Swarożyce - Michał Medwid - ebook
NOWOŚĆ

Swarożyce ebook

Michał Medwid

4,0

16 osób interesuje się tą książką

Opis

Siedem opowiadań, które łączy świat przedstawiony, w którym istoty z mitologii słowiańskiej oraz wierzeń ludowych przenikają do świata bohaterów. Akcja opowiadań rozgrywa się na przestrzeni wielu stuleci w fikcyjnej wsi Swarożyce, która ukryta jest w gęstych lasach na południu Górnego Śląska. Teksty traktują o czasach równie dalekich, jak przedchrześcijańska słowiańszczyzna, rozbiory Polski czy wreszcie czasy zupełnie współczesne. Treść opowiadań plasuje się gdzieś pomiędzy literaturą fantastyczną, dramatem obyczajowym, a opowieściami grozy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 469

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (5 ocen)
1
3
1
0
0

Popularność




Tytuł: Swarożyce

Autor: Michał Medwid

Copyright © Wydawnictwo Dom Horroru 2022

Copyright © Michał Medwid 2022

Dom Horroru

ul. Gorlicka 66/26

51-314 Wrocław

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Redakcja, korekta: Patrycja Żurek

Okładka: DigitalArt Fire

Skład i łamanie: Krzysztof Biliński

Wydanie I

Wrocław 2022

ISBN 978-83-67342-31-5

www.domhorroru.pl

facebook.com/domhorroru

instagram.com/domhorroru

Babka

Dzieci potrafią wymyślić niesamowite historie, prawda? Opowieści o strzygach gnieżdżących się w popielniku, mamunach snujących się ponuro po korytarzu nocą czy beboku czatującym pod oknem z dębową lagą do bicia niegrzecznych chłopców. Świat dziecka wydaje się być pełen tajemnic, wszystko w nim skrywa magię. Począwszy od kamienia wyłowionego z płytkiej górskiej rzeki, przez poskręcane drzewo w borze za obrzeżami wsi, aż po prastare Wzgórze Kościeja.

Każda rzecz skrywała cząstkę życia, w którą jako dziecko święcie się wierzyło. Nie wolno było iść do lasu po zmroku nie dlatego, że łatwo się zgubić po omacku, ale ze względu na świetliczki, które wodziły na manowce. Świat dzieci to świat wyobraźni, wiecznego ruchu, instynktownych lęków i nazywania nieznanego. Dla dzieci nie istnieją rzeczy niewyjaśnione, ponieważ wszystko można wytłumaczyć, jeśli tylko się nad tematem głębiej zastanowić. Im jednak człowiek starszy, tym bardziej racjonalny i tym samym coraz mniej zespolony z pierwotnością poznawczą. Dalej w dorosłość, człowiek robi się coraz bardziej inteligentny, tracąc równocześnie ulotną, dziecięcą mądrość. A przede wszystkim zdolność widzenia rzeczy takimi, jakie naprawdę są.

* * *

Jagoda Miłorzębska zaparkowała starą toyotę corollę przed drewnianym domem pokrytym łuszczącą się białą farbą. Omiotła wzrokiem wysokie malwy rosnące po obu stronach drzwi wejściowych. Budynek miał krzywy dach, który od wschodniej strony wyglądał, jakby miał się lada chwila zapaść. W północno-zachodnim zakątku do ściany z desek przytulał się zielnik pełen roślin, które dla Jagody w niczym nie różniły się wyglądem od chwastów. W głębi podłużnego ogrodu chwiały się na lekkim czerwcowym wietrze gałęzie drzew owocowych. Rozpoznawała wiśnie i śliwy. Granicę działki od zachodu stanowiła ściana boru, w którym niezależnie od pory dnia panował mrok. Prastary las miejscowi nazywali Radkową Kępą, ale nikt już nie pamiętał dlaczego.

Jagoda westchnęła, złożyła dłonie na udach i pomodliła się krótko. Wróciła do domu.

* * *

Stara Jaga zza własnoręcznie szydełkowanej firanki obserwowała przyjazd Jagody. Patrzyła zamglonymi oczyma, jak kobieta mocowała się z zapięciem fotelika dziecięcego. Po chwili po trawniku ganiała, brykając jak mała kózka, dziewczynka z lichymi blond włosami, upiętymi w dwa cienkie kucyki. Matka krzyczała coś do dziecka, pewnie przestrogi, równocześnie grzebiąc przy jednej z kilku toreb, które spoczywały na tylnym siedzeniu samochodu.

Jaga widziała, jak pierś kobiety uniosła się i opadła w ciężkim westchnieniu, gdy zwróciła się w stronę chaty.

– Chodź, dziecko – wymamlała cicho, sepleniąc słowa przez bezzębne dziąsła. – Nie bój się domu. Nie bój się Jagi.

Jagoda tymczasem odwróciła się w stronę córeczki, przywołała ją izbliżyła do drzwi, niosąc dziewczynkę na rękach. Sprawiała wrażenie, jakby chciała się zasłonić przed czyhającymi niespodziankami dzieckiem. Zapukała cicho, tak cicho, że gdyby Jaga nie wiedziała, że ktoś stoi po drugiej stronie, pewnie by tego stukania w ogóle nie dosłyszała.

Otworzyła drzwi, które jak zawsze skrzypnęły wpierw ostro, rozdzierająco, by przejść w żałośnie cichutki wizg przy framudze. Spotkała się wzrokiem z Jagodą. Jagoda wyglądała, jakby wolała być wszędzie, byle nie tu. I tak z pewnością myślała, a Jaga się jej wcale, ale to wcale nie dziwiła.

– Dziecko. – Stara skłoniła się lekko, nie odrywając oczu od twarzy Jagody.

– Babko. – Kobieta ukłoniła się z szacunkiem, choć wargi miała niemal białe, nie wiadomo czy ze strachu, czy powstrzymywanej złości. – To moja córka, Aniela.

Stara wyciągnęła pomarszczoną dłoń ku dziecku, które wpatrywało się w nią z ciekawością. Dotknęła gładkiego czoła, pogłaskała mięciutkie włosy. Trwając tak chwilę, uśmiechała się do siebie, mrużąc oczy. W końcu opuściła dłoń, odsunęła się nieco w głąb sieni, by wpuścić gości do domu.

– Wejdźcie. Głowy tylko w progu pochylcie.

Jagoda przestąpiła przez próg z opuszczoną głową, pilnując, by jej dziecko także się ukłoniło. Ruszyły za babką do kuchni, w której pachniało ziołami i ciepłym mlekiem. Usiadły wokół okrągłego stołu, wyheblowanego z jednego kawałka dębu. Porządny stół, stary mebel pamiętający zamierzchłe czasy, kiedy nikt we wsi nie miał prądu. Jagoda usadziła córkę na kolanach, starając się nie patrzeć w oczy starej kobiecie, która z kolei świdrowała ją wzrokiem bez skrępowania. Jagoda nie miała żalu, po prawdzie nie spodziewała się niczego innego. Co więcej, oczekiwała znacznie zimniejszego przywitania.

– Mów, dziecko. Dawno cię nie było.

– Babko. – Jagoda z trudem przełknęła ślinę, miała ściśnięte, wyschnięte gardło. – Babko, proszę o pomoc. Moje życie… niczego już nie mam. Tylko to dziecko na kolanach i oddech w piersi. Straciłam męża, pracę, mieszkanie, pieniądze. Nic mi nie zostało. Nie mam się gdzie podziać.

Jaga siedziała po przeciwnej stronie stołu niewzruszona. Mrugała wyblakłymi oczami. Nie odzywała się tak długo, że Jagoda straciła nadzieję, że cokolwiek usłyszy. Wtem jednak Jaga wstała od stołu, wstawiła obity czajnik na płytę pieca. Nie pytając o nic, otwarła szafkę kuchenną, wyjęła puszkę po kawie, z której wysypała do trzech kubków suszone zioła. Postawiła kubki na stole, usiadła na powrót. W kuchni słychać było jedynie trzask ognia pod piecem oraz grzechotanie srok w ogrodzie. Jagoda mimowolnie zauważyła, że przydałoby się uszczelnić szyby nowym kitem, stary bowiem skruszał.

– Dziecko, mówisz, że wszystko straciłaś, a ty masz wszystko. Masz oddech w piersi i dziecko na kolanach. Co ci więcej potrzeba, żeby odzyskać życie? Jak myślisz, co możesz dostać ode mnie, co ci pomoże?

Jagoda spojrzała na babkę, a w jej oczach widniała mieszanina desperacji i rozpaczy. Wiedziała, że rozmowa nie będzie łatwa, przygotowywała się do niej długo, ale nie zmieniło to niczego. Czuła się okropnie. Maluczka, nic nie warta, jak żebraczka, jak ochłap rzucony psu.

– Babko, nie mam gdzie mieszkać. Nie mogę wychować córki bez domu.

–Ten dawno temu. Pamiętam, jakimi słowami się z nim żegnałaś. Nie myśl, że zapomniałam.

– Nie myślę. Wiem, co wtedy mówiłam. Ale teraz jest inaczej, teraz nie mam wyjścia. Mój Andrzej… on…

– Nie żyje, a z nim umarła część ciebie. Wiem, dziecko. Jesteś inną niż wtedy. Jesteś słaba, pożałowania godna.

Jagoda skuliła się, jakby trzaśnięto ją nahajem na gołe plecy. Mocniej przytuliła się do córki, która zupełnie jak nie ona nie odezwała się ani słowem, odkąd tylko weszła do domu. Aniela wpatrywała się w babkę z całą powagą pięcioletniego majestatu.

– Ja ciebie, dziecko, szanowałam tylko raz. Kiedy się stąd zabrałaś, pełna gniewu i planów. Wtedy wiedziałaś, kim jesteś, czego chcesz. Nic cię nie mogło zatrzymać. Wtedy byłaś taka młoda, a taka silna. A teraz? Lat ci przybyło, ale siły nie masz i przykro się na ciebie patrzy. Takimi mnie przy naszym pożegnaniu mocnymi słowami częstowałaś, że czułam jednocześnie wściekłość i dumę. A teraz mi się nad tobą nawet litować nie chce. Ale pomogę.

– Dziękuję, babko. Dziękuję…

– Pomogę ze względu na małą – przerwała bezobcesowo Jaga. – Idź do samochodu, przynieść rzeczy. Twój stary pokój jest wciąż tam, gdzie był. Jak wrócisz, napijemy się ziół i opowiesz mi więcej.

* * *

Aniela bawiła się w ogrodzie, oczarowana ilością przyrody, która ją otaczała. Dziewczynka urodziła się w mieście, gdzie zaglądało się sąsiadom do okien, a niewielkie skwery zieleni okupowały dzikie tabuny ludzi. Nigdy dotąd nie widziała tak wielu drzew, nie wąchała tylu kwiatów. Nie miała okazji poczuć pierwotnie nabożnego lęku na widok starożytnego boru. Lęku, jakiego nie potrafiła ogarnąć dziecięcym rozumem, a mimo to miała świadomość jego istnienia.

Tymczasem matka z babką siedziały na kamiennym stopniu przed domem wśród falujących malw i milczały. Jagoda nie chciała wracać w rodzinne strony do jedynej rodziny, jaka jej pozostała, a która przerażała ją bardziej niż ktokolwiek inny na świecie. Bała się jednak bezdomności o wiele bardziej. Lękała się również o przyszłość córki, więc nie mogła sobie pozwolić na luksus unoszenia się dumą. Kiedy nabrała pewności, że sama nie dałaby sobie rady, spakowała niezbędne rzeczy i wyruszyła z Anielką w daleką podróż. Przejechały niemal całą Polskę, by dojechać do domu. Jagoda bowiem wyprowadziła się tak daleko od Swarożyc, jak to możliwe. W czasach buntu, odwagi i samodzielności, kiedy nie musiała się nikim opiekować, uciekła z domu, byle dalej. Wracając, czuła rosnący ciężar na sercu, który robił się coraz trudniejszy do udźwignięcia wraz z każdym przebytym kilometrem.

Jaga zaś sprawiała wrażenie, jak gdyby nie miała już nic więcej do powiedzenia. Zupełnie jakby wygadała się w kuchni, zarzuciła wnuczkę okrutnymi słowami, pocięła jej duszę, poszarpała samoocenę i to w zupełności wystarczyło. Trzymała w ręce soczyście czerwone jabłko, którego kawałki odkrajała kozikiem o drewnianej rączce. Każdy kęs żuła długo i zapamiętale, zmiękczając owoc dziąsłami. Ubrana w długą do ziemi, czarną spódnicę oraz wykrochmaloną koszulę obszytą w ludowe wzory, z twarzą poznaczoną gęstą siecią zmarszczek i krogulczym nosem wyglądała jak wiedźma z bajek. Siwe włosy, nadal lśniące i gęste, miała upięte w luźny kok na czubku głowy. Kilka kosmyków wydostało się spod spinek i opadało wzdłuż twarzy, powiewając na wietrze.

– Nie wiem, co mam zrobić. – Jagoda przerwała milczenie, którego nie potrafiła dłużej znieść.

– Żyć – odparła tyleż zdawkowo, co enigmatycznie babka.

– Babko, ja ciebie nie rozumiem. Dlaczego…

– Dlaczego jestem taka oschła? Dlaczego cię nie witam z otwartymi ramionami i sercem? – Jaga przeniosła spojrzenie zimnych, rozmytych oczu na wnuczkę, która aż zadrżała pod ich ciężarem. – Odtrąciłaś mnie i to, co chciałam ci dać. Odtrąciłaś boleśnie i dosadnie, dając do zrozumienia, że nie potrzeba ci w życiu zabobonu. Ja ci tego nigdy nie zapomniałam i nigdy nie zapomnę. Bo za wiele mnie twój wybryk mógł kosztować. Oj, zbyt drogo sobie za swobodę policzyłaś, dziewczyno.

– Babko…

– Nie zapomnę, ale ci pomogę. Ale nie ze względu na ciebie, jak już mówiłam.

Jagoda zamarła, gdy z jej piersi wydarł się cichy, pojedynczy szloch. Nie chciała płakać przy babce. Stłumiła, przytrzymała łzy. Z zaciśniętymi mocno ustami i oczami odczekała chwilę, by nabrać pewności, że będzie w stanie mówić.

– Dziękuję ci. Za siebie i za Anielę. Mam nadzieję, że uda nam się odbudować to, co kiedyś miałyśmy. Mam na myśli mnie i ciebie, babko.

– Zobaczymy, czy to możliwe. Sporo czasu upłynęło, wiele się zmieniło. Ty jesteś inna niż wtedy. Nie wierzysz w to, co kiedyś. Nie masz tych samych oczu, co dawniej. I ja jestem inna. Dla ciebie z pewnością.

Bezbarwne oczy Jagi powędrowały ku Anieli, usiłującej wspiąć się na niską, rozłożystą jabłoń. Jagoda poczuła, jak jej ciało pokrywa gęsia skórka.

* * *

Nocą strachy wychodzą z zakamarków, by szarpać zalęknionych ludzi za włosy. Tak mawiał dziadek Kornel, dawno temu, kiedy Jagoda miała tyle lat co Aniela. Pamiętała dziadka jak przez mgłę, bowiem umarł, nim miała okazję go dobrze poznać. Wiedziała jednak, że był ciepły, pogodny i lubił makabryczne baśnie dla dzieci. Pewnie nie zdawał sobie sprawy, że terroryzował wnuczkę swoimi historyjkami.

Jagoda siedziała na parapecie okna z nogami zwieszonymi na zewnątrz, gdzie przyjemnie chłodna mgła głaskała jej skórę. Pierwsza noc na nowym, pomyślała. Ciekawe, co się śniło Anielce?

Opar mgły sprawiał wrażenie, jakby chciał siłą wtargnąć do pokoju. Napierał na Jagodę, rozpychał się niematerialnymi mackami, wsuwał za parapet, by rozwiać w niepamięć w zetknięciu z cieplejszym powietrzem. Jagoda słuchała nocnego lasu, który miał wiele do powiedzenia, ale dawno zapomniała języka. Babka miała rację, nie miała już tych samych oczu ani uszu. Nie słuchała jak dawniej. Nie potrafiła, ponieważ nie chciała potrafić. Któregoś dnia powiedziała dość, wyparła nabytą wiedzę, a ta odeszła precz. Jagoda tak długo powtarzała, że nie wie, aż stało się to prawdą. Słyszała jedynie pohukiwanie sowy, szum słabego wiatru w koronach drzew i okazyjny wizg lisa. Nic z tego nie rozumiała.

Zrezygnowana, okręciła się na parapecie, opuściła stopy do środka pokoju. Zamknąwszy okno, podeszła do starego łóżka, które pamiętała z dzieciństwa. Aniela spała głęboko, z rozrzuconymi nóżkami i rączkami. Jagoda poprawiła koszulkę od piżamy, tak by zakryć córce brzuszek, po czym położyła się obok. Zawinęła zmarznięte stopy w kołdrę, objęła dziecko i zasnęła o wiele szybciej niż sądziła, że będzie to możliwe.

* * *

Obudziła się rano, nie wiedząc, gdzie się znajduje. Usiadła na łóżku, skołowana powiodła wzrokiem wokół. Zrazu przypomniała sobie wszystko.

Pokój, w którym mieszkała jako dziecko, nie zmienił się ani odrobinę. Meble nadgryzł ząb czasu, szpary i szczeliny pokrywała grubsza warstwa kurzu, ale reszta wyglądała dokładnie tak samo, jak zapamiętała. Jagoda od zawsze myślała o otoczeniu, w którym się wychowała jak o skansenie. Wszystko bowiem sprawiało wrażenie antycznego. Nie wiekowego a antycznego, jak gdyby stało w jednym miejscu dłużej niż niejedno drzewo w Radkowej Kępie.

Nagle Jagoda uprzytomniła sobie, że Aniela nie leżała z nią w łóżku. Nie czuła obok cudownego, ciepła dziecięcego ciała. Spanikowana wyskoczyła z pościeli i popędziła do kuchni. Zastała tam córeczkę w towarzystwie babki, siedzące naprzeciwko siebie, oddzielone długością stołu. Dziewczynka ledwo wystawała zza wysoko ustawionego blatu, pomimo tego, że Jaga posadziła ją na grubej książce.

Kiedy Jagoda weszła do kuchni, odniosła wrażenie, że przerwała coś istotnego. Babka z wolna zwróciła się w jej kierunku, zaś Anielka wyglądała na przestraszoną. Zsunęła się szybko z krzesła, strącając na podłogę książkę, na której siedziała, i podbiegła do mamy. Jagoda objęła małe, okrąglutkie plecy dziecka, czując, jak strach napełnią ją siłą wilczycy broniącej szczenięcia.

– Co jej robiłaś, babko? – spytała ostro. – Ładowałaś jej do głowy te same bzdury, co i mnie dawniej?

– Aniela wie i rozumie więcej od ciebie. Nawet wtedy, gdy sama wiele rozumiałaś i niejedno wiedziałaś.

– Co to ma znaczyć? Jak mam to rozumieć?

– Rozumuj sobie, jak chcesz. Albo spytaj dziecko. Jak będzie chciało, to ci opowie.

– Nie życzę sobie, żebyś się do niej zbliżała!

– To po co w takim razie tu przyjechałaś? – rzuciła z chytrym błyskiem w oku babka. – Nie masz w swoim pięknym Gdańsku żadnych przyjaciółek? Nikogo, gdzie mogłabyś się zatrzymać na jakiś czas, aby stanąć na nogi? Koniecznie musiałaś przyjechać aż do Swarożyc, do babki Jagi? Nikogo nie stało na świecie tylko znienawidzona Jaga?

Jagoda wpatrywała się w starą, dysząc ciężko z kipiącej wewnątrz złości. Nic jednak nie mówiła, bo nie chciała przyznać babce racji. A na kłótnie nie starczyłoby jej sił i słów.

– Tyś tu, dziecko, z nieprzymuszonej woli przyjechała. Wiesz przecież, kim jestem, jaka jestem i co robię. Wiedziałaś to, uciekając z domu i wiedziałaś, wracając. Twoja niepamięć niczego tu nie zmienia. Więc powiedz mi teraz, a szybko, czy zostajesz z dzieckiem, czy wyjeżdżacie?

* * *

Siedziała przed domem i wpatrywała się smętnie w ścianę Radkowej Kępy, gdzie gęsto rosły buki, olchy i czeremchy. Wspominała rzeczy, które dawno temu widywała na obrzeżach boru. Czasem wychodziły do ogrodu Jagi, niektóre śmielsze od innych. Bywały i takie, które pomieszkiwały w obejściu, ale je trzeba było specjalnie zaprosić, ugościć należycie. Rzeczy, na których zapomnienie poświęciła połowę życia, a które samoistnie zaczynały wyłaniać się z zakamarków pamięci.

Wspominała maj, dzień przed komunią świętą, gdy dziewczynki z wioski zbierały kwiatki na łąkach, by mieć piękny bukiecik dla Pana Boga, a ona szukała po ogrodzie dziadka Kornela, który umarł, ale babka mówiła, że poczuł się lepiej i należało go sprowadzić, aby nie stała mu się większa krzywda. Przypomniała sobie, że go znalazła na skraju sadu, wśród jabłoni i bzyczących pszczół. Jagoda zawsze kochała te owady, bowiem dawały słodki miód i wosk na świece. Od dziecka wiedziała, że bez ich pracy świat by upadł i nie byłoby co jeść. Jednak od dnia, w którym zobaczyła dziadka w otoczeniu brzęczącego roju, jej sympatia przepadła bez śladu.

Dziadek sprawiał wrażenie zagubionego, rozglądał się wokół, jakby niczego nie rozpoznawał. Jagoda pamiętała, że krępowała się podejść, ponieważ stał nagi. Ładny garnitur, w którym złożono go do grobu, gdzieś przepadł. Skóra luźno wisiała na wątłych mięśniach, marszczyła się fałdami. Lecz mimo to dziadek wyglądał szczuplej, niż kiedy Jagoda widziała go po raz ostatni. Wyglądał, jakby go nieco sprasowało, skutkiem czego urósł, ale również zwęził się w ramionach.

Szukała, ponieważ poprosiła ją o to babka Jaga. Mówiła, że spodziewała się go lada chwila i że na pewno będzie gdzieś w sadzie. Powiedziała też małej Jagodzie, żeby się nie bała, bo dziadek nic jej nie zrobi, chociaż mógł jej nie poznać. Może wydawać się inny, ale to ten sam dziadek Kornel. Jagoda uwierzyła babce, wtedy wierzyła jej we wszystko. Kochała ją, uczyła się od niej dużo więcej niż inne dzieci w szkole, do której czasem chadzała. Nie lubiła tego, uczenia się niepotrzebności, ale wpojono jej, że dziecko musi chodzić od czasu do czasu. Jagoda nie rozumiała po co, ale chadzała, ilekroć babka stwierdziła, że tak należało uczynić. Za każdym razem niosła kopertę, w której znajdował się specjalny list do pani dyrektorki. Babkę znano w Swarożycach i okolicy. Babki bano się wszędzie w Swarożycach i okolicy.Podeszła ostrożnie do dziadka, którego nie powinno być w sadzie, szturchnęła go w plecy. Skóra przypominała w dotyku suchą korę chorego drzewa. Dziewczynka musiała sprawdzić, czy na palcu nie został jej trocinowy pył. Cofnęła się zaraz, bowiem dziadek drgnął i zaczął się z wolna odwracać.

Dorosła Jagoda z drżeniem wynurzyła się na powierzchnię wspomnień. Jabłonie, przy których znalazła dziadka, nadal rosły tam, gdzie wtedy. Nad opadłymi na trawę owocami brzęczały pszczoły.

* * *

Mała Anielka nie rozumiała napięcia, które wyczuwała między mamą a starą panią, u której spały ostatniej nocy. Nie rozumiała, ale intuicyjnie wyczuwała, że nie wszystko jest w porządku, że mama i pani babcia dzieliły jakąś smutną historię. Taką, która powoduje, że dorośli nie umieją ze sobą rozmawiać w zgodzie. Aniela wiedziała, że starsza pani to jej prababka, tak bowiem powiedziała Jagoda. Świadomość pokrewieństwa niczego jednak nie zmieniała. Anielka nie wiedziała, jak należy się zachowywać w obliczu babek, ponieważ z żadną nie miała do czynienia. Tatuś nie miał rodziców, mamusia też nie. Wiedziała jedynie tyle, co zasłyszała z opowieści dzieci w przedszkolu, a one mówiły, że babcie są miłe, gotują dobre obiady, dają słodycze, gdy rodzice nie patrzą, i kupują prezenty, których nikt inny nie chce kupić. Aniela miała silne przeczucie, że Jaga nie miała w sobie zbyt wiele ze staruszek, o których mówiły dzieci w przedszkolu.

Rano przyszła do pokoju, w którym Aniela spała z mamą i długo patrzyła na dziewczynkę. Tak długo, aż mała w końcu otwarła oczy, wyczuwając przez sen, że jest obserwowana. Wtedy babka bez słów poprosiła ją, by poszła za nią. Dziewczynka wysunęła się spod gryzących koców, opuściła stopy na drewnianą podłogę wyłożoną wyleniałym dywanem i poczłapała za Jagą.

Weszły do przestronnej kuchni, której sufit roił się od pęków ziół. Usiadły naprzeciwko siebie, stara pomogła dziewczynce wgramolić się na wysokie krzesło z książką na siedzisku. Aniela nie miała pewności co do tego, co nastąpiło później. Siedziały dość długo, patrząc sobie w oczy. Żadna nie mrugała. Babka jak gdyby zniewoliła Anielę spojrzeniem dziwnych, mętnych oczu. Patrzyły na siebie, równocześnie oglądając obrazy wyświetlane w wyobraźni. Anielka nie rozumiała co takiego widziała, nie wiedziała, czym są postaci, zjawiska i cuda, jakie pokazywała jak Jaga. Czuła zarówno strach, jak i fascynację. Patrzyła tak długo, aż przyszła mama i zerwała więź. Aniela zerwała się z krzesła, podbiegła do mamy, by upewnić się, że ta wciąż istnieje i wciąż jest jej mamą.

* * *

Czas w domu babki meandrował leniwie jak ciemna woda w głębokim zakolu rzeki. Miało się wrażenie, że dni trwały znacznie dłużej niż powinny. Słońce wspinało się mozolnie, głaskało czubki wysokich buków i topól, barwiąc niebo pomarańczem. Tymczasem Jagoda nie spała już od godziny. Po niespokojnej nocy, pełnej dziwnych, ulotnych snów skapitulowała nad ranem i z kubkiem mocnej kawy przysiadła przed chatą.

Zanurzyła nogi w chłodnej od rosy trawie, kubek trzymała w dłoniach i wpatrywała się w mozolną wędrówkę słońca. Rozmyślała nad tym, co należało zrobić, aby zapewnić Anielce najlepsze możliwe warunki na wsi. Zastanawiała się nad tym, jaką pracę podjąć. Czy w okolicy znajdowało się przedszkole, do którego mogłaby posłać córeczkę. Nie chciała zostawiać małej samej z babką. Czuła przed starą irracjonalny, nabożny wręcz lęk. Nie bała się jej, było to raczej coś w rodzaju wrażenia maleńkości, jakie odczuwała w kościołach. Kiedy wchodziła do imponującego, pełnego surowego piękna wnętrza, automatycznie zaczynała mówić szeptem, stawała się bardziej świadoma ubioru. Z przygarbionymi plecami siadała w ławie, zerkając ukradkiem na wysoki, ginący w półmroku sufit. Coś podobnego czuła w stosunku do babki Jagi.

Zastanawiała się nad istotą tych odczuć. Nie pamiętała zbyt dobrze czasu, który spędziła w Swarożycach. Kiedy wysilała pamięć, wracały strzępy wspomnień, jak to o dziadku w ogrodzie. Nie mogła jednak przypomnieć sobie zwykłych chwil, takich jak zabawy z dziećmi, spacery po lesie czy nauka. Wiedziała, że chodziła od czasu do czasu do szkoły, ale nic więcej. Co do dziadka zaś, uznała po chwili, wziąwszy ostrożny łyk parującej kawy, że z pewnością coś jej się pomyliło. Prawdopodobnie poplątała koszmar ze wspomnieniem. Jak inaczej wytłumaczyć równie niedorzeczne zjawisko jak zmartwychwstanie staruszka?

Przez chwilę nie zaprzątała sobie więcej tym głowy, całkiem zadowolona z wyjaśnienia, na jakie wpadła. Zaraz jednak spochmurniała. Jeśli bowiem to był wyłącznie sen, dlaczego pamiętała go tak wyraźnie i z takimi szczegółami jak zapach opadłych, lekko nadgniłych owoców, wśród których pracowicie brzęczały pszczoły. Czy sny mogłby być równie wyraźnie?

Z zamyślenia wyrwał ją cichy trzask drzwi w chacie. Odwróciwszy się, złowiła przelotny ruch za oknem. Babka w kwiecistej koszuli nocnej szurała pantoflami na korkowej podeszwie w stronę kuchni. Jagoda odwróciła się ponownie w stronę lasu, upiła kolejny łyk kawy. Dziadek Kornel, pomyślała, co takiego się z nim stało? Ostatnie wspomnienie, jakie z nim miała, to to z ogrodu. Ale to tylko sen. Sfrustrowana westchnęła i wsparła dłoń na brodzie.

Tymczasem z kuchni dobiegł ostry wizg pary wodnej, przeciskającej się przez wysłużony gwizdek żeliwnego czajnika o ubitym dzióbku. Po chwili zaś na podwórko wyszła babka, niosąc przed sobą szklankę w wiklinowym koszyczku z uchem. W szklance kołysała się czarna jak smoła kawa. Widać było wirujące wciąż, opadające wolno ku dnie naczynia zmielone ziarna kawy. Babka piła wyłącznie tradycyjną polską plujkę, ciesząc się jej głębokim aromatem, który z czasem się pogłębiał. Usiadła ciężko obok wnuczki, poprawiła koszulę plątającą się wokół kostek.

– Źle spałaś – stwierdziła, nie spytała.

– Źle – przyznała Jagoda.

– Mam zioła, które możesz wypić przed snem. Pomogą.

Przez moment kobiety siedziały w milczeniu, popijając kawę. Słońce coraz śmielej wyzierało zza zasłony lasu.

– Jak sobie to wyobrażasz? – spytała w końcu Jaga, spoglądając na wnuczkę z ukosa. – Nasze wspólne tutaj życie?

Jagoda zastanowiła się chwilę, następnie powiedziała babce, nad czym dumała chwilę wcześniej. Stara nie sprawiała wrażenia, jakby wywód wnuczki szczególnie jej zaimponował.

– Czyli nie wiesz, co dalej. Przyjechałaś po tylu latach bez zapowiedzi, z dzieckiem, którego na oczy wcześniej nie widziałam, o którym nie wiedziałam nawet, że się urodziło, i co dalej?

– Babko, jeśli mam ci tu przeszkadzać, to wyjadę – odparła cicho Jagoda, czując w równej mierze złość, co bezsilność.

– Już ci powiedziałam przecież, że pomogę – warknęła niemal Jaga. – Nie rób z siebie zatem ofiary, bo mnie takie zachowanie drażni, a tobie nie przystoi. Wolałam cię jako ubliżającą mi buntowniczkę. Pytam o twoje plany przez wzgląd na dziecko.

– Muszę znaleźć pracę, to po pierwsze – odezwała się Jagoda po pełnej złości chwili. – Muszę stanąć na nogi, usamodzielnić się na powrót. Znaleźć mieszkanie. Przecież nie mogę tu z tobą mieszkać nie wiadomo jak długo. Obie wiemy, że to się nie sprawdzi. Mamy swoje rytuały, przyzwyczajenia, a poza tym…

– Oszczędź mi tej pokrętnej dyplomacji – przerwała niecierpliwie babka. – Jeśli o mnie chodzi, wcale nie musisz szukać ani tym bardziej znajdować pracy. Poradzimy sobie. Ale przez wzgląd na ciebie uważam, że dobrze ci zrobi, jeśli znajdziesz zajęcie. Pewnie już odwykłaś od życia na wsi i może ci się zacząć nudzić. A nuda rodzi głupie myśli i durne pomysły.

Jagoda nie skomentowała, wyczuwając w słowach babki zastawioną pułapkę. Nie wiedziała, do czego Jaga piła, niemniej nie zamierzała tego odkrywać. Nie tak wcześnie rano.

Ciężkie milczenie, które zawisło między kobietami, przerwało pojawienie się Anielki. Dziewczynka tarła zaspane oczy i, ziewając co chwila, poprosiła o coś pysznego na śniadanie. Nim Jagoda zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, babka z zadziwiającą w jej wieku werwą zerwała się na nogi i, objąwszy prawnuczkę, obiecała jej naleśniki.

Mała zapiszczała radośnie, po czym chichocząc popędziła do kuchni. Wyraźnie nie mogła doczekać się obiecanego przysmaku. Jagoda tymczasem, ze wzrokiem ponownie utkwionym w ścianie lasu, wróciła do medytacji. Dumała zarówno nad aktualną zjadliwością babki, jak i tymi strzępkami wspomnień, które posiadała. Zwłaszcza to dotyczące dziadka Kornela nie dawało jej spokoju.

* * *

Ku rosnącemu niepokojowi Jagody babka i Aniela stawały się sobie coraz bliższe. Spędzały razem sporo czasu w ogrodzie, gdzie dziewczynka pomagała staruszce przycinać krzewy, pielić nieliczne grządki, wyrywać chwasty. Nie trzeba głębokich analiz, by zauważyć, że mała czerpała nielichą radość z obcowania z naturą. Babka zaś, z reguły ponuro usposobiona, w pobliżu wnuczki ożywiała się wyraźnie i cieszyła z obecności wnuczki. Jedyną osobą niezadowoloną z podobnego stanu była Jagoda, która nie potrafiła opędzić się od złych myśli oraz przeczuć.

Któregoś dnia babka oznajmiła, że zabiera Anielkę do wsi po sprawunki. Uznała bowiem, że czas, aby dziewczynka zaznajomiła się co nieco z okolicą i mieszkańcami. Jagoda, która w pierwszej chwili chciała zaoponować, zrejterowała po krótkim namyśle i wróciła do książki, którą właśnie czytała. Kiedy tylko babka wraz z Anielą wyszły, Jagoda zamyśliła się głęboko. Nadal wodziła wzrokiem po stronach, jednak nie rejestrowała treści. Chciała zrozumieć, dlaczego instynkt podpowiadał jej, że pozostawianie córki samej z Jagą to coś złego, budzącego strach.

Babka, zupełnie nie bacząc na troski oraz niepokoje Jagody, maszerowała z prawnuczką uczepioną jej spódnicy w kierunku centrum wsi. Nazwanie skoncentrowanej zabudowy raptem kilkudziesięciu domów, jednego sklepu wielobranżowego oraz maleńkiego gmachu szkoły podstawowej centrum czegokolwiek stanowiło zagranie nieco na wyrost.

Swarożyce choć niewielkie przedstawiały sobą widok wcale uroczy i nader schludny. Wioskę z każdej strony otaczał gęsty bór, stanowiący jak gdyby mur odgradzający sioło od reszty świata. Maleńki skwerek w centrum, o którym mieszkańcy pieszczotliwie mówili jako o rynku, usiany był rabatkami bratków, nasturcji, begonii i niecierpków, a w samym środku pyszniła się spora, poskręcana starością jabłoń. Lokalna legenda głosiła, że na jej miejscu stała niegdyś pogańska kątyna, w której miało dojść do zaślubin śmiertelniczki z Perunem. Według legendy z ich związku zrodzić miał się wielki bohater, Sławosz, który z kolei stanowił mityczny pień rodu, z którego wywodzili się sami Piastowie.

Babka wraz z rozglądającą się ciekawie Anielką weszły do sklepu. Wśród regałów zapchanych towarami wszelakiej maści i przeznaczenia krążył wysoki i szczupły, nie licząc zaokrąglonego brzuszka opinającego przód koszulki, mężczyzna. Dokładał towar z wózka, przekładając starsze produkty do przodu. Słysząc otwierane drzwi, odwrócił się, by przywitać klientki. Kiedy jednak jego wzrok padł na babkę, twarz na moment mu stężała. Odłożył prędko paczkę cukru trzcinowego do koszyka, podbiegł do Jagi.

– Witajcie, matko. – Wziął w dłonie wysuszoną, pomarszczoną dłoń babki, pochylił się z szacunkiem. – Co wam dzisiaj potrzeba?

– Ciasto bym upiekła – odrzekła babka miękko, poklepując sklepikarza po rękach. – Daj mi proszę mąki, jajek i proszku do pieczenia. Zajdź pod wieczór, to dam ci kawałek jabłecznika. A, i dobrego kompotu ostatnio ugotowałam. Został mi słoik, jeśli będziesz miał chęć.

– Na wasz kompot i ciasto, matko, nawet i bez ochoty. – Mężczyzna pospieszył w kierunku odpowiednich regałów, by przynieść produkty, których zażyczyła sobie babka.

Postawił wszystko na ladzie, a następnie rzucił przelotnie wzrokiem na Anielkę. Dziewczynka wpatrywała się w niego orzechowymi oczami, starając się odgadnąć dziwne zachowanie mężczyzny. Nie miała co prawda zbyt wiele doświadczenia z obsługą sklepową, wiedziała jednak, że zachowanie, które przejawiał ten konkretny sklepikarz, nie było do końca normalne w jego fachu. Biła od niego służalczość oraz uniżoność, z jaką Anielka nigdy dotąd nie spotkała się u dorosłego. Babka z kolei sprawiała wrażenie radosnej i beztroskiej, czego Aniela nie miała okazji do tej pory uświadczyć. Większość czasu bowiem warczała na Jagodę, do której miała jakieś zażyłe urazy.

– Miły z ciebie chłopiec – zaszczebiotała stara, uśmiechając się niemal bezzębnym uśmiechem, co robiło zarówno makabryczne, jak i komiczne wrażenie. – Twój ojciec też się grzecznie zachowywał. Oj, lubiłam twojego ojca. Zawsze się przywitał, ukłonił, o zdrowie zapytał. Nie to, co twój dziadek, jak mu tam?

– Antoni – dopowiedział momentalnie sklepikarz, krzywiąc się nieznacznie, nie wiadomo czy na wspomnienie o dziadku, czy też przez wzgląd na krytyczny ton babki.

– Antoni, rzeczywiście. Ten to krwi niejednemu napsuł. Ciekawość, że z jego krwi twój ojciec i ty żeście są, a zupełnie różni. Oj, nie wiadomo, co też życie ma w zanadrzu, nie wiadomo.

– Nie wiadomo, matko – zgodził się mężczyzna.

– No, Michałku, zapytaj wreszcie o to, co cię dręczy, odkąd żem do ciebie zaszła. Zapytaj, bo widzę przecież, że ciekawość mało cię nie rozerwie.

Mężczyzna wyprostował się nagle, przygładził nieco wymięty podkoszulek z grafiką wyobrażającą mackowate monstrum wyłaniające się ze spienionych zielono bałwanów morskich. Spojrzeniem rozgorączkowanych nagle oczu omiótł Anielkę, następnie przeniósł je na babkę, która najwyraźniej świadoma wszystkiego, co się działo, uśmiechała się kącikiem ust.

– Nie chcę być wścibski, matko, ale ta dziewczynka… – zająknął się nagle, stracił rezon, a spojrzenie mu przygasło. – Ona jest cała Jagoda, jakby skórę, za przeproszeniem, z niej zdjęli.

– No, wyduśże wreszcie!

– Jagoda przyjechała do wsi? Po tylu latach?

Babka długo wpatrywała się w Michała, który zdawał się kurczyć pod jej spojrzeniem. Pomimo tego, iż sporo od staruszki wyższy, zdawało się, że aura, która otaczała Jagę, redukowała go do rozmiarów chłopca niewiele starszego niż Anielka. Ta zaś pomna, że chwilowo nikt się nią nie interesował, wędrowała po sklepie, zaglądając we wszystkie kąty i zdejmując z półek interesujące ją artykuły. Przede wszystkim słodycze.

– Przyjechała – odparła wreszcie babka, z trudem tłumiąc cisnący się jej na usta uśmiech. – Przyjechała, a jakże. W swoim stylu, bez zapowiedzi, znienacka. I z dzieckiem, jak widzisz. Oj, wiem, co tobie po głowie, Michasiu chodzi. Wiem przecież i pamiętam, jakżeście razem…

– Matko! – wykrzyknął sklepikarz ze zgrozą. – Przepraszam, nie chciałem na was podnosić głosu, ale tamto… Wciąż jest… Nadal nie potrafię – dokończył koślawo.

– Tyle czasu minęło – wymruczała pod nosem staruszka, świdrując Michała. – Coś podobnego.

Nagle, jak gdyby podjęła jakąś decyzję, klasnęła w dłonie tak głośno, że mężczyzna aż podskoczył, a Aniela upuściła na podłogę naręcze czekolad.

– Upiekę dzisiaj ciasto – zawołała radośnie. – Z dzikimi malinami i borówką. Pal licho jabłecznik. Ciasto będzie z kruszonką, więc daj mnie jeszcze, kochany, kostkę masła. Naszykuj też miodu ze dwie butelki. Mnie jakoś nigdy nie chciał fermentować jak należy, więc dawno już przestałam próbować. Ale smak pozostał. Od czasu do czasu napić się lubię. A dzisiaj będzie okazja – dodała z tajemniczym błyskiem w oku.

Michał przyniósł zarówno masło, jak i dwie butelki miodu pitnego, złożył obok wcześniej przyniesionych sprawunków. Wyraźnie nie bardzo pojmował, skąd u babki nagły entuzjazm i ożywienie, ale nie zająknął się słowem sprzeciwu.

– Tak, upiekę dzisiaj ciasto i zjemy je, popijając dwójniaczkiem. A ty, Michałku, przyjdziesz i zjesz z nami ciasto oraz napijesz się miodu.

– Ja? Dzisiaj nie mogę. Matko, mam dzisiaj ważne… sprawy załatwić muszę.

– Przyjedziesz dzisiaj na ciasto i miód – powtórzyła babka z naciskiem. – Ważne sprawy przełożysz. Chyba nie chcesz mi sprawić przykrości, co? A sprawisz, jeśli się dzisiaj wieczorem nie zjawisz.

– Nie, matko. – Mężczyzna spuścił wzrok. – Nie sprawię, ale mnie wstyd jest trochę. Przed Jagodą.

– A cóż ona, nimfa wodna tryskająca urodą, żebyś się musiał przed nią wstydzić? Niczego ci nie brakuje, tylko włóż na siebie coś bardziej stosownego. – Wskazała na koszulkę, która bardziej przystawała nastolatkowi niż mężczyźnie po trzydziestce.

Michał zaczerwienił się nieznacznie, po czym spakował zakupy babki do torby. Staruszka wyjęła wysłużony pularys, położyła odliczoną należność na ladę, wpierw uwzględniwszy w rachunku jedną tabliczkę czekolady z całej masy przyniesionych przez Anielę. Następnie rzuciła sklepikarzowi ostatnie, znaczące spojrzenie i wyszła ze sklepu, prowadząc dziecko za rękę.

* * *

Odkąd tylko babka wróciła z wyprawy do sklepu, tryskała niepokojąco dobrym humorem. W domu wkrótce zaczęło pachnieć ciastem, które babka przygotowała z asystą Anielki. Prawdę mówiąc dziewczynka narobiła więcej szkody niż faktycznie pomogła, niemniej w niczym nie umniejszyło to radości, którą przeżywała, lepiąc w paluszkach grudki kruszonki z masła, mąki i cukru.

Jagoda w końcu nie wytrzymała atmosfery świąt Bożego Narodzenia rodem z amerykańskiego filmu familijnego i skonfrontowała się z Jagą.

– Babko, kto taki przychodzi w odwiedziny? Jesteś cała w skowronkach, że aż mnie ciarki przechodzą.

– Adorator – odparła staruszka z tajemniczym błyskiem w oku.

– Ado… adorator. Do ciebie?

– Oj, dziewczyno, dziewczyno. – Pokręciła głową Jaga. – Mam tylko jednego adoratora. Zawsze tylko tego jednego.

– W takim razie nie rozumiem.

– Wkrótce zrozumiesz – ucięła dalszą dyskusję babka, następnie całą uwagę poświęciła instruowaniu Anielki, jak najlepiej rozłożyć maliny i borówki, aby kołderka z kruszonki idealnie je pokryła.

Wreszcie nadszedł wieczór, a wraz z nim tajemniczy, zapowiedziany adorator, którym okazał się być nieco pokraczny mężczyzna o nerwowych, rozbieganych oczach i wystającym brzuszku, który usiłował maskować luźną, wypuszczoną ze spodni koszulą. Nadszedł od strony wsi, niosąc naręcze polnych kwiatów oraz jutową torbę, którą przewiesił przez ramię. Z torby dolatywał brzęk butelek akompaniujący każdemu krokowi mężczyzny. Wyłonił się zza domu i zbliżył do wystawionego na ogród stołu, przy którym siedziała już dwójka kobiet wraz z dziewczynką. Wszystkie trzy podniosły na niego wzrok, a u każdej dostrzec można było co innego w spojrzeniu, jakim obrzuciły Michała.

– Jesteś, Michałku – ucieszyła się babka, wstając od stołu, by przywitać gościa. – Daj no tę torbę, wypakujemy. Miodu przyniosłeś? Przecieżem u ciebie rano kupiła dwie butelki. No, trudno, niech będzie. Jakoś sobie poradzimy. Anielko, chodź no z babcią do kuchni. Przyniesiemy ciasta, które upiekłaś.

Dziewczynka rozpromieniona zeskoczyła z krzesła i pognała za kulającą się w stronę domu babką. Jagoda została sama z przybyszem, który nerwowo poprawiał koszulę i za wszelką cenę starał się nie patrzeć na siedzącą za stołem. Było w nim coś znajomego. Coś, co przywodziło na myśl minione życie, którego fragmenty wciąż nie chciały złożyć się w logiczną całość. Nagle, szybko jak refleks słońca na wodzie, zobaczyła migawkę wspomnienia. Las skąpany w złocieniu, ochrze i brązie. Rzęsisty deszcz tłukący w mętne kałuże, spływający po uginających się od ciężaru liściach. Zapach rozmokniętej ziemi. Dwójka dzieci, chłopiec i dziewczynka, biegnący polną dróżką, rozchlapujący głębokie kałuże burymi kaloszami. Śmieją się radośnie, starając ochlapać nawzajem błotnistą wodą. Chłopiec, choć nie przyznałby tego za żadne skarby, chlapie dziewczynkę znacznie oszczędniej, pozwala natomiast moczyć siebie, ile jego towarzyszka zapragnie.

Zobaczyła tego samego chłopca, nieznacznie starszego, gdy siedział pod Sekretnym Drzewem, jak nazywali rozszczepiony grab rosnący tuż na obrzeżach wsi. Drzewo sprawiało wrażenie drogowskazu leśnego. Chłopiec siedział w kucki, częściowo schowany w pęknięciu, które sięgało od samych korzeni aż do połowy wysokiego pnia. Obejmował podkurczone nogi ramionami, którymi wstrząsał gwałtowny szloch. Tamtego dnia zginęła matka chłopca, wracając z towarem kupionym w Raciborzu. Sunęła niespiesznie żukiem z przyczepą omotaną furkoczącą na wietrze plandeką, gdy na jezdnię prosto z lasu wypadł dzik. Wielka samura o ciemnej szczecinie z wyraźnie zaznaczonym garbem. Matka chłopca musiała wykonać gwałtowny manewr kierownicą, bowiem samochód znaleziono roztrzaskany na przydrożnym drzewie. Obok furgonetki leżało zmasakrowane truchło lochy, wokół której kręciły się trzy warchlaki, trącające matkę ryjkami.

Jagoda zobaczyła jeszcze jedno wspomnienie. Wstydliwe, takie o jakim można było szeptem opowiedzieć przyjaciółce, najpierw wymuszając obietnicę, że nigdy nikomu nie powie. Wspomnienie w równej mierze krępujące, co przyjemne. Takie, od którego mimo upływu lat nadal mogło zrobić się ciepło. Odebrać na moment oddech.

Jagoda przyciągnęła wzrokiem oczy nerwowego gościa, wstała od stołu. Zbliżyła ostrożnie jak do płochliwej sarny. W pierwszym odruchu chciała wyciągnąć ręce i zarzucić je na szyję stojącemu naprzeciwko mężczyźnie. Pohamowała się jednak, zamiast tego wyciągnęła dłoń. W tym samym momencie zdała sobie sprawę z tego, jak niezręcznie to musiało wyglądać. Sytuację uratował Michał, który nie miał oporów przed zamknięciem dawnej przyjaciółki w uścisku. Jagoda z przyjemnością objęła szerokie plecy mężczyzny, wtuliła na moment policzek w jego pierś.

– Dobrze cię widzieć. – Michał odezwał się pierwszy, odsuwając się o krok. – Tyle lat minęło, a ty nadal… Dobrze cię widzieć.

– Ciebie też, Miśku. – Jagoda z przyjemnością zauważyła, że na dźwięk dawnej ksywki mężczyzna uśmiechnął się półgębkiem. – Nadal tu mieszkasz, widzę.

– Tak. Przejąłem po ojcu sklep.

– O, a tata jak się czuje?

– Nie żyje od pięciu lat – odparł krótko Michał.

Jagoda nagle poczuła, jak ogarnia ją smutek. Żal za lata straconej przyjaźni. Przyjaźni i w pewnej chwili czegoś więcej. Uciekłszy przed babką, przed tym, czego nie potrafiła sobie przypomnieć, opuściła także niewinną miłość dwojga młodych ludzi. Zostawiła ją, by zwiędła. Bez słowa pożegnania czy wyjaśnienia. Zrobiło się jej wstyd przed tym wysokim, dość przystojnym, choć nieco zaniedbanym mężczyzną, którego kiedyś, dawno temu znała. Z którym kilka wcieleń temu była bardzo blisko. A o którym obecnie wiedziała tak niewiele.

– Przykro mi, nie wiedziałam.

– Nie szkodzi. Skąd mogłaś wiedzieć?

Jagoda nie była pewna, ale zdało jej się, że w głosie Michała wyczuła wyrzut. Przez moment stali naprzeciw siebie w milczeniu i ponownie to on ocalił krępującą sytuację.

– Powiedz lepiej, co u ciebie? Co cię sprowadza na stare śmieci?

– To długa historia – odparła dziewczyna wymijająco.

Z jakiegoś powodu nie chciała zwierzać się Michałowi z ostatnich wydarzeń, które odmieniły jej życie. Nie wiedziała dokładnie dlaczego, ale czuła, że nie jest gotowa zwierzać się zapomnianemu przyjacielowi z czegoś równie traumatycznego i osobistego jak śmierć męża. Na dobrą sprawę nie przepracowała tego sama ze samą. Podobnie jak nagłej, przerażającej fali złych wydarzeń postępujących po sobie w zastraszającym tempie. Po tym, gdy Andrzej zmarł, Jagoda straciła pracę, znajomych, następnie mieszkanie i wreszcie sporą część oszczędności.

Teraz, gdy znalazła schronienie oraz wsparcie cokolwiek opryskliwej babki, mogła poświęcić nieco więcej uwagi wydarzeniom ostatnich miesięcy. Stopniowo pozwolić sobie na żałobę po mężu. Przerażało ją jak łatwo można stracić wszystko. Jak niewiele brakowało, by została bezdomną. Martwiło ją także, że jedyna osoba, do której mogła zgłosić się po pomoc i jedyna, która tej pomocy udzieliła, najwyraźniej nie darzyła jej sympatią. Taka niezdrowa zależność, pełna niewypowiedzianych wyrzutów oraz wypartych wspomnień sprawiała, że Jagoda miała ochotę ukryć się pod kocem i nie wyglądać już na zewnątrz. Jak dziecko, które wierzy w magiczne właściwości okrycia, chroniącego przed koszmarami i strachami czającymi się w ciemnych zakamarkach.

Z krępującej ciszy, która nastała, wybawiła ich Anielka, która przepełniona dumą, wyniosła na stół talerz zapełniony kawałkami ciasta. Oznajmiła wszem i wobec, że upiekła je niemal całkiem sama z drobną tylko pomocą babki. Jaga, która wyszła z chaty tuż za dziewczynką, ściskając w ramionach butelkę miodu, kilka glinianych czarek oraz słoik kompotu wiśniowo-agrestowego uśmiechała się pod nosem.

Ciasto, zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami oraz oczekiwaniami, jakie względem niego miał Michał, okazało się być rzeczywiście wyśmienite. Miód, choć sklepowy, doskonale kontrapunktował, ale i dopełniał słodyczy wypieku, dodatkowo wzmagając apetyt. Po kilku czarkach towarzystwo rozluźniło się wyraźnie, nabrało rumianych kolorów i rubaszności. Anielka, popijając przyjemnie kwaśny kompot, obserwowała z zainteresowaniem coraz śmielej żartujących dorosłych.

Pierwsze skrzypce w dworowaniu ku niezmiernemu zdziwieniu Jagody grała babka. Nie można było jednak zrzucić całej tej tajemniczej wesołości na karb miodu, bowiem staruszka otwarła wieczór, znajdując się w pysznym humorze. Jagoda nie poznawała babki, której nigdy nie widziała w roli dobrodusznej, wiejskiej gospodyni. Tymczasem Jaga sypała żarcikami, opowiadała anegdotki, których dowcipności nie powstydziłby się niejeden komik estradowy, a nade wszystko zachowywała się swobodnie. Wyparowało gdzieś napięcie, które towarzyszyło jej relacji z Jagodą od chwili, gdy dziewczyna wróciła do Swarożyc.

Wieczór przeminął zatem równie szybko, co przyjemnie. Zwiastunem jego końca stała się przysypiająca za stołem Anielka. Jagoda wstała, by przenieść córeczkę do domu, jednak ubiegła ją Jaga.

– Ja ją ułożę spać, a ty odprowadź Michała do drogi.

– Dziękuję wam, matko – pożegnał się Michał, nieco przeciągając słowa. – Było mi bardzo przyjemnie.

– Zachodź, kochany, częściej – rzuciła babka, biorąc z zadziwiającą lekkością dziecko na ręce.

Kiedy Jagoda z Michałem zostali sami, beztroska atmosfera gdzieś przepadła. Uśmiechy zastygłe na ustach przygasły, a oczy uciekały w bok. Ruszyli bez słowa w kierunku żwirowanej drogi, wiodącej z chaty babki do centrum wsi. Gdy dotarli do umownej furtki w rozklekotanym płocie pokrytym łuszczącą się farbą, nadal nie zamienili ze sobą ani słowa. Czuli napięcie, którego źródła nie do końca rozumieli. Obojgu doskwierało uczucie déjà vu. Zupełnie jakby znów byli nieśmiałymi nastolatkami, zbyt przerażonymi tym, co czuli i co chcieli zrobić, by zdecydować się na wykonanie pierwszego kroku.

– Cieszę się, że przyszedłeś – wydusiła w końcu Jagoda, zaciskając bezwiednie pięści. Czy to z wysiłku, jaki włożyła w wypowiedzenie tych słów, czy złości, że tak trudno było je powiedzieć. – Miło, że mogliśmy się zobaczyć. I mam nadzieję, że to nie ostatni raz.

– Ja też – bąknął Michał, tytanicznym wysiłkiem zmuszając się do spojrzenia Jagodzie w oczy.

I wtedy coś jakby między nimi pękło. Poczuli, jak oplatające ich pęta nieco zelżały. Nie puściły całkiem, ale nieco mniej gniotły, przeszkadzały. Zupełnie naturalne wydało im się przytulenie na pożegnanie. Nieco zbyt mocno i zbyt długo, by ten gest miał powiedzieć zwykłe do zobaczenia. A kiedy w końcu oderwali się od siebie, ich policzki otarły się z elektryzującą mocą. Niemal odskoczyli, wystraszeni nagłym, niezrozumiałym przepływem emocjonalnego prądu. Jagoda poczuła, jak na ramiona wystąpiła jej gęsia skórka. Spłoszona zachichotała nerwowo, a następnie wspięła się na palce, by sięgnąć ustami porośniętego twardą szczeciną kilkudniowego zarostu policzka Michała.

– Do zobaczenia – wyszeptała mu do ucha, a w szepcie tym zawarta została jakaś obietnica, której sama nie rozumiała.

Następnie odwróciła się na pięcie i niemal czmychnęła z powrotem do chaty. Michał stał przez chwilę, śledząc jej ruchy, nim odwrócił się i powoli, zataczając się odrobinę, ruszył do domu.

* * *

Będąc o kilka kroków od chaty, przystanęła nagle, wytężyła wzrok usiłując przebić rozlewającą się po okolicy ciemność. Na skraju lasu, wśród gęstych cieni rzucanych przez drzewa, widziała dwie postaci pogrążone w rozmowie. Jedna niska i przysadzista, druga z kolei nienaturalnie wręcz wysoka i szczupła o niebywale szerokich ramionach. Nie rozmiary jednak drugiej sylwetki robiły wrażenie, a coś, co zdobiło jej głowę. W nikłym świetle, a także ze względu na dość znaczną odległość, ciężko było stwierdzić, jednak Jagoda nie mogła pozbyć się wrażenia, że patrzyła na kogoś, kto nosił na głowie futrzaną czapkę ozdobioną porożem.

Nie mogła oderwać oczu od tajemniczej pary. Nie robili niczego nadzwyczajnego, ot stali naprzeciwko siebie, a mimo to było w ich postawie, a także ukradkowych, subtelnych gestach, coś nienazwanego.

W momencie, gdy wysoka postać, będąca niewątpliwie mężczyzną, pochyliła się nad przysadzistą kobietą, by objąć ją i pocałować, Jagoda odwróciła wzrok. Nagle zawstydziła się własnej ciekawości. Mimo to rzuciła ostatnie spojrzenie w stronę ciemnej ściany Radkowej Kępy i zobaczyła jeszcze jak kochankowie, nadal spleceni w uścisku, weszli między drzewa.

* * *

Następnego dnia Jagoda wyszła z łóżka, czując w głowie nieprzyjemne pulsowanie, a w ustach kwaśne wspomnienie miodu. Przekradła się przez skrzypiącą podłogę, uważając, by nie obudzić śpiącej Anielki. Weszła do kuchni i ze zdziwieniem zauważyła, że babki najwyraźniej nie było w domu. Z reguły staruszka niezależnie od tego, jak wcześniej Jagoda by nie wstała, siedziała już w kuchni, zajęta różnego rodzaju robótkami czy innymi drobnostkami. Tymczasem drzwi do jej pokoju były lekko uchylone, ze środka nie dolatywały żadne odgłosy. Czajnik stał zimny na piecu, na blacie leżały talerzyki, sztućce i butelki po wczorajszym przyjęciu.

Jagoda, czując mocniejsze uderzenia serca, przyskoczyła do sypialni babki, spodziewając się zastać ją leżącą z rozwartymi w zastygłej grozie ustami. W pokoju nie zastała jednak nikogo. Ani żywego, ani tym bardziej martwego. Nieco uspokojona, choć nadal zaniepokojona nieobecnością Jagi, wstawiła wodę, nasypała kawy do kubka. Czekając, aż czajnik zagwiżdże, wpatrywała się w las rozciągający się pozornie w nieskończoność za oknem. Wspominała przytulających się na jego skraju ludzi, których widziała wczorajszego wieczora. Wysokiego mężczyznę o dziwnym nakryciu głowy oraz niską, krępą kobietę.

Czajnik zawył przeciągle, Jagoda machinalnie zdjęła go z pieca, wlała wrzątek prosto na zmielone ziarna. Nie odrywała przez cały ten czas oczu do Radkowej Kępy. Niska, przysadzista kobieta. Czy to możliwe, aby widziała babkę na potajemnej schadzce?

* * *

Nadszedł wieczór, gdy Jaga wróciła do domu. Włosy, które spływały jej na plecy swobodnie srebrzystą grzywą, przyozdabiał skromny, dość prymitywnie wykonany wianek z młodych, zielonych gałązek. Weszła do chaty, nucąc pod nosem i bez słowa wyjaśnienia przeszła obok oniemiałej Jagody. Dziewczyna spędziła większość dnia, niepokojąc się o babkę, toteż jej nagłe pojawienie się sprawiło, że poczuła zarówno ulgę, jak i irytację.

– Babko, gdzie znikłaś na tak długi czas? – spytała surowym tonem, który miała zarezerwowany dla Anielki, gdy ta przeskrobała coś wyjątkowo mocno. – Nie było cię w domu na noc.

– Ano, nie – przyznała obojętnie Jaga, nabierając kopiastą łyżeczkę suszu morwy, który następnie wsypała do wyszczerbionego kubka. – Wstaw, proszę, czajnik.

– Nie masz mi nic do powiedzenia?

– Czy ty się aby, dziecko, nie zapominasz? To ty jesteś u mnie gościem, nie na odwrót. Nie muszę ci się z niczego tłumaczyć.

Jagoda straciła nieco na animuszu, jednak nie zamierzała równie łatwo odpuścić. Była zła i rozdrażniona i zamierzała dać temu upust.

– Zgadza się, ale gdy moja wiekowa babka szlaja się po lesie w towarzystwie jakiegoś dziwoląga z rogami, mam chyba prawo czuć niepokój, prawda?

Staruszka spojrzała na wnuczkę, a jej wzrok pozostał nieodgadniony.

– I co? – syknęła Jagoda, czując, jak wzbiera w niej złość – Chcesz mi coś powiedzieć? Z kim ta schadzka? I dlaczego w sekrecie? Mam się bać o siebie i Anielę? Widujesz się z kimś niebezpiecznym?

– To z kim się widuję, w jakich okolicznościach i miejscu nie dotyczy ciebie w żadnym stopniu – odparła lodowato babka. – Jeśli robię to ukradkiem, to znaczy, że mam po temu powody. Nie wstydzę się niczego, wiem, że takie coś przemknęło ci przez myśl. Tyle ci powinno wystarczyć.

– Ale nie wystarczy! – Jagoda niema tupnęła ze złości.

Babka obrzuciła ją na poły rozbawionym, na poły poirytowanym spojrzeniem.

– W takim razie nie jestem ci w stanie pomóc. Będziesz jakoś musiała znieść tę niewiedzę.

Jaga wyszła z kuchni do ogrodu, zostawiając wnuczkę samą. Ta z kolei miała ochotę rzucić się za babką, by kontynuować kłótnię. Wściekała się na to, że nie potrafiła ani zmusić babki do wyjawienia sekrecików, ani nawet sprowokować do bardziej emocjonalnej reakcji. Reakcji, której, nawiasem mówiąc, się spodziewała. Czułaby satysfakcję, wiedząc, że wytrąciła starą z równowagi. A tymczasem to ona straciła panowanie nad sobą.

Byłaby wypadła na zewnątrz, gdyby nie to, że do kuchni przyczłapała, masując się teatralnie po brzuchu. Dziewczynka bez słowa przytuliła się do nóg Jagody i zadarłszy głowę tak, by móc spojrzeć na matkę, oznajmiła, że jest potwornie, okropecznie, ale to niemożliwie wręcz głodna.

* * *

Następnego ranka, po śniadaniu Jagoda i Anielka dołączyły do wygrzewającej się we wczesnych promieniach słońca babki. Dziewczynka chciała wiedzieć, kiedy znów coś upieką. Babka uśmiechnęła się ciepło, po czym oznajmiła, że niebawem ponownie wybiorą się do sklepu po sprawunki i upieką ciasto. Tym razem czekoladowe ze śliwkami. Na wieść o tym Anielka aż podskoczyła, a następnie wygłosiła tyradę na cześć czekolady samej w sobie. Babka słuchała z sennym zadowoleniem. Tymczasem Jagoda starała się okazywać entuzjazm oraz zaangażowanie w radość córki, jednocześnie nie dając po sobie poznać, że w środku aż ją trzęsło od tłumionej złości, której w dalszym ciągu nie potrafiła stłumić.

Wreszcie Anielka opanowała się na tyle, by skończyć tyradę dotyczącą niewątpliwej przewagi czekolady mlecznej nad białą i pognała w głąb ogrodu, gdzie oddała się jednemu ze swych ulubionych zajęć. Wspinaniu. Nigdy dotąd nie miała okazji, by wdrapywać się na drzewa, a jako że w ogrodzie babki pełno rosło jabłoni, wiśni, orzechów, topól, a nawet jeden dąb, dziewczynka miała ogromne bogactwo wyboru. Po kilku zaledwie dniach pobytu w Swarożycach była już przekonana o tym, że jej ulubionym drzewem jest orzech włoski, którego gałęzie oraz pień porastała gładka kora, która potrafiła stać się śliska, gdy pokrywała ją rosa, jednak nie raniła tak dłoni i kolan jak jabłoń.

Gdy tylko Jagoda z babką zostały same, młodsza z kobiet postanowiła wrócić do rozmowy, której w żadnej mierze nie uważała za zakończoną. Babka nie dała się jednak wnuczce rozpędzić. Nim ta zdążyła zarzucić Jagę na nowo potokiem wyrzutów oraz domysłów, stara odwróciła się z gniewnym wyrazem twarzy.

– Posłuchaj mnie dobrze, bo więcej tego nie powtórzę. Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy. To ty do mnie przyjechałaś. Jesteś moim gościem i już na samym początku dałam ci wyraźnie do zrozumienia, że niemile widzianym. Więc jeśli zasady panujące w moim domu, czy to co robię, jest ci wstrętne czy też trudne do zaakceptowania, nic cię nie powstrzymuje przed wyjazdem.

Jaga zrobiła krótką pauzę, w czasie której zlustrowała Jagodę uważnie. Dziewczyna milczała, choć nie spuściła wzroku, jakby usiłując rzucić nieme, rozpaczliwe wyzwanie.

– Dla świętego spokoju jednak powiem ci tylko tyle, że nic złego nie spotka tu ani ciebie, ani twojego dziecka. Nie pozwolę na to, a wierz mi, mam w tej okolicy wiele do powiedzenia.

– Babko – odezwała się po dłuższej chwili Jagoda, a głos miała zmieniony, potulny. – Jest coś, co nie daje mi spokoju. Coś, co wydaje mi się, że sprawia, że nie potrafię… Nie wiem, jak to określić. Nie potrafię odpuścić ani zbytnio się odprężyć. I nie chodzi tu nawet o to, że traktujesz mnie wrogo. Ja…

– Niewiele pamiętasz z czasów, kiedy jeszcze tu mieszkałaś – dopowiedziała za Jagodę babka. – Wiem o tym. Wiem też, że wspomnienia wracają. Stopniowo, nie wszystkie naraz, a te, które się pojawiają, nie mają większego sensu. Jeśli chcesz poznać ich sens, musisz im dać czas. W pewnym momencie ułożą się w całość. Pytanie tylko, czy jesteś gotowa, aby przypomnieć sobie to wszystko, co z takim trudem przyszło ci cisnąć w niepamięć.

Jagoda zamyśliła się, zbyt poruszona słowami babki, by jakkolwiek je skomentować.

– Nie wiem, czy zechcesz tu zostać, ale jeśli to zrobisz, musisz liczyć się z tym, że to, co zostawiłaś za sobą, wróci do ciebie.

– Powiedziałaś to strasznie złowróżbnie – spróbowała zażartować Jagoda.

– Wiem, dziecko – odparła Jaga, wstając ociężale. – Wiem, bo rzeczy, które zapomniałaś, były złowróżbne. Nie wszystkie, ale wiele z nich owszem.

Jaga znajdowała się już w połowie drogi do chaty, gdy Jagoda wyrzuciła z siebie pytanie, które dręczyło ją najbardziej ze wszystkich.

– Babko, co się stało z dziadkiem?

– Umarł – odpowiedziała, nie odwracając się, Jaga. – A potem poczuł się lepiej. Już tak kiedyś zrobił.

* * *

Wieś wyglądała niemal dokładnie tak, jak ją pamiętała. Wąskie uliczki ze skruszałego asfaltu, każda nieuchronnie prowadząca do jedynej drogi wyjazdowej, ciągnącej się przez długie kilometry przez gąszcz Radkowej Kępy. Chodniki z popękanych, nierównych płyt, po których jako dziecko skakała na jednej nodze, bacząc, by nie nastąpić na rysy i pęknięcia. Nie pamiętała dlaczego ostrożne stąpanie oraz skakanie po chodniku było kluczowe, wiedziała jednak, że miało to związek z niezwykle istotną przepowiednią. Jeśli nie przestrzegało się starożytnych nakazów, równowaga na świecie mogła zostać zachwiana.

Uśmiechając się do swych myśli, szła w górę ulicy szumnie nazwanej Główną. Mijając po drodze rozrzucone rzadko domy, kryte w większości starym, odłażącym gdzieniegdzie tynkiem zastanawiała się, czym można się zajmować, mieszkając w tak niewielkiej, ustronnej wsi. Czy większość tubylców miała pracę, którą można wykonywać zdalnie, przez komputer? Czy też zaszyli się tu w większości artyści, czerpiący inspirację z dzikości otoczenia? A może Swarożyce przyciągały życiowych nieudaczników, którzy przemijają wśród pięknych drzew i brzydkich murów, czekając, aż ich życie się skończy.

Ze smutkiem zastanowiła się nad tym, czy i ona była jedną z hipotetycznych nieudaczniczek. Nie wiedziała, jak miało wyglądać jej życie, nie miała planu. Odkąd przyjechała do wsi, czas zdawał się ją po prostu omywać jak woda wystający z płycizny kamień.

Wreszcie stanęła przed sklepem Michała. W chwili, gdy tylko zobaczyła fronton, jakby żywcem wyjęty ze zdjęć kroniki filmowej dokumentującej Polskę minionego ustroju, przypomniała sobie, jak przychodziła tutaj po szkole, by wypić słodką, sztucznie owocową oranżadę. Wrócił do niej uśmiechnięty łagodnie pan Tadeusz, ojciec Michała, który niezależnie od temperatury panującej na zewnątrz nosił wełniany sweter z islandzkiej wełny. Nigdy się nie dowiedziała, czy mężczyźnie było po prostu zimno, czy też chciał się pochwalić tym, że posiadał w szafie coś równie cennego jak prawdziwy lopapeysa. Pan Tadeusz, którego ojciec pił na umór, nigdy w życiu nie tknął ani kropli alkoholu. Pan Tadeusz, uosobienie troski, życzliwości i pokornej akceptacji życia takiego, jakim zostało mu dane.

Wspomnienie było tak żywe, że Jagoda niemal spodziewała się zobaczyć nieboszczyka po tym, gdy otwarła drzwi do sklepu. Michał, który właśnie ważył garść cukierków dla starszej kobiety stojącej przed ladą, uniósł wzrok. Na widok Jagody oblał się rumieńcem, ręka wyraźnie mu zadrżała, przez co kilka cukierków upadło na podłogę.

– Tych z ziemi nie chcę – oświadczyła stanowczo klientka, patrząc na Michała podejrzliwie, jakby spodziewała się nieczystego zagrania i oszustwa ze strony sklepikarza. – Proszę mi dać czystych cukierków, bez bakterii.

Michał bez słowa sięgnął po kolejną garść, którą nabrał przez jednorazową rękawiczkę. Odważył taką ilość, która usatysfakcjonowała kobietę, przyjął zapłatę i się pożegnał. Wychodząc, klientka obrzuciła Jagodę krytycznym spojrzeniem. Jeśli nawet poznała dziewczynę, nie dała tego po sobie poznać.

– Cześć, dobrze cię widzieć – przywitał się Michał, nerwowo poprawiając obciągniętą na wystającym brzuchu koszulkę. – Co cię sprowadza?

– Zakupy – odparła Jagoda, czując dziwną satysfakcję na widok rozczarowania, jakie na moment wykwitło na twarzy mężczyzny. – Ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie cieszę się, że to ty prowadzisz jedyny i najlepiej zaopatrzony sklep we wsi.

Michał wyraźnie ucieszył się na te słowa. Pomógł Jagodzie w zakupach, ściągając produkty, które wskazywała z regałów i kładąc je do koszyka. Następnie podliczył należność na kasie, słowem nie wspominając o tym, że nabił spory rabat. Podczas gdy Jagoda pakowała sprawunki do jutowej torby na ramię, przestępował z nogi na nogę, wyraźnie zmagając się z podjęciem jakiejś decyzji.

– Coś się stało? – spytała Jagoda, podnosząc wzrok na mężczyznę.

– Nie. To znaczy… Nie wiem, jak zacząć, tak dawno tego nie robiłem. Chodzi o to, że naprawdę bardzo się ucieszyłem, że tu wróciłaś i… I z tego powodu chciałbym, jakby to powiedzieć, uczcić twój powrót. I tak sobie pomyślałem, że może miałabyś ochotę spotkać się. Razem. Sami.

Przez dobrą chwilę Jagoda przyglądała się paplającemu nieskładnie Michałowi z mieszaniną rozbawienia oraz czułości. Nie bardzo mogła uwierzyć, że zapraszał ją na randkę mężczyzna, który dawno temu, w innym życiu, był jej pierwszym kochankiem. Sytuacja wydawała się tak nierzeczywista, że aż niedorzeczna. Nie potrafiła jednak opędzić się od ciekawości. Chciała się przekonać, jak wyglądałaby randka z kimś innym niż jej mąż.

Z drugiej jednak strony wciąż nosiła w sobie żałobę po Andrzeju, który zmarł przed niespełna rokiem. Jagoda nie była pewna, czy wypadało jej umówić się z innym mężczyzną po takim czasie. Mężczyzną, który wszak nie był jej całkowicie obojętny.

Pomimo dręczącej jej niepewności z ochotą przestała na propozycję Michała. Ten z kolei wydawał się tak zaskoczony, że potrzebował kilkukrotnego zapewnienia o tym, że Jagoda nie żartowała z niego ani w żaden sposób nie drwiła.

Umówili się na późne popołudnie. Michał obiecał odebrać Jagodę spod domu babki, jednak nie chciał zdradzić, dokąd zamierzał ją zabrać.

* * *

Wróciła do domu i resztę dnia spędziła w nieco nierzeczywistym stanie lekkiego otępienia połączonego z euforią. Równocześnie odczuwała delikatny lęk na myśl o zbliżającej się randce. Nie pamiętała już, kiedy po raz ostatni miała okazję na jakiejś być. Mąż sporadycznie, gdy przypomniała mu o potrzebie, zabierał ją do restauracji. Zawsze tej samej, gdzie zwykle zamawiał to samo. Po skończonym posiłku ostentacyjnie ziewał i spoglądał na zegarek, mówiąc, że lada chwila zapadnie w śpiączkę poobiednią i najchętniej położyłby się na kanapie na krótką drzemkę. Jagoda po kilku takich nieszczęsnych randkach drżała na samą myśl o wyjściu z Andrzejem na miasto. Jednocześnie pragnęła, aby ją adorowano w wystawnej restauracji, gdzie mogłaby zamówić niecodzienną potrawę i wymyślny deser.

Zastanawiała się, co takiego miał w zanadrzu Michał. Wydało się jej niedorzecznym mieć oczekiwania względem mężczyzny, o istnieniu którego do wczoraj jeszcze nie pamiętała. Niemniej wspomnienia, które przywołał, sprawiły, że robiło się jej gorąco, ilekroć o nim pomyślała.

Uśmiechnęła się do siebie, gdy dotarło do niej, że ostatni raz czuła coś podobnego, kiedy była nastolatką.

* * *

Reszta dnia ciągnęła się w nieskończoność. Nie wydarzyło się nic godnego uwagi, co choć na chwilę pomogłoby oderwać się od żmudnego odliczania godzin. Babka na wieść o tym, że Jagoda szykowała się do wyjścia wieczorem z Michałem, uśmiechnęła się tajemniczo. Nie kwapiła się jednak, by w jakikolwiek inny sposób skomentować sytuację. Jagoda zaś nie mogła pozbyć się wrażenia, że babka sprawiała wrażenie zadowolonej. Nie był to jednak ten rodzaj dopingującej radości, jaką mogłaby odczuwać babcia wspierająca miłosne awanse wnuczki. Jaga wyglądała jak szara eminencja, której udało się przekonać jaśniepaństwo do swej racji, co znacząco wpłynęło na poprawę jej dobrobytu.

Z kolei Anielka nie potrafiła zrozumieć, dlaczego ani dokąd mama zamierzała wybyć wieczorem. Dziewczynka przyzwyczaiła się bowiem do sytuacji, w której miała mamę do swej dyspozycji, ilekroć tego potrzebowała. Od dnia, w którym tatuś trafił do Pana Boga bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Kiedy Jagodzie w końcu udało się wytłumaczyć córce, że wyjście stanowiło dla niej ważne wydarzenie, dziewczynka w dalszym ciągu nie sprawiała wrażenia przekonanej ani tym bardziej zadowolonej, niemniej wielkodusznie obdarowała matkę błogosławieństwem, życząc jej udanego wieczoru.

* * *

O umówionej godzinie punktualnie co do minuty na ścieżce prowadzącej do chaty Jagi zachrzęściły koła samochodu. Michał podjechał wypolerowanym fiatem pięćset. Samochodzik był o tyle zgrabny i cieszący oko, co bardzo niemęski, a to z kolei sprawiło, że Jagoda zaczęła myśleć o Michale z jeszcze większym uznaniem. Do tej pory miała raczej styczność z mężczyznami, dla których samochód stanowił nie tyle przedłużenie, co manifestację ego. Im większy i szybszy pojazd, im więcej kosztował, tym lepiej dla samooceny właściciela. Zupełnie jakby można było nadrobić braki w osobowości, kupując bentleya.

Tymczasem to, że Michał bez skrępowania poruszał się autem, o jakim pieszczotliwie przyjęło się mówić jako o kobiecym, dawało świadectwo, że mężczyzna nie obawiał się o swoje ego, ani uszczerbek na nim spowodowany potencjalnymi szyderstwami.

Gdy tylko Jagoda zbiegła po kilku stopniach wiodących z chaty na podwórko, Michał wysiadł z samochodu i, otworzywszy drzwi pasażera, zaczekał, aż Jagoda wejdzie do środka. Z głośników sączyły się nieco rozwleczone, oniryczne dźwięki szwedzkiego zespołu jazzowego, Esbjorn Svensson Trio. Jagoda, entuzjastka gatunku, od razu podłapała temat, czym niezmiernie rozradowała Michała.

– Pamiętasz stare czasy, kiedy wałkowaliśmy Brygadę Kryzys i Nirvanę? – zaśmiał się do wspomnień mężczyzna, zręcznie prowadząc samochód tyłem.

– Jasne, że pamiętam. – Jagoda z radością uświadomiła sobie, że rzeczywiście pamiętała słuchanie pirackich kaset magnetofonowych na starym radzieckim sprzęcie Michała. – Po niektóre, co bardziej awangardowe płyty, jeździliśmy stopem aż do Katowic. Boże, kiedy to było! Wyobrażasz sobie, że istniały czasy, gdy żeby dostać album, którego chciało się posłuchać, naprawdę trzeba było kombinować, aby go jakoś zdobyć?

– Jasne, że sobie wyobrażam. Żyłem w takich czasach. Miało to swój urok. Dzięki temu bardziej się doceniało te perełki, jakie udało się zdobyć od szemranego typa na targu. A jak to się stało, że z rocka i punka przerzuciłaś się na jazz?

– Mogłabym spytać ciebie o to samo. – Uśmiechnęła się Jagoda, której przytulne, kołyszące brzdąkanie kontrabasu Dana Berglunda wprawiało w coraz to lepszy nastrój. – W końcu przechodziliśmy fazę flanelowych fartuchów razem.

Przez moment zaśmiewali się na wspomnienie mody, którą przyniosły do Polski zdjęcia Kurta Cobaina i Eddiego Vedera w powyciąganych, moherowych swetrach, przetartych jeansach i koszulach flanelowych przewiązanych w pasie.

– Cóż – podjęła w końcu Jagoda, podczas gdy oświetlone ledowymi żarówkami drzewa śmigały po jednej i drugiej stronie sunącego miękko fiata. – W pewnej chwili przychodzi taki czas w życiu każdego człowieka, gdy masz ochotę posłuchać czegoś innego niż skrzeczących wynurzeń introwertyka z depresją. Powiedz mi lepiej, dokąd jedziemy? Wcześniej byłeś taki tajemniczy, nic się z ciebie nie dało wyciągnąć.

– Pomyślałem, że sprawię ci miłą niespodziankę, więc jeśli nie masz nic przeciwko, wolałbym nie mówić.

Przez resztę drogi, która nie zajęła zbyt wiele czasu, Jagoda na zmianę droczyła się z Michałem, usiłując odgadnąć miejsce docelowe randki i dyskutowała o ulubionych muzykach. Okazało się, że łączyła ich pasja względem skandynawskiego trio, ale także kilku innych formacji. Jagodę cieszyło stopniowe odkrywanie dawnego przyjaciela na nowo. Miała wrażenie, że zeskrobywała starą farbę ze ściany, by odkryć pod spodem piękny fresk, o którym wszyscy dawno już zapomnieli.

Przejechali przez wieś, która z wolna układała się do snu, pomimo że do zachodu słońca zostało jeszcze kilka godzin. Minęli niewielki gmach kościoła, przed którym spacerowały kawki w towarzystwie gruchających gołębi. Przejechali w pobliżu szkoły podstawowej, do której uczęszczali. Na widok starego, odrapanego budynku nowa porcja wspomnień odżyła w Jagodzie. Wróciła stara panna, ucząca matematyki, pani Trauer[1], której nazwisko nie mogło lepiej oddawać jej natury. Kobieta, która nienawidziła dzieci, nienawidziła uczyć, nienawidziła beztroski i śmiechu. Jagoda zadrżała na wspomnienie lekcji, podczas których usiłowała chować się za innymi dziećmi w klasie tak, by łypiąca znad szkieł okularów hetera jej nie dostrzegła i nie wywołała do tablicy. Bowiem kiedy coś podobnego następowało, Jagoda pomimo tego, że posiadała umysł raczej ścisły, ze strachu przed nauczycielką nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na najprostsze nawet równania. Stała wobec tego z kawałkiem kredy w palcach, z oczami wbitymi w podłogę i słuchała litanii obelg oraz wyzwisk pod swoim adresem. Dowiedziała się od pani Trauer wielu interesujących rzeczy na swój temat. O przykrościach zapomniała aż do chwili, gdy zobaczyła przelotnie budynek szkoły.

Z zamyślenia wyrwał ją głos Michała, który oznajmił, że dotarli na miejsce. Zgasił silnik, wyjął kluczyk ze stacyjki. Muzyka ucichła, a do wnętrza samochodu wdarło się przeszywające cykanie świerszczy. Jagoda uniosła wzrok i jej oczom ukazał się kruszejący, straszący wybitymi oknami, choć nadal w pewien niewytłumaczalny sposób piękny gmach dawnego folwarku. Całość zbudowano w stylu domu przysłupowego na podwyższonych fundamentach z jasnego kamienia, o dachu krytym ciemną dachówką. Z folwarkiem wiązała się jakaś tragiczna historia, której Jagoda nie mogła sobie przypomnieć. Nie była nawet pewna, czy ktokolwiek we wsi wiedział z całą pewnością, co takiego przyczyniło się do upadku prosperującego niegdyś przedsiębiorstwa.

Spojrzała pytająco na Michała, który nieco zbity z pantałyku reakcją towarzyszki, zaczął się nieskładnie tłumaczyć.

– Rzeczywiście, folwark sam w sobie jest nieco straszny i nie zabrałbym cię do środka, chyba że byś tego chciała. Jednak nieopodal, tuż za granicą lasu, jest kilka stawów, które prezentują się naprawdę pięknie. Pomyślałem, że moglibyśmy tam zjeść kolację – dodał, wskazując na tylne siedzenie, na którym stał pokaźnych rozmiarów kosz z wikliny.

Jagoda nie zauważyła wcześniej prowiantu. W koszu piętrzyły się pojemniki ze smakołykami. Mężczyzna przygotował owoce, humus, pieczywo, sałatki, a nawet coś, co bez wątpienia było kremem z pomidorów. Jagoda zauważyła też niewielką butelkę czerwonego wina oraz dwa owinięte pieczołowicie w papier kieliszki.

– O mój Boże, piknik – wyrwało jej się cicho.

– To źle? Jeśli chcesz zrobić coś innego, cokolwiek, to powiedz.

– Nie, jest wspaniale. – Jagoda nie potrafiła zapanować nad drżącym głosem. – Po prostu nikt nigdy nie zrobił dla mnie czegoś takiego. Nigdy nie byłam na pikniku z mężczyzną.

– Najwyższa pora, aby to zmienić. – Uśmiechnął się Michał, a następnie wysiadł z samochodu.

Jagoda poszła w jego ślady, choć najpierw rzuciła ostatnie, nieufne spojrzenie w stronę folwarku. Pomimo tego, że perspektywa randki na świeżym powietrzu bardzo się jej podobała, nie mogła opędzić się od wrażenia, że lada chwila miała zobaczyć przesuwającą się postać w bieli za jednym z wybitych okien.

Niosąc kosz w zgięciu łokcia, Michał ruszył przez zaniedbany trawnik w stronę lasu, w którego szpalerze wyraźnie odznaczała się luka, wyznaczona przez zarośniętą chwastami ścieżkę. Drobny żwir i piasek chrzęściły pod podeszwami butów, dmuchawce śnieżyły lotnymi nasionami, czepiającymi się spodni i skarpetek.

– To musiała być kiedyś piękna posiadłość. – Michał odwrócił się przez ramię, by rzucić okiem w stronę folwarku. – Podobno należała do zamożnej rodziny, która w pewnym momencie straciła majątek i musiała się pozbyć dorobku życia kilku pokoleń. Byli, o ile się nie mylę, Polakami śląskimi, potomkami jakiegoś znanego rycerza czy szlachcica. Wyobraź sobie tylko, mieszkać w takim domu, aż któregoś dnia przez splot nieszczęśliwych wydarzeń musisz się z niego wynieść.

– Co się stało? Nie ma żadnych zapisów czy czegoś takiego?

– Nie jestem pewien, a ludzie już sami nie bardzo pamiętają, co jest prawdą, a co legendą. Wiadomo z całą pewnością, że przez jakiś czas zarządzał tutaj czeski właściciel. Dalsze losy, aż do drugiej wojny, nie są do końca jasne. Naziści zorganizowali w folwarku siedzibę, a po wojnie nikt już więcej majątkiem się nie interesował. I tak sobie niszczeje. Szkoda.

– Szkoda – zgodziła się, cokolwiek bez większego entuzjazmu Jagoda, która nie mogła pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia, jakie wzbudzał w niej gmach.

Szli skryci między drzewami ledwie widoczną spod chwastów i kęp dzikiej trawy ścieżką. Naraz zza buków wyłoniło się kilka równie zaniedbanych co okolica niecek, w których kłębiła się ciemna, porośnięta łatami rzęsy woda. Stawy hodowlane otaczały groble na tyle szerokie, że można na nich stanąć samochodem. Zbiorników było łącznie trzy, z czego każdy rozmiarem przypominał boisko do koszykówki. Po powierzchni wody co jakiś czas rozchodziły się kółka, tworzące z kolei maleńkie fale.

– Malownicze, nie sądzisz? – spytał Michał, rozglądając się wokół z niekłamanym zachwytem.

Jagoda nie podzielała entuzjazmu towarzysza, nie miała jednak serca powiedzieć mu, co naprawdę sądziła o tym miejscu. W rzeczywistości nie miała większej ochoty spędzić kilku godzin w pobliżu cuchnących kałuż, w których prawdopodobnie roiło się od tłustych, opitych mułem karpi. Stawy napawały Jagodę dziwnym lękiem, którego genezy nie potrafiła wyjaśnić. Miała wrażenie, że stało się tu coś złego. Coś, czego wspomnienie nigdy nie opuściło tego miejsca, na zawsze plamiąc okolicę.

Michał z kolei zdawał się być zauroczony lokacją. Rozłożywszy koc na grobli, wykładał prowiant z koszyka, nucąc cicho pod nosem. Kiedy doszedł do butelki wina, odwrócił się do Jagody i wyciągnął sprawnie korek.

– Pozwólmy mu odetchnąć – powiedział z uśmiechem, następnie odłożył wino z powrotem do koszyka. – Ktoś mi kiedyś powiedział, że nie wolno pić wina tuż po otwarciu. Nie jestem pewien, dlaczego nie wolno tego robić, ale nie zamierzam poddawać w wątpliwość słowa znawcy tematu.

Usiedli na kocu, oddzieleni niewielką stertą pojemników z przekąskami. Przez kilka pierwszych chwil rozmowa się nie kleiła, tematy nie chciały się pojawić, a te, które udało się poruszyć, szybko się wyczerpywały. Zupełnie jakby swoboda, z którą wcześniej rozmawiali, przepadła w momencie, gdy ich randka stała się rzeczywistością. Aż w końcu, kiedy wypili po kieliszku wina, napięcie zelżało. Padł pierwszy żarcik, niewinnie nasączony flirtem i wszystko stało się prostsze, bardziej naturalne. Jagoda przestała się stresować otoczeniem, które nagle wydało się jej przyjaźniejsze, bardziej urokliwe.

– Jak to się stało, że nigdy stąd nie wyjechałeś? – spytała w pewnej chwili, podstawiając kieliszek do napełnienia.

– Skosztuj humusu. – Michał odłożywszy butelkę, wyciągnął w stronę Jagody pojemnik z pastą oraz zawiniętą w lnianą ściereczkę bagietkę. – Sam robiłem, na podstawie sekretnego przepisu ojca.

Jagoda bez dalszych słów zachęty oderwała kawałek pieczywa, którym następnie nabrała sporą porcję humusu.

– Pyszny! Liczę na to, że przepis nie jest aż tak sekretny, byś nie mógł się nim podzielić.

– To zależy od tego, co jesteś w stanie poświęcić za wiedzę sekretną – zaśmiał się Michał.

– Dla czegoś tak smacznego całkiem sporo. Ale nie odpowiedziałeś na moje wcześniejsze pytanie. Nie poczułeś nigdy potrzeby wyrwać się z tych lasów? Uciec gdzieś, gdzie możliwości są większe, a ludzie ciekawsi?

Mężczyzna wsunął do ust posmarowany dipem kawałek bagietki, zapatrzył się na powierzchnię jednego ze stawów. Upłynęła dłuższa chwila, nim odpowiedział.