Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
429 osób interesuje się tą książką
Jeden oddany strzał zmienia życie trzech osób.
Jedna z nich ginie.
Druga za wszelką cenę pragnie zemsty.
Trzecia swoim postępowaniem skazuje się na pewną śmierć.
Kiedy Cassandra znajduje na ulicy zmasakrowane ciało brata bliźniaka, postanawia wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę. Wychowana w rodzinie handlarzy bronią, potrafi posługiwać się nią nawet z zamkniętymi oczami. Kiedy udaje się jej ustalić, kto stoi za śmiercią Theo, podejmuje decyzję, która zaważy na jej przyszłości.
Teraz musi uciekać. Wyjeżdża na drugi koniec kraju i próbuje rozpocząć nowe życie, ukrywając się pod fałszywym nazwiskiem. Nie wie jednak, że przeszłość depcze jej po piętach.
I jak się okazuje, ma imię.
Tarantula to nieuchwytny płatny zabójca, który nie zna litości. Zabija po cichu, niepostrzeżenie wstrzykując swoim ofiarom śmiertelne dawki jadu pająków.
I to właśnie Cassandra staje się jego kolejnym celem.
Nie zamierza natomiast zabić jej od razu. Tym razem chce się najpierw zabawić.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 515
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by J. Clarineste
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Anna Strączyńska
Korekta: Katarzyna Dziedzicka, Dominika Kalisz-Sosnowska, Emilia Ziarnik
Oprawa graficzna książki: Marcin Włodarczyk
ISBN 978-83-8418-993-1 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Ta historia została napisana z myślą o dorosłych czytelnikach.
Znajdziesz w niej wątki mogące wywoływać dyskomfort, między innymi:
• przemoc psychiczną i fizyczną,
• prześladowanie,
• morderstwa,
• sceny erotyczne,
• toksyczne relacje,
• oraz inne zachowania o destrukcyjnym charakterze.
Obecność tych treści służy wyłącznie opowiedzeniu historii i nie stanowi ich pochwały ani usprawiedliwienia. Zachowania bohaterów nie odzwierciedlają moich poglądów i nie powinny być traktowane jako wzorzec.
Pamiętaj, że jest to tylko fikcja literacka.
Choć emocje podczas czytania z pewnością są prawdziwe, przedstawiona historia istnieje wyłącznie na kartach tej książki.
Śledziłam mój cel od kilku tygodni.
Christian Divey. Przykładny student prawa na Harvardzie. Nieposzlakowana opinia oraz skrywana przed akademickim otoczeniem tajemnica, która doprowadziła do śmierci najważniejszej osoby w moim życiu.
Pałałam żądzą zemsty tak silną, że nic nie było w stanie powstrzymać mnie przed wymierzeniem sprawiedliwości. Plan był prosty. Poznać przeciwnika i zaatakować wtedy, kiedy będzie się tego najmniej spodziewał.
Stać się jego cieniem.
Cichą zapowiedzią zbliżającej się śmierci.
Specjalnie na tę okazję przeprowadziłam się z Nowego Jorku do Bostonu. W mieszkaniu, jeszcze do niedawna należącym do Theo, nadal czułam jego zapach. Wżerał się w każdy najmniejszy por skóry, osadzał się na niej niczym kurz przykrywający poustawiane na meblach ramki ze wspólnymi zdjęciami.
Od momentu jego śmierci nie pozwoliłam nikomu tutaj czegokolwiek ruszać. Sama też nie miałam odwagi niczego dotykać. Wszystkie rzeczy były pozostawione w tym samym miejscu. Kubek z niedopitą kawą, rzucone na fotel brudne ubrania czy stojąca w rogu sypialni gitara elektryczna. Wszystko sprawiało złudne wrażenie, jakby nadal tutaj mieszkał i lada moment miał przekroczyć próg mieszkania. Przytulić się do mnie i złożyć pocałunek na czubku mojej głowy, dokładnie tak, jak miał to w zwyczaju.
Wchodząc na dach najwyższego budynku przy jednej z głównych bostońskich ulic, czułam przyjemny dreszcz na skórze. Dostanie się tam było dziecinnie proste. Wystarczyła zaledwie odrobina uroku osobistego oraz kokieteryjnego spojrzenia, by uczynnemu recepcjoniście o kasztanowych włosach nawet przez myśl nie przeszło, że urocza blondynka może trzymać w przewieszonym przez ramię pokrowcu nie gitarę, tylko karabin snajperski.
Świadomość tego, co lada moment miało się tutaj wydarzyć, osiadła na dnie duszy, najprawdopodobniej już na zawsze wydzierając z niej strzępki dobra.
Podeszłam do krawędzi dachu i rozstawiłam sprzęt. Spojrzałam na widniejący na nadgarstku zegarek. Dokładnie za dwanaście minut i trzydzieści dwie sekundy mój cel powinien pojawić się na skrzyżowaniu.
Wystarczyła jedna kula, żeby pomścić śmierć Theo. Jedna kula mająca nieść za sobą upragnioną ulgę.
Zajęłam właściwą pozycję, po czym przyłożyłam oko do celownika. Jeszcze tylko chwila. Czułam, jak serce uderzało o żebra. Mój cel właśnie wyłonił się zza rogu. Kącik ust niekontrolowanie powędrował ku górze.
Zatrzymał się na czerwonym świetle i czekał, nieświadomy swojej rychłej śmierci.
Krótki wdech i… strzał. Celny strzał.
Chłopak dostał prosto w głowę, po czym padł bezwładnie na brudny chodnik przy akompaniamencie okrzyków przerażenia wydawanych przez zebranych wokół przechodniów.
Odsunęłam się od krawędzi, ze spokojem schowałam karabin do pokrowca, a potem jak gdyby nigdy nic opuściłam budynek jednym z tylnych wyjść i wsiadłam do zaparkowanego dwie przecznice dalej samochodu.
Gdy mknęłam autostradą w kierunku słonecznej Kalifornii, blond peruka oraz czarne przeciwsłoneczne okulary zasłaniały moje prawdziwe oblicze.
Właśnie zabiłam człowieka.
Z premedytacją i zimną krwią odebrałam komuś życie.
Kiedy trzymałam palec na spuście, nawet na sekundę nie zadrżała mi dłoń.
Cassandra
Leżałam na dachu kilkupiętrowego budynku, a głowa swobodnie zwisała mi poza jego krawędź. Chłodne powiewy wiatru mierzwiły długie włosy i smagały policzki, a promienie zachodzącego słońca drażniły oczy, przez co pomieszane z tuszem łzy spływały mi po twarzy. Wystawiłam ręce za głowę i przymknęłam powieki.
Czas zdawał się zatrzymać. Płynąca w żyłach adrenalina była upajająca. Cień strachu przed tym, że mogłam wychylić się zbyt mocno i wylądować ze złamanym karkiem na obskurnym chodniku, nie był w stanie wygrać z przyjemnym dreszczem podniecenia.
Dreszczem, którego tak bardzo poszukiwałam w życiu. Zwłaszcza wtedy, gdy tonęłam w mroku zasnuwającym moją duszę tak bardzo, że tylko on mógł sprawić, bym chociaż przez moment czuła się naprawdę żywa.
W takich chwilach boleśnie uświadamiałam sobie, jak bardzo różniłam się od innych.
Jak bardzo byłam popsuta.
Kiedy wszyscy uciekali przed zagrożeniem, ja bez wahania stawiałam mu czoła. Czasem zastanawiałam się, czy gdybym wychowała się w innej rodzinie i od najmłodszych lat nie spędzała godzin na znajdującej się na terenie rezydencji prywatnej strzelnicy ani nie biegała beztrosko po wypełnionych po brzegi magazynach z bronią, gdzie roiło się od ludzi z przestępczego półświatka, mogłabym być inna.
Normalna.
Chociaż większość osób obserwujących moje życie z zewnątrz mogła zazdrościć mi tego, co miałam, nikt nie zdawał sobie sprawy, że przesiąknięte luksusem wnętrza oraz drogocenne przedmioty były jedynie piękną otoczką, mającą rekompensować mi i mojemu bratu brak obecności rodziców. Ci od zawsze byli w stu procentach pochłonięci pracą, więc nie spędzali z nami zbyt wiele czasu.
Wychowywały nas zmieniające się przynajmniej dwa razy w roku opiekunki, ale nawet one nie nawiązywały z nami żadnych bliższych relacji. Być może trzymały się na dystans z obawy, że gdy tylko przekroczą wyznaczone przez rodziców granice, spotkają je nieprzyjemne konsekwencje, a może po prostu nie chciały zawracać sobie głowy okazywaniem uczuć komuś takiemu jak my.
W tym wszystkim jedyną stałą była nasza nierozerwalna więź.
Theo i ja byliśmy do siebie podobni niczym dwie krople wody. Zadarty nos, wyraźnie zarysowana linia szczęki, pełne usta i oczy w kolorze onyksu. Tak ciemne, że niemal zlewające się ze źrenicami. Często żartowaliśmy, że miały taki kolor z powodu płynącego w naszych żyłach metalu, wykorzystywanego w produkcji nabojów do broni, której handlem parali się nasi rodzice.
Nigdy nie mieliśmy przed sobą tajemnic. Mogłam wyznać mu swoje najgorsze myśli, a on nigdy mnie nie oceniał. Tylko jemu w pełni ufałam, bo wiedziałam, że czuł to samo co ja.
Otaczał go ten sam mrok.
Chociaż każde z nas radziło sobie z nim w inny sposób, to zawsze się wspieraliśmy.
Mieliśmy tylko siebie.
Mimo że nasza rozłąka spowodowana wyjazdem Theo na studia była naprawdę trudna, to nieprzerwanie udawało nam się utrzymywać bardzo dobry kontakt.
Oczywiście do czasu…
Wszystko zmieniło się tego jednego wieczoru, którego obrazu już nigdy nie wymażę z pamięci. Zmasakrowane, zakrwawione ciało oraz nieuchronnie zanikająca iskra życia w oczach, kiedy nie mogłam zrobić nic oprócz patrzenia na to, jak umierał.
W jednej chwili stałam się żywym dowodem na to, że rodzeństwo mogło zostać połączone czymś tak głębokim, a zarazem ulotnym i trudnym do opisania, że wraz z utratą tej drugiej osoby czuło się, jakby straciło się też cząstkę siebie.
Na każde wspomnienie o Theo bolało mnie serce. Nadal nie pogodziłam się z jego śmiercią. Miałam wrażenie, że to nigdy nie nastanie.
Wytarłam mokrą od łez twarz, po czym powoli się podniosłam. Ostatni raz spojrzałam na rozpościerającą się stąd panoramę powoli pogrążającego się w ciemnościach miasta, wcisnęłam dłonie do kieszeni bluzy i ruszyłam w kierunku wyjścia ewakuacyjnego.
Drewnianymi oraz zdecydowanie zbyt skrzypiącymi schodami zeszłam piętro niżej. Właściciel mieszkania miał rację – żaden z lokatorów nie zapuszczał się na dach. Nie było tam żadnych zabezpieczeń, a i same schody były już na tyle spróchniałe, że istniało duże prawdopodobieństwo, że mogłyby zapaść się pod ciężarem ciała nieszczęśnika, który zechciałby szukać tam ukojenia.
Nie narzekałam na ten stan rzeczy. Lubiłam samotność.
Choć może to raczej ona lubiła mnie.
Szarpnięciem otworzyłam drzwi do mieszkania. W środku nadal unosił się sosnowy zapach świeczki, którą zgasiłam tuż przed wyjściem.
Wciąż pamiętałam ten charakterystyczny ucisk w piersi, towarzyszący mi, gdy pierwszy raz przekroczyłam jego próg.
Surowe wnętrze do złudzenia przypominało klimat, w jakim zachowane było mieszkanie należące niegdyś do Theo. Kiedy tylko zobaczyłam ogłoszenie o wynajmie na jednej ze stron internetowych, poczułam, że czekało właśnie na mnie. Przysiadłam na kanapie i zerknęłam na stojącą w rogu gitarę elektryczną brata – jedyną rzecz, którą zabrałam ze sobą z Bostonu.
Przyzwyczajenie się do nowej rzeczywistości nie było łatwe. Przez pierwsze tygodnie nie przespałam w pełni ani jednej nocy. Każdy, nawet najcichszy dźwięk powodował, że wybudzałam się z bijącym w szaleńczym tempie sercem. Zanim rzeczywistość zdołała odgonić senne marzenia, przez boleśnie krótką chwilę żywiłam się nadzieją, że śmierć brata była jedynie utkanym przez zdradziecki umysł koszmarem.
Minęły trzy miesiące, a ja nadal nie potrafiłam wrócić do normalnego życia.
Podciągnęłam kolana do klatki piersiowej. Trwałam w tej pozycji, aż burczenie w brzuchu przypomniało mi o tym, że od rana nic nie zjadłam. Właściwie odkąd tutaj przyjechałam, nie miałam za wiele w ustach.
Nie przejmując się tym, że było już grubo po północy, wyciągnęłam z lodówki gotowe danie kupione w pobliskim markecie i wrzuciłam je do mikrofalówki. Po dwóch minutach urządzenie dało znać krótkim piknięciem, że potrawa jest już gotowa. Nie kłopotałam się przełożeniem jej na talerz. Zamiast tego od razu usiadłam po turecku przy stoliku kawowym. Zdążyłam wziąć zaledwie kęs potrawy, zanim poczułam wibrację telefonu w kieszeni spodni. Spojrzałam na ekran. Dzwonił Nick. Najlepszy przyjaciel mojego brata, ale także i mój. Zwłaszcza po jego śmierci.
Znaliśmy się, odkąd skończyliśmy piętnaście lat. Rodzice chłopaka prowadzili interesy z naszymi. Któregoś razu na jedno z przyjęć zabrali ze sobą Nicka, a ten, znudzony godzinnymi rozmowami o interesach, chyłkiem wymknął się z imprezy. Plątając się po terenie posiadłości, natknął się na budynek, gdzie znajdowała się strzelnica. Zrządzeniem losu akurat byliśmy tam razem z Theo. Chociaż początkowo nie byłam zbyt przychylnie nastawiona do chłopaka, okazało się, że mamy ze sobą wiele wspólnego.
Podobnie jak my, Nick nie miał dobrego kontaktu z rodzicami, którzy jego zdaniem byli nadętymi bucami ze skłonnościami sadystycznymi. Nienawidził ich za to, że zmusili go do pójścia w kierunku, który kompletnie go nie interesował. Chłopak był prawdziwym geniuszem informatycznym – przynajmniej w moich oczach. Nigdy wcześniej nie poznałam nikogo, kto potrafiłby zdobyć dostęp nawet do najlepiej strzeżonych systemów na świecie. Miałam wrażenie, że nie było dla niego rzeczy niemożliwych.
– Wiem, że jest późno, ale skoro odebrałaś, to znaczy, że nie śpisz – rzucił na jednym wydechu, nawet się ze mną nie witając.
– No co ty nie powiesz? Może po prostu mnie obudziłeś? Bierzesz w ogóle taką opcję pod uwagę? – zasugerowałam, celowo mu dokuczając.
– Przecież słyszę, że coś jesz – odburknął. – O tej porze to niezbyt rozsądny pomysł.
– Może i jem. Dzwonienie po nocy do przyjaciół też nie jest najlepszym pomysłem. – Przełknęłam kolejny kęs zapiekanki, krzywiąc się z niesmakiem.
Coś ewidentnie było z nią nie tak. Zerknęłam na widniejącą na spodzie opakowania datę ważności i zdałam sobie sprawę, że powinnam była ją zjeść cztery dni temu. To by tłumaczyło, dlaczego smakowała tak gównianie.
Wstałam z podłogi i od razu podeszłam do zlewu, żeby przepłukać usta i pozbyć się nieprzyjemnego posmaku.
– Miło, że nadal nazywasz mnie swoim przyjacielem. Czuję się naprawdę zaszczycony. – W głosie chłopaka wyczułam nutę złośliwości.
Nie byłam zdziwiona jego reakcją. Przez ostatnie tygodnie nie rozmawialiśmy ze sobą zbyt często. Nasz kontakt ograniczał się jedynie do wysyłania krótkich wiadomości, na które zresztą i tak odpowiadałam coraz rzadziej.
– Dzwonisz w jakimś konkretnym celu?
– Otworzyłaś już paczkę, którą ci wysłałem? – zapytał, na co zmarszczyłam brwi z konsternacją.
– Paczkę?
– Tak, Cass. Dostałem info, że powinna dzisiaj do ciebie dotrzeć.
– A tak, rzeczywiście. Kurier przyniósł dzisiaj rano jakieś pudełko. Nie było na nim żadnych danych, więc uznałam, że to pomyłka, i wyrzuciłam je do śmieci.
– Do śmieci?! – oburzony krzyknął tak głośno, że musiałam odsunąć telefon od ucha. – Chyba jesteś niepoważna – burknął. – Na twoim miejscu chociaż z ciekawości sprawdziłbym, co jest w środku.
– Po co te nerwy? Już po nią idę. – Pochyliłam się i wyciągnęłam z kosza małe, czarne zawiniątko. – Zdradzisz mi, co to?
– Otwórz, to zobaczysz. Uznałem, że ci się przyda.
Potrząsnęłam lekko pudełkiem, lecz nie pomogło mi to w rozszyfrowaniu jego zawartości. Sięgnęłam po nóż i rozerwałam taśmę, by zajrzeć do środka. Na dnie znalazłam niewielką, plastikową kartę.
– Załatwiłeś mi fałszywy dowód? – zapytałam, przyglądając się swojej podobiźnie na dokumencie.
Kwestia stworzenia nowej tożsamości chodziła za mną już od jakiegoś czasu. Zdawałam sobie sprawę, że tylko w ten sposób będę mogła zacząć od nowa.
Z dala od widma przeszłości.
– I tak długo z tym zwlekałaś. Miałaś dużo szczęścia, że właściciel mieszkania do tej pory nie węszył. Gdyby zaczął zadawać pytania…
– Tak, wiem, Nick – przerwałam.
Udało mi się wynająć to mieszkanie tylko dlatego, że mężczyzna miał poważne problemy finansowe i na szybko potrzebował dużej sumy pieniędzy. Kiedy zaproponowałam mu, że opłacę czynsz za rok z góry, bez wahania przymknął oko na brak dokumentów.
– Wiesz, że nie możesz wiecznie siedzieć zamknięta w czterech ścianach? – Chłopak przerwał ciszę. – W końcu będziesz musiała wyjść do ludzi.
– Wiem. Po prostu… Strasznie za nim tęsknię – wyznałam, ledwo panując nad drżeniem głosu.
– Też mi go brakuje – przyznał ze smutkiem. – Miałaś ostatnio kontakt z rodzicami? Odzywali się po twoim wyjeździe?
– Nie – odpowiedziałam zdawkowo.
Nie byłam zawiedziona, a już tym bardziej zdziwiona. Uciekając z Nowego Jorku, odcięłam się od nich. Nie mieli pojęcia, gdzie byłam ani co zrobiłam. Zostawiłam im jedynie krótką wiadomość, że musiałam zmienić otoczenie, bo nie potrafiłam poradzić sobie po śmierci brata.
– Cass? – podjął.
– Tak?
– Pamiętaj, że Theo nie chciałby, żebyś zatraciła się w cierpieniu i zrezygnowała z życia tylko dlatego, że jego już z nami nie ma.
Jego słowa wcale mi nie pomogły. Doskonale wiedziałam, że miał rację. Po prostu cholernie trudno było mi zrobić ten pierwszy krok. Odnaleźć się na nowo.
Odchrząknęłam, czując, że znowu zaczynam się rozklejać.
Boże… jak ja tego nienawidziłam.
– Jesteś pewien, że nikt się nie zorientuje, że ten dowód to fałszywka? – zapytałam, chcąc zmienić temat.
– Nie obrażaj mnie – odpowiedział z nutą irytacji. – Rozmawiasz z najlepszym hakerem w Nowym Jorku, i to w dodatku mającym najlepszą sieć kontaktów – skwitował nieskromnie. – Skontaktowałem się z kim trzeba. Nikt nie będzie w stanie podważyć jego autentyczności. Od dziś oficjalnie nazywasz się Melanie Crawford – podsumował, a ja raz jeszcze spojrzałam na plastik.
Klamka zapadła.
Cassandra Forenty miała odejść w zapomnienie.
Choć wiedziałam, że stwarzało to możliwość wykreowania całkiem nowego życia, to jedynym, co towarzyszyło mi w tym momencie, była wszechogarniająca pustka.
Cassandra
Spacerując po skąpanych w świetle miejskich latarni uliczkach, próbowałam uporać się z natłokiem myśli.
Przeszłam już kilkanaście mil, a z każdą następną coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że wybór jednych z najwyższych szpilek z mojej kolekcji nie był najlepszym pomysłem. Nie przypuszczałam, że oddalę się tak daleko od domu. Stawiając kolejne kroki, czułam przybierający na sile ból stóp. Rozejrzałam się w poszukiwaniu ławki, na której mogłabym choć na chwilę odpocząć, ale nie dostrzegłam żadnej w pobliżu.
Zamiast tego moją uwagę zwrócił połyskujący w ciemności szyld klubu na jednym z budynków. Niewielka kolejka przed wejściem zachęcała do tego, by wejść do środka, wypić jednego czy dwa drinki i dać wytchnienie obolałym nogom.
Minęłam dobrze zbudowanego ochroniarza i przeszłam w głąb pomieszczenia oświetlonego czerwonymi światłami. Nie sądziłam, że w środku będzie aż tyle osób. Przeciskając się przez tłum klubowiczów, zwróciłam na siebie uwagę kilku mężczyzn, którzy za wszelką cenę próbowali zaciągnąć mnie do prywatnych lóż kryjących się gdzieś w głębi lokalu. Odmówiłam każdemu z nich i ruszyłam prosto do baru. Udało mi się nawet znaleźć wolny hoker na uboczu.
Odszukałam wzrokiem barmana i kiwnęłam mu ręką na znak, że chciałabym złożyć zamówienie.
– Co podać? – Podszedł do mnie młody chłopak o latynoskiej urodzie, z niesfornie opadającymi na czoło loczkami.
– Whisky – odpowiedziałam, starając się przekrzyczeć dudniącą z głośników muzykę.
Choć nienawidziłam tego trunku, wybór wydawał się oczywisty.
Był to ulubiony alkohol mojego brata.
Jak tylko chłopak podał mi szklankę, opróżniłam ją jednym haustem. Ostry smak drażniący podniebienie przywołał lawinę wspomnień.
– Jeszcze raz to samo – poprosiłam, unosząc puste naczynie.
– Kiepski dzień? – Uśmiechnął się, a w jego policzkach uwidoczniły się dołeczki.
– Coś w tym stylu – odpowiedziałam wymijająco, po czym od razu spuściłam wzrok i wlepiłam go w bursztynowy płyn.
Sunęłam paznokciami po wyżłobieniach w szkle, kiedy nagle poczułam na sobie czyjś wzrok. Zacisnęłam palce mocniej na szklance i obróciłam się na krześle, rozglądając się leniwie po wnętrzu klubu. Choć nikt nie zwrócił mojej uwagi, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że byłam obserwowana.
Dopiłam szybko drinka i ponownie złapałam kontakt wzrokowy z barmanem.
– Chciałabym zapłacić.
– Pewnie. – Mężczyzna zniknął na moment, a po chwili wrócił z terminalem.
Przyłożyłam kartę do urządzenia, niecierpliwie stukając palcami o blat.
– Transakcja odrzucona. – Pokazał mi komunikat na wyświetlaczu.
Zdezorientowana, zmarszczyłam brwi. Spojrzałam najpierw na chłopaka, a potem na kartę.
– Niemożliwe – powiedziałam pod nosem. – Możesz spróbować jeszcze raz?
Barman ponownie przyłożył plastik do terminala.
– Odmowa.
Przygryzłam wargę. Chyba jeszcze nigdy nie czułam się tak niezręcznie.
– Dasz mi chwilę? – rzuciłam, na co chłopak skinął głową i poszedł odebrać zamówienie od innego klienta.
Wyjęłam telefon z torebki i zalogowałam się na konto bankowe. Natychmiast zorientowałam się, że wszystkie moje pieniądze zniknęły.
Powstrzymałam się przed prychnięciem.
Moi wspaniali rodzice odcięli mnie od kasy.
W gruncie rzeczy byłam nawet trochę zdziwiona, że przypomnieli sobie o moim istnieniu. Szkoda tylko, że zrobili to w najmniej odpowiednim momencie, i to na dodatek w taki sposób.
Od razu napisałam krótką wiadomość do Nicka. Nie minęło pięć minut, a przelew był już na moim koncie. W dodatku sporo wyższy, niż prosiłam. Opłaciłam rachunek i ruszyłam do wyjścia. Kiedy znalazłam się już przy drzwiach, w oczy rzuciło mi się zawieszone na nich ogłoszenie o pracę na stanowisko barmanki. Pod wpływem impulsu zerwałam je, po czym wróciłam do baru.
– Czy to ogłoszenie jest nadal aktualne? – Położyłam na blacie wygniecioną kartkę.
Barman spojrzał na mnie, marszcząc brwi.
– Tak – odparł po chwili namysłu. – Jesteś zainteresowana? – Obdarzył mnie przyjaznym uśmiechem.
Zawahałam się. Gdyby nie fakt, że zostałam bez pieniędzy, pewnie nawet nie rozważałabym takiej ewentualności.
– Tak. – Kiwnęłam lekko głową, chociaż wciąż nie byłam do końca pewna swojej decyzji.
– Jak masz na imię?
– Ca… – Zakaszlałam, próbując zatuszować to, co chciałam powiedzieć. – Melanie. Mam na imię Melanie – poprawiłam się.
– Carlos. – Wyciągnął do mnie rękę, którą uścisnęłam po chwili wahania. – Przyjdź jutro o szóstej wieczorem. Pogadasz z szefem – dodał na odchodne.
Ponownie przecisnęłam się przez tłum spoconych ciał, by w końcu wydostać się na zewnątrz. Od razu wygrzebałam z torebki telefon i wezwałam taksówkę.
Noc była wyjątkowo duszna. Piętrzące się na niebie ciemne chmury i gęste powietrze zwiastowały nadchodzącą burzę. Ubrania nieprzyjemnie kleiły mi się do ciała. Przyłożyłam dłonie do policzków, po czym starłam z nich pot, zapewne razem z pozostałościami makijażu.
Chcąc uciec od zapachu dymu papierosowego, odeszłam kilka kroków od głównego wejścia i oparłam się plecami o odrapaną ścianę. Znowu poczułam ciężar czyjegoś spojrzenia. Uważnie rozejrzałam się wokół. Przed klubem roiło się od pijanych imprezowiczów, dla których noc zdecydowanie dobiegła już końca. Większość z nich z trudem utrzymywała się na nogach.
Kiedy zerknęłam na drugą stronę ulicy, moją uwagę zwrócił samochód z przyciemnionymi szybami. Moje ciało przeszył dreszcz. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że osoba znajdująca się w środku mnie obserwowała.
Postawiłam krok do przodu. Zaraz potem kolejny i jeszcze następny. W połowie drogi kierowca niespodziewanie zapalił światła i gwałtownie ruszył. Wycofałam się, gdy nagle dotarł do mnie donośny dźwięk klaksonu. Odskoczyłam na bok, w ostatniej chwili ratując się przed zostaniem zmasakrowaną przez nadjeżdżające auto.
Serce biło mi jak oszalałe. Przyłożyłam dłoń do piersi. Kierowca uchylił okno i uraczył mnie serią przekleństw, czym przyciągnął do nas niepotrzebną uwagę. Na szczęście po chwili na horyzoncie pojawiła się taksówka, dzięki czemu bez dalszych upokorzeń mogłam w spokoju wrócić do mieszkania.
Gdy tylko weszłam do środka, zrzuciłam z obolałych stóp szpilki. Otworzyłam na oścież okno w sypialni, wzięłam szybki, orzeźwiający prysznic i wsunęłam się pod chłodną pościel.
Nie spodziewałam się, że spontaniczna wizyta w klubie zakończy się szansą na znalezienie nowej pracy. Chociaż nigdy nie widziałam się w roli barmanki, byłam pewna, że w takim miejscu jak to, nikt nie prześwietlałby mojego życiorysu.
Mogłabym być Melanie Crawford bez obaw, że zostanę zdemaskowana.
Przez nadmiar emocji i alkoholu chyba pierwszy raz od przeprowadzki udało mi się tak szybko zasnąć.
Obudził mnie dopiero dźwięk zatrzaskującego się okna. Wyrwana ze snu, niemal podskoczyłam. Gdy otworzyłam ociężałe powieki, dostrzegłam, że na zewnątrz rozszalała się prawdziwa ulewa. Nadal było ciemno. Firanka powiewała szaleńczo na wietrze, raz za razem przytrzaskiwana przez zamykające się okno.
Wygrzebałam się z pościeli i szybkim krokiem podeszłam, aby je zamknąć. Przez moment walczyłam z niesforną tkaniną, aż wreszcie udało mi się chwycić za klamkę. Już miałam ją przekręcić, kiedy w mglistym świetle latarni po drugiej stronie ulicy dostrzegłam ciemną postać. Choć kaptur przysłaniał jej twarz, po posturze mogłam stwierdzić, że był to mężczyzna.
Patrzył prosto w moje okno.
Nie poruszył się nawet wtedy, gdy nasze spojrzenia się spotkały.
Całe moje ciało pokryło się gęsią skórką.
Jego widok był tak samo intrygujący, jak i niepokojący.
Tarantula
Kiedy pierwszy raz ją ujrzałem, nie mogłem uwierzyć, że to ona będzie moim kolejnym celem. Spodziewałem się kogoś… innego.
Nie wyglądała na osobę, która byłaby w stanie zabić. Drobna postura, długie, rude włosy, które chciałoby się opleść wokół nadgarstka, do tego śliczna buźka i przenikliwe spojrzenie. Wydawała się taka słaba. Krucha. Sprawiała wrażenie kogoś, kogo łatwo złamać. Wystarczyłoby chwycić w dłonie jej delikatną szyję i zamknąć w szczelnym uścisku. Nie dałaby rady się wyrwać, a ja mógłbym obserwować, jak uchodzi z niej życie.
Problem w tym, że to byłoby zbyt proste.
Nie w moim stylu.
Zabawa w kotka i myszkę od zawsze była moją ulubioną. Uwielbiałem, kiedy moje ofiary się bały. Kiedy jedynym, co mogłem dostrzec w ich oczach, był strach. Tak dotkliwy, że gdybym miał chociażby skrawki duszy, zapewne mógłbym im współczuć.
Cóż za pech, że w moim słowniku nie było takiego słowa jak „współczucie”.
Nie znałem litości. Napawałem się każdym jękiem, krzykiem i łzą spływającą po policzkach tych, których ostatnim widokiem miała być moja pozbawiona emocji twarz.
Długo odwlekałem nasze pierwsze spotkanie. Chciałem zaplanować dla niej coś specjalnego. Pragnąłem wniknąć w jej krwiobieg, zatruć płynącą w żyłach krew. Sprawić, że wyryję się w jej myślach i zawładnę umysłem.
Takie działanie ku mojemu niezadowoleniu wymagało ogromu cierpliwości. Obserwowałem ją od wielu tygodni, pozwalając się zadomowić. Poczuć bezpiecznie i pewnie.
Zapragnąłem zaczepić ją w klubie, do którego postanowiła pójść całkiem sama. Niezbyt rozsądnie. Do tego ten strój. Czarny, skórzany komplet, zdecydowanie zbyt mocno przyciągający uwagę. Z zaciekawieniem obserwowałem, jak spławiała każdego frajera na swojej drodze.
Nie kręciła jej adoracja ze strony mężczyzn? A może uważała się za kogoś lepszego? W końcu była kolejną rozpieszczoną dziewczynką z dobrego domu, której nikt nie dorastał do pięt.
Cudownie było przyglądać się jej każdemu ruchowi. Zwłaszcza że kompletnie nie zdawała sobie sprawy z mojej obecności. Przynajmniej do czasu. Zaskoczyła mnie, kiedy po wyjściu z klubu ze wszystkich obecnych wokół osób zwróciła uwagę właśnie na mnie. Odważyła się nawet podejść bliżej, aby sprawdzić, kto krył się za szybą, ale nie pozwoliłem jej na to.
Zamiast tego śledziłem ją przez całą drogę do domu. Miała szczęście, że zamówiła taksówkę. W innym wypadku chyba nie byłbym w stanie powstrzymać się przed zaciągnięciem jej w ciemną uliczkę. Zaparkowałem auto niedaleko jej mieszkania i obserwowałem. Otworzyła okno w sypialni, by po kilkunastu minutach zapewne położyć się spać.
Ciekawe, czy o czymś śniła.
Spędziłem kilka godzin na wlepianiu wzroku w budynek. Kiedy rozszalała się ulewa, poczułem pod skórą, że to mój moment. Moment, aby po raz pierwszy poinformować dziewczynę o mojej obecności. Włożyłem kominiarkę i naciągnąłem na głowę kaptur. Stanąłem pod latarnią znajdującą się naprzeciwko jej mieszkania. Nie musiałem długo czekać, aż pojawi się w oknie. Przechyliłem lekko głowę.
No dalej. Popatrz w moją stronę, rudzielcu.
A wtedy ona… odwzajemniła moje spojrzenie. Zupełnie tak, jakby się nie bała. Uniosłem lekko kącik ust. Patrzyła na mnie w sposób, który tylko rozbudził moje żądze. Walczyłem, aby nie zerwać się do biegu i nie wejść do jej mieszkania. Powstrzymał mnie wyłącznie fakt, że za to, co zrobiła, nie zasługiwała na szybką śmierć.
W końcu sylwetka dziewczyny zniknęła za zasłoną, a ja wróciłem do auta. W mojej głowie pojawiła się tylko jedna myśl:
Zniszczę ją. W każdy możliwy sposób. Sprawię, że będzie bała się własnego cienia. Od teraz należy do mnie i nie spocznę, dopóki nie wrzucę jej wiotkiego ciała do wykopanego specjalnie na tę okazję grobu.
Nie ucieknie przede mną.
Zabawa dopiero się zaczyna.
Cassandra
Zastanawiałam się, kim był ten mężczyzna. Jeszcze przez kilkanaście sekund wpatrywałam się w niego niczym zahipnotyzowana. Dudniące o parapet krople deszczu zagłuszały przyspieszony oddech i szaleńcze bicie serca. Nie mogłam się ruszyć. Jakaś nienazwana siła kazała mi pozostać w miejscu. Przygryzłam wargę, a rdzawy posmak w ustach sprawił, że wreszcie się ocknęłam. Ścisnęłam nasadę nosa i pokręciłam głową.
Zamknęłam z trzaskiem okno, a zaraz potem zaciągnęłam zasłonę. Jeszcze przez chwilę ściskałam ją w dłoniach. Kusiło mnie, żeby uchylić ciężki materiał. Zaledwie odrobinę. Tak, abym mogła raz jeszcze spojrzeć na spowitą mgłą ulicę i stojącego na niej mężczyznę. Zwalczyłam jednak w sobie tę pokusę, wypuściłam materiał z rąk, odwróciłam się i ruszyłam z powrotem do łóżka. Zdziwiło mnie, że moje nogi były jak z waty.
Przecież się nie bałam. To nie było w moim stylu.
Ułożyłam się na miękkim materacu, wcześniej odwróciwszy poduszkę na chłodniejszą stronę. Przyłapałam się na tym, że co jakiś czas zerkałam w kierunku okna. Ta sytuacja nie dawała mi spokoju. Umysł podsyłał tysiące sprzecznych myśli.
Może stojący w deszczu mężczyzna był tylko wytworem mojej wyobraźni? A może to nieszkodliwy nastolatek, który chciał kogoś nastraszyć, i przypadkiem padło na mnie?
W ostatniej myśli, której nie chciałam do siebie dopuścić, tajemniczy nieznajomy mógł okazać się widmem mojej przeszłości.
Cassandra
Do klubu przyszłam kilka minut przed szóstą. Dopiero kiedy świecił pustkami, mogłam dokładniej przyjrzeć się wnętrzu. Właściciel bez wątpienia uwielbiał czerwień, bo wszystkie detale były właśnie w tym kolorze. Choć przestrzeń nie należała do największych, mieściła wszystko to, co w takich miejscach niezbędne. Po lewej stronie, naprzeciwko trzech podestów z zamontowanymi rurami do tańca znajdowały się loże z wielkimi skórzanymi kanapami. Po prawej – parkiet i kilka stolików. Centralną część stanowił duży bar ozdobiony neonem z napisem Ride with the devil. Hide with the Lord.
– Melanie! Przyszłaś. – Barman, którego wczoraj poznałam, wyszedł zza baru, żeby się ze mną przywitać. Ucałował mnie w oba policzki i obdarzył szerokim uśmiechem.
Speszyła mnie jego bezpośredniość. Nie przywykłam do tego typu czułych gestów.
– Cześć. – Uśmiechnęłam się krzywo, próbując odwzajemnić entuzjazm.
– Klub wygląda dziwnie, kiedy nie ma tłumu ludzi, co nie? – Skrzyżował ręce na klatce piersiowej.
– Rzeczywiście. To miejsce wydaje się stworzone do tego, by tętnić życiem.
– Napawaj się każdą chwilą spokoju. Szybko za nim zatęsknisz. Niemal codziennie mamy pełne obłożenie i nie wiemy, w co ręce włożyć. Cieszę się, że będziesz z nami pracować. Rozmawiałem wczoraj z Greysonem, naszym szefem – doprecyzował od razu. – Opowiedziałem mu co nieco o tobie. Miał przygotować umowę. Wystarczy, że podpiszesz dokumenty, i będziesz mogła zacząć pracę.
– Tak po prostu? Bez żadnej rozmowy?
– Wydawało mi się, że jej naprawdę potrzebujesz, więc zagadałem do szefa – przyznał. Z pewnością miał na myśli wczorajszy incydent. – Powiedziałem, że jesteś idealną kandydatką i bez problemu dopasujesz się do naszego zespołu.
– Ale przecież nawet mnie nie znasz.
– Będziemy mieli mnóstwo czasu, żeby to zmienić. – Uśmiechnął się. – Jeśli się nie rozmyśliłaś, praca jest twoja.
– Jasne, że się nie rozmyśliłam.
– To świetnie. Nawet nie wiesz, jak mi ulżyło. Na gwałt potrzebowaliśmy dodatkowych rąk do pracy.
– Tak właściwie ilu was tutaj jest?
– Z tobą będzie sześć osób. Trzy na barze i trzy tancerki. Potem cię wszystkim przedstawię. Cholera. – Chłopak spojrzał przez moje ramię. – Dostawa miała być dopiero za pół godziny. – Westchnął. – Muszę się tym zająć. Wybacz. Rozgość się, a ja zaraz wrócę, okej?
– Jasne. Mną się nie przejmuj – zapewniłam z uśmiechem.
Kiedy wyszedł odebrać towar, postanowiłam trochę się rozejrzeć. Od razu ruszyłam w kierunku wąskiego korytarza prowadzącego w głąb klubu.
– Przepraszam – usłyszałam dobiegający zza drzwi roztrzęsiony głos jakiejś dziewczyny.
Nie powinnam podsłuchiwać, ale nie mogłam się powstrzymać. Stanęłam tuż przy uchylonych drzwiach i oparłam się o ścianę, by pozostać niezauważona.
– Myślisz, że to wystarczy? Że zrobisz te swoje słodkie oczka, skulisz się jak skatowany szczeniak i wzbudzisz tym moje współczucie? – zapytał stanowczym tonem mężczyzna.
– Naprawdę bardzo przepraszam, panie Greysonie.
Greyson. Mój nowy szef, a przy okazji kolejny dupek z manią wyższości.
Cudownie.
– Przez ciebie Phoebe musiała przyjść do pracy pomimo urlopu. Dbam o swoje dziewczynki i ich czas wolny, ale nie mogę pozwolić sobie na brak tancerek podczas imprez. Takim zachowaniem możesz przysporzyć sobie wrogów. Nie chcę żadnych konfliktów. Nie jesteś jebanym pępkiem świata.
Zmarszczyłam z niesmakiem brwi. Ganił ją, jakby była małym dzieckiem. Od razu zrozumiałam, że nie będziemy w stanie się polubić.
– Wiem i jeszcze raz bardzo przepraszam – odparła cichutko.
Byłam pewna, że pochylała przed nim głowę, okazując w ten sposób skruchę, a on wykrzywiał usta w zadowolonym uśmieszku. Pewnie podniecała go władza, jaką miał nad tą biedną dziewczyną.
– To się więcej nie powtórzy. Przysięgam – dodała pospiesznie.
Wyraźnie słyszałam, jak łamie się jej głos.
– Przysięgasz? – odparł kpiąco. – Patrz na mnie, jak do ciebie mówię – warknął. – Jak wiele jesteś w stanie zrobić, by zatrzymać tę posadę?
Zacisnęłam pięści, powstrzymując się przed wparowaniem do tego cholernego pokoju.
– Wszystko – wyłkała. – Zrobię wszystko. Niech mnie pan tylko nie zwalnia. Potrzebuję tej pracy – błagała.
Coraz trudniej słuchało mi się ich rozmowy. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego dziewczyna dawała sobą tak pomiatać. Była kompletnie podporządkowana temu facetowi. Musiała być w naprawdę trudnej sytuacji, skoro dawała się tak traktować.
– Masz szczęście, że mam do ciebie pierdoloną słabość. A teraz zmykaj. Przygotuj się do występu.
– Oczywiście – odpowiedziała, zbliżając się do drzwi.
– A i dzisiaj pracujesz za darmo, aniołku – dodał.
Dziewczyna najpewniej bała się odezwać, bo po chwili bez słowa wybiegła z pokoju, nie patrząc w moją stronę. Była zapłakana. I chociaż byłam raczej kiepska w okazywaniu empatii, zrobiło mi się jej szkoda. Nie mogłam tego tak zostawić. Nie mogłam pozwolić, żeby ten palant czuł się bezkarny.
– Wszystkich swoich pracowników tak traktujesz? Czy upatrujesz sobie najsłabsze osoby i obierasz je sobie za cel? – Bez zastanowienia wparowałam do gabinetu i zatrzasnęłam za sobą drzwi.
Byłam wzburzona i ani trochę nie obchodziło mnie to, czy zaraz nie stracę pracy, nie przepracowawszy ani jednego dnia. Czułam wewnętrzną potrzebę, żeby stanąć w obronie tej dziewczyny.
– Słucham? – Facet spojrzał na mnie zdezorientowany.
Gdybym nie słyszała, w jaki sposób potraktował swoją pracownicę, powiedziałabym, że był całkiem przystojny. Wysoki, atletyczna sylwetka, piwne oczy i włosy pozostawione w nieładzie. Miał na sobie eleganckie buty, czarne garniturowe spodnie oraz koszulę w tym samym kolorze. Tacy jak on wybujałe ego mieli zaprogramowane w genach i wzbudzali we mnie najgorsze uczucia.
– Ta dziewczyna, która wyszła stąd z płaczem – doprecyzowałam.
– Twierdzisz, że płakała przeze mnie? – Zmrużył oczy, usadawiając się wygodnie na skórzanym fotelu.
– A nie? – Przechyliłam głowę i uśmiechnęłam się wyzywająco.
– Kim ty, kurwa, jesteś? Przychodzisz do mojego gabinetu i panoszysz się, jakbyś miała tutaj jakąkolwiek władzę. Spływaj stąd, zanim moja cierpliwość się skończy i wezwę ochronę.
– Ochronę? – prychnęłam. – Musisz wzywać ochronę, bo sobie ze mną nie poradzisz?
– Czy ty mnie prowokujesz?
– Prowokuję do czego?
– Uważasz się za spryciulę, tak? Uważaj, bo zaraz może zrobić się naprawdę nieprzyjemnie. – Oparł łokcie o biurko i przysunął się do mnie, cedząc każde słowo przez zęby.
Najwyraźniej chciał, żebym się wystraszyła, ale tylko uniosłam wyżej podbródek.
– W gruncie rzeczy słabi mężczyźni starają się za wszelką cenę podporządkować sobie kobiety. Myślą, że jeśli je zastraszą, zdobędą nad nimi władzę i zatrzymają je przy sobie. Jaka szkoda… – Sunęłam palcem po nierównościach drewnianego blatu.
Widziałam rosnącą w jego oczach furię. Przełknął nerwowo ślinę, aby ostatecznie zerwać się z fotela i w kilku krokach stanąć naprzeciwko mnie. Uniósł rękę, lecz zatrzymał się w połowie drogi.
– Śmiało – wycedziłam, zbliżając do niego twarz. – Uderz mnie. Bo przecież to zamierzałeś zrobić, czyż nie? Bijesz kobiety, Greyson? – wyraźnie wypowiedziałam jego nazwisko.
– Za kogo ty się uważasz? – Chwycił mnie za łokieć i szarpnął.
W tym samym momencie do pokoju wparował lekko zdyszany Carlos. Mężczyzna natychmiast odsunął się ode mnie, jednak ani na sekundę nie odrywał wzroku od mojej twarzy.
– Widzę, że poznałeś już Melanie. To dziewczyna, o której ci mówiłem – odezwał się radośnie, nie zdając sobie sprawy z tego, co miało tutaj przed chwilą miejsce.
– Melanie… – odparł w zamyśleniu stojący obok facet.
– Zniknęłaś mi z pola widzenia. Już myślałem, że się rozmyśliłaś i uciekłaś – zwrócił się do mnie Carlos.
– Wybacz – skrzywiłam się. – Chciałam się trochę rozejrzeć i trafiłam tutaj. Drzwi były otwarte, więc pomyślałam, że od razu skorzystam z okazji, żeby poznać mojego nowego szefa. – Uśmiechnęłam się niewinnie.
– Myślałem, że miałeś mieć jakieś spotkanie, Wyatt.
– Skończyło się, zanim weszłam – wtrąciłam, nie pozwalając przyszłemu szefowi na odpowiedź.
– Skoro już się poznaliście, to pewnie zdążyliście omówić wszystkie szczegóły.
– W rzeczy samej – odpowiedziałam, patrząc na Wyatta.
– Tak. Czuję, że szykuje się naprawdę interesująca współpraca. – Greyson uniósł kącik ust.
Z jakiegoś powodu mężczyzna nie zdecydował się mnie wyrzucić, a ja mimo jego zachowania postanowiłam przyjąć tę posadę. Czułam w kościach, że nie było to nasze ostatnie starcie i nie mogłam się doczekać, żeby kolejny raz zetrzeć mu z twarzy ten cholerny uśmieszek.
– Chodź. Przedstawię cię reszcie załogi, zanim zrobi się niezłe zamieszanie. – Carlos pociągnął mnie za sobą do niewielkiego pomieszczenia, które wyglądało na garderobę i pokój socjalny jednocześnie. Przy niewielkim plastikowym stole siedział łysy mężczyzna z brodą oraz atrakcyjna brunetka o zielonych oczach. Obydwoje raczej sporo starsi ode mnie.
– To Miguel, barman, i Sophia, tancerka – przedstawił ich Carlos. – A to Melanie. Będzie z nami pracować na barze – dodał, obejmując mnie przyjaźnie ramieniem.
Chociaż zmusiłam się do uśmiechu, czułam się nieco przytłoczona ich towarzystwem i nie potrafiłam się do końca wyluzować.
– Miło cię poznać, Melanie. – Dziewczyna odłożyła trzymany w ręce widelec, po czym wstała, żeby się do mnie przytulić. – Masz piękne włosy i nieziemską urodę. Aż dziwne, że Wyatt nie zatrudnił cię jako tancerki.
– Taniec nie jest moją mocną stroną – przyznałam. – Poza tym chyba macie już komplet.
– Jak ta nowa nadal będzie odwalać takie akcje jak ostatnim razem, nie zabawi tutaj zbyt długo – odpowiedziała Sophia z wyraźnym niezadowoleniem.
– Mniejsza o to – wtrącił Carlos. – Phoebe jest na urlopie, więc poznasz ją dopiero w przyszłym tygodniu. Jestem pewien, że złapiecie wspólny język.
– Na to liczę – odparłam, kiedy do pokoju weszła dziewczyna, którą widziałam wcześniej w gabinecie szefa.
Przeszła obok nas i usiadła przy toaletce, żeby poprawić makijaż.
– Jak ma na imię? – szepnęłam do Carlosa, wskazując palcem na drobną blondynkę.
– Allison. Pracuje tutaj od jakichś dwóch miesięcy.
– Nie zawracaj sobie nią głowy. Uważa się za zbyt ważną, by zaszczycić kogokolwiek rozmową – powiedziała zdecydowanie zbyt głośno Sophia.
Allison spojrzała na nas w lustrze, ale szybko odwróciła wzrok i odeszła na bok, by przebrać się za parawanem.
– Pracowałaś kiedyś na barze? – zagadnął Miguel.
– Nie. To będzie mój pierwszy raz.
– Czym się wcześniej zajmowałaś? – zapytała Sophia.
– Pracowałam tu i tam, nic specjalnego. – Wzruszyłam obojętnie ramionami.
– Na pewno ci się u nas spodoba – stwierdziła, grzebiąc w jednej z szafek. – Wybaczcie, ale muszę was zostawić i iść się trochę porozciągać. – Związała włosy w wysoki kucyk i spojrzała w moją stronę. – Zostaniesz, żeby zobaczyć mój występ, Melanie? Na dzisiejszy wieczór przygotowałam coś odjazdowego.
– Jasne. Z przyjemnością zobaczę, jak tańczysz.
– Wspaniale. W takim razie oficjalnie dzisiejszy występ dedykuję tobie! – Ucałowała mnie w policzek i wyszła z pokoju.
– Przez pierwsze dni będziesz przychodzić godzinę lub dwie przed otwarciem. Musimy cię wszystkiego nauczyć – zapowiedział Carlos. – Miguel jest mistrzem barmańskich sztuczek. Pokaże ci jakieś proste triki na początek. W końcu nie chcemy, żebyś potłukła nam wszystkie szklanki. – Roześmiał się. – Ja nauczę cię robić najlepsze drinki w całym mieście. Mam do tego wrodzony talent.
– Obiecuję, że będę wzorową uczennicą. – Przyłożyłam dłoń do piersi, zapewne dość nieudolnie próbując dostosować się do ich stylu bycia.
– Na to liczymy. – Poklepał mnie po ramieniu Miguel.
– Greyson zostawił umowę na barze. Chodźmy tam, dopóki nie ma klientów. Podpiszesz wszystko na spokojnie – powiedział drugi z mężczyzn.
– Jasne. – Od razu ruszyłam za chłopakiem. – Szef chyba jej nie lubi – zagadnęłam Carlosa, kiedy staliśmy za barem.
– Kogo?
– Allison.
– Skąd ten pomysł?
Przez sekundę miałam wątpliwości, czy w ogóle poruszać temat Greysona, ale Carlos sprawiał wrażenie raczej godnego zaufania, więc postanowiłam opowiedzieć mu o sytuacji, której byłam świadkiem.
– Kiedy poszedłeś odebrać towar, poszłam pod jego gabinet. Słyszałam, jak rozmawiali.
– Podsłuchiwałaś? – Uniósł brew.
– Drzwi były uchylone. Płakała, a on zachowywał się jak totalny dupek.
– Wyatt jest specyficzny, to fakt. Nie chcę cię straszyć, ale lepiej żebyś nie miała go za wroga. Ma bardzo duże znajomości w mieście. Może ci skutecznie uprzykrzyć życie.
Ja też mogę mu skutecznie uprzykrzyć życie.
– Nie boję się takich jak on. Nie ma niczego, co sprawiłoby, że miałby nade mną jakąkolwiek przewagę.
– Proszę, proszę. – Ledwie powstrzymywał cisnący się mu na usta uśmiech. – Twarda z ciebie laska.
– Po prostu nie dam się stłamsić jakiemuś kolesiowi, który myśli, że wszystko mu wolno.
– Jasne, jasne. Rozumiem. – Uniósł ręce w obronnym geście. – Muszę pamiętać, żeby nie zajść ci za skórę. – Zaśmiał się nerwowo, a ja zareagowałam na to jedynie lekkim uśmiechem.
Resztę wieczoru spędziłam na obserwowaniu pracy chłopaków. Starałam się zapamiętać przekazywane przez nich wskazówki. W klubie było zdecydowanie mniej klientów niż wczoraj, dzięki czemu mogłam umilić sobie kolejne godziny stania za barem oglądaniem występów dziewczyn.
Główną atrakcję tej nocy stanowił występ Sophii. Byłam pod dużym wrażeniem jej umiejętności tanecznych i tego, jak bardzo była wygimnastykowana. W przeciwieństwie do niej nigdy nie miałam zacięcia sportowego i pewnie już przy pierwszej próbie zrobienia szpagatu skończyłabym z połamanymi kośćmi.
Allison także przyciągała uwagę. Poruszała się z gracją, a jej choreografie były znacznie subtelniejsze. Pomimo mocnego makijażu wyglądała bardzo młodo. Miałam wrażenie, że była nawet młodsza ode mnie. Wciąż zastanawiałam się, co skłoniło ją do zatrudnienia się w takim miejscu.
Żałowałam, że zdecydowałam się na powrót do domu pieszo. Po nocnym incydencie z nieznajomym moja wyobraźnia ewidentnie pracowała na najwyższych obrotach. Cały czas czułam na sobie ciężar czyjejś obecności. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że jestem obserwowana. Jednak za każdym razem, gdy wyczułam czyjś oddech i gwałtownie się odwracałam, wokół nie było żywej duszy. Mimo to stopniowo przyspieszałam krok, by jak najszybciej znaleźć się w mieszkaniu. Dopiero gdy dotarłam na miejsce, mogłam odetchnąć z ulgą.
Przez nadmiar wrażeń znowu nie potrafiłam zasnąć. Przeglądałam wiadomości w telefonie, kiedy nagle usłyszałam szmer przy drzwiach. Przeszłam na palcach do drugiego pomieszczenia. Zerknęłam przez wizjer, ale nie udało mi się nikogo dojrzeć po drugiej stronie. Zirytowana oparłam się o drzwi i spojrzałam przed siebie. Wtedy dostrzegłam, że na panelach leżała mała kartka. Zapaliłam światło, po czym wzięłam ją do ręki.
Okazało się, że nie był to zwykły kawałek papieru, tylko zdjęcie.
Zdjęcie przedstawiające chłopaka, którego zastrzeliłam. Na odwrocie oprócz wyrytego za pomocą noża pająka widniał krótki napis:
Wiem, co zrobiłaś.
Cassandra
– Wychodzisz? – zapytałam, odwracając głowę do wkładającego buty brata. – Nie przyjechałam do ciebie, żebyś znowu zostawiał mnie samą na pół nocy.
Theo powoli wypuścił powietrze i zaczął iść w moją stronę.
– Nie dramatyzuj, Cass. Przecież i tak w tym czasie słodko śpisz i pochrapujesz, więc w czym problem? – Stanął za mną, pochylił się i objął mnie szerokimi ramionami.
– Po pierwsze, nie chrapię, a po drugie problem tkwi w tym, że w ogóle nie mogę spać, bo się o ciebie martwię. – Przechyliłam głowę, aby na niego spojrzeć. – Mam ci przypomnieć, w jakim stanie wróciłeś do domu tydzień temu?
Poczułam, jak napiął mięśnie.
– Rozmawialiśmy już na ten temat – odparł zirytowany.
– Ale jak widać, nie dotarło. – Zrzuciłam z siebie jego ręce i wstałam z kanapy. – Kiedy z tym skończysz?
– Nie zadawaj pytań, na które znasz odpowiedź. – Ruszył w stronę wyjścia.
– Nie uciekaj ode mnie. – Chwyciłam go za nadgarstek. – Jeśli z tym nie skończysz, powiem o wszystkim rodzicom.
Prychnął i z niedowierzaniem pokręcił głową.
– Czy ty siebie słyszysz? – Ściągnął brwi, przez co uwidoczniła się niewielka zmarszczka między nimi. – Doskonale wiesz, że mają w nas wyjebane i gówno ich obchodzi, co i gdzie robimy.
– To nie znaczy, że nie zainteresują się tym, że ich syn bierze udział w nielegalnych walkach i naraża się na śmierć!
– Od kiedy stałaś się taka naiwna? Nie zrobiliby kompletnie nic z tą wiedzą. Wiesz, kiedy ostatni raz do mnie dzwonili? Zainteresowali się tym, jak ich synowi idzie na jednej z najlepszych uczelni na świecie?
Spojrzałam na niego, zaciskając wargi. Domyślałam się, jak brzmiała odpowiedź.
– Ani, kurwa, jednego razu. Wysłali mnie tutaj, żebym został najlepszym prawnikiem w Stanach, a potem mógł wybronić ich z każdego szajsu, w który się wplączą. Cała reszta nie ma dla nich znaczenia. Zainteresują się mną dopiero wtedy, gdy będę w końcu przydatny.
– Nie mów tak.
– Ale taka jest prawda. Przecież ich znasz. Mieszkasz z nimi pod jednym dachem. Powiedz, kiedy ostatnio rozmawialiście.
Spuściłam wzrok.
– No właśnie – skomentował. – W ten sposób nic nie zdziałasz.
– Masz rację. To było głupie. Po prostu… Nie wiem, w jaki sposób mam do ciebie dotrzeć. – Opuściłam ramiona z rezygnacją.
Nie miałam pojęcia, jakim cudem Theo z wzorowego ucznia i chłopaka o raczej spokojnym usposobieniu zamienił się w kogoś, komu największą radość dawały walki na gołe pięści organizowane w szemranych klubach na obrzeżach miasta.
– Jeśli cię to uspokoi, to dzisiaj nie będę walczył. Po ostatnim jeszcze nie doszedłem do siebie. Znam swoje możliwości i potrafię ocenić, kiedy powinienem przystopować. Przecież mnie znasz, siostrzyczko.
– W takim razie po co tam idziesz? Nie możemy jak zwyczajne rodzeństwo posiedzieć i obejrzeć jakiegoś filmu?
– Problem w tym, że nie jesteśmy zwyczajnym rodzeństwem. – Ujął moją twarz w dłonie. – Ani ty, ani już tym bardziej ja. Każde z nas ma własne demony. Ja ze swoimi walczę na ringu.
– Nie chcę, żeby coś ci się stało – odparłam łamiącym się głosem.
– Nic takiego nie będzie miało miejsca. Idę tam dzisiaj tylko po to, żeby wesprzeć Caspiana. To jego pierwsza walka. Dużo razem trenowaliśmy. Muszę być przy nim w tym dniu.
– Ale…
– Nie ma żadnego „ale”. Nie martw się. Kiedy otworzysz rano te swoje śliczne oczka, ja będę obok. Cały i zdrowy – zapewnił.
– Obiecujesz, że w nic się dzisiaj nie wplączesz?
– Obiecuję. – Pocałował mnie w czubek nosa i wyszedł z mieszkania, po czym zatrzasnął za sobą drzwi.
W środku nocy obudził mnie dzwonek telefonu. Zerwałam się do siadu i zerknęłam na ekran, na którym widniało imię brata. Miałam złe przeczucia.
– Cass? – Po drugiej stronie usłyszałam dziwnie brzmiący głos Theo.
– Theo? To ty? Dlaczego dzwonisz? Coś się stało?
– Po… – przerwał, krztusząc się. – Po…móż… mi – dokończył ledwie słyszalnie.
Serce zaczęło dudnić mi w piersi, a przez trzęsące się ręce z trudem zdołałam utrzymać telefon.
– Boże… Co się stało? Gdzie jesteś? – Zerwałam się z łóżka, wplątując się przy tym w kołdrę. W ostatniej chwili udało mi się przytrzymać materaca i uchronić przed wylądowaniem na podłodze.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
Przerażająco dotkliwa.
– Theo? Do cholery! Powiedz mi, gdzie jesteś! – wykrzykiwałam roztrzęsiona.
Nadal brak odpowiedzi.
– Kurwa!
Nie wiedziałam, co robić. Chwyciłam za kluczyki do auta i wybiegłam z mieszkania.
– Trzymaj się, braciszku, i zostań tam, gdzie jesteś. Zaraz do ciebie przyjadę. – Dotarłam do samochodu, ale przez trzęsące się palce nie mogłam włożyć kluczyka do stacyjki. – Wszystko będzie dobrze – zapewniłam, chociaż sama byłam jednym wielkim kłębkiem nerwów.
W końcu udało mi się odpalić silnik i wyjechać z parkingu. Przerażenie ściskało mi gardło. Nie miałam bladego pojęcia, co się wydarzyło i w jakim stanie zastanę brata, gdy dotrę na miejsce. Zawiesiłam połączenie i natychmiast skontaktowałam się z jedyną osobą, która była w stanie mi pomóc. Jeden, drugi, trzeci sygnał, aż wreszcie usłyszałam znajomy głos.
– Halo?
– Nick. Czy możesz namierzyć telefon Theo? To pilne – wydyszałam.
– Coś się stało?
– Chyba tak. Nie mam pojęcia. Theo zadzwonił i powiedział, że potrzebuje pomocy. Chciałam się czegoś dowiedzieć. Gdzie jest, co się stało… ale przestał się odzywać – wyrzuciłam z siebie na jednym wydechu.
Łzy spływały po moich policzkach, a z każdym szlochem ciało drżało coraz bardziej. Ledwie mogłam skupić się na prowadzeniu samochodu. Byłam przerażona. Chyba pierwszy raz w życiu aż tak bardzo.
– Zaraz wyślę ci dokładną lokalizację. Wszystko będzie w porządku. Spróbuj się uspokoić. Nie powinnaś prowadzić w takim stanie.
Dojeżdżając na wskazane przez Nicka miejsce, czułam, jakby świat się na chwilę zatrzymał. Wszystko działo się w zwolnionym tempie. Zatrzymałam auto przy jednym ze zniszczonych i najpewniej opuszczonych budynków. Otworzyłam drzwi, po czym wybiegłam na zewnątrz, rozglądając się wokół.
– Theo? – krzyknęłam, licząc na to, że mnie usłyszy i odpowie, jednak nic takiego się nie wydarzyło.
Krążyłam w popłochu po okolicy, aż w końcu skręciłam w jedną z wąskich uliczek. Tam wreszcie go dostrzegłam. Leżał przy stercie śmieci. Zerwałam się do biegu. Już po chwili klęczałam nad skatowanym ciałem brata. Jego widok złamał mi serce. Czułam się tak, jakby ktoś wbił w nie tysiące ostrzy. Nie mogłam oddychać.
– Theo… – wyszeptałam, biorąc jego twarz w dłonie. – Już jestem. Jestem przy tobie. Proszę, popatrz na mnie.
Brat uchylił lekko powieki i chociaż otworzył usta, nie wydobył z siebie żadnego dźwięku.
– Zabiorę cię do szpitala. Zaraz się tobą zajmą. Wszystko będzie dobrze. Słyszysz? Wszystko będzie dobrze – dodałam ściszonym głosem.
Z trudem wystukałam na klawiaturze numer alarmowy i wezwałam pogotowie. Już wkrótce siedziałam w karetce i wpatrywałam się w pokryte krwią brata dłonie. Jak przez mgłę docierały do mnie strzępki rozmów prowadzonych przez ratowników.
Kiedy w szpitalu lekarze zabrali Theo na badania, kompletnie się rozsypałam. Upadłam na podłogę i zaczęłam głośno szlochać. Coś rozrywało moją klatkę piersiową. Myśl o utracie Theo paraliżowała mnie tak bardzo, że zachłystywałam się powietrzem, nie mogąc oddychać. Nie dostrzegałam przechodzących obok ludzi aż do momentu, kiedy jedna z pielęgniarek położyła dłoń na moim ramieniu i zabrała mnie do sali, do której po jakimś czasie przywieźli Theo.
Był nieprzytomny.
– Jest pani kimś z rodziny? – zapytał lekarz od razu po wejściu do pomieszczenia.
– Theo jest moim bratem.
– Możemy chwilę porozmawiać?
– Tak, oczywiście. – Pokiwałam szybko głową i otarłam mokre od łez oczy.
Mężczyzna poprowadził mnie do swojego gabinetu, po czym zajął miejsce za dużym drewnianym biurkiem.
– Niestety nie mam dla pani dobrych wieści. Stan pani brata jest bardzo poważny. Liczne obrażenia wewnętrzne, wstrząśnienie mózgu, pęknięcie podstawy czaszki.
– Ale przeżyje, prawda? Proszę powiedzieć, że Theo z tego wyjdzie. – Nerwowo zaciskałam palce na materiale bluzy.
– Bardzo mi przykro. Szanse na przeżycie są niewielkie.
– Ale nadal są.
– To cud, że jeszcze żyje, po tym, jakich doznał obrażeń.
– O czym pan mówi? Nie… To nie może być prawda. – Pokręciłam gwałtownie głową. – To nie może być prawda… Musicie go ratować! Przecież jesteście tutaj, żeby ratować ludzi, a nie wydawać na nich wyrok śmierci.
– Rozumiem pani rozgoryczenie, ale moim zadaniem jest przekazywanie informacji zgodnie z faktami. Jaki byłby ze mnie lekarz, gdybym dał pani fałszywą nadzieję? Proszę powiadomić rodziców lub innych bliskich, aby mieli okazję się pożegnać.
– Pożegnać? – wydukałam.
Podniosłam się z krzesła i z trudem, niemal po omacku dotarłam do sali, gdzie leżał Theo.
Jego oddech był płytki i przerywany, a każdy kolejny wdech wydawał się dla niego ogromnym wysiłkiem. Łzy spływały po moich policzkach, jedna po drugiej i bezgłośnie kapały na pościel. Nie mogłam uwierzyć, że to wszystko działo się naprawdę. Tkwiłam pośrodku najgorszego koszmaru i nie mogłam się z niego wydostać.
– Nie zostawiaj mnie. Błagam. Tylko ty mi zostałeś. Nie będę potrafiła bez ciebie żyć. Rozumiesz? Nie możesz odejść. Bądź silny, dobrze? – Gładziłam jego szorstką dłoń. – Ze wszystkim sobie poradzimy. Pomogę ci dojść do siebie. Musisz tylko zawalczyć. Proszę. – Ostatnie słowo wypowiedziałam szeptem.
Ściskałam jego dłoń, aż nagle… Theo otworzył oczy. Lekarze mówili, że wszystko było już stracone, ale przecież wyraźnie widziałam – uchylił powieki i spojrzał na mnie. Uśmiechnął się lekko, a potem jego twarz wykrzywił grymas bólu.
– Braciszku… – wyszeptałam. – Wszystko będzie dobrze. Jestem przy tobie. Tak bardzo mnie wystraszyłeś. Nie rób tego nigdy więcej, dobrze?
Popatrzył na mnie mętnym wzrokiem, jakby nie był do końca świadomy tego, co działo się wokół. Poruszył nieznacznie palcami i delikatnie ścisnął moją dłoń.
– K-ko-cham. – Zdołał wykrztusić to jedno słowo, a potem bez ostrzeżenia wszystko ucichło.
Nie było słychać nawet jego oddechu. Spojrzałam na twarz Theo. Nagle stała się spokojna, jakby cały ból ulotnił się w ciągu sekundy. Czas się zatrzymał, a świat przestał dla mnie istnieć.
– Ja też, braciszku. Zawsze będę cię kochać – wyszeptałam, a potem pochyliłam się i delikatnie pocałowałam jego czoło.
Serce ściskał mi tak okropny ból, że nie byłam w stanie powstrzymać napływającej fali łez. Każda z nich wyrażała niewyobrażalną stratę i rozpacz, której nie potrafiłam znieść. Siedziałam przy jego boku jeszcze przez dłuższą chwilę, tuląc zimną dłoń, a moje serce rozpadało się na milion kawałków.
Wspomnienie, które tak nagle wdarło się do mojego umysłu, sprawiło, że przez żyły znowu przetoczyło się to cholernie nieznośne uczucie. Uczucie biorące we władanie wszystkie myśli oraz zatruwające umysł.
Przypomniałam sobie dzień, kiedy cały mój świat się rozpadł, i ponownie ogarnęła mnie beznadzieja. Wszystko wróciło ze zdwojoną siłą, jakby upływ czasu wcale nie złagodził bólu tkwiącego głęboko w sercu.
Rzuciłam zdjęcie na bok, usiadłam na podłodze i oparłam się o drzwi. Zaczynałam tracić grunt pod nogami. Analizowałam każdy szczegół z dnia, kiedy zabiłam widniejącego na fotografii chłopaka.
Czyżbym coś przegapiła? Byłam niewystarczająco uważna?
Myśl o tym, jakim cudem ktoś poznał prawdę oraz zdołał mnie odnaleźć, nie dawała mi spokoju. Nie mogłam poradzić sobie z natłokiem wątpliwości. Przeszłam do sypialni i z lekką niepewnością sięgnęłam po telefon.
– Dzwonisz do mnie o tej porze z zemsty? – odezwał się wyraźnie rozbawiony Nick.
– Musiałam z kimś porozmawiać. Jesteś jedyną osobą, która odbiera o tej godzinie. Tak właściwie to jedyną, z którą mogę porozmawiać – przyznałam.
Nie kłamałam. Nick był moim jedynym przyjacielem i jedyną osobą, która znała całą prawdę. Nie oceniał mnie. Wiedziałam, że śmierć Theo dotknęła go tak samo mocno jak mnie.
– Jeśli ma się takiego przyjaciela, inni ludzie są zbędni – skwitował, a ja mimo wisielczego nastroju zaśmiałam się krótko.
– Jak zawsze szczery.
– Jak zawsze do usług – skontrował. – Co się stało?
Wzięłam głęboki wdech.
– Ktoś wie – rzuciłam, przygryzając paznokcie. – Nie mam pojęcia, jakim cudem się dowiedział ani jak mnie znalazł, ale coraz mniej mi się to podoba.
– Co masz na myśli?
– Wczorajszej nocy obudziła mnie ulewa. Trzasnęło oknem tak mocno, że o mało nie dostałam zawału. Kiedy wstałam, by je zamknąć, zobaczyłam zamaskowanego faceta. Stał po drugiej stronie ulicy i mi się przyglądał.
– Nie ukrywam, brzmi to trochę niepokojąco, ale może to tylko przypadek? Na świecie nie brakuje psycholi. Może ktoś robił sobie jaja, a ty niefortunnie byłaś tego świadkiem.
– Początkowo też tak pomyślałam. Przeszło mi nawet przez myśl, że może ten facet był jedynie wybrykiem mojej wyobraźni i zaczęłam świrować – przyznałam. – Tylko że dzisiaj ktoś wsunął mi pod drzwi zdjęcie, na którym jest Christian Divey.
– Co?! Kurwa, to akurat jest już bardzo niepokojące.
– Teraz jestem już pewna, że to nie mógł być przypadek i ten facet mnie obserwował. Ale to nie wszystko – kontynuowałam. – Na odwrocie był wyryty pająk i napis świadczący o tym, że ten ktoś wie, co zrobiłam.
– Pająk? Dlaczego akurat pająk? Co to ma niby oznaczać?
– Też chciałabym to wiedzieć. – Wróciłam po zdjęcie i jeszcze raz mu się przyjrzałam.
W lewym dolnym rogu dostrzegłam niewielką literę T, która także została wyryta za pomocą noża. Nie miałam bladego pojęcia, co mogła oznaczać.
– Wyślij mi fotkę. Poszperam trochę na ten temat. Może to symbol jakiejś pojebanej organizacji, czy coś. Swoją drogą, podejrzewasz, kto to mógł być?
– Nie mam pojęcia. Może to ktoś z jego znajomych z klubu, w którym się bił, albo ktoś z uczelni?
– Miejmy tylko nadzieję, że nie naraziłaś się jakimś niebezpiecznym ludziom.
– Daj spokój. Niby komu mogłabym się narazić? To był zwykły chłopak – odpowiedziałam zdecydowanie.
Nikt szczególny.
Nikt ważny.
Kto chciałby płakać za kimś takim?
Zasługiwał na to, co go spotkało.
– Poza tym przecież pozbyłeś się wszystkich nagrań z tego dnia, które mogłyby naprowadzić kogokolwiek na mój trop – dodałam.
– Chyba że ktoś cię wtedy śledził.
– To niemożliwe. Poza tym jeśli ktoś rzeczywiście wie, że zabiłam tego chłopaka, dlaczego nie zgłosił tego na policję?
– A może chce cię po prostu nastraszyć i strzela ślepakami? – zasugerował. – Nie napisał wprost, że chodziło o morderstwo. Może szuka punktu zaczepienia. Policji nie udało się i z oczywistych względów nie uda się namierzyć sprawcy. Dlatego obstawiam, że ten ktoś szuka sprawiedliwości na własną rękę. Dowiedział się, że jesteś siostrą chłopaka, którego Divey zakatował, i chce sprawdzić, czy to nie ty go zabiłaś. No wiesz… w zemście.
– Głowa zaczyna mi parować. Wszystko zaczynało się powoli układać. A teraz… Nie wiem, co robić, Nick – westchnęłam. – Dlaczego ten ktoś pojawił się dopiero teraz? Po kilku miesiącach?
– Nie mam pojęcia, ale na twoim miejscu byłbym bardziej czujny.
– Myślałam, że ucieczka wszystko rozwiąże. Możesz się dowiedzieć, kto to był? Ten, kto wsunął mi to zdjęcie? – doprecyzowałam.
– Marne szanse. Na ulicy, gdzie mieszkasz, nie ma żadnych kamer. A przynajmniej żadnej działającej. Właśnie to sprawdziłem.
– Kurwa.
– Myślę, że ten ktoś nie chce, żebyś poznała jego tożsamość, i z pewnością nie ułatwi ci zadania. Uważaj na siebie i pamiętaj, że w razie potrzeby jestem – zapewnił.
– Tak, wiem. Dziękuję.
Rozłączyłam się i raz jeszcze spojrzałam na fotografię. Dotarło do mnie, że wszystkie moje nadzieje na rozpoczęcie życia od nowa w jednej chwili prysnęły niczym bańka mydlana.
