Zgotujmy sobie romans - Joanna Mordak - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Zgotujmy sobie romans ebook i audiobook

Joanna Mordak

4,7

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

814 osoby interesują się tą książką

Opis

Miłość smakuje najlepiej w środku włoskiego lata.

Emma Hayle, znana vlogerka kulinarna ze Stanów, przyjeżdża do Positano z konkretnym planem i zawodowym zleceniem. Nie spodziewa się jednak, że na jej drodze stanie Vincenzo Rocca – zdystansowany szef kuchni, właściciel rodzinnej osterii i mężczyzna, który zdecydowanie nie przepada za turystami.

Vin od lat walczy o utrzymanie niewielkiej restauracji i nie ufa ludziom pokroju Emmy. Influencerzy w jego miejscu pracy zawsze oznaczają kłopoty. Zwłaszcza że są opłacani przez ogromny hotel, który chce wykurzyć lokalnych przedsiębiorców.

Ona jest spontaniczna, głośna i przyciąga uwagę wszędzie tam, gdzie się pojawi. On woli trzymać emocje pod kontrolą i skupiać się na pracy. Kiedy jednak Emma proponuje, że pomoże wypromować jego osterię w zamian za lekcje gotowania i przygotowanie do programu kulinarnego, który ma poprowadzić, Vincenzo niechętnie zgadza się na współpracę.

Wspólne gotowanie, gorące wieczory na Wybrzeżu Amalfi i związek, który zaczynają udawać przed rodziną Vincenza, sprawiają, że granica między grą pozorów a prawdziwymi uczuciami niebezpiecznie się zaciera. Czas biegnie jednak nieubłaganie, a Emma musi wrócić do Stanów, mimo że coraz trudniej wyobrazić jej sobie pożegnanie z Positano i... Vinem.

Czy kilka tygodni włoskiego lata wystarczy, by zmienić plany i zaryzykować całe dotychczasowe życie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 493

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 36 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Mateusz DrozdaKatarzyna FaszczewskaFaszczewska Katarzyna

Oceny
4,7 (10 ocen)
7
3
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
nataliawozniak445

Nie oderwiesz się od lektury

Lepszej wakacyjnej książki nie dostaniecie! Uwielbiam! 🍋💛
21
karocky

Nie oderwiesz się od lektury

🍋 Cudowny romans na lato 🍋
10
Ewciapasz

Nie oderwiesz się od lektury

Świetny wakacyjny romans! 💛 z humorem, uczuciem, bez nudy 🍋 bardzo fajni lektorzy!
10
Agibooks

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna lektura. Polecam.
10
RuDzielec2005

Nie oderwiesz się od lektury

Świetnie się bawiłam czytając tą książkę, nie raz do niej wrócę! Idealna na letni dzień
10



Wydawczyni: Olga Gorczyca-Popławska

Redaktorka prowadząca: Olga Gorczyca-Popławska

Redakcja: Jarosław Byczkowski

Korekta: Patrycja Klempas

Projekt okładki: Agata Łuksza

Ilustracje na okładce: Agata Łuksza

Grafiki na stronach rozdziałowych: © imagination13, © Papat, © Telu, © Maya, © Nadya / Stock.Adobe.com

Copyright © Joanna Mordak, 2026

Copyright © 2026, Bliss an imprint of Wydawnictwo Kobiece

Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie I

Białystok 2026

ISBN 978-83-8417-940-6

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Dla tych, którzy marzą o miłości równie gorącej

jak włoskie lato.

Oraz dla Natalii, która budziła się w środku nocy, gdy wysyłałam jej następny rozdział.

Vin jest Twój.

Playlista

Sempre Sempre Al Bano & Romina Power

Sunny Boney M.

Felicità Al Bano & Romina Power

We Are The People Empire of The Sun

Golden Harry Styles

One Way Or Another One Direction

12 to 12 Sombr

Boys (Summertime Love) Sabrina Salerno

Gelato al cioccolato Pupo

Acapulco Ricchi e Poveri

L’italiano Toto Cutugno

Volare Gipsy Kings

Bamboléo Gipsy Kings

Mamma Maria Ricchi e Poveri

Ti Amo Umberto Tozzi

Azzurro Adriano Celentano

Ci Sarà Al Bano & Romina Power

Sarà perché ti amo Ricchi e Poveri

Sharazan Al Bano & Romina Power

Aperitif

Rozdział 1

Emma

Z doświadczenia wiem, że najlepsze historie zaczynają się od drobnej katastrofy. A jeśli weźmiemy pod uwagę, że jestem samotną kobietą w obcym kraju, prawdopodobieństwo kłopotów rośnie co najmniej dwukrotnie. Tak mi się przynajmniej wydaje, ale nigdy nie byłam szczególnie dobra z matematyki.

Na przykład taka geometria – te wszystkie linie, kąty i odległości teoretycznie da się dokładnie obliczyć, choć w praktyce często jest to niemożliwe. Albo algebra i równania z wieloma niewiadomymi. Rozwiązanie ich zwykłymi metodami jest absurdalne, bo wystarczy jedna zmiana w jakimkolwiek miejscu, by wywrócić wszystko do góry nogami.

Nikt mnie więc nie przekona, że te sztywne reguły mają cokolwiek wspólnego z życiem. Tym bardziej że już jako dziecko wolałam robić wszystko na opak – skracać drogę, zamiast iść prosto, albo wybierać błędne odpowiedzi tylko po to, żeby zobaczyć, co się stanie. To znacznie ciekawsze niż kierowanie się ustalonymi zasadami i wzorami.

I tak, zanim się obejrzę, zamyślona wchodzę na sam środek ulicy. Robiłam to już wielokrotnie, ale tym razem – po raz pierwszy – czuję nagłe szarpnięcie powietrza przy twarzy.

Odskakuję w ostatniej chwili, a przede mną zatrzymuje się skuter, którego wcześniej zupełnie nie zauważyłam.

– Oddio! Non ti è successo niente? – Siedzący na motocyklu mężczyzna podnosi głos, ale zupełnie nie rozumiem, co mówi. – Per favore, fai attenzione!*

Zamiast się ruszyć, wciąż stoję w miejscu, jak skamieniała. Wpatruję się w czerwoną maszynę, od której dzielą mnie zaledwie centymetry, i zdaję sobie sprawę, że tym razem było wyjątkowo blisko, bym naprawdę zginęła.

– Va bene?**

– Przepraszam, ja… – zaczynam po angielsku, licząc, że zna ten język.

Nie spuszczając ze mnie wzroku, stawia obie nogi na asfalcie i zdejmuje kask. Pewnym ruchem dłoni przeczesuje ciemne kosmyki włosów, strzepując kropelki wilgoci, a kilka z nich spływa wzdłuż błyszczącej od potu skóry i niknie za kołnierzykiem koszuli.

Przysięgam, że nikt nie ma prawa wyglądać tak dobrze w chwili mojego potencjalnego zgonu. To powinno być prawnie zakazane i karane przez tutejszą policję.

– Spytałem, co ty wyprawiasz, że wchodzisz pod koła rozpędzonego skutera?!

Och.

Zanim otworzył usta, by na mnie nakrzyczeć, pomyślałam, że to najprzystojniejszy mężczyzna, jaki kiedykolwiek na mnie spojrzał. Teraz jednak użyłabym określenia „piękny i porywczy”.

– Przepraszam. Naprawdę nie zauważyłam…

– Drogi? Czy tych stu motocykli wokół?

– Zamyśliłam się – przyznaję z niewinną miną. – Jeszcze raz przepraszam. Obiecuję już więcej nie wpadać pod żadne koła ani nic.

– Panią to bawi? – Unosi brew, jakbym powiedziała coś niewłaściwego.

Cóż, najwyraźniej dzieli nas nie tylko poczucie humoru, lecz także podejście do etykiety.

– Absolutnie nie. Masz rację, że to poważna sprawa. Na całe szczęście nikomu nic się nie stało, możemy się rozejść.

– Niewiarygodne. Nieomal nas pani nie zabiła i jeszcze…

– A mimo to oboje mamy się świetnie. Naprawdę nie ma powodu do nerwów. Najważniejsze, że nic się nie stało, prawda? Ja jestem cała, ty jesteś cały…

Posyłam mu promienny uśmiech, licząc, że go doceni. Nie wiem za bardzo, co robić w takich sytuacjach, ale z pewnością nieustanne powtarzanie, że prawie zginęliśmy, niewiele tu pomoże.

Ignoruje moją próbę załagodzenia sytuacji i szybko wypowiada pod nosem ciąg zdań, których nie rozumiem. Mogę się tylko domyślić, że nie oznaczają niczego dobrego. Zwłaszcza gdy wymachuje dłonią, wskazując na mnie. Co prawda zawsze chciałam poznać temperamentnego Włocha, ale nie sądziłam, że stanie się to tak szybko. I z pewnością nie w takich okolicznościach.

Gdy w końcu wszystko z siebie wyrzuca, pocierając twarz dłońmi, ja także postanawiam się odezwać.

– Due Aperol Spritz, per favore*** – mówię, nie spuszczając z niego wzroku.

– Co?

– Myślałam, że chwalimy się znajomością włoskiego, a to jedyne, co potrafię powiedzieć. No, może jeszcze tutto era delizioso. Wszystko było przepyszne.

Ciemne oczy mężczyzny wpatrują się we mnie z niedowierzaniem. Co do sekundy mogę określić moment, w którym pojawia się w nich błysk czegoś, co przypomina szaleństwo. A przecież ja tylko próbowałam zażartować.

– Pani naprawdę nie jest normalna.

Och, dobry Boże. Jeśli szuka kogoś, z kim mógłby się dziś pokłócić, jestem w stanie wejść w tę rolę.

– A ty wyżywasz się na mnie bez powodu. Nie wiem, które z nas ma obecnie gorzej.

– Wlazła pani…

– Przeprosiłam już. – Nie daję mu dokończyć. – Ewidentnie odreagowujesz na mnie beznadziejny humor. Co się stało z tą słynną gościnnością? Myślałam, że wszyscy Włosi mówią bella na widok kobiety i ją czarują, a nie obrażają.

– Nie obraziłem pani.

– Nawet wtedy, gdy niczego nie rozumiałam?

Wyraz jego twarzy momentalnie ulega zmianie. Nie jest już taki zadziorny, ale wciąż nie określiłabym go mianem życzliwego. Znajduje się gdzieś pomiędzy, jakby sam nie wiedział, jak pokierować dalszą rozmową. Czy może wciąż mnie atakować, czy jednak powinien dać sobie spokój?

Przysięgam, że to pierwsza tego typu sytuacja od czasu mojego przylotu tutaj. Domyślam się, że ludzie są różni i nie każdy musi być otwarty i uprzejmy, ale byłoby miło, gdyby nie próbował wyprowadzić mnie z równowagi. Tym bardziej że przeprosiłam go już trzykrotnie, choć na dobrą sprawę nic wielkiego się nie stało.

Zamyślona, przypatruję mu się przez chwilę, próbując przesądzić, czy warto się jeszcze odezwać. Skupionym wzrokiem badam męską sylwetkę, nie dostrzegając żadnych niepokojących zachowań. No może poza jednym, choć na dobrą sprawę trudno nazwać je niepokojącym. Może raczej przedziwnym? Bo kiedy ja dosłownie topię się przy najmniejszym ruchu, on wręcz absurdalnie dobrze znosi panujący upał. Przysięgam, że nikt, kogo dotychczas tu spotkałam, nie wyglądał choć w połowie tak korzystnie jak on. Wielka szkoda, że za tak perfekcyjnym wyglądem nie idzie równie przyjemne usposobienie.

– Wszystko w porządku? – pytam, kiedy nie porusza się choćby o milimetr.

Jedynie wzdycha teatralnie, dając znać, że zmęczyła go nasza wymiana zdań.

– Byłoby, gdybym mógł w jednym kawałku wrócić do domu.

Nic trudnego. Mówisz i masz!

– W takim razie może ja tu postoję przez minutę, a ty mnie zręcznie wyminiesz, co?

Próbuję być miła. Nadal. Może ma jakieś problemy w pracy? Albo pokłócił się z żoną? Na obu dłoniach nosi złotą biżuterię, więc całkiem możliwe, że jeden z pierścionków jest również ślubną obrączką.

W reakcji tylko patrzy na mnie sceptycznie. Z zaskakującym spokojem przekłada kask między dłońmi i zakłada go sobie na głowę, co uznaję za zaakceptowanie złożonej propozycji. Wspaniale.

– Pazzesco…**** – rzuca jeszcze pod nosem.

– Słucham?

Podchodzę bliżej, jakbym dzięki temu mogła cokolwiek zrozumieć. Czyżby się właśnie ze mną pożegnał jak człowiek?

– Powiedziałem, że jest pani wariatką.

Och. Raczej nie takie coś miałam na myśli.

Po prostu cudownie. Zawsze marzyłam, by przystojni faceci, z którymi mam szansę porozmawiać dłużej niż trzy minuty, brali mnie za nienormalną.

– Odwdzięczyłabym się równie miłym określeniem, ale, jak już ustaliliśmy, mój włoski kończy się na paru słowach, więc z przykrością muszę spasować. – Przecież nie nazwę go pysznym kąskiem, na litość boską!

W ogóle nie zrozumiał żartu. Czy mnie to dziwi? Niespecjalnie. W ciągu ostatnich kilku minut zdążyłam zauważyć, że nie ma za grosz poczucia humoru.

No trudno. Przecież nie każdy, kogo spotykam na ulicy, od razu musi znaleźć ze mną wspólny język.

Przez następne sekundy, w ciszy – o ile można tak nazwać zgiełk panujący na głównej ulicy Positano – przyglądam się, jak nieznajomy odpala silnik i ostatni raz zerka w moją stronę. Przez szybkę w kasku nie widzę jego twarzy, ale mogę się założyć, że maluje się na niej poirytowanie.

Wreszcie facet rusza, bez słowa, za to z piskiem opon, a ja mimowolnie odskakuję na chodnik. Odwracam się w jego stronę, patrząc, jak wymija pozostałe motocykle, zwinnie między nimi lawirując.

– Szerokiej drogi! – krzyczę, choć nie mam pewności, że to usłyszy. – I proszę uważać na inne żywe istoty! Czasem są nieobliczalne!

* Boże! Nic ci się nie stało? Proszę uważać! [Wszystkie tłumaczenia z języka włoskiego].

** W porządku?

*** Poproszę dwa Aperole Spritz.

**** Wariatka.

Rozdział 2

Emma

Wnętrze hotelowej restauracji, która była powodem mojego przylotu do Włoch, jest perfekcyjnie eleganckie: miękkie fotele, nastrojowe światło, stoliki ustawione w równych rzędach… Wszystko tu lśni i pachnie luksusem, zdecydowanie odbiegając od okolicznych osterii i rodzinnych pensjonatów.

Czy mi się podoba? Oczywiście. Ale czy wolałabym słuchać gwarnych rozmów i śmiechu lokalsów niż cichej muzyki klasycznej płynącej z głośników? Zdecydowanie tak.

Muszę jednak przyznać, że serwowane tu jedzenie wynagradza tę małą niedogodność. Bruschetta z podgrzybkami w białym winie, tatar z tuńczyka z cytrusową emulsją i zabaione podawane z owocami leśnymi to kulinarne dzieła sztuki, o których z przyjemnością opowiadam na swoich profilach.

Możliwość próbowania tylu pyszności to bez wątpienia jeden z największych plusów bycia rozpoznawalną vlogerką kulinarną. Co prawda sama nie gotuję, ale mam prawie trzy miliony obserwatorów, którzy codziennie oglądają dodawane przeze mnie recenzje restauracji i czytają wrażenia z podróży. Można więc powiedzieć, że jestem ich przewodnikiem po mapie smaków, a współprace takie jak ta pozwalają mi na tygodniowe wypady na drugi koniec świata i stołowanie się w pięciogwiazdkowych restauracjach.

Nadal, mimo blisko czterech lat obecności w internecie, brzmi to dla mnie niczym sen. I spełnienie marzeń.

Zajmuję właśnie jeden ze stolików i nagrywam ostatnie ujęcia do zaplanowanego tiktoka, gdy podchodzi do mnie Domenico – koordynator kampanii odpowiadający za moją pracę.

– Emma, słońce! – wita się radośnie, rozkładając ramiona. Nie przytulamy się, ale najwyraźniej jest to jego znak rozpoznawczy. – Widzę, że nagrywasz, nie będę ci przeszkadzać?

– Nie, nie, oczywiście, że nie. To tylko ostatnie przebitki.

– Cudnie, cudnie. – Zajmuje miejsce, zakładając nogę na nogę. – Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że cię tu zastałem. Koniecznie muszę z tobą porozmawiać, mia bella!

Domenico to Włoch z krwi i kości – temperamentny i głośny, a także bezpośredni. Lubię to w nim i jak do tej pory nie mogłabym powiedzieć na jego temat ani jednego złego słowa, a to rzadkość w mojej branży.

– Coś się stało? – dopytuję. – Chodzi o któryś z moich materiałów?

– No, certo che no!* Są rewelacyjne, nie mam żadnych zastrzeżeń.

Oddycham z ulgą, nawet nie wiedząc, że nieświadomie wstrzymywałam powietrze. Oczywiście, że wszystkie materiały przed opublikowaniem przechodzą odgórną akceptację, to jednak wcale nie sprawia, że mniej się stresuję. Zależy mi na tym, by wypaść jak najlepiej – nie tylko przed zleceniodawcami, lecz także przed moją publicznością.

– W takim razie o co chodzi?

– Wszyscy jesteśmy pod wrażeniem, jak pracujesz. – Nachyla się nad elegancko zastawionym stolikiem, przyjmując nieco konspiracyjny ton. – Zarówno ja, jak i sama góra.

Spokój, który przed chwilą poczułam, momentalnie znika, zastąpiony szybszym biciem serca. Nie mam pojęcia, czego powinnam się spodziewać, przez co w mojej głowie pojawia się tysiąc scenariuszy. Każdy z nich jest jednak na tyle nieprawdopodobny, że odrzucam je wszystkie.

– Rozmawiałem z nimi o tym, co robisz, jakie masz pomysły na treści. Obiecałem, że zrobisz nam rewelacyjną reklamę i mio Dio**, wcale się nie pomyliłem. Ludzie cię uwielbiają i ufają twoim rekomendacjom. Już po pierwszym wpisie mamy kilkadziesiąt nowych rezerwacji, niesamowite!

Powinnam się cieszyć, ale jedyne, o czym jestem w stanie myśleć, to że mogłoby być ich więcej. Oczywiście kilkadziesiąt to wciąż bardzo dużo, ale… chyba muszę postarać się jeszcze bardziej.

– Dlatego pomyślałem, że moglibyśmy pójść o krok dalej w naszej współpracy – kontynuuje – i rozszerzyć ją o kolejne usługi. Oczywiście dodatkowo płatne.

Ponownie wstrzymuję oddech, by po chwili wypuścić go z ulgą i niedowierzaniem.

Podpisałam w swoim życiu kilkaset umów. Niektóre z nich opiewały na pięciocyfrową kwotę, ale to wcale nie oznacza, że kolejne cieszą mnie mniej. Wręcz przeciwnie – zadowolony klient to jeden z najlepszych wyznaczników tego, że dobrze wykonuję swoją pracę. Dzięki temu syndrom oszusta, z którym mierzy się każdy twórca internetowy, chociaż na chwilę zostaje uśpiony.

– Nie chodziłoby o nowe recenzje naszej restauracji ani reklamę całego obiektu…

– Więc o co? – dopytuję podekscytowana.

– Nieustannie myślimy o tym, jak jeszcze bardziej zaznaczyć swoją obecność w branży. Zwłaszcza tutaj, kiedy dopiero wchodzimy na włoski rynek… – Wszystko to już doskonale wiem z otrzymanego briefu, a mimo to mężczyzna odrobinę ścisza głos, jakby mówił coś zakazanego. – Oczywiście twoja swoboda i niezależność są priorytetem, ale co byś powiedziała na to, by odrobinę… uwypuklić różnice między nami a innymi lokalami?

– Uwypuklić różnicę? – Przechylam głowę, czując, jak pracujące w niej trybiki wskakują na wyższy poziom. – Chyba nie do końca rozumiem.

Domenico nachyla się jeszcze bardziej. Zdecydowanie przypomina teraz kogoś, kto prowadzi rozmowę, która nie powinna dotrzeć do osób postronnych.

– Chodzi o subtelną aluzję, by twoi obserwatorzy sami mogli wyciągnąć wnioski, gdzie warto spędzić przyszłoroczny urlop, a których miejsc lepiej unikać. Capisci?***

Wciąż uśmiecha się tak, jakby mówił coś zupełnie niewinnego, choć mowa jego ciała temu przeczy. Dopiero po chwili zaczynam rozumieć, dokąd zmierza.

– Chwileczkę… chcecie, żebym zrobiła antyreklamę konkurencji?

W powietrzu unosi się zapach rozczarowania. Liczę na to, że zaprzeczy, bo to wręcz niemożliwe, by proponował mi tak nieetyczne działania.

– Nie nazywałbym tego w ten sposób. Bardziej chodzi o pokazanie, że można doświadczać podróży na różne sposoby, a niektóre są… korzystniejsze i warte wydania większych pieniędzy.

Czuję, jak serce bije mi szybciej. Nigdy wcześniej nie znalazłam się w takiej sytuacji – a przynajmniej nie bezpośrednio. Wciąż nie mieści mi się w głowie, że rozmawiamy na ten temat, siedząc przy niepozornym stoliku, z pełnymi talerzami. Zupełnie jakbyśmy mieli dogadać szczegóły nagrania – dynamikę, offy, a nie to, czy wykorzystamy moją pozycję, by komuś zaszkodzić.

– Wszystko, oczywiście, odbywałoby się w twoim stylu. Nie narzucamy ci scenariusza, jedynie moglibyśmy co nieco podpowiedzieć.

– To… – Dosłownie brakuje mi słów. – To dość… zaskakujące.

– Domyślam się, że potrzebujesz chwili na zastanowienie. Nie musisz decydować już teraz, ale jeśli pozwolisz, opowiem ci coś więcej. Wielu twoich znajomych skorzystało już z tej propozycji.

Na końcu języka formułuje mi się prośba, by tego nie robił. Szkoda zarówno mojego czasu, jak i jego, skoro i tak już zdecydowałam. Mimo to nakręca się tak bardzo, że nie pozwala mi dojść do słowa.

Snuje swoją wizję współpracy przez następne dziesięć minut, podsuwając nazwy okolicznych restauracji, a ja przez cały ten czas zastanawiam się wyłącznie nad jednym.

Jak mu odmówić?

Osteria Piccolo Cortile to jedno z miejsc, o których opowiadał mi Domenico. Znajduje się najbliżej SOLARIS Grand Hotels, a jednocześnie wystarczająco daleko, bym odniosła wrażenie, że przeniosłam się do innego świata. To jedno z tych miejsc, w których czas zwalnia bez pytania.

Mały kamienny dziedziniec wciąż nie zdążył wychłodzić się po nocy. Emanuje nagromadzonym ciepłem, przesiąkniętym zapachem wina, ziół i czegoś smażonego. A także drzewek cytrusowych rosnących wokół w wysokich donicach.

Zajmuję jeden ze stolików z obrusem w kratę, zauważając, że wszystkie są ustawione ciasno, blisko siebie. Dostawione do nich kolorowe krzesła wyglądają tak, jakby ktoś zabrał je z okolicznych domów i ustawił w przypadkowych miejscach.

Rozglądam się po budynkach, dostrzegając otwarte okna i lekko uchylone zielone okiennice, gotowe, by w nich stanąć i podsłuchiwać prowadzone na dole rozmowy. A te – mimo wczesnej pory – mieszają się z płynącą muzyką i śmiechem starszego małżeństwa siedzącego pod jedynym parasolem.

Leżąca na obrusie karta nie jest zbyt długa – zawiera po trzy pozycje z przystawek, dań głównych i deserów, dzięki czemu sprawia, że mam ochotę zamówić wszystko. To dobry znak – im mniej opcji do wyboru, tym większe prawdopodobieństwo, że wszystko będzie idealnie przygotowane.

Nie muszę długo czekać, by ktoś mnie obsłużył. Po mniej więcej minucie ze środka wychodzi wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Białą koszulkę ma lekko przybrudzoną, a w pasie zawiązał fartuch. Ciasno opina mu biodra, podkreślając każdy ruch i marszcząc się na udach.

Kurczę, to naprawdę przyjemny widok.

A przynajmniej do czasu, aż mężczyzna staje obok i unosi opuszczoną do tej pory głowę.

– To ty.

– To pani – mówimy jednocześnie.

Nie wiem, które z nas jest bardziej zaskoczone. Ja zaczynam wystukiwać palcami szalony rytm, a on mierzy mnie wzrokiem tak groźnym, że jeśli spojrzenie mogłoby kroić, już dawno byłabym cienkimi plasterkami carpaccio.

– Śledzisz mnie? Mój Boże! – Teatralnie przykładam dłoń do serca.

Powinnam już się nauczyć, że żaden rodzaj dowcipu nie przejdzie w obecności tego sztywniaka, mimo to wciąż próbuję.

– Niech pani nawet tak nie żartuje. Jeszcze ktoś usłyszy.

Wątpię, by ktokolwiek nas podsłuchiwał. Poza parą siedemdziesięcio-, może osiemdziesięcioletnich małżonków nie ma tu nikogo.

– Anormale! – Nazywam go nienormalnym, wskazując palcem dla lepszego efektu.

– Słucham?

– Sei pazzo? – pytam, czy oszalał.

– O czym pani…

– Po naszym ostatnim spotkaniu postanowiłam trochę podszkolić się we włoskich przytykach, by nikt więcej nie nazywał mnie wariatką i bezkarnie nie pozostawał bez odpowiedzi.

Sprawdzałam słowniki online, odwiedzałam blogi, w tym wpisy o tym, jak przeklinają Włosi, aż wreszcie zabrnęłam nieco za daleko, lądując w artykule Od Ciao do Cazzo – erotyczny słownik angielsko-włoski. Wystarczy powiedzieć, że cazzo oznacza męskie przyrodzenie.

– Pani naprawdę…

– Sei pazzo? – podsuwam.

Pewnie „oszalałam”, czyli rodzaj żeński, brzmi nieco inaczej, ale kto by się tym przejmował.

Cóż, najwyraźniej jednak nieco przeceniłam swojego towarzysza. Stojąca przede mną maruda wygląda tak, jakby miała ochotę wepchnąć mi menu do ust i sprawić, bym na dobre się nim udławiła.

– Sono pazzo – poprawia mnie, mocno zaciskając szczęki. – „Oszalałam” to sono pazzo.

– Rany, myślałam, że naukę włoskiego zaczniemy od „dzień dobry” albo „dziękuję”, a tu od razu z grubej rury.

Czekam aż się uśmiechnie, ale on jedynie przewraca oczami i głośno wzdycha. Już drugi raz w mojej obecności, a spędziliśmy razem co najwyżej dziesięć minut.

– Przecież żartowałam. Tego akurat nauczyłam się w samolocie.

– Co pani tu robi? – Nie reaguje na moje poczucie humoru.

No dobrze. W porządku…

– Przyszłam coś zjeść.

– Akurat tutaj?

– Akurat tutaj.

Przecież nie zdradzę mu prawdziwego powodu. Musiałabym wtedy wygadać, że dostałam propozycję wartą dwadzieścia tysięcy dolarów i w tej samej chwili ją odrzuciłam.

– A ty? – Próbuję podtrzymać rozmowę. – Pracujesz tutaj?

To głupie pytanie, przecież widać, że tak. Liczę jednak, że trochę go rozkręci i zaczniemy wreszcie normalnie rozmawiać.

– Tak – odpowiada od razu i zaplata ręce na piersi. – Jestem właścicielem.

* Nie, skądże.

** Mój Boże.

*** Rozumiesz?

Rozdział 3

Vincenzo

Niektóre poranki pachną cappuccino, inne zapowiadają katastrofę. Ten zaś robi jedno i drugie.

Z samego rana listonosz wcisnął mi w ręce koperty z rachunkami, a każda z nich wyglądała tak, jakby tylko czekała, żeby mnie złamać. Wszystko drożeje – prąd, gaz, składniki, nawet woda. Tymczasem miesięczny utarg spada. Ledwo wiążę koniec z końcem i choć prowadzę osterię od piętnastu lat, nigdy nie było aż tak źle.

A wszystko przez ten pieprzony pięciogwiazdkowy hotel, który próbuje wykończyć wszystkich wokół.

Właściciele okolicznych biznesów doskonale znają ich nieczyste zagrywki. Sam od dwóch miesięcy regularnie goszczę zagranicznych blogerów. Przychodzą, zamawiają wszystko z karty, nagrywają filmiki, po czym wrzucają je do internetu i wystawiają opinie w Google. Za każdym razem, gdy pytam, czy im smakowało, wychwalają każde danie, ale gdy tylko sprawdzam nowe recenzje, okazuje się, że nie zostawili na mnie suchej nitki.

Cały mój dobry humor szybko przez to wyparowuje, a ja szukam sposobu, by wyrzucić z siebie buzujący gniew. Wczorajsza pyskata turystka, która przypadkiem nawinęła się pod koła mojego skutera, okazała się dokładnie tym, czego potrzebowałem. I ani przez moment nie było mi głupio, że dałem się ponieść.

Nawet jeśli siedzi właśnie przy jednym ze stolików mojej osterii i wygląda tak, jakby świetnie się bawiła, wciąż mnie prowokując.

– A ty? Pracujesz tutaj?

Co za irracjonalne pytanie.

– Tak – odpowiadam, mierząc ją wzrokiem. – Jestem właścicielem.

Zielono-piwne oczy kobiety rozszerzają się w zdziwieniu. Przestaje wystukiwać wkurzający rytm i wreszcie odrobinę poważnieje. Nie trwa to jednak długo. Już po chwili posyła w moją stronę szeroki, pełen niedowierzania uśmiech i lekko marszczy obsypany piegami nos. Gdybym jej nigdy wcześniej nie spotkał, pomyślałbym, że jest po prostu sympatyczna i niewinna, a nie zadziorna i niebezpieczna.

– Naprawdę? To twój lokal?

– Naprawdę. I jeśli muszę, to chciałbym wreszcie przyjąć od pani zamówienie.

Za każdym razem, gdy sama zwraca się do mnie per „ty”, mam ochotę ją upomnieć. Nie dlatego, że uważam to za brak szacunku, a dlatego, że to turystka. A tacy jak ona są najgorszym, co może spotkać człowieka.

– Hmm… – Udaje, że się nad czymś zastanawia. – Prawdę mówiąc, nie do końca jestem zdecydowana. Mógłbyś mi coś polecić?

Rozumiem, że propozycja wyjścia nie wchodzi w grę?

Nie mówię tego na głos. Mogę mieć paskudny humor, a ona może działać mi na nerwy, ale wciąż potrzebuję pieniędzy. I to całkiem sporo, by nie myśleć o zamknięciu osterii.

Wybieram więc trzy pozycje, które lubię najbardziej, i o każdej krótko opowiadam. Wbrew temu, co dzieje się wokół, mówienie o jedzeniu działa na mnie uspokajająco. To pewien rodzaj autoterapii, za który jestem wdzięczny.

Siedząca naprzeciwko kobieta słucha uważnie, kreśląc stopą kółka w powietrzu. Podczas jednego z obrotów czarny klapek zsuwa jej się ze stopy i spada z hukiem na ziemię. Ona nic sobie jednak z tego nie robi. Zakłada go, nie spuszczając ze mnie wzroku, i wygina kąciki ust.

– Okej – kwituje, gdy kończę. – W takim razie poproszę wszystko z menu. Od początku planowałam tak zamówić, ale chciałam cię namówić, żebyś powiedział coś więcej niż parę słów. Masz przyjemny głos, gdy nie krzyczysz. Mówił ci to już ktoś?

Wzdycham, przypominając sobie, czego najbardziej nie lubię w takich osobach jak ona.

– A pani ktoś mówił, że jest pani niemożliwie bezpośrednia?

– Owszem. Takie uroki rozmawiania z ludźmi, polecam spróbować.

– Próbowałem, ale już wiem, że nie było warto.

Wskazuję brodą w jej kierunku, a ona natychmiast rozumie aluzję. Ponownie przykłada dłoń do serca, jakbym ją zranił, choć to przecież niemożliwe.

– To cios prosto w moje ego. Ale spokojnie, jeszcze zmienisz zdanie.

– Z całą pewnością.

– W tej kwestii nigdy się nie poddaję.

– Widzę. – Jej pewność siebie jest wręcz absurdalna. – I już żałuję, że w ogóle to zauważyłem.

Rozpromienia się cała, zupełnie jakbym powiedział jej komplement.

– Och, żałujesz? – pyta. – To chyba moja ulubiona twoja reakcja jak do tej pory.

Cristo. Chryste.

W jej uśmiechu jest tyle prowokacji, że mogłaby nim spokojnie podpalić kuchnię bez użycia ognia.

Nie powinienem o tym myśleć, ale nasza wymiana uszczypliwości zaczyna mi się podobać. Z pewnością dlatego, że wciąż potrzebuję odreagować, a ona jest pierwszą – i najwyraźniej bardzo chętną – osobą, która nie pozostaje mi dłużna.

Niestety jest też cholerną turystką.

Może gdyby nią nie była, tylko mieszkała gdzieś za rogiem, zaproponowałbym inny sposób wyrzucenia z siebie emocji. Nie jestem święty. Nieokiełznana włoska fantazja płynie w moich żyłach i z przyjemnością robię z niej użytek. Tym razem jednak spasuję.

Bez słowa odwracam się do niej plecami. Nim zniknę w kuchni, podchodzę jeszcze do Benedetty i Giuseppe, starszego małżeństwa z sąsiedztwa, upewniając się, że niczego im nie brakuje. W przeciwieństwie do siedzącej niedaleko kobiety, oni nigdy nie sprawiali kłopotów.

Dopiero minutę później, gdy wpatruję się w pustą kartkę notesu, orientuję się, że coś jest nie tak. Nikt nie zamawia całego menu – bez względu na to, jak bardzo jest głodny. A jeśli dodatkowo robi to ktoś, kto jest w Positano przejazdem… Wszystko zaczyna układać się w paskudnie znajomy wzór.

Z ciążącym poczuciem gniewu przygotowuję kolejne dania. Domyślam się, że i tak dostanę za nie jedną gwiazdkę, ale to bez znaczenia. Smaku nie można zbezcześcić.

– Buon appetito – rzucam od niechcenia, serwując pierwszą z potraw. – Smacznego.

Bakłażany duszone w oliwie z czosnkiem i pomidorami lądują na stole, a po chwili dołączają do nich krewetki z lekkim sosem miętowo-cytrynowym.

– Rany, ale to pachnie.

Nawet nie raczę odpowiedzieć. Całkowicie ją ignoruję, aż patrzy na mnie zaskoczona. Oczekiwała wymiany zdań, ale mam to gdzieś.

Nim wrócę do środka, opieram się o framugę i obserwuję, jak wyciąga telefon. Najpierw robi kilka zdjęć, a następnie kręci krótki filmik. Uśmiecha się przy tym pod nosem, skupiona i profesjonalna. Zbyt profesjonalna jak na kogoś, kto uwiecznia śniadanie tylko po to, by pochwalić się nim przed przyjaciółkami.

Nasze spojrzenia krzyżują się w jednej chwili, jakby wyczuła na sobie mój wzrok. Nie czuję się zakłopotany, że tak bezwstydnie ją podglądam. Jej najwyraźniej również się to podoba, bo nie przerywając kontaktu, wskazuje palcem talerze, potem mnie, a na końcu własną szyję, jakby pytała, czy zamierzam ją czymś otruć.

Mimowolnie wzruszam ramionami.

Zaśmiewa się na tę odpowiedź, jakby to wystarczyło, by wprawić ją w dobry nastrój. Mnie do niego obecnie daleko.

Liczę, że straci mną zainteresowanie, ale tak się nie dzieje. Wciąż patrzy w moją stronę, gdy nadziewa na widelec małą krewetkę. Wkłada ją sobie do ust, delikatnie gryzie i oblizuje wargi z jasnego sosu. Kropelka spada na jej palec, a ona delikatnie ją zlizuje. Z cichym westchnieniem przymyka powieki.

– Całkiem dobre. – Bezgłośnie komentuje, rzucając mi figlarne spojrzenie.

Wiem, że udaje. Właśnie zakochała się w mojej kuchni i na długo po tym, jak wystawi jedną gwiazdkę, będzie do niej wracać myślami.

Rozumiem już, że nie jest zwykłą klientką, a nasze drugie spotkanie nie było przypadkowe. I choć jeszcze pół godziny temu nie zwróciłbym na to uwagi, teraz nie mam żadnych wątpliwości. Kimkolwiek znanym jest, nie pojawiła się tu bez powodu.

Cholerna Panna Zaraz Zrobię Ci Krzywdę drugi dzień z rzędu zajmuje ten sam stolik. Tym razem wybrała jedno danie główne i deser, nie rezygnując jednak z prób sprowokowania mnie.

– Siedzisz cicho, bo powstrzymujesz te wszystkie komplementy, które aż cisną ci się na usta?

Stawiam przed nią ‚Ndunderi, czyli kluseczki z mąki i ricotty podawane w sosie pomidorowym, i przyglądam jej się z bliska. Ma na sobie prostą jasnożółtą sukienkę, która odsłania ramiona w sposób niemal bezczelnie naturalny. Nawet długie brązowe włosy nie są w stanie zakryć obojczyków, podkreślonych dziwnymi drobinkami. Okulary przeciwsłoneczne nonszalancko wsunęła na głowę, jakby zdjęła je tylko po to, by na mnie spojrzeć. Albo żebym to ja mógł patrzeć na nią.

– Nie muszę komplementować własnej kuchni – odzywam się po chwili, równie oschle jak ostatnio.

– Rany, jesteś naprawdę okropnym bajerantem. Bez dwóch zdań.

– Nie przypominam sobie, by ktokolwiek narzekał.

– Ja narzekam.

Zdziwiłoby mnie, gdyby było inaczej.

Wyjmuję mały notesik z kieszeni fartucha, zachowując pozory profesjonalizmu. Nawet jeden mięsień w moim ciele nie drgnie, gdy ona śmieje się na ten widok.

– Podać pani coś jeszcze?

Nie wiem, dlaczego tak uparcie tkwię przy tym zwrocie. Już dawno powinienem z niego zrezygnować, tak jak ona zrobiła to na początku.

– Tak się zastanawiam… – Uderza pomalowanym na czerwono paznokciem o menu. – To pozycja spoza karty, ale może w końcu zdradziłbyś mi swoje imię?

Tym razem to ja mam ochotę parsknąć śmiechem. Z trudem się powstrzymuję, nie chcąc dawać jej pieprzonej satysfakcji, że mnie zagięła.

– Myślę, że już je pani poznała.

Zaprzecza, opierając łokieć o blat stołu.

– Zapamiętałabym. Jestem tego pewna.

Nie wydaje mi się, by kwestia imienia była tak istotna – lub tajemnicza – że kłamałaby w tej sprawie. Po co? Chce dalej stwarzać pozory całkowicie nieznajomej i przypadkowej osoby? Nawet jeśli tak, nie miałoby to najmniejszego sensu.

– Naprawdę może już pani przestać.

– Przestać co?

– Udawać, że przychodzi tu zjeść.

Mógłbym być bardziej dosadny, ale to wciąż kobieta, a ja nadal jestem pieprzonym dobrze wychowanym facetem.

– A niby co innego miałabym robić? – Idzie w zaparte.

Ignoruję ją i odpowiadam na pierwsze pytanie.

– Nie przedstawili mnie w SOLARISIE? – Cmokam nieco zawiedziony. – Może jednak nie są tak dobrymi marketingowcami, jak im się wydawało.

Bingo.

Na samo wspomnienie nazwy sieci hoteli nieznacznie rozszerza nozdrza. Gdybym nie skupiał się tak mocno na analizowaniu jej reakcji, nawet bym tego nie zauważył.

Dopiero później, gdy panuje między nami krępująca cisza, pozwala sobie na mniej przemyślane ruchy. Pospiesznie poprawia włosy, po czym kładzie dłoń w okolicy lewego obojczyka, jakby chciała ukryć zdenerwowanie.

– Sugerujesz coś konkretnego?

– Sugeruję, że dobrze wiesz, o czym mówię. – Daruję sobie uprzejmości. – I że moja konkurencja bardzo lubi utrudniać mi i innym życie.

Z pewnością nie takiego momentu przejścia „na ty” się spodziewała. Trudno. Dziś i tak rozmawiamy po raz ostatni.

– Nikt mnie nie wysłał, jeśli o to ci chodzi.

– Jasne. I zupełnym przypadkiem jesteś blogerką, czy kimkolwiek tam innym, współpracującą z SOLARISEM.

– Skąd niby…

– Menu – rzucam od razu. – Zdradza was to, że zawsze zamawiacie mnóstwo pozycji z menu, a później robicie zdjęcia.

Do tej pory była mistrzynią ripost, lecz tym razem wyraźnie ją zatkało. Wiem, że kłamie albo przynajmniej coś zataja. Nie jest aż tak opanowana, za jaką chciałaby uchodzić.

Lekko się spina i bawi się brzegiem obrusu. Wciąż jednak siedzi prosto, z podniesioną głową, i nawet kiedy oczy na chwilę uciekają jej w bok, widać, że nie próbuje na siłę przerwać niewygodnego kontaktu wzrokowego.

– Nikt mnie nie wynajął – powtarza, jakby liczyła, że w końcu przytaknę. – Jeśli myślisz, że jestem tu po to, by ci zaszkodzić, to się mylisz. I zdecydowanie zbyt pochopnie mnie oceniasz.

W jej branży słowa są z pewnością najtańszą walutą, choć do tej pory nie uważałem jej za kogoś, kto kłamie w żywe oczy.

– Nie mogę mówić za innych – dodaje. – I nie będę udawać, że takie praktyki nie istnieją, ale jeśli myślisz, że przyszłam tu cię wykorzystać, to jesteś w błędzie.

– Więc co niby robisz? – Cholernie mnie to interesuje. – I to dwa dni z rzędu.

– A uwierzyłbyś, gdybym powiedziała, że w życiu nie jadłam tak dobrego ‚Ndunderi?

– Nie. – Parskam, bo to wręcz śmieszne.

– No właśnie. Więc nawet nie zamierzam się tłumaczyć.

Zamiast tego sięga po widelec i jak gdyby nigdy nic nabija na niego pierwszą kluskę. Zanurza ją w gęstym sosie pomidorowym, po czym podsuwa sobie do ust i gryzie. Nim przełknie, oblizuje dolną wargę, wydając z siebie cichy dźwięk uznania. Zachowuje się tak, jakby wszystko wokół było jej totalnie obojętne – nawet moja złość.

Czekam, aż połknie, przenosząc wzrok gdziekolwiek indziej, byle nie na jej szyję. Mogę być na nią zły, ale nie zamierzam jej, do cholery, zabić.

– Zasługują chociaż na dwie gwiazdki? – pytam, gdy ponownie zanurza widelec w talerzu.

– Daj z tym spokój, co? – Wymachuje nim nieznacznie, a kilka kropel sosu rozbryzguje się po obrusie. – Nie opublikowałam żadnej opinii na twój temat.

– Jeszcze.

– Gdybym miała to zrobić, już by wisiała w sieci. Wiesz o tym tak samo dobrze jak ja.

Cholernie niechętnie muszę przyznać, że częściowo ma rację. Nie czekałaby z tym długo, tylko wywiązałaby się z zawartej umowy. Ignoruję jednak ten cichy szept zwątpienia, a także następny – podpowiadający mi, że na tyle, na ile ją poznałem, nie próbowałaby się wybielić. Prędzej przyznałaby się do wszystkiego, dorzuciła ironiczny komentarz i machnęła ręką na konsekwencje. Gdyby jednak tak było, całkowicie zburzyłaby schemat, do którego przywykłem.

– Więc mam uwierzyć, że im odmówiłaś? – Bez słów ustalamy, że otrzymała taką propozycję.

– Oczywiście, że odmówiłam. Nie wiem, mam ci to zademonstrować?

– Nie zaszkodziłoby.

– To zaproś mnie na randkę. Wtedy zobaczysz, co oznacza moje stanowcze „nie”.

Jezu Chryste. Przysięgam, że za chwilę postradam przez nią zmysły. To wręcz niewiarygodne, by ktoś taki – i to na dodatek zdecydowanie po dwudziestce – wciąż utrzymywał się przy życiu. Przecież faceci, którzy z nią byli, musieli choć raz planować uduszenie jej w nocy poduszką.

– Czy ty zawsze musisz tak żartować?

– Zawsze. – Nawet tego nie ukrywa. – W końcu przestałeś nazywać mnie panią. Czy to znaczy, że następnym krokiem będą oświadczyny?

Jeden. Właśnie na mojej skroni pojawił się jeden dodatkowy siwy włos.

Nie komentuję jej przytyku, bo gdybym to zrobił, rozkręciłaby się na dobre. Zdecydowanie należy ukrócić to już w zalążku, zanim zaleje mnie falą błyskotliwych dowcipów i ripost. Nawet bez nich zdecydowanie mam już o czym myśleć.

Nie zamierzam całkowicie wierzyć w to, co mówi na temat swoich zamiarów. Możliwe, że nie robię tego nawet w dziesięciu procentach, mimo to będę udawać, że jest odwrotnie, i obserwować, czy nie popełni jakiegoś błędu.

– Dobra, załóżmy, że to prawda. Z tym, że nie przyjęłaś propozycji – precyzuję, gdy zauważam charakterystyczny błysk w jej ciemnych oczach. – Dlaczego? Współpracujecie już przy…

– Bo to nieuczciwe – stwierdza od razu, z pełną buzią.

– To nie są słowa, które zwykle powstrzymują ludzi przed przyjęciem przelewu.

– Boże. Naprawdę masz o mnie beznadziejne zdanie, Giuseppe.

Śmieje się z własnego żartu, a ja nie wiem, o co jej w ogóle chodzi.

– Nie mam na imię Giuseppe.

– Szkoda, bo wyglądasz na takiego, którego Pinokio brałby za autorytet. – Wzrusza ramionami, będąc o krok od przewrócenia oczami. – Nie patrz tak na mnie. Zamierzam cię tak nazywać, dopóki nie zdradzisz mi prawdziwego imienia.

– Chryste…

– Criste.

Ja pierdolę.

Drugi siwy włos.

– Wzywałeś jego imię przy mnie tak często, że już się nauczyłam. Ale doceniam, że tym razem zrobiłeś to po angielsku.

Muszę zapamiętać, by przeklinać przy niej wyłącznie w rodzimym języku. I to tak długimi wiązankami, by nie zdołała ich powtórzyć.

Chociaż… Nie. Nie będzie następnego razu. Dziś spotykamy się po raz trzeci i ostatni. Całe szczęście, bo nie wiem, ile jeszcze takich rozmów mógłbym znieść i nie zamienić się w dziadka przed czterdziestką.

– A wracając do pytania. Po prostu nie robię takich rzeczy. Nigdy. Zresztą sam się przekonasz.

– Ja?

– Mhm. Niedługo.

Próbuję się czegoś dowiedzieć, ale nie ma zamiaru nic zdradzić. Na każde moje pytanie odpowiada mruknięciem, a gdy wreszcie nie wytrzymuję i fukam, wkłada sobie do ust tyle klusek, że przez następne pięć minut nawet nie liczę, że wydobędzie z siebie jakiekolwiek słowo.

Uzbrajam się w cierpliwość. Wróć – próbuję się w nią uzbroić, co jest niesamowicie trudne. Zwłaszcza wtedy, gdy siedząca naprzeciwko kobieta wreszcie kończy jeść, ale wciąż nie pozwala o cokolwiek zapytać.

Kładzie na stole banknot, po czym zrywa się z miejsca, prawie przewracając przy tym talerz. Podchodzę do niej, ale i to okazuje się niewystarczające. Przysięgam, że szybkością dorównuje dzikiej zwierzynie.

Mogę jedynie patrzeć, jak szybkim krokiem przemierza kamienny plac i odwraca się do mnie parę metrów dalej.

– Do zobaczenia jutro, Giuseppe! – krzyczy na cały głos. – Nie mogę się doczekać, aż mnie przeprosisz!

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Playlista

Aperitif

Rozdział 1. Emma

Rozdział 2. Emma

Rozdział 3. Vincenzo

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Dedykacja

Meritum publikacji