Syn pustyni - Adam Hetmański - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Syn pustyni ebook i audiobook

Adam Hetmański

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Ogień, popiół i cisza. Tyle zostało po Synach Pustyni.

W jedną noc dwóch nieznanych wojowników łamie każde prawo i tradycję, wymazując z powierzchni świata starożytne plemię Lirmu.

Ocalał tylko on.

Strażnik Prawa, wychowany w surowej wierze, zostaje sam ze świętą Księgą. W świecie, gdzie sprawiedliwość przestała istnieć, musi zdecydować, kim się stanie:

Wiernym wykonawcą zasad, które przysiągł chronić, czy bezwzględnym narzędziem zemsty?

„Syn Pustyni” to ekscytująca podróż przez gniew i piaski, której finał nie przynosi ukojenia, lecz wystawia sumienie na ostateczną próbę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 363

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 19 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Wydawnictwo INITIUM

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © 2026 ADAM HETMAŃSKI

All rights reserved / Wszelkie prawa zastrzeżone

Copyright © 2026 WYDAWNICTWO INITIUM

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja: DAGMARA ŚLĘK-PAW

Korekta: KATARZYNA KUSOJĆ

Projekt okładki: JUSTYNA KNAPIK

Współpraca organizacyjna: ANITA BRYLEWSKA, MAŁGORZATA SZOSTAK

WYDANIE I

ISBN 978-83-68607-06-2

Wydawnictwo INITIUM

www.initium.pl

e-mail: [email protected]

facebook.com/wydawnictwo.initium

Fragment

I. Wioska Synów Pustyni, Zachodnie Pustynie

II. Pas Śmierci, Zachodnie Pustynie

III. Pas Śmierci, Zachodnie Pustynie

IV. Kebrim, Podrzecze

V. Port Gond, Wielki Step

VI. Port Gond, Wielki Step

VII. Pas Śmierci, Zachodnie Pustynie

VIII. Południowy Szlak, Zachodnie Pustynie

IX. Harptur, Zachodnie Pustynie

X. Harptur, Zachodnie Pustynie

XI. Ponad Zachodnimi Pustyniami

XII. Osada Kheles, Zachodnie Pustynie

XIII. Osada Kheles, Zachodnie Pustynie

XIV. Oaza Ivassara, Zachodnie Pustynie

XV. Oaza Ivassara, Zachodnie Pustynie

XVI. Tereny dawnego miasta Keiar, Zachodnie Pustynie

XVII. Kebrim, Podrzecze

XVIII. Kebrim, Podrzecze

XIX. Kebrim, Podrzecze

XX. Harptur, Zachodnie Pustynie

XXI. Południowy Szlak, Zachodnie Pustynie

XXII. Południowy Szlak, Zachodnie Pustynie

XXIII. Okolice Harpturu, Zachodnie Pustynie

XXIV. Harptur, Zachodnie Pustynie

XXV. Harptur, Zachodnie Pustynie

XXVI. Harptur, Zachodnie Pustynie

XXVII. Harptur, Zachodnie Pustynie

XXVIII. Harptur, Zachodnie Pustynie

Epilog. Harptur, Zachodnie Pustynie

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

IWioska Synów Pustyni, Zachodnie Pustynie

– Mamy zabić wszystkich?

Czarny miecz błysnął w świetle księżyca, wiotkie ciało strażnika osunęło się na piach.

– Tak, wszystkich. Co do jednego.

Dwa rogate cienie ruszyły w stronę samotnej wioski nad brzegiem oceanu.

„Wszystko ma swój koniec”.

Tak napisano w Księdze Praw, najcenniejszym ze skarbów, wartym więcej niż całe złoto kontynentu. Księga była jak blask rozświetlający najmroczniejszą noc, jak skrzydła przynoszące lekkość nawet w najcięższych czasach. Jak rzeka, która poiła w chwilach, gdy sama woda nie wystarczała. Rzeka, która mimo zawiłości od setek lat prowadziła nas według woli Ojca, do Jego Ogrodów.

„Wszystko ma swój koniec”.

Nigdy nie sądziłem, że słowa te, ostatni werset całej Księgi, mogą dotyczyć także nas, naszego plemienia. Najstarszego ludu Lirmu. Synów Pustyni.

Wrzaski moich braci ucichły. Zostałem sam.

Wtedy właśnie przypomniał mi się ten werset. Zrozumiałem, że koniec właśnie nadszedł. W dodatku nadszedł bez żadnego ostrzeżenia, prosto z ciemności.

Było ich dwóch, jeden wysoki i barczysty, zabijał jak wściekły demon. Drugi niski i smukły, zabijał tak sprawnie i płynnie, że niemal z gracją.

Zginęli wszyscy moi bracia. Co do jednego.

Zaczęło się zupełnie tak samo, jak się skończyło: od krzyku.

Otworzyłem oczy. Niebo usłane pojedynczymi jaśniejszymi kropeczkami przebijało się przez szpary w poszyciu mojej obłej chaty ustawionej na czterech kijach, oświetlając wnętrze nieśmiałym srebrzystym blaskiem.

Owinąłem się ciaśniej wielbłądzią skórą, myślałem, że upiorny krzyk pochodził ze snu. Już zamknąłem oczy, już myśli utonęły mi w sennej rzeczywistości, gdy rozległ się kolejny kobiecy krzyk, wrzask, jeszcze gorszy od pierwszego, bardziej szorstki i rozpaczliwy. Wciąż jednak nie wstałem, wciąż liczyłem na to, że to koszmar nie chce opuścić głowy, bo przecież w razie nadchodzącego niebezpieczeństwa najpierw powinien rozbrzmieć dźwięk rogu jednego z Wojowników Piasku pełniących wartę na obrzeżach wioski. A może to któraś z ciężarnych rodzi?

Kolejny krzyk. Mężczyzny.

Może to Zjawy Nocy zesłały na naszą wioskę koszmary? Może ja też krzyknąłem przy przebudzeniu?

Dopiero teraz rozbrzmiał róg.

Dom miałem na samym końcu osady, mocno wysunięty na południe, gdzie toczyła się wojna Pustyń z ludźmi. Ludzkie niebezpieczeństwo przyszłoby więc najpierw do mnie, do najsilniejszego z Wojowników Piasku.

Dziś jednak niebezpieczeństwo zdawało się nadejść z nieba lub spod ziemi, bo po prostu się pojawiło, w samym środku osady. Usłyszałem mijającego moją chatkę strażnika granicy, dziś był to Bhubir. Prędko zawiązałem przepaskę i chwyciłem spod ścianki dwa krótkie miecze, zawsze naostrzone i gotowe do walki. Wyskoczyłem przez okrągły otwór wejścia i gdy ruszyłem przez grząski piach, wrzasków było już tak wiele, że przypominały jeden przeciągły jęk.

Rogi zagrały jeszcze kilka razy, każdy kolejny brzmiał jednak słabiej od poprzedniego. Grały zresztą niepotrzebnie, wszyscy Wojownicy Piasku już walczyli. Chociaż walczyli… to złe słowo. Padali, po kolei, zostawiając po sobie tylko martwe ciała i kałuże czarnej posoki.

Czarnej jak zbroje tych, którzy przyszli nas zabić.

Dwóch. Tylko dwóch.

Zabijali wszystkich, jakby wyrzynali pachołki treningowe, a nie wojowników, którzy w walce szkolili się całe życie, a naukę trzymania miecza rozpoczęli tuż po opanowaniu sztuki chodzenia.

Nikt nie uciekał. Nie było dokąd.

„Wszystko ma swój koniec”.

I ich dwóch, w samym centrum całego bólu i krzyku, jakby sama Śmierć postanowiła zakończyć trwające całe milenia istnienie Synów Pustyni. Ciemne miecze przebijały powietrze tak szybko, że nie dało się śledzić ostrzy. Nie było w tych ostrzach cienia zawahania. Dzieci, kobiety, mężczyźni, wszyscy byli równi, równie martwi. Wojownicy Piasku padali jeden po drugim, wyglądając, jakby pierwszy raz w życiu dzierżyli broń.

Gdy padł Bhubir, wojownik niemal równie wprawny jak ja, zachwiałem się. Gdy zobaczyłem, że na piachu, na wpół martwy, leży także nasz wódz, Khasha, Ziemskie Usta Ojca, osunąłem się na ziemię. W rękach miał zbrukaną krwią Księgę Praw. Potrząsnąłem głową, mocno zacisnąłem powieki, by zakończyć ten koszmar, bo z pewnością nim był, Ojciec by nigdy na nic takiego nie pozwolił, nie dopuściłby do śmierci Khashy… Otworzyłem oczy. Przed nimi wciąż malował się ten sam obraz.

Czy Ojciec zesłałby na nas śmierć? Czym zawiniliśmy?

Krzyki ustały, a ja wciąż patrzyłem na Khashę i na Księgę. Czy Ojciec postąpiłby tak z własnym Prawem? Z własnymi Synami? Wszystko ma swój koniec, ale czy to oznacza, że nasz musiał być właśnie taki?

Jeden z wysłanników Śmierci odwrócił się w moją stronę. Z jego hełmu wyrastały dwa zakrzywione w dół rogi, z których skapywały gęste krople krwi.

Drugi morderca znikąd wykrzesał ogień, podpalając domy sklecone z traw i wyschniętych drewienek, które wyrzucało Nasze Morze. Domy te płonęły szybko, nie było widać, ile wspomnień mieściły ich wnętrza, ile lat stały niewzruszone nawet najmocniejszymi huraganami, przez ile lat chroniły nas przed łapczywym świerzbem i innymi monstrami czającymi się pod piachem.

Potem zapłonęły ciała, skwierczenie przypominało piski noworodków. Ale płonęli wszyscy, nie tylko one.

Patrząc w ten ogień, łakomy, nieznający litości, zrozumiałem jedną, bardzo ważną rzecz.

To nie Ojciec.

Prawo nakazywało wrzucać ciała zmarłych w morze, tam, skąd się wywodzimy, skąd przybyliśmy wieki temu. Piekło się zwierzęta, nie Synów Pustyni. Spalenie było największą obrazą, nie brukano tak ciał nawet za największe z przewinień w Księdze Praw. A skoro ci dwaj działają wbrew niej, Prawo Sprawiedliwości nakazuje ich ukarać. Odzyskałem władzę w nogach, palce znów owinęły się wokół rękojeści. Prawo… albo zginę, egzekwując je, albo pozwolę się zmiażdżyć jak robak.

Pierwszy mroczny wojownik był już blisko mnie, bardzo blisko, niemal na wyciągnięcie ręki.

Pozycja ósma, wir ostrzy.

Rozpoczął się taniec moich dwóch kling, morze cięć, które pozbawiło życia dziesiątki bandytów i setki pustynnych pomiotów. Morze, które powinno tego rogatego demona pochłonąć w całości, zmiażdżyć, pozbawić zarówno broni, jak i głowy. Jednak nie zdążyła nadejść nawet pierwsza morska fala, wyprowadziłem zaledwie trzy ciosy. Przed dwoma się uchylił, jakby były to razy świeżego adepta nauk Wielkiego Domu, a nie najsilniejszego Wojownika Piasku. Przed oczami zatańczyli mi moi bracia, którzy umierali w taki sam sposób, w jaki ja zaraz zginę.

Trzeci cios skontrował atakiem, ciął swoim dwuręcznym, mrocznym ostrzem mocno, od boku, musiałem się ratować blokiem. Siłą ciosu wytrącił mi miecz, a drugą ręką, zaciśniętą w pięść, trzepnął mnie w głowę, przez ćwieki na jego rękawicy poczułem, jakbym dostał maczugą. Rzuciło mnie na bok, upadłem na twarz, piach zachrzęścił w zębach, wymieszał się ze smakiem żelaza, w uszach na nowo rozbrzmiały wrzaski moich pobratymców. Szkarłat ich brzmienia zagęścił powietrze, straciłem dech.

Nie, nie mogli krzyczeć. Nie żyją.

Więc czym jest świszczący dźwięk? Może odchodzę, tak jak oni, płynę w stronę Ogrodów Ojca? Tylko dlaczego wciąż czuję tak miażdżący ból?

Dźwignąłem się na nogi, świat stał się o wiele mniej wyraźny niż kilka chwil temu. A mroczny morderca zdawał się być jeszcze bliżej. Muszę zaatakować inaczej, nie mogę pozwolić na kontrę, bo po kolejnym takim ciosie już nie wstanę. Mocniej zacisnąłem palce wokół rękojeści miecza.

Pozycja pierwsza, żądło.

Był zbyt szybki. To tak, jakbym próbował dźgnąć muchę, ostrze znów minęło się z celem. A ja znów oberwałem, na szczęście albo nieszczęście, nie pięścią. Czarny miecz rozciął mi klatkę piersiową, gwałtownie odskoczyłem przed kolejnym cięciem, wypuszczając swój oręż, i znów upadłem na piach. Chwilę łapałem dech, patrząc, jak krew obficie wycieka z ciągnącej się od ramienia do pępka szramy.

Nie dam rady. Moi bracia nie dali, ja też nie dam.

Ojcze, pomóż mi, tylko Ty mi zostałeś. Pomóż wypełnić Twoje Prawa, chociaż to jedno, Sprawiedliwości.

Przywołałem w głowie słowa Błogosławieństwa Siły. Zwykle przygotowania do niego trwały kilka dni, więcej jadłem, mnóstwo piłem, by nie zemdleć z wysuszenia od razu po zakończeniu działania Błogosławieństwa, bo to całkowicie pozbawiało jego użycie sensu. Ale teraz… to jedyna szansa, by wypełnić Prawo Sprawiedliwości.

Wymacałem w piachu rękojeść, wstałem po raz trzeci.

– Po co? – dobiegło spod czarnej przyłbicy mojego wroga. Głos brzmiał jak zgrzytające o siebie skrzyżowane ostrza, lecz jednocześnie czułem w nim obojętność i… znudzenie? Nie mówił też w języku Ojca, tylko w Nowym, więc zyskałem całkowitą pewność, że nie był to Jego wysłannik.

Wziął kolejny zamach, a ja drugi raz dziś postanowiłem zblokować cios tego potwora. Siła ataku sprawiła, że mięśnie w przedramionach mi się załamały, a nadgarstek chyba pękł, jatagan znów wpadł w piach. Ponownie odskoczyłem do tyłu, pot na ciele mieszał mi się z krwią. Poczułem coś, czego nie mogę odczuwać, czego zabrania mi odczuwać Księga Praw. Tak… to z pewnością to, dreszcze, poty, drgawki…

Zacisnąłem zęby, walcząc z samym sobą, z chęcią ucieczki. Ale dokąd miałbym uciec? Pozostała mi tylko walka.

– Ojcze, daj mi siłę. Oter, harvel oren – wyszeptałem słowa Błogosławieństwa.

Gęsta krew Syna Pustyni zaczęła krążyć w żyłach ze zdwojoną szybkością, wzrok wyostrzył się, zmęczenie i ból zniknęły, mimo że teraz krew z klatki piersiowej już nie wyciekała, a tryskała. Ręce i nogi zadrgały, czekając na moje polecenia, gotując się do walki. Ruszyłem.

I nagle to ja byłem szybszy. Kolejne ciosy zlatywały na mordercę, mijając jego obronę, smukły jatagan pochwycony z ziemi uparcie łowił fragmenty ciała spomiędzy blach. Szybciej!– jeszczepoganiałem go w myślach.

– Za Prawo – syczałem, wyprowadzając kolejne precyzyjne cięcia, tak szybkie, że sam ledwie dostrzegałem błyski własnego ostrza. Spomiędzy płyt zbroi wyciekała już czarna jucha, przykrywając zaschłą krew moich martwych braci. – Za Khashę!

W porę uniósł ramię, następny atak tylko wgniótł jego naramiennik. Kolejna szansa na wymierzenie sprawiedliwości nadeszła jednak sekundę później, bo oprawca potknął się o jedno z płonących ciał. Już go miałem, ostrze było na długość palca od szpary pod hełmem.

Wtedy coś świsnęło mi przy uchu. I to coś rozłupało mi głowę.

Poleciałem w bok, łamiąc wszystkie tyczki wspierające jedną z chatek, konstrukcja zwaliła się na mnie, w głowie znów rozległy się krzyki zmarłych Synów Pustyni. Błogosławieństwo się rozmyło. Przepraszam, Ojcze, zawiodłem.

Zamknąłem oczy, dusza jednak uparcie nie chciała opuścić ciała, i znów nadeszło to dziwne uczucie, znów pot i dreszcze. Nie mogę tak odejść, nie mogę chcieć uciekać, nie mogę… Uchyliłem powieki, odrzuciłem na bok trawiastą ściankę domu. Walka wciąż trwa.

Zdołałem podnieść się na kolana, miecz uniosłem zaledwie na wysokość pasa, nie mogłem wyżej. Przede mną stał teraz drugi z wojowników, ten mniejszy. Oczywiście. Zbyt skupiłem się na pierwszym, który, mimo moich wszystkich ciosów, i tak był zdolny wstać. Ja po trzech jego atakach nie dałem rady.

Zaatakowałem ostatkiem sił, choć bardziej przypominało to kontrolowany upadek niż atak. Gdy tylko skrzyżowałem swoje ostrze z jego, dziwnym, poszarpanym, to moją rękę poraziło coś, jakaś siła, moc z tego miecza, zmuszając do wypuszczenia szabli z dłoni. Czerwone oczy błyskające z wizjera rogatego hełmu wyssały ze mnie resztki nadziei. Prawo się nie dopełni, Khasha nie żyje, Księga Praw zniszczona. Synowie Pustyni zniknęli z tego świata. Nie w Czystce, nie w Czarnych Czasach, nie w wojnie z przeważającymi siłami wroga, nie broniąc Prawa albo imienia Ojca. Zabiło nas dwóch… nie wiem nawet, kim byli.

– Wybacz, Ojcze – powiedziałem na głos, nie mogąc przemóc tego uczucia… strachu. Właśnie on pogrzebał wszystko, na co pracowałem latami, zamknął mi bramę Ogrodów Ojca, bo prawdziwy Wojownik Piasku nie może go odczuwać. Czeka mnie Otchłań.

Ostrze przeciwnika śliniło się krwią poległych, prosiło właściciela, by podarował mu jeszcze jedną głowę.

„Wszystko ma swój koniec”.

Zamknąłem oczy, szykując się na wieczną ciemność.

– Zwiąż go, Ekilmor. I podaj hirię, by nie zdechł. Może się przydać Panu. – Usłyszałem charczący głos, nim straciłem świadomość. Nim umarłem.

Wszystko zaczęło się przewracać, całkowita ciemność raz po raz zamieniała się z półmrokiem, kilka razy przed oczami błysnął mi księżyc w pełni. Wciąż słyszałem rytmiczne poszczękiwanie blach i usypujący się piach… Po prostu zapadam się w Otchłań, myślałem, Ojciec zrzucił mnie osobiście z samej góry, zasłużyłem na to. Na ten ból, na pot, krew i łzy. Coś paliło mnie od środka, miałem wrażenie, że jednocześnie odczuwam wszystko, czego tylko może doświadczyć ciało. Poruszyłem ustami, chciałem zawołać Ojca, jeszcze jeden, ostatni raz, nim bezpowrotnie pochłonie mnie mrok, przeprosić go, poprosić o łaskę. Ale wnętrze gardła po Błogosławieństwie Siły zdawało się wykonane z papirusu, słowa nie miały się po czym ślizgać. A nawet jakby miały, to usta… w ustach miałem…

Kawał drewna o smolistym smaku. Knebel.

Z trudem otworzyłem zasuszone oczy.

IIPas Śmierci, Zachodnie Pustynie

Nie umarłem.

Wciąż była noc, ta sama, podczas której wszystko się skończyło, księżyc nadal spoglądał na Pustynię swym pełnym srebrzystym okiem.

Czułem, jakby ktoś naszpikował mi całe ciało igłami kaktusa, od środka i od zewnątrz, w dodatku mróz paraliżował mi członki, a brzuch gniótł podskakujący koński zad, na którym leżałem. Ledwo odzyskałem świadomość, już zacząłem mieć od wszystkiego mdłości.

Ojcze, dlaczego mnie nie zabili? Przecież powinni, skoro wymordowali wszystkich innych. A dlaczego Ty nie strąciłeś mnie w Otchłań? Miałeś pełne prawo. Prawo… to o nie chodziło? Oszczędziłeś mnie, by się dopełniło, bym wymierzył sprawiedliwość za obrazę i upokorzenie, jakie spadło na Twój lud?

Spróbowałem się rozejrzeć, odchyliłem głowę na tyle, na ile pozwalały ciasne więzy. Kątem oka zauważyłem drugiego konia i jego jeźdźca. A więc to tak przybyli do naszej wioski, na nich przebyli Pustynie i Pas Śmierci. Nie są żadnymi boskimi ani demonicznymi wysłannikami, są zwykłymi… prawie zwykłymi ludźmi. „Może się przydać”, wspomniał jeden z nich. Przez ciało przebiegł mi dreszcz i znów poczułem to paraliżujące uczucie uwalniające pot z porów skóry.

Sprawdziłem zakres ruchu, szarpnąłem. Lina owijała mnie od stóp do klatki piersiowej, trzymała mocno, ale nie na tyle, bym miał problemy z oddychaniem. Ręce związali z tyłu, pozwalając im na nieco swobody. Bardzo niewiele, mogłem jedynie ruszać palcami, a to nie wystarczy, by cokolwiek zrobić. By uciec.

Zacisnąłem zęby na kneblu.

Musi wystarczyć. Ojciec nie oszczędził mnie, bym się poddał, nie zbudził mnie teraz, żebym dał im się dowieźć do ich pana.

Wymierzyć sprawiedliwość. Dopełnić Prawo.

Napiąłem mięśnie i podciągnąłem głowę najwyżej, jak umiałem, żeby dokładniej ocenić swoją sytuację. Przywiązali mnie do tylnego łęku siodła zwykłym podwójnym supłem. Drugi jeździec jechał równo z większym, który wiózł mnie, obaj nie widzieli, że się przebudziłem. Uśmiechnąłem się pod nosem. Tak jak było na naukach w Wielkim Domu, zbroje są dla tchórzy i głupców. Nie tylko ograniczają ruchy, lecz także wzrok. Rozprostowałem obolałe, zapewne posiniałe od ciasnego węzła palce, z trudem rozsupłałem powróz.

Napiąłem mięśnie brzucha, zwinąłem się, a potem rozprężyłem, ponownie oceniłem zakres ruchu. Minimalny, ale musi wystarczyć. Jedno porządne szarpnięcie i wpadnę w piach, będę wolny. Związane dłonie powędrowały do łęku siodła.

Potrzebowałem chwili, żeby zgrać się z rytmem wspinającego się na wydmę konia. Chciałem wszystko załatwić jednym ruchem, bo tylko wtedy nie będą mieli czasu mnie pochwycić. A możliwe, że nawet nie zauważą.

Raz. Raz. Raz.

Teraz.

Wziąłem głęboki oddech, zmówiłem w myślach szybką modlitwę. Wyprostowałem się w momencie, w którym koń podskoczył, wybijając się do góry.

Upadłem na piach, zacząłem staczać się w dół wydmy. Uratowany.

„Kalah orho”,powiedziałem w myślach. Słowa Błogosławieństwa Pustyni nie działały w ten sposób, ale teraz musiały zadziałać.

Nie zadziałały.

– Khalh… al okho…– powiedziałem stłumiony kneblem.

– Spadł! – Wychwyciłem głos i boksowanie kopyt w piachu.

– Khalah ok… ho – powtórzyłem jeszcze mniej wyraźnie.

Odwróciłem głowę w stronę morderców. Widziałem, jak zawracają.

– Kalhah obho.– Poczułem, jak luźny piach zaczyna nieśmiało okalać moje ciało. Bardzo nieśmiało.

Jechali w moją stronę. Dwa rogate demony, mniejszy i większy. Większy już wystawił po mnie dłoń w okutej żelazem rękawicy. Znów przeszyło mnie to uczucie, znów oblałem się zimnym potem. Wszystkie mięśnie ciała się spięły, skuliłem się. Szczęki zacisnąłem tak mocno, że nadpalone drewno, które wsadzili mi do ust, pękło, nabijając usta drzazgami. Wyplułem, co mogłem, i mimo bólu nareszcie wypowiedziałem wyraźnie:

– Kalah orho!

Udało się.

Poczułem, jak rękawica czarnego rycerza muska mi zapadającą się pod piach czaszkę. Z ust wydarł mi się nieznany, strachliwy wrzask, który nie mógł należeć do mnie, a jednak wydobył się z moich trzewi. Zacisnąłem powieki, chroniąc oczy przed drobnymi ziarenkami, i po kilku chwilach byłem już głęboko w wydmie. Bezpieczny.

Z Błogosławieństwa Piasku korzystaliśmy podczas polowań, najczęściej tych na potwory umiejące poruszać się pod cienką warstwą piachu, jak węże albo świerzb czy larwy trupożerów. Przydawało się także do zasadzek na zapuszczające się zbyt blisko wioski drapieżniki. Nigdy natomiast nie używaliśmy go do ucieczki. Synowie Pustyni nigdy nie uciekali, zawsze trwaliśmy na Pustyni, w wiosce przy brzegu Naszego Morza, oddzieleni od świata Pasem Śmierci. Zawsze broniliśmy swych domów i siebie nawzajem przed wszystkim, co decydowało się nadejść, nieważne, jak liczne ani jak wielkie.

Teraz wróg nie był liczny. Ani wielki. A ja uciekłem.

Wszedłem pod ziemię tak głęboko, jak się dało, zatrzymałem się dopiero, gdy powietrze było niemal niemożliwe do złapania przez mój płaski, przystosowany do przebywania pod piachem nos. Nie dokopią się, odjadą, uznają, że nie żyję, że się zabiłem. Każdy by tak pomyślał. Nikt nie zna sekretów Synów Pustyni.

Syna. Bo zostałem już tylko ja.

Zabili wszystkich, zarżnęli jak bydło, jak psy, jak… jak… jakbyśmy nie byli Synami Pustyni. Na nic zdały się straże, rogaci wojownicy byli równie ciemni jak noc, szybsi od cieni i silni jak my w trakcie używania Błogosławieństwa Siły. To nie mogli być zwykli ludzie. Więc kim byli? I kto jest ich panem?

Przez całe życie odpowiedzi na wszystkie dręczące mnie pytania znajdowałem w Księdze Praw albo, gdy nie czułem dostatecznej pewności, odpowiadał na nie Khasha. Teraz nie mogłem nawet marzyć o odpowiedzi. Khashy już nie ma, pierwszy raz w historii świata. A Księga…

Trzeba ją odzyskać. O ile nie spłonęła razem ze wszystkim, co kiedykolwiek miałem, kochałem i znałem. Ale mogła przetrwać. Ojciec nie pozwoliłby, by spłonęła.

Poczułem wibracje piachu nad sobą. Odjechali.

Z trudem przepłynąłem przez gęsty piach do góry, od razu po wynurzeniu wydmuchałem nos, pozbywając się kilku ziarenek. Usiadłem, pierwszy raz tej nocy mogąc zaznać czegoś na kształt spokoju. Spojrzałem na gwiazdy, potem na ślady po końskich kopytach w postaci małych piaskowych kraterów. Jechali na wschód, więc oddalili się od wioski, mogę wrócić. Może przeżył ktoś jeszcze?

Zmęczenie i ból musiały poczekać, nie mogłem pozwolić sobie na odpoczynek, pozostanie w Pasie Śmierci na dłużej niż kilka godzin jest zbyt niebezpieczne. Dlatego stawialiśmy domy na tyczkach, by nic nas nie wyczuło… ale domy spłonęły. Wszystko spłonęło. Czy będę miał jeszcze szansę kiedykolwiek odpocząć? A może już zaraz, bo padnę z wycieńczenia?

Wspiąłem się na wydmę, nie dostrzegłem nigdzie wokół żadnych znaków, żadnych ruin, żadnych głazów. Jeszcze raz spojrzałem na księżyc, który wisiał w tej samej części nieba, co w wiosce. Czyli wciąż byłem blisko niej, blisko Naszego Morza.

Spojrzałem na szramę ciągnącą się przez całą klatkę piersiową, wyglądała lepiej, niż się spodziewałem, jakby goiła się już któryś tydzień. Czy to tamci dwaj podali mi coś, żebym przeżył?

Potrząsnąłem głową, bo nie był to czas na pytania, trzeba ruszać. Wzdrygnąłem się od chłodu nocy, mogłem tylko liczyć, że marsz rozgrzeje mnie na tyle, bym nie zamarzł do rana, a jednocześnie nie zmęczy tak, że do rana nie dotrwam.

IIIPas Śmierci, Zachodnie Pustynie

– Brawo, Krag, powinszować – zazgrzytał metalicznie Ekilmor, patrząc na lejek pozostały po zapadającym się Synu Pustyni. – Przypomnisz, czemu kazałeś napoić go hirią?

Czarne konie Sędziów wyczuły panujące między nimi napięcie, zadrobiły nerwowo, jakby nagle nastąpiły na rozżarzone węgle.

– Naszym nadrzędnym rozkazem jest poszukiwanie wytrzymałych jednostek, nawet wśród tych, wobec których należy wymierzyć sprawiedliwość – odparł Krag niewzruszony. – Nasz Pan, Vangor, władca Lirmu, krainy…

– Skończ, przecież wiem, kto wydał rozkaz. Ale skoro już taką jednostkę znaleźliśmy, to niezbyt rozważnie było uzdolnić ją do ucieczki.

– Gdyby nie hiria, to by zdechł, rozkaz nie zostałby wykonany.

– Mieliśmy jeszcze jeden rozkaz od Vangora, zabić wszystkich Synów Pustyni, pamiętasz?

Ekilmor odwrócił konia przodem do Kraga. Sędzia już i tak był wściekły przez piasek powtykany we wszystkie szczeliny jego zbroi i nieznośnie uwierające rany, które nie miały czasu się zregenerować, a teraz, po ucieczce Syna Pustyni, dyszał niczym rozjuszony niedźwiedź, któremu do jaskini wlazł nieproszony gość.

Krag nie był jednak tym faktem przejęty. W ogóle nie mógł być przejęty, bo Vangor przy procesie udoskonalania całkowicie pozbawił go zarówno umiejętności odczuwania, jak i odczytywania emocji. Dzięki temu liczyły się wyłącznie rozkazy czarownika.

– Przestań kwestionować moje zwierzchnictwo – odparł. – Choć jesteś Sędzią o wiele dłużej, to jesteś najmniej doskonały spośród nas, zbyt wiele myślisz, często nielogicznie.

Nie były to słowa, które uspokoiłyby nawet lekko zirytowanego niedźwiedzia, nie mówiąc już o wściekłym.

– Ja myślę nielogicznie? Twierdzisz, że Vangorowi chodziło o to, by tamten – wskazał na piach – uciekł? Mnie zarzucasz nielogi…

– Bacz, że gdyby nie ja i moje decyzje, to tamten Syn Pustyni by cię zabił. Chyba że decyzję o wkroczeniu w wasz beznadziejny pojedynek też zamierzasz zakwestionować.

Ekilmor odwrócił głowę, zamilkł. Choć nie czuł bólu, rany, które zadał mu zbiegły Syn Pustyni, były na tyle dotkliwe, że w jego umyśle wykiełkowało coś, czego myślał, że nie może odczuwać. Czego nie mógł odczuwać, bo choć był najmniej doskonały, to strach był pierwszym z elementów usuwanych przez Vangora w procesie modyfikacji umysłów Sędziów.

– To co teraz robimy, kapitanie? – zadrwił Ekilmor, zgrzytając spod hełmu wyższym głosem niż zwykle. – Czekamy, aż robal wypełźnie na powierzchnię? A może masz jeszcze jakiś świetny pomysł? Zostawić mu drogowskaz, żeby się nie zgubił?

– Czas jest teraz o wiele cenniejszy – odparł Krag. – Musimy wrócić na południowy szlak, nim Pan skończy z Podrzeczem. A Syn Pustyni i tak zginie, nie ma sił, wody ani jedzenia.

– Oby. – Ekilmor jeszcze raz spojrzał na miejsce, w którym zapadł się ostatni Syn Pustyni. Wiedział, że ktoś, kto pragnie zemsty, łatwo nie umiera. Sam był tego żywym przykładem.

Wioska Synów Pustyni, Zachodnie Pustynie

Dym zobaczyłem o brzasku. Szybko rozmywał się na tle ciemnego nieba.

Do osady dotarłem niedługo później. Właściwie do tego, co z niej zostało.

Wielka czarna plama. Jakby na piach spadła gigantyczna kropla inkaustu, ogień zdawał się strawić nawet piach. Patrzyłem na ostateczną klęskę, koniec Synów Pustyni.

Nie, jeszcze nie ostateczną. Wciąż jestem ja. I Prawo Sprawiedliwości.

W zgliszczach nie było choćby cienia życia, wszystko zastygło. Nawet morza za osadą nie dekorowały pieniste bałwany. Jedynie ten nikły dym unoszący się ze szczątków sprawiał, że obraz wyglądał na rzeczywisty, a nie namalowany.

Gdy szedłem przez zgliszcza, piach wymieszany z popiołem jęczał mi pod stopami, jakby rozpaczał nad losem Synów Pustyni. Zabici żelazem, strawieni ogniem. Nikt się nie ostał.

Upadłem na kolana, sadza plamiła mi ręce czernią, gdy czołgałem się do ciała Khashy, do miejsca, w którym skonał. Spalone ciało rozsypywało się przy dotknięciu niczym spróchniałe drewno, ale i tak odwróciłem swojego wodza twarzą do nieba.

Oczy miał zamknięte, twarz ściśniętą, całą w krwistych pęcherzach.

– Co mam robić? – wyszeptałem przez wyschnięte gardło. Khasha zawsze udzielał mi na to pytanie odpowiedzi, nigdy nie milczał dłużej niż minutę. Dlatego odczekałem tę jedną minutę, licząc na ostatni dech, ostatni rozkaz. Ale usta Khashy pozostawały nieruchome.

Obniżyłem wzrok.

I otrzymałem odpowiedź. Tak jak zawsze, choć nie wprost.

Khasha oplatał dłońmi Księgę Praw. Nakrył ją własnym ciałem, zniósł piekielny ból, nie obrócił się, nie próbował się ratować czy uciekać. Chronił Księgę przed ogniem. Jakby wiedział, że po nią wrócę, że Synowie przetrwają i tę tragedię.

Jakby wiedział, że chociaż jeden Syn przetrwa.

Oderwałem od Księgi przyschnięte palce, wysunąłem obitą skórą Księgę z niegdyś silnych ramion naszego wodza. Otworzyłem na Prawie Sprawiedliwości.

Sprawiedliwość zna tylko Ojciec, Khasha jest jego ustami w świecie żywych. Za występek należy się kara, za dobroć nagroda.

Więc taka jest wola Ojca i taka była wola Khashy. By ktoś wypełnił to prawo. Bym ja wypełnił Prawo.

Odwiązałem przepaskę w pasie, a potem na powrót zawiązałem, tak by zabezpieczyć w niej Księgę. Ostatni raz omiotłem wzrokiem wioskę, zwęglone ciała, popioły domów i przesiąknięty krwią piach. Nie pozostało nic poza Prawem.

Spłonęło wszystko, łącznie z Domem Zwierząt, więc będę musiał polegać wyłącznie na własnych siłach. A tych nie miałem zbyt wiele.

Spojrzałem na morze. Na nowo zaatakowała mnie suchość w ustach. Po Błogosławieństwie Siły język zmieniał się w drewniany kołek, teraz jednak, po całonocnej wędrówce, miałem wrażenie, że w moim ciele nie ma nawet kropli wody. Nawet krew z drzazg po rozgryzieniu drewnianego knebla zaschła, usta miałem pełne bolesnych strupów. Spróbowałem wstać, ale nie mogłem, do brzegu się czołgałem, jak robak. Ustami złowiłem wodę z leniwej fali, która wdarła się w piach, wciągając przy okazji trochę ziarenek, jednak nie zważałem na to. Woda piekła mój przełyk żywym ogniem, jakby organizm się od niej odzwyczaił. Ale piłem ją i tak, ciesząc się słonawym smakiem, czując z wolna powracające siły, które na nowo zaczynały pulsować w moim wysuszonym, chłodnym ciele. Powoli nabierało ciepła.

Bardzo powoli.

Opadłem twarzą na mokry piach, czekając, aż siły wrócą, aż będę w stanie się ruszyć.

Obudził mnie jęk sępa.

Spojrzałem w górę na wielkie ptaszysko, które wypatrzyło ucztę z moich braci. A skoro ono już ją wypatrzyło, to niebawem pojawią się też trupożery. Choć staraliśmy się utrzymywać je jak najdalej od wioski, to i tak mięso na piachu, surowe, spalone czy żywe, w pustynnym Pasie Śmierci nigdy nie czeka na chętnych dłużej niż dzień. Tylko tyczki, na których stawialiśmy nasze domy, chroniły nas przed wyczuciem przez demony Pasa Śmierci, a i to nie zawsze. Czasem coś większego, jak trupożer właśnie, decydowało się do nas zapuścić. A teraz już nie ma dla monstrów żadnych przeszkód, żadnych tyczek, żadnych domów. Żadnych obrońców.

I choć bardzo nie chciałem zostawiać wszystkich moich braci na pastwę Pustyń, to… oni byli już martwi. Nie mam już braci, pozostały tylko ciała. A mnie zostało tylko Prawo.

Mój umysł powoli budził się do działania. Kim byli ci dwaj mordercy? Skąd pochodzili? Czy to mogli być ludzie? Wojna z południem wciąż trwa, więc możliwe… Kilka razy widziałem ich długie nosy i wielkie uszy w Harpturze, lecz te pokraki z pewnością nie miały czerwonych oczu. I to nie o terytorium Pasa Śmierci toczy się wojna.

Więc kto? Elfy? Ponoć żyją w krainach porośniętych żywym drewnem, w dodatku po drugiej stronie kontynentu, więc nie sądzę, by miały siły zapuszczać się na Pustynie. Krasnoludy również nie wyprawiłyby się tak daleko.

Może to sami Pustynni? Oni mogli mieć powód. Podczas Rad Starszych w Harpturze Khasha wielokrotnie nie zgadzał się z wodzami pozostałych czterdziestu ośmiu plemion, a w tradycji Pustyń do podjęcia decyzji wymagana jest pełna jednomyślność.

Czyli Harptur, tam należy zacząć poszukiwania morderców.

Obejrzałem się za siebie, na wschód, w stronę największego miasta Pustyń. Samotna przeprawa przez cały Pas Śmierci, bez zapasów, bez wody ani wierzchowca, to samobójstwo, więc pozostaje mi wędrówka wzdłuż brzegu Naszego Morza. Tylko w którą stronę?

Spojrzałem na północ. Fiordy, przeklęta kraina żeglarzy. Niewykluczone, że jeśli tam wyruszę, to będę zmuszony złamać Prawo Morza zakazujące żeglugi, w morzu się rodzimy i do morza trafiamy po śmierci, nigdzie pośrodku nie ma na wyprawę w morze miejsca, nie po to Ojciec dał nam ląd. Tak stanowi Prawo.

Spojrzałem na południe. Tam czeka mnie Wielki Step i równie wielka niewiadoma. Kraina ludzi, niewiernych, niewiele różniących się od zwierząt istot… ale Prawo nie zabrania na nich patrzeć. Wystarczy, że zdobędę to, co będzie mi potrzebne. Teraz są osłabieni wojną, więc z jednej strony mogę trafić na zgliszcza, ale z drugiej możliwe, że nie będzie miał kto bronić tego, co w zgliszczach znajdę.

Terkotanie trupożera od strony wioski przyspieszyło moją decyzję. Ruszyłem na południe.

Granica Zachodnich Pustyń z Wielkim Stepem

Dziś przestałem liczyć dni.

Straciłem rachubę. Nie pamiętałem, czy jest dzień siódmy, ósmy, czy dziewiąty. Wszystkie zlewały się w całość, każdy wyglądał tak samo, wydawało mi się, że nawet noce stawały się mniej mroźne, a dni chłodniejsze, tylko po to, by jeszcze bardziej przypominać szarą, pozbawioną jakiejkolwiek nadziei maź. Gdyby nie słońce, to na pewno myliłbym kierunki. W głębi Pasa Śmierci były jakieś znaki orientacyjne, ruiny dawnych królestw Pustyń, góry, wąwozy, a tutaj, przy brzegu, nie było nic. Tylko ciągnąca się w nieskończoność linia wybrzeża. A przez to, że była pofalowana, miejscami zakręcała, tworząc zatoki, bałem się, że w końcu pomylę północ z południem, wschód z zachodem. Wzory gwiazd traciły sens i kształt, wyglądały jak ziarnka piasku rozsypane na czarnym płótnie. Nawet w snach wędrowałem po Pustyni.

Nie było nic.

Tylko piach, woda i fale. I czasem kraby grzejące skorupy na słońcu, całe szczęście, bo bez nich nie miałbym co jeść. Podniosłem z ziemi drobne stworzonko, podważyłem zębami górny pancerz i zabrałem się do wygarniania zębami mdłego mięsa z jeszcze poruszającego się skorupiaka.

Dalsza wędrówka wydaje się nie mieć sensu, zaczynam przypominać zwierzę, a nie Syna Pustyni. Gdyby nie Księga Praw przy pasie, to już pewnie stałbym się zwierzęciem.

– Ojcze, jeśli mnie słyszysz, daj mi jakiś znak – powiedziałem, odrzucając dokładnie wyczyszczoną z mięsa skorupę w ocean. – Cokolwiek, bym wiedział, że mnie nie opuściłeś. –Mówiłem już chyba tylko po to, by sprawdzić, czy nie zacząłem ujadać jak kojot albo ryczeć jak lizandrop.

Choć w głębi serca liczyłem na odpowiedź. Bardzo liczyłem. Babka Eşra opowiadała, że raz usłyszała głos Ojca, tuż przed kluczową dla naszego ludu bitwą, więc może teraz, w obliczu największej tragedii swojego plemienia, przemówi do mnie.

– Ojcze!

Cisza.

Dotknąłem Księgi Praw, jak co rano, upewniając się, że nadal jest na miejscu. Niemal całe życie posądzałem moich braci o łamanie Praw, a teraz nawet nie ma kto ich przestrzegać. Może przeżyłem dlatego, że jako jedyny byłem posłuszny?

Znów skierowałem wzrok na południe, jakbym chciał sięgnąć nim za horyzont. U celu tej wędrówki nie spotkam nikogo honorowego, nikogo, kto miałby w sobie choćby cień zasad, które wyznawali moi współplemieńcy. Napotkam na swojej drodze ludzi nieprawych, kłamliwych, przebiegłych, prowadzących ohydną, pozbawioną dobra egzystencję. Nieróżniących się od zwierząt. To oni wszyscy powinni umrzeć, nie my, nie nasze plemię.

Zacisnąłem zęby, przypominając sobie nauki w Wielkim Domu. Ludzie w nic nie wierzą, dlatego panicznie boją się o życie, nie mają nic poza nim. Nie powinienem być zły na Ojca, bo przecież Synowie Pustyni nie są jak ludzie, mają o wiele cenniejsze rzeczy od życia, choćby właśnie Jego, i wszyscy moi bracia zapewne są teraz w lepszym miejscu, w Ogrodzie, gdzie nareszcie mogą odpocząć. Lecz ja, najwierniejszy sługa, odpocząć nie mogę. Muszę wypełnić ostatni obowiązek, ostatnie zadanie od Ojca, przekazane pośmiertnie przez Khashę.

Nagle coś mi mignęło na wydmie, kolor inny od błękitu nieba i szarości piasku. Zwęziłem oczy, wstałem, mięśnie napięły się do walki. Znów to zobaczyłem, zafalowało na wietrze. Jakaś zielona czupryna… tak zielona jak oazy za Pasem Śmierci albo niektóre z tkanin na straganach w Harpturze. Pióropusz? To już terytorium ludzi?

– Pokaż się! – krzyknąłem.

Pióropusz barbarzyńcy zafalował, ale nie uniósł się. Według nauk Wielkiego Domu mieliśmy z ludźmi wspólną mowę, ale na pewno część z tych barbarzyńców w ogóle nie zna jakiegokolwiek języka. Sięgnąłem po miecze, skrzywiłem się, czując ich brak. Ugiąłem nogi, szykując się do szybkiego odskoku przed strzałą, którą zaraz pewnie wystrzeli tamten człek. Czekałem dłuższą chwilę, jednak pióropusz nie poruszał się, wciąż lekko falował od wiatru, nadal w tym samym miejscu.

Może mnie nie usłyszał? Może spał? Świtało ledwie przed chwilą.

Minąłem kilka skupisk całkiem gęstej pustynnej trawy, zacząłem wspinać się na wydmę, uważając, żeby nie wejść w linię wzroku przeciwnika, na wypadek gdyby jednak po prostu nie słyszał. Będąc już prawie u szczytu, wziąłem głębszy wdech, zmówiłem krótką modlitwę do Ojca i wyskoczyłem na pióropusz, przygważdżając do ziemi jego właściciela.

– Wybacz, Ojcze, moją głupotę – mruknąłem, wstając.

Zielony pióropusz wyrastał prosto z piachu. Był trawą. Ale nie pustynną. Pustynne nie miały takiej pełnej barwy. Przejechałem dłonią po liściach. Miękkie, szerokie i takie – wyrwałem jedno źdźbło – mokre. Nie był to jednak kaktus podobny do tych rosnących na Pustyniach poza Pasem Śmierci, trawa ta przypominała liście palm w oazach… a może już tracę świadomość? Wepchnąłem źdźbło do ust. Nie smakowało jak suche niteczki, wzrok mnie nie mami, ale skąd taka roślinność w Pasie Śmierci? Uniosłem wzrok.

Kawałek dalej było kolejne skupisko, zaraz następne i następne. Wbiegłem na wyższą wydmę, drąc nogami nieregularny piaskowy wał porośnięty wściekłą zielenią. Stanąłem na szczycie. Oddech uwiązł mi w gardle.

Trawa. Skupiona w setkach, nie, w tysiącach małych kęp. Nieśmiało przechodząca w dużo gęstszą, a potem w… morze traw. Zielone morze. Babka Eşra opowiadała mi o Wielkim Stepie, zieleń dalej, niż sięgnąć wzrokiem, niczym ocean. A ja nigdy nie wierzyłem, zresztą nie tylko w tę opowieść, nie wierzyłem w prawie żadną, potrafiła bajdurzyć godzinami o swoich dawnych wyprawach, o roślinach wyrastających pod niebo albo o zwierzętach, takich jak podłużne muchy o skrzydłach dużych i pięknych jak harpturskie mozaiki. Teraz sam mógłbym opowiedzieć jedną z bajek.

Mocniej pochwyciłem Księgę Praw. Dostałem znak, tak jak prosiłem.

– Dziękuję, Ojcze! – wykrzyknąłem prosto w ziemię.

A więc dotarłem, kres Pustyń, Wielki Step, ojczyzna lizandropów, najszybszych wierzchowców pod słońcem. Postawiłem stopę na mięsistym podłożu, tak innym od sypkiego piasku. I choć przez kilka chwil chodziło się lżej, to zaraz spadł na mnie nowy ciężar, bo ten świat, przez którego przedsionek brnę, jest światem ludzi, najgorszego gatunku, plagi, która opanowała niemal cały kontynent. I choć pozostałe plemiona Pustyń, jak i sam Harptur, też nosiły już znamiona ludzkiego świata, to wciąż nim nie były. Pozostała wiara w Ojca, nikła, ale nadal istniała. I część tradycji, jak Rada Starszych. Ludzie nigdy nie potrafiliby być zgodni tak jak my. Ludzie to zwierzęta. Ludzie to…

– Ludzie – wyplułem.

Pierwszego człowieka zobaczyłem późnym wieczorem, trzeciego dnia od wstąpienia na Wielki Step. Długowłosy mężczyzna szedł udeptaną między trawami ścieżką, pogwizdywał, zdawał się nie przejmować światem wokół siebie, tym, że ktoś albo coś może go obserwować. I bardzo dobrze, nie musiałem się specjalnie kryć w trawach, śledząc go. Jak po sznurku zaprowadził mnie do ludzkiego siedliska.

IVKebrim, Podrzecze

Człowiek odpowiedzialny za decyzję o rozpoczęciu wojny Podrzecza z Pustyniami, Markwicjusz Pierwszy, Pan Kebrim, upadł na miękki, bialutki dywan wyściełający posadzkę sali tronowej. Zdarzało mu się to coraz częściej, król nie był już młody.

Teraz jednak upadł od dźgnięcia w plecy.

Cała sytuacja była o tyle dziwna, że nie stało się to tak jak większość morderstw tego rodzaju – gdy król był w odosobnieniu albo chociaż z dala od straży. Nie, wszystko wydarzyło się w momencie, gdy władca Podrzecza był otoczony strażnikami, a sztylet w plecy wbiła mu osoba, która przez ostatnie kilka miesięcy stała się mu równie bliska jak jego dwaj synowie. Jego osobisty doradca, Gvael.

Przyboczni dopadli do zdrajcy, miecz ściął głowę, zanim z ust wydobył się jakikolwiek dźwięk.

Dwóch rycerzy uklękło przy królu, który jeszcze dychał. Który… dychał.

Władca krainy pod rzeką Eldrą wstał. Strzepnął szatę, poprawił przekrzywioną koronę i kaszlnął kilka razy, jakby brało go przeziębienie, nic poważniejszego. Przyboczni zamrugali, nie mogli uwierzyć. Zaraz jednak zrozumieli, skąd brak krwi i wszelkich innych oznak gwałtownego kontaktu ostrza z plecami.

Pan Kebrim, stolicy Podrzecza, sięgnął do tyłu, ściągnął z szaty zaczepioną o nią rękojeść sztyletu. Rękojeść bez ostrza. Władca zmarszczył się, czując mrowienie w kręgosłupie. Potem nieswojo uniósł kącik ust.

Sztylet Duszy, niedawno wydobyty z grobu Czarnego Maga Pretiusza, okazał się narzędziem ponadprzeciętnie funkcjonalnym i efektywnym. Dzięki niemu zajęcie Krainy Lodu i Ognia, Enelii, oraz największego grodu w samym centrum Lirmu, Kwerdwhestu, przestało być życzeniową koncepcją, a stało się rzeczywistością. Dziś nadszedł czas na Podrzecze, osłabione bezsensownymi wojnami z Pustyniami. Tutaj nie będzie zabawy w półśrodki jak w Enelii, w niemal pokojowe przekazywanie władzy słabszemu z książąt, który nie miał nic przeciwko podporządkowaniu się stolicy Lirmu. Podrzecze jest na to zbyt silne, trzeba je mocniej osłabić. Pozbawienie życia władcy oraz jego następców to całkiem niezły początek końca tej niebezpiecznie niezależnej krainy.

– Wasza wysokość, wszystko w porządku?

Król, niebędący już jednak królem, którego znali jego obrońcy, podniósł wzrok.

– Tak. Wszystko jest tak, jak powinno być. Wezwijcie moich synów.

Głos też nie należał już do władcy. Nic już do niego nie należało, ani ciało, ani dusza. Markwicjusz Pierwszy właśnie przestał istnieć, zgnieciony przez nowego właściciela swojego ciała. Vangora.

– Panie, twój młodszy syn jest w Surde, trwają jego zaślubiny z córą Domu Żelaza. Posłać gońca, by…

Vangor machnął ręką.

– Nie mam czasu czekać. Wezwijcie tylko pierworodnego. Wystarczy.

I owszem, wystarczyło.

Tego dnia Podrzecze straciło zarówno władcę, jak i następcę tronu. Gdyby nie pośpiech, gdyby nie chęć zajęcia Pustyń w czasie najbliższej Rady Starszych w Harpturze, to Podrzecze straciłoby obu następców. Ale Vangor był zbyt blisko, by zwlekać, zwlekał ze wszystkim zbyt długo, zbyt wiele lat.

Czarownik wyciągnął sztylet, tym razem zwykły, z piersi zaskoczonego księcia Kebrim. Ostatnim jego wspomnieniem będzie jego własny ojciec wbijający nóż w serce. Smutne.

Po wszystkim Vangor jeszcze raz zmienił ciało za pomocą Sztyletu Duszy. Tym razem nie miał to być nikt ważny, a wyłącznie pojemnik na duszę, pierwszy sługa, który zjawił się na wezwanie władcy. Czarownik posłużył się jego rękami, skradł złotą szatę martwego Gvaela. Mając ją na sobie, mógł wreszcie ruszyć na Pustynie, wydać nowe rozkazy Sędziom.

Zostawił za sobą dwór Kebrim, pogrążony w chaosie i strachu, z następcą tronu oddalonym całe mile od stolicy i armią koczującą na Pustyniach.