Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
WALKA MIĘDZY ŚWIATŁEM A CIEMNOŚCIĄ TRWA W NAJLEPSZE!
Odważni Jedi. Podstępni Sithowie. Ci ikoniczni bohaterowie i złoczyńcy uosabiają walkę dobra ze złem, będącą samym sercem Gwiezdnych Wojen. Ta wyjątkowa antologia zawiera teksty dziesięciu nagradzanych autorów, którzy opowiedzieli nowe historie o Jedi i Sithach: od Luke’a Skywalkera po Dartha Vadera, od Obi-Wana Kenobiego po Asajj Ventress i wielu innych, a każda z tych postaci odgrywa główną rolę w opowieściach, które równie dobrze mogłyby pojawić się na kinowym ekranie. W tym niezwykłym zbiorze spotkasz wielu spośród największych bohaterów i złoczyńców wszech czasów i będziesz świadkiem ich epickich starć, przebiegłych intryg, bezsilnej złości i niesamowitych akcji.
AUTORZY Roseanne A. Brown Sarwat Chadda Delilah S. Dawson Tessa Gratton Michael Kogge Sam Maggs Michael Moreci Alex Segura Vera Strange Karen Strong
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 195
Tytuł oryginału: Star Wars: Stories of Jedi and Sith
Projekt graficzny: Elizabeth A.D. Eno Redakcja i korekta: Magdalena Kozłowska Konsultacja: Jacek Drewnowski
© & TM 2026 Lucasfilm Ltd. All rights reserved.
Wydawca: Wydawnictwo Olesiejuk, an imprint of Dressler Dublin sp. z o.o.
ISBN 978-83-8424-638-2
Dane do kontaktu: Wydawnictwo Olesiejuk ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+48 22) 733 50 00 e-mail: wydawnictwo@dressler.com.pl www.wydawnictwo-olesiejuk.pl
Dystrybucja: Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
Star Wars. Opowieści o Jedi i Sithach to fikcja literacka. Wszystkie nazwy, miejsca i zdarzenia są fikcyjne i powstały w wyobraźni autorów, a jakiekolwiek podobieństwo do miejsc, zdarzeń i osób, żywych czy zmarłych, jest całkowicie przypadkowe.
KIEDY POWIEMY, ŻE KTOŚ JEST DOBRY? To jedno z tych odwiecznych życiowych pytań, pytań o wielu odpowiedziach, których zresztą nie znajdziecie w tym krótkim wstępie! Gdy jednak myślę o wysiłku, jaki podejmujemy, by stać się dobrą osobą, za przykład stawiam sobie tych, którzy przynajmniej zawsze tego próbują: Jedi. Nikt z nas nie jest idealny, oni także, ale członkowie zakonu mogą stanowić dla nas pewien wzór. Czy mowa o Luke’u, który wyprostowany odmawia zabicia własnego ojca, czy o Obi-Wanie, przyjmującym młodego padawana, bo uważa, że tak trzeba, czy wreszcie o Rey, przeciwstawiającej się złu Palpatine’a, Gwiezdne Wojny dostarczają nam wiele przykładów bohaterów po stronie światła, z całej siły stawiających opór ciemności.
Światło nie istnieje jednak bez ciemności, a dobro – bez zła. A w Gwiezdnych Wojnach nie brakuje pamiętnych złoczyńców: od demonicznego Dartha Maula, przez wypaczonego i plugawego Palpatine’a, po niewątpliwie ikonicznego Mrocznego Lorda Sithów, Dartha Vadera. Zło zawsze trwa, by w walce o światło mogli stawić mu czoła Jedi (no i są jeszcze osoby pokroju Asajj Ventress, które żyją w cieniach pomiędzy jednym a drugim i przypominają nam, że definicje „dobra” i „zła” nie zawsze są takie czarno-białe!).
Z przyjemnością przedstawiam Wam dziesięć ekscytujących i oryginalnych opowieści stworzonych przez niesamowitych autorów – historii, które roztrząsają, na czym polega dobro, zło i wszystko pomiędzy. Padają tu także ważne pytania – co czyni Jedi? Co to znaczy, że opowiadamy się po stronie sprawiedliwości? Jak należy postępować w skomplikowanej galaktyce? Ale znajdziecie tu też mnóstwo akcji, przygód i humoru. Oto ponadczasowe gwiezdnowojenne opowieści, które równie dobrze mogłyby pojawić się na kinowym ekranie. Miłej lektury – i wybierzcie właściwą stronę!
Jennifer Heddle
Dawno, dawno temu w odległej galaktyce….
CO JEDI CZYNI
MICHAEL KOGGE
NA WPROST WZNOSIŁA SIĘ ŚWIĄTYNIA, różowa o świcie, dokładnie taka, jak w snach młodzieńca.
Była masywną strukturą z kamienia, o trapezoidalnej konstrukcji spoczywającej na prostokątnej bazie. Z płaskiego dachu wznosiło się ku niebu pięć iglic, po jednej z każdej krawędzi i piąta – najwyższa – pośrodku. Jak głosiła legenda, budowla została wzniesiona na wierzchołku góry, gdy rzeźba terenu planety nadal zdominowana była przez łańcuchy górskie. Teraz, po tysiącleciach ekspansji, sama Świątynia stała się jedyną górą w tej dzielnicy miasta i przyciągała wzrok z każdej strony.
Tego jednak, co znajdowało się w jej wnętrzu, nie dało się ujrzeć z zewnątrz. Pochylone elewacje nie miały wielu okien. Te witrażowe, wychodzące na główny bulwar, przepuszczały jedynie światło, nie ciekawskie spojrzenia. Co pewien czas na balkonach iglic dało się dostrzec postać w szatach, ale te sylwetki niewiele zdradzały.
Nie to, by mieszkańcy Świątyni stronili od innych. Przeciwnie, byli jednymi z najbardziej rozpoznawalnych osób w Republice, członkami mistycznego stowarzyszenia wojowników, uzdrowicieli, dyplomatów i myślicieli, obdarzonymi niesamowitymi przymiotami umysłu i ciała. Zamiast jednak korzystać z tych darów dla własnego widzimisię, stawali na straży pokoju i sprawiedliwości w galaktyce, w której czyhało wiele niebezpieczeństw. To, jak zdobywali te zdumiewające umiejętności, w dużym stopniu pozostawało tajemnicą. Spośród bilionów istot zamieszkujących galaktykę zaledwie garstka dostępowała możliwości opanowania tajemnic nauczanych w murach Świątyni.
Chłopak już wkrótce miał dołączyć do tej garstki. Zostanie wpuszczony do wnętrza Świątyni i pozna prawdę o tym, co zwano Mocą. Zostanie tym, czym zawsze pragnął być w marzeniach.
Zostanie Jedi.
W miarę zbliżania się do Świątyni, trzymał się cieni. Tam, gdzie mógł, czaił się w zaułkach i skakał po dachach, unikał otwartych deptaków i czołgał się po rurach. Ktoś taki jak on nie był mile widziany na górnych poziomach Coruscant. W przeciwieństwie do zamożnych mieszkańców powierzchni miasta-świata, których było stać na najnowszą modę, on nosił łachmany i cuchnął ściekami. Miał nagie, brudne stopy, a włosy sterczały mu w każdą stronę, obcięte wyszczerbionym ostrzem. Na jego twarzy nie dało się odróżnić brudu od piegów, a skóra, która miejscami była widoczna spod sadzy, pozostała blada, rzadko bowiem wystawiał ją na słońce. Choć biologicznie był człowiekiem, mało który przedstawiciel tego gatunku uznałby go za swojego. Należał do istot, których reszta społeczeństwa się wystrzegała.
Był sierotą z dolnych poziomów.
Najwyższa kanclerz Lina Soh zwykła powtarzać, że „wszyscy jesteśmy Republiką”, ale w rzeczywistości wiele osób żyło na marginesie społeczeństwa mimo najlepszych starań kobiety, by wyeliminować dawne uprzedzenia. Bogaci mieszkańcy powierzchni Coruscant nadal obawiali się, że wyrzutki takie jak ten chłopak sprowadzą na ich dzielnice choroby, biedę i przestępstwa. Jeśli przyłapią go na tym, że się tu szlaja, zarzucą mu kieszonkostwo i wygnają na dół, do slumsów. Nikt nie uroni za nim łzy.
Jego niskie pochodzenie jednak nie będzie miało znaczenia dla Jedi. We wszystkich dokumentach, z którymi się zapoznał, we wszystkich przekazach medialnych i opowieściach Jedi szanowali istoty z każdej sfery. O otwartości członków zakonu świadczyła ich własna różnorodność. Niektórzy z najwspanialszych rycerzy byli możnymi, a inni pochodzili znikąd. Garść Jedi była wyzwolonymi niewolnikami. Dzieciak z ulicy będzie do nich pasował jak ulał.
Chłopak przebiegł przez przecznicę gmachów rządowych i dotarł do Drogi Procesyjnej, głównego bulwaru wiodącego do Świątyni. Tu nie miał gdzie się skryć, brakowało cieni i wnęk, ale już się tym nie martwił. Tutaj zazwyczaj przebywały istoty wszelkiej maści – Jedi, biurokraci, aktywiści i turyści – ale o tak wczesnej porze nie zjawili się nawet sprzedawcy świecidełek, by rozstawić kramy. Młodzieniec był sam i czuł się z tym dobrze. Trzymał głowę wysoko, maszerując ku Świątyni. Przeznaczenie i cel są jednym i tym samym – tak twierdzili dawni mistrzowie.
– Stój!
Popędziła ku niemu dziewczyna w szatach barwy piasku. Wydawała się bliżej nieokreśloną mieszanką gatunków, bo z orzechowych włosów, długich do ramion, wystawały zarówno głowoogony, jak i kolce czaszkowe. Jej złote oczy lśniły, a szmaragdowa skóra mieniła się w porannym świetle. Była zarazem piękna i zaciekła. Zatrzymał się na jej rozkaz.
– Złóż broń, gangusie z Ganzeech, i ani drgnij – powiedziała i uruchomiła miecz świetlny o niebieskim ostrzu.
Chłopak wyciągnął przed siebie otwarte dłonie.
– Nie mam broni. I nie jestem z Ganzeech, przysięgam.
Ganzee byli niesławnym gangiem z dolnych poziomów, rekrutującym sieroty takie jak on, by wykonywały dla niego brudną robotę. Chłopak nie dał się skłonić do współpracy – zdesperowany wręcz chował się w kanalizacji, ilekroć napotykał członków gangu.
– Wyglądasz jak Ganzee i cuchniesz jak Ganzee. – Dziewczyna wydęła policzki i machnęła dłonią. – Na gwiazdy, kąpiesz się z banthami?
Chłopak chciał odpowiedzieć, że ona pachnie jak środki czyszczące, co jest równie niemiłe, ale ugryzł się w język.
– Nigdy nie widziałem banthy. Pochodzę z poziomu 13-12 pod powierzchnią. Przybyłem, by wyszkolić się na Jedi.
Chyba ją zgasił.
– Nikt nie wspominał o nowym kandydacie. Który z mistrzów po ciebie posłał?
– Sam przybyłem.
Prychnęła.
– Kpisz sobie? Pewnie mistrz Elzar cię do tego namówił? By zrobić mi dowcip, zabawić się moim kosztem? Bo nikt ot tak nie zatrzymuje się przed Świątynią i nie domaga się szkolenia.
– Nie jestem tu, by kogoś oszukiwać czy czegoś się domagać – zapewnił chłopak. – To bardziej… coś w rodzaju marzenia, które miałem od zawsze. Nawet przyniosłem dokumentację, by pokazać, że byłbym dobrym kandydatem.
– Dokumentację?
– Badania krwi. Z moim poziomem midichlorianów. – Chłopak wyjął arkusz flimsiplastu spod łachmanów. W toku swoich poszukiwań odkrył, że Jedi często badają krew kandydatów pod kątem mikroskopijnych organizmów, które nazywają midichlorianami. Im większa liczba, tym silniejszy potencjał kandydata. Spodziewając się, że Jedi zlecą badania, chłopak zapłacił ortolańskiemu eskulapowi, by wykonał test. Z dumą zaprezentował wyniki dziewczynie. – Jak widzisz, sporo.
Dziewczyna tylko zerknęła.
– Żaden mistrz przy zdrowych zmysłach nie kieruje się badaniami krwi. Gdy szukają młodzików, wymagają dowodów na talent, nie… dokumentacji.
Jej krytyka go nie dotknęła. Był gotów na taką prośbę.
– Oczywiście – odparł. – Co powiesz na to?
Schował flimsi w połach szaty, zaczerpnął tchu, po czym zrobił to, co tak długo ćwiczył w kanałach. Skoczył możliwie wysoko, przycisnął kolana do piersi i wykonał salto w powietrzu jak Jedi z holonagrań. Nieco skusił podczas lądowania, ale poprawił się i uśmiechnął.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
– Byle akrobata tak potrafi. Mistrzowie szukają osób, których zdolności wykraczają poza talenty normalnych istot. Zresztą i tak powiedzą, że jesteś za stary.
– Za stary? A ty ile masz lat?
– Czternaście standardowych.
– Ja też – odparł chłopak. – Czemu ja niby nie mogę zostać Jedi?
– Bo mnie tu przyniesiono, gdy byłam niemowlęciem. Jesteś za stary, by zacząć szkolenie.
Jej podejście zaczynało go wkurzać.
– A nie mogłabyś porozmawiać w moim imieniu z mistrzami? Mogę im pokazać, że jestem gotowy.
– Nie wypadałoby mi. Jestem tylko adeptką. Jeszcze nawet nie zostałam wybrana na padawankę.
– Sam sobie poradzę – burknął przybysz. – To z kim mam pogadać?
Dziewczyna wyłączyła ostrze.
– Słuchaj, badam poważne niebezpieczeństwo i mam powiadomić ochronę, jeśli tylko zjawi się tutaj ktoś podejrzany. Wydajesz się w porządku, więc tego nie zrobię. Ale lepiej zmykaj, nim zjawią się policjanci czy strażnicy świątynni. – Sprawdziła chronometr. – Czyli lada chwila. Powodzenia.
Dziewczyna posłała mu krótki – i jego zdaniem sztuczny – uśmiech, po czym odwróciła się na pięcie. Zrobiła parę susów i tyle ją widział.
Chłopak stał tak, zszokowany. Spodziewał się trudnych pytań, a nawet egzaminu wstępnego, ale nie zdecydowanej odmowy, szczególnie z ust kogoś w jego wieku. W marzeniach wyglądało to zdecydowanie inaczej.
A wtedy usłyszał dziwną melodię, nuconą na skraju bulwaru, gdzie kwitły rzędy kwiatów. Podszedł bliżej.
Drobna postać w złoto-białych świątynnych szatach Jedi podlewała rośliny. Pomarszczona dłoń zaciskała się na zakręconej lasce, a długie szpiczaste uszy wystawały z okrągłej głowy, którą porastało kilka kosmyków siwych włosów. Młodzieniec potrafił wskazać wszystkich członków Najwyższej Rady. Mógł mieć do czynienia tylko z jednym Jedi.
– Mistrzu Yodo?
Postać przestała nucić i obróciła się w kierunku przybysza. Tak, to na pewno on. Żaden inny Jedi nie był tak pomarszczony. Czy tak mały i zielony. I nie miał takich drobnych, ostrych zębów, wyszczerzonych w szelmowskim uśmiechu.
Chłopak zrobił krok.
– Mistrzu Yodo, ja…
Na niebie ponad ich głowami zaryczał aerośmigacz o trzech statecznikach. Ponad kokpitem wyła syrena. Z zewnętrznego komunikatora dobiegł głos:
– Tu policja Dzielnicy Świątynnej. Szukamy podejrzanych w sprawie kryminalnej. Proszę pozostać na miejscu i dać się przesłuchać. W razie konieczności zastosujemy promień unieruchamiający.
Chłopak nie miał wątpliwości, co się z nim stanie, jeśli posłucha. Policja nigdy nie uwierzy, że przybył tu, by podjąć szkolenie. Powie, że zamierzał coś ukraść.
Obrócił się i zerwał do biegu.
Jego zdolności akrobatyczne okazały się zbawienne. Kucnął i uniknął promienia skierowanego w jego stronę. Ten zamiast niego uderzył w kwiaty, na co Yoda pogroził pięścią w niebo.
Chłopak zniknął w mieście. Był bezpieczny, ale jego marzenie stało się zagrożone. Teraz go szukali.
Parę godzin później chłopak przyczaił się za luksusową knajpą. Gdyby był mądry, opuściłby tę dzielnicę. Policja wiedziała, jak wygląda. Na pewno będzie go szukała. A gdy go capną, otrzyma znacznie wyższą karę niż bilet w jedną stronę na niższe poziomy.
Nie zamierzał jednak się poddawać. Nie po tym, do czego doszło w Świątyni. Jeden z najpotężniejszych Jedi tej epoki uśmiechnął się – do niego. Do sieroty z dolnych poziomów. Do nikogo ważnego.
Wiadomo, możliwe, że to bez znaczenia. Ale zamierzał się o tym przekonać. Spróbuje jeszcze raz.
Tym razem ubierze się stosownie.
Przykucnął pod kranem i zmył z siebie możliwie najwięcej brudu. Następnie zatroszczył się o strój. Capnął spodnie z koszyka droida piorącego. Wyjął tunikę z kosza z ubraniami dla ubogich. Ukradł parę czarnych butów sprzed drzwi luksusowego mieszkania. Wypełnił je zmiętymi serwetkami, by pasowały. W przypadku najbardziej rzucającej się w oczy części garderoby zakradł się do sklepu z kostiumami i przywłaszczył sobie brązową szatę – strój na bal przebierańców.
Narzucił nowe ubrania na łachmany. Przyjrzał się własnemu odbiciu w szybie aerośmigacza – już prawie wyglądał tak, jak powinien.
Brakowało jednego ważnego szczegółu.
Na placu budowy zebrał zestaw narzędzi, w tym palnik plazmowy. Odważył się udać do publicznego odświeżacza, gdzie odkręcił ze zlewu rurę odpływową. Na złomowisku wydarł przycisk aktywacyjny z deski rozdzielczej frachtowca typu YT i soczewkę z zestawu czujników. Na koniec capnął magnetyczne sprzęgi z ładowarki na stacji paliw.
A gdy już miał wszystko, czego potrzebował, zaczaił się w ciemnym kącie serwisu śmigaczy. W ciągu paru godzin stworzył z części coś, co przypominało miecz świetlny.
No, przypominało jak przypominało – obok prawdziwej broni to nawet nie stało. Wiązka błękitnej plazmy wydostająca się z rury odpływowej była niestabilna i nie trzymała kształtu zbyt długo. Lepsze jednak kilka sekund niż nic, a niskie zasilanie wiązki oznaczało, że nie odetnie sobie przypadkiem własnego ramienia, jeśli omsknie mu się ręka.
Pomajsterkował nieco przy magnetycznych sprzęgach i przypasał miecz w talii. Poprawił szatę i opuścił serwis. Pora na ostateczny test.
Wyszedł na zewnątrz w południe. Z początku unikał tłumów. Gdy jednak odkrył, że nikt się na niego nie gapi, nabrał pewności, że przebranie się sprawdza, i zaczął czuć się swobodniej wśród pieszych.
A wtedy zjawił się radiowóz.
Ten sam, który gnębił go w Świątyni. Odbił od trasy śmigaczy i zawisł w powietrzu nieopodal. Odsunęła się szyba.
– Hej, padawanie – odezwał się ze środka pilot, Kadrillianin o pomarańczowej łusce i w mundurze policyjnym, skrojonym na miarę, by uwzględnić jego żółwią półskorupę. – Szukam ludzkiego młodzieńca, mniej więcej w twoim wieku, typowego niedomytego młokosa z dolnych poziomów. Pewnie jest związany z gangiem Ganzeech. Podobno coś knuje. Cholera go wie. Widziałeś może kogoś takiego?
Chłopak pokręcił głową, rozglądając się za najbliższym zaułkiem, by w razie czego dać nogę. Niczego takiego nie znalazł w promieniu pięćdziesięciu metrów.
– W razie czego daj znać. – Oficer wyściubił głowę przez okno. – Dzielnicowy Tals Trilby, policja Dzielnicy Świątynnej. A ty?
Nikt nie pytał go o to od lat. Całe szczęście, że wtedy odezwał się komunikator policjanta i mężczyzna stracił zainteresowanie.
– Szlag. Muszę lecieć. Jakaś kradzież w sklepie z kostiumami Three-Yees – zameldował Trilby. – Ale rozglądaj się za podejrzanymi typami. Bo mój mądry, stary kolega z baru śniadaniowego twierdzi, że młodziki Jedi dostrzegają rzeczy, których nie widzą inni. – Szyba zasunęła się i śmigacz odleciał.
Chłopak odetchnął z ulgą. Poczuł coś, co czuł rzadko.
Szacunek.
Więc to tak czuli się Jedi. To do nich zwracali się policjanci z prośbą o pomoc.
Przez resztę popołudnia chodził po przecznicach wokół Świątyni w oczekiwaniu na dogodną chwilę, by do niej wrócić.
Wreszcie ta nadeszła, gdy grupa młodzików – dzieciaków młodszych od niego o parę lat – przeszła obok pod okiem opiekunki. Wśród młodzików były dzieci rasy ludzkiej, szczerbaci Snivvianie, gwiazdokształtni Conjeni, noszący respiratory Gandowie i trąbonosi Kubazowie. Większość przywdziała szaty Jedi, choć garść miała na sobie ociekające stroje kąpielowe, a złożone ubrania trzymała pod pachami. Widocznie wracali z lokalnego basenu. Tego dnia panował upał. Z chodnika unosiło się ciepło i większość młodzików narzuciła kaptury jako ochronę przed słońcem.
Chłopak nałożył własny kaptur i podążył za grupą. Młodziki były tak hałaśliwe, a opiekunka tak zajęta całą grupą, że nikt nie zwrócił na niego uwagi. I dobrze, bo opiekunką okazała się tamta dziewczyna, która zatrzymała go o świcie.
Gdy zbliżyli się do Świątyni, chłopak wyczuł, że za grupą ktoś podąża. Nie dorównywał Jedi pod względem zdolności postrzegania, ale rozwinął ją instynktownie, by przeżyć na niższych poziomach. Gdy jednak spojrzał przez ramię, zobaczył tylko pieszych śpieszących do domów z powodu skwaru. Nikt nie wydał mu się podejrzany.
Mimo wszystko wrażenie go nie opuszczało.
Gdy grupa wyszła na Drogę Procesyjną, dziewczyna pstryknęła palcami i młodziki uciszyły się i ustawiły w prostej linii. Chłopak zamknął tyły.
Bulwar kończył się potrójnymi schodami z wypolerowanego marmuru, zwieńczonymi czterema ogromnymi posągami założycieli Świątyni. Grupa wspięła się środkowymi i chłopak po raz pierwszy ujrzał wejście do gmachu. W miejscu bram znajdowały się trzy rzędy, każdy składający się z czterech kamiennych filarów, a na tych z przodu widniały płaskorzeźby Czterech Założycieli. Między monolitami stali trzej zamaskowani wojownicy, dzierżący cylindryczne rękojeści świetlnych mieczy-pik o dwóch ostrzach. Byli to strażnicy świątynni, elitarny oddział Jedi powołanych do obrony gmachu przeciwko intruzom. Tak wyjątkowi, że podobno w poprzednich epokach zaledwie trzy osoby stawiły czoła armii złożonej z trzech tysięcy żołnierzy. Nie należało ich lekceważyć.
Środkowy strażnik odstąpił, by wypuścić ze Świątyni dwoje Jedi. Pierwszą była kobieta rasy ludzkiej w białej tunice z diademem na blond włosach. Chłopak rozpoznał w niej Avar Kriss, znaną mistrzynię Jedi. Jej kompan był znacznie niższy – i zieleńszy.
– Witajcie, członkowie klanu Kowak – powitał młodziki mistrz Yoda, stojąc o lasce. – Jak tam lekcja pływania?
Młodzi Kubazowie prychnęli z radości. Gandowie wypuścili gaz z respiratorów. A ludzie, Conjeni i Snivvianie w tej samej chwili odkrzyknęli: „Niesamowite!”, „Czarodziejskie!” i „Możemy wrócić jutro?!”.
Yoda zachichotał.
– Ciało warto hartować, teraz jednak umysł ćwiczyć pora. Medytować i przez nurty Mocy pływać będziemy. Chodźcie. Z ważnej misji mistrzyni Kriss powróciła. Tego wieczora nauczać was będzie. – Wskazał kobietę, która uśmiechnęła się, po czym oboje wycofali się za filary. Młodziki podążyły ich śladem, a chłopak, ostatni w linii, pokonał ostatnie stopnie.
Znów miał to przeczucie.
Spojrzał za siebie w dół schodów, w głąb Drogi Procesyjnej. Bulwar był opuszczony – nad drogą unosiło się zniekształcone ciepłem powietrze.
Dziwne było to, że zniekształcenia miały zauważalne kształty. Ich kontury sugerowały obecność dwóch humanoidalnych istot. Przemieszczały się ku schodom.
Ktoś chwycił chłopaka od tyłu i popchnął go w stronę cokołu posągu.
– Nie należysz do tej grupy – powiedziała dziewczyna.
– Puszczaj. – Wywinął się jej, ale zsunął mu się kaptur.
Dziewczyna otworzyła szeroko oczy na widok jego twarzy.
– Ty? Znów?
– Chciałem was ostrzec. Twoja grupa jest śledzona – powiedział.
– Co? Gdzie? Przez kogo?
Chłopak wskazał bulwar.
– Widzisz te migoczące fale gorąca?
Dziewczyna spojrzała w tamtą stronę.
– Niczego nie widzę.
Młodzieniec wyciągnął szyję, by przyjrzeć się bliżej. Widział stąd cały bulwar. Dziewczyna miała rację. Nie dostrzegał niczego podejrzanego, w tym żadnych fal ciepła.
– Ale dopiero co tu byli. Widziałem ich. Podążali waszym śladem.
– Jedyną osobą podążającą naszym śladem jesteś ty. – Dziewczyna szarpnęła za jego szatę. – Przebrany za Jedi. Ewidentnie próbujesz się przedostać do Świątyni.
– Pozwól mi porozmawiać z mistrzem. Wszystko wyjaśnię.
– To wcześniej wyraziłam się niejasno? Nie tak to działa. Nawet gdybyś był w odpowiednim wieku, i tak musiałbyś udowodnić, że masz talent. Nie wystarczy szata. – Wskazała przypasany w talii miecz świetlny chłopaka. – A to? Komu to ukradłeś?
– Zbudowałem go.
– Bzdura.
Odpiął go od pasa i podał jej.
– Sama zobacz.
Choć wcześniej nie wzięła od niego flimsi, teraz chwyciła rękojeść i obróciła nią we wszystkie strony, po czym uruchomiła kciukiem aktywator. Z soczewki wystrzelił błękitny płomień i utrzymywał kształt, gdy dziewczyna machała mieczem.
– I niby sam to skonstruowałeś? Robi wrażenie.
Chłopak uśmiechnął się na jej słowa.
– Dzięki.
Dziewczyna zatoczyła szeroki łuk ostrzem, po czym je wyłączyła.
– Ale nie jest to miecz świetlny. Prawdziwy miecz jest obecny w Mocy. To nic więcej jak precyzyjny palnik plazmowy.
Młodzieniec się zezłościł. Za kogo ona niby się miała? Przecież nie była jeszcze nawet padawanką, a co dopiero pełnoprawną Jedi.
– Mylisz się. Moc jest silna w tym ostrzu – powiedział, wyciągając przed siebie dłoń – tak jak i we mnie.
Miecz wyskoczył z jej dłoni i wleciał w jego własną.
– Wystarczy ci to za dowód?
Dziewczyna zmrużyła oczy, jakby próbowała przeszyć go wzrokiem – albo go objąć, ogarnąć, otaksować. W każdym razie działało mu to na nerwy.
– Przestań – rzucił.
– To przestań udawać kogoś, kim nie jesteś. – Zamrugała i odwróciła od niego wzrok. – Bo gdybyś był tym, za kogo się podajesz, już by odnalazł cię jeden z mistrzów.
Chłopak nie zamierzał dopuścić, by o jego losie przesądziła ta jedna dziewczyna – ta adeptka.
– No ale mnie nie znaleźli. Przegapili mnie. Dlatego to ja postanowiłem przyjść do nich.
Dziewczyna uniosła dłonie.
– Dobra. Udaj się do strażników świątynnych. Niech oni postanowią. Może nie ujrzą w tobie dzieciaka bawiącego się w Jedi.
Przy wejściu trzech milczących wartowników ściskało piki świetlne. Środkowy strażnik wrócił na miejsce, by zablokować drogę, którą do środka weszli Yoda i młodziki. Wszyscy zdawali się patrzeć w kierunku chłopaka. Bez wątpienia gdyby do nich podszedł, powiadomiliby policję.
Młodzieniec zacisnął zęby. Tym razem nic nie wskóra. Będzie musiał wrócić pod nieobecność dziewczyny.
Obrócił się i zaczął schodzić schodami.
– Niech Moc będzie z tobą – rzuciła za nim adeptka.
Nie pozwolił, by dostrzegła ból na jego twarzy. Jej słowa go ubodły.
Chłopak siedział ze skrzyżowanymi nogami w ciemnym kącie serwisu śmigaczy. Jego zaimprowizowany miecz świetlny spoczywał na podłodze na wyciągnięcie ręki. Chłopak wyłączył magnetyczny sprzęg pod rękawem, tak by sam musiał poruszyć mieczem, nie uciekając się do technicznej sztuczki.
Zamknął oczy, odprężył ciało i jak wiele razy wcześniej, wyciągnął przed siebie dłoń.
– Jedi i miecz świetlny – powiedział, recytując mantrę, którą rozszyfrował na starej datataśmie. – Jedi i miecz świetlny. Dwoje są jednym. Moc… Moc nas spaja.
Wyobraził sobie, jak broń zaczyna drżeć, po czym turla się z boku na bok.
– Moc przywołuje mój miecz świetlny – dodał, poruszając palcami. – Moc przywołuje mój miecz świetlny… do mnie.
Oczyma wyobraźni ujrzał, jak broń sunie po durabetonie, unosi się w powietrze i ląduje miękko w jego dłoni. Zadrżała mu ręka. Zadrżały palce. Wreszcie. Wreszcie to zrobił.
Gdy otworzył oczy, miecz leżał na ziemi, tam, gdzie go położył. W tej samej pozycji. Ani drgnął. Jak podczas każdej poprzedniej próby. Porażka. Niemożliwość.
Spuścił głowę. Wiedział, że prędzej czy później do tego dojdzie, że będzie musiał zademonstrować zdolność posługiwania się Mocą, by stać się Jedi. Świadomie jednak ignorował własną fundamentalną wadę. Bo jak mieliby go przyjąć do zakonu, skoro nie dorównywał umiejętnościom reszcie Jedi? Skłamał, gdy powiedział dziewczynie, że jest silny w Mocy.
Nie potrafił się nią wcale posługiwać.
Siedział w ciemnym kącie, pogrążony w myślach, aż na zewnątrz zrobiło się ciemno. Podążał za swoim marzeniem i doprowadziło go tutaj, na powierzchnię, a mimo to – jak zawsze – tkwił w ciemnościach.
Opuścił serwis pod osłoną nocy. Nieliczne istoty obecne na ulicach ignorowały go, tak jak on ignorował je. Niestety, nie mógł uniknąć Drogi Procesyjnej. Trasa ku środkowej części dzielnicy zaprowadziła go na skraj bulwaru, tam, gdzie rosły kwiaty. Górowała nad nim Świątynia, błyszcząca w nocy, podświetlana przez światła sygnalizacyjne i świetlówki chodnikowe. Nie przypominała niczego z jego marzeń.
Odwrócił się do niej plecami i skierował ku centralnemu punktowi dzielnicy, gdzie mógł zamówić turbowindę na niższe poziomy. Najwyższa pora porzucić dziecinne mrzonki. Pora pogodzić się z tym, kim jest, i wrócić tam, gdzie jego miejsce.
Wtedy jednak znów ogarnęło go znajome przeczucie. Ktoś lub coś czaił się za jego plecami.
Obejrzał się przez ramię. Na bulwarze migotała chmura, oddalająca się od Świątyni. O tej porze za to zjawisko nie mogło odpowiadać ciepło. Od południa temperatura zdecydowanie spadła.
– Pomocy! – zawołał głos z wnętrza chmury.
Tam, skąd pochodził, chłopak słyszał podobne prośby niemal każdego dnia. Nie było sensu próbować pomagać, choćby chciał. By przetrwać na niższych poziomach, nie można było się wtrącać w nie swoje sprawy. Ci, którzy pomagali, dostawali bęcki.
Zrobił jeszcze parę kroków, gdy wezwanie powtórzyło się – tym razem zabrzmiało jeszcze bardziej desperacko. W migoczącym powietrzu chłopak dostrzegł osobliwe, widmowe kształty. Kontury głowy, ręki, nóg. Chmura co chwila pulsowała, jakby próbowała utrzymać coś – lub kogoś – w swoim wnętrzu.
Chłopak ruszył dalej. Niech mieszkańcy powierzchni się martwią, nie biedna sierota.
Trzeci jęk, tym razem jeszcze głośniejszy.
– Pomocy!
Młodzieniec się zatrzymał. Po raz ostatni spojrzał przez ramię. Migocząca chmura docierała na skraj bulwaru. Wkrótce znajdzie się poza światłem Świątyni i zniknie wśród cieni. Jeśli zamierzał coś zdziałać, miał ostatnią szansę. A wiedział, że jeśli nie zrobi niczego, do końca życia będzie słyszał te krzyki.
Odpiął od pasa miecz świetlny i stanął naprzeciwko chmury.
– Stój – powiedział.
Chmura poczłapała w jego stronę.
Chłopak uruchomił aktywator na rurce i włączył błękitną wiązkę. Może i nie była na tyle mocna, by przeciąć kość, ale mogła się przydać w innym celu.
Wraził ostrze w chmurę.
Wiązka zaskwierczała o migoczące fale, jakby uderzyła w niewidzialną ścianę, po czym się wyłączyła, gdy rękojeść upadła na ziemię. Wtedy jednak chmura zaczęła falować i rozproszyła się. Chłopak ujrzał trzy materialne humanoidalne postacie. Dwie były ubrane od stóp do głów w czarne kombinezony, skwierczące elektrycznością. Ich ciała częściowo stawały się niewidoczne, a potem widoczne, aż wreszcie tak zostały.
Strategia chłopaka się opłaciła. Atak uszkodził obwody strojów.
Trzecia osoba musiała być ukryta w obu nachodzących na siebie polach, bo nie miała na sobie kombinezonu. Nosiła za to porwane szaty Jedi. To nikt inny, jak tamta dziewczyna ze Świątyni.
Porywacze trzymali ją za ramiona. Dziewczyna wierzgała nogami, ale była zbyt słaba, by się uwolnić. Na widok chłopaka próbowała coś powiedzieć, ale jeden z zakapiorów uderzył ją w twarz. Dziewczynie zadrżały powieki i opuściła głowę.
Porywacze puścili ją, by dobyć blasterów.
Chłopak uruchomił magnetyczny sprzęg w rękawie i machnął ręką. Miecz świetlny wleciał mu w dłoń. Następnie młodzieniec wykonał skok, który tak długo ćwiczył w kanałach, uzupełniając go o jeden ruch godny Jedi.
Gdy wykonywał salto w powietrzu, unikając zabójczych wiązek, ponownie uruchomił miecz świetlny i się zamachnął. Snop plazmy utrzymał kształt przez wystarczająco długą chwilę, by uderzyć w oba blastery. Te zaczęły dymić i porywacze je upuścili.
Chłopak bez trudu wylądował na obu nogach, jak zrobiłby to Jedi.
– Nie pogarszajcie swojej sytuacji – powiedział do intruzów.
Obaj dobyli noży z ukrytych pochew i rzucili się na młodzieńca. Ten padł na kolana i upuścił miecz, który poturlał się za atakujących. Zakapiory skierowały ostrza w jego szyję. To, czego chłopak obawiał się na niższych poziomach, urzeczywistniło się tu, na powierzchni. Ci, którzy pomagali, dostawali bęcki.
Ale on się nie bał. Gdy spoglądał w kaptury zakrywające twarze agresorów, ogarnęła go fala spokoju. Jeśli okaże się, że to jego ostatnie chwile, nie będzie niczego żałował. Przybył na powierzchnię, a nawet jeśli nie zdołał przekroczyć progu Świątyni, przeżył swoje marzenie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
