Star Wars. Wielka Republika. Opowieści światła i życia -  - ebook

Star Wars. Wielka Republika. Opowieści światła i życia ebook

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

ODKRYJ DZIEDZICTWO ESKADRY ŁOTRÓW I JEJ LEGENDARNYCH PILOTÓW, KTÓRZY STALI SIĘ SYMBOLEM NADZIEI W CAŁEJ GALAKTYCE.

Zwinne, szybkie i zabójczo skuteczne – takie właśnie są X-wingi. Gdy wojna ogarnia bezkres galaktyki, nieustraszeni piloci bronią Sojuszu Rebeliantów przed wciąż potężnymi siłami Imperium i nieustannie ryzykują utratę maszyn... i własnego życia.

Dlatego dowódca legendarnej Eskadry Łotrów, Wedge Antilles, szuka tylko najlepszych — najodważniejszych i najbardziej utalentowanych pilotów X-wingów; tych, którzy przetrwają wyczerpujące szkolenia oraz niebezpieczne misje i stworzą zespół zahartowanych wojowników gotowych na wszystko.

Kiedy jednak eskadra dostaje rozkaz ataku na potężnie ufortyfikowaną twierdzę, najodważniejszy z Łotrów musi zadać sobie pytanie: czy tym razem choć jeden członek jednostki przeżyje...

Od ponad czterdziestu lat powieści osadzone w odległej galaktyce wzbogacają świat Star Wars, oferując fanom możliwość kontynuowania przygody poza ekranem. George Lucas, tworząc Gwiezdne Wojny, wykreował uniwersum rozpalające wyobraźnię i inspirujące wielu autorów. Uczynił je przestrzenią, w której inni mogli opowiadać swoje historie. Tak narodził się rozszerzony wszechświat, czyli Expanded Universe (EU), obejmujący książki, komiksy, gry wideo i wiele innych dzieł.

Expanded Universe do dziś stanowi natchnienie dla twórców Star Wars i funkcjonuje pod nazwą Legendy. Współczesne opowieści gwiezdnowojenne czerpią pomysły, postaci i wątki fabularne z tego bogatego dziedzictwa. Kolekcja Legend przybliża jedne z najważniejszych i najbardziej ukochanych historii rozgrywających się dawno, dawno temu w odległej galaktyce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 310

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wprowadzenie – Michael Siglain

Witaj­cie we wspa­nia­łej erze Wiel­kiej Repu­bliki! Czeka Was praw­dziwa uczta. Przed Wami histo­rie pełne przy­gód, zdrad, grozy, przy­jaźni i nadziei. Ale nie – nie uprze­dzajmy fak­tów.

Być może wie­cie, a może nie, że Star Wars. Wielka Repu­blika to ambitna, wie­lo­wąt­kowa opo­wieść, któ­rej akcja roz­grywa się na wieki przed tym, jak Luke Sky­wal­ker, księż­niczka Leia i Han Solo poło­żyli kres tyra­nii Impe­rium Galak­tycz­nego. Opo­wia­dana w trzech fazach, jest w pew­nym sen­sie odzwier­cie­dle­niem sagi Sky­wal­kerów, ponie­waż przed­sta­wia naj­pierw śro­dek histo­rii (Faza I: Świa­tło Jedi), następ­nie jej począ­tek (Faza II: Misja Jedi), aż wresz­cie jej zakoń­cze­nie (Faza III: Próby Jedi). Roz­po­czyna się w okre­sie galak­tycz­nego rene­sansu, pod­czas któ­rego docho­dzi do wiel­kiej kata­strofy, aby osta­tecz­nie odpo­wie­dzieć na pyta­nie: – „Czego boją się Jedi?”.

Od samego początku tej ini­cja­tywy Wielka Repu­blika była przed­się­wzię­ciem zbio­ro­wym. Od naszych wybit­nych auto­rów, przez nie­sa­mo­wi­tych arty­stów, aż po redak­to­rów i wszyst­kie inne osoby pra­cu­jące nad serią – wszy­scy tru­dzili się w pocie czoła, aby stwo­rzyć tę zupeł­nie nową erę, która uka­zuje Jedi u szczytu ich potęgi. Niniej­sza książka jest zaś świet­nym tego przy­kła­dem.

Lucas­film Publi­shing stara się two­rzyć i publi­ko­wać histo­rie dla każ­dego czy­tel­nika, a Opo­wie­ści z pew­no­ścią speł­niają te zało­że­nia. Anto­lo­gia, którą trzy­ma­cie w rękach, zawiera zbiór zróż­ni­co­wa­nych opo­wia­dań naszych prze­świet­nych auto­rów, wkła­da­ją­cych całe swoje serca i dusze w stwo­rze­nie zupeł­nie nowych histo­rii, osa­dzo­nych przed, w trak­cie oraz po zakoń­cze­niu faz Wiel­kiej Repu­bliki. Nie­które z nich roz­wi­jają wątki przed­sta­wione w powie­ściach, komik­sach i maga­zy­nach, a inne zapo­wia­dają wyda­rze­nia, które dopiero nadejdą.

Jeśli nie czy­ta­li­ście do tej pory żad­nej opo­wie­ści ze świata Wiel­kiej Repu­bliki – nie mar­tw­cie się. Każdy znaj­dzie tu coś dla sie­bie. Zare­zer­wo­wa­li­śmy dla Was spe­cjalne miej­sce w long­be­amie. A jeżeli zna­cie już nie­które z naszych histo­rii – zna­ko­mi­cie! Z pew­no­ścią dostrze­że­cie wszyst­kie zawo­alo­wane nawią­za­nia i mru­gnię­cia do czy­tel­nika, ukryte w tek­ście. Tak czy ina­czej, cze­kają Was eks­cy­tu­jące przy­gody i odskocz­nia od rze­czy­wi­sto­ści.

Aby nie zdra­dzić zbyt wiele, wspo­mnę tylko, że zawarte tu opo­wia­da­nia to epic­kie histo­rie o pery­pe­tiach Jedi, wni­kliwe stu­dia, sku­pia­jące się na kon­kret­nych boha­te­rach i zło­czyń­cach, oraz próba spoj­rze­nia na wyda­rze­nia tej epoki z szer­szej per­spek­tywy – zarówno wybie­ga­jąc myślą w prze­szłość, jak i w przy­szłość. Nie­które z nich wpro­wa­dzają nowe posta­cie, inne ujaw­niają losy zna­nych boha­te­rów. Wszyst­kie jed­nak prze­niosą Was do nie­bez­piecz­nych cza­sów, cza­sów nabrzmia­łych moż­li­wo­ściami i ocze­ki­wa­niem, cza­sów, w któ­rych jasne ostrza mie­czy świetl­nych opro­mie­niały nadzieją i ochron­nym bla­skiem roz­le­głe galak­tyczne pogra­ni­cze pod­czas zło­tej ery zakonu Jedi.

Zapnij­cie więc pasy i ruszajmy w tę podróż. Nasze opo­wie­ści roz­po­czy­nają się tak samo, jak wszyst­kie nie­sa­mo­wite histo­rie ze świata Gwiezd­nych Wojen: dawno, dawno temu, w odle­głej galak­tyce.…

Mam nadzieję, że spodoba się Wam ta przy­goda – i dzię­kuję za lek­turę.

Dla świa­tła i życia!

Michael Siglain Dyrek­tor kre­atywny Lucas­film Publi­shing

Chronologia Star Wars

Kwiecie Królowej – Zoraida Córdova

Rozdział pierwszy

Axel Grey­lark umie­rał.

A przy­naj­mniej na to wyglą­dało. Na jego gór­nej war­dze i gład­kim czole per­liły się kro­ple potu, przy­kle­ja­jąc mu mięk­kie czarne włosy do skroni. Chwy­ciw­szy meta­lowy nad­gar­stek dro­idki pie­lę­gniarki, Axel poru­szył się nie­spo­koj­nie w wil­got­nej pościeli.

– Ratuj­cie się. Mną się nie przej­muj­cie… – zdo­łał wykrztu­sić schryp­nię­tym gło­sem.

– Bzdura! – Ry Har­ket, dzie­kanka do spraw stu­denc­kich, była wyraź­nie pode­ner­wo­wana. Bival­lka nie ośmie­liła się nawet mru­gnąć swo­imi dużymi, wyłu­pia­stymi oczami, jakby bała się, że jeśli to zrobi, Axel Grey­lark znów wytnie jej tuż pod nosem jakiś numer. – Zmierz mu ponow­nie tem­pe­ra­turę.

Dro­idka obró­ciła swoją białą meta­lową głowę, a jej foto­re­cep­tor zami­go­tał na nie­bie­sko, gdy przy­go­to­wy­wała się do udzie­le­nia odpo­wie­dzi.

– Tem­pe­ra­tura pacjenta wyno­siła trzy­dzie­ści osiem, prze­ci­nek, osiem, osiem, osiem, dzie­więć pod­czas czte­rech pomia­rów z rzędu. Mie­rze­nie jej piąty raz, psze pani, byłoby kom­plet­nie nie­do­rzeczne.

Axel zama­sko­wał roz­ba­wione par­sk­nię­cie prze­sad­nym, być może odro­binę zbyt sce­nicz­nym kasz­lem. Na prze­strzeni lat spę­dzo­nych na Uni­wer­sy­te­cie Reeny nawią­zał dobre rela­cje z tutej­szym zespo­łem dro­idów pie­lę­gnia­rzy. Jedna z ich grona, która wła­śnie się nim opie­ko­wała, a którą nazwał Una, miała chip oso­bo­wo­ści, któ­rego nikt nie byłby w sta­nie pod­ro­bić – ani zmie­nić.

– Zmierz. Ją. Jesz­cze. Raz – wyce­dziła dzie­kanka Har­ket, pozwa­la­jąc sobie wresz­cie na mru­gnię­cie jed­nym z osa­dzo­nych po bokach głowy oczu – choć wyglą­dało to nie tyle na mru­gnię­cie, co spra­wiało wra­że­nie, że drga jej powieka.

Una wydała z sie­bie sygnał dźwię­kowy potwier­dza­jący przy­ję­cie pole­ce­nia i obró­ciła głowę w stronę zło­żo­nego bole­ścią sie­dem­na­sto­latka. Pacjent trzy­mał się za brzuch, ale współ­pra­co­wał. Roz­chy­lił usta i pozwo­lił, aby umie­ściła mu pod języ­kiem zimny meta­lowy pręt. Jego obwie­dzione czar­nymi rzę­sami oczy zamru­gały powoli, ale nic nie mogło ukryć figlar­nego bły­sku, który w nich zalśnił.

– Trzy­dzie­ści osiem i pół stop­nia – zamel­do­wała Una swoim koją­cym, mecha­nicz­nym gło­sem.

– Spada! – wykrzyk­nęła dzie­kanka Har­ket gło­sem, w któ­rym dało się sły­szeć trium­falną nutę, i zatarła chude dło­nie o dłu­gich pal­cach, jakby w jakiś magiczny spo­sób zamie­rzała wydo­być z niego prawdę. – Naj­wy­raź­niej zna­lazł spo­sób, aby symu­lo­wać i unik­nąć udziału w zaję­ciach oraz wypeł­nia­nia obo­wiąz­ków zwią­za­nych z uro­czy­sto­ściami.

– Zapew­niam panią – głowa dro­idki znów się obró­ciła, gdy mecha­niczna pie­lę­gniarka cof­nęła ramię z ter­mo­me­trem – że gorączka, skur­cze żołądka, ból głowy i gar­dła, które wyka­zuje Axel Grey­lark, to dokład­nie te same symp­tomy, jakimi obja­wia się ospa malongo, roz­prze­strze­nia­jąca się we wschod­niej wieży. Jeśli będzie miał szczę­ście, wyliże się z tego. Jeśli nie, poja­wią się ropne pęche­rze…

– Ratuj się, dzie­kanko Har­ket… – wykrztu­sił Axel mię­dzy jed­nym dra­ma­tycz­nym ata­kiem kaszlu a dru­gim.

– Istoty wodne są cał­ko­wi­cie odporne na ospę malongo – oznaj­miła Una.

– Ależ ze mnie szczę­ściara! – chlip­nęła Bival­lka. Jej komu­ni­ka­tor brzę­czał, aż w końcu ode­brała połą­cze­nie: – Tak, tak, zaraz przyjdę na teren tar­gów – zwró­ciła się do dro­idki i dodała: – Podaj mu śro­dek uspo­ka­ja­jący.

– Odma­wiam – powie­działa Una. – Z akt pana Grey­larka wynika, że nie można mu poda­wać środ­ków uspo­ka­ja­ją­cych.

Dzie­kanka Har­ket stra­ciła resztki cier­pli­wo­ści. Unio­sła górną wargę w dra­pież­nym gry­ma­sie, odsła­nia­jąc drobne zęby.

– A to niby dla­czego?

– Mam po nich kosz­mary. – Axel skrzy­wił się, z wyraź­nym tru­dem pod­no­sząc się do pozy­cji sie­dzą­cej. – Jestem pewien, że moi rodzice będą wręcz zachwy­ceni, kiedy jutro się tu zja­wią, dzie­kanko Har­ket. Bez dwóch zdań opo­wiem im, jak dobrze się mną zaopie­ko­wa­łaś. – Się­gnął po sto­jącą przy łóżku fili­żankę gorą­cej her­baty.

Kiedy dro­idka pie­lę­gniarka odje­chała na bok, dzie­kanka Har­ket przy­kuc­nęła przy łóżku Axela.

– Wiem, że to ty – zako­mu­ni­ko­wała mu gniew­nym szep­tem. – Wiem, że to ty wyma­za­łeś atrium spro­śnymi bazgro­łami. Wiem, że to ty wypu­ści­łeś mynocki z labo­ra­to­rium. I wiem, że to ty zala­łeś łazienki w dormi­to­riach w zachod­niej wieży. Nie wiem jak ani kiedy, ale wiem, że kie­dyś cię w końcu przy­ła­pię, Axelu Grey­larku!

Axel, który zdo­łał zacho­wać wyraz twa­rzy ide­al­nie oscy­lu­jący mię­dzy nie­win­no­ścią a ago­nal­nym cier­pie­niem, pozwo­lił sobie na unie­sie­nie kąci­ków ust w led­wie zauwa­żal­nym uśmie­chu.

– Jak wyka­zało śledz­two, nie mam nic na sumie­niu. Żywię jed­nak głę­boką nadzieję, że znaj­dzie­cie tego łobuza i że spo­tka go zasłu­żona kara.

– To byłeś ty! – syk­nęła dzie­kanka, po czym odchrząk­nęła i popra­wiła koł­nie­rzyk swo­jej czer­wo­nej szaty. – Cze­kam z nie­cier­pli­wo­ścią na spo­tka­nie z two­imi rodzi­cami pod­czas jutrzej­szego festi­walu, aby omó­wić z nimi kwe­stię czę­sto­tli­wo­ści two­ich cho­rób w tym seme­strze.

Axel Grey­lark miał na kon­cie trzy­dzie­ści nie­obec­no­ści, z któ­rych każda została potwier­dzona przez dro­idkę pie­lę­gniarkę. Admi­ni­stra­cja szkoły spraw­dziła per­so­nel medyczny pod kątem ewen­tu­al­nych mani­pu­la­cji, ale nic nie zna­la­zła. Poza tym korzy­ści wią­żące się z obec­no­ścią na uczelni syna ary­sto­kra­tycz­nego rodu coru­scań­skich poli­ty­ków zde­cy­do­wa­nie przy­ćmie­wały fakt, iż co jakiś czas zda­rzało mu się opu­ścić zaję­cia z powodu pogor­sze­nia stanu zdro­wia. Celo­wał w nauce, wyróż­niał się elo­kwen­cją i swadą pod­czas galak­tycz­nych debat i był środ­ko­wym napast­ni­kiem w grav-ballu. Pod­su­mo­wu­jąc: jeśli cho­dzi o rejestr zasług, młody panicz Grey­lark ustę­po­wał tylko lor­dowi Kozmowi Sun­dre­lowi IV z Luza­lite’a.

Dzie­kanka do spraw stu­denc­kich na chwilę zre­zy­gno­wała z dal­szego bom­bar­do­wa­nia Axela zarzu­tami, ale zamie­rzała mieć na niego oko. Rzu­ca­jąc mu ostat­nie gniewne spoj­rze­nie, wyszła z jego pokoju i stu­ka­jąc wyso­kimi obca­sami, ruszyła wraz z dep­czącą jej po pię­tach Uną w kie­runku miej­sca, w któ­rym odby­wał się festi­wal.

Axel opadł tym­cza­sem na mięk­kie jak puch poduszki. Wydłu­bał coś z zębów i odrzu­cił małe czer­wone nasionko na bok, po czym usiadł i prze­cią­gnął się, wciąż obo­lały po przed­wczo­raj­szym tre­ningu. Następ­nie wstał i wygiął plecy w łuk, aż usły­szał cichy trzask. Wów­czas się­gnął pod poduszkę i wyjął ogonki trzech małych papry­czek guiji. Każda z nich miała zale­d­wie pięć cen­ty­me­trów dłu­go­ści. Uży­wano ich do pro­duk­cji oleju, słu­żą­cego do przy­pra­wia­nia potraw – jedna jego kro­pla wystar­czała, aby roz­pa­lić język do czer­wo­no­ści, a on zjadł ich… cóż, kilka. Dość dużo, aby tym­cza­sowo symu­lo­wać objawy ospy malongo.

Wła­ści­wie to miał nie­mal wyrzuty sumie­nia z powodu oszu­ka­nia dzie­kanki Har­ket. W końcu, gdyby tylko kazała dro­idce pie­lę­gniarce spraw­dzić jego tem­pe­ra­turę jesz­cze raz, jej spa­dek zwia­sto­wałby jego cudowne ozdro­wie­nie. Wcze­śniej pró­bo­wał rów­nież innych metod sztucz­nego pod­bi­ja­nia cie­płoty ciała, ale z mniej­szym powo­dze­niem: minuty inten­syw­nych ćwi­czeń fizycz­nych (któ­rych efekty mijały jed­nak zbyt szybko), picia gorą­cej her­baty w momen­cie, gdy tylko usły­szał zbli­ża­jący się odgłos kół dro­ida lub dopro­wa­dza­nia się nie­mal do sta­niu omdle­nia w łaźni wsku­tek wdy­cha­nia pary.

Dzie­kanka mogłaby go z łatwo­ścią nakryć na gorą­cym uczynku, gdyby tylko była cier­pliw­sza i czuj­niej­sza. No bo wła­ści­wie kogo nale­ża­łoby obar­czyć winą za to, że Axe­lowi uszło pła­zem kilka nie­szko­dli­wych psi­ku­sów, któ­rymi zbru­kał czci­godne mury Uni­wer­sy­tetu Reeny?

Axel roze­brał się i wziął szybki prysz­nic. Jego pokój w dormi­to­rium we wschod­niej wieży był wypo­sa­żony we wszystko, czego mógł potrze­bo­wać – miał tu w bród jedze­nia, napoi, wybór holo­fil­mów i mały salon, w któ­rym testo­wał gra­nice zasady „Zakaz imprez”.

Kiedy ubrał się w zie­lony gar­ni­tur i prze­cze­sał pal­cami wil­gotne włosy, roz­legł się brzę­czyk zwia­stu­jący przy­by­cie gości.

– To ja! – dobiegł z gło­śnika naj­słod­szy głos w galak­tyce.

Otwo­rzył drzwi i wychy­lił się nie­znacz­nie, aby nikt nie dostrzegł go z ruchli­wego kory­ta­rza. Na widok Leyli Romero poczuł w żołądku dziwne mro­wie­nie. Pierw­szą rze­czą, która zawsze go ude­rzała, gdy na nią patrzył, były dwie złote gwiazdki wyta­tu­owane w kąci­kach jej oczu. Wła­ści­wie to wszystko było w niej ude­rza­jące: jej uśmiech, rumie­niec, deli­kat­nie spi­cza­ste uszy i burza ciem­no­ró­żo­wych wło­sów, które zawsze spla­tała w dwa dłu­gie war­ko­cze, tań­czące przy każ­dym jej ruchu.

Zauwa­żył ją od razu, gdy wró­cił na nowy semestr. Kilo­to­wanka zawsze sie­działa samot­nie – czy to w salach wykła­do­wych, czy na sto­łówce, czy w świe­tlicy. Wkrótce jej się przed­sta­wił i od tam­tej pory byli nie­roz­łączni. Jej rodzina, klan Romero, pocho­dząca z odle­głego świata o nazwie Kilo­towa, miała na tere­nie Środ­ko­wych Rubieży repu­ta­cję zło­dziei i prze­myt­ni­ków przy­prawy, dzia­ła­ją­cych pod przy­krywką impe­rium rol­ni­czego. Jako że nikt nie wysu­nął wobec nich ofi­cjal­nych zarzu­tów, wszel­kie pomó­wie­nia pozo­sta­wały w sfe­rze plo­tek. Mimo to, im lepiej Axel pozna­wał Leyli, tym trud­niej było mu wyobra­zić sobie, by mogła mieć cokol­wiek wspól­nego z szem­ra­nymi pro­ce­de­rami swo­jego ojca. A nawet gdyby tak było, jak wyja­śniła mu pew­nego wie­czoru, to czy powinna być oce­niana przez pry­zmat opi­nii na ich temat? W końcu jego wła­sny ojciec, Lexxir Grey­lark, był człon­kiem Senatu na Coru­scant, podob­nie jak jego matka. Kyong Grey­lark ostrzyła sobie nawet zęby na sta­no­wi­sko kanc­ler­skie w nad­cho­dzą­cych wybo­rach. Axel pocho­dził z dłu­giej linii poli­ty­ków, odkryw­ców, poszu­ki­wa­czy przy­gód i innych osób, które odnio­sły suk­ces w dzie­dzi­nach waż­nych dla uni­wer­sy­tetu, ale nie chciał mieć z nimi nic wspól­nego. Wolał sam zapra­co­wać na wła­sną repu­ta­cję.

Jego dobry nastrój prysł jak bańka mydlana, gdy zoba­czył, kto towa­rzy­szy Leyli.

– Kozmo – wymam­ro­tał tym samym tonem, jakim poin­for­mo­wałby kel­nera, że zaser­wo­wano mu roz­go­to­wane, nie­do­pra­wione warzywa.

Goście weszli do środka, a gdy roz­sie­dli się w jego salo­nie, jakby byli u sie­bie, pokój wydał mu się nagle sta­now­czo za cia­sny dla ich trójki.

– Mam nadzieję, że nie masz nic prze­ciwko – powie­dział Kozmo swoim dys­tyn­go­wa­nym basi­cem, z wymową typową dla wyż­szych sfer. – Leyli wspo­mniała, że potrze­bu­jesz śmi­ga­cza na wycieczkę.

Axel zagryzł wargę. Spoj­rzał na Leyli, ale ona wzru­szyła tylko nie­win­nie ramio­nami.

– Na lądo­wi­sku jest pełno maszyn, które mogli­by­śmy… poży­czyć.

– To, że potra­fię kraść, nie ozna­cza, że muszę to robić – odparła. – Zwłasz­cza gdy ktoś tak hoj­nie ofe­ruje pomoc.

Coś w jego wnę­trzu aż się skrę­ciło, gdy dziew­czyna, do któ­rej robił maślane oczy, i jego naj­gor­szy wróg wymie­nili spoj­rze­nie – z rodzaju tych ozna­cza­ją­cych, że dzielą jakąś tajem­nicę. On zaś chciał, żeby sekrety Leyli były tylko jego sekre­tami – to, jak marzyła o ucieczce na jakąś małą wysepkę, z dala od pro­ble­mów swo­jej rodziny. Jak nie­na­wi­dziła tego, że nawet pro­fe­so­ro­wie bali się jej i trak­to­wali ją z dystan­sem, dając fory z powodu plo­tek, że jej ojciec pozba­wiał swo­ich wro­gów koń­czyn. Z czego takiego zwie­rzała się temu całemu Kozmowi, z jego nie­do­rzecz­nie sta­ran­nie uło­żo­nymi lokami i dzi­wacz­nym meda­lio­nem z luza­li­tań­skim dia­men­tem, kamie­niem wystę­pu­ją­cym tylko na jego pla­ne­cie?

– Nie masz dziś nic lep­szego do roboty? – burk­nął do niego Axel. Rodzina Kozma wspie­rała kam­pa­nię poli­tyczną jego matki, co ozna­czało, że musieli spo­ty­kać się na galach na Coru­scant, ale nikt nie mógł go zmu­sić do spę­dza­nia wol­nego czasu z tym wyfio­ko­wa­nym bub­kiem, o aro­gan­cji i poczu­ciu wyż­szo­ści dorów­nu­ją­cym chyba tylko praw­dzi­wym ksią­żę­tom, któ­rych Grey­lark miał oka­zję poznać w swoim mło­dym życiu.

– Wła­śnie mia­łem egza­min z zaawan­so­wa­nej mine­ra­lo­gii i dosta­łem naj­wyż­szą notę. – Kozmo uśmiech­nął się sze­roko, bez pyta­nia nale­wa­jąc sobie wody z bąbel­kami.

Ponie­waż rodzice Axela zawsze pod­kre­ślali, jak ważna jest gościn­ność, powstrzy­mał się od komen­ta­rza. To zna­czy, przy­naj­mniej na temat wody.

– Ach, no tak, to wła­śnie tam bawisz się tymi swo­imi błysz­czą­cymi kamycz­kami.

– Pod­czas gdy ty waga­ru­jesz – zauwa­żył Kozmo.

Axel par­sk­nął krót­kim śmie­chem, po czym zerwał się ze szcze­rym zamia­rem zła­pa­nia Kozma za ten jego idio­tyczny meda­lion i zawle­cze­nia go za niego do drzwi, aby wyrzu­cić kolegę z pokoju. Nim jed­nak zdą­żył mru­gnąć, Leyli przy­sko­czyła do chło­paka, zaj­mu­jąc pozy­cję mię­dzy nimi i kła­dąc dło­nie na jego klatce pier­sio­wej. Kiedy sku­pił się na zło­tych gwiazd­kach pod jej oczami, nagle zdał sobie sprawę, jak łatwo było zapo­mnieć o zło­śli­wo­ści Kozma.

– Słu­chaj, żadne z nas nie chce mar­no­wać pierw­szego ide­al­nego dnia sezonu, pra­cu­jąc jako wolon­ta­riusz na Festi­walu Kwie­cia Kró­lo­wej. Zwłasz­cza – dodała Leyli, prze­su­wa­jąc pal­cami po jego klatce pier­sio­wej, tuż nad ser­cem, a następ­nie stu­ka­jąc zło­tym paznok­ciem w jego nos – gdy wszyst­kie naj­lep­sze imprezy odby­wają się nad brze­giem morza, a Kozmo jest na tyle hojny, że zgo­dził się nas tam zabrać. Chyba że… czu­jesz się zbyt kiep­sko, by do nas dołą­czyć?

Axela iry­to­wała sama myśl, że mógłby przy­jąć pomoc od Lorda Bufona. Ale podo­bało mu się, że Leyli użyła sfor­mu­ło­wa­nia „nas”. „Oni” kon­tra Kozmo było zde­cy­do­wa­nie lep­szą alter­na­tywą niż odwrotna sytu­acja.

– Na co więc jesz­cze cze­kamy? – spy­tał Axel, obda­rza­jąc ich naj­bar­dziej cza­ru­ją­cym z arse­nału swo­ich uśmie­chów. – Czuję, że wła­śnie cudow­nie ozdro­wia­łem!

Rozdział drugi

Axel nie wybrał Uni­wer­sy­tetu Reeny z wła­snej woli. Gdyby ktoś chciał znać jego zda­nie, wolałby lecieć na Alde­raan lub pozo­stać na Coru­scant, jed­nak jego matka upie­rała się, że prze­by­wa­nie z dala od domu pozy­tyw­nie ukształ­tuje jego cha­rak­ter. Jeśli zdo­łał wytrwać w towa­rzy­stwie zepsu­tych ary­sto­kra­tycz­nych bacho­rów ze Świa­tów Jądra, prze­trwa wszę­dzie, więc wysłano go na pre­sti­żowy uni­wer­sy­tet na tere­nie kolo­nii.

W ciągu pierw­szego roku przy­śpie­szo­nych stu­diów poznał każdy zaką­tek wyso­kich murów i sta­ro­żyt­nych sal ze lśnią­cego metalu i szkła, w któ­rych uczyli się i miesz­kali stu­denci z całej galak­tyki. Poznał imiona wszyst­kich ogrod­ni­ków, kucha­rzy i skrom­nych adiunk­tów. Upew­nił się, że oni rów­nież zapa­mię­tają jego imię. Rzecz w tym, że nie robił tego inte­re­sow­nie – naprawdę spra­wiało mu to przy­jem­ność. Każdy z nich miał wła­sną histo­rię i praw­dziwe pro­blemy. Wiódł praw­dziwe życie, w któ­rym nie musiał podej­mo­wać dar­czyń­ców finan­su­ją­cych kam­pa­nie wybor­cze i ich okrop­nych mał­żon­ków wystaw­nymi obia­dami.

Być może wła­śnie dla­tego on i Leyli Romero tak się do sie­bie zbli­żyli. Mimo iż Axel uro­dził się w eli­tar­nej rodzi­nie i pocho­dził z terenu Jądra, z tru­dem podą­żał ścieżką, którą wyty­czono dla niego jesz­cze przed jego naro­dzi­nami. Jako dziecko swo­ich rodzi­ców mógł liczyć na naj­lep­szych nauczy­cieli i wszystko, o czym tylko zama­rzył, jed­nak w zamian ocze­ki­wano od niego, że odbę­dzie prak­tykę w Sena­cie, aby następ­nie towa­rzy­szyć im w misjach poko­jo­wych, wno­sząc tym samym zna­czący wkład w kształ­to­wa­nie przy­szło­ści świa­tów, któ­rych być może ni­gdy w życiu nie odwie­dzi. A wszystko dla­tego, że był Grey­lar­kiem i spo­dzie­wano się po nim, iż obej­mie rolę przy­wódcy.

Jasne, zamie­rzał speł­nić wszyst­kie te ocze­ki­wa­nia. A w mię­dzy­cza­sie dobrze się bawić.

Pro­wa­dząc Leyli i Kozma kory­ta­rzem dla służby, bie­gną­cym od wschod­niej wieży do tere­nów festi­wa­lo­wych, czuł dresz­czyk emo­cji, który miał swoje źró­dło gdzieś w głębi jego trzewi. Acz­kol­wiek rów­nie dobrze mógł być spo­wo­do­wany trzema paprycz­kami guiji, które spo­żył, aby symu­lo­wać gorączkę.

Poma­chał ręką twi’lekań­skiemu dozorcy, który uśmiech­nął się do nich i prze­pu­ścił ich bez słowa.

– Sły­sza­łem, że pła­cisz uczel­nia­nemu per­so­ne­lowi, żeby cię nie wypu­co­wał? – zagad­nął Kozmo, a jego głos odbi­jał się echem od kamien­nych ścian przej­ścia. – Czy to prawda?

– Może tak, a może nie. – Axel fak­tycz­nie dał woź­nemu kilka kre­dy­tów, ale tylko dla­tego, że pod­słu­chał, jak Twi’lek prosi dzie­kana o zaliczkę na poczet wyna­gro­dze­nia, aby opła­cić ope­ra­cję córki, a ten odmó­wił. Poza tym nie wyda­wał wła­snych kre­dy­tów – tylko swo­ich rodzi­ców.

Gdy dotarli na teren, na któ­rym odby­wała się impreza, Leyli ści­snęła jego dłoń. Każ­dego roku uni­wer­sy­tet brał udział w Festi­walu Kwie­cia Kró­lo­wej. Po sezo­nie ulew­nych desz­czy cała pla­neta roz­kwi­tała feerią barw – każde pole, gór­skie zbo­cze i ogród pokry­wały się olśnie­wa­ją­cymi kwia­tami.

O ile Axel się orien­to­wał, zja­wi­sko to było spo­wo­do­wane fak­tem, iż opady atmos­fe­ryczne zawie­rały jakiś rodzaj foto­pro­tein, spra­wia­ją­cych, że pyłek kwia­towy wydzie­lał bio­lu­mi­ne­scen­cyjny blask, gdy pąki roz­kwi­tały. Musiał przy­znać, że efekt był spek­ta­ku­larny, ale zakła­dał, iż sta­no­wił dla całej pla­nety jedy­nie pre­tekst do orga­ni­zo­wa­nia wiel­kiej imprezy, która ścią­gała tury­stów z całego układu.

Uni­wer­sy­tet Reeny rów­nież brał udział w uro­czy­sto­ściach. Pośród atrak­cji znaj­do­wało się mię­dzy innymi mini­zoo z egzo­tycz­nymi zwie­rzę­tami oraz stra­gany ze sło­nymi i słod­kimi prze­ką­skami. Na roz­ma­itych sto­iskach obja­śniano naukowe zasady zja­wi­ska powo­du­ją­cego bio­lu­mi­ne­scen­cję, orga­ni­zo­wano gry i zabawy dla dzieci, a także pre­zen­to­wano popisy licz­nych szkol­nych zespo­łów muzycz­nych. Zanim Axel zapadł, jakże nie­for­tun­nie, na ospę malongo, był dość bie­gły w grze na podwój­nej wioli i ocze­ki­wano, że rów­nież weź­mie udział w uro­czy­sto­ściach.

– Spójrz­cie! Jedi! – zawo­łała pod­eks­cy­to­wana Leyli.

Grey­lark zmru­żył oczy w palą­cym słońcu Reeny i rozej­rzał się po tłu­mie, szu­ka­jąc obiektu jej zain­te­re­so­wa­nia. Fak­tycz­nie, kilka kro­ków dalej dostrzegł trójkę Jedi – star­szego opie­kuna z dwójką uczniów w wieku Axela, z cha­rak­te­ry­stycz­nymi war­ko­czy­kami spły­wa­ją­cymi na poły szat. Towa­rzy­szył im dzie­kan wydziału teo­lo­gii, który był tak zafa­scy­no­wany zako­nem Jedi, że nama­wiał ich do udziału w festy­nie, aby udo­wod­nić kon­tro­wer­syjną teo­rię, wedle któ­rej miałby ist­nieć zwią­zek mię­dzy zja­wi­skiem Kwie­cia Kró­lo­wej a mistycz­nymi wła­ści­wo­ściami Mocy.

Axel sądził, że to nieco nacią­gane, ale był wdzięczny za ele­ment roz­pro­sze­nia, któ­rego dostar­czyli mu ci odziani w szaty cza­ro­dzieje. W myślach wyty­czył drogę do han­garu, znaj­du­ją­cego się po dru­giej stro­nie tere­nów festi­wa­lo­wych. Jedyny pro­blem sta­no­wiła dzie­kanka Har­ket, która zmie­rzała wła­śnie w ich stronę, kie­ru­jąc się do wschod­niej wieży, bez wąt­pie­nia po to, aby spraw­dzić, jak się miewa Axel. Leyli rów­nież ją dostrze­gła.

– Zajmę się tym – mruk­nęła i chwy­ciła Kozma za rękę.

Sta­nęli tak, by zablo­ko­wać jej drogę, pod­czas gdy Axel scho­wał głowę w ramiona i wmie­szał się w tłum.

Po dro­dze chwy­cił za rąbek jedwab­nego szala mija­nej kobiety – nawet nie zauwa­żyła, jak zsu­nął jej się z ramion, gdy się od sie­bie odda­lali. Axel zarzu­cił go sobie na głowę, uda­jąc, że kom­plet­nie nie zwraca uwagi na dzie­kana wydziału teo­lo­gii. Kiedy droga była już wolna, skie­ro­wał się w stronę han­garu. Jedna z mło­dych Jedi – jak ich nazy­wano – pody­wa­nami? a może to było raczej coś z chod­ni­kami? – nie­mal na niego wpa­dła i nawet nie prze­pro­siła, gdy trą­ciła go ramie­niem. Obrzu­cił kry­tycz­nym spoj­rze­niem jej ciemne, upięte w nieco koślawe koki włosy. Zatrzy­mała się w miej­scu, czujna i sku­piona, mimo iż wyraź­nie oddzie­liła się od swo­jej grupy. Gdy zauwa­żył, jak opusz­cza ręce na ręko­je­ści swo­ich bliź­nia­czych mie­czy świetl­nych, mimo­wol­nie drgnęły mu palce. Nagle przy­po­mniał sobie o Leyli – z pew­no­ścią na niego cze­kała, a Kozmo bez skru­pu­łów wyko­rzy­sta każdą wymówkę, żeby go zosta­wić. Puścił się bie­giem przed sie­bie.

Kiedy dotarł do han­garu, Kozmo uru­cha­miał już swój luk­su­sowy śmi­gacz.

– Zapewne ucie­szy cię wia­do­mość, że dzie­kanka Har­ket powie­rzyła mi zada­nie spraw­dze­nia, co u cie­bie sły­chać. Ze względu na to, że jeste­śmy w tak dobrej komi­ty­wie i w ogóle.

– Wie­dzia­łem, że w końcu opłaci się zno­sić twoje towa­rzy­stwo – mruk­nął pod nosem Axel, wska­ku­jąc na tylne sie­dze­nie i roz­pie­ra­jąc się na kana­pie z ner­fiej skóry.

– W drogę! – Leyli roze­śmiała się rado­śnie i obej­rzała przez ramię na Axela. Na widok jej zachwy­co­nej miny znów poczuł to szarp­nię­cie w oko­licy pępka, tę potrzebę bycia bli­sko dziew­czyny i dawa­nia jej wszyst­kiego, czego tylko zapra­gnie.

Kozmo puścił gło­śno elec­tro-tra­shową pio­senkę i pomknęli kamie­ni­stą ścieżką pro­wa­dzącą od uni­wer­sy­tetu w kie­runku dłu­giej, krę­tej drogi wio­dą­cej ku miej­skiemu wybrzeżu. Leyli wydała z sie­bie entu­zja­styczny okrzyk, a Axel zawi­wa­to­wał, gdy słona bryza zmierz­wiła mu włosy. Cią­gnące się aż po hory­zont błę­kitne wody były usiane roz­rzu­co­nymi to tu, to tam licz­nymi zie­lo­nymi wysep­kami. Jasne – odwie­dził z rodzi­cami wiele świa­tów, ale ni­gdy nie miesz­kał poza lśnią­cym Coru­scant. Cho­ciaż ni­gdy by się do tego nie przy­znał, było coś koją­cego w odda­le­niu od nie­usta­ją­cego ruchu, zatło­czo­nych ulic, miga­ją­cych holo­bil­l­bo­ar­dów i tablo­idów.

Reeny z pew­no­ścią nie można było nazwać cen­trum galak­tyki, ale nie była też zapa­dłą dziurą. Budynki histo­rycz­nego nabrzeża lśniły w słońcu, a Axel zaczy­nał sobie przy­po­mi­nać zakręty ulic peł­nych prze­chod­niów i gości, któ­rzy przy­byli na festi­wal. Całe mia­sto wyda­wało się gotowe, aby być świad­kiem zachwy­ca­ją­cego zja­wi­ska Kwie­cia Kró­lo­wej.

Zapar­ko­wali śmi­gacz za czte­ro­pię­tro­wym budyn­kiem, gdzie znaj­do­wała się tawerna Ealy’ego z tara­sem na dachu i fon­tanną try­ska­jącą trun­kiem, który wła­ści­ciel zwykł nazy­wać „toni­kiem na poprawę humoru”. Było to pierw­sze miej­sce, jakie Axel odkrył pod­czas swo­ich wędró­wek po mie­ście. Słu­cha­nie opo­wie­ści pilo­tów i han­dla­rzy o uni­ka­niu pira­tów na tra­sie Szlaku Calo­riań­skiego było bez dwóch zdań bar­dziej inte­re­su­jące niż semi­na­rium z ide­olo­gii poli­tycz­nej na Zewnętrz­nych Rubie­żach. Poza tym w ten spo­sób uczył się o sys­te­mach han­dlu i innych rze­czach, o któ­rych ni­gdy nie dowie­działby się w szkole.

– Tawerna? Serio? – prych­nął drwiąco Kozmo. Wygła­dził poły swo­jej hafto­wa­nej jedwab­nej tuniki, a następ­nie poło­żył dłoń na meda­lio­nie z luza­li­tań­skim dia­men­tem. Axel zasta­na­wiał się, ile naprawdę warta jest ta rodzinna pamiątka.

– Mam inny pomysł na miej­sce, z któ­rego będziemy mieli naj­lep­szy widok na obchody. – Leyli obej­rzała się w stronę wieży Gorag. Czarno-złoty budy­nek był spi­ral­nie skrę­cony i wzno­sił się strze­li­ście ku niebu niczym prze­szy­wa­jąca war­stwę chmur gigan­tyczna igła.

– Tam­tej­szy pen­tho­use należy do rodu kró­lew­skiego Reeny – zauwa­żył Axel, choć jego towa­rzy­sze dosko­nale zda­wali sobie z tego sprawę. Nawet on nie był na tyle sza­lony, żeby pró­bo­wać wpro­sić się na przy­ję­cie orga­ni­zo­wane przez wło­da­rzy pla­nety. A może jed­nak był…?

Leyli chwy­ciła go za przed­ra­mię.

– Daj spo­kój, Axelu. Wszy­scy wie­dzą, kim jesteś. Możesz tam wejść bez zapro­sze­nia i powie­dzieć po pro­stu, że przy­byli Grey­lar­ko­wie z Coru­scant.

To była kolejna rzecz, do któ­rej ni­gdy by się nikomu nie przy­znał, ale jej dotyk w jakiś spo­sób doda­wał mu odwagi. Podob­nie jak to, jak na niego patrzyła. Zatrze­po­tała swo­imi dłu­gimi fio­le­to­wymi rzę­sami i jesz­cze zanim otwo­rzył usta, by odpo­wie­dzieć, wie­dział, że się zgo­dzi. Nie bez wpływu na jego decy­zję miał rów­nież fakt, iż sie­dzący na masce swo­jego luk­su­so­wego śmi­ga­cza Kozmo prze­wró­cił osten­ta­cyj­nie oczami. Gość mógł sobie być jakimś tam lor­dem z mało zna­nej pla­netki, ale Axel był wszak Grey­lar­kiem – a to coś zna­czyło, czyż nie?

Znów poczuł dreszcz emo­cji, a w jego wnę­trzu zatliły się iskry.

– Za mną! – rzu­cił tylko.

Prze­szli przez ulicę i weszli do ogrom­nego holu wieży Gorag. Axel podał Leyli ramię i napa­wał się jej per­li­stym śmie­chem, który wypeł­nił windę, gdy ta w zawrot­nym tem­pie wio­zła ich trójkę na naj­wyż­sze pię­tro budynku. Kiedy drzwi się otwo­rzyły, cze­kał na nich wyraź­nie pode­ner­wo­wany Wermal w smo­kingu, z data­pa­dem w dłoni. Wyjął z kie­szonki mary­narki monokl i przez chwilę zer­kał przez niego to na Axela, to na listę gości.

– Nazwi­sko? – spy­tał w końcu piskli­wym gło­sem.

– Grey­lark – odpo­wie­dział Axel, pro­stu­jąc się na pełną wyso­kość i przy­wo­łu­jąc na twarz poważną minę. To wła­śnie robił jego ojciec tuż przed wej­ściem do sali Senatu lub przed dołą­cze­niem do któ­re­goś z dłu­gich, nud­nych przy­jęć dobro­czyn­nych orga­ni­zo­wa­nych w ich domu. Axel wyglą­dał jak jego wierna kopia. – Lexxir Grey­lark.

Na chwilę ogar­nęło go poczu­cie winy, zmie­szane z nie­po­ko­jem wywo­ła­nym przez pod­szepty zdro­wego roz­sądku. Co on w ogóle naj­lep­szego wypra­wiał? Czy ten Wermal da się w ogóle nabrać na tę ściemę? Co, jeśli zosta­nie zde­ma­sko­wany? Matka ostrze­gała go, że jeśli usły­szy kolejną skargę od dzie­kanki…

– Ach, tak – bąk­nął w końcu Wermal, zezu­jąc na rodzinny sygnet Grey­lar­ków na palcu wska­zu­ją­cym Axela. – Pań­ska żona już tu jest.

– Moja… żona? – Axel natych­miast zdał sobie sprawę z nie­wy­ba­czal­nego nie­do­pa­trze­nia w swoim pla­nie. Jego matka tu była!

Zanim zdą­żył się odwró­cić, winda za jego ple­cami wyplu­wała już nową falę gości, a Leyli i Kozmo cią­gnęli go za sobą na przy­ję­cie. Ledwo miał chwilę, aby rzu­cić wzro­kiem na zło­cone żyran­dole, trio przy­gry­wa­jące melo­dyj­nie z estrady na pod­wyż­sze­niu i gości z całej galak­tyki, czę­stu­ją­cych się wybo­rem prze­ką­sek z tac krą­żą­cych pośród nich kel­ne­rów. Ci ostatni byli ubrani w jasne uni­formy, a górne czę­ści ich głów prze­sła­niało coś w rodzaju meta­lo­wych przy­łbic. Sły­szał, że ród kró­lew­ski Reeny woli orga­niczny per­so­nel od dro­idów kel­ne­rów, ale w nie­moż­no­ści spoj­rze­nia obsłu­dze w oczy było coś nie­po­ko­ją­cego.

Zanur­ko­wał za naj­bliż­szy róg, chwy­cił z tacy kie­li­szek wypeł­niony jakąś paru­jącą zie­loną cie­czą i uniósł go do ust.

– Czy to ona? – szep­nął Kozmo teatral­nym szep­tem. Facet zde­cy­do­wa­nie nie był mistrzem dys­kre­cji.

I wtedy ją zoba­czył. Kyong Grey­lark miała na sobie suk­nię w kolo­rze bla­do­la­wen­do­wym, a włosy sple­cione w ele­gancki war­kocz, uło­żony w koronę i opa­da­jący jej na ramiona. Axel zaklął pod nosem i scho­wał się za Kozmem.

– Twoja matka wygląda osza­ła­mia­jąco – wes­tchnęła Leyli.

– Moja matka mnie zabije – odmruk­nął Axel. Ma się rozu­mieć, musiała się tu zja­wić i zepsuć mu dzień, który chciał spę­dzić z Leyli. – Nie powinno jej tu jesz­cze być! Powie­działa, że musi pro­wa­dzić kam­pa­nię po dru­giej stro­nie kar­ko­lo­nej galak­tyki…

– Och, to takie uro­cze! – Leyli musnęła knyk­ciami jego poli­czek.

Po raz pierw­szy tego dnia jej słowa i dotyk nie wzbu­dziły w nim żaru. Zamiast tego ogar­nęła go dziwna pustka. Co mogło być „uro­czego” w fak­cie, że jego rodzice przy­byli na pla­netę dzień wcze­śniej, niż pla­no­wali? I dla­czego przy­le­cieli na Reenę, jed­nak zamiast się z nim spo­tkać, poszli na imprezę? Czy wku­rzało go to, bo jego rywal i jego dziew­czyna byli świad­kami tej sytu­acji i z pew­no­ścią zda­wali sobie z tego sprawę? Ale czemu wła­ści­wie mia­łoby go obcho­dzić, co sobie pomy­śli Kozmo?

Upił łyk spo­wi­tego opa­rami zie­lo­nego drinka, skrzy­wił się z powodu kwa­śnego smaku i odsta­wił go na tacę prze­cho­dzą­cego obok kel­nera.

– Widzisz? Powin­ni­śmy byli pójść do Ealy’ego.

– Ale stąd będziemy mieli naj­lep­szy widok na zja­wi­sko Kwie­cia Kró­lo­wej! – zauwa­żyła Leyli, sta­ra­jąc sobie nało­żyć na dłoń jak naj­wię­cej maleń­kich kana­pe­czek. Jedna z nich wyglą­dała jak sma­żona gąsie­nica zwień­czona czymś w rodzaju różo­wej pianki. – Myśla­łam, że jako coru­scań­skie ksią­żątko uwiel­biasz tego typu uro­czy­sto­ści.

Kozmo par­sk­nął w kułak, a Axel poczuł, jak po jego szyi roz­lewa się plama cie­pła, peł­znąc aż do czub­ków uszu.

– Skar­bie, obie­ca­łaś, że nie będziesz mnie tak nazy­wać.

Gdy zmru­żyła psot­nie oczy, w ich kąci­kach poja­wiły się zmarszczki.

– A ja pro­si­łam, żebyś nie nazy­wał mnie swoim „skar­bem”.

Cóż, zro­zu­miał alu­zję. Nie drą­żył tematu. Musiał ich stąd jakoś wycią­gnąć, aby unik­nąć spo­tka­nia z matką.

Wymi­nęli kilka tań­czą­cych na par­kie­cie par, ale kiedy skrę­cili za kolejny filar, ich oczom uka­zał się nie kto inny, a Lexxir Grey­lark we wła­snej oso­bie. Bawił się ner­wowo swo­imi spin­kami do man­kie­tów z księ­ży­co­wymi opa­lami – praw­do­po­dob­nie dopiero co odbył nie­zbyt przy­jemną roz­mowę z Werma­lem. Ale gdy tylko zoba­czył swoją żonę, jego twarz roz­ja­śnił uśmiech.

Axel przy­warł ple­cami do naj­bliż­szej ściany, wtu­la­jąc się mię­dzy dwie rośliny donicz­kowe. W ustach zaschło mu tak bar­dzo, że język przy­kleił mu się do pod­nie­bie­nia. Przez chwilę roz­wa­żał wymy­śle­nie jakie­goś skom­pli­ko­wa­nego kłam­stwa i ujaw­nie­nie się rodzi­com. Mógłby powie­dzieć, że wybrali się na wycieczkę, aby obej­rzeć zja­wi­sko kwit­nie­nia. W głębi duszy wie­dział jed­nak, że to by nie zadzia­łało. Ist­niało zbyt wiele zmien­nych, nad któ­rymi nie miał kon­troli.

– Możemy już iść – rzu­cił Kozmo, a w jego ciem­no­brą­zo­wych oczach Axel dostrzegł coś na kształt lito­ści. – Przy­le­cie­li­śmy, zoba­czy­li­śmy i…

– W porządku – prych­nęła Leyli. – Wie­cie co? Wcale nie umie­cie się dobrze bawić.

Axel zaczął wyty­czać w myśli trasę z końca pen­tho­use’u do windy, ale nie­za­leż­nie od tego, jak mocno kom­bi­no­wał, każdy ana­li­zo­wany sce­na­riusz nara­żał go na dostrze­że­nie przez rodzi­ców.

– Idź­cie beze mnie. Oba­wiam się, że przez jakiś czas się stąd nie ruszę. Miło było was znać…

Leyli uśmiech­nęła się pod nosem, a w jej oczach dostrzegł błysk tego, co tak bar­dzo w niej lubił: impul­syw­no­ści. Humoru. Prze­bie­gło­ści. Sprytu.

– Tędy! – rzu­ciła. – Wyj­dziemy przez kuch­nię!

Prze­ci­snęli się przez pod­eks­cy­to­wany tłum i prze­kro­czyli próg prze­stron­nej kuchni. Wszę­dzie pię­trzyły się tace pełne małych, ude­ko­ro­wa­nych pie­ni­stą sub­stan­cją przy­sta­wek, goto­wych do poda­nia. Ale nie natknęli się na krzy­czą­cego z obu­rze­nia szefa kuchni. Nie było też zespołu kucha­rzy, uwi­ja­ją­cych się w pocie czoła na swo­ich sta­no­wi­skach pracy. Wszy­scy byli zwią­zani, zakne­blo­wani i zaga­niani do chłodni przez kobietę i Twi’leka, trzy­ma­ją­cych ich na musz­kach swo­ich bla­ste­rów.

Bla­ste­rów, które od razu skie­ro­wali w stronę nowo przy­by­łych.

Rozdział trzeci

– Naj­moc­niej prze­pra­szam – powie­dział Axel, sta­ra­jąc się brzmieć tak non­sza­lancko, jak tylko zdo­łał, choć w tej chwili zde­cy­do­wa­nie nie czuł pew­no­ści sie­bie. – Nabra­li­śmy ochoty na nieco wię­cej tych sma­żo­nych gąsie­nic, ale może wró­cimy póź­niej…

Przez chwilę był pewien, że zdo­łają się wykpić. Ale wtedy kobieta uśmiech­nęła się pod nosem i dotarło do niego, że im się nie upie­cze. Była drobna i śniada, a jej twarz oka­lały pofa­lo­wane łagod­nie czarne włosy. Axel ze zdu­mie­niem skon­sta­to­wał, że ni­gdy nie spo­tkał nikogo rów­nie pięk­nego, mimo iż nie­zna­joma trzy­mała go na muszce.

– Zamknij drzwi – pole­ciła nie­zno­szą­cym sprze­ciwu tonem, wska­zu­jąc lufą bla­stera w ich kie­runku.

Axel wie­dział, że nie powi­nien tego robić. Musiał spró­bo­wać wydo­stać się stąd wraz ze swo­imi towa­rzy­szami. Po dru­giej stro­nie znaj­do­wali się jego rodzice. Cokol­wiek się działo, wciąż można było to powstrzy­mać. Jed­nak jej słowa były tyleż sta­now­cze, co dziw­nie kojące. Jej głos brzmiał jak miłe dla ucha dźwię­cze­nie dzwon­ków. Zro­bił więc, o co pro­siła.

– Axel! – wark­nął Kozmo, ale nie opu­ścił trzy­ma­nych w górze rąk. – Czego chce­cie? – spy­tał, zwra­ca­jąc się do intru­zów. – Kre­dy­tów? Mamy ich całe mnó­stwo! Damy wam cze­go­kol­wiek zażą­da­cie…

Twi’lek obna­żył ostre kły w gry­ma­sie, który praw­do­po­dob­nie miał być w zamy­śle uśmie­chem.

– Sły­sza­łaś to, Ele­cio? Dadzą nam, cze­go­kol­wiek zażą­damy!

Axel miał ochotę rąb­nąć Kozma pię­ścią w twarz.

– Oczy­wi­ście, w gra­ni­cach roz­sądku. Moje konta są obec­nie zamro­żone. Ale z pew­no­ścią zdo­łam coś z tym zro­bić, jeśli tylko pozwo­li­cie mi…

– Nie­na­wi­dzę tych rze­czy, a wy? – Ele­cia spoj­rzała na swój bla­ster, a następ­nie spo­koj­nie scho­wała go do kabury i zachi­cho­tała, jakby pro­wa­dzili towa­rzy­ską poga­wędkę. Kozmo poki­wał z entu­zja­zmem głową, pod­czas gdy Axel i Leyli trwali w kom­plet­nym bez­ru­chu. – Mam lep­szy pomysł. Ty, z gwiazd­kami. Chodź no tu.

Serce waliło Axe­lowi jak mło­tem, sły­szał w uszach jego dzi­kie dud­nie­nie. Nie myślał – zare­ago­wał po pro­stu instynk­tow­nie, zaj­mu­jąc miej­sce mię­dzy Leyli a intru­zami.

– Spójrz no, Kerun – jakie to rycer­skie! – zamru­czała z ukon­ten­to­wa­niem Ele­cia. – Cze­kaj… Znam cię!

Pod jej badaw­czym spoj­rze­niem Axel się zaczer­wie­nił.

– Wielu oso­bom się wydaje, że mnie znają.

– Ale ja naprawdę cię znam – powtó­rzyła swoim dźwięcz­nym gło­sem. – Cóż, skoro zaś jeste­śmy w tak dobrej komi­ty­wie, powiem ci coś. To zwy­kłe nie­po­ro­zu­mie­nie. Przy­by­li­śmy tu tylko po to, aby zaanek­to­wać pewne… zasoby, któ­rych znik­nię­cia nikt nawet nie zauważy. Nikt nie musi ucier­pieć. Racz więc wyświad­czyć mi małą przy­sługę i pozwól swo­jej uro­czej przy­ja­ciółce przejść.

„Zaanek­to­wać zasoby”. Ni­gdy wcze­śniej nie sły­szał takiego okre­śle­nia na kra­dzież.

– Axelu… – Kiedy Leyli wypo­wie­działa jego imię, usły­szał w jej gło­sie strach i ponow­nie się sku­pił. – Rób, co ona mówi. Pro­szę…

Rzu­cił Kozmowi zna­czące spoj­rze­nie. Nie był pewien, czy to broń wyce­lo­wana w ich stronę spra­wiła, że w samym środku tej trau­ma­tycz­nej sytu­acji połą­czyła ich swo­ista więź, czy może Kozmo naprawdę trosz­czył się o bez­pie­czeń­stwo Leyli. Nie­za­leż­nie od tego, jak było fak­tycz­nie, luza­li­tań­ski ary­sto­krata ski­nął poważ­nie głową, mimo iż kulił się w sobie i prak­tycz­nie cho­wał za samym Axe­lem.

– Co mamy robić?

– Włóż­cie to. – Twi’lek nazwany przez kobietę Keru­nem mach­nął nie­dbale swoim bla­ste­rem i Axel zesztyw­niał.

W ciągu kilku chwil on i Kozmo roze­brali się i wło­żyli śnież­no­białe uni­formy kel­ne­rów. Ten ostatni przez cały czas mam­ro­tał pod nosem:

– Wie­dzia­łem, że zada­wa­nie się z tobą przy­nie­sie mi tylko upo­ko­rze­nie.

Axel popra­wił meta­lowy wizjer prze­sła­nia­jący oczy. Jego przed­nia część uci­skała grzbiet nosa na tyle, że czuł dys­kom­fort, a wszystko w polu widze­nia nabrało roz­my­tej poświaty. Dla­czego, na wszyst­kie krwa­wiące gwiazdy, ktoś miałby zmu­szać swo­ich pra­cow­ni­ków do nosze­nia cze­goś tak absur­dal­nego? Cóż, to było w zasa­dzie bez zna­cze­nia. Zmu­sił się do myśle­nia o Leyli, która została skrę­po­wana i wepchnięta do chłodni wraz z resztą obez­wład­nio­nych pra­cow­ni­ków kuchni.

– Hmm, cóż, nikt cię nie pro­sił, żebyś się ze mną zada­wał! – odburk­nął Axel, być może odro­binę bar­dziej zło­śli­wie, niż zamie­rzał.

W odpo­wie­dzi Kozmo prych­nął tylko i scho­wał swój głupi meda­lion pod uni­for­mem, praw­do­po­dob­nie po to, aby intruzi nie pozba­wili go i rodzin­nej pamiątki.

– Ciesz się, że masz takiego przy­ja­ciela jak ja. Beze mnie pozwo­lił­byś Leyli zepchnąć się z klifu, świę­cie prze­ko­nany, że to od samego początku był twój pomysł – dodał po chwili.

Axel par­sk­nął śmie­chem.

– O czym ty mówisz? Nie jeste­śmy przy­ja­ciółmi.

– Nie? – Kozmo popra­wił swój wizjer, a Axel z zasko­cze­niem zare­je­stro­wał, że luza­li­tań­ski lord spra­wiał wra­że­nie ura­żo­nego.

– Po pro­stu miejmy to już za sobą – odparł i odwró­cił się do napast­ni­ków. Nali­czył ich dzie­się­ciu, wszy­scy mieli na sobie skra­dzione uni­formy. Kerun trzy­mał się z tyłu, ubrany w długi far­tuch szefa kuchni i śmieszną kuchar­ską czapkę.

W środku cały aż dygo­tał z ner­wów, ale jeśli było coś, czego nauczył się, obser­wu­jąc swo­ich rodzi­ców zma­ga­ją­cych się z peł­nymi pii­rayi wodami poli­tyki senac­kiej, to z pew­no­ścią tego, żeby prze­nigdy, choćby się waliło i paliło, nie oka­zy­wać stra­chu. Odwró­cił się na pię­cie i uśmiech­nął pod nosem.

– I jak? Czy zaskar­bi­li­śmy sobie waszą apro­batę?

Ele­cia zachi­cho­tała, ale pozo­stali, zgro­ma­dzeni wokół niej, zare­ago­wali kwa­śnymi gry­ma­sami; w ciszy sły­chać było przy­tłu­mione dźwięki muzyki, dobie­ga­jące z sąsied­niego pomiesz­cze­nia.

– W porządku, zja­wi­sko Kwie­cia Kró­lo­wej roz­pocz­nie się lada chwila. Goście wyle­gną na bal­kon, a wów­czas będziemy mieli wolną rękę. Bierz­cie klej­noty, zegarki – wszystko, co znaj­duje się na liście. Ja zajmę się główną sypial­nią. Reszta z was gro­ma­dzi skrzęt­nie wszystko, co się da. Mamy tylko jedną szansę, więc dobrze ją wyko­rzy­staj­cie. Jakieś pyta­nia?

– Tak – odpo­wie­dział Axel, pod­no­sząc rękę jak pilny uczeń. – Co, jeśli znajdę coś, co mi się spodoba i co zechcę zatrzy­mać?

– Wów­czas na twoim miej­scu zada­ła­bym sobie pyta­nie, czy to warte życia two­jej dziew­czyny. – Ele­cia wypo­wie­działa te słowa z uśmie­chem, ale Axel sły­szał w nich echo led­wie zawo­alo­wa­nej groźby. Cóż, być może powi­nien jed­nak bar­dziej zwra­cać uwagę na to, kiedy silić się na elo­kwen­cję. – Nowa zmiana zaczyna się… – Zacze­kała na pierw­szą falę zachwy­co­nych okrzy­ków, która napły­nęła z zewnątrz. – Teraz.

Otwo­rzyła drzwi i Axel wraz z Kozmem podą­żyli za zło­dzie­jami, któ­rzy wycho­dząc, zabie­rali ze sobą tace z jedze­niem. Axel sku­pił się na utrzy­my­wa­niu dłoni w sta­bil­nej pozy­cji i uni­ka­niu zde­rzeń z pozo­sta­łymi, ponie­waż nie bar­dzo wie­dział, co innego mógłby w tej sytu­acji zro­bić. Jed­nak to nie o swoje życie się mar­twił. Leyli była w tej chłodni. Leyli miała kło­poty, ponie­waż on chciał się wymknąć nie­po­strze­że­nie z przy­ję­cia. Powi­nien był dać się zła­pać rodzi­com. Matka i tak nie zro­bi­łaby sceny w miej­scu publicz­nym.

Nie­stety, było już za późno na żale.

Axel nie­mal podzi­wiał plan intru­zów. Pro­sty, bez­błędny. Mieli zna­ko­mity pomysł na odwró­ce­nie uwagi: grupa boga­czy bez reszty zajęta podzi­wia­niem nie­zwy­kłego zja­wi­ska. Ochrona przy drzwiach, pil­nu­jąca, by na przy­ję­cie nie wszedł nikt nie­po­wo­łany, ale poza tym? Nikt nie zawra­cał sobie głowy zapew­nie­niem bez­pie­czeń­stwa pra­cow­ni­kom kuchni, bo i po co?

Podą­żał za innymi, pozwa­la­jąc, aby kolejne szpony, palce i macki się­gały po przy­smaki z jego tacy. Nikt nie zwra­cał na niego spe­cjal­nej uwagi. Był tu w zasa­dzie tylko uży­teczną ozdobą. Kiedy taca opu­sto­szała, pozbie­rał opróż­nione kie­liszki i rozej­rzał się po sali w poszu­ki­wa­niu celu ide­al­nego, który zresztą wkrótce zna­lazł, w postaci pod­chmie­lo­nego sta­ruszka, krą­żą­cego chwiej­nym kro­kiem i roz­glą­da­ją­cego się za kolej­nym drin­kiem.

Wzrok Axela padł na jego zega­rek, a potem prze­su­nął się na ciężki łań­cuch wyko­nany z opa­li­zu­ją­cego metalu, który nada­wał mu wygląd na wpół zasty­głej cie­czy. Wyda­wał się drogi. Grey­lark prędko zdo­był kie­li­szek z czymś zie­lo­nym i kwa­śnym i zaniósł go wsta­wio­nemu męż­czyź­nie.

– Co to takiego? Jest nie­sa­mo­wite!

„Nie­sa­mo­wi­cie paskudne” – miał ochotę uści­ślić Axel, jed­nak zamiast tego potwier­dził tylko grzecz­nie:

– Ow­szem.

Męż­czy­zna zaczerp­nął gwał­tow­nie tchu i pochy­lił się lekko w jego stronę.

– Myśla­łem, że nie wolno wam roz­ma­wiać z gośćmi! – szep­nął mu na ucho.

Grey­larka zdjął prze­lotny strach, ale szybko się opa­mię­tał. Bły­snął zębami w uprzej­mym uśmie­chu.

– Nie mogłem się powstrzy­mać, psze pana. Jak ktoś mógłby nie chcieć roz­ma­wiać z kimś tak pro­mi­nent­nym?

Zado­wo­lony z odpo­wie­dzi zawiany męż­czy­zna odpo­wie­dział sze­ro­kim uśmie­chem i koły­sząc się w rytm muzyki, ruszył węży­kiem w stronę bal­konu. Axel tym­cza­sem odszedł w prze­ciw­nym kie­runku, dys­kret­nie przy­kry­wa­jąc skra­dzione dro­bia­zgi ser­wetką. Z ser­cem walą­cym jak mło­tem zaczął się roz­glą­dać w poszu­ki­wa­niu kolej­nego celu. Wszy­scy szli na bal­kon, sku­pia­jąc uwagę na impo­nu­ją­cym widoku mia­sta i maja­czą­cych w oddali wysp. Axel był świad­kiem zja­wi­ska Kwie­cia Kró­lo­wej pod­czas pierw­szego roku na uni­wer­sy­te­cie. Kilka dni po porze desz­czo­wej powie­trze było gęste od pył­ków i zapa­chu wil­got­nej ziemi. Zewsząd strze­lały zie­lone pędy – poja­wiały się nawet w szcze­li­nach bru­ko­wa­nych uli­czek i mar­mu­ro­wych pod­łóg szkol­nego gma­chu. Wszy­scy cze­kali na to z wytę­sk­nie­niem – i tak wła­śnie naro­dziła się tra­dy­cja świę­to­wa­nia tego feno­menu. Po co cze­kać, skoro można się bawić, dopóki kwiaty się nie otwo­rzą?

Axel nie był do końca gotowy, aby przy­znać, jak bar­dzo podo­bało mu się to zja­wi­sko. Jak rzadko zda­rzało się, że coś było w sta­nie go zasko­czyć – wiecz­nie znu­dzo­nego, mają­cego wra­że­nie, że widział już wszystko. Obser­wo­wał z dachu wieży swo­jego aka­de­mika, jak słońce zaczyna zacho­dzić, a wszyst­kie pąki kwia­towe wkoło się otwie­rają. Płatki roz­chy­lały się, jakby zaczer­py­wały pierw­szy drżący oddech, a pokry­wa­jący je deli­katny pyłek mie­nił się w świe­tle. Każdy, nawet naj­lżej­szy podmuch wia­tru, niósł ze sobą bio­lu­mi­ne­scen­cyjny pył, który osia­dał na wszyst­kim w oko­licy. To było jak prze­by­wa­nie pośród tysięcy migo­czą­cych gwiazd. Kiedy pył osa­dzał się na skó­rze, co było nie­unik­nione, pozo­sta­wiał na niej fos­fo­ry­zu­jące smugi. Wszystko, abso­lut­nie wszystko, pokry­wało Kwie­cie Kró­lo­wej.

Po kilku godzi­nach blask zani­kał i pozo­sta­wał tylko zie­lony pyłek. Czy to zja­wi­sko było tak piękne ze względu na swoją impo­nu­jącą skalę? A może po pro­stu dla­tego, że było tak ulotne?

Nawet teraz dro­binki pyłku wla­ty­wały do apar­ta­mentu przez bal­ko­nowe drzwi i przy­kle­jały się do każ­dej odsło­nię­tej powierzchni. Choć widok zapie­rał dech w piersi, Axel zda­wał sobie sprawę, że nie może pozwo­lić sobie na podzi­wia­nie zja­wi­ska. Musiał się sku­pić, aby jego debiut jako zwy­kłego zło­dzie­jaszka był wart zachodu – ponie­waż ktoś liczył na to, że dobrze wypełni swoją rolę.

Kiedy taca zaczęła mu zbyt mocno cią­żyć od skra­dzio­nych bły­sko­tek, skrę­cił za róg, wra­ca­jąc do miej­sca, w któ­rym wcze­śniej ukrył się za wyso­kimi rośli­nami donicz­ko­wymi. Miał kilka chwil, zanim wróci do kuchni i roz­pocz­nie kolejny kurs, ale kilka sekund póź­niej przy­dy­bał go Kozmo.

– Jesteś w tym prze­ra­ża­jąco dobry – stwier­dził, chi­cho­cząc ner­wowo. – Cóż, chyba nie powi­nie­nem być zasko­czony.

– Bo jestem tak dosko­nały we wszyst­kim?

– Nie we wszyst­kim, Grey­lark. W szkole na­dal wyprze­dzam cię o dwa punkty. – Kozmo uśmiech­nął się pod nosem, a Axel ze zdu­mie­niem zdał sobie sprawę z tego, jak ujmu­jący uśmiech ma jego rywal. Potem przy­po­mniał sobie ból w gło­sie mło­dego ary­sto­kraty, kiedy nie­dawno powie­dział mu, że nie są przy­ja­ciółmi.

– Grey­lark! Tu jesteś! – zawo­łał ktoś, jed­nak słowa nie były skie­ro­wane do Axela, ale do męż­czy­zny kie­ru­ją­cego się do małej wnęki, z dala od zgro­ma­dzo­nych.

Axel zamarł, podob­nie jak sto­jący obok niego Kozmo, gdy sena­tor Lexxir Grey­lark odwró­cił się i sta­nął twa­rzą w twarz z pod­chmie­lo­nym jego­mo­ściem, któ­rego wcze­śniej okradł. Chło­pak wciąż miał na sobie meta­lową osłonę. Był nie do pozna­nia. Czyż nie?

– Hra­bio Ven­ner­so­nie – powie­dział jego ojciec, strze­pu­jąc z pele­ryny błysz­czący pyłek, który na niej osiadł. – Miło cię widzieć.

– Bałem się, że już cię dziś nie zoba­czymy. Czy kosz­to­wa­łeś tego cudow­nie kwa­śnego trunku?

Axel nie śmiał nawet głę­biej ode­tchnąć, gdy ojciec spoj­rzał wprost na niego. Star­szy Grey­lark zmru­żył swoje duże oczy. Czy go roz­po­znał? Czy się domy­ślał? Wrę­czył Axe­lowi swój pusty kie­li­szek i mu podzię­ko­wał.

Chło­pak trzy­mał go za nóżkę, wciąż trwa­jąc w kom­plet­nym bez­ru­chu.

– Gdzie się podziała twoja uro­cza żona? – zapy­tał hra­bia Ven­ner­son.

– Kyong jest zajęta podzi­wia­niem tego zja­wi­ska. To jej pierw­szy raz. Pla­no­wa­li­śmy zro­bić nie­spo­dziankę naszemu synowi, ale nie chcie­li­śmy go odry­wać od zajęć.

– Moja córka jest na pierw­szym roku – wybeł­ko­tał wcięty męż­czy­zna. – Musimy ich sobie przed­sta­wić. Przed nimi świe­tlana przy­szłość! Czy mógł­bym ci chwilę zająć? Chciał­bym opo­wie­dzieć ci co nieco o abso­lut­nie kosz­mar­nej sytu­acji szla­ków nad­prze­strzen­nych w moim sek­to­rze…

Axel wie­dział, że musi się ruszyć, coś zro­bić – cokol­wiek! Pozo­stali „kel­ne­rzy” wra­cali już do kuchni, a jeśli nie zjawi się wraz z nimi ze swoim łupem, Ele­cia bez dwóch zdań dotrzyma słowa…

– Wybacz, hra­bio Ven­ner­so­nie – powie­dział Lexxir Grey­lark, roz­ko­ja­rzony holo­gra­mem miga­ją­cym na ekra­nie jego komu­ni­ka­tora. – To dzie­kanka Har­ket.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki