie ma możliwości się dowiedzieć, jaką cudowną osobą była.
Selena nie doświadczy pierwszego dnia naszego dziecka w przedszkolu. Nie pocałuje pierwszego zadrapanego kolana córki. Nie stanie się świadkiem ukończenia przez nią szkoły, tej samej, w której się poznaliśmy. Ominie ją tak wiele rzeczy i kiedy to sobie uświadamiam, czuję, jakby ktoś zrzucił na moje barki ciężar całego świata.
Z ust rodziny wokół padają kolejne słowa, a ja nadal nie potrafię żadnego zrozumieć. Umysłem dryfuję teraz daleko stąd. Zastanawiam się, jak wychowam naszą córkę w pojedynkę.
Od kiedy w wieku czternastu lat poznałem Selenę, wiedziałem, że jestem zakochany. Ledwo co pamiętam życie przed nią. Zaplanowaliśmy wspólnie tak wiele rzeczy. A teraz zostało nam to odebrane przez okrutne zrządzenie losu.
– Tak mi przykro – szepczę, przytulając Clarę.
Mała zaciska usteczka, ale śpi spokojnie. Nie ma nawet pojęcia, że zaledwie godzinę temu cały świat wyglądał inaczej. Selena ucałowała nas oboje na pożegnanie przed wyjazdem na zakupy do miasta i wtedy widzieliśmy ją po raz ostatni.
Ktoś kładzie mi dłoń na plecach, ale nawet się nie kłopoczę, żeby sprawdzić, kto to. Nie potrafię się zmusić, by spojrzeć na kogokolwiek innego poza córką.
– To powinno spotkać mnie – szepczę, a gardło piecze mnie od wcześniejszych krzyków. A może to z płaczu, wciąż zbierającego w moim wnętrzu po tym, jak w trakcie okropnej rozmowy telefonicznej dowiedziałem się o śmierci żony. – Boże, dlaczego nie padło na mnie? – chrypię.
Selena prosiła wcześniej, żebym pojechał do miasta i kupił kilka potrzebnych rzeczy do naszego nowo wybudowanego domu. Zgodziłem się, ale potem sobie uświadomiłem, że dobrze jej zrobi wyjazd na kilka godzin. Clara nie spała ostatnio za dobrze, a ja chciałem, by moja ukochana miała trochę czasu dla siebie.
– To wszystko moja wina – wyrzucam z siebie na wydechu. Mówię niezrozumiale, bo kolejny szloch wstrząsa moim ciałem.
Zdławiony płacz lub to, że cały się trzęsę, wybudza Clarę. Dziecko zaczyna się wiercić, otwiera i zamyka oczka.
Przyglądam się jej. Cały świat wokół zamienił się w jedną rozmazaną plamę, widzę jedynie tę małą dziewczynkę w moich ramionach. Seleny już nie ma, a ja nie wiem, jak mam bez niej żyć, nie mam jednak innego wyboru. Muszę żyć dla naszej córki.
Przymykam na chwilę oczy. Ogarniają mnie żal i smutek. Nie chcę stawiać czoła temu życiu bez Seleny, ale to już nie pozostaje zależne ode mnie. Od teraz aż do ostatnich chwil mojego życia będę dbał, by Clara miała jak najlepiej. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby zapewnić jej życie pełne radości. Muszę wziąć się za siebie i stać się lepszym człowiekiem. Stać się najlepszym ojcem, by wynagrodzić jej to, że nigdy nie pozna własnej matki.
Wciągam powietrze, unoszę powieki i spoglądam w dół na córeczkę. Czuję, jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi i wyrzucił je gdzieś z dala ode mnie. A pomimo to muszę znaleźć sposób, by żyć dalej. Nic więcej się nie liczy, tylko ta mała, wiercąca mi się na rękach dziewczynka.
– Postaram się, Seleno – obiecuję szeptem.
Mam nadzieję, że może istnieje życie po śmierci i żona mnie usłyszy.
Po policzkach płyną mi łzy. Jest ze mną bardzo źle. Wiem, że minie jeszcze wiele czasu, zanim choć pojawi się szansa, bym poczuł się lepiej, ale dla tej małej dziewczynki zamierzam udawać.
Biorę głęboki wdech, próbuję powstrzymać drżenie ciała. Adrenalina krążąca w moich żyłach od otrzymania tragicznej wiadomości powoli zaczyna odpuszczać, jej miejsce zajmuje wyniszczające odrętwienie.
Może tak właśnie działa mój umysł, próbuje ratować mnie przed wielkim smutkiem i tym, by w całości przejął on władanie. Wiem, że nie mogę się załamać. Że nie mogę pozwolić sobie, by zniszczył mnie ból.
Clara pomrukuje cicho i porusza ciałkiem. Rusza główką, dając mi znać, że jest głodna. Natychmiast powracam do wspomnień, kiedy to razem z Seleną śmiałem się z tych niezadowolonych pomrukiwań córki i jej wicia się, bo w jej mniemaniu ociągaliśmy się z karmieniem.
I ta chwila powoduje, że ogarnia mnie cała gama emocji, ponieważ jak do tej pory dziecko było karmione wyłącznie piersią. W lodówce mamy tylko dwie butelki z odciągniętym mlekiem. Zostawiła je tam przed wyjazdem na zakupy. Tylko tyle nam zostało. Moja córka nie ma matki, by ta ją nakarmiła; tej osoby, która doskonale wiedziała, jak ją pocieszyć. Żona odczytywała, czego potrzebuje nasza córka, już po samych wydawanych przez małą dźwiękach.
Ale teraz nie ma już Seleny.
Kolejny raz biorę głęboki wdech. Zmuszam się, by zakopać żal i smutek w najgłębszych odmętach swojego umysłu. Kiedy zostanę sam, będę mógł paść na kolana i opłakiwać kobietę, z którą myślałem, że spędzę moje „na zawsze”.
W tej chwili potrzebuje mnie córka, a ja potrzebuję jej.
W końcu zmuszam się, by się rozejrzeć. Napotykam spojrzenie mojej matki. Stoi obok mnie. Ma czerwone i zapuchnięte oczy. Wiem na pewno, że moje są w podobnym stanie.
Otwieram usta, by coś powiedzieć, ale nie wydostają się ze mnie żadne słowa. Przymykam na chwilę oczy i przełykam ślinę, próbuję zwilżyć gardło, by móc coś powiedzieć.
– Mleko w proszku – chrypię nadal. – Potrzebujemy mleka w proszku.
Matka potakuje. Ramiona drżą jej z powodu nadciągającego płaczu, jakby właśnie docierała do niej powaga moich słów. Potrzebujemy takiego mleka, bo Selena nie żyje.
To okropny los dla nas wszystkich. Teraz musimy znaleźć w sobie siłę, by odkryć sposób na to, jak żyć dalej z tym, co nas spotkało.
Liv
Trzy lata później
Wprost przez szybę słońce rzuca ciepłe promienie na moją twarz. Prowadzę auto po krętej górskiej drodze. Na wąskiej trasie nie ma żadnych innych samochodów. Wiatr wpada przez uchylone okna i lekko mnie owiewa. Poprawiam czapkę z daszkiem, zakupioną na przypadkowej stacji benzynowej. Bejsbolówka w żaden sposób nie pomaga mi w ujarzmieniu włosów i kosmyki rozwiewają się na różne strony.
Uśmiecham się do siebie. Podoba mi się to zimne powietrze. Przyzwyczaiłam się do wilgotnego i parnego klimatu, więc taki chłód smagający mnie po policzkach okazuje się przyjemnym doświadczeniem i chętnie go przyjmuję.
Po raz pierwszy w życiu czuję się wolna. Podróżuję już od kilku dni i nie wiem, co mnie czeka ani gdzie się teraz znajduję. Nic się nie liczy. Jedyne, co pozostaje ważne, to to, że udało mi się uciec ze szponów mojej przeszłości. Mogę rozpocząć życie na nowo i nigdy wcześniej nie cieszyłam się bardziej z tego, że mam czystą kartę.
Głośne burczenie w brzuchu wyrywa mnie z rozmyślań i przypomina, że nie jadłam śniadania. Dzisiaj rano obudziłam się w jakimś szemranym motelu w miasteczku, którego nazwy nawet nie pamiętam, i kiedy poszłam do automatu, żeby kupić coś do jedzenia, znalazłam tam jedynie truskawkowe Pop-Tarts. Spędziłam zbyt wiele lat swojego życia, żywiąc się starymi truskawkowymi Pop-Tartsami, jako że to ulubione słodycze mojego ojca, dlatego zdecydowałam się jednak przegłodzić, zamiast je kupić.
Mogłam zatrzymać się w niewielkim barze przy motelu, ale za bardzo chciałam ruszyć dalej w podróż. Wcześniej nie widziałam na własne oczy gór i pragnęłam jedynie zobaczyć wschód słońca.
Nie zawiodłam się.
Dorastałam na Florydzie. Tak naprawdę pierwszy raz opuściłam granice stanu i wyruszałam w drogę bez konkretnego miejsca docelowego. Wiedziałam jedno – wszędzie miało mi być lepiej niż tam, skąd wyjechałam.
Kiedy tak przyglądam się cudownym odcieniom pomarańczu, rozświetlającym drogę przede mną, czuję, że właśnie doświadczam prawdziwego szczęścia, a do tego pierwszy raz od długiego czasu poczułam spokój, może i nawet zdarzyło mi się to pierwszy raz w życiu.
Znowu burczy mi głośno w brzuchu. Zerkam na siedzenie pasażera, gdzie znajdują się zebrane po drodze przysmaki. Niewiele już ich zostało. Mam tu opakowanie suszonej wołowiny, ale powinnam pewnie je wyrzucić na ostatnim przystanku, ponieważ w środku da się znaleźć już tylko okruszki, a te w żaden sposób nie zaspokoją głodu. Mogłabym zjeść też jeden z batonów granola zabranych jeszcze z domu. Ale te już i tak były przeterminowane i zatęchłe. Wolę się przemęczyć, niż zjeść na siłę kolejny.
Na szczęście jestem zmuszona przetrwać tylko kilka kolejnych głośnych protestów żołądka, bo niedługo moim oczom ukazuje się znak z nazwą miasteczka. Sutten Mountain. Dojadę do niego za dziesięć minut. Liczę, że miasto okaże się wystarczająco duże, bym znalazła tam sklep, by kupić coś do jedzenia. Umieram z głodu i bardzo chciałabym choć na chwilę rozprostować nogi, zanim ruszę dalej.
Pochłaniają mnie myśli, kiedy tak podążam za kolejnymi znakami obwieszczającymi początek niewielkiego miasteczka. Droga nieznacznie się rozszerza, na poboczach widzę też coraz mniej drzew. Zbliżam się do zabudowań. Przejeżdżam powoli po uliczce wyłożonej kocimi łbami i czuję się oczarowana niespodziewanym urokiem tego miejsca. Pozwalam sobie przyglądać się budynkom. Cieszę się, że znalazłam to miasto, bo zdecydowanie można tu coś zjeść. Dostrzegam też opcję, by trochę pozwiedzać. Przeżywam mały szok, bo widzę tu dużo ludzi przechadzających się w różne strony po chodnikach. Mamy dość wczesny poranek w dzień roboczy, chociaż nie wiem dokładnie, która jest godzina, bo zegarek w samochodzie się popsuł, a zeszłej nocy zapomniałam naładować telefon.
Z chwilą gdy moje spojrzenie pada na jaskrawy różowy szyld „Wake and Bake Coffee and Cafe”, wiem już, gdzie chcę się zatrzymać. Naciskam stanowczo hamulec i wykręcam kierownicę w prawo, żeby zająć miejsce tuż przed ciemnym frontem lokalu obok kawiarni.
Zamykam okno, łapię torebkę i rozglądam się wokół. Tak naprawdę w podskokach docieram do drzwi. Domyślam się, że zaraz spróbuję najlepszych wypieków w życiu, a wiem to już po samym dobiegającym mnie z wnętrza zapachu.
Otwieram drzwi, a nad moją głową rozbrzmiewa dzwonek. Przyglądam się uważnie wnętrzu. Jakąś połowę stolików zajmują ludzie popijający kawę i zajadający się słodkościami, a jednak czuję ulgę, bo jest też parę wolnych lóż i krzeseł, więc bez problemu znajdę miejsce, żeby usiąść i chwilę odetchnąć. Po drugiej stronie przestrzeni widzę zaprezentowane dzieła sztuki. Zamierzam się przyjrzeć bliżej i tej części, skoro już tu jestem.
– Witamy w Wake and Bake! – oznajmia rudowłosa dziewczyna za różową ladą.
Ściąga mój wzrok i powstrzymuje mnie przed dalszym rozglądaniem. Ekspedientka uśmiecha się szeroko. Wydaje się taka radosna. Nie przypuszczałam, że można mieć w sobie tyle radości o tak wczesnej porze.
– Hej – odpowiadam i zatrzymuję się przed gablotą wypełnioną po brzegi różnymi wypiekami.
Czuję, jak na widok tych wszystkich pyszności cieknie mi ślinka. Nie mam za wiele pieniędzy, ale może wezmę dwa wypieki i kawę, a przez resztę dnia będę żywić się jedzeniem ze stacji paliw. Znajdę sposób, by znaleźć trochę pieniędzy i kupić sobie tutaj, co tylko zapragnę. Wszystko wygląda tak dobrze, że aż trudno nie skusić się na popróbowanie.
Oblizuję usta i próbuję zdecydować się, co wybrać – coś słodkiego czy coś wytrawnego. Może i to, i to?
– Jest pani u nas pierwszy raz? – pyta dziewczyna za ladą i nadal szeroko się uśmiecha.
– Aż tak widać, że nie pochodzę stąd?
Na to ekspedientka chichocze i wzrusza przepraszająco ramionami.
– Pracuję tu prawie każdego ranka. Pewnie mogłabym przywołać z pamięci nazwiska wszystkich ludzi mieszkających w tym mieście, jeśli dałaby mi pani na to chwilę. – Przestaje mówić i przesuwa spojrzeniem po moim ciele. – Do tego turyści zazwyczaj nie noszą tu dżinsowych szortów i koszulki na ramiączkach w środku jesieni. Jeśli już, przychodzą ubrani trochę za ciepło jak na tę porę roku. Dlatego zgaduję, że przejeżdża pani przez nasze miasteczko. Prawda?
Myślę chwilę nad jej słowami. Uciekam wzrokiem i patrzę raz jeszcze na jedzenie.
– Nie mam pewności – bąkam pod nosem.
Dziewczyna wydaje się parę lat młodsza ode mnie, ale nie mam chyba ochoty przyznawać się, w jaki rozgardiasz zamieniło się właśnie moje życie. Albo że nie mam pojęcia, jakie miasta mijam lub gdzie zdecyduję się pozostać. Na ten moment skupię się na podjęciu decyzji, co chcę zjeść.
– Cóż, cieszę się, że wpadła pani do Wake and Bake. To pani szczęśliwy dzień. Pippa, właścicielka, przyrządziła jedne ze swoich najpopularniejszych przysmaków pomimo tego, że z zasady piecze je tylko w weekendy.
Uśmiecham się i zastanawiam, które z tych wypieków uwielbiają klienci kawiarni. Coś czuję, że jednym z najpopularniejszych okaże się bułeczka cynamonowa większa od mojej głowy.
– Co mi pani poleci?
Dziewczyna składa ręce przed sobą z entuzjazmem, jakby czekała, bym ją o to poprosiła.
– Tak się cieszę, że pani o to pyta – odpowiada z podekscytowaniem. – Dyniowo-cynamonowa bułeczka to zawsze strzał w dziesiątkę. Wiem, że dynia jesienią to taki banał, bo dodaje się ją dosłownie do każdej potrawy, ale ta tutaj to inny poziom. Proszę mi wierzyć.
Potakuję. Podoba mi się, że rozmowa z tą kobietą jest dla mnie taka łatwa. Spoglądam na plakietkę na koszulce i dowiaduję się, że ma na imię Lexi.
– Dobrze, wierzę ci, Lexi.
– Polecam też croissanta z parmezanem i kiełbasą na większy głód. Jest pyszny. Tak naprawdę codziennie pokuszam się o przynajmniej jednego.
– Wezmę też i jego. – Przyglądam się wszystkiemu i próbuję zdecydować, co jeszcze chcę. Wszystko wygląda tak pysznie. Wydaje mi się, że kupiłabym po sztuce każdej pyszności, by skosztować całego menu, gdybym nie musiała oszczędzać, dopóki nie zatrzymam się gdzieś i nie znajdę pracy. – Może poproszę jeszcze ciastko francuskie z jabłkiem i to na razie tyle.
Lexi potakuje. Odrywa ode mnie wzrok i wpisuje coś na iPadzie przed sobą.
– Chciałaby pani do tego kawę?
Trochę się stresuję, ile będzie mnie to wszystko kosztować, jednak jestem wycieńczona tak wczesnym wstawaniem. Kawa wydaje się cudownym dodatkiem, w szczególności jeśli chcę tu posiedzieć przez jakiś czas.
– Poproszę.
– Cudownie. Jaką pani przyrządzić?
Nerwowo przygryzam wargę i spoglądam na różowy szyld za dziewczyną. Nie mam pojęcia, jaka jest różnica między latte a macchiato. Piję kawę od piętnastego roku życia, ale tylko dlatego, że potrzebowałam sposobu, by dać radę obowiązkom szkolnym, a potem pracy do dziesiątej każdego wieczoru. Do tego jedyną opcją pozostawała kawa instant, okropna w smaku, ale spełniająca swoje zadanie.
– Yyy… proszę mnie zaskoczyć. – Śmieję się nerwowo.
W oczach Lexi muszę sprawiać wrażenie, jakbym sobie nie radziła z życiem. Gdyby tylko wiedziała, jak bardzo jestem w rozsypce.
Na szczęście ekspedientka nie wydaje się zmieszana moim brakiem preferencji. Jeśli już, sprawia wrażenie podekscytowanej tym, że może mnie zaskoczyć.
– Uwielbiam niespodzianki. Proszę mi tylko zdradzić, woli pani kawę na ciepło czy na zimno?
Myślę nad tym przez chwilę.
– Zdecydujmy się na wersję na ciepło.
– Pakujemy na wynos czy zostaje pani na miejscu?
– Na miejscu. Jeśli to nie problem, żebym tu trochę pobyła.
– Ależ proszę bardzo. Pippa powinna niedługo się pojawić. Musi pani ją poznać.
Potakuję nieznacznie i staram się nie skrzywić, kiedy Lexi podaje mi kwotę do zapłaty. To prawie tyle, ile z reguły wydaję na zakupy dla siebie na tydzień, ale próbuję o tym nie myśleć. Niedługo odnajdę miejsce, gdzie zapragnę rozpocząć budowanie swojego życia, i znajdę pracę. Spędziłam wiele czasu na oszczędzaniu, żeby przetrwać w trakcie podróży. Gdy nieco sobie dogodzę, nie sprawię, że wyzeruję oszczędności, a jednak serce bije mi trochę szybciej, gdy otwieram portfel i podaję Lexi pieniądze.
– Gotowe. Jeśli chce pani znaleźć sobie miejsce i usiąść, to ja przyniosę jedzenie i kawę, kiedy tylko będą już gotowe.
Posyłam dziewczynie uśmiech, wsuwam kilka banknotów, które mi wydała, do słoika z napiwkami, a potem odwracam się, by rozejrzeć się po kawiarni. To jedno z najbardziej przyjaznych miejsc, w jakich kiedykolwiek się znalazłam. Gdzie nie spojrzeć, widać róż, ale odnajduję w tym jakiś urok, tutejsza atmosfera powoduje, że można poczuć się radośniej. Inne kolory w tej przestrzeni znajdują się po drugiej stronie lokalu, tam, gdzie wystawiono sztukę.
Moje spojrzenie przyciąga loża w rogu. Podchodzę do niej. To idealne miejsce, żebym delektowała się kawą i jedzeniem, a dodatkowo zyskam z niej widok na całą kawiarnię. Nie mam działającego telefonu, w mijanej po drodze małej bibliotece powstałej w ramach inicjatywy wymiany książek znalazłam tylko jedyną książkę i zabrałam ją ze sobą. To romans fantasy ze zniszczonymi stronami oraz wyblakłą okładką. Ledwo co da się odczytać tytuł, ale to się nie liczy. Świetnie się bawię, czytając, kiedy tylko mogę.
Zajmuję lożę i kładę starą, zniszczoną torbę obok. Biorę głęboki wdech. Przyglądam się niewielkiej kawiarni i nagle coś do mnie dociera.
Jestem w trasie od kilku dni i zatrzymywałam się tylko, by coś zjeść i się przespać. Nic nie przyciągało mnie do siebie, nie zapraszało, żebym pozostała dłużej, niż to potrzebne. Ale w tym miasteczku dostrzegam coś innego. Nie potrafię tego określić, ale wiem, że myślę nad tym, iż może chcę zostać tu chwilę dłużej. Dłużej niż parę godzin.
Liv
Pochłania mnie fabuła książki, aż nagle moją uwagę przyciąga błysk czegoś rudego. Patrzę w górę i widzę, że Lexi zajmuje miejsce naprzeciwko.
Uśmiecha się szeroko i przesuwa w moją stronę kolejną kawę. Trzecia tego dnia – pewnie minęło już południe – i każda, którą mi podała, wygląda inaczej. Kubki wydają się kupione z drugiej ręki, co powoduje, że jeszcze bardziej uwielbiam tę małą kawiarnię. Ten stojący teraz przede mną jest w różowe kwiatki i znajduje się na pasującym talerzyku.
– Mam przerwę – tłumaczy. – Mogę z panią posiedzieć przez chwilę? – Unosi kubek do ust, dmucha na parujący napój, a potem ostrożnie upija łyk. Jej naczynie ma jasnożółty kolor, tak jasny, że wydaje się biały.
Potakuję. Cieszę się, że ktoś dotrzyma mi towarzystwa, chociaż od kiedy przekroczyłam próg kawiarni, ani razu nie poczułam się samotna. Wszyscy są tacy mili, nawet jeśli mnie nie znają. Nie wiem, czy wszystko we mnie pokazuje, że jestem w takiej rozsypce, czy to miasto jest naprawdę tak małe, że każdy bez problemu zauważa zagubionego podróżnika, ale tak czy siak, wielu ludzi uśmiechało się do mnie lub ucinało krótką pogawędkę.
– Mówiłam Pippie, mojej szefowej, że jeśli nadarzy się jej okazja, powinna wpaść i panią poznać. Myślałam, że znajdzie chwilę zaraz po tym, jak przyszła, ale musiała się czymś zająć na zapleczu. Musicie się jednak poznać. Z racji tego, że stała się pani wielką fanką bułeczek dyniowo-cynamonowych, i w ogóle.
Trzepoczę przez chwilę rzęsami, gdy myślę o bułeczce. To mogła być najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek miałam w ustach. Już się zastanawiam, czy nie powinnam kupić kolejnej, żeby znowu doświadczyć jej wyjątkowości. Gdybym nie była tak najedzona, już miałabym drugą przed sobą.
– Naprawdę pyszna rzecz. Będę o niej marzyć miesiącami.
Lexi się śmieje.
– Mogłabym zjadać z pięć dziennie. Takie są doskonałe. – Sięga przez stół i poklepuje leżącą przede mną książkę. – Jak historia? Wydawała się nią pani pochłonięta, od kiedy tylko pani tu usiadła.
Wzruszam ramionami.
– Od zawsze uwielbiałam uciekać w inne światy. Ta historia okazała się dobra. Naprawdę przyjemnie jest tu posiedzieć i poczytać.
Lexi upija łyk kawy i cały czas na mnie patrzy. Zazwyczaj nie rozmawiam z nieznajomymi. W domu rozmowa z kimś obcym oznaczała jedynie kłopoty. Muszę sobie powtarzać, że nie wszyscy są tak straszni, jak to sobie wyobrażam, a z racji nowego początku muszę bardziej otworzyć się na poznawanie ludzi. W końcu nawet najlepsi przyjaciele czy pary zaczynają jako nieznajomi.
– Dokąd pani zmierza? – zagaduje dziewczyna i odstawia kubek na stół.
Odchylam się na oparcie kanapy. Nie wiem, jak mam odpowiedzieć na to pytanie. Decyduję się na prawdę. Czuję się zbyt zmęczona, by wymyślić kłamstwo.
– Nie wiem.
Przechyla głowę.
– W sensie nie pamięta pani czy naprawdę nie wie?
– Naprawdę nie wiem – odpowiadam szczerze. – Właśnie po raz pierwszy w życiu opuściłam dom. Musiałam tak postąpić. Cieszę się wolnością. A co do końcowego miejsca podróży, to nie mam jeszcze pewności, gdzie się ono znajduje.
Lexi otwiera usta, żeby odpowiedzieć, ale zanim cokolwiek się z nich wydostanie, robi wielkie oczy.
– Czy to moja Clara? – pyta nagle z podekscytowaniem, wpatrzona w drzwi. Wstaje natychmiast i zbliża się do wejścia. Bierze na ręce małą dziewczynkę uczesaną w krzywe kucyki.
Ta piszczy i zarzuca ekspedientce ręce na kark.
– Lexi! – krzyczy z radością.
Nie dociera do mnie to, co mała – chyba Clara – mówi następnie do Lexi, ponieważ zbyt rozpraszam się speszonym i niewiarygodnie przystojnym mężczyzną, wbiegającym za małą.
– Clara! – woła z obawą. – Nie możesz tak po prostu odbiegać, kochanie. Przestraszyłem się.
Dziewczynka patrzy to na Lexi, to na mężczyznę i posyła im przepraszający uśmiech. Skupia brązowe oczy na mężczyźnie.
– Przepraszam, tatusiu. Chciałam zobaczyć Lexi.
Dziewczyna nadal przytula małą, ale odwraca się przodem do niego. Jak dobrze zrozumiałam, to tata Clary.
– Witaj o poranku, Dean.
Urodziwe policzki mężczyzny zapadają się na chwilę, a potem facet sarka.
– Czy to nadal poranek? Clara była ze mną w pracy i mógłbym przysiąc, że mamy już popołudnie.
Przekręcam się niezręcznie na kanapie i zastanawiam, czy powinnam przysłuchiwać się ich rozmowie. Stoją tak blisko stolika, że trudno ich nie słyszeć, ale nie chcę też, by odebrano mnie jako kogoś, kto podsłuchuje obcych.
– Masz rację. Mamy już popołudnie. – Ekspedientka odpowiada Deanowi. – Cały poranek spędziłaś z tatą w pracy? – Zamyśla się, wpatrzona w dziewczynkę. Wesoło łaskocze ją pod szyją, co kończy się uroczym chichotem małej.
Nigdy nie słyszałam słodszego śmiechu niż ten tego dziecka.
– Ale musiało ci się nudzić, Claro. Czas na zabawę z Lexi. – Sadza sobie dziecko na biodrze i spogląda znów na Deana.
– Gdzie Sally?
On się krzywi, a potem przesuwa dłonią po ustach.
– Z Callie nie wypaliło. – Podkreśla imię i poprawia Lexi. – Przestała być nianią Clary w zeszłym tygodniu.
Przyglądam się tej trójce uważnie. Zastanawiam się, gdzie podziewa się mama dziewczynki. Lexi o nią nie pyta, ale wystarczy mi szybkie spojrzenie na dłoń Deana i wiem, że nie nosi obrączki.
– Znalazłeś kogoś nowego? – dopytuje ona. Odstawia dziecko na podłogę i przygląda się, jak mała biegnie do gabloty z jedzeniem.
Dean kręci głową.
– Próbuję. Mama robi się coraz starsza. Nie chcę jej prosić, żeby zajmowała się nią każdego dnia. Ale wiesz, jak to jest, Lexi. Trudno znaleźć kogoś, komu mogę zaufać i powierzyć opiekę nad córką.
Potakuje i smutno spogląda to na Clarę, to na Deana.
– Cóż, dzisiaj ja i Pippa możemy pomóc, jeśli masz jakieś ważne spotkania.
Dean wzdycha z ulgą. Przyglądam się tej rozmowie bacznie. Robi mi się go żal. Widać, jaki jest zestresowany. Przesuwa palcami po dłuższych włosach na czubku głowy. Ani na chwilę nie spuszcza wzroku z córki, kiedy mała wskazuje na każdą słodkość.
– Nie chcę się narzucać. Może zostać ze mną do końca dnia. Przyszedłem po parę rzeczy, żeby przekupić ją tym na pozostałą część popołudnia. Wiesz, że muffinki i babeczki Pippy zawsze na nią działają.
Lexi się śmieje.
– Zostaw ją z nami. – Spogląda na mnie, jakby właśnie sobie przypomniała, że tu siedzę. – I tak mamy dzisiaj mały ruch, właśnie poznawałam… – Zatrzymuje się i nadyma lekko dolną wargę, jakby nad czymś się zastanawiała. – Boże, co ze mną jest nie tak? Nawet nie zapytałam pani o imię.
Robię wielkie oczy. W tym czasie mała dziewczynka podbiega do taty i pociąga go za nogawkę spodni, a on bierze ją na ręce. Dziecko szepcze mu coś do ucha, ale nie słyszę, co mówi.
– Och, chodzi o mnie? – pytam niezręcznie. Zarówno Lexi, jak i Dean zaczynają mi się przyglądać. Przełykam ślinę, bo przecież wiem, że dziewczynie nie chodziło o nikogo innego. – Jestem Liv.
– Tylko Liv? – upewnia się.
– Tylko Liv – potakuję.
– Cóż, Dean, to Liv. Liv, poznaj Deana. – Lexi znów skupia spojrzenie na mężczyźnie. – Właśnie rozmawiałyśmy o jej małej podróży. Mam trochę czasu, a Pippa też tu jest. Popilnujemy Clary, ty możesz jechać na spotkania. Tak?
Dziewczyna mówi rzeczowym tonem. Wydaje się młoda, jakby dopiero niedawno ukończyła szkołę, ale jest tak pewna w tym tłumaczeniu, że to powoduje, iż wydaje się o wiele starsza. Dean przełyka ślinę. Jego wyraźnie zarysowana grdyka porusza się w górę i w dół.
– Nie mogę znowu prosić was o pomoc.
Ta odpowiedź powoduje, że zaczynam się zastanawiać, czy to normalna sytuacja. Wydaje się, jakby często potrzebował kogoś do opieki nad dzieckiem. Pytam też samą siebie, czy on i Lexi są przyjaciółmi. Może rodziną? Chcę poznać odpowiedzi na te pytania, chociaż nie mam do tego żadnego prawa. A jednak nie umiem się powstrzymać. Zwyczajnie wszystko mnie ciekawi.
Lexi macha ręką w powietrzu i przechodzi do kontuaru.
– Już zadecydowane – oznajmia i przenosi spojrzenie na dziewczynkę na rękach Deana. – Jaką babeczkę wybierasz, Claro?
Dean
Telefon wibruje mi w kieszeni marynarki, ale go ignoruję. Spoglądam to na Clarę, to na Lexi i zanim zdążę zaprotestować, Pippa wychodzi z kuchni. Uśmiecha się szeroko na widok małej.
– Clara! – woła z podekscytowaniem.
Dziecko wierci mi się w ramionach i niemal z nich wyskakuje, żeby przebiec przez kawiarnię i rzucić się w objęcia Pippy.
– Wpadliśmy, żeby zgarnąć parę pyszności, zanim wybierzemy się na spotkania – tłumaczę.
Mówię pewnym głosem, żeby zaznaczyć jasno Lexi, że nie zamierzam prosić ich o popilnowanie córki. Już i tak zbyt wiele razy mi pomagały, więc nie czuję się z tym komfortowo. Muszę znaleźć nianię, na której można polegać, i tyle. A jednak wydaje się to trudniejszym zadaniem, niż kiedykolwiek mógłbym przypuszczać.
Lexi unosi brew.
– Pomyłka. Dean zamierzał uczynić nam ten honor i pozwolić, byśmy popilnowały Clarę, kiedy sam zajmie się swoimi obowiązkami. Ma spotkania, a Clara strasznie by się na nich nudziła, bidulka.
Mała potakuje, wtulając się mocno w Pippę.
– Tatusiu, będzie mi strasznie nudno!
Najpierw śmieję się z niesfornego tonu córki. Odziedziczyła to w całości po matce. Już zaczynam się martwić, jak to objawi się w przyszłości, gdy osiągnie wiek nastoletni.
– Claro, kochanie, Pippa i Lexi mają obowiązki. Pamiętasz naszą umowę? Kupimy coś słodkiego i pojedziesz ze mną do biura. – Próbuję mówić podniesionym głosem, tak by przekonać ją, że pójście ze mną na spotkania okaże się fajną zabawą, choć wiem, że będzie odwrotnie. Sam też nie chcę jechać, ale w obliczu próby rozszerzenia marki Livingston takie spotkania są, niestety, ważne.
Pippa ostrożnie odstawia Clarę, a ona ochoczo biegnie przez kawiarnię i zatrzymuje się przy loży tuż obok. Tej zajętej przez nieznajomą przedstawioną mi przed chwilą przez Lexi.
– Ty pracujesz? – pyta kobietę mała.
Aż mi wstyd, bo zapomniałem, jak jej na imię, chociaż Lexi dopiero co mi to powiedziała. Za bardzo zająłem się tym, by moja córka, istny huragan, nie siała spustoszenia po przestąpieniu progu Wake and Bake.
Kobieta w loży się prostuje, a blond pasemka opadają jej na twarz.
– Eee… – mruczy. Robi wielkie oczy, widać je nawet spod daszka czapki. Spogląda na Lexi. – Nie? – Brzmi to bardziej na pytanie niż odpowiedź.
Na to moja córka się uśmiecha. Clara siada obok nieznajomej, ani trochę niespeszona obecnością kogoś obcego. Później musimy o tym porozmawiać, ale nie mam też co się dziwić takiej reakcji. Nie wiem nic na temat tej kobiety, ale jej nieśmiały uśmiech przekonuje mnie, przynajmniej w tej chwili, i wydaje mi się, że nie ma powodów, by się obawiać, że moja córka zajęła miejsce naprzeciwko niej.
– Ja sobie tu posiedzę, tatusiu – oznajmia Clara.
Składa małe, pulchne ręce i układa je na kolanach. Posyła mi przy tym uśmiech, który trafia prosto w moje serce. To, jak mówi „tatusiu”, zamiast „ta-ta” też łamie mi serce. To taki smutny znak upływającego czasu, świadectwo, że jest już większa i radzi sobie lepiej z mówieniem.
Wkładam dłonie do kieszeni i wzdycham przeciągle. Telefon znowu zaczyna wibrować, ale go ignoruję. Wiem, że najpierw muszę ustalić sprawy z Clarą.
– Claro, kochanie… – zaczynam. Próbuję brzmieć łagodnie. Przesuwam spojrzeniem po stoliku, w kierunku kobiety. – Nie możesz tu po prostu siedzieć. Pani jest zajęta.
Mała nadyma usta. Poprawia się, po czym klęka i sięga w górę, żeby ułożyć łokcie na stole i pochylić się nad blatem.
– Jesteś zajęta? – pyta i skupia się na kobiecie.
Zastanawiam się, co ma w sobie ta nieznajoma, że aż tak przyciąga moją córkę, ale widać, że dziecko już zdecydowało, iż spędzi z nią czas. Może chodzi o tę spokojną naturę lub delikatny uśmiech, który wydaje się nie schodzić z ust obcej.
Kobieta robi jeszcze większe oczy i natychmiast patrzy na Lexi, prosząc ją w ten sposób o pomoc.
Dziewczyna się uśmiecha. Widać, że w jej odczuciu Clara zachowuje się słodko.
– Claro, możliwe, że Liv wolałaby poczytać książkę w samotności. Możesz za to posiedzieć ze mną.
Wzdycham. Próbuję pozostać cierpliwy w stosunku do córki, ale muszę zaraz wyjść, żeby zdążyć na spotkanie.
– Claro, pani czytała książkę. A może wybierzesz jakąś słodycz i pojedziemy?
Ona kręci jednak głową. Wygląda na to, że nie chce też słuchać Lexi.
– Uwielbiam książki.
Kobieta, Liv, się śmieje. Tak cicho, że prawie tego nie dosłyszę.
– Nie wiem, czy spodobałaby ci się ta konkretna.
– Uwielbiam książki – powtarza Clara.
I nie kłamie. Co wieczór czas kładzenia się do łóżka dłuży się nam niemiłosiernie, bo mała chce, żeby dużo jej czytać. Mógłbym stanowczo zaprotestować i przeczytać jej tylko dwie książki, ale ulegam – nie mogę odmówić, kiedy tak prosi o jeszcze jedną. Nawet jeśli z tej jednej robią się trzy kolejne.
Robię krok w przód. Wyciągam dłoń do małej i czekam. Patrzę w oczy Liv i próbuję rozluźnić mięśnie twarzy, żeby spojrzeć na nią choć w jakimś stopniu przepraszająco.
– Proszę wybaczyć. – Potem skupiam się na Clarze. – Czas wybrać coś słodkiego.
Ona ani drgnie. Jeśli już, to pochyla się nawet bardziej nad stołem i praktycznie wchodzi na niego, żeby przybliżyć się do Liv.
– Zostanę tutaj, tatusiu. Chcę dzisiaj zjeść chlebek bananowy.
Wzdycham i ściskam grzbiet nosa kciukiem oraz palcem wskazującym. Zanim mam szansę powiedzieć cokolwiek więcej, odzywa się Liv:
– Może tu posiedzieć, jeśli chce. Obiecuję, że nie przeczytam jej nic z tej książki. – Znów się śmieje.
Z jakiegoś powodu ten śmiech nieznacznie łagodzi napięcie w moim ciele. Nie mam pojęcia, kim jest ta kobieta, nic nie wiem na jej temat, ale Clara aż do niej lgnie i to powoduje, że trochę się uspokajam.
– Próbuje pani odpocząć – zwracam się do kobiety, a potem odwracam do córki. – A może zgodzę się, żebyś została tutaj z Pippą oraz Lexi, jeśli mi obiecasz, że pozwolisz pani Liv cieszyć się spokojem i ciszą?
– Technicznie to sama przeszkodziłam Liv – dorzuca Lexi i wzrusza swobodnie ramionami.
– I tak nie jestem fanką ciszy i spokoju – dodaje nieznajoma.
Pochyla się w przód i uśmiecha do Clary. Odrywa spojrzenie od mojej córki i wymierza je we mnie.
Uśmiecha się, a w kącikach jej dużych, niebieskich oczu pojawia się kilka niewielkich zmarszczek. Uśmiechowi towarzyszą dwa najgłębsze dołeczki, jakie kiedykolwiek w życiu widziałem. Trudno nie zauważyć, że to piękna kobieta. Może z racji tego uśmiechu, który nie schodzi jej z twarzy. Nadal unosi kąciki ust, kiedy spogląda na Clarę.
– Jeśli twój tata nie ma nic przeciwko, jestem za tym, żebyś dotrzymała mi towarzystwa.
– Będziemy tu też przez cały czas, Dean – dodaje Pippa. Podchodzi do stolika i uśmiecha się do Liv. – Tak w ogóle, to jestem Pippa. Właścicielka Wake and Bake.
Kobieta wyciąga przed siebie rękę.
– Liv. Miło cię poznać. Gdybym tu mieszkała, chyba każdego dnia pochłaniałabym bułeczkę dyniowo-cynamonową.
Nerwowo pocieram palcami usta. Próbuję stwierdzić, czy zamierzam podjąć jeszcze próbę przekonania córki, by opuściła lożę, czy jednak się ugnę. Jeśli Pippa i Lexi tu będą, to może nie muszę się przejmować, że zostawiam Clarę w obecności kogoś obcego.
Jestem tak pogrążony w rozmyślaniach i zastanawianiu się, czy to dobry pomysł, że całkiem omija mnie rozmowa dziejąca się obok. Wyłapuję dopiero słowa Lexi:
– Cóż, może jeśli zechcesz, zatrzymasz się na chwilę w Sutten.
Liv wzdycha. Zastanawiam się, o czym rozmawiały, kiedy nie przywiązywałem do tego wagi.
Pippa odsuwa się od Lexi oraz Liv i zatrzymuje się obok. Uśmiecha się i wyciąga rękę, żeby poklepać mnie pokrzepiająco.
– Jedź na spotkania, Dean. Obiecuję, że albo Lexi, albo ja przypilnujemy Clary.
Nadymam policzki, wypuszczając powietrze.
– Czy aż tak widać po mnie zdenerwowanie?
Uśmiecha się nawet szerzej.
– To, jak zwalniasz jedną nianię za drugą, pokazuje tylko, jak bardzo nie podoba ci się pomysł, żeby Clara spędziła popołudnie w towarzystwie kogoś nieznajomego.
Krzywię się. Jedyny powód, dla którego zatrudniałem tyle niań, a potem je zwalniałem, to to, że ani jedna nie okazała się odpowiednią osobą dla mojej córki. Albo samo dziecko narzekało, że kogoś nie polubiło, albo ja odkrywałem, że ta osoba nie pasowała do naszej rodziny. Clara została skazana tylko na mnie, jedynego rodzica, i chociaż bliscy pomagają mi tyle, ile tylko mogą, dziecko musi spędzać dużo czasu z nianią. Muszę znaleźć kogoś idealnego i nie zamierzam godzić się na półśrodki.
Skupiam spojrzenie na małej. Zdążyła już przekonać Liv, by pozwoliła jej usiąść koło siebie. Dziewczyna bardzo uważnie słucha tego, o czym opowiada moja córka. Zanim jednak mogę dołączyć do ich rozmowy, Pippa dorzuca:
– Pozwól nam sobie pomóc. To dzięki tobie nadal jestem właścicielką Wake and Bake, więc pozwól mi odpłacić za tę przysługę.
Patrzę jej w oczy. Rok temu Pippa prawie straciła kawiarnię z powodu jakiegoś biznesmena z Nowego Jorku zamierzającego wykupić cały budynek. Pomogłem jedynie przez pociągnięcie za parę sznurków i przekonanie agencji nieruchomości, że lokale powinny zostać sprzedane w ramach aukcji. Wraz z rodziną byliśmy gotowi zapłacić dużo, by utrzymać to miejsce w rękach kogoś miejscowego, ale narzeczony Pippy, Camden Hunter, pojawił się na aukcji i przebił wszystkich zainteresowanych.
Zaciskam zęby.
– Pomogłem tylko nieznacznie.
Pippa przewraca oczami, a potem uderza mnie fartuszkiem.
– Bardzo pomogłeś. Teraz daj pomóc sobie. Pozwól Clarze tu posiedzieć, być dzieckiem. Nie potrzebuje tkwić z tobą na spotkaniach przez całe popołudnie.
Potakuję i wsuwam dłonie do kieszeni. Znowu patrzę na córkę i widzę, że chichocze właśnie z czegoś razem z Liv i Lexi. Pip ma rację. Clara jest mała, nie zasłużyła sobie na to, by zamykać ją na wiele godzin ze mną w biurze, kiedy mogłaby się dobrze bawić.
– W porządku. Ale proszę, zadzwoń, jeśli cokolwiek się wydarzy i pojawi się potrzeba, żebym wrócił. Jeśli zrobi się tłoczno albo…
Pippa unosi dłonie, by mi przerwać.
– Nie będziemy zbyt zajęte i wszystko będzie dobrze. Nie jestem płatną nianią. Nie możesz mnie zwolnić.
– A chcesz zostać? – droczę się z nią, chociaż mój ton brzmi poważnie.
Ona kręci głową.
– Camden już i tak mi powtarza, że za dużo pracuję.
Wzruszam ramionami.
– Warto było spróbować. – Istnieje tylko kilka osób, którym ufam i mogę powierzyć opiekę nad małą. Pippa to jedna z nich.
Wiem, że nie ma szans, by kiedykolwiek przyjęła pracę niani lub żebym jej na to pozwolił, nawet jeśli desperacko kogoś potrzebuję. Ta kawiarnia to jej dziecko. Ostatni rok spędziła na renowacji przestrzeni oraz powiększaniu lokalu.
Podchodzę do loży i próbuję poprawić jeden z kucyków córki. Jestem do niczego w czesaniu włosów, chociaż każdego ranka staram się to robić. Myślałem, że po latach ćwiczeń się wprawię, ale tak się nie wydarzyło. Jeśli już, to zauważam, że im więcej dziecko ma włosów, tym gorzej sobie z nimi radzę.
– Pojadę do pracy na jakiś czas. Niedługo wrócę – zwracam się do małej, starając się, by nie dało się wyczuć obawy w moim głosie.
Clara macha i nie wydaje się ani trochę smutna, że mnie tu zabraknie.
– Pa, tatusiu.
Przystaję na chwilę. Patrzę, jak śmieje się z czegoś, co Liv wyszeptała jej do ucha. Kiedy odrywam od nich wzrok, zauważam Pippę. Przygląda mi się z porozumiewawczym uśmiechem.
– Jedź – prosi cicho. – Mamy tu wszystko pod kontrolą.
Naprawdę nie potrafię zaufać innym. Gorzej idzie mi już tylko z proszeniem o pomoc. A jednak wychodzę, bo wiem, że zostawiam córkę w dobrych rękach.
Liv
– Więc naprawdę nie masz pojęcia, dokąd pojedziesz potem? – zagaduje Pippa. Skupia na mnie spojrzenie, a Clara wierci się jej na kolanach. Dziewczynka jest zbyt zajęta kolorowaniem papierowego menu, żeby zwracać uwagę na naszą rozmowę.
– Nie wiem – odpowiadam. Składam ręce na piersi. – Podobają mi się góry, więc może pojadę dokądś, gdzie znajdę takie jak te tutaj.
Rozmawiam z Pippą i Lexi mniej więcej od dwóch godzin. Robiłyśmy różne rzeczy, żeby zająć czymś Clarę, i nie potrafię przestać myśleć, że od dłuższego czasu nie przeżyłam lepszego popołudnia.
Właścicielka kawiarni potakuje. Naprawdę ją lubię. Myśli nad tym, co mówię, ale nie widać po niej żadnego osądzania mojej sytuacji. Wiem, że łatwiej przyszłoby jej powiedzieć, że to jakieś szaleństwo, bo wyjechałam i nie wiem, dokąd się udaję. Mogłaby z łatwością zadać mi setki pytań, dlaczego podróżuję bez konkretnego celu, ale tego też nie robi.
Clara zsuwa się z jej kolan i podchodzi do mnie. Wspina się na kanapę i siada wprost na moich udach. Usadawia się wygodnie, chociaż dopiero co się poznałyśmy. Nie za wiele czasu w życiu spędziłam z dziećmi. Przed tą wyprawą głównie pracowałam. Zatrudniłam się jako kelnerka, sprzątałam pokoje hotelowe i robiłam wszystko, co możliwe, żeby zarobić na siebie – a do tego unikać siedzenia w domu. Brakło mi czasu, by przebywać wśród dzieci. I tak nie znałam nikogo, kto by był rodzicem.
– Podoba ci się mój motyl? – pyta Clara i wskazuje na kilka niepewnie postawionych kresek ani trochę nieprzypominających owada.
– Bardzo mi się podoba – odpowiadam i przechylam głowę, bo liczę, że jeśli spojrzę na rysunek pod innym kątem, to może ujrzę, co narysowała, ale ani trochę to nie działa.
Pippa wzdycha głośno.
– Mam nadzieję, że nie odbierzesz tego w dziwny sposób, bo ani trochę nie chcę, żeby tak to zabrzmiało, ale wydaje mi się, że chciałabym, byś została na dłużej w Sutten, Liv. Polubiłam cię. – To, w jakim pośpiechu wyrzuca z siebie ostatnie zdanie, powoduje, że zaczynam się zastanawiać, czy aby kobieta nie ma problemu ze zżyciem się z ludźmi.
– Od zawsze mieszkasz w Sutten? – Zmieniam temat rozmowy.
Jedyne, co wiem na temat tego miasteczka, to to, że mają tę kawiarnię, i to, co dowiedziałam się od Lexi oraz Pippy.
Kobieta się uśmiecha. Wodzi spojrzeniem po kasie, gdzie Lexi pomaga drugiemu, jedynemu poza mną, klientowi.
– Tak, raczej tak. To najlepsze miejsce do życia. Nigdy nie chciałabym zamieszkać gdziekolwiek indziej.
– Naprawdę? A gdziekolwiek wyjechałaś? – Mam nadzieję, że nie odbierze źle mojego pytania.
Niczego nim nie sugeruję. Po prostu nie potrafię sobie wyobrazić, że zakochuję się w jednym miejscu i mieszkam tam przez całe życie. Od kiedy tylko pamiętam, marzyłam, by wyjechać z Florydy. Nigdy nie chciałam tam zostać – nigdy też nie chcę tam wrócić.
Pippa kręci głową.
– Och, oczywiście. Wyjechałam do college’u, więc mieszkałam z dala od Sutten przez jakiś czas. A potem moja przyjaciółka wyprowadziła się do Chicago na bardzo długo, więc często ją odwiedzałam. Mój narzeczony pochodzi z Nowego Jorku, nadal ma tam pracę, więc regularnie tam jeździmy. Podoba mi się samo miasto, lubię przyjeżdżać na parę dni, ale zdecydowanie nie mogłabym tam żyć. Lubię widzieć, co jeszcze świat ma do zaoferowania, ale koniec końców, nie potrafię sobie wyobrazić, że mieszkam gdziekolwiek indziej niż w Sutten. Tu znajduje się mój dom.
Milczę przez chwilę i pozwalam, by jej słowa do mnie dotarły. „Jakie to uczucie kochać dom tak bardzo, że nie chcesz go nigdy opuścić?”. Pippa wydaje się mieć poukładane życie. Czuję lekki smutek, bo wiem, że raczej nie jest o wiele starsza ode mnie, a ma taką pewność co do tego, jak będzie wyglądać reszta jej życia. Ja za to znajduję się w całkiem innej sytuacji – nie potrafię nawet odpowiedzieć na pytanie, dokąd planuję się wybrać i gdzie zakończę tę podróż.
– Chciałabym mieć więcej czasu, żeby poznać Sutten – mruczę. Uświadamiam sobie, że naprawdę tak uważam.
– To dlaczego tego nie zrobisz?
– Czego nie zrobię?
– Dlaczego nie zostaniesz w Sutten chwilę dłużej? Z tego, co mi mówiłaś, chyba sama odpowiadasz za to, kiedy i dokąd się wybierasz.
Zanim zdążę na to odpowiedzieć, Clara odwraca się i odrzuca w tym samym czasie pasemko włosów sprzed swojej twarzy. Kosmyk wraca na miejsce przed jej oczami, na co dziecko wydaje z siebie poirytowane mruknięcie.
– Poprawisz mi włosy? Tatuś nie umie.
Staram się nie śmiać. Coś mi mówi, że pewnie nie powinna tak się wypowiadać, ale to nie moja rola, by ją poprawiać.
– Starał się najlepiej, jak umiał – tłumaczę.
Przesuwam się lekko do tyłu na kanapie, żeby posadzić dziecko przed sobą i zrobić coś z jej włosami. Mojej mamy zabrakło w pobliżu, nie miałam nikogo, kto czesałby mnie lub robił urocze fryzury tak, jak to działo się w przypadku innych dziewczyn z klasy. Musiałam sama się tego nauczyć, więc chociaż nie mam za dużo doświadczenia z dziećmi, potrafię czesać.
– Tatuś bardzo się stara. A i tak mu to nie wychodzi – zauważa mała.
Szybko zerkam Pippie w oczy. Obie staramy się powstrzymać od śmiechu. Zaczynam powoli ściągać gumki z kucyków Clary, żeby poprawić to, co próbował ułożyć Dean.
– Twój tata zawsze stara się najlepiej jak może – zwraca się do Clary.
Lexi siada obok niej po tym, jak obsłużyła klienta wychodzącego właśnie z lokalu.
– Wiem – oznajmia dziewczynka raczej lekceważąco.
Przeczesuję jej włosy palcami. Byłoby mi łatwiej, gdybym miała szczotkę, ale i tak postaram się i zrobię tyle, ile mi się uda.
Kobieta wpatruje się w dziecko z uczuciem. Widać, że zależy jej na małej. Tak jak i Lexi. Zaczynam się zastawiać, jak bardzo uczestniczą w życiu Clary i kogo może w nim brakować.
– Może niedługo twój tata przestanie być taki wybredny i znajdzie ci nianię na dłużej niż tydzień. Wtedy ona nauczy się dla ciebie wszystkich fajnych fryzur.
Clara wzdycha ze zrozumieniem. Ma góra dwa lub trzy lata, a jednak dużo rozumie, co doskonale widać po jej zachowaniu.
– Tatuś ma problemy z zaufaniem.
Na to i Pippa, i Lexi wybuchają śmiechem.
– Od kogo to słyszałaś? – Lexi udaje się wykrztusić.
– Od mimi – odpowiada natychmiast dziewczynka.
Uśmiecham się. Ten komentarz wydał mi się niewiarygodnie słodki, ale odnoszę wrażenie, że rozśmieszyło mnie to, z jakim zmęczeniem opowiadała o tacie. Brzmiała bardziej jak nastolatka niż dziecko.
– Chcesz kucyki? – pytam ją. Nie słyszę części rozmowy między Lexi i Pippą, wydaje się to kontynuacją tematu taty Clary.
– Umiesz robić warkoczyki? Poppy zawsze ma warkoczyki. Ja też chcę.
Boli mnie serce na to, z jakim smutkiem Clara mówi o innej dziewczynce i tym, że tamta nosi warkocze. Aż za dobrze znam to uczucie. Mój tata nie miał pojęcia, jak je zaplatać. I tak nie przejmowałby się aż tak, żeby to zrobić, nawet jeśli wiedziałby, jak to się robi.
Zdaję sobie sprawę, że tak zagubiłam się we własnych myślach, iż zapomniałam jej odpowiedzieć.
– Tak, potrafię pleść warkocze.
Clara z podekscytowaniem składa ręce. Aż się wije z radości.
– To chcę warkocze.
Przeczesuję włosy palcami, próbując je rozsupłać, żeby dało się je zapleść. Zaczynam robić pierwszy warkocz, a w tym czasie obie kobiety przyglądają mi się uważnie.
– Lexi, czy ty też całe życie mieszkasz w Sutten? – pytam. Nienawidzę dzielić się szczegółami o mojej przeszłości i życiu prywatnym, nigdy też nie dopytuję, co się dzieje w życiu innych. A jednak ciekawi mnie, chcę wiedzieć, czy większość tutejszych mieszkańców jest tu od dziecka.
Kelnerka potakuje.
– Tak. Kiedyś marzyłam o wyjeździe, ale teraz nie mam już takiej pewności, czy to dla mnie.
– A to dlaczego?
Uśmiecha się, a na jej twarzy pojawia się zaduma.
– Ponieważ podoba mi się, że znam tutaj każdego. Uwielbiam wysłuchiwać plotek przynoszonych przez starsze panie, wymieniające się nimi kilka razy w tygodniu. Kocham to, że mamy festiwal dyni i uroczyste zapalenie świątecznych światełek na drzewku bożonarodzeniowym. Młodsza ja nie lubiła tych rzeczy, a teraz stały się one powodami, dla których chcę zostać.
Zakładam gumkę na pierwszy warkocz Clary i zaczynam pracę nad drugim.
– Macie tu festiwal dyni?
Pippa potakuje ochoczo.
– Mamy. Odbędzie się w przyszły weekend. Fajnie by było, gdybyś mogła na niego przyjść. Na to wydarzenie przygotowuję różne rodzaje jedzenia o smaku dyni. W tym także bułeczki dyniowo-cynamonowe.
Aż cieknie mi ślinka na samą myśl o tych wypiekach. Były takie pyszne. Wiem, że te wszystkie rzeczy okazałyby się po prostu przepyszne.
– Smutno mi, że mnie to ominie.
Lexi i Pippa wymieniają się spojrzeniem, a potem patrzą w moją stronę.
– Nie musi cię to omijać – zauważa Pippa. – Mogłabyś zrobić sobie dłuższy przystanek w Sutten. Sama mówiłaś, że podobają ci się góry i chciałaś znaleźć miejsce takie jak to. A dlaczego nie wybrać po prostu Sutten?
Przez chwilę myślę nad jej słowami. To prawda, nie mam konkretnego celu na myśli, nie mam nawet terminu, kiedy muszę gdziekolwiek się osiedlić. Ale nie mam też funduszy, by zostać tu przez prawie dwa tygodnie. Muszę brać pod uwagę, ile może mnie kosztować pobyt. Mam tylko pieniądze na podróżowanie i znalezienie miejsca, gdzie się zatrzymam, ale nic poza tym, żadnych dodatkowych dolców. I chociaż bardzo podoba mi się myśl, że zostanę tu na dłużej, nie jest mi to po prostu pisane.
Wzdycham i kończę zaplatanie drugiego warkocza Clary.
– Chciałabym. Jest coś takiego w tym miejscu, co wydaje się po prostu… Nie wiem, jak to ubrać w słowa, ale… Wydaje się to czymś odpowiednim. Uzbierałam jedynie trochę pieniędzy na podróż. Muszę przemieszczać się szybko, żeby na końcu drogi znaleźć pracę.
Zanim którakolwiek może odpowiedzieć, drzwi kawiarni się otwierają. Słychać cichy dzwoneczek i do środka wchodzi tata Clary.
– Tatuś! – krzyczy mała i próbuje zsunąć mi się z kolan.
Śmieję się i staram się jeszcze poprawić końcówkę warkocza tak szybko, jak to tylko możliwe.
– Daj mi to dokończyć – proszę i próbuję nie ciągnąć jej za włosy.
Dziecko się wierci. Chce biec do ojca i ani trochę nie zależy mu już na warkoczach.
– Skończyłam. – Wzdycham z ulgą, a potem delikatnie łapię małą za boki i bezpiecznie odstawiam na podłogę.
– Cześć, skarbie – wita się Dean. Przykuca i rozkłada szeroko ręce w oczekiwaniu na córkę, na co mała natychmiast wpada w jego objęcia.
Zarzuca mu małe rączki na kark, a w tym czasie on spogląda w naszą stronę. Przez sekundę wpatruje mi się w oczy i zaraz przechodzi spojrzeniem do Pippy i Lexi.
– Wszystko w porządku? – Spięcie wyczuwalne w jego tonie powoduje, że od razu wiadomo, iż się przejmował.
Wszystkie potakujemy.
– Było świetnie – stwierdza Pippa i zerka na mnie. – Wydaje mi się, że Clara ubłagała Liv, by ta narysowała jej pewnie z dwadzieścia różnych odmian kwiatów. Najadła się też słodyczy za dwoje. Nie mogłam jej odmówić.
Dean kręci głową i podnosi córkę z podłogi, po czym się prostuje.
– Podobają ci się moje warkocze, tatusiu? Liv mi je zrobiła – trajkocze dziewczynka, odpychając się lekko od jego klatki piersiowej i łapiąc za końce warkoczy, by mu je pokazać.
Dean nadyma nozdrza i patrzy na mnie przez chwilę.
Czy on się na mnie złości? Zrobiłam tylko to, o co mnie poprosiła.
– Podobają mi się – wyrzuca przez zaciśnięte zęby. – Ale co było nie tak z kucykami?
Clara patrzy na mnie i uśmiecha się lekko. Śmieje się, pewnie przypomina się jej to, jak dopiero co wypowiedziała się niepochlebnie o umiejętnościach taty. Jest wystarczająco empatyczna, by nie pokazywać niezadowolenia z tego, co zrobił z jej włosami. Wzrusza ramionami.
– Jedna gumka mi spadła – kłamie.
Chociaż trochę się obawiam, że pozwoliłam sobie na za wiele, czesząc cudze dziecko, nie potrafię nie uśmiechnąć się na jej słowa. Spoglądam na Deana i widzę, że patrzy wprost na mnie.
Przez chwilę nic nie mówi. Przełykam ślinę, obawiam się, że naprawdę jest zły. Nie rozumiem jednak, dlaczego miałby tak się czuć, ale przecież nie znam tych ludzi, więc może zrobiłam coś, czego nie powinnam. I Lexi, i Pippa wspominały, że Dean nie może utrzymać żadnej niani, ale może powodem tego pozostaje fakt, że wydaje się zły z powodu takiego drobiazgu jak uczesanie dziecka, i to nie pozwala mu zatrudnić nikogo na dłużej.
– Dziękuję – wyrzuca w końcu ostrzejszym tonem, niż się spodziewałam. – Chociaż się staram, nigdy mi to nie wychodzi. Jestem pewien, że się ucieszyła, iż to pani dla niej zrobiła.
Uśmiecham się szerzej. Ogarnia mnie ulga, bo on jednak się nie złości. Niepotrzebnie się przejmowałam.
– To nic takiego.
Pippa się pochyla i stuka dłońmi o blat.
– Liv, wiesz, że Dean szuka niani?
Przechylam głowę.
– Wydaje mi się, że o tym wspominałyście. Clara jest cudowna. Na pewno kogoś pan znajdzie – rzucam ze skrępowaniem, bo nie wiem, co mogłabym dodać.
– Liv świetnie sobie poradziła z Clarą – wtrąca się Lexi i uśmiecha promiennie. – I właśnie poszukuje pracy.
Robię wielkie oczy.
Co one knują?
