Star Wars. Opowieści o Jedi i Sithach -  - ebook

Star Wars. Opowieści o Jedi i Sithach ebook

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

WALKA MIĘDZY ŚWIATŁEM A CIEMNOŚCIĄ TRWA W NAJLEPSZE!

Odważni Jedi. Podstępni Sithowie. Ci ikoniczni bohaterowie i złoczyńcy uosabiają walkę dobra ze złem, będącą samym sercem Gwiezdnych Wojen. Ta wyjątkowa antologia zawiera teksty dziesięciu nagradzanych autorów, którzy opowiedzieli nowe historie o Jedi i Sithach: od Luke’a Skywalkera po Dartha Vadera, od Obi-Wana Kenobiego po Asajj Ventress i wielu innych, a każda z tych postaci odgrywa główną rolę w opowieściach, które równie dobrze mogłyby pojawić się na kinowym ekranie. W tym niezwykłym zbiorze spotkasz wielu spośród największych bohaterów i złoczyńców wszech czasów i będziesz świadkiem ich epickich starć, przebiegłych intryg, bezsilnej złości i niesamowitych akcji.

AUTORZY Roseanne A. Brown Sarwat Chadda Delilah S. Dawson Tessa Gratton Michael Kogge Sam Maggs Michael Moreci Alex Segura Vera Strange Karen Strong

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 195

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Star Wars: Sto­ries of Jedi and Sith

Pro­jekt gra­ficzny: Eli­za­beth A.D. Eno Redak­cja i korekta: Mag­da­lena Kozłow­ska Kon­sul­ta­cja: Jacek Drew­now­ski

© & TM 2026 Lucas­film Ltd. All rights rese­rved.

Wydawca: Wydaw­nic­two Ole­sie­juk, an imprint of Dres­sler Dublin sp. z o.o.

ISBN 978-83-8424-638-2

Dane do kon­taktu: Wydaw­nic­two Ole­sie­juk ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+48 22) 733 50 00 e-mail: wydaw­nic­two@dres­sler.com.pl www.wydaw­nic­two-ole­sie­juk.pl

Dys­try­bu­cja: Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

Star Wars. Opo­wie­ści o Jedi i Sithach to fik­cja lite­racka. Wszyst­kie nazwy, miej­sca i zda­rze­nia są fik­cyjne i powstały w wyobraźni auto­rów, a jakie­kol­wiek podo­bień­stwo do miejsc, zda­rzeń i osób, żywych czy zmar­łych, jest cał­ko­wi­cie przy­pad­kowe.

Wstęp

KIEDY POWIEMY, ŻE KTOŚ JEST DOBRY? To jedno z tych odwiecz­nych życio­wych pytań, pytań o wielu odpo­wie­dziach, któ­rych zresztą nie znaj­dzie­cie w tym krót­kim wstę­pie! Gdy jed­nak myślę o wysiłku, jaki podej­mu­jemy, by stać się dobrą osobą, za przy­kład sta­wiam sobie tych, któ­rzy przy­naj­mniej zawsze tego pró­bują: Jedi. Nikt z nas nie jest ide­alny, oni także, ale człon­ko­wie zakonu mogą sta­no­wić dla nas pewien wzór. Czy mowa o Luke’u, który wypro­sto­wany odma­wia zabi­cia wła­snego ojca, czy o Obi-Wanie, przyj­mu­ją­cym mło­dego pada­wana, bo uważa, że tak trzeba, czy wresz­cie o Rey, prze­ciw­sta­wia­ją­cej się złu Pal­pa­tine’a, Gwiezdne Wojny dostar­czają nam wiele przy­kładów boha­te­rów po stro­nie świa­tła, z całej siły sta­wia­ją­cych opór ciem­no­ści.

Świa­tło nie ist­nieje jed­nak bez ciem­no­ści, a dobro – bez zła. A w Gwiezd­nych Woj­nach nie bra­kuje pamięt­nych zło­czyń­ców: od demo­nicz­nego Dar­tha Maula, przez wypa­czo­nego i plu­ga­wego Pal­pa­tine’a, po nie­wąt­pli­wie iko­nicz­nego Mrocz­nego Lorda Sithów, Dar­tha Vadera. Zło zawsze trwa, by w walce o świa­tło mogli sta­wić mu czoła Jedi (no i są jesz­cze osoby pokroju Asajj Ven­tress, które żyją w cie­niach pomię­dzy jed­nym a dru­gim i przy­po­mi­nają nam, że defi­ni­cje „dobra” i „zła” nie zawsze są takie czarno-białe!).

Z przy­jem­no­ścią przed­sta­wiam Wam dzie­sięć eks­cy­tu­ją­cych i ory­gi­nal­nych opo­wie­ści stwo­rzo­nych przez nie­sa­mo­wi­tych auto­rów – histo­rii, które roz­trzą­sają, na czym polega dobro, zło i wszystko pomię­dzy. Padają tu także ważne pyta­nia – co czyni Jedi? Co to zna­czy, że opo­wia­damy się po stro­nie spra­wie­dli­wo­ści? Jak należy postę­po­wać w skom­pli­ko­wa­nej galak­tyce? Ale znaj­dzie­cie tu też mnó­stwo akcji, przy­gód i humoru. Oto ponad­cza­sowe gwiezd­no­wo­jenne opo­wie­ści, które rów­nie dobrze mogłyby poja­wić się na kino­wym ekra­nie. Miłej lek­tury – i wybierz­cie wła­ściwą stronę!

Jen­ni­fer Hed­dle

Dawno, dawno temu w odle­głej galak­tyce….

Co Jedi czyni. Michael Kogge

CO JEDI CZYNI

MICHAEL KOGGE

NA WPROST WZNO­SIŁA SIĘ ŚWIĄ­TY­NIA, różowa o świ­cie, dokład­nie taka, jak w snach mło­dzieńca.

Była masywną struk­turą z kamie­nia, o tra­pe­zo­idal­nej kon­struk­cji spo­czy­wa­ją­cej na pro­sto­kąt­nej bazie. Z pła­skiego dachu wzno­siło się ku niebu pięć iglic, po jed­nej z każ­dej kra­wę­dzi i piąta – naj­wyż­sza – pośrodku. Jak gło­siła legenda, budowla została wznie­siona na wierz­chołku góry, gdy rzeźba terenu pla­nety na­dal zdo­mi­no­wana była przez łań­cu­chy gór­skie. Teraz, po tysiąc­le­ciach eks­pan­sji, sama Świą­ty­nia stała się jedyną górą w tej dziel­nicy mia­sta i przy­cią­gała wzrok z każ­dej strony.

Tego jed­nak, co znaj­do­wało się w jej wnę­trzu, nie dało się ujrzeć z zewnątrz. Pochy­lone ele­wa­cje nie miały wielu okien. Te witra­żowe, wycho­dzące na główny bul­war, prze­pusz­czały jedy­nie świa­tło, nie cie­kaw­skie spoj­rze­nia. Co pewien czas na bal­ko­nach iglic dało się dostrzec postać w sza­tach, ale te syl­wetki nie­wiele zdra­dzały.

Nie to, by miesz­kańcy Świą­tyni stro­nili od innych. Prze­ciw­nie, byli jed­nymi z naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­nych osób w Repu­blice, człon­kami mistycz­nego sto­wa­rzy­sze­nia wojow­ni­ków, uzdro­wi­cieli, dyplo­ma­tów i myśli­cieli, obda­rzo­nymi nie­sa­mo­wi­tymi przy­mio­tami umy­słu i ciała. Zamiast jed­nak korzy­stać z tych darów dla wła­snego widzi­mi­się, sta­wali na straży pokoju i spra­wie­dli­wo­ści w galak­tyce, w któ­rej czy­hało wiele nie­bez­pie­czeństw. To, jak zdo­by­wali te zdu­mie­wa­jące umie­jęt­no­ści, w dużym stop­niu pozo­sta­wało tajem­nicą. Spo­śród bilio­nów istot zamiesz­ku­ją­cych galak­tykę zale­d­wie garstka dostę­po­wała moż­li­wo­ści opa­no­wa­nia tajem­nic naucza­nych w murach Świą­tyni.

Chło­pak już wkrótce miał dołą­czyć do tej garstki. Zosta­nie wpusz­czony do wnę­trza Świą­tyni i pozna prawdę o tym, co zwano Mocą. Zosta­nie tym, czym zawsze pra­gnął być w marze­niach.

Zosta­nie Jedi.

W miarę zbli­ża­nia się do Świą­tyni, trzy­mał się cieni. Tam, gdzie mógł, czaił się w zauł­kach i ska­kał po dachach, uni­kał otwar­tych dep­ta­ków i czoł­gał się po rurach. Ktoś taki jak on nie był mile widziany na gór­nych pozio­mach Coru­scant. W prze­ci­wień­stwie do zamoż­nych miesz­kań­ców powierzchni mia­sta-świata, któ­rych było stać na naj­now­szą modę, on nosił łach­many i cuch­nął ście­kami. Miał nagie, brudne stopy, a włosy ster­czały mu w każdą stronę, obcięte wyszczer­bio­nym ostrzem. Na jego twa­rzy nie dało się odróż­nić brudu od pie­gów, a skóra, która miej­scami była widoczna spod sadzy, pozo­stała blada, rzadko bowiem wysta­wiał ją na słońce. Choć bio­lo­gicz­nie był czło­wie­kiem, mało który przed­sta­wi­ciel tego gatunku uznałby go za swo­jego. Nale­żał do istot, któ­rych reszta spo­łe­czeń­stwa się wystrze­gała.

Był sie­rotą z dol­nych pozio­mów.

Naj­wyż­sza kanc­lerz Lina Soh zwy­kła powta­rzać, że „wszy­scy jeste­śmy Repu­bliką”, ale w rze­czy­wi­sto­ści wiele osób żyło na mar­gi­ne­sie spo­łe­czeń­stwa mimo naj­lep­szych sta­rań kobiety, by wyeli­mi­no­wać dawne uprze­dze­nia. Bogaci miesz­kańcy powierzchni Coru­scant na­dal oba­wiali się, że wyrzutki takie jak ten chło­pak spro­wa­dzą na ich dziel­nice cho­roby, biedę i prze­stęp­stwa. Jeśli przy­ła­pią go na tym, że się tu szlaja, zarzucą mu kie­szon­ko­stwo i wygnają na dół, do slum­sów. Nikt nie uroni za nim łzy.

Jego niskie pocho­dze­nie jed­nak nie będzie miało zna­cze­nia dla Jedi. We wszyst­kich doku­men­tach, z któ­rymi się zapo­znał, we wszyst­kich prze­ka­zach medial­nych i opo­wie­ściach Jedi sza­no­wali istoty z każ­dej sfery. O otwar­to­ści człon­ków zakonu świad­czyła ich wła­sna róż­no­rod­ność. Nie­któ­rzy z naj­wspa­nial­szych ryce­rzy byli moż­nymi, a inni pocho­dzili zni­kąd. Garść Jedi była wyzwo­lo­nymi nie­wol­ni­kami. Dzie­ciak z ulicy będzie do nich paso­wał jak ulał.

Chło­pak prze­biegł przez prze­cznicę gma­chów rzą­do­wych i dotarł do Drogi Pro­ce­syj­nej, głów­nego bul­waru wio­dą­cego do Świą­tyni. Tu nie miał gdzie się skryć, bra­ko­wało cieni i wnęk, ale już się tym nie mar­twił. Tutaj zazwy­czaj prze­by­wały istoty wszel­kiej maści – Jedi, biu­ro­kraci, akty­wi­ści i tury­ści – ale o tak wcze­snej porze nie zja­wili się nawet sprze­dawcy świe­ci­de­łek, by roz­sta­wić kramy. Mło­dzie­niec był sam i czuł się z tym dobrze. Trzy­mał głowę wysoko, masze­ru­jąc ku Świą­tyni. Prze­zna­cze­nie i cel są jed­nym i tym samym – tak twier­dzili dawni mistrzo­wie.

– Stój!

Popę­dziła ku niemu dziew­czyna w sza­tach barwy pia­sku. Wyda­wała się bli­żej nie­okre­śloną mie­szanką gatun­ków, bo z orze­cho­wych wło­sów, dłu­gich do ramion, wysta­wały zarówno gło­wo­ogony, jak i kolce czasz­kowe. Jej złote oczy lśniły, a szma­rag­dowa skóra mie­niła się w poran­nym świe­tle. Była zara­zem piękna i zacie­kła. Zatrzy­mał się na jej roz­kaz.

– Złóż broń, gan­gu­sie z Gan­ze­ech, i ani drgnij – powie­działa i uru­cho­miła miecz świetlny o nie­bie­skim ostrzu.

Chło­pak wycią­gnął przed sie­bie otwarte dło­nie.

– Nie mam broni. I nie jestem z Gan­ze­ech, przy­się­gam.

Gan­zee byli nie­sław­nym gan­giem z dol­nych pozio­mów, rekru­tu­ją­cym sie­roty takie jak on, by wyko­ny­wały dla niego brudną robotę. Chło­pak nie dał się skło­nić do współ­pracy – zde­spe­ro­wany wręcz cho­wał się w kana­li­za­cji, ile­kroć napo­ty­kał człon­ków gangu.

– Wyglą­dasz jak Gan­zee i cuch­niesz jak Gan­zee. – Dziew­czyna wydęła policzki i mach­nęła dło­nią. – Na gwiazdy, kąpiesz się z ban­thami?

Chło­pak chciał odpo­wie­dzieć, że ona pach­nie jak środki czysz­czące, co jest rów­nie nie­miłe, ale ugryzł się w język.

– Ni­gdy nie widzia­łem ban­thy. Pocho­dzę z poziomu 13-12 pod powierzch­nią. Przy­by­łem, by wyszko­lić się na Jedi.

Chyba ją zga­sił.

– Nikt nie wspo­mi­nał o nowym kan­dy­da­cie. Który z mistrzów po cie­bie posłał?

– Sam przy­by­łem.

Prych­nęła.

– Kpisz sobie? Pew­nie mistrz Elzar cię do tego namó­wił? By zro­bić mi dow­cip, zaba­wić się moim kosz­tem? Bo nikt ot tak nie zatrzy­muje się przed Świą­ty­nią i nie domaga się szko­le­nia.

– Nie jestem tu, by kogoś oszu­ki­wać czy cze­goś się doma­gać – zapew­nił chło­pak. – To bar­dziej… coś w rodzaju marze­nia, które mia­łem od zawsze. Nawet przy­nio­słem doku­men­ta­cję, by poka­zać, że był­bym dobrym kan­dy­da­tem.

– Doku­men­ta­cję?

– Bada­nia krwi. Z moim pozio­mem midi­chlo­ria­nów. – Chło­pak wyjął arkusz flim­si­pla­stu spod łach­ma­nów. W toku swo­ich poszu­ki­wań odkrył, że Jedi czę­sto badają krew kan­dy­da­tów pod kątem mikro­sko­pij­nych orga­ni­zmów, które nazy­wają midi­chlo­ria­nami. Im więk­sza liczba, tym sil­niej­szy poten­cjał kan­dy­data. Spo­dzie­wa­jąc się, że Jedi zlecą bada­nia, chło­pak zapła­cił orto­lań­skiemu esku­la­powi, by wyko­nał test. Z dumą zapre­zen­to­wał wyniki dziew­czy­nie. – Jak widzisz, sporo.

Dziew­czyna tylko zer­k­nęła.

– Żaden mistrz przy zdro­wych zmy­słach nie kie­ruje się bada­niami krwi. Gdy szu­kają mło­dzi­ków, wyma­gają dowo­dów na talent, nie… doku­men­ta­cji.

Jej kry­tyka go nie dotknęła. Był gotów na taką prośbę.

– Oczy­wi­ście – odparł. – Co powiesz na to?

Scho­wał flimsi w połach szaty, zaczerp­nął tchu, po czym zro­bił to, co tak długo ćwi­czył w kana­łach. Sko­czył moż­li­wie wysoko, przy­ci­snął kolana do piersi i wyko­nał salto w powie­trzu jak Jedi z holo­na­grań. Nieco sku­sił pod­czas lądo­wa­nia, ale popra­wił się i uśmiech­nął.

Dziew­czyna wzru­szyła ramio­nami.

– Byle akro­bata tak potrafi. Mistrzo­wie szu­kają osób, któ­rych zdol­no­ści wykra­czają poza talenty nor­mal­nych istot. Zresztą i tak powie­dzą, że jesteś za stary.

– Za stary? A ty ile masz lat?

– Czter­na­ście stan­dar­do­wych.

– Ja też – odparł chło­pak. – Czemu ja niby nie mogę zostać Jedi?

– Bo mnie tu przy­nie­siono, gdy byłam nie­mow­lę­ciem. Jesteś za stary, by zacząć szko­le­nie.

Jej podej­ście zaczy­nało go wku­rzać.

– A nie mogła­byś poroz­ma­wiać w moim imie­niu z mistrzami? Mogę im poka­zać, że jestem gotowy.

– Nie wypa­da­łoby mi. Jestem tylko adeptką. Jesz­cze nawet nie zosta­łam wybrana na pada­wankę.

– Sam sobie pora­dzę – burk­nął przy­bysz. – To z kim mam poga­dać?

Dziew­czyna wyłą­czyła ostrze.

– Słu­chaj, badam poważne nie­bez­pie­czeń­stwo i mam powia­do­mić ochronę, jeśli tylko zjawi się tutaj ktoś podej­rzany. Wyda­jesz się w porządku, więc tego nie zro­bię. Ale lepiej zmy­kaj, nim zja­wią się poli­cjanci czy straż­nicy świą­tynni. – Spraw­dziła chro­no­metr. – Czyli lada chwila. Powo­dze­nia.

Dziew­czyna posłała mu krótki – i jego zda­niem sztuczny – uśmiech, po czym odwró­ciła się na pię­cie. Zro­biła parę susów i tyle ją widział.

Chło­pak stał tak, zszo­ko­wany. Spo­dzie­wał się trud­nych pytań, a nawet egza­minu wstęp­nego, ale nie zde­cy­do­wa­nej odmowy, szcze­gól­nie z ust kogoś w jego wieku. W marze­niach wyglą­dało to zde­cy­do­wa­nie ina­czej.

A wtedy usły­szał dziwną melo­dię, nuconą na skraju bul­waru, gdzie kwi­tły rzędy kwia­tów. Pod­szedł bli­żej.

Drobna postać w złoto-bia­łych świą­tyn­nych sza­tach Jedi pod­le­wała rośliny. Pomarsz­czona dłoń zaci­skała się na zakrę­co­nej lasce, a dłu­gie szpi­cza­ste uszy wysta­wały z okrą­głej głowy, którą pora­stało kilka kosmy­ków siwych wło­sów. Mło­dzie­niec potra­fił wska­zać wszyst­kich człon­ków Naj­wyż­szej Rady. Mógł mieć do czy­nie­nia tylko z jed­nym Jedi.

– Mistrzu Yodo?

Postać prze­stała nucić i obró­ciła się w kie­runku przy­by­sza. Tak, to na pewno on. Żaden inny Jedi nie był tak pomarsz­czony. Czy tak mały i zie­lony. I nie miał takich drob­nych, ostrych zębów, wyszcze­rzo­nych w szel­mow­skim uśmie­chu.

Chło­pak zro­bił krok.

– Mistrzu Yodo, ja…

Na nie­bie ponad ich gło­wami zary­czał aero­śmi­gacz o trzech sta­tecz­ni­kach. Ponad kok­pi­tem wyła syrena. Z zewnętrz­nego komu­ni­ka­tora dobiegł głos:

– Tu poli­cja Dziel­nicy Świą­tyn­nej. Szu­kamy podej­rza­nych w spra­wie kry­mi­nal­nej. Pro­szę pozo­stać na miej­scu i dać się prze­słu­chać. W razie koniecz­no­ści zasto­su­jemy pro­mień unie­ru­cha­mia­jący.

Chło­pak nie miał wąt­pli­wo­ści, co się z nim sta­nie, jeśli posłu­cha. Poli­cja ni­gdy nie uwie­rzy, że przy­był tu, by pod­jąć szko­le­nie. Powie, że zamie­rzał coś ukraść.

Obró­cił się i zerwał do biegu.

Jego zdol­no­ści akro­ba­tyczne oka­zały się zba­wienne. Kuc­nął i unik­nął pro­mie­nia skie­ro­wa­nego w jego stronę. Ten zamiast niego ude­rzył w kwiaty, na co Yoda pogro­ził pię­ścią w niebo.

Chło­pak znik­nął w mie­ście. Był bez­pieczny, ale jego marze­nie stało się zagro­żone. Teraz go szu­kali.

Parę godzin póź­niej chło­pak przy­czaił się za luk­su­sową knajpą. Gdyby był mądry, opu­ściłby tę dziel­nicę. Poli­cja wie­działa, jak wygląda. Na pewno będzie go szu­kała. A gdy go capną, otrzyma znacz­nie wyż­szą karę niż bilet w jedną stronę na niż­sze poziomy.

Nie zamie­rzał jed­nak się pod­da­wać. Nie po tym, do czego doszło w Świą­tyni. Jeden z naj­po­tęż­niej­szych Jedi tej epoki uśmiech­nął się – do niego. Do sie­roty z dol­nych pozio­mów. Do nikogo waż­nego.

Wia­domo, moż­liwe, że to bez zna­cze­nia. Ale zamie­rzał się o tym prze­ko­nać. Spró­buje jesz­cze raz.

Tym razem ubie­rze się sto­sow­nie.

Przy­kuc­nął pod kra­nem i zmył z sie­bie moż­li­wie naj­wię­cej brudu. Następ­nie zatrosz­czył się o strój. Cap­nął spodnie z koszyka dro­ida pio­rą­cego. Wyjął tunikę z kosza z ubra­niami dla ubo­gich. Ukradł parę czar­nych butów sprzed drzwi luk­su­so­wego miesz­ka­nia. Wypeł­nił je zmię­tymi ser­wet­kami, by paso­wały. W przy­padku naj­bar­dziej rzu­ca­ją­cej się w oczy czę­ści gar­de­roby zakradł się do sklepu z kostiu­mami i przy­własz­czył sobie brą­zową szatę – strój na bal prze­bie­rań­ców.

Narzu­cił nowe ubra­nia na łach­many. Przyj­rzał się wła­snemu odbi­ciu w szy­bie aero­śmi­ga­cza – już pra­wie wyglą­dał tak, jak powi­nien.

Bra­ko­wało jed­nego waż­nego szcze­gółu.

Na placu budowy zebrał zestaw narzę­dzi, w tym pal­nik pla­zmowy. Odwa­żył się udać do publicz­nego odświe­ża­cza, gdzie odkrę­cił ze zlewu rurę odpły­wową. Na zło­mo­wi­sku wydarł przy­cisk akty­wa­cyjny z deski roz­dziel­czej frach­towca typu YT i soczewkę z zestawu czuj­ni­ków. Na koniec cap­nął magne­tyczne sprzęgi z łado­warki na sta­cji paliw.

A gdy już miał wszystko, czego potrze­bo­wał, zaczaił się w ciem­nym kącie ser­wisu śmi­ga­czy. W ciągu paru godzin stwo­rzył z czę­ści coś, co przy­po­mi­nało miecz świetlny.

No, przy­po­mi­nało jak przy­po­mi­nało – obok praw­dzi­wej broni to nawet nie stało. Wiązka błę­kit­nej pla­zmy wydo­sta­jąca się z rury odpły­wo­wej była nie­sta­bilna i nie trzy­mała kształtu zbyt długo. Lep­sze jed­nak kilka sekund niż nic, a niskie zasi­la­nie wiązki ozna­czało, że nie ode­tnie sobie przy­pad­kiem wła­snego ramie­nia, jeśli omsknie mu się ręka.

Pomaj­ster­ko­wał nieco przy magne­tycz­nych sprzę­gach i przy­pa­sał miecz w talii. Popra­wił szatę i opu­ścił ser­wis. Pora na osta­teczny test.

Wyszedł na zewnątrz w połu­dnie. Z początku uni­kał tłu­mów. Gdy jed­nak odkrył, że nikt się na niego nie gapi, nabrał pew­no­ści, że prze­bra­nie się spraw­dza, i zaczął czuć się swo­bod­niej wśród pie­szych.

A wtedy zja­wił się radio­wóz.

Ten sam, który gnę­bił go w Świą­tyni. Odbił od trasy śmi­ga­czy i zawisł w powie­trzu nie­opo­dal. Odsu­nęła się szyba.

– Hej, pada­wa­nie – ode­zwał się ze środka pilot, Kadril­lia­nin o poma­rań­czo­wej łusce i w mun­du­rze poli­cyj­nym, skro­jo­nym na miarę, by uwzględ­nić jego żół­wią pół­sko­rupę. – Szu­kam ludz­kiego mło­dzieńca, mniej wię­cej w twoim wieku, typo­wego nie­do­my­tego mło­kosa z dol­nych pozio­mów. Pew­nie jest zwią­zany z gan­giem Gan­ze­ech. Podobno coś knuje. Cho­lera go wie. Widzia­łeś może kogoś takiego?

Chło­pak pokrę­cił głową, roz­glą­da­jąc się za naj­bliż­szym zauł­kiem, by w razie czego dać nogę. Niczego takiego nie zna­lazł w pro­mie­niu pięć­dzie­się­ciu metrów.

– W razie czego daj znać. – Ofi­cer wyściu­bił głowę przez okno. – Dziel­ni­cowy Tals Trilby, poli­cja Dziel­nicy Świą­tyn­nej. A ty?

Nikt nie pytał go o to od lat. Całe szczę­ście, że wtedy ode­zwał się komu­ni­ka­tor poli­cjanta i męż­czy­zna stra­cił zain­te­re­so­wa­nie.

– Szlag. Muszę lecieć. Jakaś kra­dzież w skle­pie z kostiu­mami Three-Yees – zamel­do­wał Trilby. – Ale roz­glą­daj się za podej­rza­nymi typami. Bo mój mądry, stary kolega z baru śnia­da­nio­wego twier­dzi, że mło­dziki Jedi dostrze­gają rze­czy, któ­rych nie widzą inni. – Szyba zasu­nęła się i śmi­gacz odle­ciał.

Chło­pak ode­tchnął z ulgą. Poczuł coś, co czuł rzadko.

Sza­cu­nek.

Więc to tak czuli się Jedi. To do nich zwra­cali się poli­cjanci z prośbą o pomoc.

Przez resztę popo­łu­dnia cho­dził po prze­czni­cach wokół Świą­tyni w ocze­ki­wa­niu na dogodną chwilę, by do niej wró­cić.

Wresz­cie ta nade­szła, gdy grupa mło­dzi­ków – dzie­cia­ków młod­szych od niego o parę lat – prze­szła obok pod okiem opie­kunki. Wśród mło­dzi­ków były dzieci rasy ludz­kiej, szczer­baci Sni­vvia­nie, gwiaz­do­kształtni Con­jeni, noszący respi­ra­tory Gan­do­wie i trą­bo­nosi Kuba­zo­wie. Więk­szość przy­wdziała szaty Jedi, choć garść miała na sobie ocie­ka­jące stroje kąpie­lowe, a zło­żone ubra­nia trzy­mała pod pachami. Widocz­nie wra­cali z lokal­nego basenu. Tego dnia pano­wał upał. Z chod­nika uno­siło się cie­pło i więk­szość mło­dzi­ków narzu­ciła kap­tury jako ochronę przed słoń­cem.

Chło­pak nało­żył wła­sny kap­tur i podą­żył za grupą. Mło­dziki były tak hała­śliwe, a opie­kunka tak zajęta całą grupą, że nikt nie zwró­cił na niego uwagi. I dobrze, bo opie­kunką oka­zała się tamta dziew­czyna, która zatrzy­mała go o świ­cie.

Gdy zbli­żyli się do Świą­tyni, chło­pak wyczuł, że za grupą ktoś podąża. Nie dorów­ny­wał Jedi pod wzglę­dem zdol­no­ści postrze­ga­nia, ale roz­wi­nął ją instynk­tow­nie, by prze­żyć na niż­szych pozio­mach. Gdy jed­nak spoj­rzał przez ramię, zoba­czył tylko pie­szych śpie­szą­cych do domów z powodu skwaru. Nikt nie wydał mu się podej­rzany.

Mimo wszystko wra­że­nie go nie opusz­czało.

Gdy grupa wyszła na Drogę Pro­ce­syjną, dziew­czyna pstryk­nęła pal­cami i mło­dziki uci­szyły się i usta­wiły w pro­stej linii. Chło­pak zamknął tyły.

Bul­war koń­czył się potrój­nymi scho­dami z wypo­le­ro­wa­nego mar­muru, zwień­czo­nymi czte­rema ogrom­nymi posą­gami zało­ży­cieli Świą­tyni. Grupa wspięła się środ­ko­wymi i chło­pak po raz pierw­szy ujrzał wej­ście do gma­chu. W miej­scu bram znaj­do­wały się trzy rzędy, każdy skła­da­jący się z czte­rech kamien­nych fila­rów, a na tych z przodu wid­niały pła­sko­rzeźby Czte­rech Zało­ży­cieli. Mię­dzy mono­li­tami stali trzej zama­sko­wani wojow­nicy, dzier­żący cylin­dryczne ręko­je­ści świetl­nych mie­czy-pik o dwóch ostrzach. Byli to straż­nicy świą­tynni, eli­tarny oddział Jedi powo­ła­nych do obrony gma­chu prze­ciwko intru­zom. Tak wyjąt­kowi, że podobno w poprzed­nich epo­kach zale­d­wie trzy osoby sta­wiły czoła armii zło­żo­nej z trzech tysięcy żoł­nie­rzy. Nie nale­żało ich lek­ce­wa­żyć.

Środ­kowy straż­nik odstą­pił, by wypu­ścić ze Świą­tyni dwoje Jedi. Pierw­szą była kobieta rasy ludz­kiej w bia­łej tunice z dia­de­mem na blond wło­sach. Chło­pak roz­po­znał w niej Avar Kriss, znaną mistrzy­nię Jedi. Jej kom­pan był znacz­nie niż­szy – i zie­leń­szy.

– Witaj­cie, człon­ko­wie klanu Kowak – powi­tał mło­dziki mistrz Yoda, sto­jąc o lasce. – Jak tam lek­cja pły­wa­nia?

Mło­dzi Kuba­zo­wie prych­nęli z rado­ści. Gan­do­wie wypu­ścili gaz z respi­ra­to­rów. A ludzie, Con­jeni i Sni­vvia­nie w tej samej chwili odkrzyk­nęli: „Nie­sa­mo­wite!”, „Cza­ro­dziej­skie!” i „Możemy wró­cić jutro?!”.

Yoda zachi­cho­tał.

– Ciało warto har­to­wać, teraz jed­nak umysł ćwi­czyć pora. Medy­to­wać i przez nurty Mocy pły­wać będziemy. Chodź­cie. Z waż­nej misji mistrzyni Kriss powró­ciła. Tego wie­czora nauczać was będzie. – Wska­zał kobietę, która uśmiech­nęła się, po czym oboje wyco­fali się za filary. Mło­dziki podą­żyły ich śla­dem, a chło­pak, ostatni w linii, poko­nał ostat­nie stop­nie.

Znów miał to prze­czu­cie.

Spoj­rzał za sie­bie w dół scho­dów, w głąb Drogi Pro­ce­syj­nej. Bul­war był opusz­czony – nad drogą uno­siło się znie­kształ­cone cie­płem powie­trze.

Dziwne było to, że znie­kształ­ce­nia miały zauwa­żalne kształty. Ich kon­tury suge­ro­wały obec­ność dwóch huma­no­idal­nych istot. Prze­miesz­czały się ku scho­dom.

Ktoś chwy­cił chło­paka od tyłu i popchnął go w stronę cokołu posągu.

– Nie nale­żysz do tej grupy – powie­działa dziew­czyna.

– Pusz­czaj. – Wywi­nął się jej, ale zsu­nął mu się kap­tur.

Dziew­czyna otwo­rzyła sze­roko oczy na widok jego twa­rzy.

– Ty? Znów?

– Chcia­łem was ostrzec. Twoja grupa jest śle­dzona – powie­dział.

– Co? Gdzie? Przez kogo?

Chło­pak wska­zał bul­war.

– Widzisz te migo­czące fale gorąca?

Dziew­czyna spoj­rzała w tamtą stronę.

– Niczego nie widzę.

Mło­dzie­niec wycią­gnął szyję, by przyj­rzeć się bli­żej. Widział stąd cały bul­war. Dziew­czyna miała rację. Nie dostrze­gał niczego podej­rza­nego, w tym żad­nych fal cie­pła.

– Ale dopiero co tu byli. Widzia­łem ich. Podą­żali waszym śla­dem.

– Jedyną osobą podą­ża­jącą naszym śla­dem jesteś ty. – Dziew­czyna szarp­nęła za jego szatę. – Prze­brany za Jedi. Ewi­dent­nie pró­bu­jesz się prze­do­stać do Świą­tyni.

– Pozwól mi poroz­ma­wiać z mistrzem. Wszystko wyja­śnię.

– To wcze­śniej wyra­zi­łam się nie­ja­sno? Nie tak to działa. Nawet gdy­byś był w odpo­wied­nim wieku, i tak musiał­byś udo­wod­nić, że masz talent. Nie wystar­czy szata. – Wska­zała przy­pa­sany w talii miecz świetlny chło­paka. – A to? Komu to ukra­dłeś?

– Zbu­do­wa­łem go.

– Bzdura.

Odpiął go od pasa i podał jej.

– Sama zobacz.

Choć wcze­śniej nie wzięła od niego flimsi, teraz chwy­ciła ręko­jeść i obró­ciła nią we wszyst­kie strony, po czym uru­cho­miła kciu­kiem akty­wa­tor. Z soczewki wystrze­lił błę­kitny pło­mień i utrzy­my­wał kształt, gdy dziew­czyna machała mie­czem.

– I niby sam to skon­stru­owa­łeś? Robi wra­że­nie.

Chło­pak uśmiech­nął się na jej słowa.

– Dzięki.

Dziew­czyna zato­czyła sze­roki łuk ostrzem, po czym je wyłą­czyła.

– Ale nie jest to miecz świetlny. Praw­dziwy miecz jest obecny w Mocy. To nic wię­cej jak pre­cy­zyjny pal­nik pla­zmowy.

Mło­dzie­niec się zezło­ścił. Za kogo ona niby się miała? Prze­cież nie była jesz­cze nawet pada­wanką, a co dopiero peł­no­prawną Jedi.

– Mylisz się. Moc jest silna w tym ostrzu – powie­dział, wycią­ga­jąc przed sie­bie dłoń – tak jak i we mnie.

Miecz wysko­czył z jej dłoni i wle­ciał w jego wła­sną.

– Wystar­czy ci to za dowód?

Dziew­czyna zmru­żyła oczy, jakby pró­bo­wała prze­szyć go wzro­kiem – albo go objąć, ogar­nąć, otak­so­wać. W każ­dym razie dzia­łało mu to na nerwy.

– Prze­stań – rzu­cił.

– To prze­stań uda­wać kogoś, kim nie jesteś. – Zamru­gała i odwró­ciła od niego wzrok. – Bo gdy­byś był tym, za kogo się poda­jesz, już by odna­lazł cię jeden z mistrzów.

Chło­pak nie zamie­rzał dopu­ścić, by o jego losie prze­są­dziła ta jedna dziew­czyna – ta adeptka.

– No ale mnie nie zna­leźli. Prze­ga­pili mnie. Dla­tego to ja posta­no­wi­łem przyjść do nich.

Dziew­czyna unio­sła dło­nie.

– Dobra. Udaj się do straż­ni­ków świą­tyn­nych. Niech oni posta­no­wią. Może nie ujrzą w tobie dzie­ciaka bawią­cego się w Jedi.

Przy wej­ściu trzech mil­czą­cych war­tow­ni­ków ści­skało piki świetlne. Środ­kowy straż­nik wró­cił na miej­sce, by zablo­ko­wać drogę, którą do środka weszli Yoda i mło­dziki. Wszy­scy zda­wali się patrzeć w kie­runku chło­paka. Bez wąt­pie­nia gdyby do nich pod­szedł, powia­do­mi­liby poli­cję.

Mło­dzie­niec zaci­snął zęby. Tym razem nic nie wskóra. Będzie musiał wró­cić pod nie­obec­ność dziew­czyny.

Obró­cił się i zaczął scho­dzić scho­dami.

– Niech Moc będzie z tobą – rzu­ciła za nim adeptka.

Nie pozwo­lił, by dostrze­gła ból na jego twa­rzy. Jej słowa go ubo­dły.

Chło­pak sie­dział ze skrzy­żo­wa­nymi nogami w ciem­nym kącie ser­wisu śmi­ga­czy. Jego zaim­pro­wi­zo­wany miecz świetlny spo­czy­wał na pod­ło­dze na wycią­gnię­cie ręki. Chło­pak wyłą­czył magne­tyczny sprzęg pod ręka­wem, tak by sam musiał poru­szyć mie­czem, nie ucie­ka­jąc się do tech­nicz­nej sztuczki.

Zamknął oczy, odprę­żył ciało i jak wiele razy wcze­śniej, wycią­gnął przed sie­bie dłoń.

– Jedi i miecz świetlny – powie­dział, recy­tu­jąc man­trę, którą roz­szy­fro­wał na sta­rej data­ta­śmie. – Jedi i miecz świetlny. Dwoje są jed­nym. Moc… Moc nas spaja.

Wyobra­ził sobie, jak broń zaczyna drżeć, po czym turla się z boku na bok.

– Moc przy­wo­łuje mój miecz świetlny – dodał, poru­sza­jąc pal­cami. – Moc przy­wo­łuje mój miecz świetlny… do mnie.

Oczyma wyobraźni ujrzał, jak broń sunie po dura­be­to­nie, unosi się w powie­trze i ląduje miękko w jego dłoni. Zadrżała mu ręka. Zadrżały palce. Wresz­cie. Wresz­cie to zro­bił.

Gdy otwo­rzył oczy, miecz leżał na ziemi, tam, gdzie go poło­żył. W tej samej pozy­cji. Ani drgnął. Jak pod­czas każ­dej poprzed­niej próby. Porażka. Nie­moż­li­wość.

Spu­ścił głowę. Wie­dział, że prę­dzej czy póź­niej do tego doj­dzie, że będzie musiał zade­mon­stro­wać zdol­ność posłu­gi­wa­nia się Mocą, by stać się Jedi. Świa­do­mie jed­nak igno­ro­wał wła­sną fun­da­men­talną wadę. Bo jak mie­liby go przy­jąć do zakonu, skoro nie dorów­ny­wał umie­jęt­no­ściom resz­cie Jedi? Skła­mał, gdy powie­dział dziew­czy­nie, że jest silny w Mocy.

Nie potra­fił się nią wcale posłu­gi­wać.

Sie­dział w ciem­nym kącie, pogrą­żony w myślach, aż na zewnątrz zro­biło się ciemno. Podą­żał za swoim marze­niem i dopro­wa­dziło go tutaj, na powierzch­nię, a mimo to – jak zawsze – tkwił w ciem­no­ściach.

Opu­ścił ser­wis pod osłoną nocy. Nie­liczne istoty obecne na uli­cach igno­ro­wały go, tak jak on igno­ro­wał je. Nie­stety, nie mógł unik­nąć Drogi Pro­ce­syj­nej. Trasa ku środ­ko­wej czę­ści dziel­nicy zapro­wa­dziła go na skraj bul­waru, tam, gdzie rosły kwiaty. Góro­wała nad nim Świą­ty­nia, błysz­cząca w nocy, pod­świe­tlana przez świa­tła sygna­li­za­cyjne i świe­tlówki chod­ni­kowe. Nie przy­po­mi­nała niczego z jego marzeń.

Odwró­cił się do niej ple­cami i skie­ro­wał ku cen­tral­nemu punk­towi dziel­nicy, gdzie mógł zamó­wić tur­bo­windę na niż­sze poziomy. Naj­wyż­sza pora porzu­cić dzie­cinne mrzonki. Pora pogo­dzić się z tym, kim jest, i wró­cić tam, gdzie jego miej­sce.

Wtedy jed­nak znów ogar­nęło go zna­jome prze­czu­cie. Ktoś lub coś czaił się za jego ple­cami.

Obej­rzał się przez ramię. Na bul­wa­rze migo­tała chmura, odda­la­jąca się od Świą­tyni. O tej porze za to zja­wi­sko nie mogło odpo­wia­dać cie­pło. Od połu­dnia tem­pe­ra­tura zde­cy­do­wa­nie spa­dła.

– Pomocy! – zawo­łał głos z wnę­trza chmury.

Tam, skąd pocho­dził, chło­pak sły­szał podobne prośby nie­mal każ­dego dnia. Nie było sensu pró­bo­wać poma­gać, choćby chciał. By prze­trwać na niż­szych pozio­mach, nie można było się wtrą­cać w nie swoje sprawy. Ci, któ­rzy poma­gali, dosta­wali bęcki.

Zro­bił jesz­cze parę kro­ków, gdy wezwa­nie powtó­rzyło się – tym razem zabrzmiało jesz­cze bar­dziej despe­racko. W migo­czą­cym powie­trzu chło­pak dostrzegł oso­bliwe, wid­mowe kształty. Kon­tury głowy, ręki, nóg. Chmura co chwila pul­so­wała, jakby pró­bo­wała utrzy­mać coś – lub kogoś – w swoim wnę­trzu.

Chło­pak ruszył dalej. Niech miesz­kańcy powierzchni się mar­twią, nie biedna sie­rota.

Trzeci jęk, tym razem jesz­cze gło­śniej­szy.

– Pomocy!

Mło­dzie­niec się zatrzy­mał. Po raz ostatni spoj­rzał przez ramię. Migo­cząca chmura docie­rała na skraj bul­waru. Wkrótce znaj­dzie się poza świa­tłem Świą­tyni i znik­nie wśród cieni. Jeśli zamie­rzał coś zdzia­łać, miał ostat­nią szansę. A wie­dział, że jeśli nie zrobi niczego, do końca życia będzie sły­szał te krzyki.

Odpiął od pasa miecz świetlny i sta­nął naprze­ciwko chmury.

– Stój – powie­dział.

Chmura poczła­pała w jego stronę.

Chło­pak uru­cho­mił akty­wa­tor na rurce i włą­czył błę­kitną wiązkę. Może i nie była na tyle mocna, by prze­ciąć kość, ale mogła się przy­dać w innym celu.

Wra­ził ostrze w chmurę.

Wiązka zaskwier­czała o migo­czące fale, jakby ude­rzyła w nie­wi­dzialną ścianę, po czym się wyłą­czyła, gdy ręko­jeść upa­dła na zie­mię. Wtedy jed­nak chmura zaczęła falo­wać i roz­pro­szyła się. Chło­pak ujrzał trzy mate­rialne huma­no­idalne posta­cie. Dwie były ubrane od stóp do głów w czarne kom­bi­ne­zony, skwier­czące elek­trycz­no­ścią. Ich ciała czę­ściowo sta­wały się nie­wi­doczne, a potem widoczne, aż wresz­cie tak zostały.

Stra­te­gia chło­paka się opła­ciła. Atak uszko­dził obwody stro­jów.

Trze­cia osoba musiała być ukryta w obu nacho­dzą­cych na sie­bie polach, bo nie miała na sobie kom­bi­ne­zonu. Nosiła za to porwane szaty Jedi. To nikt inny, jak tamta dziew­czyna ze Świą­tyni.

Pory­wa­cze trzy­mali ją za ramiona. Dziew­czyna wierz­gała nogami, ale była zbyt słaba, by się uwol­nić. Na widok chło­paka pró­bo­wała coś powie­dzieć, ale jeden z zaka­pio­rów ude­rzył ją w twarz. Dziew­czy­nie zadrżały powieki i opu­ściła głowę.

Pory­wa­cze puścili ją, by dobyć bla­ste­rów.

Chło­pak uru­cho­mił magne­tyczny sprzęg w ręka­wie i mach­nął ręką. Miecz świetlny wle­ciał mu w dłoń. Następ­nie mło­dzie­niec wyko­nał skok, który tak długo ćwi­czył w kana­łach, uzu­peł­nia­jąc go o jeden ruch godny Jedi.

Gdy wyko­ny­wał salto w powie­trzu, uni­ka­jąc zabój­czych wią­zek, ponow­nie uru­cho­mił miecz świetlny i się zamach­nął. Snop pla­zmy utrzy­mał kształt przez wystar­cza­jąco długą chwilę, by ude­rzyć w oba bla­stery. Te zaczęły dymić i pory­wa­cze je upu­ścili.

Chło­pak bez trudu wylą­do­wał na obu nogach, jak zro­biłby to Jedi.

– Nie pogar­szaj­cie swo­jej sytu­acji – powie­dział do intru­zów.

Obaj dobyli noży z ukry­tych pochew i rzu­cili się na mło­dzieńca. Ten padł na kolana i upu­ścił miecz, który potur­lał się za ata­ku­ją­cych. Zaka­piory skie­ro­wały ostrza w jego szyję. To, czego chło­pak oba­wiał się na niż­szych pozio­mach, urze­czy­wist­niło się tu, na powierzchni. Ci, któ­rzy poma­gali, dosta­wali bęcki.

Ale on się nie bał. Gdy spo­glą­dał w kap­tury zakry­wa­jące twa­rze agre­so­rów, ogar­nęła go fala spo­koju. Jeśli okaże się, że to jego ostat­nie chwile, nie będzie niczego żało­wał. Przy­był na powierzch­nię, a nawet jeśli nie zdo­łał prze­kro­czyć progu Świą­tyni, prze­żył swoje marze­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki