Święte potwory - Margaret Owen - ebook

Święte potwory ebook

Owen Margaret

0,0
43,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Poznajcie finał powieści „Mali złodzieje”!

Nie każdy potwór rodzi się z ciemności. Niektóre powstają z tego, w co ludzie wierzą najbardziej.

Dawno, dawno temu dziewczyna, która zbudowała swoje życie na kłamstwach, stworzyła legendę większą od siebie. Tak narodziła się opowieść o Fenigowej Zjawie, o której jedni szeptali z nadzieją, a inni z lękiem. Teraz ta legenda zaczęła zwracać się przeciwko niej.

Kiedy na cesarskich dworach dochodzi do serii brutalnych morderstw, karmiony plotką i strachem kraj coraz bardziej wierzy w winę Fenigowej Zjawy. Śmierć Błogosławionej Cesarzowej wywołuje panikę, a Vanja zostaje wciągnięta w śledztwo, od wyniku którego zależy jej dobre imię i bezpieczeństwo jej bliskich. Choć przysięgała, że będzie działać sama, dla swojego dobra i dobra cesarstwa, musi połączyć siły z prefektem, któremu kiedyś złamała serce…

Krwawa intryga, magia i potwór mający jej twarz zmuszają Vanję do walki z legendą, jaką sama stworzyła. Jeśli nie powstrzyma narastających oskarżeń, straci nie tylko swoje imię, lecz także wszystko, o co do tej pory walczyła.

Dawno, dawno temu czytelnicy pokochali baśń o niepokornej dziewczynie. Teraz ta baśń dobiega końca w wyczekiwanym finale trylogii „Mali złodzieje”. Jesteście gotowi go poznać?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 691

Data ważności licencji: 8/8/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: HOLY TERRORS

Copyright © 2025 by Margaret Owen

Published by arrangement with Henry Holt and Company

Henry Holt® is a registered trademark of Macmillan Publishing Group, LLC.

All rights reserved

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Otwarte 2026

Copyright © for the translation by Piotr Kucharski

Wydawca prowadzący: Natalia Karolak

Redaktor prowadzący: Anna Małocha, Dagmara Małysza

Przyjęcie tłumaczenia: Aleksandra Szpak

Adiustacja i korekta: Pracownia 12A

Projekt graficzny wnętrza książki: Rich Deas, Maria W. Jenson

Adaptacja makiety na potrzeby polskiego wydania: Agnieszka Gontarz

Ilustracje w książce: copyright © 2025 by Margaret Owen

Promocja i marketing: Magdalena Wojtanowska

Projekt okładki: Rich Deas i Trisha Previte

Ilustracja na okładce: © 2025 by MS Corley

Adaptacja projektu na potrzeby polskiego wydania: Agnieszka Gontarz

Projekt okładki: Rich Deas i Trisha Previte

Ilustracja na okładce: © 2025 by MS Corley

Adaptacja projektu na potrzeby polskiego wydania: Agnieszka Gontarz

ISBN 978-83-8399-567-0

Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl

www.moondrive.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Do okropnych dziewcząt:

Może nie byłyście łagodne ani urocze.

Może nie byłyście posłuszne ani miłe.

Może, gdy wilk zamykał paszczę,

nie chciałyście okazać się strawne.

Dobra wiadomość jest taka:

wasza opowieść kryje w sobie znacznie więcej.

OD AUTORKI

Jest to opowieść o wielu oknach. Niektóre z nich wychodzą na przemoc i grozę, śmierć i żałobę, kłamstwa i manipulacje. Inne na miłość zgubioną i miłość odnalezioną, przegapione szansy i straconą wiarę. Jeszcze inne prowadzą do świata lepszego, a przynajmniej innego. Jeśli to, co wam pokazują, stanie się zbyt trudne do zniesienia, zostawiam was z tymi słowami, którymi was powitałam, moje gremlinki: właśnie do tego służą cegły.

BŁOGOSŁAWIONA NIECH BĘDZIE KORONA

UŚWIĘCENI JEJ NOSICIELE

PRAWY NIECH BĘDZIE DUCH

I ŚWIĘTY NIECH BĘDZIE STRACH

inskrypcja na Błogosławionym Tronie Cesarstwa Almandu

CZĘŚĆ PIERWSZA

SKRWAWIONA NIECH BĘDZIE KORONA

SIÓDMY WYBÓR

ROZSTAJE DRÓG

Dawno, dawno temu, u samego zarania wiosny, na najsamotniejszej ścieżce w lesie córka Śmierci i Fortuny dotarła do rozstaja dróg.

Sama wybrała dla siebie tę samotność, sama narzuciła sobie ten wybór. Przez dwa tygodnie jechała wraz z Dzikim Gonem, spłacając dług i uciekając przed największą, najgorszą ze swoich zbrodni. Gdy odsłużyła już wymagany czas, Brunne Łowczyni okazała się na tyle szczodra, żeby zostawić ją w wybranym przez nią miejscu, jeśli tylko będzie ono leżało w domenie Łowczyni.

Ale jeśli córka Śmierci i Fortuny zdążyła czegokolwiek się nauczyć, to tego, że trudno jej utrzymywać więzy.

Nie potrafiła powiedzieć Łowczyni, dokąd ma ją zabrać, nawet gdy już zbliżał się świt. Zatem Brunne zostawiła ją tutaj, na rozstaju dróg.

Boska córka dostrzegała ironię sytuacji.

Stała w rzednącym półmroku lasu pod nefrytowym niebem, tonąc w szmerze liści poruszanych łagodnym wiatrem, trącana ptasimi śpiewami. Ciągnęły ją obie drogi, lecz musiała wybrać jedną z nich.

Szlak prowadzący na wschód doprowadziłby ją do Rammelbecku, gdzie odnalazła swoje powołanie. Nie brakowało drobnych despotów, którzy wykorzystywali bezbronnych i za pomocą luksusowych przywilejów osłaniali się przed konsekwencjami. Doprowadziłby ją do nowego początku: możliwości dalszego wykorzystywania szemranych talentów, by mogła wdzierać się do złotych kokonów tych ludzi. By mogła stać się mściwym duchem wszystkich tych, których zawiodło prawo.

Ale…

Droga na zachód zawiodłaby ją do Helligbrücke.

Do Helligbrücke, gdzie znalazłaby chłopca, który oddał jej wszystko – swoje zaufanie, swoją miłość, swoje ciało w łóżku, które dzielili – ona zaś porzuciła go z powodów, które, jak nie przestawała sobie powtarzać, były słuszne, a jednak tak gorzkie, że aż paliły. Mentorka chłopca zamierzała wykorzystać dziewczynę przeciwko niemu, żeby musiał wybierać pomiędzy nią a swoim marzeniem o tym, żeby zostać prefektem. I dziewczyna rozumiała, że cokolwiek by zrobiła, zawsze byłaby niczym rozkopany grób, w który on mógłby wpaść.

„Czegokolwiek dotknie, to popada w ruinę” – powiedziała przed laty jej matka, dziewczyna odcięła się zatem od chłopca, zanim zgnilizna zdążyłaby się rozprzestrzenić.

Ale przez minione dwa tygodnie zastanawiała się… Czy to na pewno było najlepsze rozwiązanie? Po prostu zniknąć, zamiast kazać chłopcu, by stawił czoła brutalnym prawdom, których oboje raczej powinni unikać? Czy pozwoliłby jej odejść? Albo, co gorsza, czy nalegałby, żeby została? I czy ona sama by to zniosła, skoro pozwoliła już, żeby oddał jej wszystko, co miał?

Córka Śmierci i Fortuny stała na rozstaju dróg, zaś okrutne światło dnia pęczniało, wykrwawiając się zza horyzontu. Rozważała, zastanawiała się, zmagała ze sobą. I w końcu…

Ruszyła na zachód, w stronę Helligbrücke.

Kilka dni później, o zmierzchu, chłopiec, którego kochała, otworzył drzwi swojego pokoju i ujrzał ją siedzącą na parapecie otwartego okna.

Opowiedziała mu wszystko. Kłócili się, płakali, ustępowali sobie, wyciągali do siebie ręce, zaś poranek, gdy nadszedł, zastał ich w jednym łóżku. Tak samo stało się kolejnego poranka i jeszcze jednego, aż dni przeszły w tygodnie i w miesiące.

Były rozmowy, spory, niepewne sojusze. Ona zaczęła pomagać w rodzinnym warsztacie introligatorskim, gdzie uczyła się zszywać składki papieru i wybijać wzory na skórze. On poprosił swoich zwierzchników, żeby przydzielali mu wyłącznie sprawy oddalone nie więcej niż o tydzień drogi od Helligbrücke, zaś gdy koledzy odciągali go na bok, udzielał im tylko krótkich odpowiedzi: „Tak, to ona była Pfennigeist. Nie, już nią nie jest. Nie, nie martwi mnie to”.

Nigdy nie komentował ani jednym gorzkim słowem, gdy omijały go awanse, gdy szepty ścigały ich na ulicy, gdy do rozwiązania sprawy innego prefekta oddalonego o pół cesarstwa wystarczało mu zaledwie przeczytać wstępny raport, a potem musiał czekać, żeby przekonać się, czy nie została zanadto spartaczona. Ona jednak wszystko wyczuwała, odczytywała to w zmarszczkach otaczających jego usta, w napięciu jego barków, gdy każdego wieczora całował ją w czoło przed zdmuchnięciem świecy stojącej na stoliku nocnym przy ich łóżku.

Nigdy nie odcięła nikomu sakiewki ani nie chowała kart w rękawach, chyba że chodziło o pokazanie sztuczki siostrzeńcom i bratankom, nawet już tak wiele nie kłamała. Nieszczególnie dobrze szło jej introligatorstwo, ale lubiła jego rodzinę, lubiła ich klientów, takie życie było spokojne i szczere. Wystarczało jej.

(I to właśnie było kłamstwo).

Dostrzegał to za każdym razem, gdy jej spojrzenie padało na dworzanina w zdobnej liberii, na wspaniałe powozy przetaczające się obok żebrzących dziewcząt, a nawet na bliznę widniejącą na horyzoncie za Helligbrücke.

Oboje wyczuwali powietrze wyczerpujące się w trumnach, w których oboje żywcem pogrzebali swoje marzenia. Mimo to żadne z nich nie było gotowe sięgnąć po łopatę – bo mogłoby to oznaczać, że zawali się grunt, na którym stali.

Nawet gdy centymetr po centymetrze, dzień za dniem, rok za rokiem te groby osuwały się w zapadliska.

Ale to nie jest moja opowieść. Nie takiego wyboru dokonałam.

Nie tak się ona kończy.

Gdy z sercem tak straszliwie wyczerpanym po dwóch tygodniach niekończącego się wyżymania stanęłam na rozstaju dróg, wreszcie postanowiłam pójść na… wschód. By nawiedzać tych, których nie mogło tknąć prawo. By podążyć ścieżką, która zaczęła się od błagań świętej, a skończyła na zaprzężeniu sprawiedliwości do naprawiania szkód, nie tylko do karania przestępców. By zacząć od Rammelbecku i wyszarpać Błogosławionemu Cesarstwu Almandu wszystko to, co zdołam.

I niełatwo szło mi się tą ścieżką. Kilka tygodni później ruszy­łam do Helligbrücke, desperacko pragnąc znów ujrzeć Emerica. Obserwowałam z tylnych szeregów tłumu, jak otoczony znajomymi i rodziną był wyświęcany na najmłodszego prefekta w dziejach.

Prefekta związanego złożoną przysięgą, żeby mnie odszukać i powstrzymać.

Wciąż nie umiałabym powiedzieć wam, czy dokonałam właściwego wyboru, kiedy porzuciłam go tamtego dnia w maju.

Ale w chwili jego wyświęcenia serce znowu mi pękło, ponieważ wiedziałam, że znalazł się tam, gdzie było mu pisane. W cesarstwie tkwiła dziura, do której w każdej godzinie wpadały dziewczęta takie jak ja. Jedynie ktoś taki jak on był gotów wyciągnąć rękę, żeby je złapać.

Zaś tam, gdzie kończył się jego zasięg, zaczynała się moja ścieżka.

Zatem tamtego dnia, w dzień przesilenia letniego, po raz trzeci i ostatni odwróciłam się od niego i uciekłam. Pogrzebałam swoje serce na rozstaju dróg i zamiast niego sięgnęłam po zjawę.

ROZDZIAŁ 1

DOM ŚMIERCI

Minęło niemal szesnaście miesięcy, odkąd wybrałam tę drogę i dzięki sprytowi oraz oszustwom zaszłam na tyle daleko, że ludzie znali mnie teraz głownie jako Pfennigeist.

Stuk, stuk. Wózek katafalkowy, w którym akurat się ukrywałam, ruszył po łupkowych płytach pokrywających podłogę kaplicy, koła zajęczały, a fałdy porządnej białej lnianej taniny zafalowały ze wszystkich stron. Postarałam się powstrzymać jęknięcie, gdy poczułam w kończynach ból, a później włożyłam jeszcze większy wysiłek w próby powstrzymania odrazy wywołanej faktem, że ta fucha miała być prosta.

Chodziło tylko o jeden pierścień. Owszem, jeden, ale wystawiony publicznie tu, w świątyni Śmierci w Lüdz, przez dziesięć dni, zatem moje jedyne okienko czasowe rozciągało się pomiędzy upierdliwą dwugodzinną uroczystością żałobną a upiornymi obrzędami grzebalnymi, ku którym właśnie się toczyliśmy.

Jeden pierścień, tyle że wciąż tkwiący na palcu zmarłego prinz-wahl Ludwiga von Wälfta, który leżał wystrojony jak na odpust ledwie pół metra nade mną.

Jeden pierścień, na którego kradzież z jego obrzydliwego i głupiego trupa będę miała minutę, gdy dotrzemy do końca tej pochylni, zanim zrobi to ktoś inny.

I tak szczerze – bliskość zwłok wcale nie stanowiła najpaskudniejszego elementu. Książę Ludwig był poniekąd błaznem. Nasze ścieżki pierwszy raz przecięły się w Dänwiku dwa kwietnie temu, gdy dla bardzo wkurzonego świętego musiałam wykraść będący w jego posiadaniu relikt, a potem była już tylko równia pochyła. Jeśli oceniać po mdłych, pustych panegirykach o „zasługach dla domu Wälft” i „człowieku kierującym się obowiązkiem i honorem”, chyba nawet jego rodzina nie był pogrążona w szczególnej żałobie.

Co gorsza, czułam, że kończyny mam albo ogarnięte skurczami, albo zupełnie omdlałe po tym, jak musiałam tu sterczeć przez całą tę przeklętą przez bóstwa uroczystość, zaś jeśli dwóch akolitów pchających wózek nie raczy się pospieszyć, to pewnie zaraz odpadnie mi noga.

I właśnie to miało być proste. Ale jeśli czegoś można się spodziewać po rodach panujących, to niepotrzebnych komplikacji.

Wózek znowu zadrżał, pokonując solidną szczelinę pomiędzy płytami. Krzykliwe ozdoby Ludwiga pobrzękiwały makabrycznie. Być może powiem matce chrzestnej Śmierci, że jej świątyni w Lüdz przydałoby się świeże spoinowanie podłóg. Ale to później. Zawsze stawała się oziębła, gdy Pfennigeist wdzierała się na jej teren, i choć trupa obrabiałam po raz pierwszy, wątpiłam, czy potraktuje mnie uprzejmie za to, że robię to pod jej dachem. (Na co mogę odpowiedzieć, że po prostu ma pecha. Dwa lata wcześniej przeszłyśmy niemal przez to samo z matką chrzestną Fortuną. Przebywałam w domu Śmierci, więc dopóki tylko uznawała mnie za córkę, również w swoim).

Z tyłu cichły pomruki rozchodzącego się tłumu. Dotarliś­my już niemal na miejsce. Musieliśmy tylko dotrzeć do komnaty na końcu tego długiego, pochyłego korytarza. Później akolici odejdą, żeby przygotować kolejny (serio przerażający) etap obrzędów pogrzebowych domu Wälft, i właśnie wtedy ruszę do działania.

Tor jazdy wózka się wyrównał. Po jeszcze jednej upierdliwej płycie zatrzymaliśmy się, a czarne rąbki szat akolity zamiotły podłogę.

– Co za banda dupków – mruknął pod nosem.

Jego partner westchnął.

– Przyzwyczaisz się. A teraz chodź, ustawimy piłę.

Nie wiedziałam, czy przesunął się po mnie cień, czy też pomiędzy mną a lnianym całunem przemknął węgielny pył – ostrzeżenie Fortuny, gdy moje szczęście obracało się w pecha.

Dostałam odpowiedź, kiedy moja otępiała lewa stopa z cichym łupnięciem zsunęła się przez krawędź wózka.

– Co to było? – Pierwszy akolita zatrzymał się nagle.

Całkowicie znieruchomiałam.

– Chyba coś jest nie tak z wózkiem.

Drugi akolita się nie zatrzymał.

– Po prostu jest obciążony złotem.

– Hmm.

Pierwszy był po mojej prawej, ale zaraz potem kroki obu zaczęły mnie okrążać. Usłyszałam rumor i skrzypienie ciężkich drzwi otwierających się w pobliżu. Zaryzykowałam i wciągnęłam pozbawioną czucia stopę z powrotem na dolną platformę, siłą woli zmuszając tkaninę, żeby się nie poruszyła. Pierwszy akolita przystanął w rogu.

– Później – odezwał się drugi, któremu byłam teraz winna życie. – Chcą, żeby w ciągu godziny wystawić posąg.

Pierwszy odsunął się, szurając stopami. Drzwi się zatrzasnęły, ale dalej wstrzymywałam oddech, nasłuchując ich milknących głosów. Dopiero gdy zrobiło się cicho, wysunęłam głowę. Zostałam sama z trupem.

Chciałabym móc powiedzieć, że wydostałam się z wózka z kocią gracją, jednak wyglądało to raczej tak, jakby budyń spadał ze stołu. Gdy się wyturlałam, poczułam pod dłońmi piekący chłód płyt podłogi, ale nawet jeśli zimno przeniknęło też przez moje bryczesy, nie poczułam tego, bo odrętwiałe nogi zachowywały się teraz jak niewypieczone ciasto.

Nie miałam czasu czekać, aż odzyskam czucie. Podniosłam się z trudem, zaraz straciłam równowagę i wyciągnęłam gwałtownie rękę, żeby przytrzymać się wózka…

Tyle że poniewczasie uświadomiłam sobie, że pociągnęłam za ceremonialny strój żałobny Ludwiga. Ciało wydało z siebie smrodliwy bulgot, a potem zaczęło zsuwać się przez krawędź.

– Och, scheit – zaświszczałam i zorientowałam się, że staram się jednocześnie rozruszać nogi i powstrzymać martwego księcia-elektora przed rozlaniem się na mnie.

Dwie złote monety leżące na jego oczach spadły z głuchymi brzęknięciami. Zdołałam podeprzeć się na sztywnym kolanie i wepchnąć go z powrotem na wózek. Łzy napłynęły mi do oczu, gdy doszło do kolejnej… emisji. Ludwig zmarł trzeciego września, ponad tydzień wcześniej, ale rytuały Śmierci pozwoliły zachować go w niezmienionym stanie, dopóki leżał w jej świątyni. Niestety dla nas wszystkich działanie obrzędów dobiegło końca tuż przed pogrzebem i we flakach już zaczął gromadzić mu się gaz.

Schowałam złote monety do kieszeni, chwiejnie stanęłam na nogach i rozejrzałam się dookoła: kamienne ściany, łuk prowadzący do długiej rampy, po prawej szerokie drzwi, za którymi zniknęli akolici, po lewej węższe, z czwartej strony ślepy zaułek. Miałam tylko kilka minut, zanim wrócą akolici.

Podeszłam do węższych drzwi i otworzyłam je szarpnięciem. Znajdował się za nimi schowek z półkami zapełnionymi zapasowymi czarnymi szatami akolitów, kaftanami roboczymi, pudełkami ze świecami na Widmowy Szabas przypadający w przyszłym miesiącu i innymi rupieciami.

Nasunęłam szatę na prostą szarą koszulę i bryczesy, strzepnęłam rąbki, naciągnęłam kaptur i zamknęłam drzwi schowka, po czym wróciłam do zwłok Ludwiga. Większość jego ozdób pogrzebowych była niestety zbyt nieporęczna albo zbyt rzucała się w oczy, żeby je podwędzić. Na palcach miał jednak mnóstwo złotych pierścieni, o wiele więcej niż tylko ten, o który mi chodziło, a nigdy nie stroniłam od przydzielania sobie premii. Podwinęłam rękawy, chwyciłam go za nadgarstek – i spotkałam się z zaskakującym oporem.

Zmarszczyłam brwi. Zwłoki wciąż musiały znajdować się w stanie stężenia pośmiertnego, gdy poddawano je obrzędom konserwacyjnym, ale ręce leżały skrzyżowane na piersi w pozie grzebalnej. Musiano je tak ustawić, zanim zesztywniały.

Całkiem możliwe, że ktoś starał się nadać mu ciut więcej godności po śmierci. Uznałam to za dziwne, ale niewarte tracenia czasu. Zabrałam się znów do pracy.

Zaś matka chrzestna Śmierć postanowiła, że zabrnęłam o jeden most za daleko.

– Chyba już o tym rozmawiałyśmy, Vanju – oznajmiła lodowatym tonem za moimi plecami. – To kwestia szacunku.

Westchnęłam, po czym położyłam złote monety z powrotem na powiekach Ludwiga.

– Wiesz przecież, że nie o to mi chodziło.

Nie odpowiedziałam, sortując pierścienie na tanie i fajne.

– Nie zamierzasz się do mnie odzywać? – Śmierć pojawiła się przede mną i choć jej oblicze wciąż pokazywało twarze umierających w tym momencie osób, na każdej z nich widniał wyryty gniew. – Będziesz tak po prostu udawać, że mnie tu nie ma?

Podniosłam ciężką błyskotkę ze złota wysadzanego topazami, a potem wskazałam trupa i swoje usta, przekazując tym gestem, że jestem zajęta.

– Och, jesteś zbyt zajęta, jak widzę. – W głosie Śmierci słychać było jeszcze silniejsze rozdrażnienie.

Poddałam się i zdecydowałam na szept:

– Twoi akolici mogą nas usłyszeć.

– Może powinnaś była wziąć to pod uwagę, zanim postanowiłaś obrabować zmarłego w mojej świątyni – warknęła Śmierć, machając dłonią, za którą popłynął dym ze stosu pogrzebowego. Pomieszczenie zostało zamknięte w kokonie ciszy. – Załatwione. I wydawało mi się, że wyraziłam się jasno, Vanju. Moja domena jest dla ciebie niedozwolona.

– To jest… – zaczęłam nakładać tanie pierścienie z powrotem, żeby nazbyt nagie palce trupa nie zdradziły, że przy nim buszowałam – kwestia osobista. Pamiętasz Benna?

– Owszem – odparła Śmierć i w tym samym momencie knykieć strzelił nieprzyjemnie.

– Wiem, że go nie lubiłaś…

– Nie byłam mu niechętna – zaprotestowała. – On po prostu… nie pasował do ciebie tak jak inni zalotnicy.

– Możesz powiedzieć „Emeric” – wycedziłam. Śmierć unios­ła dłonie, a ja jedynie skrzywiłam się gniewnie. – No wiesz, większość rodziców byłaby szczęśliwa, że ich córka upolowała sobie księcia.

– Większość córek wiedziałaby, że… polują właśnie na księcia. – Pauza zrobiona przez Śmierć ociekała namaszczeniem.

Wzdrygnęłam się. Zaczęliśmy całkiem przyzwoicie zeszłego sierpnia jako wyluzowany barman i jego ponura, tajemnicza klientka. Chciałabym móc powiedzieć, że skończyliśmy też przyzwoicie, ale po tym, jak Zakon Prefektów Boskich Sądów przyłapał Ludwiga na praniu pieniędzy, książę postanowił, że załatwi sobie dziedzica, dopóki może to zrobić legalnie… i że nada się do tego Benno, syn z nieprawego łoża, którego zaniedbywał przez niemal dwadzieścia lat.

Padł najprostszy argument za zerwaniem w historii związków międzyludzkich: „Tak naprawdę jestem księciem”. Serio, członek jednego z rodów panujących? Dajcie spokój, mam przecież gust. Reszta przebiegła w miarę standardowo: wrzaski, osobiste docinki, ja wychodząca przez okno na drugim piętrze.

– Powiedz mi, że nie okradasz martwego ojca swojego byłego kochanka tylko dla błahej zemsty. – Śmierć nie brzmiała jak szczególnie udobruchana.

Rzuciłam jej nieco skrzywdzone spojrzenie.

– Jeśli już dokonuję zemsty, to nie zadowalam się błahą.

– Jeśli już dokonujesz zemsty – rzekła ostrzegawczo – nie powinno się to odbywać w imię Pfennigeist.

Najgorsze, że była to prawda. Pfennigeist skakała po całym Błogosławionym Cesarstwie Almandu od zeszłego maja, ujawniając skorumpowanych urzędników, zwracając skradzione pamiątki rodowe, wyciągając zaległe wynagrodzenia od chciwych pracodawców – tego typu rzeczy. W sumie to powstał już cały system. Wnioskodawca udawał się pod Ołtarz Hazardzisty w najbliższej kaplicy Fortuny, zostawiał czerwonego feniga i modlił się o pomoc. Jeśli do następnego ranka fenig zniknął, wnioskodawca wiedział, że został wysłuchany.

Ale wspólny wątek modlitw doczekujących się odpowiedzi wyglądał tak: pomagałam ludziom, którzy nie mieli dokąd pójść. Których zawiedli wszyscy ci, co mieli ich chronić. Którzy stali się ofiarami, bo nie mieli jak się bronić.

Innymi słowy: przeciwieństwo członkini jednego z rodów panujących, która zeszłej soboty zostawiła feniga na Ołtarzu Hazardzisty w Lüdz, prosząc mnie, żebym ograbiła trupa.

Wskazałam na jeden pierścień, który zostawiłam nietknięty. Był ohydny, uformowany na kształt złotej głowy ogara z żółtym diamentem zaciśniętym w zębach.

– To sygnet domu Wälft. Benno potrzebuje go do formalnej ceremonii koronacyjnej, ale jeśli zaginie, uroczystość przesunie się aż do czasu po Karnevalu i w tym czasie poszukają zastępstwa. Ciotka Benna chce, żeby to jej syn Waldemar został księciem-elektorem, i zapłaciła mnóstwo za to sześciotygodniowe opóźnienie, które osłabi roszczenia Benna.

Zaczęłam ściągać sygnet. Uznałam za niepokojące, że nie chciał się ruszyć.

– Czyli to w porządku być hieną cmentarną, jeśli tylko dostajesz za to stosowne wynagrodzenie? – spytała chłodno Śmierć.

– Nie jestem żadną hieną cmentarną. To trik nazywany upuszczeniem pierścienia. – W przeszłości lubiłam planować swoje skoki niczym grę w znajdź damę. Najważniejsze to odwrócić uwagę obserwatora, sprawić, by skoncentrował się na fałszywym zwycięstwie, podczas gdy ty będziesz trzymać wygrywającą kartę poza jego polem widzenia. Jednak ten numer został oparty na nowszym schemacie. – Zaczynasz od kogoś, kto jest bogaty, arogancki i chciwy…

Urwałam w samą porę, bo przez napierającą ciszę przebiły się odgłosy kroków. Nie należały do akolitów. Były to głośne łupnięcia podeszew drogich butów schodzących po rampie.

Scheit. Zjawił się wcześniej, niż się spodziewałam. Mocno pociągnęłam za sygnet, lecz bez skutku. Nie ustępował.

Kolejny element sztuczki z upuszczeniem pierścienia właśnie stał się trudniejszy.

Zdążyłam spuścić rękawy i kaptur, zanim do pomieszczenia wkroczył wysoki mężczyzna o kluchowatej twarzy, ubrany w czarny aksamitny dublet. Waldemar. Na chwilę zatrzymał rozbiegany wzrok na kupce pierścieni leżących na piersi trupa, a ominął nim Śmierć, więc przynajmniej przed nim się ukrywała.

Przesunął dłonią po żółtych obręczach niemal identycznych jak te Ludwiga.

– Jestem tu po sygnet.

W standardowo wykonywanym upuszczeniu pierścienia „znajduje się” na podłodze jakąś krzykliwą błyskotkę. W mojej wersji miał to być sygnet księcia. I w każdym wariancie fortelu trzeba zmusić cel, żeby sobie zapracował na nagrodę.

Rozluźniłam mięśnie twarzy, żeby w każdym calu wyglądać jak prostaczka, której spodziewałby się ktoś taki jak wysoko urodzony von Wälft.

– Nic nie wiem na ten temat.

Śmierć przekrzywiła głowę.

– Wszystko zostało ustalone – rzekł zwięźle Waldemar. – Moja matka dokonała oczekiwanej… dotacji.

Istotnie kilka dni wcześniej Cordula von Wälft wpłaciła całkiem solidny datek. Na rzecz mojej sakiewki. Szokująco łatwo było udawać przed nią wysokiej rangi duchowną ze świątyni Śmierci. Wystarczyło włożyć mnóstwo smutnych czarnych ciuchów i wyglądać tak, jakby cały czas spoglądało się za całun śmiertelności.

Wydęłam policzki, wydmuchnęłam powietrze i wzruszyłam ramionami, po czym wróciłam do ściągania Ludwigowi pierścieni.

– Nie wiem nic o żadnych datkach. Zabieram pierścienie dla księcia Benedikta.

– Masz przekazać je mnie – warknął wyniośle Waldemar. Każdy potencjalny oszust wierzy bezgranicznie w jedną rzecz: w swoją wyższość nad głupcem, którego wziął na cel. – Ten sygnet jest moim dziedzictwem. To ja jestem prawdziwym, pełnokrwistym dziedzicem domu Wälft, najstarszego i największego z rodów panujących Almandu, i nie pozwolę, by świątynni robole mnie tego pozbawili.

(Każdy ród panujący twierdzi, że jest najstarszy i największy. Można powiedzieć, że to wszystko kwestia względna).

Zamrugałam tępo, a potem powtórzyłam:

– Mam zabrać te pierścienie do księcia Benedikta.

– Moja matka mówiła… – Waldemar najpierw podniósł głos, a potem urwał, gdy przypomniał sobie, że właśnie próbuje dokonać przestępstwa. – No dobrze. Ile?

– Za ten? – Podniosłam pierścień z kupki tanich. W normalnym upuszczeniu pierścienia w tym momencie spytałabym go, ile jego zdaniem jest warta błyskotka, którą „właśnie znalazłam”.

I również wtedy cel uznałby, że ma szansę zostać oszustem.

– Nie, syg… Tamten. – Wskazał odpowiednią ozdobę i zerknął gniewnie na swoją sakiewkę. – Dwa gildeny?

Pierwsza oferta zawsze jest świadomie zaniżona. Sądził, że nie znam prawdziwej wartości pierścienia. Demonstracyjnie zaczęłam rozważać propozycję.

– No nie wiem, panie. Mam zabrać pierścienie do…

– Dziesięć gildenów – powiedział z desperacją. Przypadł pospiesznie do mnie i wcisnął mi monety w dłonie. – Ja… ja sam zabiorę go do Benedikta. Chcę tylko… – Waldemar wykrzywił się, gdy dotarł do niego smród Ludwiga – poczuć obecność swojego wuja. Przez krótką chwilę.

Znów bezradnie wzruszyłam ramionami.

– Chyba tak będzie w porządku. Nie będę musiała sama zanosić.

Obserwował, praktycznie oblizując wargi, jak chowam pieniądze, a potem ściągam Ludwigowi sygnet. Gdy pierścień znalazł się już w jego chciwej łapie, Waldemar bez słowa pomknął z powrotem w górę rampy. Uznałam, że dziesięć gildenów to dość niewielka suma za tytuł książęcy, zwłaszcza dla kogoś tak niecierpliwego.

Tak niecierpliwego, że nie zauważył, jak wyciągam z kieszeni tani podrobiony sygnet.

I jak udaję, że zdejmuję go Ludwigowi, a jednocześnie zakrywam go rękawem.

Jeśli dopisze mi szczęście, nikt nie zauważy, że to tandetna robota z mosiądzu i szkła, dopóki nie dostarczę prawdziwej wersji Bennowi.

Na tym właśnie polega magia upuszczenia pierścienia: chciwość obiektu sztuczki każe mu oszukać prostaka, lecz domniemany cwaniak dostaje tylko bezwartościowy śmieć.

Gdy uniosłam dłoń, prawdziwy sygnet wciąż ze mnie szydził. Zaś dezaprobata Śmierci wciąż rozchodziła się z niej niczym trupia zgnilizna.

Nie jest tajemnicą, że ze wszystkich ludzi, z którymi poszłam chociaż na drinka – grono to osiągnęło już oszałamiającą liczbę pięciu osób – Śmierć najbardziej lubiła Emerica, który zresztą o wiele długości wyprzedzał następnego w kolejności. (Jeśli dopadniecie mnie w niewłaściwej chwili, to być może przyznam, że akurat w tej kwestii moje poglądy są zbieżne ze Śmiercią). Choć zatem sprawiało mi to ból, uznałam, że najlepiej mi pójdzie z przeciągnięciem jej na swoją stronę, jeśli zrobię to jego sposobem: poprzez przedłożenie sprawy.

– Książę Ludwig miał całe lata, żeby ogłosić siostrzeńca swoim dziedzicem. Nie zrobił tego. – Chwyciłam palec z pierścieniem, zaparłam się butem o tors Ludwiga, żeby nie zsunął się z wózka, i pociągnęłam, ignorując okropne odgłosy wydawane przez naprężone chrząstki. – Wybrał Benna. Jeśli dostarczę sygnet dziedzicowi wybranemu przez Ludwiga… – usłyszałam, jak żebro pęka mi pod stopą – uszanuję tym sposobem zmarłego.

– Na jego piersi został odcisk podeszwy – zauważyła Śmierć.

– Uszanuję wolę zmarłego – doprecyzowałam przez zaciśnięte zęby. Jak tak dalej pójdzie, zaraz złamię mu palec. Puściłam go, zestawiłam stopę na ziemię, a potem wyłowiłam spod szaty łańcuszek i znalazłam zwisającą z niego kryształową płytkę długości kciuka. Zdobyłam ją w wyniku nieciekawej przygody, jaką przeżyłam w styczniu wraz z paroma bardzo skłonnymi do dramatyzowania wynalazcami, ale najważniejsze było to, że płaski kryształ o kształcie łzy działa jak potężniejsza wersja okularów Emerica: ukazywał wszelkie ukryte zaklęcia, klątwy, grimlingi. Wszystko, czego nie zdołałoby wychwycić ludzkie oko.

Ale gdy teraz zamknęłam jedno oko i przysunęłam soczewkę do drugiego, ujrzałam jedynie ten żałosny pierścień i czerwone lśnienie zawsze obecne wokół moich palców. Sygnet nie był zaklęty, tylko po prostu utknął.

Jednak Śmierć sprawiała wrażenie, jakby mogła ustąpić. Postanowiłam spróbować pchnąć ją jeszcze bardziej ku zmianie zdania:

– Istnieje też problem ze studniami w dzielnicy biedaków, które należy naprawić przed porą deszczową. Nie uda się tego zrobić bez podpisu Benna, ale po Karnevalu będzie już za późno.

– Hmm…

Już ją niemal miałam.

– A pozostałe pierścienie?

– Traktuję je jako znaleźne.

Prychnęła, ale miałam wrażenie, że wreszcie zdołałam przejść inspekcję. I rzeczywiście tak było, bo zaraz potem powiedziała:

– Pospiesz się, Vanju. I niech ci to nie wejdzie w krew.

Śmierć zniknęła w kłębie dymu, jednak po jej odejściu matka chrzestna Fortuna najwyraźniej uznała, że przyda mi się pomoc, bo jej złocista iskierka szczęścia zaczęła migotać nad łojową świecą wiszącą blisko mnie na ścianie.

– Dziękuję – wydyszałam, rozumiejąc sugestię. Wyciągnęłam nóż z buta, odcięłam z rękawa Ludwiga krótki odcinek tasiemki, po czym użyłam czubka noża, żeby wsunąć wstążkę pomiędzy obrączkę a skórę palca. Gdy już przewlokłam tkaninę, pochyliłam świecę, żeby tłusty stopiony łój popłynął po metalu i martwej skórze. Woń, jaka się uniosła, można by zapewne uznać za zbrodnię wojenną.

Z załzawionymi oczyma odstawiłam świecę na kinkiet, obróciłam się i zorientowałam… że zwłoki Ludwiga płoną.

SCHEIT.

Dłonią zaczęłam przyklepywać płonącą plamę na jego piersi. Gdy uzupełniłam wysiłki o kilka dmuchnięć, zdołałam zgasić płomienie, ale w jedwabiu widniała teraz spora wypalona dziura.

Kiedy się w nią wpatrywałam, nie umknęła mi ciemna szrama głębokiej, zaschniętej rany tuż nad sercem Ludwiga.

To nie mogła być prawda.

Nachyliłam się, czując, jak puls galopuje mi coraz gwałtowniej. Nie było wątpliwości: mężczyzna został pchnięty w serce.

Ktoś zamordował księcia-elektora?

Ale to oznaczało, że prefekci mogą pomyśleć… Emeric może…

Dość.

Ludwig był oskarżony o pranie pieniędzy. Najoczywistsze wytłumaczenie wyglądało tak, że któryś z jego nielegalnych partnerów biznesowych nie zamierzał iść ze statkiem na dno. Nic nie wiązało mnie z tym morderstwem. Nie bez powodu nadrzędna zasada, jaką się kierowałam, brzmiała: „nie panikuj”.

Ale… potrzebowałam drogi ewakuacyjnej, tak na wszelki wypadek.

Zaczerpnęłam znów tchu. Minął już miesiąc. Musiałam kiedyś ruszyć dalej. To mógł być mój ostatni tydzień w Lüdz.

Panika osłabła do znośnego brzęczenia. Wróciłam do smarowania pierścienia natłuszczoną tasiemką, aż wreszcie się przesunął. Przejechał przez najgrubszy knykieć, a potem pokonał resztę drogi z niepokojącym chrzęstem. Niemal rzuciłam nim o ścianę w triumfalnym geście, ale powstrzymałam się i zamiast tego wsunęłam błyskotkę wraz z pozostałymi do kieszeni bryczesów.

Choć byłam zajęta, do gardła podeszła mi gula. Odejście oznaczało zakończenie spraw z Chłopcem Numer Pięć, Kasparem, akurat gdy zaczęło się wydawać, że dokądś zmierzamy. To dziwne, że tak mi się zdarzało raz za razem.

Równie dziwne było to, że ból przeszywający mi pierś mógł oznaczać rozczarowanie lub… ulgę.

Byłam zbyt zajęta dąsaniem się na samą siebie i poprawianiem szaty, by w porę zauważyć ostrzegawczy węgielny pył na czarnym tle.

Znów zbliżały się dźwięki kroków i głosy – tym razem od drzwi.

Wracali akolici, którzy, w przeciwieństwie do Waldemara, będą wiedzieć, że nie należę do ich świątyni.

Scheit, scheit, scheit. Pospiesznie poprawiłam ubranie Lud­wiga tak, żeby ukryć wypaloną dziurę, ale gdy zaczęłam rozglądać się za możliwościami ucieczki, moje szczęście uległo wyczerpaniu. W schowku nie było dość miejsca. Gdybym pobiegła rampą do góry, dostrzegliby mnie. Nawet gdybym zdążyła na czas schować się pod wózkiem…

Zgrzytnięcie zasuwki w drzwiach. Powietrze gęstnieje do szarości.

Nie mogłam w to uwierzyć. Zaraz zostanę złapana. Po latach niewidzialności, niesłyszalności Pfennigeist zostanie pojmana.

Nie, moment, sprawa wyglądała znacznie gorzej. Ludwig wyraźnie został zamordowany, tymczasem ja kręciłam się wokół jego zwłok. Prefekci uznają, że byłam wmieszana w zabójstwo, zaś Emeric…

Drzwi skrzypnęły.

Rozległ się dziwny trzask, zupełnie jakby kłoda pękła w kominku, a potem dobiegł mnie chrzęst rozbijającego się szkła.

Zaś świat stał się… czerwony.

Nie w jednolitym, rdzawocynobrowym odcieniu Szkarłatnej Panny, tylko w lśniącej, pryzmatycznej czerwieni, w której tańczyły karmin, miedź i amarant. Światło opadło na mnie niczym ścierka do kurzu.

W drzwiach stał akolita i wpatrywał się bezpośrednio we mnie.

Zamarłam, szykując się na zderzenie z rzeczywistością.

Zamiast tego akolita obrócił się do kompana.

– Czujesz dym?

– W sensie, że z krematorium…?

– Nie taki – warknął pierwszy. Nie zaszczycając mnie nawet jednym spojrzeniem, chwycił przód wózka. – Sam nie wiem, bardziej jak palone włosy. Nieważne, przytrzymaj mi drzwi.

Drugi akolita przesunął po mnie wzrokiem, gdy przyciskałam się do drzwi, żeby wózek mógł mnie minąć. Tkwiłam zupełnie nieruchomo, oszołomiona.

Świece zamigotały, gdy drzwi znów się zamknęły.

– Hmm – mruknął jeden z akolitów po drugiej stronie – wydaje się jakby lżejszy.

Sięgnęłam po kryształową soczewkę, ale rubinowe światło roztrzaskało się w tej samej chwili, gdy się poruszyłam. Poczułam zawroty głowy. Zatoczyłam się i oparłam dłonie na kolanach, żeby nie upaść.

– Śmierci – wysapałam – co to było?

Rąbki jej szaty splecione z dymu wzbijającego się ze stosów pogrzebowych poderwały się nad podłogę. Dłoń chwyciła mnie pod brodą.

Przez chwilę czułam się tak, jakbym znowu miała cztery lata i to nie Śmierć, lecz Fortuna zadzierała mi głowę, by spytać: „Jak masz na imię?”, kiedy moja matka uciekała zimą z rozstaja dróg.

Śmierć delikatnie uniosła mi twarz, przyglądając się jej. Gotowa byłabym powiedzieć, że robiła to niemal z ostrożnością. Jej przemieniająca się twarz jeszcze pogarszała wir szalejący w mojej głowie.

Wreszcie puściła mnie po długiej chwili.

– Pfennigeist – rzekła ponuro.

ROZDZIAŁ 2

CZERWONE FENIGI

– Opuść moją świątynię – poleciła Śmierć. – Musimy porozmawiać na osobności. Ty, Fortuna i ja.

Strzepnęłam dłońmi. Znałam ten ton; nie puści pary z ust, dopóki nie znajdziemy się we trzy, a jak dotkliwie odczuło już wielu, zarówno żebraków, jak i królów, Śmierć nie przyjmowała łapówek.

– Ołtarz Hazardzisty jutro rano? A może to nie dość szybko?

– Nie masz się czego obawiać – odparła, co nijak mnie nie uspokoiło. – Ale… przyjdź wcześnie.

Zniknęła, zanim zdążyłam coś odpowiedzieć.

Potrzebowałam chwili, żeby na nowo rozeznać się w sytuacji. Miałam pierścień Ludwiga. Musiałam oddać go Bennowi. Później wrócę do wynajmowanego mieszkania, przekażę wieści Kasparowi i…

I spróbuję nie myśleć o dziwacznym cudzie, jaki właśnie nastąpił.

Za szerszymi drzwiami rozległa się obfitość paskudnych odgłosów, zagłuszając moją podróż powrotną do kaplicy pogrzebowej w górę rampy. Kilku akolitów przygotowywało podwyższenie na ostatni etap obrzędów domu Wälft i byli zbyt zajęci, żeby zauważyć, jak wchodzę do sali.

Benno wyróżniał się wśród olśniewającego tłumu, głównie dlatego, że zebrani trzymali się z dala od niego. Jego ciotka Cordula oraz kuzyn Waldemar po przeciwnej stronie sali odbywali nieformalne posiedzenie tronu wraz z innymi głowami rodziny, zaś garstka drugich synów i znudzonych kuzynów utworzyła własne grupki, lecz wszyscy obchodzili Benna szerokim łukiem i zerkali na niego pogardliwie znad pucharów z winem. Rozmawiała z nim tylko jedna osoba, dziewczyna mniej więcej w moim wieku. Dość łatwo mi było zgadnąć, dlaczego to akurat ona stanowi wyjątek: jej prosta czarna suknia została kiepsko skrojona, a welon żałobny z czarnej koronki zwisał krzywo z orzechowobrązowych włosów. Wyraźnie nie miała pokojówki, co oznaczało, że nie mogła liczyć na dostęp do pieniędzy domu Wälft, a zatem, jak on, była wyrzutkiem.

– … to wydaje się nieco, sama nie wiem, przedwczesne – mówiła akurat do Benna, gdy podeszłam bliżej. – Nawet jeszcze nie poznałam jego rodziny.

– Czy wy… – Benno wykonał uniwersalny ruch głową i dłonią oznaczający „no wiesz co”. Wydawało się to nietypowo przyzwoite z jego strony, bo przecież gdy się poznaliśmy, był dobrze zbudowanym, wesołym barmanem z tatuażami, roztrzepanymi złotymi kędziorami i swobodnym uśmiechem sięgającym mu do orzechowych oczu. Teraz wciąż spełniał minimalne wymagania dobrej budowy, ale loki miał uczesane i przyciśnięte diademem, czarne aksamitne rękawy zasłaniały mu tatuaże, a uśmiech był raczej wymuszony.

– Spółkujemy – podsunęła, rzeczowo skinąwszy głową, nieświadoma tego, że Benno właśnie się krztusi. – Tak, już od kilku miesięcy. I nie ma w tej kwestii żadnych problemów, on jest całkiem kompetentny. Kocham go. Tyle że… – Urwała, zauważywszy, że się zbliżam. – W czym możemy ci pomóc?

– Och, wybacz na chwilę, lady Liljenne. – Benno zrobił kilka kroków, by podejść do mnie poza zasięgiem jej słuchu.

Igły dziesiątek spojrzeń dźgnęły mnie w kaptur; każdy gest młodzieńca odbywał się pod lupą całego domu Wälft. Przekazanie mu pierścienia w takiej sytuacji byłoby zbyt ryzykowne.

– Muszę ci coś powiedzieć – oznajmił pod nosem. – Na osobności.

Domyślałam się, o co chodzi.

– Widziałam ranę od pchnięcia. Opuszczam Lüdz z końcem tygodnia.

– To nie wszystko.

Nie wszystko? Cóż, znałam pewne miejsce, w którym nikt nie będzie nam przeszkadzał.

– I tak muszę być o świcie przy Ołtarzu Hazardzisty. Spotkajmy się tam, a wtedy przekażę ci pierścień przy blisko stu świadkach mniej.

(Benno nigdy w życiu nie był punktualny. Cokolwiek Śmierć miała mi jutro do powiedzenia, będzie miała na to mnóstwo czasu).

– Umowa stoi. – Odsunął się i podniósł głos: – Wielce doceniam twoje usługi.

– Wszyscy służymy Śmierci – skłamałam formalnym głosem, zupełnie jakbym nie spędziła okresu od trzynastego do siedemnastego roku życia na robieniu czegoś zgoła przeciwnego. Następnie skłoniłam się i ruszyłam w stronę tylnej części sali.

Byłam już niemal przy wyjściu, gdy w tłumie rozległy się szmery. Akolici wciągali sztywną, otuloną satyną postać na podwyższenie w kaplicy. Gdy już stanęła i zapadła cisza, główny akolita ściągnął zasłonę.

Marmurowy posąg przedstawiał Ludwiga w stroju pogrzebowym. Większość jego ciała poddawano właśnie kremacji, z wyjątkiem głowy – czy raczej czaszki, świeżo wygotowanej do czysta. Zamknięto ją w podłużnej szklanej witrynie, którą z kolei ustawiono na aksamitnej złotej pelerynie przykrywającej ukoronowaną głowę i barki. Jak w przypadku wszystkich princepsów-elektorów domu Wälft będzie wystawiona w Lüdz przez rok, a później zostanie pogrzebana w rodzinnym grobowcu.

Choć wiedziałam, że akolici Śmierci dysponują alchemicznymi sposobami na przyspieszenie procesu wygotowywania i wybielania kości, to jednak niepokoiło mnie, że dopiero co bezceremonialnie traktowałam ciało Ludwiga z buta, teraz zaś jego schludnie odcięta czaszka gapiła się we mnie z przeciwnego krańca świątyni.

Niemniej nadal zamierzałam wyjść stąd z jego pierścieniami. Puściłam czaszce oko, żeby jeszcze bardziej zirytować Śmierć, po czym wymknęłam się na wrześniowy wieczór.

Było później, niż sądziłam, zanim dotarłam do Ponsviertel, dzielnicy położonej w Lüdz dokładnie pomiędzy „na tyle bogatymi, żeby zwracać na siebie uwagę”, a „na tyle biednymi, żeby strażnicy miejscy wymuszali na nich haracz”. A może jedynie wydawało mi się, że jest późno, bo o tej porze roku słońce już wcześnie zachodziło, księżyc, którzy dopiero wyszedł z nowiu, skrywał się gdzieś między gwiazdami, a latarnicy rozpoczęli obchód.

Gdy dochodziłam do swojej ulicy, czułam trzepotanie w żołądku. Nie był to jedynie niepokój wywołany czekaniem na to, co Benno i Śmierć mają mi do powiedzenia. Zanim jeszcze sytuacja uległa dziś spapraniu, Kaspar planował spotkać się ze mną na późną kolację. I… może coś więcej. Nie byłam pewna. Stanowił miłe towarzystwo, dobrze wyglądał, zawsze pojawiał się z kwiatem, który wkładał mi za ucho. W zeszłym tygodniu dałam mu nawet klucz do swojego mieszkania.

Rzecz w tym, że lubił mnie niemal aż za bardzo. Dłonie zapuszczały mu się nieco za daleko, gdy się całowaliśmy, i nie zatrzymywały się, dopóki się nie odsuwałam. Kiedy rozstawaliśmy się w ostatnie wieczory, zawsze wcześniej kilka razy rzucał aluzje, żebyśmy poszukali jakiegoś dyskretnego miejsca, a ja odpowiadałam licznymi wymówkami, by móc się wymknąć.

I nie wiedziałam, czy bardziej irytuje mnie to, że on w tak wyraźny sposób przekazuje swoje chęci, czy też to, że część mnie wciąż nie potrafi wyzbyć się nieufności, że ktoś może mnie pożądać.

(Tak, minęło szesnaście miesięcy, odkąd spałam z Emerikiem. Tak, spałam też z innymi chłopakami, odkąd nauczyłam się, że seks nie wymazuje w magiczny sposób niemal dziewiętnastu lat kompleksów, lecz jedynie otwiera dla nich nowe wektory. Pracuję nad tym).

Dotarłam już niemal do drzwi frontowych swojego pensjonatu, kiedy zatrzymało mnie cichutkie, ale dobitne „wreh”. Spuściłam wzrok.

Przy drzwiach siedział może miesięczny kociak. Był zbyt brudny, żebym mogła mieć pewność, ale puszysta sierść wydawała się w większości czarna, z jaśniejszymi plamami na łapkach i piersi, które mogłyby być białe, gdyby go wykąpać. Popatrzył na mnie poważnie i powiedział:

– wehnk.

– Nie wpuszczaj go. – Mój gospodarz wyjrzał przez uchylone drzwi, marszcząc rumiane czoło. – Ten mały pchlarz cały dzień próbuje się tu zakraść. Nie pozwolę, żeby pobrudził mi pościel.

– Ktoś szukał jego matki? – spytałam, skreślając pozycję „zapłacić czynsz za ten miesiąc” z listy rzeczy, które zamierzałam zrobić przed wyjazdem.

– To tylko przybłęda. – Gospodarz zamknął drzwi.

Kociak przytuptał do mnie, obrócił się i dumnie zaprezentował zadek, a ja bezskutecznie próbowałam nie wziąć do siebie uwagi: „To tylko przybłęda”.

– Chodź tu, maluchu – mruknęłam i podniosłam kociaka.

Przeszliśmy się ulicą w jedną i drugą stronę. W żadnym ze sklepów nie wiedziano nic o zwierzaku ani o tym, gdzie może być jego matka. Karczmarka z sąsiedztwa roztkliwiała się nad nim, ale powiedziała mi ze smutkiem, że mieszkający u niej myszołap nie zniósłby kociaka. Na pożegnanie dała mi jednak słoik z koźlim mlekiem wymieszanym z rybimi wnętrznościami oraz obietnicę, że sporządzi więcej takiej brei, gdy mi się skończy. Dostałam też kilka pasztecików z wołowiną na kolację. Wyglądało na to, że jednak będę musiała odwołać spotkanie z Kasparem.

Nie powinno wzbudzać to we mnie takiej ulgi.

Może dam mu kota, skoro opuszczam Lüdz. Miałam czas wyczyścić i nakarmić małą znajdę, zanim spotkam się z Kasparem za godzinę. Jeśli wejdę drzwiami od frontu, gospodarz przyłapie mnie na przemycaniu zwierzaka, więc wślizgnęłam się w zaułek za budynkiem, związałam szatę akolity w zaimprowizowane nosidło na słoik i kota, a potem wspięłam się po belkach ściany.

Usłyszałam odgłos, który uznałam za pisk kota, ale zanim dotarłam do swojego okna na trzecim piętrze, stał się znacznie głośniejszy i o wiele bardziej… ludzki. Zmrużyłam oczy, by dojrzeć coś przez szybę.

W moim mieszkaniu ktoś był.

Nie – w moim mieszkaniu były dwie osoby.

Nie – dwie osoby były nie tylko w moim mieszkaniu, ale i w moim łóżku.

Jedna z nich wydawała większość odgłosów. Zaś drugą, ponieważ dzisiejszy dzień przecież płynął już tak gładko, okazał się Kaspar.

Krew uderzyła mi do czaszki tak gwałtownie, że skóra głowy wydała mi się zbyt ciasna. Jak on… jak on śmiał…

– mheüw – powiedział kot.

Nie miałam na to czasu.

Pociągnęłam do siebie okno, żeby je otworzyć. Piszczenie urwało się nagle. Gdy wdrapałam się na parapet, dziewczyna w moim łóżku zakryła się kocem. Kaspar zaklął i usiadł, w równym stopniu skonsternowany i spocony.

– Kochanie, już wróciłam – oznajmiłam kwaśno.

– Mówiłeś, że mieszkasz sam – wydyszała piszcząca dziewczyna.

– M-mówiłaś, że wracasz o dziewiątej – wyjąkał równocześnie Kaspar.

– To moje mieszkanie – poinformowałam Piszczałkę. – I to do mnie Kaspar zalecał się przez ostatni miesiąc.

Wybałuszyła na mnie oczy.

– Kim jest Kaspar? – wypaliła. Coś wskoczyło we mnie na swoje miejsce. Piszczałka z hukiem zepchnęła chłopaka z łóżka. – Powiedziałeś, że masz na imię Klaus!

– Wydawało mi się, że wspominałaś coś o dziewiątej – powtórzył w otępieniu Kaspar, odsuwając sobie długie brązowe włosy z oczu.

– I co, uznałeś, że „dziewiąta” to moje kodowe określenie dla „poobracaj sobie nieznajomą w moim łóżku”? – warknęłam. Kotek zaakcentował moje słowa gniewnym warknięciem, ale chyba dlatego, że zrobiło mu się za ciasno w nosidle. – Wynocha. Już.

– Nie musisz mi dwa razy powtarzać – mruknęła Piszczałka, szarpnięciem naciągając na siebie sukienkę. – Tak bardzo cię przepraszam. Gdybym wiedziała…

– To nie twoja wina. – Spiorunowałam wzrokiem Kaspara chwiejnie podnoszącego się na nogi.

– Ja tylko… już sobie idę. – Dziewczyna chwyciła parę butów i wymknęła się przez drzwi.

Kaspar wymamrotał coś, a ja wychwyciłam tylko „miesiąc”.

– Co? – warknęłam, chwytając dzbanek na wodę ze stolika z miednicą. Mogłam przynajmniej zabrać się do kąpieli kociaka.

– Mówiłem, że minął miesiąc! – wybuchnął. – Jestem tylko człowiekiem, Vanju! Ile miałem czekać?

– Nie ukrywałam, że to może zająć kilka tygodni! – zripostowałam, napełniając czajnik i stawiając go na rozpalonym piecyku. – Gdy zaczęliśmy się spotykać, powiedziałam ci, że potrzebuję czasu!

– A co z moimi potrzebami? – spytał gniewnie, naciągając bryczesy.

– Bóstwa rączek nie dały? – odparłam chłodno, odstawiłam dzbanek na maleńki kuchenny stolik i umieściłam kotka w koszyku na pranie. Nie mogłam przestać patrzeć na bałagan panujący w łóżku. W moim łóżku. Tym samym, do którego niemal go wpuściłam. – Mogłeś mi powiedzieć, że to się nie sprawdza. Mogłeś zabrać dziewczynę do siebie albo opłacić sobie godzinę z mietling, a ja nigdy bym się o tym nie dowiedziała. Czyli co, wolałeś mnie ukarać?

Prychnął nieco zbyt teatralnie.

– Nie bądź śmieszna. Gdybyś nie wstrzymywała się bez powodu…

– Najwyraźniej miałam powód – warknęłam. – Wyjdź.

Parsknął z niedowierzaniem i ruszył powoli do drzwi.

– Powinnaś być wdzięczna, że w ogóle zwróciłem uwagę na kogoś takiego jak…

Zanim któreś z nas zorientowało się, co się dzieje, chlusnęłam w niego resztą wody. Wybałuszył na mnie oczy, gdy zimne powietrze wdzierające się przez okno owiało mu przemoczone ubranie.

Odstawiłam dzbanek, zacisnęłam szczęki i wskazałam otwarte drzwi.

– Oziębła suka – wymamrotał i gniewnie zszedł po schodach.

Usłyszałam, że mój gospodarz wszczął awanturę.

Zignorowałam ich obu, upewniłam się, czy dobrze zamknęłam drzwi na klucz, a później spróbowałam uspokoić oddech. Kociak jęczał wciąż uparcie, z czajnika wydobywały się kłęby pary, a cała podłoga była mokra. Powinnam zamknąć okno, żeby do środka nie wpadał chłód, ale wciąż cuchnęło tu potem i obcymi ciałami. Fuj, gdzie niby miałam spać, dokąd pojechać po opuszczeniu Lüdz, co wydarzyło się wcześniej i dlaczego Śmierć powiedziała, że to Pfennigeist…

Znowu zamieniasz wszystko w ruinę – kolejny raz wyszeptał ten podstępny głosik, któremu nadałam imię Marthe.

Ale gdy teraz Marthe podnosiła łeb, wiedziałam, gdzie szukać pomocy: u swoich sióstr.

Luisa, która przede mną była dla Marthe kozą ofiarną, pomogła mi to ogarnąć zeszłej jesieni. Jeśli wiedziałam, skąd biorą się najgorsze głosy, czy są to wspomnienia matki, Irmgard von Hirsching czy damy von Falbirg, łatwiej było je odciąć. Zaś gdy pytałam samą siebie, jak odpowiedziałby ktoś, kto mnie kocha, w ten sposób je zagłuszałam.

Teraz Luisa powiedziałaby mi tak: „Jesteś przytłoczona, bo za dużo zwaliło ci się naraz na głowę. Czym najprościej byłoby się zająć?”.

Kociak, uznałam. Łatwiej go będzie umyć, jeśli zrobi się śpiący, a zrobi się śpiący, gdy go nakarmię.

Nalałam mu na spodeczek śmierdzącej brei i wypuściłam go z koszyka na pranie. Gdy zabrał się do ciamkania, pochłonęłam jeden z pasztecików z wołowiną, które dostałam od sąsiadki. Moje napięte do granic nerwy zaczynały się rozluźniać.

Tyle że dzięki temu w mojej głowie zrobiło się miejsce, bym mogła raz za razem odtwarzać te okropne rzeczy, które dopiero co mówił do mnie Kaspar. Przełykanie śliny zaczęło sprawiać mi ból. Nie mogłam uwierzyć, że spędziłam cały miesiąc z tym dupkiem, nie dostrzegając, jaki jest naprawdę. Albo może…

Może byłam tak zdesperowana, że nie chciałam tego widzieć.

Gdy skończyłam pasztecik, w pokoju przewietrzyło się już na tyle, bym mogła zamknąć i zaryglować okno. Starłam wodę z podłogi, a potem wykąpałam w swojej miednicy bardzo urażonego tym kociaka. Jego łapki i pierś rzeczywiście okazały się białe, dzięki czemu wyglądał jak mały, sponiewierany człowieczek w przemoczonym garniturze. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie kojarzy mi się z mundurem prefekta.

Zasypiał nadąsany w zwiniętym ręczniku, a ja rozglądałam się po pokoju. Na podłodze leżał ciężki koc wyglądający tak, jakby zrzucono go tam we wczesnych porywach namiętności, więc wciąż był stosunkowo czysty. Mój tornister nadal leżał pod łóżkiem, a do skrzyni z ubraniami nikt się nie dobierał.

Mimo wszystko otworzyłam ją i wyciągnęłam zestaw toaletowy. Zabrzęczały słoiczki. Na samej górze leżał spory zapas czystych ściereczek i płóciennych pasów, na pozór służących mi podczas krwawień miesięcznych. Tak naprawdę nie potrzebowałam ich od dawna dzięki zaklęciu związania korzeniowego, które sprawiało też, że nie mogłam zajść w ciążę. Zamiast tego stosowałam je, by powstrzymywać wścibskich przed grzebaniem głębiej.

Odłożyłam je na bok i wyciągnęłam trzy słoiczki, każdy wielkości mojej pięści, a potem otworzyłam je. Zamrugała do mnie lśniąca znajoma czerwień. Resztka mojego zapasu rubinów.

Który po niemal dwóch latach zszedł do niebezpiecznie niskiego poziomu.

Pfennigeist mogła wysiudać właściciela rudery mieszkalnej z interesu, ale to nie zapewniało dachu nad głową jego ofiarom. W przeciwieństwie do rubinów. Klejnoty w ogóle rozwiązywały wiele problemów wywołanych niekorzystną sytuacją i niedostatecznymi funduszami. Niestety ich ilość była skończona. Właśnie dlatego zaczęłam pobierać znaleźne przy niektórych fuchach, na przykład pozostałe pierścienie Ludwiga.

Być może nadszedł czas, żeby Pfennigeist na kilka miesięcy usunęła się w cień. Reszta rubinów wystarczy mi właśnie na tyle.

Może gdybym została choć raz dłużej w jednym miejscu, mogłabym pozwolić sobie na zapuszczenie korzeni.

(Może właśnie dlatego, szeptała część mnie, której nie umiałam odsunąć na bok, nigdy nie zostaję w jednym miejscu).

Wyjęłam jeszcze jedną rzecz ze skrzyni, zanim ją zamknęłam: mały notatnik oprawiony w czerwoną skórę, wykonany ręcznie na moje urodziny pewnego uroczego zimowego tygodnia w Minkji. Wiedziałam, jak zaczyna się pierwsza strona: Drogi Emericu. Znałam też każdą umieszczoną w środku literę.

Drogi Emericu, wydawało mi się, że widziałam Cię na rynku.

Drogi Emericu, dziś spaprałam sprawę.

Drogi Emericu, poznałam kogoś, ale się boję.

Wszystkie kończyły się też w taki sam sposób: Wciąż za Tobą tęsknię. V.

Czasami mi pomagało, gdy używałam tego notatnika, by udawać, że omawiam z nim swoje problemy. Choć byłam pewna, że do tej pory ułożył sobie życie na nowo, choć musiałam odsuwać na bok naszą ostatnią wspólną noc, by udawać, że wszystko jest w porządku, Emeric z moich wspomnień zawsze miał dla mnie uśmiech. Złożony list od niego tkwił wciśnięty pod tylną okładkę. I to jego pismo widniało na przedzie:

Dla Vanji – żebyś mogła przekazać własną opowieść. Możliwości uczestnictwa w niej nie zamieniłbym na nic w świecie.

Twój, dopóki tylko będziesz mnie chciała.

Emeric

I nosiłam go teraz wszędzie ze sobą. Gdy w zeszłym grudniu skończyłam osiemnaście lat, wybrałam się do czarownika specjalizującego się w tatuażach i poprosiłam, żeby zamaskował różami blizny na moich plecach. Za każdym razem, gdy w odbiciu w lustrze dostrzegałam przebłysk czerwieni i cierni, przypominałam sobie, że niegdyś byłam karcianą królową róż, i próbowałam wierzyć, że jeszcze kiedyś ktoś mógłby mnie tak pokochać.

Przebrałam się w koszulę nocną, po czym skuliłam się przy piecyku z kocem, notatnikiem i wilgotnym, marudzącym kociakiem.

Jutro zacznę rozplątywać wszystkie te luźne nici. Teraz jednak zamierzałam przekazać opowieść, nawet jeśli miałam zapisać ją tylko w swojej pamięci.

Drogi Emericu, zaczęłam, a moja węglowa pałeczka zatańczyła po kartce. Śmierć wciąż Ciebie lubi najbardziej.

Puk.

Puk, puk, puk.

PUK, PUK, PUK, PUK, PUK…

Obudziłam się gwałtownie. Potrzebowałam chwili, żeby zorientować się w sytuacji: leżałam skulona na podłodze zamiast na łóżku, a pod brodą miałam kociaka zwiniętego w kłębek i akurat mówiącego: „rrrrrrrr”. Na zewnątrz wciąż było ciemno.

Pukanie rozległo się na nowo. Podniosłam wzrok i ujrzałam małego czarnego sokoła przycupniętego za oknem. Jego czerwone oko płonęło ponaglająco.

– Ragne? – Poderwałam się na nogi, a wtedy kociak nasilił protesty. Coś było nie tak. Na pewno. Podczas nowiu Ragne była najsłabsza, więc jeśli przeleciała aż z Bóern…

– Cześć – zaskrzeczała ze znużeniem, gdy szarpnięciem rozwarłam okno. Zaraz potem przemieniła się w mysz; łatwiej jej było utrzymywać mniejsze postacie. – Jest bardzo wcześnie i przepraszam, że cię obudziłam.

– Nie, nie, nic się nie stało. – Chwyciłam ją i zamknęłam okno, a potem przeniosłam ją do piecyka, żeby się rozgrzała, sama zaś usiadłam ze skrzyżowanymi nogami na kocu. – Co się stało?

Niestety kotek najwyraźniej nie ogarniał powagi sytuacji i widział tylko, że trzymam żywą mysz. Skoczył. Ragne zamieniła się w kota i szybko oparła łapę na jego maleńkiej główce.

– Nie – warknęła, gdy najeżył ogon. – Głupie dziecko. Nie mam czasu. Muszę się przespać, a potem wrócić do Gisele.

Zwierzak potulnie wrócił pod koc.

– Coś jej jest? – spytałam.

– Nie. Tak. – Ragne ziewnęła. – Chodzi o jej ojca, księcia. Został zamordowany kilka godzin temu.

Powietrze ścięło mi się w płucach.

Umysł mi wykipiał.

Śmierć już drugiego księcia-elektora.

Napłynęły do mnie wspomnienia każdej godziny każdego dnia spędzonego w zamku Falbirg pod panowaniem Georga von Falbirga. Co noc modliłam się, by nie pozbawili mnie kolacji w ramach kary za urojoną plamkę, którą przegapiłam na srebrnych sztućcach, i w zamian nie nagrodzili mnie sińcami.

Ale sama jego śmierć nie sprawiłaby, że Ragne przyleciałaby do mnie w takim pośpiechu. Zmusiłam się do skupienia na tym pokoju, na tej chwili.

– To nie wszystko.

Skinęła głową.

– Joniza mówi, że powinnaś wiedzieć. W ustach miał czerwonego feniga.

Tym razem w mojej czaszce zapadła cisza.

Pierwszą myślą, jaka się przebiła, było: przyślą tu Emerica.

Drugą: muszę uciekać.

Spośród wszystkich prefektów Emeric znał mnie najlepiej… ale chłopiec, którego kochałam, wiedziałby, że to nie ja… ale to było ponad rok temu, a gdy spał, ja udusiłam tę dziewczynę, którą kochał…

– To wyglądało na ważne – Ragne ziewnęła – ale jestem zmęczona. Idę spać. – Zwinęła się w kupkę czarnego futra, a potem uchyliła jedno oko, żeby na mnie spojrzeć. – Jesteś… inna, tak myślę. – Zagrzebała pysk pod ogonem. – Dobranoc.

– Zaczekaj, Ragne…

Obserwowałam, jak kociak podchodzi do niej ostrożnie, niucha ją pobieżnie, a potem wciska się jej pod brodę. Właśnie zaczęła chrapać.

Nie dostanę od niej żadnych kolejnych odpowiedzi, dopóki nie odpocznie. Wstałam i zaczęłam krążyć po pokoju, powtarzając sobie: nie panikuj, nie panikuj.

Książę von Falbirg został zamordowany dopiero co. Nawet jeśli Emeric przebywa w pobliżu Lüdz, mimo wszystko minie kilka dni, zanim dotrze do niego wieść. Miałam układ z Brunne Łowczynią – jeśli wyjdę jej na spotkanie o północy i przejadę z nią noc w Dzikim Gonie, o świcie zostawi mnie w dowolnym miejscu swojej domeny. Właśnie w taki sposób opuściłam pospiesznie wiele miast.

Spotkam się ze Śmiercią i Fortuną w katedrze. Oddam Bennowi pierścień. Znajdę dom dla kociaka. A później wyruszę w mroku nocy do jednego z północnych portów. Użyję rubinów, żeby wykupić przejazd na pierwszym statku opuszczającym cesarstwo, i w ten sposób wydostanę się z obszaru pod jurysdykcją prefektów.

Z nadzieją, że ten ktoś, kto mnie wrabia, nie ruszy za mną.

Nie był to mój najlepszy plan, ale powinien zadziałać.

Nie zdołałabym już teraz zasnąć, zresztą zrobiło się na tyle blis­ko świtu, że powinnam zostać na nogach. Umyłam się, ubrałam i zjadłam pasztecik pozostały mi z wczoraj. By móc poruszać się jak najszybciej, wzięłam tylko pierścień i trochę drobnych.

Przygotowałam spodeczek z breją dla kociaka i przed wyjściem nabazgrałam wiadomość: Ragne, muszę się z kimś spotkać. Wrócę przed południem.

Następnie zapięłam płaszcz, naciągnęłam kaptur i znowu wyszłam przez okno. Jednak tym razem wspięłam się na dach.

Gdy dotknęłam stopami gontów, indygo wsączało się właśnie w czarne niebo, a na wschodzie podnosiła się rdzawopomarańczowa linia. Wciąż było na tyle ciemno, że większość drogi do świątyni mogłam odbyć, przeskakując z dachu na dach, z dala od każdego, kto mógłby zapamiętać moją twarz.

Nawet gdybym nie znała iglic katedry Fortuny, rozpoznałabym je zaraz, gdybym zeszła na poziom ulicy. Tylko po bokach jej drzwi stały cztery urny dla śpieszących się suplikantów. Jedna z nich była przeznaczona na złote monety i służyła temu, żeby życzyć szczęścia sobie; druga, na srebro, pozwalała życzyć go komuś innemu; trzecia, na miedź, pozwalała pozbyć się pecha; zaś ostatnia, na węgiel, była po to, by życzyć pecha innym.

W Minkji najpopularniejszą urną była węgielna. W ostatnich kilku miastach zauważyłam, że szale przechylają się na korzyść miedzianej. Lüdz nie stanowiło wyjątku. Nie wiedziałam, czy w obecnych czasach pech stanowi częstsze zjawisko, czy też oznacza to, że miano Pfennigeist się rozprzestrzenia.

Pchnęłam drzwi i wślizgnęłam się do środka, jednocześnie próbując powstrzymać chęć kichnięcia wywołaną wonią wosku pszczelego i kadzidła o aromacie gardenii. Starałam się też nie rzucać zanadto w oczy. Fortuna wyraźnie przekazała swoim akolitom, żeby mi nie przeszkadzać, ale jedno z nich nie zawsze było… całkowicie zrównoważone.

Gdy kierowałam się do bocznej komnaty mieszczącej Ołtarz Hazardzisty, nie potrafiłam pozbyć się wrażenia, że coś przeoczyłam. Miałam tylko nadzieję, że domyślę się, o co chodzi, zanim to coś dziobnie mnie w tyłek.

Moje matki chrzestne pojawiły się, gdy tylko zatrzasnęły się drzwi prowadzące do Ołtarza Hazardzisty. Po pomieszczeniu rozlała się ta sama nienaturalna cisza co wcześniej w świątyni Śmierci.

– No dobra – zaczęłam krótko, podchodząc do prostego marmurowego ołtarza, by spojrzeć na fenigi zostawione pod łukiem ze złota i kości. – O co chodzi? Co się ze mną dzieje?

Kruche milczenie wylewało się z małej komnaty. Fortuna zakręciła czarny lok na ciemnomahoniowym palcu. Jej wykonany z monet i kości wróżebnych wieniec poruszył się niemal niespokojnie, odbijając blask dziesiątków świec wotywnych płonących wzdłuż ścian.

– Nie możemy powiedzieć.

Miałam wrażenie, jakbym przegapiła stopień schodów.

– Co?

– Nie możemy już ci tego powiedzieć. – Wieniec Fortuny zamigotał szybciej.

– Nie rozumiem. – Gdy spoglądałam na Śmierć, niepokój pełznął mi wzdłuż kręgosłupa. – Wczoraj mówiłaś, że to była Pfennigeist. Co to miało znaczyć? Co się stało?

Fortuna również spojrzała na Śmierć.

– Ty jej powiedz. To nie w mojej naturze, żeby wychodzić na wiarygodną.

Przemieniająca się twarz Śmierci skrzywiła się.

– Powinnam była zrobić to wczoraj. Teraz… nie możemy ci pomóc. – Zawahała się, po czym dodała: – Nasze porozumienia z prefektami nie pozwalają nam udzielać pomocy ściganym przez nich osobom.

Poczułam zimno, gdy dotarło do mnie znaczenie jej słów.

Prefekci już mnie ścigali. I byłam zdana całkowicie na siebie.

Brunne nie zdoła zabrać mnie o północy, moje matki chrzestne nie mogą interweniować… Ragne była półboginią, czy nawet ona…

– Och, jest tutaj twój dawny zalotnik – oznajmiła pogodnie Fortuna, zupełnie jakbym nie zamierzała właśnie uciec z cesarstwa, jeśli tylko dopisze mi szczęście. – Ten piękny, ten książęcy. Naprawdę go lubiłam. Powinnyśmy już iść.

To nie mogło być prawdą. Benno? Tak wcześnie?

– Porozmawiamy, gdy będziemy mogły – obiecała Śmierć, zanim wraz z Fortuną zniknęły w migotaniu świec.

Benno wślizgnął się do środka, podobnie jak ja opatulony płaszczem, i zdjął kaptur dopiero, gdy zamknął za sobą drzwi. Zanim zdążyłam się w ogóle przywitać, położył mi dłonie na barkach. Nigdy wcześniej nie widziałam u niego tak bystrego spojrzenia.

– Musisz opuścić Lüdz.

– Tak też planowałam – odpowiedziałam powoli. – Książę von Falbirg zginął zeszłej nocy z czerwonym fenigiem w ustach. Powinnam mieć kilka dni, zanim…

– Musisz odejść tej nocy – przerwał mi Benno. – Prefekt powiadomił mnie tuż przed wczorajszym pogrzebem ojca. Nie wiedziałem, że został zamordowany, inaczej w ogóle bym cię nie poprosił…

Właśnie wtedy poczułam, że ten przeoczony szczegół dziobnął mnie w tyłek.

– Zostawiono feniga – wydyszałam.

Benno przełknął z wysiłkiem ślinę.

– Miał go na języku.

Odniosłam wrażenie, jakbym zamieniała się w relikwiarz Ludwiga, jakby moje ciało stawało się kamienne, a głowa była pustą skorupą.

Ojciec Gisele nie był pierwszy.

Ciało Ludwiga von Wälfta znaleziono wieczorem trzeciego września, półtora tygodnia temu.

Prefekci polują na mnie już od dziesięciu dni.

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

OKŁADKA

KARTA TYTUŁOWA

KARTA REDAKCYJNA

SPIS TREŚCI

OD AUTORKI

CZĘŚĆ PIERWSZA. SKRWAWIONA NIECH BĘDZIE KORONA

SIÓDMY WYBÓR. ROZSTAJE DRÓG

ROZDZIAŁ 1. DOM ŚMIERCI

ROZDZIAŁ 2. CZERWONE FENIGI

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Dedykacja

Epigraf

Meritum publikacji