Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
ODKRYJ DZIEDZICTWO ESKADRY ŁOTRÓW I JEJ LEGENDARNYCH PILOTÓW, KTÓRZY STALI SIĘ SYMBOLEM NADZIEI W CAŁEJ GALAKTYCE.
Zwinne, szybkie i zabójczo skuteczne – takie właśnie są X-wingi. Gdy wojna ogarnia bezkres galaktyki, nieustraszeni piloci bronią Sojuszu Rebeliantów przed wciąż potężnymi siłami Imperium i nieustannie ryzykują utratę maszyn... i własnego życia.
Dlatego dowódca legendarnej Eskadry Łotrów, Wedge Antilles, szuka tylko najlepszych — najodważniejszych i najbardziej utalentowanych pilotów X-wingów; tych, którzy przetrwają wyczerpujące szkolenia oraz niebezpieczne misje i stworzą zespół zahartowanych wojowników gotowych na wszystko.
Kiedy jednak eskadra dostaje rozkaz ataku na potężnie ufortyfikowaną twierdzę, najodważniejszy z Łotrów musi zadać sobie pytanie: czy tym razem choć jeden członek jednostki przeżyje...
Od ponad czterdziestu lat powieści osadzone w odległej galaktyce wzbogacają świat Star Wars, oferując fanom możliwość kontynuowania przygody poza ekranem. George Lucas, tworząc Gwiezdne Wojny, wykreował uniwersum rozpalające wyobraźnię i inspirujące wielu autorów. Uczynił je przestrzenią, w której inni mogli opowiadać swoje historie. Tak narodził się rozszerzony wszechświat, czyli Expanded Universe (EU), obejmujący książki, komiksy, gry wideo i wiele innych dzieł.
Expanded Universe do dziś stanowi natchnienie dla twórców Star Wars i funkcjonuje pod nazwą Legendy. Współczesne opowieści gwiezdnowojenne czerpią pomysły, postaci i wątki fabularne z tego bogatego dziedzictwa. Kolekcja Legend przybliża jedne z najważniejszych i najbardziej ukochanych historii rozgrywających się dawno, dawno temu w odległej galaktyce.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 310
Witajcie we wspaniałej erze Wielkiej Republiki! Czeka Was prawdziwa uczta. Przed Wami historie pełne przygód, zdrad, grozy, przyjaźni i nadziei. Ale nie – nie uprzedzajmy faktów.
Być może wiecie, a może nie, że Star Wars. Wielka Republika to ambitna, wielowątkowa opowieść, której akcja rozgrywa się na wieki przed tym, jak Luke Skywalker, księżniczka Leia i Han Solo położyli kres tyranii Imperium Galaktycznego. Opowiadana w trzech fazach, jest w pewnym sensie odzwierciedleniem sagi Skywalkerów, ponieważ przedstawia najpierw środek historii (Faza I: Światło Jedi), następnie jej początek (Faza II: Misja Jedi), aż wreszcie jej zakończenie (Faza III: Próby Jedi). Rozpoczyna się w okresie galaktycznego renesansu, podczas którego dochodzi do wielkiej katastrofy, aby ostatecznie odpowiedzieć na pytanie: – „Czego boją się Jedi?”.
Od samego początku tej inicjatywy Wielka Republika była przedsięwzięciem zbiorowym. Od naszych wybitnych autorów, przez niesamowitych artystów, aż po redaktorów i wszystkie inne osoby pracujące nad serią – wszyscy trudzili się w pocie czoła, aby stworzyć tę zupełnie nową erę, która ukazuje Jedi u szczytu ich potęgi. Niniejsza książka jest zaś świetnym tego przykładem.
Lucasfilm Publishing stara się tworzyć i publikować historie dla każdego czytelnika, a Opowieści z pewnością spełniają te założenia. Antologia, którą trzymacie w rękach, zawiera zbiór zróżnicowanych opowiadań naszych prześwietnych autorów, wkładających całe swoje serca i dusze w stworzenie zupełnie nowych historii, osadzonych przed, w trakcie oraz po zakończeniu faz Wielkiej Republiki. Niektóre z nich rozwijają wątki przedstawione w powieściach, komiksach i magazynach, a inne zapowiadają wydarzenia, które dopiero nadejdą.
Jeśli nie czytaliście do tej pory żadnej opowieści ze świata Wielkiej Republiki – nie martwcie się. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Zarezerwowaliśmy dla Was specjalne miejsce w longbeamie. A jeżeli znacie już niektóre z naszych historii – znakomicie! Z pewnością dostrzeżecie wszystkie zawoalowane nawiązania i mrugnięcia do czytelnika, ukryte w tekście. Tak czy inaczej, czekają Was ekscytujące przygody i odskocznia od rzeczywistości.
Aby nie zdradzić zbyt wiele, wspomnę tylko, że zawarte tu opowiadania to epickie historie o perypetiach Jedi, wnikliwe studia, skupiające się na konkretnych bohaterach i złoczyńcach, oraz próba spojrzenia na wydarzenia tej epoki z szerszej perspektywy – zarówno wybiegając myślą w przeszłość, jak i w przyszłość. Niektóre z nich wprowadzają nowe postacie, inne ujawniają losy znanych bohaterów. Wszystkie jednak przeniosą Was do niebezpiecznych czasów, czasów nabrzmiałych możliwościami i oczekiwaniem, czasów, w których jasne ostrza mieczy świetlnych opromieniały nadzieją i ochronnym blaskiem rozległe galaktyczne pogranicze podczas złotej ery zakonu Jedi.
Zapnijcie więc pasy i ruszajmy w tę podróż. Nasze opowieści rozpoczynają się tak samo, jak wszystkie niesamowite historie ze świata Gwiezdnych Wojen: dawno, dawno temu, w odległej galaktyce.…
Mam nadzieję, że spodoba się Wam ta przygoda – i dziękuję za lekturę.
Dla światła i życia!
Michael Siglain Dyrektor kreatywny Lucasfilm Publishing
Axel Greylark umierał.
A przynajmniej na to wyglądało. Na jego górnej wardze i gładkim czole perliły się krople potu, przyklejając mu miękkie czarne włosy do skroni. Chwyciwszy metalowy nadgarstek droidki pielęgniarki, Axel poruszył się niespokojnie w wilgotnej pościeli.
– Ratujcie się. Mną się nie przejmujcie… – zdołał wykrztusić schrypniętym głosem.
– Bzdura! – Ry Harket, dziekanka do spraw studenckich, była wyraźnie podenerwowana. Bivallka nie ośmieliła się nawet mrugnąć swoimi dużymi, wyłupiastymi oczami, jakby bała się, że jeśli to zrobi, Axel Greylark znów wytnie jej tuż pod nosem jakiś numer. – Zmierz mu ponownie temperaturę.
Droidka obróciła swoją białą metalową głowę, a jej fotoreceptor zamigotał na niebiesko, gdy przygotowywała się do udzielenia odpowiedzi.
– Temperatura pacjenta wynosiła trzydzieści osiem, przecinek, osiem, osiem, osiem, dziewięć podczas czterech pomiarów z rzędu. Mierzenie jej piąty raz, psze pani, byłoby kompletnie niedorzeczne.
Axel zamaskował rozbawione parsknięcie przesadnym, być może odrobinę zbyt scenicznym kaszlem. Na przestrzeni lat spędzonych na Uniwersytecie Reeny nawiązał dobre relacje z tutejszym zespołem droidów pielęgniarzy. Jedna z ich grona, która właśnie się nim opiekowała, a którą nazwał Una, miała chip osobowości, którego nikt nie byłby w stanie podrobić – ani zmienić.
– Zmierz. Ją. Jeszcze. Raz – wycedziła dziekanka Harket, pozwalając sobie wreszcie na mrugnięcie jednym z osadzonych po bokach głowy oczu – choć wyglądało to nie tyle na mrugnięcie, co sprawiało wrażenie, że drga jej powieka.
Una wydała z siebie sygnał dźwiękowy potwierdzający przyjęcie polecenia i obróciła głowę w stronę złożonego boleścią siedemnastolatka. Pacjent trzymał się za brzuch, ale współpracował. Rozchylił usta i pozwolił, aby umieściła mu pod językiem zimny metalowy pręt. Jego obwiedzione czarnymi rzęsami oczy zamrugały powoli, ale nic nie mogło ukryć figlarnego błysku, który w nich zalśnił.
– Trzydzieści osiem i pół stopnia – zameldowała Una swoim kojącym, mechanicznym głosem.
– Spada! – wykrzyknęła dziekanka Harket głosem, w którym dało się słyszeć triumfalną nutę, i zatarła chude dłonie o długich palcach, jakby w jakiś magiczny sposób zamierzała wydobyć z niego prawdę. – Najwyraźniej znalazł sposób, aby symulować i uniknąć udziału w zajęciach oraz wypełniania obowiązków związanych z uroczystościami.
– Zapewniam panią – głowa droidki znów się obróciła, gdy mechaniczna pielęgniarka cofnęła ramię z termometrem – że gorączka, skurcze żołądka, ból głowy i gardła, które wykazuje Axel Greylark, to dokładnie te same symptomy, jakimi objawia się ospa malongo, rozprzestrzeniająca się we wschodniej wieży. Jeśli będzie miał szczęście, wyliże się z tego. Jeśli nie, pojawią się ropne pęcherze…
– Ratuj się, dziekanko Harket… – wykrztusił Axel między jednym dramatycznym atakiem kaszlu a drugim.
– Istoty wodne są całkowicie odporne na ospę malongo – oznajmiła Una.
– Ależ ze mnie szczęściara! – chlipnęła Bivallka. Jej komunikator brzęczał, aż w końcu odebrała połączenie: – Tak, tak, zaraz przyjdę na teren targów – zwróciła się do droidki i dodała: – Podaj mu środek uspokajający.
– Odmawiam – powiedziała Una. – Z akt pana Greylarka wynika, że nie można mu podawać środków uspokajających.
Dziekanka Harket straciła resztki cierpliwości. Uniosła górną wargę w drapieżnym grymasie, odsłaniając drobne zęby.
– A to niby dlaczego?
– Mam po nich koszmary. – Axel skrzywił się, z wyraźnym trudem podnosząc się do pozycji siedzącej. – Jestem pewien, że moi rodzice będą wręcz zachwyceni, kiedy jutro się tu zjawią, dziekanko Harket. Bez dwóch zdań opowiem im, jak dobrze się mną zaopiekowałaś. – Sięgnął po stojącą przy łóżku filiżankę gorącej herbaty.
Kiedy droidka pielęgniarka odjechała na bok, dziekanka Harket przykucnęła przy łóżku Axela.
– Wiem, że to ty – zakomunikowała mu gniewnym szeptem. – Wiem, że to ty wymazałeś atrium sprośnymi bazgrołami. Wiem, że to ty wypuściłeś mynocki z laboratorium. I wiem, że to ty zalałeś łazienki w dormitoriach w zachodniej wieży. Nie wiem jak ani kiedy, ale wiem, że kiedyś cię w końcu przyłapię, Axelu Greylarku!
Axel, który zdołał zachować wyraz twarzy idealnie oscylujący między niewinnością a agonalnym cierpieniem, pozwolił sobie na uniesienie kącików ust w ledwie zauważalnym uśmiechu.
– Jak wykazało śledztwo, nie mam nic na sumieniu. Żywię jednak głęboką nadzieję, że znajdziecie tego łobuza i że spotka go zasłużona kara.
– To byłeś ty! – syknęła dziekanka, po czym odchrząknęła i poprawiła kołnierzyk swojej czerwonej szaty. – Czekam z niecierpliwością na spotkanie z twoimi rodzicami podczas jutrzejszego festiwalu, aby omówić z nimi kwestię częstotliwości twoich chorób w tym semestrze.
Axel Greylark miał na koncie trzydzieści nieobecności, z których każda została potwierdzona przez droidkę pielęgniarkę. Administracja szkoły sprawdziła personel medyczny pod kątem ewentualnych manipulacji, ale nic nie znalazła. Poza tym korzyści wiążące się z obecnością na uczelni syna arystokratycznego rodu coruscańskich polityków zdecydowanie przyćmiewały fakt, iż co jakiś czas zdarzało mu się opuścić zajęcia z powodu pogorszenia stanu zdrowia. Celował w nauce, wyróżniał się elokwencją i swadą podczas galaktycznych debat i był środkowym napastnikiem w grav-ballu. Podsumowując: jeśli chodzi o rejestr zasług, młody panicz Greylark ustępował tylko lordowi Kozmowi Sundrelowi IV z Luzalite’a.
Dziekanka do spraw studenckich na chwilę zrezygnowała z dalszego bombardowania Axela zarzutami, ale zamierzała mieć na niego oko. Rzucając mu ostatnie gniewne spojrzenie, wyszła z jego pokoju i stukając wysokimi obcasami, ruszyła wraz z depczącą jej po piętach Uną w kierunku miejsca, w którym odbywał się festiwal.
Axel opadł tymczasem na miękkie jak puch poduszki. Wydłubał coś z zębów i odrzucił małe czerwone nasionko na bok, po czym usiadł i przeciągnął się, wciąż obolały po przedwczorajszym treningu. Następnie wstał i wygiął plecy w łuk, aż usłyszał cichy trzask. Wówczas sięgnął pod poduszkę i wyjął ogonki trzech małych papryczek guiji. Każda z nich miała zaledwie pięć centymetrów długości. Używano ich do produkcji oleju, służącego do przyprawiania potraw – jedna jego kropla wystarczała, aby rozpalić język do czerwoności, a on zjadł ich… cóż, kilka. Dość dużo, aby tymczasowo symulować objawy ospy malongo.
Właściwie to miał niemal wyrzuty sumienia z powodu oszukania dziekanki Harket. W końcu, gdyby tylko kazała droidce pielęgniarce sprawdzić jego temperaturę jeszcze raz, jej spadek zwiastowałby jego cudowne ozdrowienie. Wcześniej próbował również innych metod sztucznego podbijania ciepłoty ciała, ale z mniejszym powodzeniem: minuty intensywnych ćwiczeń fizycznych (których efekty mijały jednak zbyt szybko), picia gorącej herbaty w momencie, gdy tylko usłyszał zbliżający się odgłos kół droida lub doprowadzania się niemal do staniu omdlenia w łaźni wskutek wdychania pary.
Dziekanka mogłaby go z łatwością nakryć na gorącym uczynku, gdyby tylko była cierpliwsza i czujniejsza. No bo właściwie kogo należałoby obarczyć winą za to, że Axelowi uszło płazem kilka nieszkodliwych psikusów, którymi zbrukał czcigodne mury Uniwersytetu Reeny?
Axel rozebrał się i wziął szybki prysznic. Jego pokój w dormitorium we wschodniej wieży był wyposażony we wszystko, czego mógł potrzebować – miał tu w bród jedzenia, napoi, wybór holofilmów i mały salon, w którym testował granice zasady „Zakaz imprez”.
Kiedy ubrał się w zielony garnitur i przeczesał palcami wilgotne włosy, rozległ się brzęczyk zwiastujący przybycie gości.
– To ja! – dobiegł z głośnika najsłodszy głos w galaktyce.
Otworzył drzwi i wychylił się nieznacznie, aby nikt nie dostrzegł go z ruchliwego korytarza. Na widok Leyli Romero poczuł w żołądku dziwne mrowienie. Pierwszą rzeczą, która zawsze go uderzała, gdy na nią patrzył, były dwie złote gwiazdki wytatuowane w kącikach jej oczu. Właściwie to wszystko było w niej uderzające: jej uśmiech, rumieniec, delikatnie spiczaste uszy i burza ciemnoróżowych włosów, które zawsze splatała w dwa długie warkocze, tańczące przy każdym jej ruchu.
Zauważył ją od razu, gdy wrócił na nowy semestr. Kilotowanka zawsze siedziała samotnie – czy to w salach wykładowych, czy na stołówce, czy w świetlicy. Wkrótce jej się przedstawił i od tamtej pory byli nierozłączni. Jej rodzina, klan Romero, pochodząca z odległego świata o nazwie Kilotowa, miała na terenie Środkowych Rubieży reputację złodziei i przemytników przyprawy, działających pod przykrywką imperium rolniczego. Jako że nikt nie wysunął wobec nich oficjalnych zarzutów, wszelkie pomówienia pozostawały w sferze plotek. Mimo to, im lepiej Axel poznawał Leyli, tym trudniej było mu wyobrazić sobie, by mogła mieć cokolwiek wspólnego z szemranymi procederami swojego ojca. A nawet gdyby tak było, jak wyjaśniła mu pewnego wieczoru, to czy powinna być oceniana przez pryzmat opinii na ich temat? W końcu jego własny ojciec, Lexxir Greylark, był członkiem Senatu na Coruscant, podobnie jak jego matka. Kyong Greylark ostrzyła sobie nawet zęby na stanowisko kanclerskie w nadchodzących wyborach. Axel pochodził z długiej linii polityków, odkrywców, poszukiwaczy przygód i innych osób, które odniosły sukces w dziedzinach ważnych dla uniwersytetu, ale nie chciał mieć z nimi nic wspólnego. Wolał sam zapracować na własną reputację.
Jego dobry nastrój prysł jak bańka mydlana, gdy zobaczył, kto towarzyszy Leyli.
– Kozmo – wymamrotał tym samym tonem, jakim poinformowałby kelnera, że zaserwowano mu rozgotowane, niedoprawione warzywa.
Goście weszli do środka, a gdy rozsiedli się w jego salonie, jakby byli u siebie, pokój wydał mu się nagle stanowczo za ciasny dla ich trójki.
– Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko – powiedział Kozmo swoim dystyngowanym basicem, z wymową typową dla wyższych sfer. – Leyli wspomniała, że potrzebujesz śmigacza na wycieczkę.
Axel zagryzł wargę. Spojrzał na Leyli, ale ona wzruszyła tylko niewinnie ramionami.
– Na lądowisku jest pełno maszyn, które moglibyśmy… pożyczyć.
– To, że potrafię kraść, nie oznacza, że muszę to robić – odparła. – Zwłaszcza gdy ktoś tak hojnie oferuje pomoc.
Coś w jego wnętrzu aż się skręciło, gdy dziewczyna, do której robił maślane oczy, i jego najgorszy wróg wymienili spojrzenie – z rodzaju tych oznaczających, że dzielą jakąś tajemnicę. On zaś chciał, żeby sekrety Leyli były tylko jego sekretami – to, jak marzyła o ucieczce na jakąś małą wysepkę, z dala od problemów swojej rodziny. Jak nienawidziła tego, że nawet profesorowie bali się jej i traktowali ją z dystansem, dając fory z powodu plotek, że jej ojciec pozbawiał swoich wrogów kończyn. Z czego takiego zwierzała się temu całemu Kozmowi, z jego niedorzecznie starannie ułożonymi lokami i dziwacznym medalionem z luzalitańskim diamentem, kamieniem występującym tylko na jego planecie?
– Nie masz dziś nic lepszego do roboty? – burknął do niego Axel. Rodzina Kozma wspierała kampanię polityczną jego matki, co oznaczało, że musieli spotykać się na galach na Coruscant, ale nikt nie mógł go zmusić do spędzania wolnego czasu z tym wyfiokowanym bubkiem, o arogancji i poczuciu wyższości dorównującym chyba tylko prawdziwym książętom, których Greylark miał okazję poznać w swoim młodym życiu.
– Właśnie miałem egzamin z zaawansowanej mineralogii i dostałem najwyższą notę. – Kozmo uśmiechnął się szeroko, bez pytania nalewając sobie wody z bąbelkami.
Ponieważ rodzice Axela zawsze podkreślali, jak ważna jest gościnność, powstrzymał się od komentarza. To znaczy, przynajmniej na temat wody.
– Ach, no tak, to właśnie tam bawisz się tymi swoimi błyszczącymi kamyczkami.
– Podczas gdy ty wagarujesz – zauważył Kozmo.
Axel parsknął krótkim śmiechem, po czym zerwał się ze szczerym zamiarem złapania Kozma za ten jego idiotyczny medalion i zawleczenia go za niego do drzwi, aby wyrzucić kolegę z pokoju. Nim jednak zdążył mrugnąć, Leyli przyskoczyła do chłopaka, zajmując pozycję między nimi i kładąc dłonie na jego klatce piersiowej. Kiedy skupił się na złotych gwiazdkach pod jej oczami, nagle zdał sobie sprawę, jak łatwo było zapomnieć o złośliwości Kozma.
– Słuchaj, żadne z nas nie chce marnować pierwszego idealnego dnia sezonu, pracując jako wolontariusz na Festiwalu Kwiecia Królowej. Zwłaszcza – dodała Leyli, przesuwając palcami po jego klatce piersiowej, tuż nad sercem, a następnie stukając złotym paznokciem w jego nos – gdy wszystkie najlepsze imprezy odbywają się nad brzegiem morza, a Kozmo jest na tyle hojny, że zgodził się nas tam zabrać. Chyba że… czujesz się zbyt kiepsko, by do nas dołączyć?
Axela irytowała sama myśl, że mógłby przyjąć pomoc od Lorda Bufona. Ale podobało mu się, że Leyli użyła sformułowania „nas”. „Oni” kontra Kozmo było zdecydowanie lepszą alternatywą niż odwrotna sytuacja.
– Na co więc jeszcze czekamy? – spytał Axel, obdarzając ich najbardziej czarującym z arsenału swoich uśmiechów. – Czuję, że właśnie cudownie ozdrowiałem!
Axel nie wybrał Uniwersytetu Reeny z własnej woli. Gdyby ktoś chciał znać jego zdanie, wolałby lecieć na Alderaan lub pozostać na Coruscant, jednak jego matka upierała się, że przebywanie z dala od domu pozytywnie ukształtuje jego charakter. Jeśli zdołał wytrwać w towarzystwie zepsutych arystokratycznych bachorów ze Światów Jądra, przetrwa wszędzie, więc wysłano go na prestiżowy uniwersytet na terenie kolonii.
W ciągu pierwszego roku przyśpieszonych studiów poznał każdy zakątek wysokich murów i starożytnych sal ze lśniącego metalu i szkła, w których uczyli się i mieszkali studenci z całej galaktyki. Poznał imiona wszystkich ogrodników, kucharzy i skromnych adiunktów. Upewnił się, że oni również zapamiętają jego imię. Rzecz w tym, że nie robił tego interesownie – naprawdę sprawiało mu to przyjemność. Każdy z nich miał własną historię i prawdziwe problemy. Wiódł prawdziwe życie, w którym nie musiał podejmować darczyńców finansujących kampanie wyborcze i ich okropnych małżonków wystawnymi obiadami.
Być może właśnie dlatego on i Leyli Romero tak się do siebie zbliżyli. Mimo iż Axel urodził się w elitarnej rodzinie i pochodził z terenu Jądra, z trudem podążał ścieżką, którą wytyczono dla niego jeszcze przed jego narodzinami. Jako dziecko swoich rodziców mógł liczyć na najlepszych nauczycieli i wszystko, o czym tylko zamarzył, jednak w zamian oczekiwano od niego, że odbędzie praktykę w Senacie, aby następnie towarzyszyć im w misjach pokojowych, wnosząc tym samym znaczący wkład w kształtowanie przyszłości światów, których być może nigdy w życiu nie odwiedzi. A wszystko dlatego, że był Greylarkiem i spodziewano się po nim, iż obejmie rolę przywódcy.
Jasne, zamierzał spełnić wszystkie te oczekiwania. A w międzyczasie dobrze się bawić.
Prowadząc Leyli i Kozma korytarzem dla służby, biegnącym od wschodniej wieży do terenów festiwalowych, czuł dreszczyk emocji, który miał swoje źródło gdzieś w głębi jego trzewi. Aczkolwiek równie dobrze mógł być spowodowany trzema papryczkami guiji, które spożył, aby symulować gorączkę.
Pomachał ręką twi’lekańskiemu dozorcy, który uśmiechnął się do nich i przepuścił ich bez słowa.
– Słyszałem, że płacisz uczelnianemu personelowi, żeby cię nie wypucował? – zagadnął Kozmo, a jego głos odbijał się echem od kamiennych ścian przejścia. – Czy to prawda?
– Może tak, a może nie. – Axel faktycznie dał woźnemu kilka kredytów, ale tylko dlatego, że podsłuchał, jak Twi’lek prosi dziekana o zaliczkę na poczet wynagrodzenia, aby opłacić operację córki, a ten odmówił. Poza tym nie wydawał własnych kredytów – tylko swoich rodziców.
Gdy dotarli na teren, na którym odbywała się impreza, Leyli ścisnęła jego dłoń. Każdego roku uniwersytet brał udział w Festiwalu Kwiecia Królowej. Po sezonie ulewnych deszczy cała planeta rozkwitała feerią barw – każde pole, górskie zbocze i ogród pokrywały się olśniewającymi kwiatami.
O ile Axel się orientował, zjawisko to było spowodowane faktem, iż opady atmosferyczne zawierały jakiś rodzaj fotoprotein, sprawiających, że pyłek kwiatowy wydzielał bioluminescencyjny blask, gdy pąki rozkwitały. Musiał przyznać, że efekt był spektakularny, ale zakładał, iż stanowił dla całej planety jedynie pretekst do organizowania wielkiej imprezy, która ściągała turystów z całego układu.
Uniwersytet Reeny również brał udział w uroczystościach. Pośród atrakcji znajdowało się między innymi minizoo z egzotycznymi zwierzętami oraz stragany ze słonymi i słodkimi przekąskami. Na rozmaitych stoiskach objaśniano naukowe zasady zjawiska powodującego bioluminescencję, organizowano gry i zabawy dla dzieci, a także prezentowano popisy licznych szkolnych zespołów muzycznych. Zanim Axel zapadł, jakże niefortunnie, na ospę malongo, był dość biegły w grze na podwójnej wioli i oczekiwano, że również weźmie udział w uroczystościach.
– Spójrzcie! Jedi! – zawołała podekscytowana Leyli.
Greylark zmrużył oczy w palącym słońcu Reeny i rozejrzał się po tłumie, szukając obiektu jej zainteresowania. Faktycznie, kilka kroków dalej dostrzegł trójkę Jedi – starszego opiekuna z dwójką uczniów w wieku Axela, z charakterystycznymi warkoczykami spływającymi na poły szat. Towarzyszył im dziekan wydziału teologii, który był tak zafascynowany zakonem Jedi, że namawiał ich do udziału w festynie, aby udowodnić kontrowersyjną teorię, wedle której miałby istnieć związek między zjawiskiem Kwiecia Królowej a mistycznymi właściwościami Mocy.
Axel sądził, że to nieco naciągane, ale był wdzięczny za element rozproszenia, którego dostarczyli mu ci odziani w szaty czarodzieje. W myślach wytyczył drogę do hangaru, znajdującego się po drugiej stronie terenów festiwalowych. Jedyny problem stanowiła dziekanka Harket, która zmierzała właśnie w ich stronę, kierując się do wschodniej wieży, bez wątpienia po to, aby sprawdzić, jak się miewa Axel. Leyli również ją dostrzegła.
– Zajmę się tym – mruknęła i chwyciła Kozma za rękę.
Stanęli tak, by zablokować jej drogę, podczas gdy Axel schował głowę w ramiona i wmieszał się w tłum.
Po drodze chwycił za rąbek jedwabnego szala mijanej kobiety – nawet nie zauważyła, jak zsunął jej się z ramion, gdy się od siebie oddalali. Axel zarzucił go sobie na głowę, udając, że kompletnie nie zwraca uwagi na dziekana wydziału teologii. Kiedy droga była już wolna, skierował się w stronę hangaru. Jedna z młodych Jedi – jak ich nazywano – podywanami? a może to było raczej coś z chodnikami? – niemal na niego wpadła i nawet nie przeprosiła, gdy trąciła go ramieniem. Obrzucił krytycznym spojrzeniem jej ciemne, upięte w nieco koślawe koki włosy. Zatrzymała się w miejscu, czujna i skupiona, mimo iż wyraźnie oddzieliła się od swojej grupy. Gdy zauważył, jak opuszcza ręce na rękojeści swoich bliźniaczych mieczy świetlnych, mimowolnie drgnęły mu palce. Nagle przypomniał sobie o Leyli – z pewnością na niego czekała, a Kozmo bez skrupułów wykorzysta każdą wymówkę, żeby go zostawić. Puścił się biegiem przed siebie.
Kiedy dotarł do hangaru, Kozmo uruchamiał już swój luksusowy śmigacz.
– Zapewne ucieszy cię wiadomość, że dziekanka Harket powierzyła mi zadanie sprawdzenia, co u ciebie słychać. Ze względu na to, że jesteśmy w tak dobrej komitywie i w ogóle.
– Wiedziałem, że w końcu opłaci się znosić twoje towarzystwo – mruknął pod nosem Axel, wskakując na tylne siedzenie i rozpierając się na kanapie z nerfiej skóry.
– W drogę! – Leyli roześmiała się radośnie i obejrzała przez ramię na Axela. Na widok jej zachwyconej miny znów poczuł to szarpnięcie w okolicy pępka, tę potrzebę bycia blisko dziewczyny i dawania jej wszystkiego, czego tylko zapragnie.
Kozmo puścił głośno electro-trashową piosenkę i pomknęli kamienistą ścieżką prowadzącą od uniwersytetu w kierunku długiej, krętej drogi wiodącej ku miejskiemu wybrzeżu. Leyli wydała z siebie entuzjastyczny okrzyk, a Axel zawiwatował, gdy słona bryza zmierzwiła mu włosy. Ciągnące się aż po horyzont błękitne wody były usiane rozrzuconymi to tu, to tam licznymi zielonymi wysepkami. Jasne – odwiedził z rodzicami wiele światów, ale nigdy nie mieszkał poza lśniącym Coruscant. Chociaż nigdy by się do tego nie przyznał, było coś kojącego w oddaleniu od nieustającego ruchu, zatłoczonych ulic, migających holobillboardów i tabloidów.
Reeny z pewnością nie można było nazwać centrum galaktyki, ale nie była też zapadłą dziurą. Budynki historycznego nabrzeża lśniły w słońcu, a Axel zaczynał sobie przypominać zakręty ulic pełnych przechodniów i gości, którzy przybyli na festiwal. Całe miasto wydawało się gotowe, aby być świadkiem zachwycającego zjawiska Kwiecia Królowej.
Zaparkowali śmigacz za czteropiętrowym budynkiem, gdzie znajdowała się tawerna Ealy’ego z tarasem na dachu i fontanną tryskającą trunkiem, który właściciel zwykł nazywać „tonikiem na poprawę humoru”. Było to pierwsze miejsce, jakie Axel odkrył podczas swoich wędrówek po mieście. Słuchanie opowieści pilotów i handlarzy o unikaniu piratów na trasie Szlaku Caloriańskiego było bez dwóch zdań bardziej interesujące niż seminarium z ideologii politycznej na Zewnętrznych Rubieżach. Poza tym w ten sposób uczył się o systemach handlu i innych rzeczach, o których nigdy nie dowiedziałby się w szkole.
– Tawerna? Serio? – prychnął drwiąco Kozmo. Wygładził poły swojej haftowanej jedwabnej tuniki, a następnie położył dłoń na medalionie z luzalitańskim diamentem. Axel zastanawiał się, ile naprawdę warta jest ta rodzinna pamiątka.
– Mam inny pomysł na miejsce, z którego będziemy mieli najlepszy widok na obchody. – Leyli obejrzała się w stronę wieży Gorag. Czarno-złoty budynek był spiralnie skręcony i wznosił się strzeliście ku niebu niczym przeszywająca warstwę chmur gigantyczna igła.
– Tamtejszy penthouse należy do rodu królewskiego Reeny – zauważył Axel, choć jego towarzysze doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Nawet on nie był na tyle szalony, żeby próbować wprosić się na przyjęcie organizowane przez włodarzy planety. A może jednak był…?
Leyli chwyciła go za przedramię.
– Daj spokój, Axelu. Wszyscy wiedzą, kim jesteś. Możesz tam wejść bez zaproszenia i powiedzieć po prostu, że przybyli Greylarkowie z Coruscant.
To była kolejna rzecz, do której nigdy by się nikomu nie przyznał, ale jej dotyk w jakiś sposób dodawał mu odwagi. Podobnie jak to, jak na niego patrzyła. Zatrzepotała swoimi długimi fioletowymi rzęsami i jeszcze zanim otworzył usta, by odpowiedzieć, wiedział, że się zgodzi. Nie bez wpływu na jego decyzję miał również fakt, iż siedzący na masce swojego luksusowego śmigacza Kozmo przewrócił ostentacyjnie oczami. Gość mógł sobie być jakimś tam lordem z mało znanej planetki, ale Axel był wszak Greylarkiem – a to coś znaczyło, czyż nie?
Znów poczuł dreszcz emocji, a w jego wnętrzu zatliły się iskry.
– Za mną! – rzucił tylko.
Przeszli przez ulicę i weszli do ogromnego holu wieży Gorag. Axel podał Leyli ramię i napawał się jej perlistym śmiechem, który wypełnił windę, gdy ta w zawrotnym tempie wiozła ich trójkę na najwyższe piętro budynku. Kiedy drzwi się otworzyły, czekał na nich wyraźnie podenerwowany Wermal w smokingu, z datapadem w dłoni. Wyjął z kieszonki marynarki monokl i przez chwilę zerkał przez niego to na Axela, to na listę gości.
– Nazwisko? – spytał w końcu piskliwym głosem.
– Greylark – odpowiedział Axel, prostując się na pełną wysokość i przywołując na twarz poważną minę. To właśnie robił jego ojciec tuż przed wejściem do sali Senatu lub przed dołączeniem do któregoś z długich, nudnych przyjęć dobroczynnych organizowanych w ich domu. Axel wyglądał jak jego wierna kopia. – Lexxir Greylark.
Na chwilę ogarnęło go poczucie winy, zmieszane z niepokojem wywołanym przez podszepty zdrowego rozsądku. Co on w ogóle najlepszego wyprawiał? Czy ten Wermal da się w ogóle nabrać na tę ściemę? Co, jeśli zostanie zdemaskowany? Matka ostrzegała go, że jeśli usłyszy kolejną skargę od dziekanki…
– Ach, tak – bąknął w końcu Wermal, zezując na rodzinny sygnet Greylarków na palcu wskazującym Axela. – Pańska żona już tu jest.
– Moja… żona? – Axel natychmiast zdał sobie sprawę z niewybaczalnego niedopatrzenia w swoim planie. Jego matka tu była!
Zanim zdążył się odwrócić, winda za jego plecami wypluwała już nową falę gości, a Leyli i Kozmo ciągnęli go za sobą na przyjęcie. Ledwo miał chwilę, aby rzucić wzrokiem na złocone żyrandole, trio przygrywające melodyjnie z estrady na podwyższeniu i gości z całej galaktyki, częstujących się wyborem przekąsek z tac krążących pośród nich kelnerów. Ci ostatni byli ubrani w jasne uniformy, a górne części ich głów przesłaniało coś w rodzaju metalowych przyłbic. Słyszał, że ród królewski Reeny woli organiczny personel od droidów kelnerów, ale w niemożności spojrzenia obsłudze w oczy było coś niepokojącego.
Zanurkował za najbliższy róg, chwycił z tacy kieliszek wypełniony jakąś parującą zieloną cieczą i uniósł go do ust.
– Czy to ona? – szepnął Kozmo teatralnym szeptem. Facet zdecydowanie nie był mistrzem dyskrecji.
I wtedy ją zobaczył. Kyong Greylark miała na sobie suknię w kolorze bladolawendowym, a włosy splecione w elegancki warkocz, ułożony w koronę i opadający jej na ramiona. Axel zaklął pod nosem i schował się za Kozmem.
– Twoja matka wygląda oszałamiająco – westchnęła Leyli.
– Moja matka mnie zabije – odmruknął Axel. Ma się rozumieć, musiała się tu zjawić i zepsuć mu dzień, który chciał spędzić z Leyli. – Nie powinno jej tu jeszcze być! Powiedziała, że musi prowadzić kampanię po drugiej stronie karkolonej galaktyki…
– Och, to takie urocze! – Leyli musnęła knykciami jego policzek.
Po raz pierwszy tego dnia jej słowa i dotyk nie wzbudziły w nim żaru. Zamiast tego ogarnęła go dziwna pustka. Co mogło być „uroczego” w fakcie, że jego rodzice przybyli na planetę dzień wcześniej, niż planowali? I dlaczego przylecieli na Reenę, jednak zamiast się z nim spotkać, poszli na imprezę? Czy wkurzało go to, bo jego rywal i jego dziewczyna byli świadkami tej sytuacji i z pewnością zdawali sobie z tego sprawę? Ale czemu właściwie miałoby go obchodzić, co sobie pomyśli Kozmo?
Upił łyk spowitego oparami zielonego drinka, skrzywił się z powodu kwaśnego smaku i odstawił go na tacę przechodzącego obok kelnera.
– Widzisz? Powinniśmy byli pójść do Ealy’ego.
– Ale stąd będziemy mieli najlepszy widok na zjawisko Kwiecia Królowej! – zauważyła Leyli, starając sobie nałożyć na dłoń jak najwięcej maleńkich kanapeczek. Jedna z nich wyglądała jak smażona gąsienica zwieńczona czymś w rodzaju różowej pianki. – Myślałam, że jako coruscańskie książątko uwielbiasz tego typu uroczystości.
Kozmo parsknął w kułak, a Axel poczuł, jak po jego szyi rozlewa się plama ciepła, pełznąc aż do czubków uszu.
– Skarbie, obiecałaś, że nie będziesz mnie tak nazywać.
Gdy zmrużyła psotnie oczy, w ich kącikach pojawiły się zmarszczki.
– A ja prosiłam, żebyś nie nazywał mnie swoim „skarbem”.
Cóż, zrozumiał aluzję. Nie drążył tematu. Musiał ich stąd jakoś wyciągnąć, aby uniknąć spotkania z matką.
Wyminęli kilka tańczących na parkiecie par, ale kiedy skręcili za kolejny filar, ich oczom ukazał się nie kto inny, a Lexxir Greylark we własnej osobie. Bawił się nerwowo swoimi spinkami do mankietów z księżycowymi opalami – prawdopodobnie dopiero co odbył niezbyt przyjemną rozmowę z Wermalem. Ale gdy tylko zobaczył swoją żonę, jego twarz rozjaśnił uśmiech.
Axel przywarł plecami do najbliższej ściany, wtulając się między dwie rośliny doniczkowe. W ustach zaschło mu tak bardzo, że język przykleił mu się do podniebienia. Przez chwilę rozważał wymyślenie jakiegoś skomplikowanego kłamstwa i ujawnienie się rodzicom. Mógłby powiedzieć, że wybrali się na wycieczkę, aby obejrzeć zjawisko kwitnienia. W głębi duszy wiedział jednak, że to by nie zadziałało. Istniało zbyt wiele zmiennych, nad którymi nie miał kontroli.
– Możemy już iść – rzucił Kozmo, a w jego ciemnobrązowych oczach Axel dostrzegł coś na kształt litości. – Przylecieliśmy, zobaczyliśmy i…
– W porządku – prychnęła Leyli. – Wiecie co? Wcale nie umiecie się dobrze bawić.
Axel zaczął wytyczać w myśli trasę z końca penthouse’u do windy, ale niezależnie od tego, jak mocno kombinował, każdy analizowany scenariusz narażał go na dostrzeżenie przez rodziców.
– Idźcie beze mnie. Obawiam się, że przez jakiś czas się stąd nie ruszę. Miło było was znać…
Leyli uśmiechnęła się pod nosem, a w jej oczach dostrzegł błysk tego, co tak bardzo w niej lubił: impulsywności. Humoru. Przebiegłości. Sprytu.
– Tędy! – rzuciła. – Wyjdziemy przez kuchnię!
Przecisnęli się przez podekscytowany tłum i przekroczyli próg przestronnej kuchni. Wszędzie piętrzyły się tace pełne małych, udekorowanych pienistą substancją przystawek, gotowych do podania. Ale nie natknęli się na krzyczącego z oburzenia szefa kuchni. Nie było też zespołu kucharzy, uwijających się w pocie czoła na swoich stanowiskach pracy. Wszyscy byli związani, zakneblowani i zaganiani do chłodni przez kobietę i Twi’leka, trzymających ich na muszkach swoich blasterów.
Blasterów, które od razu skierowali w stronę nowo przybyłych.
– Najmocniej przepraszam – powiedział Axel, starając się brzmieć tak nonszalancko, jak tylko zdołał, choć w tej chwili zdecydowanie nie czuł pewności siebie. – Nabraliśmy ochoty na nieco więcej tych smażonych gąsienic, ale może wrócimy później…
Przez chwilę był pewien, że zdołają się wykpić. Ale wtedy kobieta uśmiechnęła się pod nosem i dotarło do niego, że im się nie upiecze. Była drobna i śniada, a jej twarz okalały pofalowane łagodnie czarne włosy. Axel ze zdumieniem skonstatował, że nigdy nie spotkał nikogo równie pięknego, mimo iż nieznajoma trzymała go na muszce.
– Zamknij drzwi – poleciła nieznoszącym sprzeciwu tonem, wskazując lufą blastera w ich kierunku.
Axel wiedział, że nie powinien tego robić. Musiał spróbować wydostać się stąd wraz ze swoimi towarzyszami. Po drugiej stronie znajdowali się jego rodzice. Cokolwiek się działo, wciąż można było to powstrzymać. Jednak jej słowa były tyleż stanowcze, co dziwnie kojące. Jej głos brzmiał jak miłe dla ucha dźwięczenie dzwonków. Zrobił więc, o co prosiła.
– Axel! – warknął Kozmo, ale nie opuścił trzymanych w górze rąk. – Czego chcecie? – spytał, zwracając się do intruzów. – Kredytów? Mamy ich całe mnóstwo! Damy wam czegokolwiek zażądacie…
Twi’lek obnażył ostre kły w grymasie, który prawdopodobnie miał być w zamyśle uśmiechem.
– Słyszałaś to, Elecio? Dadzą nam, czegokolwiek zażądamy!
Axel miał ochotę rąbnąć Kozma pięścią w twarz.
– Oczywiście, w granicach rozsądku. Moje konta są obecnie zamrożone. Ale z pewnością zdołam coś z tym zrobić, jeśli tylko pozwolicie mi…
– Nienawidzę tych rzeczy, a wy? – Elecia spojrzała na swój blaster, a następnie spokojnie schowała go do kabury i zachichotała, jakby prowadzili towarzyską pogawędkę. Kozmo pokiwał z entuzjazmem głową, podczas gdy Axel i Leyli trwali w kompletnym bezruchu. – Mam lepszy pomysł. Ty, z gwiazdkami. Chodź no tu.
Serce waliło Axelowi jak młotem, słyszał w uszach jego dzikie dudnienie. Nie myślał – zareagował po prostu instynktownie, zajmując miejsce między Leyli a intruzami.
– Spójrz no, Kerun – jakie to rycerskie! – zamruczała z ukontentowaniem Elecia. – Czekaj… Znam cię!
Pod jej badawczym spojrzeniem Axel się zaczerwienił.
– Wielu osobom się wydaje, że mnie znają.
– Ale ja naprawdę cię znam – powtórzyła swoim dźwięcznym głosem. – Cóż, skoro zaś jesteśmy w tak dobrej komitywie, powiem ci coś. To zwykłe nieporozumienie. Przybyliśmy tu tylko po to, aby zaanektować pewne… zasoby, których zniknięcia nikt nawet nie zauważy. Nikt nie musi ucierpieć. Racz więc wyświadczyć mi małą przysługę i pozwól swojej uroczej przyjaciółce przejść.
„Zaanektować zasoby”. Nigdy wcześniej nie słyszał takiego określenia na kradzież.
– Axelu… – Kiedy Leyli wypowiedziała jego imię, usłyszał w jej głosie strach i ponownie się skupił. – Rób, co ona mówi. Proszę…
Rzucił Kozmowi znaczące spojrzenie. Nie był pewien, czy to broń wycelowana w ich stronę sprawiła, że w samym środku tej traumatycznej sytuacji połączyła ich swoista więź, czy może Kozmo naprawdę troszczył się o bezpieczeństwo Leyli. Niezależnie od tego, jak było faktycznie, luzalitański arystokrata skinął poważnie głową, mimo iż kulił się w sobie i praktycznie chował za samym Axelem.
– Co mamy robić?
– Włóżcie to. – Twi’lek nazwany przez kobietę Kerunem machnął niedbale swoim blasterem i Axel zesztywniał.
W ciągu kilku chwil on i Kozmo rozebrali się i włożyli śnieżnobiałe uniformy kelnerów. Ten ostatni przez cały czas mamrotał pod nosem:
– Wiedziałem, że zadawanie się z tobą przyniesie mi tylko upokorzenie.
Axel poprawił metalowy wizjer przesłaniający oczy. Jego przednia część uciskała grzbiet nosa na tyle, że czuł dyskomfort, a wszystko w polu widzenia nabrało rozmytej poświaty. Dlaczego, na wszystkie krwawiące gwiazdy, ktoś miałby zmuszać swoich pracowników do noszenia czegoś tak absurdalnego? Cóż, to było w zasadzie bez znaczenia. Zmusił się do myślenia o Leyli, która została skrępowana i wepchnięta do chłodni wraz z resztą obezwładnionych pracowników kuchni.
– Hmm, cóż, nikt cię nie prosił, żebyś się ze mną zadawał! – odburknął Axel, być może odrobinę bardziej złośliwie, niż zamierzał.
W odpowiedzi Kozmo prychnął tylko i schował swój głupi medalion pod uniformem, prawdopodobnie po to, aby intruzi nie pozbawili go i rodzinnej pamiątki.
– Ciesz się, że masz takiego przyjaciela jak ja. Beze mnie pozwoliłbyś Leyli zepchnąć się z klifu, święcie przekonany, że to od samego początku był twój pomysł – dodał po chwili.
Axel parsknął śmiechem.
– O czym ty mówisz? Nie jesteśmy przyjaciółmi.
– Nie? – Kozmo poprawił swój wizjer, a Axel z zaskoczeniem zarejestrował, że luzalitański lord sprawiał wrażenie urażonego.
– Po prostu miejmy to już za sobą – odparł i odwrócił się do napastników. Naliczył ich dziesięciu, wszyscy mieli na sobie skradzione uniformy. Kerun trzymał się z tyłu, ubrany w długi fartuch szefa kuchni i śmieszną kucharską czapkę.
W środku cały aż dygotał z nerwów, ale jeśli było coś, czego nauczył się, obserwując swoich rodziców zmagających się z pełnymi piirayi wodami polityki senackiej, to z pewnością tego, żeby przenigdy, choćby się waliło i paliło, nie okazywać strachu. Odwrócił się na pięcie i uśmiechnął pod nosem.
– I jak? Czy zaskarbiliśmy sobie waszą aprobatę?
Elecia zachichotała, ale pozostali, zgromadzeni wokół niej, zareagowali kwaśnymi grymasami; w ciszy słychać było przytłumione dźwięki muzyki, dobiegające z sąsiedniego pomieszczenia.
– W porządku, zjawisko Kwiecia Królowej rozpocznie się lada chwila. Goście wylegną na balkon, a wówczas będziemy mieli wolną rękę. Bierzcie klejnoty, zegarki – wszystko, co znajduje się na liście. Ja zajmę się główną sypialnią. Reszta z was gromadzi skrzętnie wszystko, co się da. Mamy tylko jedną szansę, więc dobrze ją wykorzystajcie. Jakieś pytania?
– Tak – odpowiedział Axel, podnosząc rękę jak pilny uczeń. – Co, jeśli znajdę coś, co mi się spodoba i co zechcę zatrzymać?
– Wówczas na twoim miejscu zadałabym sobie pytanie, czy to warte życia twojej dziewczyny. – Elecia wypowiedziała te słowa z uśmiechem, ale Axel słyszał w nich echo ledwie zawoalowanej groźby. Cóż, być może powinien jednak bardziej zwracać uwagę na to, kiedy silić się na elokwencję. – Nowa zmiana zaczyna się… – Zaczekała na pierwszą falę zachwyconych okrzyków, która napłynęła z zewnątrz. – Teraz.
Otworzyła drzwi i Axel wraz z Kozmem podążyli za złodziejami, którzy wychodząc, zabierali ze sobą tace z jedzeniem. Axel skupił się na utrzymywaniu dłoni w stabilnej pozycji i unikaniu zderzeń z pozostałymi, ponieważ nie bardzo wiedział, co innego mógłby w tej sytuacji zrobić. Jednak to nie o swoje życie się martwił. Leyli była w tej chłodni. Leyli miała kłopoty, ponieważ on chciał się wymknąć niepostrzeżenie z przyjęcia. Powinien był dać się złapać rodzicom. Matka i tak nie zrobiłaby sceny w miejscu publicznym.
Niestety, było już za późno na żale.
Axel niemal podziwiał plan intruzów. Prosty, bezbłędny. Mieli znakomity pomysł na odwrócenie uwagi: grupa bogaczy bez reszty zajęta podziwianiem niezwykłego zjawiska. Ochrona przy drzwiach, pilnująca, by na przyjęcie nie wszedł nikt niepowołany, ale poza tym? Nikt nie zawracał sobie głowy zapewnieniem bezpieczeństwa pracownikom kuchni, bo i po co?
Podążał za innymi, pozwalając, aby kolejne szpony, palce i macki sięgały po przysmaki z jego tacy. Nikt nie zwracał na niego specjalnej uwagi. Był tu w zasadzie tylko użyteczną ozdobą. Kiedy taca opustoszała, pozbierał opróżnione kieliszki i rozejrzał się po sali w poszukiwaniu celu idealnego, który zresztą wkrótce znalazł, w postaci podchmielonego staruszka, krążącego chwiejnym krokiem i rozglądającego się za kolejnym drinkiem.
Wzrok Axela padł na jego zegarek, a potem przesunął się na ciężki łańcuch wykonany z opalizującego metalu, który nadawał mu wygląd na wpół zastygłej cieczy. Wydawał się drogi. Greylark prędko zdobył kieliszek z czymś zielonym i kwaśnym i zaniósł go wstawionemu mężczyźnie.
– Co to takiego? Jest niesamowite!
„Niesamowicie paskudne” – miał ochotę uściślić Axel, jednak zamiast tego potwierdził tylko grzecznie:
– Owszem.
Mężczyzna zaczerpnął gwałtownie tchu i pochylił się lekko w jego stronę.
– Myślałem, że nie wolno wam rozmawiać z gośćmi! – szepnął mu na ucho.
Greylarka zdjął przelotny strach, ale szybko się opamiętał. Błysnął zębami w uprzejmym uśmiechu.
– Nie mogłem się powstrzymać, psze pana. Jak ktoś mógłby nie chcieć rozmawiać z kimś tak prominentnym?
Zadowolony z odpowiedzi zawiany mężczyzna odpowiedział szerokim uśmiechem i kołysząc się w rytm muzyki, ruszył wężykiem w stronę balkonu. Axel tymczasem odszedł w przeciwnym kierunku, dyskretnie przykrywając skradzione drobiazgi serwetką. Z sercem walącym jak młotem zaczął się rozglądać w poszukiwaniu kolejnego celu. Wszyscy szli na balkon, skupiając uwagę na imponującym widoku miasta i majaczących w oddali wysp. Axel był świadkiem zjawiska Kwiecia Królowej podczas pierwszego roku na uniwersytecie. Kilka dni po porze deszczowej powietrze było gęste od pyłków i zapachu wilgotnej ziemi. Zewsząd strzelały zielone pędy – pojawiały się nawet w szczelinach brukowanych uliczek i marmurowych podłóg szkolnego gmachu. Wszyscy czekali na to z wytęsknieniem – i tak właśnie narodziła się tradycja świętowania tego fenomenu. Po co czekać, skoro można się bawić, dopóki kwiaty się nie otworzą?
Axel nie był do końca gotowy, aby przyznać, jak bardzo podobało mu się to zjawisko. Jak rzadko zdarzało się, że coś było w stanie go zaskoczyć – wiecznie znudzonego, mającego wrażenie, że widział już wszystko. Obserwował z dachu wieży swojego akademika, jak słońce zaczyna zachodzić, a wszystkie pąki kwiatowe wkoło się otwierają. Płatki rozchylały się, jakby zaczerpywały pierwszy drżący oddech, a pokrywający je delikatny pyłek mienił się w świetle. Każdy, nawet najlżejszy podmuch wiatru, niósł ze sobą bioluminescencyjny pył, który osiadał na wszystkim w okolicy. To było jak przebywanie pośród tysięcy migoczących gwiazd. Kiedy pył osadzał się na skórze, co było nieuniknione, pozostawiał na niej fosforyzujące smugi. Wszystko, absolutnie wszystko, pokrywało Kwiecie Królowej.
Po kilku godzinach blask zanikał i pozostawał tylko zielony pyłek. Czy to zjawisko było tak piękne ze względu na swoją imponującą skalę? A może po prostu dlatego, że było tak ulotne?
Nawet teraz drobinki pyłku wlatywały do apartamentu przez balkonowe drzwi i przyklejały się do każdej odsłoniętej powierzchni. Choć widok zapierał dech w piersi, Axel zdawał sobie sprawę, że nie może pozwolić sobie na podziwianie zjawiska. Musiał się skupić, aby jego debiut jako zwykłego złodziejaszka był wart zachodu – ponieważ ktoś liczył na to, że dobrze wypełni swoją rolę.
Kiedy taca zaczęła mu zbyt mocno ciążyć od skradzionych błyskotek, skręcił za róg, wracając do miejsca, w którym wcześniej ukrył się za wysokimi roślinami doniczkowymi. Miał kilka chwil, zanim wróci do kuchni i rozpocznie kolejny kurs, ale kilka sekund później przydybał go Kozmo.
– Jesteś w tym przerażająco dobry – stwierdził, chichocząc nerwowo. – Cóż, chyba nie powinienem być zaskoczony.
– Bo jestem tak doskonały we wszystkim?
– Nie we wszystkim, Greylark. W szkole nadal wyprzedzam cię o dwa punkty. – Kozmo uśmiechnął się pod nosem, a Axel ze zdumieniem zdał sobie sprawę z tego, jak ujmujący uśmiech ma jego rywal. Potem przypomniał sobie ból w głosie młodego arystokraty, kiedy niedawno powiedział mu, że nie są przyjaciółmi.
– Greylark! Tu jesteś! – zawołał ktoś, jednak słowa nie były skierowane do Axela, ale do mężczyzny kierującego się do małej wnęki, z dala od zgromadzonych.
Axel zamarł, podobnie jak stojący obok niego Kozmo, gdy senator Lexxir Greylark odwrócił się i stanął twarzą w twarz z podchmielonym jegomościem, którego wcześniej okradł. Chłopak wciąż miał na sobie metalową osłonę. Był nie do poznania. Czyż nie?
– Hrabio Vennersonie – powiedział jego ojciec, strzepując z peleryny błyszczący pyłek, który na niej osiadł. – Miło cię widzieć.
– Bałem się, że już cię dziś nie zobaczymy. Czy kosztowałeś tego cudownie kwaśnego trunku?
Axel nie śmiał nawet głębiej odetchnąć, gdy ojciec spojrzał wprost na niego. Starszy Greylark zmrużył swoje duże oczy. Czy go rozpoznał? Czy się domyślał? Wręczył Axelowi swój pusty kieliszek i mu podziękował.
Chłopak trzymał go za nóżkę, wciąż trwając w kompletnym bezruchu.
– Gdzie się podziała twoja urocza żona? – zapytał hrabia Vennerson.
– Kyong jest zajęta podziwianiem tego zjawiska. To jej pierwszy raz. Planowaliśmy zrobić niespodziankę naszemu synowi, ale nie chcieliśmy go odrywać od zajęć.
– Moja córka jest na pierwszym roku – wybełkotał wcięty mężczyzna. – Musimy ich sobie przedstawić. Przed nimi świetlana przyszłość! Czy mógłbym ci chwilę zająć? Chciałbym opowiedzieć ci co nieco o absolutnie koszmarnej sytuacji szlaków nadprzestrzennych w moim sektorze…
Axel wiedział, że musi się ruszyć, coś zrobić – cokolwiek! Pozostali „kelnerzy” wracali już do kuchni, a jeśli nie zjawi się wraz z nimi ze swoim łupem, Elecia bez dwóch zdań dotrzyma słowa…
– Wybacz, hrabio Vennersonie – powiedział Lexxir Greylark, rozkojarzony hologramem migającym na ekranie jego komunikatora. – To dziekanka Harket.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
