Szaman - Mariusz Kaszyński - ebook

Szaman ebook

Mariusz Kaszyński

0,0

Opis

Druga wojna światowa. Grupa pijanych rosyjskich żołnierzy napada na żeński klasztor w Ościeżynie.

Rok 2021. Sprawa, której komisarz Norbert Zawicki zamierzał poświecić co najwyżej weekend, zmusza go do dłuższego pobytu w warmińskiej miejscowości, gdy Ościeżynem wstrząsają kolejne niezrozumiałe zdarzenia. Jeśli coś potrafi wzbudzić żądzę krwi w trzydziestu tysiącach kurczaków, to dysponuje siłą, przed którą tylko głupiec nie czułby trwogi.

Policjant nie był głupi. Był… zaciekawiony. Nie na darmo mówi się jednak, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła.

A piekło, zgotowane w Ościeżynie osiemdziesiąt lat temu, nadal nie ostygło.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 366

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł: Szaman

Copyright © by Mariusz Kaszyński, Warszawa 2021

Wszelkie prawa zastrzeżone.

All rights reserved.

Redakcja i korekta: Alicja Gajda, Anna Dzięgielewska

Projekt okładki i ilustracje: Łukasz Białek

Skład i łamanie: Krzysztof Biliński

Wydanie I

Wydawca: Planeta Czytelnika, Łódź 2025

planeta-czytelnika.pl

[email protected]

ISBN 978-83-68702-21-7

1

Księżyc przesłoniły chmury i zrobiło się znacznie ciemniej. Płaski teren przed podniszczonymi zabudowaniami klasztoru przestał sprawiać wrażenie sztucznie oświetlonego. Siostra Klemensa podziękowała Bogu za zasłonę mroku. Najwyraźniej spojrzenie Pana nie do końca odwróciło się od tego padołu łez. Drżącymi dłońmi nieco zakasała długi habit i puściła się biegiem przez opustoszały plac. W uszach czuła tętent krwi. W każdej chwili spodziewała się okrzyków nakazujących jej się zatrzymać, lecz wokół panowała cisza. Martwa, złowroga cisza z rodzaju tych, które tłumią wszelkie dźwięki, bo zdają się nad nimi panować. Cisza zwiastująca mające wydarzyć się zło.

Tyle że zło już się wydarzyło. Opadło na klasztor jak wieczorna mgła i rozpanoszyło się na dobre. A w niej spoczywała ostatnia iskierka nadziei na sprowadzenie ratunku. Obejrzała się za siebie, lecz nie dostrzegła niczego niepokojącego. Ucieczka najwyraźniej nie została odkryta.

Nie bądź zbyt pewna siebie – strofowała się w myślach. Zło nigdy nie zasypia, nie traci czujności. Nie wiesz, czy i teraz nie bawi się z tobą niczym złowrogi czarny kocur ze zmaltretowaną myszką.

Zresztą nie okazałaby najmniejszego zdziwienia, gdyby na jej drodze niespodziewanie wyrósł cień żołdaka, niwecząc w zarodku tę żałosną próbę wykradnięcia się do miasteczka.

Nie pojawił się – ani żołnierz, ani nikt inny. Siostra Klemensa dopadła pierwszej rosnącej jeszcze samotnie brzozy i wtuliwszy całe ciało w pień, jakby zamierzała się z nim stopić, rozejrzała się dokoła. Nie była pewna, skąd powinna wyglądać zagrożenia. Pogoni z zabudowań klasztoru? A może straży pozostawionej przez ludzkie bestie?

Nie zostawili nikogo na czatach. Głos rozsądku był słaby i nie potrafiła w pełni mu uwierzyć. Są w klasztorze, cała trójka, nikt więcej się nie zjawi. Wszyscy poszli się zabawić.

Ostatnie ze słów, które przemknęły jej przez głowę, przyniosło zimny dreszcz. Zabawić. Czy wolno jej było skrywać zło za eufemizmami? Używać słów wydmuszek zamiast tych, które z trudem przechodziły przez gardło? Uznała, że nie. Rzeczy należy nazywać po imieniu – poszli grzeszyć, czynić zgorszenie, obrazę boską. Tylko Szatan, bestia o rozwidlonym ozorze, owija łajno w kolorowe papierki, by przypominały łakocie. Ludzie o prostych językach mówią tak, jak nakazuje im prawda.

Wbrew sobie wróciła wspomnieniami do niedawnej przecież chwili, od której – jak się okazało – nieskutecznie odgrodziła się w umyśle barierą tylko po to, by przez moment chociaż sądzić, iż minęły wieki. Łomot w grube drewniane drzwi. Wciąż zdawała się słyszeć ten dudniący odgłos. Zwiastun nieszczęścia, gdyż to on oznajmił przybycie żołdaków. Pracowała wtedy w tak zwanym kurniku, a właściwie niewielkiej, rozwalającej się szopie, gdzie trzymali te kilka kur i kaczek, które im jeszcze pozostały. Dar dobrych ludzi. Front dwukrotnie ich nie oszczędził, przewalając się w tę i z powrotem, i te dorodne sztuki – jeśli wierzyć siostrze Marii, której zawsze, gdy wspominała przedwojenny inwentarz, świeciły się oczy – straciły już dawno. Gdyby nie okoliczni mieszkańcy, nie miałyby niczego.

A więc rozległ się łomot. Na szczęście nim wyjrzała z kurnika, minęła chwila. Żołnierze – a była ich trójka – nie zauważyli jej. Lekko się chwiali, z daleka zalatywali gorzałą. Wiatr niósł ostrą woń na wiele metrów. Któraś z sióstr otworzyła drzwi, a oni wparowali do środka. Klemensa słyszała ich śmiech, nie do końca zrozumiałe dla niej okrzyki po rosyjsku i piski zakonnic.

Pomimo obaw ruszyła ich śladem. Pewnie weszłaby do klasztoru, gdyby nie huk wystrzału. Niczym grom z jasnego nieba sparaliżował ją. Stała przed budynkiem jak słup soli – niegdyś uciekająca z Sodomy żona Lota. Zawodzenie sióstr wyrwało ją z odrętwienia. Ostrożnie zajrzała przez okno i zobaczyła leżącą na podłodze w kałuży krwi matkę przełożoną. Kobieta jeszcze żyła. Chyba próbowała coś mówić, w każdym razie na jej ustach rosły duże czerwone bańki. Pojawiały się i pękały. W ich widoku było coś hipnotyzującego i Klemensa dopiero po chwili dostrzegła, że tuż przy oknie stoi jeden z żołdaków. Ugięły się pod nią nogi i bardziej upadła, niż przypadła do ściany pod parapetem. Odnosiła wrażenie, że serce wyrwie się jej z piersi. Chwilę trwało, nim uspokoiła się na tyle, by zaryzykować kolejne zerknięcie przez okno.

Korytarz okazał się pusty. Zniknęło nawet ciało, choć długa ciemna smuga ciągnąca się w kierunku kaplicy zdradzała, co się z nim stało.

Wewnętrzny głos nakazywał wrócić do kurnika, ukryć się w kącie, zasłonić uszy i oczy i pozostać tak do rana, w nadziei, że nie zostanie odkryta, lecz nie wolno jej było strząsnąć z ramion krzyża, który nakładał sam Bóg. Była częścią zgromadzenia, stałaby się godna potępienia, gdyby tak łatwo porzuciła je w trudnej chwili, musiała dzielić jego los. Obrzuciła wzrokiem drzwi wejściowe i niemo pokręciła głową. Nie mogła wejść do środka. Jeśli w ogóle będzie w stanie pomóc, więcej zdziała, pozostając niezauważona na zewnątrz. Dołączenie do sióstr równało się aktowi samobójstwa, ciężkiemu, śmiertelnemu grzechowi.

Przemykając od szyby do szyby, zmierzała w stronę kaplicy. W tej części zabudowań okna znajdowały się już dość wysoko i znacznie trudniej było zajrzeć do środka. Na szczęście pod ścianą stała pusta beczka. Wdrapawszy się na nią, Klemensa ostrożnie zerknęła przez szybę.

Klasztorna kaplica nie należała do okazałych, siostry na co dzień ledwie się w niej mieściły. Po bokach ustawiono dwa rzędy drewnianych ław. Siedziały tam stłoczone zakonnice. Brakowało jednak tak dobrze znanego Klemensie skupienia na modlitwie. Kilka płakało, kolejne siedziały bez ruchu, wpatrzone zapewne w ołtarz przed sobą, inne kierowały twarz w stronę leżącej bez ruchu matki przełożonej. Dwóch żołnierzy chodziło sztywnym krokiem środkiem wzdłuż ław, a trzeci stał przy ołtarzu. Na wpół ściągnięte z ramion karabiny wymierzone były w zgromadzone kobiety.

Siostra Klemensa wreszcie mogła się przyjrzeć napastnikom. Już wcześniej dostrzegła czerwoną gwiazdę na mundurze jednego z nich, wiedziała, że ma do czynienia z Ruskimi. Rusek, Niemiec – jeden czort, ta sama obraza Boga i wszystkich świętych, tak samo mordowali i gwałcili.

Jeden z mężczyzn był wysokim i szerokim w barach blondynem o rzadkich włosach, dużym kartoflanym nosie i mięsi-stych wargach. Może – mimo nochala – wydawałby się nawet dość przystojny, gdyby nie rysujący się na jego twarzy grymas nieskrywanej pogardy. Drugi fizycznie sprawiał wrażenie jego przeciwieństwa. Niski, drobny i zupełnie łysy. Nie okazywał pogardy, ale z jego ust nie schodził złośliwy uśmieszek, gdy taksował wzrokiem przerażone kobiety. Zupełnie jak gospodarz, który cieszy się widokiem licznego inwentarza. Jednak to trzecia postać najmocniej przykuwała uwagę. Wspólnikiem dwóch żołdaków był prawdziwy diabeł. Nosił mundur jak pozostali, ale nie był w stanie ukryć swej tożsamości. Jego twarz była ciemna i poprzecinana głębokimi bruzdami, zupełnie jakby uwędzona w piekielnym dymie. Chyba niezupełnie czarna, choć w słabo oświetlonej kaplicy właśnie taka się wydawała. Wąskie usta zlewały się ze skórą, jakby ich w ogóle nie miał. Ciemne, sztywne włosy wystające spod czapki przypominały szczecinę dzika.

Mężczyzna uniósł wzrok i spojrzał w stronę okna. Klemensa odchyliła się, o mało nie spadając z beczki. Z trudem utrzymała równowagę. Czy została dostrzeżona? Bała się, lecz musiała to sprawdzić. Odczekała chwilę i ponownie ostrożnie zerknęła przez szybkę. Diabeł stał w tym samym miejscu, ale teraz spoglądał w innym kierunku, najwyraźniej umknęła jego uwadze.

Z jej ust wydobyło się ledwie słyszalne westchnienie ulgi.

Odwróciła wzrok od diabła i popatrzyła ponownie na siostry. Blondyn właśnie wyciągnął z ławy jedną z siedzących tyłem zakonnic. Łucję. Klemensa poznała ją po głosie, przerywanych łkaniem błaganiach o zlitowanie.

Diabeł nie okaże łaski.

Zagryzła wargę, patrząc, jak żołdak uderza Łucję w twarz, a potem ściąga jej z głowy kornet. Uwolnione włosy rozlały się szeroką kaskadą. Rusek chwycił za nie i rzucił zakonnicę na podłogę, tuż obok ciała matki przełożonej. Zerwała się gwałtownie, ale celny kopniak ponownie obalił ją na posadzkę.

– Nrawitsja eta?1 – rzucił blondyn w stronę diabła. Z jego ust nie schodziła pogarda, teraz zmieszana z delikatnym uśmieszkiem.

Diabeł skinął oszczędnie głową. Żołdakowi to wystarczyło, złapał Łucję za kark, zmusił, by wstała, i pchnął ją wprost w ramiona czarnego sałdata.

– Tagda woźmi jejo, ja sebie szto-nebudź najdu2.

Barczysty rusek dalej krążył przed ławami, lustrując wzrokiem zakonnice. Gdy odwracał się do tych siedzących pod oknami, Klemensa wyraźnie widziała ulgę malującą się na twarzach pozostałych. Potem jednak wracał. Krążył niczym sęp szukający padliny. Czasem zerwał którejś z kobiet kornet, by lepiej się jej przyjrzeć. Wreszcie zatrzymał się przed siostrą Bernadettą. Uśmiechnął się lubieżnie.

Usta zakonnicy się poruszyły. Klemensa nie słyszała słów, wypowiedziane zostały zbyt cicho, lecz wiedziała, że to prośba o zmiłowanie. Próżno było go jednak oczekiwać. Blondyn wskazał Bernadettę lufą karabinu, jasno dając do zrozumienia, jak ukarany zostanie sprzeciw.

Tymczasem łysy żołdak wyciągnął z tylnego rzędu spod ściany swoją ofiarę. Opór stłamszony został potężnym uderzeniem na odlew. Rusek wydawał się drobny, lecz musiał być silny. Uderzona dziewczyna zatoczyła się, zawadziła o ławę i upadła. Klemensa rozpoznała w niej jedną z nowicjuszek, Faustynę. Jeszcze niedawno zajmowały tę samą celę. Klemensa trafiła do klasztoru jednak nieco wcześniej i zdążyła przyjąć śluby, Faustyna wciąż nie była na nie gotowa.

– Idzi siuda, suka!3 – Żołdak zaciągnął ją na środek.

Dziewczyna wciąż się szarpała. Rusek rzucił ją wprost na ciało matki przełożonej. Wyciągnął nóż.

Klemensa o mało nie uderzyła pięściami w szybę, powstrzymała się w ostatniej chwili. Niczym by nie pomogła, zwracając na siebie uwagę. Żołnierze zastrzeliliby ją lub również wciągnęli do środka. Kto wie, może by im się spodobała? Była młoda i – Boże, przebacz próżność – uważała, że ma zupełnie niebrzydką twarz.

Bezsilnie patrzyła, jak łysy żołnierz przeciągnął nożem po szyi Faustyny. Widocznie zrobił to tępo zakończoną krawędzią, bo nie uczynił dziewczynie krzywdy. Wystraszył ją jednak na tyle, że przestała walczyć. Leżała blada jak śmierć, drżąc, jakby trawiła ją febra. Łysol sprawnie użył noża, zręcznie przecinając habit. Kilka szybkich ruchów, kilka szarpnięć i Faustyna pozostała w samym kornecie. Klemensa po raz pierwszy zobaczyła ją zupełnie nago, dotąd, nawet pomagając sobie w kąpieli, pozostawały w skrywających ich ciała koszulach.

Faustyna była szczupła i drobna. Z miejsca, w którym znajdowała się Klemensa, jej nogi wydawały się cienkimi patykami. Bardziej dziecko jeszcze niż kobieta. Ile miała lat? Kiedyś o tym rozmawiały. Chyba siedemnaście.

Rusek zaśmiał się, rzucając przy tym jakąś uwagę, której Klemensa nie zrozumiała, po czym zacisnął dłoń na drobnej piersi Faustyny. Szarpnął i dziewczyna wydała z siebie krótki krzyk, przywodzący na myśl pisk zarzynanego prosięcia. Mężczyźnie wyraźnie się to spodobało, szybkim ruchem zsunął spodnie i legł na ofierze. Faustyna ponownie zaczęła piszczeć. Ton jej głosu ranił uszy.

Klemensa z przerażeniem i ponurą fascynacją przyglądała się kopulującemu Rosjaninowi. Widziała dotąd, jak robiły to psy, nawet kiedyś była świadkiem, jak jej ojciec dogadał się z sąsiadem i przyprowadził byka do ich krowy, ale ludzka cielesność i seksualność stanowiła dla niej tabu, którego nigdy nie miała naruszyć. Chyba że kiedyś również na niej spoczną wzrok i łapska pijanego żołdaka. Patrzyła ze zgorszeniem i grozą, nie potrafiąc oderwać spojrzenia. Widziała błyszczący łeb Ruska, zapewne zroszony kroplami potu, widziała otwarte do krzyku usta Faustyny, z których jednak nie wydobywał się już żaden dźwięk. Widziała też jej oczy. A może jedynie wyobraziła sobie ich wyraz – pusty i błagalny, lecz pełen świadomości, że pomoc nie nadejdzie – bo lekko zadymiona szybka i rozproszona zaledwie kilkoma świecami ciemność wewnątrz kaplicy skrywały przed nią szczegóły.

Żołdak jęknął i to wyzwoliło ją spod władzy paraliżu, jaki ogarnął ciało. Odwróciła ze wstrętem głowę, tylko po to by zobaczyć podobną scenę, lecz jeszcze bardziej mrożącą krew w żyłach. Diabeł gwałcił Łucję na ołtarzu. Krucyfiks leżał zwalony na podłodze, zsunął się również haftowany, obszyty koronką obrus, ozdobiony wizerunkiem winogron i hostii. Zakonnica pozostała w habicie, choć był on podciągnięty i porwany tak, że odsłaniał piersi. Duże i pełne, jakże inne od drobnych piersiątek Faustyny. Diabeł stał przy ołtarzu między szeroko rozrzuconymi nogami zawodzącej siostry. Miał spuszczone spodnie. Nie spieszył się, wykonując systematyczne ruchy biodrami. Nie spieszył się, mówiąc głośno coś, czego nie dało się zrozumieć – słowa na pewno nie zostały wypowiedziane po rosyjsku ani w żadnym innym cywilizowanym języku. Były gardłowe i Klemensie przywodziły na myśl szczeknięcia jakiegoś podobnego do psa zwierzęcia.

Przywołuje czorty.

Ta myśl tak ją przestraszyła, że Klemensa aż spadła z beczki.

Wspomnienie upadku i bólu w kostce, jaki wtedy odczuła, sprowadziło ją do tu i teraz. Nie tkwiła już przy murze kaplicy, wybiegła poza zabudowania, dotarła do skręconej nieustannymi wiatrami samotnej brzozy, która od zawsze stanowiła symboliczną granicę władzy ich klasztoru. Jak długo tkwiła przy jej pniu, przywołując ostatnie wydarzenia? Zdawało się, że wieki, lecz obrazy przemknęły przez jej głowę niczym błyskawica. Jeszcze nawet do końca nie uspokoiła oddechu.

Ruszaj! – ponagliła się w myślach.

Miasteczko znajdowało się w odległości około pięciu kilometrów od klasztoru. Wystarczająco daleko, by ten odseparował się od mieszkańców, ale i wystarczająco blisko, by w razie potrzeby można było skorzystać z ich pomocy. W tej chwili odległość wydawała się jednak bezkresna niczym ocean. Pokonanie jej i powrót – i to nawet jeśli Klemensa bez problemu znajdzie ochotników gotowych tu z nią wrócić – zajmie co najmniej godzinę. Pewnie więcej, była przyzwyczajona pokonywać ten dystans pieszo, nie marudząc, ale i nie spiesząc się nigdzie, lecz miała świadomość, że nie zdoła tyle biec.

Bóg doda ci sił.

Oby, bo bardzo tego potrzebowała. Jeszcze nigdy w życiu tak bardzo nie oczekiwała Jego wstawiennictwa i interwencji. I co? Milczał. Nie ingerował. Dlaczego? Nie były tego warte? Nie ona sama, ale matka przełożona, Faustyna, Łucja, Bernadetta? Czy ich życie, cześć, zupełnie się nie liczyły?!

Nadciągnęła fala zwątpienia. Po raz pierwszy, odkąd Klemensa pamiętała, gdzieś w głębi jej umysłu narodziła się wątpliwość – może to wszystko nie ma najmniejszego sensu, może po prostu On nie istnieje?

Sięgnęła do zawieszonego na szyi krzyżyka i zacisnęła go w garści tak mocno, że metal wbił się w skórę. Potrząsnęła głową.

Nie, to tylko on chce, by tak myślała. Szatan, władca Piekieł, bestia, której sługa przybył tu, do Ościeżyna, czynić zło i przerażenie. Bóg wystawia nas na próby, tak. Ale robił to zawsze i będzie robił nadal, to jedyny sposób, by oddzielić ziarna od plew.

Zmusiła własne nogi do marszu. Krok za krokiem. Metodycznie, jakby dopiero uczyła się chodzić. Może za chwilę spróbuje podbiec, choć kawałeczek, lecz teraz najważniejsze to ruszyć się z miejsca, nie poddać się, nie dać zasiać w sobie zwątpienia. To cel Szatana – omotać, sprawić, by białe wydawało się czarne i na odwrót.

Oczywiście, że nie zjawił się tu tylko dla niej, nie była aż tak próżna, by oczekiwać, że Pan Zła zwrócił na nią szczególną uwagę. Po prostu przybył, objawił się, a ona była jedną z tych dusz, których zbawienie zostało postawione na szali, od których Niebo i Piekło oczekiwało jasnej deklaracji – po której stronie się opowiedzą. Komu zaufają.

Przyspieszyła, rozważania nad własną słabością paradoksalnie dodały jej sił. Przejdzie zwycięsko przez próbę, pokona przeciwności i własną niemoc. Dotrze do miasteczka i sprowadzi pomoc. O ile rzecz jasna nie było za późno, ale to pozostawało już jedynie w gestii Pana.

2

Dzień był piękny. Ba, boski, biorąc pod uwagę, że wiosna w tym roku bardzo długo namyślała się, czy w ogóle nadejść. A może inaczej – niczym wstydliwa dziewica pojawiała się i brała nogi za pas. Jeszcze w połowie kwietnia szumnie zapowiadano obfite opady śniegu. Jak zazwyczaj panika okazała się przedwczesna, zamiast powrotu arktycznych mrozów temperatura spadła do kilku stopni powyżej zera, w nocy wystąpiły lokalne przymrozki – i tyle. Zimowa apokalipsa nie nastąpiła. I tylko kapryśna wiosna wróciła jak za dawnych lat, co w społeczeństwie przyzwyczajonym przez ostatnie sezony, że już w marcu widać pierwsze przebłyski lata, wywołało ogólne niezadowolenie.

Wilhelm nie narzekał. Nigdy nie narzekał, to nie leżało w jego charakterze. Przyjmował rzeczy takimi, jakimi są, i rzadko kiedy spodziewał się od losu więcej, niż dostawał. Dla niego był to prosty, acz skuteczny sposób na dobre życie, dla jego żony Rity – wieczny powód do narzekań. Że brak ambicji, że inni to a tamto, a on co? Zwykły robol. A że szczęśliwy robol, bo zadowolony z życia, czego często brakowało nawet prezesom banków i gwiazdom estrady, tego już nie zauważała. W sumie czemu by miała? Co zyskiwała dzięki jego dobremu samopoczuciu? Ani nie przekładało się to na pełniejszy portfel, ani na wakacje za granicą. A w końcu mąż nie jest od zadowalania siebie, lecz od zadowalania żony.

Teraz też nie narzekał. Jechał rowerem przez las, jezioro było już niedaleko. Nad jego głową rozciągało się błękitne niebo, a kartka w kalendarzu wskazywała niedzielę. Żyć nie umierać. W każdym razie Wilhelm tak sądził, bo wiedział, że Rita z pewnością znalazłaby powód do marudzenia. No bo rok temu to już o tej porze panowały upały, a tu ledwie dwadzieścia trzy stopnie, bo niedziela to już prawie jak poniedziałek, a w poniedziałek trzeba iść do roboty. I może – a zapewne przede wszystkim – bo jej mąż zamiast zmarnować z nią dzień przed telewizorem, marnował go na rybach.

Rower zagrzechotał na wybojach. Stary złom, składak niczym z dawnych lat. Ale jeździł, a to w rowerze jest cechą najważniejszą. Nie nowoczesne kosmiczne materiały, przerzutki czy co tam jeszcze, ale użyteczność. Szczęśliwi ludzie cieszą się z głupot, nieszczęśliwych nie zadowoli nawet szóstka w totka.

No więc było dobrze: niedziela, nienajgorsza pogoda, plany, by odetchnąć, mocząc kij w wodzie, ale mimo wszystko Wilhelm czuł się dziś nieswój. Coś nie pasowało, coś było nie tak. Tyle tylko, że zawsze zadowolony z siebie i ze światanie potrafił określić co.

Tak jakby… las?

Chrząknął do własnych myśli i popatrzył w bok. No co z lasem? Był taki sam jak wczoraj, taki sam jak przedwczoraj, miesiąc temu i dwadzieścia lat wstecz. Te same drzewa, te same ptaki, zające i cała reszta. Patrząc globalnie, kompletnie nic się nie zmieniło.

Tyle że dziś las zdawał się odwzajemniać jego spojrzenie. Wilhelm uzmysłowił sobie to dopiero w tej chwili. Tak, to było idealne określenie. Odkąd zagłębił się pomiędzy pierwsze drzewa, odnosił podskórne wrażenie, że nie tylko on spogląda na las, ale również las na niego. Śledzi go bacznie, obserwuje każdy najdrobniejszy ruch.

I nie jest nastawiony przyjaźnie.

Głupie, nie?

Spróbował się zaśmiać, ale radosny śmiech nie przeszedł mu przez gardło. To, co wydostało się na zewnątrz, przypominało raczej charkot jakiejś chorej na suchoty babci.

Normalnie zapewne już samo to by go rozbawiło, ale dziś wyraźnie nie był w sosie. Roztaczana przez las ponura aura – choć nie mogła być niczym innym niż złudzeniem – przytłaczała go.

Nad jeziorem będzie lepiej.

Liczył, że te pobożne życzenia okażą się prawdą, ale niby dlaczego miałyby? Lubił las, odkąd pamiętał. Jeszcze z gołym siusiakiem uciekał przed matką starającą się nałożyć mu pieluchę, a już uwielbiał drzewa, runo i łączące się wysoko nad głową korony. Tak to sobie w każdym razie wyobrażał – siebie półgołego i próbującą złapać go matkę. Super obraz, nie? Może nie z gatunku tych, które chciałoby się powiesić nad kanapą w salonie, ale już do rodzinnego albumu jak znalazł. Ale wracając do tematu – skoro uwielbiał las i nagle poczuł się tu obco, czemu inaczej miałoby być nad wodą? Też ją lubił, ale czy bardziej? Raczej nie.

Zaczął pogwizdywać. Szło mu słabo, nigdy nie był w tym dobry, gdyby zobaczył, że nie jest sam, natychmiast by umilkł, lecz wokół nie spostrzegł żywego ducha.

Poczuł się nieco raźniej. Zrozumiał też, na czym polegała zmiana dookoła – las był cichszy niż zwykle. Nie, by umilkł zupełnie. Tego niełatwo jest dokonać. Może absolutna cisza panuje w nim chwilę po wystrzale myśliwego, gdy całe życie zamiera w oczekiwaniu, czy to właśnie ono nie zostało wzięte na cel. Niespełna minutę później wszystko wraca do normy. Las w pewnym sensie jest jak wielka metropolia – może się w niej zdarzyć kraksa, ale nie uciszy ona panującego wokół gwaru.

Między drzewami ukazała się toń jeziora. Błękitna wstęga na wpół jeszcze przesłonięta listowiem pobliskich drzew. Wilhelm zeskoczył z roweru i schodząc ze ścieżki, poprowadził go w stronę brzegu. Przy niewielkim pomoście, widocznym praktycznie dopiero wtedy, gdy się przy nim stanęło, znajdowała się uwiązana łódka.

Zdjął zawieszoną na rowerze wędkę, załadował na pokład wszystkie pojemniki, siatki, przynęty i całą resztę majdanu, który przytachał ze sobą, i dopiero wtedy poszukał w kieszeniach klucza do dużej starej kłódki strzegącej łańcucha łączącego łódkę z pomostem. Zabezpieczenie wydawało się solidne, lecz tak naprawdę wystarczyłyby dwa mocniejsze kopniaki w belkę, wokół której oplatały się ogniwa, by się go pozbyć. Nikt jednak nie kradnie starych łódek, i nie miejscowym. Jeśli w ogóle był tu łańcuch, to bardziej z przyzwyczajenia i dla pewności, by łódka sama nie zdryfowała gdzieś, skąd później będzie ją ciężko wyciągnąć.

Poryw wiatru sprawił, że zaszumiały liście. Wilhelm odwrócił się w stronę lasu. Wrażenie, że jest obserwowany, nie minęło. Stał tak przez kilka minut, próbując wyłowić kogokolwiek w zasięgu wzroku – człowieka lub zwierzę – wysiłki pozostały daremne. Na ile mógł to stwierdzić, był sam. Wreszcie machnął ręką i wskoczył do łódki. Wiosłem odepchnął się od prowizorycznej przystani. Za chwilę znajdzie się z dala od brzegu, pod gołym błękitnym niebem, w pełnym słoneczku, które dziś może i nie dogrzewało, ale też nie pozwalało zmarznąć. Potem założy przynętę, zarzuci wędkę i będzie się mógł w pełni zrelaksować.

Powinieneś zaśpiewać teraz jakąś szantę – przemknęło mu przez głowę.

Pewnie by to zrobił, przynajmniej zabiłby ciszę, ale nie znał żadnej. Nie jego typ muzyki. Poza tym szanty – te morskie, ale i te opiewające jeziora – były dla turystów. Jeszcze jeden produkt marketingowy i na sprzedaż.

Skupił się na wiosłowaniu. Im szybciej oddali się od brzegu, tym szybciej poczuje się lepiej. W każdym razie taką żywił nadzieję.

Woda wydała mu się ciemna niczym herbata i gęsta jak oliwa. Zanurzył w niej rękę i wrażenie prysło. Dla pewności powąchał jeszcze to, co udało mu się zatrzymać w zaciśniętej dłoni. Poczuł zwykły zapach jeziora, wody, którą znał od dziecka, w żaden tajemny sposób nie zamieniła się w trującą ciecz, maź czy krew.

– Wariujesz, chłopie – powiedział na głos. – Przydałoby ci się kilka dni wolnego.

O tym nie miał co marzyć. Póki nowa droga do kurzej fermy Michała Winnickiego nie zostanie ukończona, nie było sensu nawet wyrywać się z pytaniem o urlop. Potem raczej dostanie go bez problemu. Ciągnąca się od roku pandemia pokrzyżowała wiele planów i inwestycji było zauważalnie mniej.

Strząsnął z siebie te myśli, tak jak pies otrząsa się po wyjściu z wody. Zawsze przychodziło mu to bez trudu, kolejna cegiełka do zbudowania szczęścia w życiu – nie martwić się tym, co akurat nie jest aktualne, i tym, na co się nie ma wpływu, a w przypadku pracy te rzeczy się pokrywały. Była niedziela, więc nad robotą może zastanowić się jutro, a ilości inwestycji i tak nie zmieni, nie jego rola.

Rita powiedziałaby, że znów daje o sobie znać jego brak ambicji, ale niech gada, co chce, on wiedział swoje – wyżej dupy nie podskoczysz, jak to mówią. Święta racja, przerost ambicji potrafi trawić gorzej niż rak.

Odłożył wiosła, bo znalazł się z grubsza na środku jeziora. Rozejrzał się wokoło – był sam. Wolał łowić tu niż blisko brzegu, i wcale nie dlatego, że ryby lepiej brały. Po prostu czuł wolność. Jeśli kiedyś pisarze i poeci sławili dzikie bezkresne stepy, gdzie człowiek był sam na sam ze swoimi myślami, wolny niczym wędrowny sokół, to on zyskiwał ich namiastkę właśnie na jeziorze. Zazwyczaj cały dzień nikt się nie pojawiał. Jezioro było średniej wielkości, ale raczej z dala od szlaków turystycznych. W ogóle Ościeżyn zdawał się zapomnianym przez Boga i resztę kraju zakątkiem Polski. I bardzo dobrze, dzięki temu panował spokój.

Wilhelm niespiesznie założył przynętę i zarzucił wędkę. Przeciągnął się. Z łowieniem ryb jest jak z gonieniem króliczka – ważne, by go gonić, a nie, by kiedykolwiek dorwać skubańca. Tyle jego skromnym zdaniem. Nie żeby należał do tych nieudaczników, którzy nie potrafili niczego złowić, rzadko wracał do domu z pustymi rękoma, ale ostatnim zadaniem wypadów nad jezioro było urozmaicenie diety. Głównym – urozmaicenie życia o chwilę spokoju.

Popatrzył na otaczający go niemal ze wszystkich stron las. Stąd już nie wydawał się aż tak nieprzyjazny. Ale jeśli tak, czemu Wilhelm wciąż czuł jakiś podskórny niepokój? Czemu nie potrafił się w pełni zrelaksować?

Wychylił się nieco do przodu, spojrzał w wodę i gwałtownie wyprostował plecy. Przez moment zamiast własnego odbicia zobaczył czarny cień o spiczastej głowie. Nic więcej, żadnych szczegółów, bo leniwie kołysząca się łódka delikatnie mąciła toń, ale mimo to mógłby przysiąc, że to coś wpatrywało się w niego. Przypatrywało mu się i nie było tylko niekształtnym odbiciem, lecz tworem, istotą, która śledziła go może wręcz z innego wymiaru. Lustro wody stało się czymś w rodzaju ekranu, portalem między światami.

Żywych i umarłych.

Ta ostatnia myśl sprawiła, że mimo dość ciepłego dnia po krzyżu przebiegł mu lodowaty dreszcz. Wilhelm prawie się przeżegnał.

– Głupi jesteś i tyle – powiedział głośno, licząc, że dzięki temu poczuje się raźniej. Że jego własny głos odpędzi idiotyczne wrażenia, sprowadzi go na ziemię. – Pewnie źle spałeś, a teraz na każdym kroku widzisz leśne ludy i topielców.

To coś, co wydawało mu się, że dostrzegł – kątem oka, przez ułamek sekundy – nie wywołało w nim skojarzenia z topielcem, ale z czymś martwym na pewno. Wydawało się, że bił od tego chłód, i to znacznie większy niż zwyczajny chłód wody, która jest o kilka stopni zimniejsza niż powietrze nad nią. Tamto odczucie przecież znał, od dziecka pływał po jeziorze. Zimno, które go owiało, było inne, nie fizyczne, w ogóle niematerialne.

Zwinął żyłkę.

Powinien wracać?

Przyjechał tu odpocząć, a jak na razie zżerały go nerwy.

Czy mogło to mieć coś wspólnego z…?

Pokręcił gwałtownie głową. Nie, nie, nie. Nie był zabobonny, nie wierzył w duchy, zjawy czy upiory. Na dobrą sprawę nie wierzył nawet w Boga; jeśli dawał się czasem wyciągnąć żonie do kościoła, to tylko dlatego, że tak wypadało. Tradycja. Ojciec wierzył, dziadek wierzył, zapewne ich przodkowie również, czemu on miałby się wyłamywać z czegoś, co trwało setki lat? Może i Boga nie ma, ale to nie znaczy, że nie można już być katolikiem, prawda? Wyciągnął z wody haczyk i przez moment przyglądał się wiszącej na nim przynęcie.

Wracać? Zmarnować dzień? Zanim dojedzie do domu, Rita zapewne wróci z kościoła – ona akurat chodziła do niego co tydzień, ale baby tak mają, w pewnym wieku robią się z nich straszne dewoty; można by sądzić, że Rita jeszcze nie dobiła do tej liczby lat, ale najwyraźniej już coś zaczęło się jej przestawiać pod kopułą. I tak oboje siądą i włączą telewizor, pogadają o niczym, dzień zleci, a on ani nie odpocznie, ani nie zrobi niczego konstruktywnego. W takie chwile jak ta żałował, że nie doczekali się dzieci. Może one jakoś wypełniłyby pustkę? Sprawiły, że upływ czasu przestałby być równoznaczny z jego marnowaniem?

Może.

Cholera, nie wracam!

Decyzja podjęta. Wyprostował wędkę, by złapać w rękę przynętę. Obejrzał ją, jakby spodziewał się, że podmienił mu ją jakiś złośliwy wodnik, i zarzucił ponownie. Zostaje. Może nie zrelaksuje się tak, jak powinien, ale nie pozwoli przepłoszyć się odczuciom. Idiotycznym odczuciom.

Nie boi się czarnego luda! Nie ma dziesięciu lat!

Rozejrzał się dokoła. Wyjątkowo czułby zadowolenie, gdyby kogoś zobaczył. Rzecz jasna miałby nadzieję, że ten ktoś nie podpłynie zbyt blisko, ale fajnie byłoby dostrzec kogoś jeszcze, pomachać mu na przywitanie, a potem udawać, że się go nie zauważa. Oczywiście nikt się nie pojawił, nigdy się nie pojawia, gdy potrzeba.

Popatrzył na swoje odbicie. Zwierciadło toni je rozmazało, woda marszczyła się od wiercenia w łódce, ale też od delikatnego wiaterku, który zaczął zawiewać, lecz Wilhelm niewątpliwie widział siebie, żadną tam czarną bestię z innego świata.

– No, rybki, zapraszam, któraś dotrzyma mi towarzystwa?

Nie ma człowieka, to będziesz zaprzyjaźniał się z płotką? No, może leszczem, jeśli dopisze ci fart?

Uśmiechnął się pod nosem. Pierwszy niewymuszony uśmiech tego dnia. Powoli napięcie odpływało. Czym się stresował? Zwidami? Powinien być mądrzejszy. Czterdzieści dziewięć lat na karku, a zachowywał się jak smarkacz. Przeraził go własny cień.

Unoszący się na wodzie spławik drgnął. Wilhelm natychmiast zapomniał o idiotycznych rozmyślaniach i skupił się na rybie, która zgłaszała chęć wylądowania na jego patelni. Jezioro było czyste i można było tu złowić nienajgorsze okazy. Wodzie nie zaszkodziła nawet budowa kilkanaście lat temu kurzej fermy nieopodal linii brzegowej. O Winnickim można było mówić różnie: cwaniak, kombinator, ale musiał być też w jakiejś mierze lokalnym patriotą, bo nie zatruł tej perły w koronie Ościeżyna. I chwała mu za to.

Spławik podskoczył kolejne dwa razy, delikatnie, niemal niezauważenie. Potencjalna kolacja jeszcze wyraźnie nie była przekonana, czy powinna nią zostać. I dobrze, ta gra między wędkarzem i jego zdobyczą stanowiła główny smaczek połowu. Gdyby każde branie kończyło się sukcesem, łowienie ryb zamieniłoby się w nieznośną harówę. W coś przypominającego atrakcyjnością przerzucanie widłami sterty gnoju.

– No dalej, smacznego – szepnął Wilhelm, ledwie poruszając ustami.

Skupił się na spławiku; praktycznie rzecz biorąc, wszystko inne przestało istnieć. Gdyby nagle niebo zrobiło się czerwone i pojawiłby się na nim Chrystus zwołujący przy wtórze trąb Sąd Ostateczny, Wilhelm zapewne by go przeoczył, a potem się dziwił, gdzie się wszyscy podziali.

Spławik zanurkował i to z taką mocą, jakby na haczyk nie nadział się, dajmy na to, leszcz, lecz żółta łódź podwodna Beatlesów. Wilhelm zaciął i natychmiast zaczął zwijać żyłkę. Cokolwiek złapał, było spore, czuł to. Może jednak los zamierzał mu wynagrodzić wcześniejsze nerwy? Na przykład okazem, którym będzie się mógł chwalić przez następne pół roku.

Oby.

Do pewnego momentu szło ciężko, ale szło, lecz wreszcie poczuł, że nie przekręci kołowrotka nawet o pół obrotu. Co on tam złapał? Wieloryba?

Wyszczerzył zęby w niemym uśmiechu. Zapowiadało się na rybę jego życia. O ile się nie zerwie, oczywiście, ale i wtedy będzie o czym opowiadać.

Chwilę siłował się z potworem, a potem żyłka ponownie się poluzowała. Stracił go? Nie, ryba ewidentnie podpłynęła bliżej powierzchni. W toni wodnej zarysował się jej ciemny kształt. W pierwszym odruchu skojarzył się Wilhelmowi z rekinem ludojadem. Widział taki program w telewizji, o nurkach, którzy zanurzeni w metalowej klatce obserwowali te drapieżniki. Była tam scena, w której cień olbrzymiej ryby przemknął tuż obok statku. Przed chwilą miał identyczne odczucie. No, może w jego przypadku nie był to siedmiometrowy żarłacz biały, lecz również coś olbrzymiego, w każdym razie jak na warmińskie warunki.

Sum? Chyba tak, i to wyjątkowo dorodny okaz, chyba król wszystkich polskich sumów. Wilhelm próbował sobie przypomnieć, ile mierzył rekordowy okaz – gdzieś o tym czytał – na pewno ponad dwa i pół metra i ważył ponad sto kilogramów, ale dokładne dane wyleciały mu z pamięci, nie zaprzątał sobie nigdy głowy drobiazgami i szczegółami. Kolejna składowa szczęśliwego życia.

Odetchnął głęboko, zwijając poluzowaną żyłkę. Był w stanie wyciągnąć taką bestię? Mogła być cięższa od niego lub przynajmniej mu dorównywać – ważył dziewięćdziesiąt cztery kilogramy. Jak miał ją wciągnąć do łodzi, nie wywracając starej skorupy? Marnie to widział, ale to jeszcze nie powód, by się z marszu poddawać. Nigdy nie zależało mu na rekordach i statystykach, ale fajnie byłoby pochwalić się złowieniem takiego olbrzyma. Nawet jeśli nie padłby rekord Polski, to przynajmniej byłby najlepszy w powiecie, kto wie, może i województwie. Napisaliby o nim w gazetach. Krótka chwila sławy, miła odmiana w życiu totalnego przeciętniaka. I może ten jeden raz Rita spojrzałaby na niego inaczej, z iskrą dumy w oczach. Choć pewnie nie, co babę obchodzą ryby?

Dziwne było tylko to, że sum za specjalnie nie walczył. Owszem, nie pozwolił się wyciągnąć, ale też nie próbował odpłynąć.

Kolejny raz zdołał wybrać żyłkę. Znak, że ryba – po kilkukrotnym okrążeniu łodzi – znów podpłynęła bliżej powierzchni. Jakby dążyła na spotkanie z nim, lecz jednocześnie chciała się nieco podrażnić.

Bawisz się ze mną? Zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni.

Przemknęło mu przez głowę, że powinien złapać za komórkę i poprosić o pomoc. Odrzucił ten pomysł. Zanim ktokolwiek się tu zjawi, będzie po sprawie. Wyciągnie drania lub – co znacznie bardziej prawdopodobne – olbrzym się mu zerwie. Mówi się trudno, i tak zaliczy dzień do udanych. W końcu zgodnie z jego filozofią chodzi wyłącznie o to, by wciąż gonić królika.

Ryba zbliżyła się do powierzchni i cień, który Wilhelmowi w pierwszej chwili skojarzył się z ludojadem, nagle przybrał postać człowieka. Czyżby aż tak się pomylił? Kogo złowił? Nurka? To tłumaczyłoby brak walki.

Pochylił się do przodu, by się lepiej przyjrzeć, i wtedy z wody wystrzeliła ręka. Napuchnięta łapa topielca. Zdawała się pociemniała, miejscami niemal czarna, gdzie indziej jedynie sina, z zielonkawą pajęczyną żyłek. Do popękanej skóry przylgnęły ślimaki i pijawki, cała masa.

Co to, do cholery…?

W wodzie, zaledwie centymetry pod jej powierzchnią, dostrzegł twarz. Nie widział jej wyraźnie, bo oplatały ją wodorosty, lecz bez wątpienia była to twarz. Wielkie, ciemne, poprzecinane czerwienią oko wpatrywało się w niego. A potem mrugnęło.

Wilhelm otworzył usta do krzyku, lecz nie zdążył wydobyć go z gardła. Łapsko sięgnęło ku niemu, zacisnęło nienaturalnie grube paluchy na koszulce, a potem z niespodziewaną nadludzką siłą pociągnęło go za sobą. Znalazł się w toni. Pragnął wrzeszczeć, pragnął odetchnąć, lecz jedynie dławił się zalatującą mulistym dnem wodą jeziora. Pociemniało mu w oczach. Na moment przymknął powieki, a gdy je otworzył, nie widział już topielca, a kłęby wodorostów. Otaczały go ze wszystkich stron, wiły się wokół niego. Nic poza nimi go nie trzymało. Gdyby dany był mu czas, zdołałby się uwolnić, ale wiedział, że jest już za późno – krztusił się – a co gorsze, stracił poczucie kierunku. Został zawieszony w nicości, bez rozeznania gdzie góra, gdzie dół.

Dziwne, że jego ostatnią myślą nie był lęk, lecz tęsknota za Ritą.

3

Wparowawszy do łazienki, Rita zatrzasnęła za sobą drzwi. Odkręciła kurek przy umywalce i obmyła twarz zimną wodą. Raz, drugi, trzeci.

Nie poczuła się lepiej.

Od rana była rozdrażniona, choć nie potrafiła skojarzyć przyczyny. No bo przecież nie wycieczką Wilhelma na ryby. Przyzwyczaiła się już do jego wypadów i, prawdę mówiąc, skrycie – bo przed mężem by się do tego nie przyznała – była z nich zadowolona. Zyskiwała czas dla siebie. Całkiem sporo czasu, bo zwykle wracał dopiero popołudniem. Siadali wtedy do nieco spóźnionego niedzielnego obiadu, oboje w dobrych humorach, on zrelaksowany po wędkowaniu, ona tym, że większość dnia nie musiała go oglądać.

Miała czterdzieści siedem lat i poczucie, że zmarnowała życie. A może inaczej: że on jej je zmarnował. Tą swoją zgodą na bylejakość, tym brakiem dążenia ku lepszemu. Gdzie ona miała oczy, gdy za niego wychodziła? Jasne, była młoda i głupia, zaślepiła ją miłość. Uwierzyła w bajeczkę, że uczucie wynagrodzi wszystko. A chuj tam wynagradzało! Za uczucie nie wybudujesz domu, nie wyjedziesz na zagraniczne wakacje ani nawet nie napełnisz pustego garnka.

Nie żeby głodowali czy klepali biedę, lecz zdecydowanie stanowili przeciętnych pośród przeciętnych. A ona pragnęła czegoś więcej! Może niekoniecznie czerwonego dywanu w Monte Carlo i prywatnego odrzutowca z szampanem w kubełku lodu i naręczami róż, ale jednak czegoś więcej. A co dawał jej Wilhelm? Uśmiech i własne zadowolenie. Jedno i drugie, jak się okazało, nie było zaraźliwe.

A miała takie piękne oczy, ciemne, praktycznie czarne, po ojcu. I nie tylko oczy, figura też była w porządku, może nie modelki, nie przesadzajmy, ale tam, gdzie trzeba, była zaokrąglona. Wielu chłopaków się za nią oglądało. No i wybrała, jak ślepa kura ziarno – Wilhelma.

Czasem żałowała, że go nie zdradziła. Gdy była młodsza, nadarzyło się kilka okazji, nie skorzystała, teraz brzydziłaby się tych, którzy by na nią polecieli. Niby wciąż pozostawała młoda – w każdym razie gdy porównywała się z osiemdziesięcioletnimi babciami – a jednak zbyt stara, by spróbować żyć od nowa. Zbyt wiele drzwi pozostawało już zamkniętych na dobre.

Zakręciła kurek i przejrzała się w lustrze. Zauważyła, że rozmazała makijaż, który tak starannie nałożyła przed wyjściem do kościoła. Wyglądała jak obecny wizerunek jakiejś gwiazdy rocka z lat siedemdziesiątych. Czarny tusz spływający aż na policzki, sterczące w nieładzie włosy i wszechobecne zmarchy. Dawne gwiazdy tak właśnie wyglądają. Ba, ogólnie sprawiają wrażenie, że są sztucznie podtrzymywane przy życiu i siłą wystawiane na estradę, co zapewne jest zasługą ich menadżerów skwapliwie zbijających na nich kasę.

A potem w lustrze zobaczyła za sobą cień.

Obróciła się gwałtownie na pięcie, lecz oczywiście niczego tajemniczego nie dostrzegła. Kabina prysznicowa, wieszak na ręczniki, wszystko nijakie i bezbarwne, ale dobrze jej znane. Żadnych cieni o ludzkim kształcie ani nic do nich podobnego.

Nagle pożałowała, że nie ma z nią Wilhelma. Pewnie zirytowałby ją w trzy minuty, lecz z nim poczułaby się raźniej. Jasne, nie była sama, zostawała jeszcze jego matka. Siedemdziesięciosiedmioletnia staruszka na wózku. Umysłowo cofnięta do wieku siedmiu, może ośmiu lat. Kolejna kotwica, która ciągnęła ją w dół. Dziękuję ci, kochany mężu.

Wyszła z łazienki, ostrożnie rozglądając się na boki, jakby licząc, że cień ukaże się ponownie. Nie dostrzegła go, lecz wcale jej to nie zdziwiło. Od rana pojawiał się, ale zawsze znienacka. Gdy odwracała wzrok, gdy spojrzała w inne miejsce. I nigdy, gdy próbowała go wypatrzeć.

Czym był? Chorobą? A jeśli tak, to oczu czy mózgu? Może nie była Bóg wie jak wykształcona, ale z grubsza orientowała się, jak działa zmysł wzroku. Najpierw obraz pada na siatkówkę, a potem impulsy nerwami wędrują do mózgu, gdzie są odkodowywane i, mówiąc potocznie, gdzie obraz jest wyświetlany. Problem mógł wystąpić na każdym etapie: odbioru, przesyłu i odkodowania.

Co byś wolała?

Zajebisty wybór. Albo siadają oczy, albo mózg. Oślepnie lub – w najlepszym razie – będą prześladować ją zwidy albo też zwyczajnie zwariuje. Nic, kurwa, tylko przebierać w możliwościach. Jakie to życie jest szczodre!

Nie, przeciwnie, jest cholernie chytre, samo wybierze za ciebie. I możesz iść o zakład, że wybierze to, czego boisz się najbardziej.

Zmusiła się do chrapliwego śmiechu – jak Wilhelm poradzi sobie z dwiema kalekimi babami? Dobrze mu tak, niech też trochę pocierpi. Może to zetrze mu z twarzy ten wieczny grymas zadowolenia.

Zagryzła wargę, nie zetrze, choćby dotknął ją paraliż i nie kontaktowała, on będzie siedział obok i karmił ją kaszką z tym samym wyrazem twarzy, z jakim przeżywał orgazm. Dobra, przesadzała, ale jak się jest złą na męża, można chyba kapkę przesadzić?

Teściowa była w salonie, gdzieżby indziej, choć czasem przesuwała wózek sama z siebie, to jednak częściej tkwiła godzinami w tym samym miejscu, póki jej ktoś nie przestawił. Potrafiła pół dnia patrzeć w ten sam punkt na ścianie i się uśmiechać. Jak można tak żyć? Jaka matka, taki syn, dlaczego wcześniej tego nie dostrzegała, może nie popełniłaby największego błędu swego życia?

Rita spojrzała na teściową i zamarła. Za jej plecami tkwił cień, pierwszy raz widziała go aż tak wyraźnie, już się nie ukrywał, nadal jednak ciężko było go opisać. Rozmazywał się, rozpływał, jakby brakowało mu ostrych konturów, jakby sam nie wiedział, gdzie się kończy. Na pewno z grubsza przypominał człowieka, dwie ręce, dwie nogi, tułów i głowa, choć ta ostatnia jakaś nieforemna, jakby spiczasta. Zupełnie jak ta lalka, którą kilka dni temu przyniósł z pracy Wilhelm. Dlaczego wcześniej tego nie skojarzyła? To było to, strzał w środek tarczy – cień i lalka musiały być ze sobą powiązane.

Więc to jednak nie oczy.

Ta myśl ją zmroziła. Jeśli na poważnie brała podobną ewentualność, to faktycznie zaczynała szwankować jej głowa. Opętane lalki zdarzają się tylko w filmach. I to tych nienajlepszych, gdzie krew leje się hektolitrami, a sensu ze świecą szukać.

– Czego chcesz?

Pytanie skierowała do ducha czy czymkolwiek był cień – a właściwie omam cienia – zwróciło jednak uwagę teściowej. Kobieta drgnęła, a uśmieszek na jej wargach się powiększył.

– Ciukiejka.

Lidia uwielbiała cukierki tak bardzo, że musieli z Wilhelmem je racjonować, inaczej żywiłaby się nimi i tylko nimi. Dostawała je więc jedynie w weekendy. Zawsze, gdy o nie prosiła, zmiękczała nazwę. Rita nie pamiętała, by kiedykolwiek powiedziała normalnie – cukierek. Zawsze były to ciukiejki albo ciekojadki. Co ciekawe, mówiła też siusiu i kupcia, wszystkie inne nazwy wymawiała normalnie, jakby zmiękczenia i zdrobnienia zostawiała tylko na rzeczy, które w nią wchodziły i z niej wychodziły. Aż ciekawiło, czy gdyby źle się poczuła, powiedziałaby: „chce mi się rzygusiać”? Na szczęście nigdy jeszcze nie doszło do weryfikacji tych przypuszczeń.

– Dobrze, przyniosę ci – oznajmiła mechanicznie Rita, nie spuszczając wzroku z cienia. On również czegoś chciał. Czego? Wskazywał Lidię.

Mrugnęła i omam zniknął, zupełnie jakby nigdy go tu nie było.

Bo nie było. Wariujesz. Odpieprza ci! Efekt małżeństwa z kimś, kto właściwie o ciebie nie zadbał.

Sztywnym krokiem pomaszerowała do kuchni.

W każdym cieniu, w każdym rogu wypatrywała ducha ze spiczastą głową, lecz się nie pojawił. Zerknęła przez okno na majową zieleń drzew. Jej soczystość jakoś nie współgrała ze zjawami. Te – jeśli już były równie bezczelne, by zawracać komuś dupę – powinny objawiać się o północy.

Zjawa tak, guz mózgu – niekoniecznie.

Słodycze trzymali w górnej szafce – wystarczające zabezpieczenie, by mieć pewność, że poruszająca się na wózku teściowa sama się do nich nie dobierze. Pod nią, na blacie dolnej szafki, leżał nóż. Ten duży o szerokim trójkątnym ostrzu. Rita trąciła go palcem. Skąd się tu wziął? Nie pamiętała, by go tu kładła. Tym bardziej nie zrobił tego Wilhelm, wyszedł przed dziewiątą rano.

Idealny, by dźgać.

Wzdrygnęła się. Ta myśl zdawała się nie pochodzić z jej głowy, jakby ją ktoś podrzucił niczym kukułcze jajo.

Jednym szarpnięciem otworzyła szufladę, wrzuciła nóż do środka i zatrzasnęła ją.

Wariowała, jak nic wariowała. Miała omamy i mordercze myśli. Nie żeby myślała o zabiciu kogoś konkretnego, ale przez jej umysł z szybkością ekspresu przewinął się obraz, w którym wbijała trójkątny nóż w ciało. Nie była pewna, czy w wizji szlachtowała teściową czy męża, ale ogólny zamiar nie poz stawiał wątpliwości.

Gdy wyciągała starą puszkę po kawie, w której chowali słodycze, drżały jej ręce. Latały jak u paralityka, i to takiego w późnym stadium choroby. Z trudem udało się jej wydobyć dwa cukierki. Właściwie chciała tylko jeden, ale bała się, że jeśli rozluźni uchwyt, wylecą jej oba. Trudno, stara dostanie mały bonus, niech się cieszy, niech zna dobroć synowej.

Wróciła do salonu i zatrzymała się w drzwiach. Cienista zmora znów znajdowała się za Lidią. Wskazywała staruszkę, ale jej intencje pozostawały nieodgadnione.

Rita wolno, przełamując niechęć i strach, podeszła do teściowej, by wręczyć jej słodycze. Najchętniej rzuciłaby cukierki z daleka, ale wiedziała, że kobieta ich nie złapie.

Duch sprawiał wrażenie wyraźniejszego niż wcześniej. Na jego głowie, bardziej w górnej części niż pośrodku, widniało coś w rodzaju dziury. Rita dopiero po chwili uzmysłowiła sobie, że to zapewne oko – jedno wielkie ślepię.

To coś obserwowało ją i jednocześnie czegoś od niej oczekiwało. Rita oszukiwała się, że nie wie czego, lecz podświadomie, jakimś zapomnianym szóstym zmysłem doskonale odbierała przekaz.

Zabij. Zabij. Zabij!

– Masz! – Wcisnęła Lidii cukierki w dłoń. Jeden wysunął się i spadł na podłogę, ale nie podniosła go, odskoczyła do tyłu niczym oparzona.

Cień tym razem nie zamierzał znikać, nieważne, ile razy mrugała. Starając się od niego odciąć, zamknęła oczy, lecz wtedy pod powiekami, w całkowitym mroku dostrzegła przypatrującą się jej pomarszczoną, ciemną twarz. Miała przymknięte oczy, ale widziała Ritę równie dobrze, jak ona ją. Twarz surową, zniszczoną przez wiatr i słońce, której rysy przywodziły na myśl wschód. To nie była twarz typowego Azjaty, Chińczyka czy Japończyka, czarna i sucha zdawała się wykuta przez surowszy klimat, może północnych śniegów i lasów.

Rita otworzyła oczy, ale nie zdołała się od niej uwolnić. Teraz widziała ją już wszędzie, coś na kształt blasku, który zostaje w źrenicach po ostrym fleszu lampy błyskowej. Z tym że ten obraz się poruszał. Wyraźnie dostrzegła, że cienkie wargi mężczyzny zacisnęły się w grymasie niezadowolenia, a potem uchyliły, by wypowiedzieć jakieś słowo, które do niej nie dotarło, lecz niewątpliwie niosło groźbę lub przekleństwo.

Odruchowo wciąż się cofała. Nie zdawała sobie z tego sprawy, w każdym razie aż do chwili, gdy wpadła na framugę drzwi, boleśnie obijając sobie łokieć. Błyskawica bólu nieco ją otrzeźwiła, twarz i cień pobladły, lecz nie zniknęły definitywnie. Wciąż były z nią, tyle że przyczajone.

– Czego chcesz? – spytała ponownie.

– Ciukiejka. – Odpowiedź nadeszła jedynie od Lidii.

Rita uciekła, choć wiedziała, że nie jest w stanie się w ten sposób uwolnić. Niezależnie, czy dopadła ją zmora czy choroba, przyczyna wszystkiego tkwiła w niej.

Zatrzymała się w piwnicy. Zdezorientowana rozejrzała się dokoła. Czemu tu zeszła? To nie był przypadek, tego akurat była pewna. Jakiś impuls wysłany przez podświadomość, a może sam cień sprowadził ją w to miejsce w jakimś konkretnym celu.

Choć nie zapalała światła, wewnątrz było całkiem jasno. W pogodny dzień nawet przez niskie, prostokątne okienka wpadało dość światła, by odsłonić wszelkie zakamarki. Widziała stary stół montażowy, który jej zdaniem jedynie zawalał tu miejsce, widziała narzędzia porozrzucane w nieładzie, w którym według Wilhelma musiał kryć się jakiś system, a także widziała stojące pod ścianą drewniane regały zastawione pojemnikami, słoikami i starymi kuchennymi naczyniami, których żal jej było wyrzucić, a których i tak zapewne nigdy nie miała już użyć.

Była i lalka. To szkaradztwo, które przytargał Wilhelm. Jej wystarczył rzut oka, by się na niej poznać. Siedlisko brudu i robaków. Kazała mu wyrzucić to coś z domu, to wyrzucił. Do piwnicy. Cholerny Skarb Narodów, który należało zachować przed utratą dla przyszłych pokoleń. Szkoda, że nie oddał go do Muzeum Narodowego w Warszawie, pewnie z podziwu i wdzięczności padliby na kolana.

Ostrożnie podeszła bliżej, jakby spodziewała się, że lalka może ożyć i ją zaatakować. Rdzeń tego czegoś był niewątpliwie drewniany. Niemal całkiem sczerniał, a może już wcześniej został pomalowany na czarno. Przedstawiał ludzką postać ze spiczastą głową, w której górnej części widniało ciemne oko. Drugi oczodół był pusty. Może wypadł z niego koralik, choć Rita podświadomie była przekonana, że to celowe wyobrażenie. Wykonanie całości nie było zbyt fachowe, ktokolwiek to wystrugał, raczej się spieszył lub brakowało mu zdolności manualnych. Potem figurka została zawinięta w futro. Teraz już stare, wyleniałe, w dodatku niemiłosiernie brudne. Co gorsza – a zauważyła to dopiero teraz – z futra wystawały wąsy zwierzaka, z którego zostało zdarte. Ohyda! Co to było? Szczur? Wiewiórka? Obecnie pewnie nawet specjalista miałby problem z określeniem gatunku.

Figurka leżała na pniaku, obok wbitej siekiery. Wilhelm ją tu odłożył? Jakiś tajemniczy głos szeptał Ricie do ucha, że nie. To nie sprawka jej męża, ale cienia, tej zjawy, która prześladowała ją od dzisiejszego ranka, albo tego suchego mężczyzny, który objawił się jej, gdy zamknęła oczy. O ile, rzecz jasna, tak naprawdę nie byli jednym i tym samym.

Lalka wskazywała, co należy zrobić.

Rita zasłoniła uszy, ale podszepty płynęły dalej. Ów zgniły głos mroku wypływał gdzieś we wnętrzu jej głowy. Rozlewał się i zatruwał. Zamierzała odejść, uciec na górę, ale coś ją zatrzymało. Nie potrafiła określić ani co, ani dlaczego poddała się nakazowi, by zostać. Bo on tego żądał? Dlaczego miałaby go usłuchać? Raz jeszcze spojrzała na figurkę, już bez wcześniejszej odrazy, za to z rosnącą ciekawością.

Czym jesteś?

Nieważne, liczyło się to, że nagle jej zapragnęła.

Nieprawda! Lalka była ohydna!

Pragniesz jej.

Rita zbliżyła się i wyciągnęła rękę. Nie chciała, ale zrobiła to, ciało nie słuchało woli. Opuszkami palców pogłaskała figurkę. Przeszło ją coś przypominającego wyładowanie prądu, z tym że było to przyjemne odczucie. Coś na kształt energetycznej pieszczoty. Zamknęła oczy i znów zobaczyła twarz. Teraz miała otwarte oczy, nie, jedno oko. Czarne niczym węgiel, a jednak błyszczące, którego spojrzenie przenikało wszystko na wskroś. Ją też.

Ten wzrok koił, uspokajał, sprawiał, że uwierzyła, że wszystko jest i będzie dobrze, musiała mu się jedynie poddać. Przestać się szarpać niby ryba uwięziona w sieci. Pozwolić, by nią pokierował. Dlaczego nie? Może wcześniej wydawał się straszny, ale teraz przyciągał ją niczym magnes.

Będzie posłuszna.

Nie zastanawiając się, wyciągnęła siekierę z pieńka. Zważyła w dłoni. Wcześniej jej nie używała, prace przy domu to domena Wilhelma, ale narzędzie doskonale leżało w ręku. Zdawało się przedłużeniem kończyny. Machnęła nim w powietrzu, a potem przeciągnęła palcem po ostrzu. Pewnie przydałoby się lekko podostrzyć, ale od biedy ujdzie.

Bezwolnie, niczym zombie, Rita wdrapała się po schodach. Prowadził ją cień, stopił się z jej własnym cieniem, teraz cała trójka, a nawet czwórka – jeśli wliczyć w to posępnego mężczyznę o azjatyckich rysach – stanowili jedno. Coś doskonalszego niż Boska Trójca.

Świat wokół pogrążył się w półmroku i półcieniach. Wszystkie kolory znikły, utonąwszy w szarej papce nowej rzeczywistości. Odeszły też gdzieś wątpliwości i żale, smutki i gasnące nadzieje.

Rita podeszła do Lidii i zatrzymała się przed nią.

– Mam coś dla ciebie – oznajmiła.

– Co? – Staruszka uśmiechnęła się promiennie.

– Ciukiejka.

Rita wzięła zamach i opuściła ostrze. Trafiła w szyję, ale zabrakło jej sił, by jednym uderzeniem oddzielić głowę od korpusu. Trysnęła krew, na chwilę ją oślepiając. Nie widziała nic, więc uderzyła z pamięci. Raz i jeszcze raz, i kolejny.

Gdy odzyskała wzrok, głowa Lidii wisiała jedynie na postrzępionym fałdzie skóry. Rita odrzuciła siekierę, już jej nie potrzebowała. Złapała oburącz zakrwawiony czerep i szarpnęła. Włożyła w to całą siłę i gdy kruche łączenie puściło, zatoczyła się w bok. Spojrzała na głowę teściowej – na ustach staruszki pozostał przedśmiertny uśmiech. Zdawała się zadowolona, mogąc oglądać mieszkanie z nowej perspektywy.

– Zabiorę cię do niego, dodasz mu sił.

Nie miała pojęcia, czemu to powiedziała. Tak samo jak tajemnicą pozostawało, czemu zrobiła to, co zrobiła. To było słuszne, tak czuła. To właśnie przekazała jej pomarszczona twarz. I to jej w tej chwili wystarczało.

Przeszła do kuchni, wyciągnęła nóż z szuflady, a potem z ostrzem i krwawym trofeum zeszła do piwnicy. Wypełniona cieniami wydawała się mroczniejsza niż jeszcze przed chwilą, z tym że to przestało przerażać, raczej fascynowało, dodawało uroku.

Nowy świat, nowe możliwości, nowa ja.

Zdjęła lalkę z pieńka, a na jej miejscu położyła głowę teściowej. Czerep przechylał się, więc musiała go kilkukrotnie poprawić, nim wreszcie znieruchomiał, radośnie spoglądając przed siebie.

– Mama tu sobie poczeka. Szkoda, że nie ma Wilhelma, mógłby cieszyć się razem z nami – odezwała się do pustego wnętrza.

Wbrew tym słowom czuła, że w jakimś sensie, którego nie rozumiała, są blisko siebie. Czy to połączyły ich wspólnie przeżyte dwadzieścia dwa lata? A może jakaś tajemnicza więź, która powstała właśnie w tym momencie? To nie miało znaczenia.

Usiadła na betonowej podłodze, opierając się plecami o pieniek. Wzięła lalkę w ramiona tak, jakby zamierzała przystawić ją do piersi. Nie wiedziała, czemu wcześniej wydawała się jej taka brzydka. Przecież była piękna. Piękna jak dziecko, którego nigdy nie miała. Nigdy, aż dotąd. Kiedyś starali się, ale nic z tego nie wyszło. Czy była to jej wina, czy Wilhelma, ciężko powiedzieć, nie pofatygowali się do lekarza, by to sprawdzić. Może gdyby mieszkali w Olsztynie albo takiej Warszawie… ale tu? Tu po katolicku czekało się na bociana, nikt nie robił badań, by sprawdzić, co może stać na przeszkodzie.

Zaczęła kołysać figurkę, cicho nucąc.

– Co mówisz? – Przerwała na moment, pochyliwszy się ku niej. – Jesteś głodny? Mama za moment cię nakarmi.

Nie puszczając dziecka, złapała za nóż. Skierowała ostrze ku sobie, po czym pchnęła. Wyobrażała sobie, że wejdzie po rękojeść, lecz wbił się zaledwie na kilka centymetrów. Czy ona była tak słaba, czy nóż taki tępy? Spróbowała raz jeszcze z podobnym rezultatem. Czuła ból, płynęła krew, rany może nawet były poważne, ale jej dziecko pragnęło jeść. Nie mogła kazać mu czekać.

Przecież nie była złą matką.

Przystawiła ostrze do gardła i pociągnęła z całych sił. Krew chlusnęła strumieniem. O proszę, udało się.

Świat wokół ciemniał. Już wcześniej bardziej czarny niż biały pogrążał się w mroku, jakby tonął. Wkrótce zgasł ostatni promyk. Zapanowała zupełna czerń.

Rita poczuła niepokój, gdy w tym nieprzeniknionym oceanie rozległ się szept. Nie był przyjemny, nie niósł ciepła ani ukojenia. Przeciwnie – zdawał się sprośny i wyrażał groźbę.

Czy zrobiłam coś nie tak?

Nie wiedziała.

Szept przerodził się w chichot.

4

Mikołaj się wahał. Rozsądek nakazywał poczekać do jutra, lecz ów wewnętrzny głos, który go tu przygnał, naglił. Nie pozwalał czekać, nie pozwalał niczego odkładać na później. A co najgorsze – nie sposób było mu się przeciwstawić.

On nie prosił, on rozkazywał.

Czym był? Efektem rozwijającej się bliżej niezidenty-fikowanej choroby? Nie. W takie bajki niech wierzą ci wszyscy mądrale, dla których świat jest uporządkowanym zbiorem wydarzeń, skutków i przyczyn. Mikołaj wyznawał teorię chaosu. Rzecz jasna nigdy tej nazwy nawet nie słyszał, wiedział za to aż za dobrze, że wszystko wokół jest dziełem pieprzonego przypadku. A właściwie Przypadku. Sprawczej siły, która starała się zdemolować wszystko to, co już z racji swego istnienia na tym cholernym świecie było solidnie zdemolowane.

Teorię tę zgłębiał z każdą kolejną flaszką, butelką taniego wina lub piwem. To ostatnie towarzyszyło mu najrzadziej. Sam z siebie nie kupiłby piwa, w życiu! – stosunek trzepnięcia do ceny był tu zdecydowanie niekorzystny – ale czasem ktoś go nim poczęstował, a jak to mówią: darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Nigdy nie odmawiał, gdy ktoś częstował alkoholem. Jasne, nie ruszyłby denaturatu ani innych świństw, tak bardzo nie upadł i żywił, jak sądził, płonną nadzieję, że w tym wypadku nie ma zastosowania słowo „jeszcze”.

Spojrzał na dom, oblizał wargi i przestąpił z nogi na nogę.

Musiał tam pójść, wiedział, że nie oprze się nakazowi. Nie rozumiał go, nie miał pojęcia, skąd się brał, ale zdawał sobie sprawę, że była to moc. Bezwzględna i sprawcza. Moc nieokreślonego bytu. Czegoś, co wybrało właśnie jego. By go stłamsić, wycisnąć jak cytrynę. A potem? Odruchowo wzruszył ramionami. Nie lubił zastanawiać się nad potem. Potem dręczyło zbyt wielu głupców, którzy z jego powodu wciskali się w garnitury lub garsonki i zapieprzali do biur robić rzeczy, na które w najlepszym razie nie mieli ochoty. Mądrzy ludzie żyli, wielbiąc jedynie dziś. Tylko dziś miało jakąkolwiek wartość. Bo – jeśli dobrze się zastanowić – panowało zawsze. Pamiętasz jakieś jutro? Nie. A wczoraj? Niby tak, z tym że gdy je przeżywałeś, również nosiło miano dziś, dopiero później się zdegenerowało, popsuło.

Zrobił krok do przodu, ale szybko cofnął się do cienia rozłożystego kasztanowca. Drzewo powoli szykowało się, by kwitnąć, w tym roku z powodu chłodnej i długiej wiosny nieco później niż ostatnimi laty. Mikołajowi nie kojarzyło się to z niczym równie abstrakcyjnym jak matury, a raczej początkiem sezonu, gdy ponownie nie trzeba szukać żadnej dziupli i można spokojnie najebać się pod gołym niebem, nie ryzykując, że rano obudzisz się z odmrożonym tyłkiem. Albo czymś jeszcze cenniejszym.

Skulił się, bo w jego głowie wybrzmiał wrzask nakazujący mu wreszcie ruszyć się z miejsca.

Cholera. Gdyby to nie była niedziela. Wtedy dom, w zależności od pory dnia, byłby pusty albo też siedzieliby w nim oboje. I Wilhelm, i Rita. Ściśle rzecz biorąc, dom nigdy do końca pusty nie był, bo mieszkała tam jeszcze teściowa Rity, ale ona akurat się nie liczyła. Gwizdał na to stare babsko poruszające się na wózku i mające mózg wielkości orzecha włoskiego.

Jednak była niedziela. Ten jeden jedyny dzień tygodnia, gdy był pewien, że Wilhelm wyrwał się z chałupy, zwłaszcza biorąc pod uwagę pogodę. Pewnie znowu nad jezioro – uwielbiał wędkować. Kilka razy zabrał ze sobą Mikołaja, ale ten nie połknął bakcyla. Nie mógł zrozumieć, co fajnego jest w kilkugodzinnym moczeniu kija w wodzie. Gdyby choć wypełniali czas, sącząc alkohol – niech już nawet będzie to idiotyczne piwo – ale nie, siedzieli o suchym pysku i gapili się w spławik. Cholera, to już szachy wydawały się przy tym sportem ekstremalnym.

W domu więc zapewne była jedynie Rita. Zwykle chodziła do kościoła, ale o tej porze na pewno zdążyła już wrócić. Znał jej zwyczaje, wybierała się najczęściej na dziesiątą. To była msza dla dzieci, ale jej to nie przeszkadzało. A zresztą może nie kryły się w tym żadne sprzeczności – czarownice lubią dzieci, nieprawdaż?

Zaśmiał się chrapliwie. No niech ktoś zaprzeczy, że świat nie jest pojebany, jak można tak bardzo bać się rodzonej siostry? Ze szwagrem potrafił się dogadać, czasem wypili coś razem, czasem Wilhelm – tak jak ostatnio, przy budowie tej drogi – załatwił mu jakąś dorywczą fuchę, a z tą jędzą ani rusz. Każda ich rozmowa kończyła się awanturą, a tych Mikołaj jako wyznawca filozofii dziś unikał jak ognia.

Siostrunia była starsza raptem o dwa lata, a nigdy nie potrafili znaleźć wspólnego języka. I nie chodziło jedynie o różnice chłopak – dziewczyna. Jasne, ona grała w gumę, a on w piłkę, ona miała lalki, on bawił się samochodzikami, ale chodziło o coś więcej, jakąś przepaść między ich charakterami. Ona płynęła z prądem, on szedł pod prąd. O, właśnie to. Marzenia Rity były obleśnie standardowe: dobre oceny, fajny chłopak, ślub i rodzina. On, odkąd pamiętał, nie potrafił wpasować się w ramy. W szkole, w domu, nigdzie. Jedyne, co ich łączyło, to fakt, że oboje w końcu odnieśli jakiś tam sukces. Rita połowiczny, bo choć znalazła sobie Wilhelma – biedny chłop – to nie doczekała się dzieci, więc sny o licznej rodzinie pozostały niespełnione; Mikołaj zaś raczej pełny, bo jedyne, czego chciał i do czego dążył, to niezależność. I był niezależny. A że przy okazji bez pieniędzy i tak zwanych perspektyw, to już mówi się trudno. Efekt uboczny wybranej ścieżki życiowej.

Po raz kolejny spojrzał na dom siostry. Zdawał sobie sprawę, że dłużej nie jest w stanie się opierać, musi tam pójść. Siła, która nim sterowała, nie popuści. Nie miała władzy absolutnej, ale zagnieździła się w jego umyśle niczym pasożyt. Z początku niemal jej nie zauważał, ale szybko się rozpanoszyła. Kiedy poczuł ją po raz pierwszy? Nie był pewien. Dwa, trzy dni temu? Na początku była niemal niedostrzegalna. Ot, jakiś cień dojrzany kątem oka. Jakiś ciemniejszy odcień mroku w i tak czarnych zakamarkach. Drobiazgi, których się nie zauważa. W pełni dał o sobie znać dopiero tego dnia rano.

Mikołaj obudził się rozbity, wręcz rozkawałkowany. Nie mógł zwalić tego na kaca – przeżył paskudny suchy sobotni wieczór bez grama alkoholu. A mimo to, gdy otworzył oczy, czuł się rozrywany od środka. Jakby coś oddzielało jego mięśnie od kości, te ostatnie łamiąc, by wyssać ukryty w nich szpik. Trawiła go gorączka, i to chyba porządna, wręcz płonął – jedyny termometr, jaki miał, własna dłoń, nie należał do nazbyt precyzyjnych narzędzi, lecz nie był niezbędny; Mikołaj czuł, że spala go wewnętrzny ogień. Gdyby złapał w dłoń kawałek drewna, nie zdziwiłby się, gdyby zapłonęło. Krótko mówiąc: czuł się fatalnie. Pewnie uznałby, że dorwało go jakieś cholerstwo, może to, z którym świat bezskutecznie walczy od ponad roku, gdyby nie czuł nieodstępującej go obecności. Nie potrafił jej jednoznacznie opisać. Była – i to najważniejsze. To nie ulegało wątpliwości. Był sam, ale nie był sam, bo coś się w nim zagnieździło. Sprawdzało go, testowało, aż wreszcie uznało, że pora się ujawnić.

Tyle że owo ujawnienie było równie przyjemne, co wywrócenie na lewą stronę. Jakby ktoś wywalił jego flaki na wierzch, a ochronną skórę schował do wnętrza. To w pierwszym kroku, w tym jeszcze do zniesienia, bo w drugim okładał go bez litości drewnianą, nabitą ćwiekami pałką.

Czy widok skwaszonej gęby Rity mógł być gorszy? Zdecydowanie nie.

Mikołaj podszedł do furtki. Zataczał się jak pijany. Jeśli ktoś go widział, na pewno uznał, że znów jest zdrowo najebany. Każdy, kto go znał, wiedział, że to jego główny stan istnienia. Większość mieszkańców tej dziury już dawno go skreśliła. Istniał jedynie dla tych, którzy od czasu do czasu wraz z nim spełniali toast, wychylając kielichy ambrozji, pozostałym znane jako wino marki wino sprzedawane za piątaka, i takich niepoprawnych frajerów jak Wilhelm, którzy wierzyli, że jeszcze da się go wyprowadzić na ludzi.

Nie da się, bo on sobie tego nie życzył. Jeśli dobrze i wnikliwie przyjrzysz się gatunkowi ludzkiemu, odbiera ci apetyt. Mikołaj może i był człowiekiem, ale z całą pewnością być nim nie chciał. W każdym razie wersją podręcznikową, tą stawianą na piedestale i wychwalaną pod niebiosa. Człowiek – to brzmi dumnie. Człowiek – istota wyższa, czyli najbardziej oszukańczy marketing pod słońcem. Co gorsza, automarketing.

Pchnął furtkę. Otworzyła się z cichym jękiem trącego o siebie metalu. Mikołaj wykrzywił usta w grymasie uśmiechu, bo wyobraził sobie, jak Rita opieprza męża za nieposmarowane smarem zawiasy. Zadowolenie jednak szybko zgasło, bo ciśnienie wewnątrz czaszki zdawało się rosnąć, wymuszając pośpiech.

No już, kurwa, przecież idę.

Czy to inwazja porywaczy ciał? Był chyba kiedyś taki film. Durny, bo durny, ale według Mikołaja jego bohaterowie musieli przeżywać coś podobnego. Czuł się niczym kawałek mięsa, z którego ktoś robi dewolaja, wpychając do środka nadzienie. Lada moment ser i masło trysną mu uszami.

Przed drzwiami dostrzegł cień. Brakowało tylko, do kurwy nędzy, człowieka, który by go rzucał. Poza tym ten cień nie był łaskaw stosować się do, zdawałoby się, trwałych i niezmiennych praw natury. Nie dość, że zawisł w powietrzu, to jeszcze pionowo – jak smuga sprasowanego przeźroczystego dymu, a nie cień z prawdziwego zdarzenia.

Już lezę, już.

Do drzwi prowadziło kilka stromych schodków. Zupełnie jakby Rita czuła, że jej brat będzie się tu zjawiał znacznie częściej zalany niż trzeźwy, i chciała go maksymalnie upokorzyć i utrudnić mu życie. Gdyby nie poręcz, nie wlazłby na górę, i to mimo tego, że był trzeźwy jak świnia. Tyle tylko, że jak świnia, która połknęła granat i którą rozsadziło.

– Żeby cię, kurwa…

Nie dokończył. Cień na pewno go słyszał. Nie mogło być inaczej, bo nawet gdy się oddalał, nie przestawał wypełniać głowy Mikołaja. Taka jebana święta dwójca, która jest i tu, i tu, i zapewne gdziekolwiek zechce.

„Ajmen” – jakby powiedzieli anglojęzyczni jehowi. Słaby żart.

Naparł na klamkę. Ku jego zaskoczeniu drzwi ustąpiły. Otworzyły się do środka, a on poleciał za nimi – jakby przyklejony, starając się nie stracić równowagi i nie wylądować na podłodze, bo mógłby się już nie podnieść.

Dziwne, Rita się zawsze zamykała, jakby z jej domu, aspirującego wystrojem do klasy wyższej niż faktycznie należała, byłoby rzeczywiście co ukraść. Jasne, Mikołaj znalazłby kilka fantów, za które dostałby flaszkę, ale zbytu nie mógłby szukać u nazbyt wymagających. Tu nawet telewizor miał swoje lata. Niby duży, płaski, dobrej firmy, ale stary. I tak było ze wszystkim. Wszechobecny tombak udający złoto.

– Rita – zamierzał zawołać, ale z gardła wydobył się jedynie jęk.

Zbierz się do kupy i zapierdalaj szukać siostrzyczki. Przecież nie chowa się przed tobą – zdopingował się wewnętrznie. Najważniejsze jest właściwe nastawienie.

Oczywiście, że się nie chowała, święta damulka chętniej wygłaszała kazania niż proboszcz z ambony. Dziś też z pewnością pogadanka go nie ominie. Wyglądał jak rozjechane autem gówno, a czuł się jak gówno rozjechane przez czołg. Ritunia nie odpuści takiej okazji. I dziś jej wysłucha. Grzecznie i do końca. Nie dlatego, że w jego postawie coś się zmieniło, ale nie znajdował w sobie dość sił, by choćby zakryć dłońmi uszy. Zresztą nieważne, był w tak znakomitym stanie, że jeśli dotrze do niego nawet co trzecie słowo, uzna to za sukces.

Po jaką cholerę się tu w ogóle zawlókł?

No tak, cień go sprowadził. Może tortury fizyczne mu się znudziły i postanowił pomaltretować go teraz psychicznie? Jeśli tak, wybrał wspaniałego kata – lepszego niż Rita nie znalazłby na całym świecie.