Szkice uczuć - Ola Kuczyńska - ebook
NOWOŚĆ

Szkice uczuć ebook

Ola Kuczyńska

5,0

142 osoby interesują się tą książką

Opis

Finneas Whitman wierzy w to, co można zmierzyć, zaprogramować i naprawić. Sztuka zdecydowanie się do tego nie zalicza.

Nie spodziewa się, że początek roku akademickiego zmieni cokolwiek w jego uporządkowanym świecie. A już na pewno nie przypuszcza, że dziewczyna, która niespodziewanie ratuje go z opresji, stanie się kimś, o kim nie będzie potrafił przestać myśleć.

Eden Sanderson patrzy na świat inaczej niż Finn. Jest artystką i konsultantką nowego wydziału. Nie zawsze rozumie ludzi tak, jak oni tego oczekują, za to dostrzega rzeczy, których inni nawet nie zauważają.

Kiedy Finn proponuje jej układ w ramach podziękowania za pomoc, żadne z nich się nie spodziewa, dokąd zaprowadzi ich ta znajomość. Z każdym kolejnym spotkaniem granica między przypadkową relacją a czymś znacznie głębszym zaczyna się zacierać.

Eden skrywa jednak przeszłość, o której nie chce mówić. Finn nie zamierza zmuszać jej do zwierzeń. Chce tylko pokazać jej, że przy nim nie musi niczego udawać.

Dopóki jeden sekret nie sprawi, że wszystko, co do tej pory o sobie wiedzieli, stanie pod znakiem zapytania.

Zdaniem innej autorki:

„Szkice uczuć” pachną jesiennym deszczem i bezwarunkową akceptacją. Słodkie, niekiedy refleksyjne, otulają serce łagodnością.

Ta historia prowadzi przez galerię obrazów ludzkich słabości, malowanych pędzlem kobiety, która widzi świat inaczej.

A tutaj inna znaczy wyjątkowa. I taka jest miłość Eden i Finna – ludzi tak różnych, że mogli się tylko pokochać.

Nigdy o nich nie zapomnicie, gwarantuję!

Agnieszka Yokoe, autorka „Ten Guślarz”

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 423

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (8 ocen)
8
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
siyah_kiki

Nie oderwiesz się od lektury

totalny green flag w jesiennym klimacie? VOILA. Genialna , całkowicie inna odsłona Autorki. WOW!
30
violka73

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna , czytajcie. Poruszono trudne tematy. Warta każdej chwili. Polecam z czystym sumieniem.
10
MarteXa

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
10
edzka1104

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra, porusza ciekawe tematy
10
Olazd

Nie oderwiesz się od lektury

Mam nadzieję, że to nie będzie jedyny romans tej autorki.
10



Wszystkie nazwy instytucji, kierunków studiów oraz miasto w stanie Vermont, w którym rozgrywa się akcja, są całkowicie fikcyjne i zostały stworzone wyłącznie na potrzeby tej powieści.

Treści zawarte w książce mogą być trudne w odbiorze dla niektórych czytelników: retrospekcje traumatycznych wydarzeń, elementy stalkingu i manipulacji emocjonalnej, a także sceny erotyczne.

Zalecana ostrożność i dojrzałość emocjonalna podczas lektury.

 

Nie jestem za bardzo. Ty po prostu jesteś za mało.

Prolog

Finn

– Gnoju! Jak możesz?!

Zmrożone Americano chlusnęło mi w twarz. Kostki lodu odbiły się od mojego zmarszczonego w zdziwieniu czoła. Zacisnąłem powieki, żeby przypadkiem napój nie dostał mi się do oczu. Nie widziałem, co się dzieje, ale doskonale słyszałem głośne dyszenie dziewczyny stojącej przede mną. Gniotła wściekle plastikowy kubek między palcami, jakby to miało w czymkolwiek pomóc.

Jej pewnie pomagało.

Mnie doprowadzało do szału.

– O co ci chodzi, co? – kontynuowała drżącym głosem. Przetarłem mokrą twarz dłonią i spojrzałem na nią beznamiętnie. – Tyle dla ciebie poświęciłam, Finn. Czego jeszcze byś chciał?

– Niczego, Kriss. Dlatego z tobą zrywam.

– Ja się na to nie zgadzam!

Parsknąłem rozbawiony. Pochyliłem głowę i wbiłem wzrok w zaczerwienioną twarz. W kawiarni zaległa cisza, spojrzenia wszystkich skierowały się na nas. Nawet barman zamarł ze ścierką i szklanką w rękach w oczekiwaniu na rozwój wydarzeń.

Podniosłem się z krzesła. Zaczesałem palcami mokre włosy, by strąki nie właziły mi do oczu. Sięgnąłem do kieszeni po portfel i wyciągnąłem z niego dwadzieścia dolców, po czym rzuciłem na ochlapany stół. Kriss cały czas wodziła za mną spojrzeniem, jakby to miało coś zmienić.

– Na razie, Kriss – powiedziałem z całym spokojem, na jaki było mnie stać. Tak naprawdę gotowałem się od środka. – Powodzenia.

Ruszyłem w stronę wyjścia.

– Finn! – krzyknęła za mną, ale nie zamierzałem się odwracać. – Nie skończyliśmy! Nie waż się stąd wychodzić! Słyszysz?!

Słyszałem i miałem to gdzieś. Wyszedłem odprowadzany zaciekawionymi spojrzeniami biernych uczestników tego przedstawienia. Szum ulicy i zamknięte drzwi zagłuszyły lament mojej byłej dziewczyny wystarczająco, bym mógł odetchnąć ze spokojem.

Odbiłem w lewo. Powinienem wrócić do mieszkania, zdjąć przemoczone ubranie, ale nie miałem na to ochoty. Posypałby się grad pytań, odpowiadanie na jakiekolwiek nie było moim wymarzonym zajęciem na obecną chwilę.

Wiatr zacinał prosto w twarz, każdy okruszek, jaki się z nim przypałętał, przyklejał mi się do twarzy. Pieprzone iced americano z całą toną pieprzonego cukru zastygało w zawrotnym tempie na skórze. Zacisnąłem szczęki i twardo maszerowałem przed siebie, dopóki nie zobaczyłem znaku prowadzącego do parku.

Wszedłem na wysypaną żwirem ścieżkę. Jak na późne popołudnie było wyjątkowo cicho, zwykle to miejsce tętniło życiem do zachodu słońca. Tym razem jedyne dźwięki, jakie do mnie docierały, to śpiew ptaków, szum wody znad jeziora i cicha, spokojna muzyka. Niosła się echem po przestrzeni, dlatego postanowiłem podążyć jej śladem.

To było coś niecodziennego.

Szedłem między drzewami, wiedziony melodią. Pogrążony we własnych myślach, nawet nie zauważyłem, że wszedłem między sztalugi i ogromne podobrazia, a muzyka przybrała na sile. Ocknąłem się dopiero wtedy, gdy jeden z obrazów wyrósł na mojej drodze.

Zatrzymałem się gwałtownie. Musiałem wyciągnąć ręce z kieszeni, żeby złapać równowagę. Oparłem dłonie o kolana, wzdychając ciężko.

– Było blisko – mruknąłem do siebie.

Mimo wszystko nie chciałem niczego zniszczyć. Wyglądało na to, że w parku miała miejsce jakaś wystawa. Miasto czasem angażowało lokalnych artystów i wystawiało ich prace w jedynej galerii, która tu powstała lub właśnie w Avenleigh Park.

Przyjrzałem się obrazowi. Przedstawiał kamiennego anioła na podeście, z rozłożonymi szeroko skrzydłami. Wyglądał, jakby spadał, ale podstawa wskazywała na to, że było zupełnie inaczej. Jak złudzenie, któremu wielu ulega, by nigdy nie zdać sobie sprawy z tego, że wcale się nie staczają, tylko stąpają twardo po ziemi. Oprócz anioła na obrazie nie było nic więcej. Jakieś złoto-żółte mazaje. Nie znałem się jakoś szczególnie na sztuce. W moim życiu nie było dla niej miejsca.

Moją uwagę przykuła plakietka stojąca obok. Przyjrzałem się napisowi.

Eden Sanderson.

Typ miał niezwykle okrojoną paletę kolorów i z tematami też był na bakier. Przynajmniej to mogłem wywnioskować, gdy przeleciałem wzrokiem po reszcie obrazów. Wszystkie zostały utrzymane w tej samej kolorystyce. Musiał być niezwykle smutny, skoro malował jedynie spadające albo zrozpaczone anioły. Dziwny motyw sobie wybrał. Nie byłem jakimś znawcą sztuki, ale widziałem dużo lepsze rzeczy niż to.

Niespodziewanie zacząłem się zastanawiać, co gość mógł mieć w głowie. Po co się tym zajmował? To tak bardzo nieprzydatna umiejętność – pieniędzy z tego żadnych, a i ludzi interesujących się sztuką coraz mniej. Ta wystawa to świetny przykład na potwierdzenie mojej tezy. Tylko ja i kilka malowideł.

– Tu nie wolno wchodzić – usłyszałem za plecami zmęczony życiem głos.

Zerknąłem przez ramię na podstarzałego ochroniarza. Wcisnął kciuki pod skórzany pasek przy spodniach i łypał na mnie spod byka.

– Słucham? – wymamrotałem. Słyszałem, co powiedział, ale w pierwszej chwili nie zrozumiałem jego słów.

– Tu nie wolno wchodzić. Wystawa będzie otwarta dopiero jutro.

– Ach, rozumiem. – Podrapałem się po karku. Ruszyłem w stronę wyjścia z tego anielskiego labiryntu. – Zamyśliłem się. Już uciekam – dodałem, po czym wyminąłem staruszka.

– Zapraszamy jutro!

Machnąłem jedynie ręką. Nie zamierzałem tu wracać. Zbyt nudno. Zbyt monotonnie.

Nie wiedziałem jeszcze, jak bardzo się wtedy myliłem.

Rozdział 1

Finn

Obudziłem się z potwornym bólem głowy. Budzik w telefonie wył w najlepsze, a mi oczy wychodziły z orbit. Sięgnąłem po urządzenie leżące na szafce przy łóżku i włączyłem drzemkę. Spojrzałem na zegarek. Siódma dziesięć. To oznaczało, że dzwonił już wcześniej, ale albo go nie słyszałem, albo nieświadomie wyłączyłem.

Założyłem okulary. Odblokowałem ekran. W lewym dolnym rogu widniało czterdzieści nieodebranych połączeń. Nie musiałem nawet sprawdzać, wiedziałem, że to Kriss. Wydzwaniała do mnie jak szalona od trzech tygodni. Dobrze, że rozstałem się z nią zaraz po przeprowadzce do nowego mieszkania. Współlokator z poprzedniego mówił, że wystawała pod drzwiami długie godziny. Musiał wzywać policję.

Podniosłem się ociężale. Wczorajsza impreza to nie był dobry pomysł, mogłem sobie odpuścić. Wiedziałem jednak, że następna taka okazja mogła szybko nie nadejść. Podczas semestru brakowało czasu na balowanie, szczególnie na moim kierunku.

Poczłapałem do łazienki. W korytarzu unosiły się zapachy smażonego bekonu i czarnej kawy. Conrad już był na nogach. Pogwizdywał cicho. Wyobrażałem sobie, że przewraca jajka w rytm nowo skomponowanej piosenki. Los mnie pokarał, połączył z artystą, choć studiował na tej samej uczelni. Cóż… przynajmniej nie jarał jak poprzedni.

Odświeżyłem się szybko, nie lubiłem stać pod prysznicem. Uważałem to za marnowanie czasu. Zresztą za niecałe dwie godziny mieliśmy stawić się na uniwersytecie. Dziś zapewne będą straszne korki, ponieważ większość studentów dojeżdżała na kampus samochodami.

Wszedłem do kuchni w samych gaciach. Oczy wciąż przyzwyczajały się do szkieł kontaktowych. Śniadanie już stało na stole. Nieodłączny rytuał poranków, odkąd zamieszkałem z Conradem. Nie miało znaczenia, czy wstawałem o siódmej, dziesiątej czy piętnastej – śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. Tak mówiła jego babcia. A on babci wierzył jak mało komu.

– Siema, stary – wymamrotał współlokator z buzią pełną jajecznicy. Nie podniósł nawet głowy znad telefonu. – Gdzie dzisiaj masz?

– W auli głównej – odparłem, siadając po przeciwnej stronie. Zapach jajek i bekonu sprawił, że ślina napłynęła mi do ust. Przy talerzu stały sok pomarańczowy i szklanka z wodą, a tuż obok leżał blister proszków przeciwbólowych. Sięgnąłem po niego od razu. – Dzięki.

– Tak samo jak ja. – Nabrał jedzenie na widelec, po czym wycelował nim we mnie oskarżycielsko. – Wróciłeś o drugiej i chciałeś ze mną spać. – Spojrzał na mnie, figlarny błysk pojawił się w niebieskich oczach. – Nie miałbym nic przeciwko, ale strasznie capiłeś gorzałą.

– Czuję się jak gówno.

– I tak wyglądasz. Kontrolowałeś cukier?

Westchnąłem w odpowiedzi. Nie potrzebowałem opiekunki. Wiedziałem doskonale, że po nocnej eskapadzie będzie niebotycznie niski. Śniadanie powinno wyrównać jego poziom lub chociaż odrobinę go podnieść.

– W nocy sprawdzałem CGM – kontynuował, nie uzyskawszy żadnej odpowiedzi. – Wyglądało w porządku, trochę się bałem, że…

– Przestań mi matkować – warknąłem. Popiłem tabletkę zimną wodą. Rozlała się po wyschniętym na wiór przełyku, jakby zesłał ją sam Duch Święty. – Gdyby coś się działo, alarm w telefonie by mnie poinformował. Poza tym wczoraj wymieniałem wkład w pompie.

Chłopak zacisnął usta, ale nie powiedział już nic więcej. Nie lubiłem poprzedniego współlokatora, ale przynajmniej nie wpierdalał się w moje sprawy.

Conrad był dziwny, jego koledzy też. Nie widziałem, żeby kiedykolwiek się uczył, a mimo to wciąż widniał na wszelkich listach osiągnięć, jakie tylko można spotkać na korytarzach uniwersytetu. Dotarło to do mnie, gdy mi się przedstawił. Skądś znałem człowieka, ale nie wiedziałem skąd. On sam uświadomił mi to po jednej z imprez organizowanych w pobliskim lesie, gdy wracaliśmy piechotą do wspólnego mieszkania.

Był osobliwy, zakochany w gitarze basowej i przepotwornie inteligentny. Chciałem go prześcignąć w tych wszystkich naukowych osiągnięciach. Problem polegał na tym, że był również dwa lata starszy i okazało się to piekielnie ciężkie, bo nie startowaliśmy w tych samych konkursach.

Śniadanie dokończyliśmy w ciszy. Mój lokator wyszedł niedługo później. Chciał spotkać się ze znajomymi, zanim oficjalnie rozpocznie się rok akademicki. Mówił mi o wszystkim i początkowo strasznie się denerwowałem, bo nie potrzebowałem, by ktoś mi się spowiadał. Potem to nabrało sensu. A mianowicie wtedy, gdy nie wrócił o godzinie, o której obiecał, i okazało się, że miał kłopoty z samochodem i zasięgiem. Gdyby mi nie powiedział, spędziłby noc przy drodze, gdzie kręciło się sporo dzikich zwierząt. I to takich z kategorii agresywnych.

Nie ubierałem się elegancko. To domena pierwszoroczniaków, a ja od dawna nim nie byłem. Zaczynałem drugi rok doktoratu i ostatnie, o czym myślałem, to koszula i krawat. Byle przetrwać apel i wpisać się na listę.

Wrzesień zwykle groził upałami, w tym roku jednak postanowił wszystkich zaskoczyć i stać się najbardziej deszczowym miesiącem od dwóch dekad.

Owinąłem się szczelniej płaszczem, rozłożyłem parasolkę i ruszyłem w stronę przystanku autobusowego. Nie miałem odwagi wsiąść za kółko. Robiło mi się słabo na samą myśl o prowadzeniu samochodu.

Ludzie tłoczyli się pod wiatą poupychani jak sardynki. Deszcz bębnił o plastikowy dach zawzięcie, jakby chciał rozbić go na drobniutkie kawałki. Część z twarzy rozpoznałem, część była mi zupełnie obca.

Ból głowy ustępował dzięki magicznemu Tylenolowi1. Niestety ścisk w autobusie nie sprzyjał jego całkowitemu odejściu. Dziesiątki zapachów różnorakich perfum mieszały się ze sobą i tworzyły bukiet całkowicie nieakceptowalny przez moje receptory węchowe. Podróż na szczęście nie okazała się długa, gdyby było inaczej, zwątpiłbym w swój zdrowy rozsądek, wysiadł na najbliższym przystanku i wrócił pod mieszkanie po mojego Forda.

Telefon zawibrował w kieszeni płaszcza. Oprócz kolejnych dziesięciu połączeń od Kriss na wyświetlaczu widniała informacja o nowej wiadomości od matki:

ISOLDE: Zadzwoń po. Sprawdzałeś?

Tylko tyle zdołała napisać. I doprowadzić mnie na skraj cierpliwości, choć i tak balansowała na cienkiej linii, odkąd wyprowadziłem się z domu na studia. Po śmierci ojca stała się jeszcze bardziej kontrolująca niż dotychczas.

Nim wygasiłem ekran, pojawił się na nim numer Kriss. Przewróciłem oczami zażenowany. Przez dwa lata naszego związku nie widziałem w niej takich pokładów determinacji, jakie okazywała w ciągu minionych trzech tygodni. Zadzwoniła chyba więcej razy niż w czasie ostatniego miesiąca naszej relacji. Miałem ochotę zaśmiać się głośno. Grunt osuwał się jej spod nóg i desperacko próbowała odzyskać to, co sam postanowiłem jej odebrać. Na jej życzenie.

Rozłączyłem się i zablokowałem numer. Miałem tego serdecznie dość. Wszystkiego miałem dosyć przez tę dziewczynę. Najgorsze dwadzieścia dwa miesiące mojego życia.

Deszcz zelżał, z nieba siąpiła mżawka, której większość przybyłych zdawała się nawet nie zauważać. Studenci stali przed budynkiem uniwersytetu w niewielkich grupkach i prowadzili niezobowiązujące rozmowy. Przechodząc przez dziedziniec, kiwałem co chwilę głową na przywitanie. Kilka znajomych dziewcząt z roku pomachało do mnie entuzjastycznie, co skwitowałem jedynie powściągliwym uśmiechem.

Widocznie wieść o moim rozstaniu z tą szurniętą degeneratką rozeszła się szybciej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. I nie chodziło o to, że miałem bogatych rodziców, jeździłem zajebistym samochodem, a w moim świeżo wybudowanym porcie gdzieś na obrzeżach Kostaryki cumował pachnący farbą jacht. Nie chodziło o to, że byłem przystojniakiem, bo wyglądem nie dorastałem sportowcom z uczelni do pięt. Chodziło wyłącznie o to, że po obronie miałem zapewnioną posadkę na najbardziej obleganym wydziale w tym kurwidołku.

Oprócz tego miałem opinię kobieciarza.

Wciąż się zastanawiam, jak do tego doszło.

Kiedy przekroczyłem próg głównej auli wykładowej, harmider uderzył we mnie ze zdwojoną siłą. Instynktownie chciałem przycisnąć dłonie do uszu, jednak powstrzymałem się w ostatniej chwili. Rozejrzałem się po otoczeniu w poszukiwaniu Conrada lub kogoś z mojego wydziału. Wysokie sufity tym razem działały na moją niekorzyść, fantastycznie potęgowały każdy, nawet najcichszy dźwięk, przez co miałem wrażenie, że wokół mnie lata stado wzburzonych os.

Witrażowe okna malowały ceglane ściany całą feerią barw, nawet zachmurzone niebo na zewnątrz nie było w stanie powstrzymać kakofonii kolorów. Szczypały mnie w oczy. Ból głowy przestał mnie napastować, jednak reszta objawów syndromu dnia poprzedniego hulała w moim organizmie w najlepsze.

Przymknąłem na chwilę powieki, by odciąć się od nadmiernych bodźców. Wziąłem głęboki wdech. Niespodziewanie dotarł do mnie zapach, którego wcześniej nie wyczułem. Kojarzył mi się z ciastem dyniowym i późnojesiennymi wieczorami, spędzonymi przy kominku u babci na wsi. Pachniało słodkim ciepłem, którego już od dawna nie zaznałem. Otworzyłem oczy i rozejrzałem się, by namierzyć źródło przyjemnej woni.

Właścicielka, tak jak jej zapach, wyróżniała się na tle sali pełnej studentów w biało-granatowych uniformach. Ciemnobrązowe, nienagannie ułożone fale poruszały się przy każdym ostrożnie stawianym kroku. Szary, wełniany golf wydawał się za duży, ale idealnie pasował do plisowanej, zwiewnej spódnicy w tym samym kolorze.

Trochę smutny ten strój.

Musiała być nową studentką, widziałem ją po raz pierwszy. Spojrzała w lewo i założyła kosmyk ciemnych włosów za ucho. Tkwiła w nim biała słuchawka. Zaciśnięte usta poruszały się niemrawo, przygryzała wnętrze policzka – wiedziałem to, bo sam wielokrotnie to robiłem, kiedy się czymś stresowałem. Lekko zadarty nos zmarszczył się w niezadowoleniu. Ewidentnie kogoś poszukiwała. Jej ramiona opadły, gdy owa osoba nie pojawiła się w zasięgu jej wzroku.

Niespodziewanie poczułem silną potrzebę, by podejść i zapytać, czy nie potrzebuje pomocy. Nawet mnie zdziwił ten bezinteresowny odruch. Nie lubiłem gadać ze swoimi kumplami, a co dopiero z jakąś obcą małolatą.

Nim wykonałem jakikolwiek ruch, poczułem na ramieniu czyjąś dłoń.

– Znowu ty – mruknął Dean. – Czemu co roku to musisz być ty?

Uśmiechnąłem się złośliwie. Pieprzony Dean Nicholson, który towarzyszył mi przez cały okres nauki w Avenleigh Institut of Technology. Jak rzep przy psim ogonie, od pierwszego dnia w tym miejscu chodził za mną jak cień, dopóki się nie zaprzyjaźniliśmy. Powiedział, że co roku zamierza zakumplować się z pierwszą osobą, jaką zobaczy po przekroczeniu drzwi auli głównej. I niezmiennie od sześciu lat to byłem ja. Jeśli wierzyłbym w przeznaczenie, powiedziałbym, że to właśnie ono stawiało mnie na jego drodze.

– Może jesteś kryptogejem i podświadomie się we mnie podkochujesz? – rzuciłem, wzruszywszy ramionami. Dean zaśmiał się perliście, dźwięcznie, jak na bogacza przystało. Mogłem się założyć, że gdybydefinicję słowa bogacz opatrzono fotografią, to właśnie on by się na niej znalazł.

– Tak, oczywiście. – Poklepał mnie po plecach. – Chodź, zaraz się zacznie.

Większość studentów już zajęła krzesła. Poszukaliśmy wolnych miejsc, przecisnęliśmy się przez grupę z równoległego wydziału i usiedliśmy pod witrażem przedstawiającym Mikołaja Kopernika.

Rektor wszedł na podest. Co roku mówił to samo, znałem przemówienie niemal na pamięć, choć tym razem końcówka mowy się różniła. Wyglądało na to, że AIT poszerzał horyzonty. Z wyćwiczonym pietyzmem dyrektor instytucji ogłosił, że od tego roku rusza nowy kierunek, którego nazwa ciągnęła się jak kolejka do łazienki na imprezie w domu sportowców. Zapamiętałem jedynie „neuroart”. Coś o mózgu, coś o sztuce. Nic, co by mnie interesowało bardziej niż zeszłoroczny śnieg.

Mój wzrok mimowolnie wędrował do wyróżniającej się koleżanki. Siedziała po drugiej stronie auli, zaraz przy przejściu. W tym szarym komplecie świeciła niczym żarówka w pustym pokoju. Nerwowo stukała paznokciem o kolano, głowę miała lekko pochyloną, jakby wbiła spojrzenie w tył krzesła stojącego przed nią. Jej druga ręka zwisała swobodnie wzdłuż ciała, zaciskała pięść raz po raz, aż bielały jej kostki.

Dean szturchnął mnie łokciem. Posłałem mu nienawistne spojrzenie.

– Chodź, Panie Geniusz. Już koniec.

Uniosłem brew, po czym rozejrzałem się przelotnie po auli. Rzeczywiście studenci zaczęli wstawać ze swoich miejsc, część kierowała się ku wyjściu. Podniosłem się z cichym westchnieniem. Niespodziewanie zrobiło mi się ciemno przed oczami. Telefon zaczął wibrować wściekle w kieszeni płaszcza. Zachwiałem się, Dean chwycił mnie pod ramię, bym nie stracił równowagi.

– Oho! – Gwizdnął. Poczułem, jak spiął mięśnie. – Jadłeś coś?

– Jadłem – mruknąłem. Świat powoli nabierał ponownie barw. Wymacałem telefon i wyłączyłem alarm. – I strasznie wczoraj zachlałem.

– Finn!

– Proszę – usłyszeliśmy niespodziewanie. – Pomoże dotrwać do obiadu.

Mój wzrok spoczął na smukłych palcach, spomiędzy których wystawało opakowanie gum do żucia. Powiodłem wyżej i prawie się zachłysnąłem. Koleżanka od smutnego stroju przyglądała mi się uważnie szarymi oczami. Kiedy tylko napotkała moje spojrzenie, natychmiast przymknęła powieki i skierowała głowę w bok.

Bezwiednie wyciągnąłem dłoń i złapałem za opakowanie. Posłała mi bliżej nieokreślony grymas, coś na kształt uśmiechu, ale bardzo sztucznego. Wymuszonego? Nie zdążyłem się nad tym zastanowić, dziewczyna odwróciła się na pięcie i opuściła główną aulę szybciej, niżby ktokolwiek się spodziewał.

Jedyne, co po niej zostało, to słodki, ciasteczkowo-korzenny zapach, wystarczająco intensywny, bym poczuł tę woń nawet na języku.

1 Tylenol – popularna amerykańska marka leków przeciwbólowych i przeciwgorączkowych.

Rozdział 2

Finn

Na terenie kampusu AIT znajdowała się tylko jedna kawiarnia – całkiem spora, ale otwarta dopiero od następnego tygodnia. Dlatego razem z Deanem wsiedliśmy do jego nowobogackiego auta i ruszyliśmy na centrum, do naszej ulubionej restauracji. „Mrs. Ally” znajdowała się niedaleko jedynego parku w tym mieście i serwowała całkiem zjadliwe żarcie. Nie dorównywała kulinarnym umiejętnościom Conrada, ale klimat tego miejsca wszystko wynagradzał.

Powiedzieć, że właściciele kochali lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku, to jakby nic nie powiedzieć. Podłoga w biało-czarną szachownicę przywitała nas błyskiem odbijających się w niej neonowych napisów krzyczących znad długiej lady. Czerwone, skórzane kanapy oblegane przez studentów skrzypiały, a stoły przykryte kraciastymi obrusami uginały się od talerzy zapełnionych frytkami, hamburgerami i kuflami z piwem.

Kelnerka podniosła głowę znad kasy, gdy dzwoneczek nad drzwiami oznajmił nasze przybycie. Dean posłał jej szeroki uśmiech. W zeszłym semestrze próbował wyciągnąć od niej numer, jednak poniósł sromotną klęskę. Znając go, w tym semestrze również spróbuje swoich sił. Dean Nicholson nie poddawał się tak szybko, choć jego podejście do życia wskazywało na coś zupełnie przeciwnego.

Upodobaliśmy sobie stolik w najdalszym kącie restauracji. Znajdował się za winklem, dlatego rzadko ktokolwiek decydował się na zajęcie go. Tym razem nie było inaczej: mimo że sala pękała w szwach, ten jeden czteroosobowy stolik stał całkowicie pusty. Dean został przy ladzie, by złożyć zamówienie, a ja wcisnąłem się w obicie kanapy i odchyliłem głowę.

Smutna koleżanka dała mi żelki, a nie gumy, jak wcześniej założyłem. Żułem już trzecią, miała smak jabłka i cynamonu. CGM przestał wrzeszczeć już po pierwszej, ale wolałem nie ryzykować, dopóki nie zjadłem posiłku. Poza tym piekielnie mi smakowała. Pasowała do zapachu dziewczyny, od której ją dostałem. Wypadałoby odkupić jej paczkę, ale nie miałem pojęcia, gdzie się w nią zaopatrywała, nigdy nie widziałem takiej w okolicznych marketach.

Dean usiadł naprzeciwko. W jednej ręce trzymał kufel z piwem, w drugiej – sok pomarańczowy. To oznaczało, że w drodze powrotnej to ja będę siedział za kierownicą.

– Garret i Connor do nas dołączą – oznajmił, postawiwszy przede mną szklankę. – Czyli kolejny rok ekipa w komplecie. Sandy zaraz przyniesie ci coś do żarcia.

– Masz numer? – Uśmiechnąłem się. Dean zmarszczył nos i pokręcił zrezygnowany głową.

Uczelniany dream team w komplecie. Finneas Whitman, Dean Nicholson, Garret Conroy i Connor Miller. Czterech jeźdźców wykładowczej apokalipsy. Każdy z nas miał w szufladzie świeżutką umowę podpisaną z uczelnią i zagwarantowaną ciepłą posadkę na wydziale robotyki. Za to lubiłem AIT, widzieli potencjał w swoich studentach i korzystali z niego ochoczo.

Wraz z kumplami podeszła do nas Sandy i postawiła tacę z jedzeniem. Moja sałatka z kurczakiem wyglądała biednie przy ogromnym hamburgerze Deana, ale chciałem wrzucić w siebie cokolwiek w miarę zdrowego, byleby wyregulować poziom glukozy. No i fast food nie był wskazany w moim wypadku.

Pochłaniałem swoje jedzenie, nie przysłuchując się zbytnio rozmowie. Kumple wymieniali się wrażeniami z przerwy międzysemestralnej, ja z kolei nie miałem czym się dzielić. Wolałem zostać w Avenleigh i pracować za psie pieniądze w uczelnianym laboratorium, niż znosić przez dziewięćdziesiąt dni moją matkę.

– A ty co myślisz? – usłyszałem z lewej.

Przestałem przeżuwać kiepsko doprawiony kawałek kurczaka. Spojrzałem na Garreta rozpartego obok mnie. Reszta zamilkła w oczekiwaniu.

– O czym? – zapytałem. Nie miałem ochoty udawać, że słuchałem uważnie.

– O tym nowym kierunku. Podobno będą prowadzić badania nad mózgami różnych artystów.

– Nic o tym nie myślę, nie obchodzą mnie jakieś mazaje.

– Przecież to kierunek bezpośrednio związany z naszym – dodał Connor. Mieszał resztki piwa w swoim kuflu. – Czytałeś maila od rektora?

Wzruszyłem ramionami. Rzeczywiście, dostałem wiadomość z uczelni, ale doszedłem do wniosku, że jego treść nie zmieniła się, odkąd zacząłem studia.

– Nie czytałem.

– Ja też nie – odezwał się Dean. – Nudy.

– No to słuchajcie, drodzy koledzy. – Garret odchrząknął i położył obie dłonie na blacie. – To ma być połączenie sztuk wizualnych, neurofizjologii i emocjonalnej percepcji obrazu. – Nakreślił w powietrzu półokrąg otwartymi dłońmi i zamarł w oczekiwaniu na naszą reakcję. Gdy żadnej nie uzyskał, westchnął teatralnie. – Będą wykorzystywać do nauki nasz prototyp EEG i program do rezonansu, który stworzył jakiś Macmillan. Jako doktoranci mamy uczestniczyć w przygotowywaniu sal wykładowych pod nowe kierunki.

– Conrad Macmillan? – Uniosłem brew. Kumpel kiwnął głową po chwili zastanowienia. – To mój współlokator.

Więc studiował informatykę – przemknęło mi przez myśl. Nic dziwnego, że nie zaskoczyły go mój CGM i naboje w lodówce, musiał prawdopodobnie skończyć medycynę, by dostać się na ten kierunek, AIT tego wymagał. Mnie się nie udało, musiałem zadowolić się mechaniką i budową maszyn. Nie było to spełnieniem moich marzeń, ale odnalazłem się znakomicie w kablach i płytkach.

– Mniejsza o to, przecież nie będziemy mieć z nimi wszystkich zajęć, tylko te, które pomogą nam scalić odpowiednio systemy – powiedział Dean, wciąż przeżuwając burgera. Nie cierpiałem, kiedy mówił z pełną gębą. – Widzieliście te laski, co będą studiować neuroart?

– Sandy już ci się nie podoba? – Connor szturchnął go w ramię, o mało nie wytrącając mu przy tym kufla z piwem.

– Podoba, ale nic jej nie obiecałem przecież. – Dean rozłożył szeroko ręce.

Rozmowa trwała, a ja z każdą mijającą minutą nudziłem się coraz bardziej. Ostatnie, o czym chciałem gadać, to dziewczyny, które można by obrobić w pięć sekund. Szczególnie świeżo po rozstaniu z Kriss. Miałem zwyczajnie dość lasek.

Sandy donosiła piwo niemal od razu po tym, jak trunek znikał z pozostawionych wcześniej kufli. Ja zostałem przy zwykłej wodzie i obserwowałem po prostu coraz głębszy stan upojenia chłopaków. Im więcej czasu mijało, tym liczba znajomych wchodzących do „Mrs. Ally” się powiększała. Dźwięk dzwonka przy drzwiach gubił się we wszechobecnym zgiełku. Podniesione głosy, stukot szklanek i donośne śmiechy sprawiały, że czułem się nieco jak w ulu, który budził się do życia po zimie.

Lubiłem to i nienawidziłem jednocześnie. Moje baterie społeczne szybko się wyczerpywały, szczególnie że dzień wcześniej spędziłem już czas z tymi ludźmi.

W końcu, gdy mój zegar biologiczny sygnalizował porę na kolejny posiłek, doszedłem do wniosku, że powinienem zbierać się do mieszkania. Upewniłem się jedynie, że Dean nie wróci samochodem do domu (kazał zabrać auto do siebie) i wyszedłem na zewnątrz, witając rześkie powietrze po deszczu.

Avenleigh było niewielkim miasteczkiem, które pełniło również funkcję miasteczka studenckiego. To głównie my, nadzieja tego narodu, pracowaliśmy w marketach i kawiarniach, byliśmy motorem napędowym tego miejsca i chlubą stanu Vermont. Oczywiście nie mogliśmy konkurować z Cambridge znajdującym się w Massachusetts, ale oni również nie mogli z nami. Nie mieli tak innowacyjnych technologicznie kierunków, jak niewielki AIT.

Wsiadłem za kierownicę Cadillaca. Oparłem się o skórzany fotel i przymknąłem na moment powieki. Delektowałem się ciszą. Dopiero w tej chwili uświadomiłem sobie, że chociaż głowa już nie bolała, odczuwałem nieprzyjemne pulsowanie w potylicy i moim największym marzeniem, było przespać resztę dnia. Za każdym razem po jakiejś grubszej imprezie obiecywałem sobie, że więcej się tak nie sponiewieram. Cóż, najwyraźniej mogłem wrzucić sobie między bajki te głupie zapewnienia, bo czasem wystarczył niewielki zapalnik do tego, bym schlał się jak świeżak, co miał alkohol w ustach po raz pierwszy.

Wraz z tą myślą pojawiła się w mojej głowie Kriss. Uparta Kriss. Nie pozwalała o sobie zapomnieć. Widziałem ją przed restauracją. Wpatrywała się w szybę, zapewne szukając mojej twarzy. Siedzieliśmy jednak wystarczająco daleko, by nie mogła mnie dostrzec. Liczyłem na to, że to nieprawda, że dała sobie spokój i po prostu sprawdzała, czy są wolne miejsca. Wolałem przyznać, że mam o sobie zbyt duże mniemanie, niż skonfrontować się z faktem, że ta dziewczyna nie jest w stanie odpuścić sobie faceta, który dał jej kosza.

Cóż, w końcu byłem w czymś jej pierwszym.

Przestało lać. Słońce wyszło zza chmur, jego promienie odbijały się w kałużach, utrudniając tym samym widoczność. Sunąłem powoli po Main Street, przyglądając się szarym budynkom wyrastającym po obu stronach drogi. Ludzie spacerowali po chodnikach z parasolkami w dłoniach, gotowi na nagłą zmianę pogody.

Fala studentów ożywiła miasto. W ciągu ostatnich trzech miesięcy przypominało bardziej wioskę duchów niż miejsce spotkań uczelnianej socjety. Lubiłem spokój, który temu towarzyszył. Wszystko toczyło się prawidłowym dla siebie tempem, takie przynajmniej miałem wrażenie.

Telefon zawibrował na siedzeniu pasażera w tym samym momencie, w którym wyłączyłem silnik. Spojrzałem na ekran i przewróciłem oczami, zanim nacisnąłem zieloną słuchawkę i przyłożyłem urządzenie do ucha.

– Miałeś zadzwonić po rozpoczęciu roku – rzuciła matka z wyraźną nutą pretensji w głosie.

Isolde Whitman brzmiała pretensjonalnie już od sześciu lat. Niezadowolenie wyrosło na jej twarzy w ciągu kilku sekund, w których oznajmiałem, że wybieram się na studia do Vermont, a nie na Oxford tak jak sobie wymarzyła. Na szczęście od spełniania jej oczekiwań był Brandon, ja stałem się rozczarowaniem w chwili, w której okazało się, że jej fantastyczne geny przekazały mi cukrzycę typu pierwszego i byłem bardziej podobny do jej ojca niż do ukochanego męża.

– Wyleciało mi z głowy – mruknąłem, odpinając pas.

Westchnienie zawodu wydobyło się ze słuchawki. Matka doskonale zdawała sobie sprawę, że kłamałem, bo zdarzało mi się to zbyt często. Nie zamierzałem tego ukrywać, mogłem zwyczajnie nie odebrać, ale wtedy musiałbym mierzyć się z jej wizytą, a to było mi strasznie nie na rękę. O ile moje wyniki w nauce zadowalały Isolde wystarczająco, by nie wspominała o studiach przy każdej nadarzającej się okazji, o tyle inne aspekty mojego życia stały się naglącym tematem podczas rodzinnych spotkań czy odwiedzin szanownej matki w Vermont.

– Wiesz, że się martwię. Doktor Benson przesłał twoje wyniki i…

– I są w normie bez względu na to, co powiedziała ta jędza, która ciągnie od ciebie pieniądze za każdą, nawet najdrobniejszą konsultację.

Na linii nastała wymowna cisza. Prawda była taka, że odkąd przestałem chodzić do lekarzy rekomendowanych przez towarzystwo mojej matki, zacząłem czuć się zdecydowanie lepiej. Nie musiałem też pamiętać o zastrzykach, bo Benson zaproponował monitor poziomu glukozy i pompę insulinową. Jasne, zawsze miałem w lodówce zestaw ratunkowy, ale nie musiałem kłuć się trzy razy dziennie, jak to dotychczas miało miejsce.

– Czy oprócz mojego samopoczucia jest jeszcze coś, o czym chciałabyś ze mną porozmawiać? – zapytałem, gdy jej milczenie przeciągało się dłużej niż zazwyczaj.

Isolde odchrząknęła. W tle usłyszałem stukanie łyżeczki o porcelanową filiżankę. Pociągnęła łyk mocnej, czarnej herbaty, zapewne zostawiając przy tym czerwony ślad na rancie. To jedyne, co pijała w ciągu dnia. Nie rozstawała się również z pomadką w krwistym kolorze, tak ją pamiętałem nawet z okresu dzieciństwa, na każdym zdjęciu w albumie i portrecie na ścianie.

– Kristine do mnie dzwoniła.

Otworzyłem usta, by po chwili je zamknąć. Spodziewałem się po tej dziewczynie wszystkiego, oprócz tego jednego. Kriss szczerze nie cierpiała mojej matki. Z wzajemnością. Moja eks uważała Isolde za zbyt kontrolującą, właściwie miała sporo racji, ale nigdy nie powiedziałbym tego na głos. Z kolei moja rodzicielka… cóż, w jej wypadku to nie było nic osobistego. Nie lubiła żadnej mojej dziewczyny. Mimo to jej zachowanie wobec każdej z nich pozostawało nienaganne.

– Co chciała? – Zdobyłem się w końcu na wykrzesanie z siebie jakichkolwiek słów. Upewniłem się, że włączyłem alarm w samochodzie, po czym ruszyłem w stronę klatki schodowej. Niespodziewanie poczułem się zmęczony. I nie była to kwestia późnej pory.

– Wiesz, nigdy nie pochwalałam waszego związku – zaczęła poważnym tonem. Odstawiła filiżankę na talerzyk, czemu towarzyszył charakterystyczny dźwięk. – Podobno źle się prowadzasz, zapewne to ona ma na ciebie taki wpływ, ale nie chce, bym ją o to podejrzewała.

– Od trzech tygodni nie ma na mnie żadnego wpływu – odparłem równie oficjalnie. – Rozstaliśmy się.

– Przykro mi.

Wcale nie było jej przykro. Oczami wyobraźni widziałem, jak rozciąga usta w karykaturalnym uśmiechu, a oczy błyszczą z zadowolenia. Wciąż liczyła na to, że po studiach wrócę do domu, przejmę rodzinny interes, a ona znów położy łapy na moim życiu. Przy okazji wepchnie między moje ramiona córkę którejś z koleżanek. Każde związkowe niepowodzenie tylko utwierdzało ją w tym przekonaniu. Problem polegał na tym, że miałem charakter swojej matki i relacje traktowałem jak transakcję biznesową. Jeśli nie była dla mnie korzystna – zrywałem umowę.

Wymieniliśmy jeszcze kilka zimno-uprzejmych zdań, następnie rozłączyłem się z niesamowitą ulgą. Rozmowy z matką stawały się coraz bardziej męczące, wymijające odpowiedzi kwitowała niezadowolonymi prychnięciami i wytykaniem powtarzających się sztuczek. Wymyślanie na poczekaniu nowych wymówek nie było moją najmocniejszą stroną, przez co nasze konwersacje kończyły się nieprzyjemnie. A to wiązało się z telefonem od Brandona.

Brat zadzwonił niespełna godzinę później.

Nie odebrałem. Wystukałem krótką wiadomość, że oddzwonię, po czym rzuciłem się na łóżko i zakryłem oczy przedramieniem. Potrzebowałem odciąć się od wszelkich bodźców, nieobecność Conrada stała się w tej chwili zbawieniem. Głowa wciąż pulsowała tępym bólem, jednak niewystarczającym, by wziąć kolejną tabletkę. Wiedziałem, że za moment i tak muszę się podnieść, ale ta krótka chwila wyciszenia dała mi dużo więcej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

Mój umysł postanowił, że będę robił co innego niż jego oczyszczanie. W wyobraźni pojawiła się smutna koleżanka. Wyryła się w mojej głowie niczym fotografia w jakości HD. Ciemne, falowane włosy, zadarty nos i kilka piegów. Okrągłe, szare oczy, jak u przestraszonego zwierzęcia. Właściwie zachowywała się jak przestraszone zwierzę, jakby uczelniany zgiełk nie był jej naturalnym środowiskiem. Mnie lata nauki przygotowały na tabuny rozkrzyczanych młodych dorosłych, choć pewnie, gdybym nie uparł się na zakończenie edukacji domowej, zareagowałbym podobnie.

Ta jej monochromatyczność miała w sobie coś uroczego. Delikatnego, nieuchwytnego. Jakby nie należała do tego świata, znalazła się tu przypadkiem i próbowała jakoś się dopasować, lecz na próżno. Całkiem ładna, ale nie w moim typie. Zakładałem, że została studentką nowego kierunku. Neuronauka połączona ze sztuką.

Parsknąłem, a kącik ust mimowolnie się uniósł w szyderczym uśmiechu. Uważałem artystów za odklejonych od rzeczywistości. Doszukiwali się głębi w pociągnięciach pędzli szaleńców, takich samych jak oni. A to tylko kilka barwników połączonych z odpowiednim nośnikiem, nic więcej. Na lekcjach kultury nauczycielka powtarzała, że sztuka ma wywoływać w nas konkretne emocje.

Z tym się akurat zgadzałem. Czułem niesamowitą pogardę, patrząc na niektóre dzieła, które były sprzedawane na aukcjach za zawrotne sumy. Można je zainwestować w tak wiele innych rzeczy. Bardziej przydatnych.

Przewróciłem się na bok i spojrzałem na zegarek stojący na szafce obok łóżka. Dochodziła piąta po południu, a to oznaczało, że zostało mi całkiem sporo czasu, by przygotować się na pierwszy dzień wykładów. Ten rok miał być trudny, miał nas sprawdzić, czy nadajemy się do pracy zarówno jako inżynierowie, jak i przyszli wykładowcy. Ja miałem zostać sprawdzony w tej roli. Lista zadań na ten semestr czekała na moim mailu. Nieotwarta. Domyślałem się, co mnie czeka, ale nie byłem w stanie się przygotować, jeśli nie poznam dokładnych wytycznych.

Sęk w tym, że zwlekałem z otworzeniem tej wiadomości do ostatniej chwili. Wpatrywałem się w biurko i ciemny ekran laptopa. Pot spływał mi po karku. Nie bałem się ciemności, potworów spod łóżka, kosza od dziewczyny.

Nie bałem się nawet hipoglikemii czy śpiączki cukrzycowej, potrafiłem przeciwdziałać obu tym rzeczom.

Nic mnie tak nie przerażało, jak myśl, że mógłbym nie podołać zadaniu, którego się świadomie podjąłem.

Rozdział 3

Finn

Budzik nie zadzwonił. Samochód nie odpalił. Autobus się spóźnił. W połowie drogi na uniwersytet doszedłem do wniosku, że nie warto gonić na pierwszy wykład, bo i tak nie zdążę. Dlatego odbiłem z głównej ulicy w prawo i wszedłem na teren parku.

Rześkie powietrze łaskotało w płuca, zmuszało do tego, by wziąć głębszy oddech. Jesień dawała o sobie znać, ale nie w ten szary, ponury sposób. Po deszczu nie pozostało nawet śladu. Słońce wychylało się zza omszałych konarów. Poranna mgła osiadała powoli na ciemnozielonej trawie, gdzieniegdzie przykrytej kolorowymi liśćmi. Szedłem niespiesznie ścieżką wysypaną żwirem z rękami wciśniętymi w kieszenie lekkiego płaszcza. Torba z laptopem odbijała się rytmicznie od mojego biodra.

Mijałem biegaczy i właścicieli psów. Kilka jardów od wejścia znajdowała się budka z kawą i domowymi wypiekami. Prowadziła ją starsza pani, która od dawna powinna być na emeryturze, ale poprzedni tryb życia sprawił, że nie mogła usiedzieć w miejscu. Chętnie dzieliła się opowieściami z czasów, gdy była jeszcze młoda, a pracująca kobieta należała do rzadkich zjawisk.

Chciałem kawy. Możliwe, że chciałem też kupić jakiś wypiek, by przegryźć coś po zajęciach sportowych. Wszystkie te myśli uleciały z mojej głowy w chwili, w której zbliżyłem się do wysłużonej, drewnianej budki.

Chciałem, dopóki jej nie zobaczyłem.

Smutna koleżanka właśnie odbierała swoją dyniową latte. Starsza kobieta posłała jej ciepły uśmiech, niestety nie spotkał się z aprobatą dziewczyny. Wymamrotała szybkie podziękowania i ruszyła w głąb parku z głową wciśniętą między ramiona. Przez plecy, na skórzanym pasku, miała przewieszoną ciemną tubę niemal tej samej wysokości, co ona sama. Spod pachy wystawała czarna teczka, też całkiem pokaźnych rozmiarów.

Porzuciłem swoje plany i puściłem się biegiem za dziewczyną.

– Hej! – krzyknąłem. Przystanęła na chwilę, ale nie dlatego, że mnie usłyszała, bo nie zwróciła się w moim kierunku. Po prostu poszła dalej, jakbym w ogóle się nie odezwał. – Hej! Zaczekaj!

Przyspieszyłem, by ją dogonić. Jak na kogoś tak niepozornego, posuwała się do przodu całkiem szybko. Płuca zakłuły mnie przy ostatnich dwóch jardach.

Moja kondycja to jakieś nieporozumienie.

Dostrzegła mnie kątem oka. Spojrzała przez ramię i zlustrowała beznamiętnie. Przystanąłem i zgiąłem się wpół. Oparłem ręce o kolana, łapałem spazmatycznie hausty powietrza, by dotlenić organizm.

Spadek cukru murowany.

Wyprostowałem się i odchrząknąłem. Wtedy dziewczyna zwróciła się w moją stronę i wyciągnęła wolną ręką małą, białą słuchawkę z ucha. Przyglądała mi się z pytającym wyrazem twarzy, jakby lekko zdezorientowana.

– H-hej – wysapałem po raz kolejny. Chryste, co za dramatyczna sytuacja. Bieganie za randomową laską nie było w moim bingo na ten rok.

– Hej? – powtórzyła za mną. Głos jej lekko drżał, zrzuciłem to na karb chłodnego poranka. – Mogę w czymś pomóc?

– Wczoraj… wczoraj mi pomogłaś – jąkałem się jak jakiś nowicjusz w kontaktach z płcią przeciwną. Miałem ochotę dać sobie w twarz. – Chciałem ci podziękować. I jakoś się zrewanżować.

– Nie ma takiej potrzeby. – Posłała mi bliżej nieokreślony grymas, po czym pospiesznie odwróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie. – Cieszę się, że ci lepiej.

Nie ze mną takie numery. Chciałem jej odkupić te żelki, poprzedniego wieczoru przejrzałem wszystkie strony internetowe okolicznych sklepów, ale nigdzie ich nie znalazłem. Dlatego też uznałem, że wypadałoby chociaż zaprosić ją na kawę albo zrobić cokolwiek w ramach podziękowań.

Chwyciłem za pasek teczki przewieszonej przez jej ramię. Wyraźnie się spięła. Widocznie nie lubiła, gdy ktoś naruszał jej przestrzeń osobistą, a ja nie do końca rozumiałem, dlaczego tak mi zależało na tym, by wejść z nią w jakąkolwiek interakcję.

– Chciałbym się jakoś odwdzięczyć – powtórzyłem. Poczułem gulę rosnącą w przełyku. Czym się tak stresowałem? – Więc jeśli mógłbym…

– Nie ma takiej potrzeby. To nic wielkiego – przerwała mi, nawet nie spojrzawszy w moją stronę. – Po prostu dbaj o siebie. A teraz, proszę, puść mnie. Bo się spóźnię.

Opuściłem rękę. W oszołomieniu patrzyłem, jak dziewczyna idzie w tylko sobie znanym kierunku, bo gdyby zamierzała pójść na uczelnię, skręciłaby w lewo. Ciemne włosy podskakiwały przy każdym kroku. Żwir chrzęścił pod ciężkim obuwiem coraz ciszej, aż w końcu karmelowy płaszcz zniknął za zakrętem, rozpływając się między drzewami.

A we mnie zakiełkowało przepotężne uczucie zawodu.

Chyba po raz pierwszy w życiu chciałem nawiązać z kimś kontakt z własnej, nieprzymuszonej woli. Możliwe, że miała rację. Możliwe, że jej gest to nic wielkiego. Zastanawiało mnie jednak, jak wiele osób oceniłoby tak trafnie sytuację tylko podczas kilkuminutowej obserwacji. Tak przynajmniej zakładałem, bo przecież mój atak nie trwał wystarczająco długo, by ktokolwiek go zauważył. Oprócz niej.

Jakbym dostał w twarz i to niezasłużenie. Nie sądziłem, by na świecie istnieli jeszcze ludzie, którzy robili coś dla innych bezinteresownie. Wszystko miało jakiś zalążek biznesowych podstaw i wymagało odpowiedniej reakcji, by w przyszłości nie mieć z tego powodu nieprzyjemności.

Może mnie znała? Wiedziała, kim jestem? Choć wydawała się całkowicie niezainteresowana moją osobą, może to tylko pozory? Nie uczęszczałem na tę uczelnię od wczoraj, doskonale znałem zagrywki innych studentów, szczególnie studentek z młodszych roczników. Sądziły, że kiedy będą dla mnie miłe, ugrają cokolwiek, gdy zostanę wykładowcą. Sęk w tym, że smutną koleżankę widziałem wczoraj po raz pierwszy i nie sądziłem, by wieści tak szybko się rozchodziły.

Po kilku nieznośnie długich minutach doszedłem do wniosku, że nic nie wiem. Z gorzkim poczuciem upokorzenia ruszyłem w stronę uniwersytetu. Ten dzień nie mógł zacząć się gorzej.

*

Usiadłem na murku przed wydziałem z papierowym kubkiem w ręce. Nowoczesny, przeszklony budynek spoglądał na mnie z niesmakiem. Ciepłe, jesienne promienie odbijały się od wysokich okien i raziły w oczy.

Rutherford Center ewoluowało, odkąd zacząłem uczęszczać na AIT. Każdego roku uczelnia otwierała kolejne sale wykładowe i pracownie. Studenci powoli przenosili się z The Quiet Tower i głównego budynku do nowoczesnego kompleksu zapewniającego przyszłym inżynierom odpowiednie warunki do nauki. Miałem przyjemność uczestniczyć w tym tylko podczas pierwszych dwóch semestrów.

Powiodłem spojrzeniem do starej, wysłużonej The Quiet Tower, w której rozpoczynałem naukę na wydziale robotyki. Ostatnie pięć lat stała pusta, samotna i widocznie władze uczelni uznały, że należy zrobić z nią coś sensownego. W moim mniemaniu otworzenie kierunku, który był wariacją sztuki i neurobiologii, nie miał z sensem nic wspólnego, lecz nie mnie to oceniać. Nie mój problem i nie mój zakres zainteresowań.

Nim zdążyłem zapaść się głębiej we własne rozmyślania, dźwięk przesuwanych drzwi przykuł moją uwagę. Fala studentów wylała się na skwer przed instytutem. Nic dziwnego, z każdą kolejną minutą robiło się coraz cieplej, jesienne słońce przyjemnie ogrzewało moje plecy.

Gdzieś kiedyś usłyszałem, że jesień w Vermont jest przepiękna. Że aura sprzyjała spacerom, a promienie centralnej gwiazdy w Układzie Słonecznym zachęcały do spędzania czasu na zewnątrz. Dla mnie wiązała się z niewyciąganiem zimowego płaszcza przed Świętem Dziękczynienia. Nie lubiłem romantyzowania pór roku, zasadniczo romantyzowania czegokolwiek. Rok dzielił się na semestry, jesień oznaczała wymianę ciuchów w szafie, nie pumpkin spice latte i milusie kocyki.

Biały niczym kartka Dean wyłonił się zza przyciemnionej szyby głównego wejścia. Przeszklone oczy niemal od razu wwierciły się w moją osobę. Ruszył ku mnie chwiejnym krokiem, a im bliżej był, tym wyraźniej widziałem ciemne sińce pod oczami i spierzchnięte usta.

– Kurwa, stary – jęknął, siadając ociężale tuż obok. – To była jakaś masakra.

– Wykład czy impreza? – Oparłem łokcie o uda. Mieszałem resztki kawy w kubku.

– Jedno i drugie. Dawaj to. – Sięgnął po napój i nim się obejrzałem, przechylał tekturowe opakowanie, by wlać zawartość do gardła. Ścisnął je między palcami, gdy pochłonął ostatnią kroplę, po czym westchnął z ulgą. – Nie wiem, jak do tego doszło, że się tak schlaliśmy.

– Też nie wiem, lecz się domyślam.

– Gdzie cię wcięło? Profesor Hamsword szukała swojego pupilka po sali i strasznie się zawiodła, kiedy zobaczyła puste miejsce obok mnie.

Wykrzywiłem usta w gorzkim uśmiechu. Amanda Hamsword wykładała język angielski na tej uczelni już od dwudziestu pięciu lat i co roku wybierała sobie studenta, w którym pokładała największe nadzieje odnośnie do swojego przedmiotu. Próbowała wpoić nam miłość do języka, przeplatała zajęcia z nazewnictwa branżowego z czytaniem Shakespeare’a i interpretacją wierszy Edgara Allana Poe. Imponował mi jej zapał i próba nauczenia blisko setki ścisłych umysłów interpretacji sztuki. Przynajmniej nie robiła z tego egzaminów.

– Zaspałem. A twój samochód nie odpalił.

– Pewnie się rozładował – dywagował Dean. – Pieprzone elektryki.

Skomentowałem to jedynie westchnięciem. Bez zbędnych dyskusji ruszyliśmy na kolejny wykład. W pierwszym tygodniu zwykle nie działo się nic spektakularnego, więcej organizacyjnego lania wody niż realnej nauki, ale wolałem mimo wszystko nie opuszczać więcej zajęć bez powodu. Przede wszystkim dlatego, że nie miałem nic innego do roboty.

Właściwie to miałem, ale od tygodni nie zaczepiałem swojego hobby i ciężko było do tego wrócić. Stół roboczy wciśnięty w kąt mojego pokoju patrzył na mnie codziennie z nieskrywanym niesmakiem. Ostatnio wszystko patrzyło na mnie ze sporą dawką niechęci.

Problem polegał na tym, że wciąż nie miałem chęci, żeby robić cokolwiek, jakby związek z Kriss wyssał ze mnie wszystkie siły witalne. Liczyłem na to, że w końcu wrócą, bo perspektywa uczenia się do egzaminów pod koniec semestru w takim stanie nie napawała optymizmem i nie gwarantowała odpowiednio wysokiej średniej.

Do pory lunchu słuchałem nudnych opisów procesów pracy, jaka czekała nas wszystkich w tym roku akademickim. Nie dowiedziałem się niczego zaskakującego, każdy rok nauki to nowe wyzwania i coraz trudniejsze zagadnienia do przyswojenia, bez względu na kierunek, jaki się studiowało. AIT wyjątkowo mocno kładł nacisk na jakość naszego wykształcenia, nie na liczbę pozyskanych studentów. Prestiżowa, prywatna uczelnia miała to do siebie, że nie liczyła na rządowe dofinansowania, bo kasę ciągnęła z kont rodziców swoich uczniów, a oni ochoczo się nią dzielili, byleby ich pociechy wyszły na tym jak najlepiej.

Razem z Deanem dotarliśmy do stołówki, kupiliśmy jedzenie i dosiedliśmy się do Connora i Garreta. Wyglądali równie źle, co przyjaciel. Wpatrywali się tępym wzrokiem w wielorazowe kubki, z których unosiła się para. Obok stały tace z kanapkami, ale wątpiłem, czy chłopaki cokolwiek ruszą. Dean po kawie prawie zwymiotował.

Posiłki zazwyczaj przynosiłem z domu. Zwykle robiłem je sam, na kilka dni. Zdarzało się, że Conrad okazał łaskę i przygotowywał mi coś naprawdę zajebistego. Wierzyłem w dobrą kuchnię tutejszych pracowników, mieli nawet sekcję dla osób z przeróżnymi schorzeniami, ale korzystałem z tej opcji tylko w skrajnych przypadkach. Tak jak dziś. Posiłki dla diabetyków były horrendalnie drogie – pewnie ze względu na „prestiż” osób, które się tu uczyły, na moje jednak to zdecydowanie za dużo. W domu Whitmanów się nie przepłacało, a wartości pieniądza ojciec uczył już od najmłodszych lat. Za to akurat byłem wdzięczny.

– Ja chyba odpadam, chłopaki – wymamrotał Garret, pociągnąwszy z kubka. Ręce trzęsły mu się, jakby chorował na Parkinsona. – Mam dość, muszę to przespać.

– Nie marudź, wytrzymasz. Jeszcze dwa wykłady. – Dean sięgnął do jego tacy z jedzeniem i bez skrępowania zgarnął kanapkę.

– Piekło. Tyle mam na ten temat do powiedzenia.

– Może jednak chcesz tabsa? – Connor podniósł głowę ze stołu. Automatycznie poprawił blond grzywkę. Conroy pokręcił głową. Przymknął powieki i ułożył się na stole, gotowy zapaść w regenerujący sen.

– Przeciwbólowe są dla słabych – wymamrotał Garret spomiędzy skrzyżowanych przedramion. Niespodziewanie dźwignął głowę i zlustrował mnie ciemnymi oczami. Tak uważnie, że jedzenie niemal stanęło mi w przełyku z dyskomfortu. – A ciebie czemu nie było u Hamsword?

– Zaspałem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

Musiałem odwrócić wzrok, spojrzenie Garreta strasznie mnie speszyło. W naszej ekipie był trochę jak surowy ojciec, który starał się nas okrzesać. Oprócz tych kilku razów w ciągu roku, gdy wypijał o jedno piwo za dużo i odchorowywał to przez następny tydzień.

– Kriss u ciebie była?

Uniosłem brwi. To pytanie nie wróżyło nic dobrego. Nie mogłem sobie przypomnieć, czy wspominałem im o naszym rozstaniu, dlatego postanowiłem dobitnie to podkreślić.

– Kriss nie bywa u mnie od blisko miesiąca. I nic nie wskazuje na to, bym zechciał to zmienić.

– Rozstaliście się? – dopytywał Dean. Pokiwałem jedynie głową. Jednak im nie wspominałem. – Kurwa, jak dobrze! Tępa była.

– Nicholson! – Connor posłał mu oburzone spojrzenie. Dean uśmiechnął się złośliwie.

Oni wszyscy mieli o Kriss takie samo zdanie, Dean jako jedyny się po prostu z nim nie krył. Za to go lubiłem, walił prosto z mostu i nie przejmował się tym, że zaboli. Wolał powiedzieć okrutną prawdę, niż kluczyć wokół tematu.

I to dzięki niemu przejrzałem na oczy. To on pokazał mi, że Kriss żeruje na kasie moich rodziców, trzymała się mnie tylko z tego powodu. W chwili, w której przestałem finansować każde wspólne wyjście, nagle zaczęła częściej do mnie dzwonić i pisać, szukać terminów na spotkania. Będę mu za to wdzięczny chyba do końca życia.

– Uspokój się, Miller – sarknął Dean, utrzymując złośliwy uśmieszek. Zarzucił rękę na moje ramię, drugą zmierzwił mi włosy. – Nasza gwiazdeczka zasługuje na kogoś, kto dorówna mu intelektem, nie sądzisz?

– Nie.

– Nie – powiedziałem niemal w tym samym czasie, co Connor. Garret przeskakiwał spojrzeniem między mną a Deanem. Odniosłem wrażenie, że nie było go z nami, że leżał już w wygodnym łóżku i leczył kaca.

– Co „nie”? – Nicholson zgiął rękę w łokciu, tym samym prawie miażdżąc mi przełyk.

– Mam nadzieję, że żaden z was nie był na tyle głupi, żeby powiedzieć jej, gdzie teraz mieszkam. – Sprawnie powróciłem do tematu. Zlustrowałem ich po kolei wzrokiem. Zgodnie jednak pokręcili głowami. Nigdy jej nie lubili, więc szansa, że zwyczajnie ją spławili, była ogromna.

Dean coś jeszcze powiedział. Connor mu odpowiedział, a Garret przytaknął. Nie wiedziałem, o czym mówili. Właściwie to przestało mnie to obchodzić. Kątem oka dostrzegłem dziewczynę od żelek. Mój wzrok natychmiast popłynął w tamtą stronę. Bezwiednie, nie miałem nad tym żadnej kontroli.

Wciąż miała na sobie karmelowy płaszcz. Czarny golf otulał jej ciało i niemal zlewał się z prostymi jeansami i butami w tym samym kolorze. Przytulała do piersi granatowy notatnik. Drewniany ołówek przytrzymywał kosmyki za uchem, w którym widniała niewielka, biała słuchawka.

Usiadła przy oknie wychodzącym na plac. Przez chwilę wpatrywała się w krajobraz za szybą, po czym otworzyła zeszyt, chwyciła ołówek i od razu zaczęła szkicować. Włosy opadły na blat, zakryły większość jej twarzy. Wyraźnie jednak widziałem jej oczy, całkowicie skupione na tym, co robiła.

Szturchnięcie w bok wyrwało mnie z letargu. Potrząsnąłem głową i spojrzałem na głupawy uśmiech Deana. Przelotnie zerknąłem na resztę, ich twarze również wyrażały rozbawienie.

– Co to za zawiecha, Finn? – Dean uniósł brew. Odwrócił się w kierunku dziewczyny i zmrużył oczy. – To nie ta laska, co poratowała cię w auli?

– Dokładnie ta – mruknąłem. Pochyliłem się nad swoim posiłkiem. Dźgnąłem kawałek pieczonego indyka. – Spotkałem ją w parku i chciałem podziękować, ale mnie olała.

– Ładna – oświadczył Garret. Wraz z Connorem bezczelnie zwrócili się w stronę okna. – Taka nie za bardzo w twoim typie.

Przechyliłem głowę w bok. Fakt, smutna koleżanka nie wpisywała się w mój kanon, ale nie zamierzałem jej podrywać. Chciałem jej po prostu podziękować. Po Kristine miałem dość związków. Poza tym drugi rok zawsze był najgorszy, bez względu na to, czy to licencjat, magistrat czy doktorat. Czas nie sprzyjał nawiązywaniu nowych znajomości.

– Prosisz się o strzała w mordę – warknąłem ostrzegawczo. Wymierzyłem palcem w kumpli siedzących naprzeciwko. – Radzę wam nic nie kombinować. Chcę jej tylko podziękować.

Pokiwali potulnie głowami. Znałem ich jednak na tyle dobrze, żeby im nie ufać. Wcale, w ogóle, nawet odrobinę. Utarło się, że programiści, inżynierzy i większość kierunków technicznych to lamusy bez powodzenia u kobiet, bez jakichkolwiek umiejętności w kontaktach interpersonalnych. Że to goście w kraciastych koszulach i połamanych okularach, z aparatem ortodontycznym na dolnych zębach i alergią na orzechy.

Ależ to było obłudne kłamstwo.

Stawało się jeszcze większe, gdy chodziło o bogatych geniuszy. Nie musieli nadrabiać wyglądem, bo mieli kasę. Na studiach chodziło głównie o zabawę, na poważniejsze rzeczy przychodził czas później, więc pieniądze stanowiły przepustkę do rozłożenia niemal każdych kobiecych nóg. A z racji tego, że nie byli głupi, wiedzieli, gdzie takich szukać. I zwykle się im udawało.

Sam niechlubnie należałem do tego grona, przynajmniej przez jakiś czas. Po trzech latach bawienie się z innymi zwyczajnie męczy i zaczyna nudzić. Mnie znudziło.

Dokończyłem purée i indyka, po czym bez słowa podniosłem się z miejsca, odstawiłem tacę i ruszyłem do wyjścia. Kumple prowadzili między sobą jakąś niezobowiązującą rozmowę, w której nie chciałem uczestniczyć. Byłem znużony, poimprezowe zmęczenie wciąż trzymało mnie w swoich szponach. Kiepski początek dnia tylko potęgował ten efekt.

W mojej głowie pojawiła się myśl, której nie miałem od dawna. Potrzebowałem się wyciszyć, a nic tak na mnie nie działało, jak naprawianie zegarków.

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Lista stron

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35