Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
1152 osoby interesują się tą książką
Trzech mężczyzn. Jedna kobieta. I układ, który nie powinien się sprawdzić… a działa aż za dobrze.
Lily Sloane prowadzi zwyczajne życie, dopóki na jej drodze nie pojawia się Nieświęta Trójca, czyli West, Xander i Zeke. Wpływowi, bezwzględni i przyzwyczajeni do tego, że zawsze dostają to, czego chcą. A tym razem chcą jej.
Proponują układ: trzy miesiące razem, jeden dom i relację wykraczającą poza schematy. Po tym czasie będzie mogła odejść i o wszystkim zapomnieć – tak jak wiele kobiet przed nią – albo zostać z nimi na dłużej...
Każdy z nich daje Lily coś innego, a ona zaczyna chcieć więcej, niż powinna. Zwłaszcza że jej własne sekrety mogą zniszczyć wszystko i wystawić na próbę zaufanie, lojalność oraz uczucia, których żadne z nich nie planowało.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 486
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
TYTUŁ ORYGINAŁU: The Perfect Fit
Redaktorka prowadząca: Marta Budnik Wydawczyni: Ewelina Czajkowska Redakcja: Justyna Yiğitler Korekta: Kinga Dąbrowicz Projekt okładki: Adelina Sandecka Zdjęcie na okładce: © Tadamichi, © Natt, © Robsonphoto, © Line pro / Stock.Adobe.com
THE PERFECT FIT © 2023 by Sadie Kincaid Published by the Agreement with The Seymour Agency, USA and Book/lab Literary Agency, Poland in addition to any copyright line that may be required to establish copyright in the actual translation.
Copyright © 2026 for the Polish edition by Niegrzeczne Książki an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Copyright © for the Polish translation by Regina Mościcka, 2026
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie elektroniczne
Białystok 2026
ISBN 978-83-8417-939-0
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Ossowska
West
Najpierw słyszę płacz i mimowolnie wzdycham. Zawsze ten płacz. Tym razem tuż po nim dudnią kroki w holu. Natychmiast się rozpraszam, odrzucam czytane czasopismo i posyłam spojrzenie siedzącemu na drugim końcu pokoju Xanderowi. Ten przewraca oczami, podnosi się z kanapy i wychodzi jej naprzeciw, żeby zapobiec kolejnej scenie.
Xander zawsze był jej ulubieńcem – jedynym z nas, który potrafił przemówić jej do rozsądku. Podejrzewam, że została z nami tylko ze względu na niego. Mam jednak wątpliwości, czy w takim momencie nawet on zdoła ją przekonać, żeby u nas została. Dobra, przyznaję, ze względu na jej doświadczenie i rekomendacje zakładałem, że wytrzyma u nas nieco dłużej, ale nie da się ukryć, że przez nią atmosfera w naszym penthousie gęstnieje.
Ebony – która właśnie rzuciła się biegiem przez hol prosto w rozłożone ramiona Xandera – to nasz ostatni obiekt eksperymentów. Nasz królik doświadczalny, jak zwykł o nich mówić Zeke. Wytrwała trzy miesiące, co jest jednym z lepszych wyników. Ale tylko dlatego, że Zeke się przy niej hamował. Aż do dzisiaj. Ostrzegałem ją przed nim, ale twierdziła, że sobie z nim poradzi. Najwyraźniej sobie nie poradziła.
Kiedy się nam ukazuje, właśnie zakłada przez głowę jedną ze starych bluz Xandera. Zdążyłem jednak dostrzec na jej tułowiu ślady po zębach i czerwone pręgi po uderzeniach.
– Co za pieprzone zwierzę! – szlocha, ocierając łzy z policzków.
Zaciskam szczęki, zmuszając się do milczenia. Wolę zostawić tę sprawę Xanderowi. On nam załatwił tę kobietę, więc to jego zadanie, żeby się jej pozbyć. A Zeke wcale nie jest zwierzęciem. Ma swoje problemy, ale wszyscy jakieś mamy. Ebony również. O tak, ta to dopiero ma problemy.
Xander szepcze jej do ucha uspokajające słowa, a ona przywiera do niego całym ciałem. Ściska kurczowo w palcach materiał jego T-shirtu nawet wtedy, gdy Xander wygłasza swoją starannie przećwiczoną mowę o tym, że nadszedł czas się rozstać. Miał wielką nadzieję, że z nią się nam poszczęści. Nie żeby jakoś specjalnie się do niej przywiązał, ale przyrzekł sobie, że Ebony będzie ostatnią, z którą spróbujemy.
W teorii wydawała się dla nas idealna. Jednak żadna kobieta nigdy dotąd nie zdołała stanąć między Xanderem, Zekiem a mną, chociaż wszystkie bez wyjątku próbowały.
Lily
– Ej! Uważaj, debilu! – krzyczę za oddalającymi się tylnymi światłami taksówki, która ochlapała mnie lodowatą wodą z kałuży.
Mamy pierwszy tydzień kwietnia, więc powinno się już ocieplić, ale wciąż się tego nie doczekaliśmy. Betty, mój rower, zaczyna skrzypieć, gdy przyśpieszam, próbując rozgrzać pedałowaniem drętwiejące w szybkim tempie z zimna nogi. Założę się, że lada dzień na dobre odmówi mi posłuszeństwa.
– Jeszcze tylko kilka tygodni, kochana – mówię półgłosem, poklepując delikatnie ramę. – Jak tylko dostanę swoją wielką szansę, wyślę cię na zasłużony odpoczynek.
Skręcam w prawo w kierunku Central Parku. Tak na marginesie, gdzie dokonują żywota stare rowery? Na złomowisku? Na pewno nie moja Betty! Poklepuję ponownie rower uspokajającym gestem po kierownicy.
– Można by z ciebie zrobić lanserską ozdobę ogrodu w jakiejś burżujskiej rezydencji pod miastem – szepczę i w tym momencie moim oczom ukazuje się imponujący biurowiec XWZ.
Gdy wchodzę do lobby, uderza we mnie fala ciepłego powietrza. O raju, jak przyjemnie. Zdejmuję kask i z westchnieniem przeczesuję loki. Nienawidzę zakładać tego diabelstwa, ale cenię sobie swój nieuszkodzony mózg…
Wprowadzam Betty do stojaka przy schodach, rozsuwam zamek kurtki i w drodze do recepcji taksuję wzrokiem efektowne wnętrze. Tysiące razy przejeżdżałam obok tego biurowca i zawsze intrygowało mnie, jak wygląda w środku. Właśnie tak, jak sobie wyobrażałam – cały jest ze szkła, stali i marmuru. Zimny i bezosobowy. Podejrzewam, że tak samo, jak jego trzej właściciele.
Za kontuarem recepcji siedzi mężczyzna o surowym wyrazie twarzy, w ciemnoszarym garniturze z bladoniebieskim krawatem. Mierzy mnie wzrokiem, gdy się do niego zbliżam.
– W czym mogę pomóc?
Wyjmuję z plecaka grubą kopertę bąbelkową.
– Mam przesyłkę dla pana Archera. Wymaga jego podpisu.
– Mogę mu ją zanieść – rozlega się za moimi plecami czyjś głos.
Wywracam oczami. Gdybym dostawała dolara za każdym razem, gdy to słyszę… Które słowo w zwrocie „Wymaga jego podpisu” jest dla ludzi niezrozumiałe? Odwracam się na pięcie.
– Muszę mieć jego…
O rajuniu! Czy ten facet właśnie zszedł z planu reklamy jakiejś mega luksusowej wody kolońskiej? Dosłownie opada mi szczęka. Dalsza część zdania więźnie mi w gardle, bo usilnie próbuję otwarcie się do niego nie ślinić.
Przygląda mi się z uniesioną brwią, bez wątpienia przyzwyczajony, że kobiety reagują na niego w ten sposób.
– Jego co?
– J-jego… – Tłumię rozmarzone westchnienie, które omal nie wyrywa mi się z ust. Prędko się prostuję, zadzieram brodę i spoglądam nieznajomemu prosto w oczy, co wydaje się bezpieczniejszym wyjściem niż gapienie się na jego wyrzeźbioną żuchwę. – Podpis.
Jeden z kącików ust unosi mu się lekko, a wtedy, jak Boga kocham, wydaje się jeszcze przystojniejszy.
– Mogę podpisać w jego imieniu. – Wyciąga rękę, na co ja ściskam mocniej w dłoni białą kopertę.
Przekrzywiając głowę, lustruję uważniej wzrokiem jego rysy twarzy, już nieco oswojona z jego wyglądem. Przynajmniej na tyle, na ile to możliwe w przypadku pełnokrwistej heteroseksualnej kobiety.
– Czy rozmawiam z panem Archerem?
Jego półuśmieszek przechodzi w pełny uśmiech, od którego miękną mi nogi. Jak ten facet radzi sobie na co dzień? Kobiety muszą wyskakiwać z majtek, gdy mija je na ulicy.
– Nie. Ale zapewniam cię, że nie miałby nic przeciwko, żebym odebrał za niego tę przesyłkę. – Przysuwa się bliżej, przez co narusza moją przestrzeń osobistą. Nie aż tak, by było to widoczne z boku, lecz wystarczająco, aby dać mi to odczuć. Każdą częścią ciała. Pachnie też fantastycznie. Ciekawe, co to. Woda kolońska? A może i bez niej pachnie równie dobrze, jak wygląda, bo urodził się pod szczęśliwą gwiazdą. – To co? – ponagla mnie, uprzytomniając mi, że czeka na odpowiedź.
Chcę odchrząknąć, żeby mieć pewność, że nie odezwę się piskliwym tonem i nie zdradzę mu, jak na mnie działa. Prędzej umrę, niż pozwolę, żeby ten nieznajomy arogancki przystojniak pomyślał sobie, że na niego lecę.
– Przesyłka wymaga podpisu pana Archera – odpowiadam zaskakująco spokojnym i zdecydowanym tonem, mimo że mam miękkie kolana.
Śmieje się pod nosem.
– Powie mi pan, gdzie go mogę znaleźć?
Pociera dłonią policzek i zmrużonymi oczami sonduje moją twarz. Najwyraźniej próbuje ocenić, czy jestem godna stanąć przed słynnym Westem Archerem. Zupełnie jakbym kiedykolwiek miała ochotę poznać tego zimnego drania. Najchętniej zostawiłabym mu tę jego przesyłkę pod drzwiami w torebce z psim gównem, ale to moja praca, w dodatku jak na razie jedyna. Więc z czym Ciacho ma problem?
W końcu, po najdłuższych kilku sekundach w moim życiu, Ciacho się odzywa:
– Jasne, właśnie idę do jego biura. Proszę za mną.
Wskazuje głową windy, po czym się odwraca i odchodzi. Spoglądam prędko na mężczyznę z recepcji, ten daje mi przyzwolenie skinieniem i ruszam za Ciachem. Kiedy wchodzimy do windy, opiera się plecami o tylną ścianę, rozkłada ręce na boki i opiera dłonie o wypolerowane chromowane poręcze. Winda jest większa niż kuchnia, w której jadłam dziś rano śniadanie, a mimo to jego sylwetka i tak dominuje w przestrzeni. Stoję wciśnięta w kąt, możliwie jak najdalej od niego, i próbuję ignorować, że mi się przygląda swoimi błyszczącymi rozbawieniem błękitnymi oczami.
Rumieniec wpełza mi na policzki, gdy dociera do mnie bolesna prawda o tym, jak teraz wyglądam. Lewą nogawkę dżinsów i dolną połowę grubej kurtki mam doszczętnie przemoczone. Zrobiłam dziś na rowerze czterdzieści pięć kilometrów, a to moja ostatnia przesyłka, więc moje włosy z pewnością wyglądają jak miotła. Szczególnie w zestawieniu z jego wymuskaną elegancją. Gładko ogolona twarz. Włosy w kolorze piaskowy blond, misternie wystylizowane. Nieskazitelnie biała koszula bez jednego zagniecenia. Plus idealnie skrojony garnitur i buty z najlepszej skóry. Może i jestem chwilowo bez grosza, ale w przeszłości miałam do czynienia z luksusem i dostatecznie dużo wiem o mężczyznach jego pokroju. Od razu widzę, że cechuje go ten specyficzny rodzaj zamożności, przez który jest dla mnie nieosiągalny. I który ułatwia mu zmienianie kobiet jak rękawiczki.
Czuję, jak skóra pali mnie pod jego spojrzeniem.
– Zakładałabym, że taki prestiżowy biurowiec ma lepsze zabezpieczenia – stwierdzam, ogarnięta przemożną chęcią odzyskania kontroli nad sytuacją, zbyt silną, żeby się powstrzymać.
Mężczyzna marszczy nieznacznie czoło.
– Hm?
Odpowiadam mu niedbałym wzruszeniem ramion.
– Mogłabym się okazać kimś zupełnie innym. I przemycić w tej kopercie jakiś dowolny szajs.
Unoszę przesyłkę w ręce, by podkreślić swoje słowa. Mężczyzna odkleja się od ściany i w jednej chwili staje tuż przede mną.
– A jesteś kimś innym, Lily?
Moje imię spływa mu z ust gładko jak kropla deszczu z liścia.
– S-skąd znasz m-moje imię?
Opuszcza wzrok na moją klatkę piersiową, falującą w próbie złapania oddechu.
– Jest na twoim identyfikatorze.
Podążam za jego wzrokiem i zalewa mnie fala niewypowiedzianej ulgi. No jasne.
– To masz w tej kopercie jakiś szajs?
Jego głos przybrał zupełnie inny ton, który sprawia, że momentalnie żałuję swoich wcześniejszych słów. Cała jego postawa widocznie się zmieniła.
Dobry Boże, nie mogę oddychać. Uśmiechnięte Ciacho było gorące i seksowne, ale poirytowane, z głosem podszytym groźbą przypomina ogień.
Kręcę gwałtownie głową, aż loki podskakują mi na ramionach.
– Tylko dokumenty.
Posyła mi uśmiech pełen satysfakcji, cofa się o krok i nie spuszczając wzroku z mojej twarzy, zajmuje swoje poprzednie miejsce przy poręczach.
West
Xander gapi się na tyłek dziewczyny, gdy ta wychodzi z gabinetu tanecznym krokiem, od którego podskakują jej ciemne loki. Gdy zamyka za sobą drzwi, przyjaciel szczerzy do mnie zęby w uśmiechu.
– Milutka, nie sądzisz?
Spoglądam na leżącą na moim biurku kopertę. Powinienem natychmiast się zająć dokumentami, które mi właśnie dostarczono. Kolejne opóźnienie w domknięciu fuzji, a osiwieję przed czterdziestką, do której – o czym uwielbia mi przypominać Xander – zostały mi tylko dwa lata.
Xander rozsiada się na krześle ustawionym przed biurkiem.
– West?
Podnoszę na niego wzrok, przeciągając językiem po dolnej wardze.
– Co?
– Mówiłem, że jest milutka.
– Powiedzmy.
Wzruszam ramionami, sięgam po nożyk do papieru i otwieram kopertę. Xander prycha.
– Powiedzmy? Widziałem, jak na nią patrzyłeś.
Podrywam głowę. Owszem, nie przeoczyłem rumieńców na jej policzkach i tego prowokacyjnego błysku w jej jasnozielonych oczach. Zauważyłem też kropelkę potu spływającą po jej smukłej szyi i przez moment naszła mnie myśl, by ją zlizać z jej oliwkowej skóry.
– Wcale na nią nie patrzyłem – odcinam się warknięciem. Zawsze się szczycę tym, że w tych murach jestem wyłącznie profesjonalistą. W odróżnieniu od mojego partnera z firmy nie ślinię się otwarcie do kobiet, gdy tylko nadarza się okazja.
Xander wybucha śmiechem, odrzucając głowę do tyłu tak mocno, że spod rozpiętego kołnierzyka koszuli widać mu tatuaż.
– Wyluzuj, stary. I tak by tego nie zauważyła. Ale ja cię dobrze znam.
Prycham pod nosem. Nie komentuję tego.
– Tja. – Pochyla się do przodu, opierając dłonie na moim biurku. – Masz wtedy w oczach ten specyficzny wyraz – zniża głos. – Sygnalizuje, że kutas zadrgał ci w bokserkach.
– Wal się. – Skupiam się na dokumentach, starając się go ignorować.
Przyjaciel demonstracyjnie wzdycha.
– Co cię dziś ugryzło? Jesteś na mnie wkurzony?
Jestem wkurzony z wielu powodów. Głównie tej przeklętej fuzji, nad którą przez niego nie mogę w tym momencie pracować. Rzucam mu ostre spojrzenie.
– Jednak się ogoliłeś.
Przeciąga dłonią po szczęce.
– Mhm, Zeke suszył mi głowę o mój zarost.
Czuję, jak w moją szyję i ramiona wkrada się napięcie.
– Ogoliłeś się dla niego?
Przewraca oczami.
– Jutro z powrotem odrośnie. Golę to diabelstwo na okrągło, West.
Zaciskam szczęki, aż zgrzytają mi zęby.
Xander chwyta mnie za brodę i wbija palce w moją skórę. Zmusza mnie, żebym spojrzał prosto w jego jasnobłękitne oczy.
– Skoro cię denerwuje, że się ogoliłem, to sygnał, że pora kogoś dokooptować do naszego wąskiego składu, nie uważasz?
Próbuję pokręcić głową, ale nie pozwala mi nią poruszyć.
– Ustaliliśmy, że już tego nie zrobimy.
– Wiem, co ustaliliśmy, ale… – Zaciska mocniej palce na mojej brodzie. – Na serio chcesz zrezygnować?
– Ile już było tych kobiet, Xander? Dwadzieścia? Trzydzieści? Straciłem już cholerną rachubę.
Rozluźnia chwyt i cofa rękę, a potem przeczesuje nią swoje włosy i wzdycha.
– Dwadzieścia dwie.
Wyciągam szyję, próbując nieco rozluźnić napięte mięśnie, ale to nic nie daje.
– Nie dodawajmy kolejnej ofiary do tej listy.
– Może właśnie numer dwadzieścia trzy okaże się tą właściwą?
Jego pełen nadziei uśmiech i mina rozkosznego szczeniaka zawsze budzą we mnie zazdrość, że nie potrafię podzielać jego entuzjazmu i optymistycznego podejścia do życia. Niestety zbytni ze mnie realista.
Zaprzeczam, kręcąc głową.
– Nie chcę kolejny raz przez to przechodzić. Za dużo problemów i nigdy nic z tego nie wychodzi.
– Nie musimy tego aż tak komplikować, West. Te umowy o zachowaniu poufności, te wszystkie kontrakty. – Wyrzuca obie ręce w górę. – Moglibyśmy trochę uprościć sprawy, wiesz?
Marszczę brwi, czując, jak krew zaczyna mi tętnić w skroniach.
– Co ty gadasz?
Jego spojrzenie łagodnieje. Nachyla się nad moim biurkiem i przesuwa mi palcem po linii szczęki.
– Nie traktujmy tego jak jakiejś głupiej fuzji, tylko tyle mówię, West. – Wskazuje głową na leżącą przede mną stertę dokumentów.
Przełykam dławiącą mnie w gardle gulę. Zżerają mnie gniew i frustracja, na które Xander z pewnością sobie nie zasłużył. Nic jednak nie poradzę, że cała ta koszmarna presja związana z fuzją z Grayson News Corp doprowadza mnie do szału. Wyczuwając, że przyjaciel nie ustąpi, postanawiam zmienić taktykę.
– To nie byłoby dobre dla Zeke’a… Za każdym razem się obwinia. Nie mogę patrzeć, jak się biczuje, kiedy nadchodzi koniec.
Przez twarz Xandera przemyka cień rozczarowania. Czuję się paskudnie, że sprawiam mu zawód, ale dobrze wie, że mam rację. Podnosi się z krzesła i wpycha ręce do kieszeni spodni, naciągając jeszcze bardziej i tak już dostatecznie obcisły w kroczu materiał. Mam na wysokości oczu zarys jego potężnego kutasa, na widok czego oblizuję wargę. Ten prosty gest momentalnie wywołuje uśmiech na jego twarzy.
– Więc przestań zgrywać zazdrosnego dupka, bo się ogoliłem.
Odchrząkuję.
– Nie jestem zazdrosny, tylko koszmarnie zestresowany.
– Tym bardziej potrzeba ci jakiejś cipki – stwierdza z szelmowskim uśmiechem. – Może wybierzemy się dziś wieczorem do klubu? Całą trójką? Musisz się zresetować, stary. A Zeke… Rany, on jest jak tykająca bomba.
Odchylam się na oparcie fotela.
– Pomyśl tylko, piątkowy wieczór. Parkiet pełen cipek – dodaje ze śmiechem.
Wzdycham.
– Dobra. Załatw, co trzeba.
Puszcza do mnie oko. Przemądrzały drań.
– Już się robi.
Po tych słowach rusza do drzwi. Pochylam się nad papierami na biurku, ale gdy Xander dociera do drzwi, wołam za nim:
– Hej, Fitch!
Odwraca się z promiennym uśmiechem, pewnie dlatego, że użyłem jego przezwiska.
– Hm?
– O wiele lepiej wyglądasz z lekkim zarostem.
Parska śmiechem i znika za drzwiami.
Lily
Dalej leje. Szlag! Tłumiąc jęk, zapinam kask pod brodą i wyprowadzam Betty ze stojaka na rowery w lobby. Nogi nadal mi drżą po spotkaniu z Westem Archerem. Omal nie zemdlałam na widok tych stalowych oczu i kwadratowej szczęki. Minęło czternaście lat, ale prawie nic się nie zmienił. No dobra, nie licząc faktu, że w międzyczasie stał się odnoszącym spektakularne sukcesy miliarderem. Szczęście, że mnie nie rozpoznał. Byłam dzieciakiem, kiedy mnie ostatnio widział. Nie zorientowałam się wcześniej, że człowiek zamierzający przejąć czasopismo, dla którego pracuję, to ten sam facet, który… Pogrzebane głęboko wspomnienia budzą się i przenikają do mojej świadomości z najdalszych zakątków umysłu, zasnuwając mi oczy z trudem powstrzymywanymi łzami.
Nie. Kręcę głową. Nie będę o tym myśleć. Nie będę myśleć o nim.
Betty skrzypi jakby na znak protestu, gdy prowadzę ją przez lobby biurowca WXZ, co przywraca mnie do teraźniejszości. Ocieram oczy i koncentruję się na tym, co tu i teraz, w najwspanialszym mieście na świecie.
– Wiem, dziewczyno. Mnie też się nie chce wracać do domu w takim deszczu, ale jak mus, to mus, no nie?
Rower zgrzyta ponownie, podejrzanie głośno. To mi każe spojrzeć w dół i sprawdzić, czy znowu nie spadł mu łańcuch.
– Proszę, nie rób mi tego teraz. – Jazda na rowerze na Brooklyn w tej ulewie mimo wszystko brzmi o wiele lepiej niż spacer pieszo.
Jestem tak pochłonięta Betty, że nie zauważam, jak zza rogu znienacka wychodzi jakiś wielki mięśniak. Wjeżdżam w niego z impetem i momentalnie się odbijam od jego twardego jak kamień ciała. Betty wywraca się z łoskotem na podłogę, a ja bezwładnie ląduję na tyłku. Auć!
– Zawsze gadasz do swojego roweru, zamiast patrzeć, gdzie idziesz? – dobiega mnie z góry opryskliwy głos.
– Przepraszam, ja tylko… – Rozmasowuję pośladek i podnoszę wzrok na faceta, z którym się zderzyłam.
Matko Boska i wszystko, co święte! Czy każdy facet w tym biurowcu wygląda jak adonis, czy to tylko ja mam takie szczęście, aby w przeciągu ostatnich dziesięciu minut spotkać trzech największych przystojniaków, którzy chodzą po tym świecie? Czy ze wszystkich możliwych dni los naprawdę musi mnie tak okrutnie traktować akurat dzisiaj, gdy wyglądam jak zmokły szczur i jak wariatka gadam do roweru?
Mężczyzna wytrzymuje moje spojrzenie z zaciętą miną. Nie jestem w stanie oderwać od niego wzroku. Nigdy w życiu nie widziałam u nikogo aż tak ciemnych oczu. Nie są piwne, a dosłownie czarne. Smoliste jak węgiel. Albo najgłębsza otchłań piekła. Czuję przebiegający wzdłuż kręgosłupa dreszcz. Ogarnia mnie jakiś irracjonalny lęk i korci mnie, by zawołać o pomoc, ale tylko wpatruję się w niego bez słowa jak zahipnotyzowana.
Wyciąga do mnie dłoń. Zauważam ją kątem oka, mimo to jej nie ujmuję. Policzki palą mnie żywym ogniem, ale nie sądzę, żeby tylko ze wstydu, bo właśnie wyrżnęłam tyłkiem o podłogę.
Możliwe, że dostrzegł moje przerażenie, bo jego spojrzenie odrobinę łagodnieje.
– Nic ci nie jest?
Jego surowy, niski głos nareszcie wyrywa mnie z transu, w który mnie wprawił. Mrugam kilka razy i opuszczam wzrok na jego wyciągniętą dłoń, prawie tak szeroką, jak moja głowa. Spod mankietu jego śnieżnobiałej koszuli wysuwa się wykonany czarnym tuszem tatuaż sięgający do kostek palców. Momentalnie skacze mi puls. Na widok Rolexa na jego nadgarstku automatycznie nawiedza mnie brutalne wspomnienie innego mężczyzny, który również miał upodobanie do drogich zegarków. To mnie na dobre przywraca do rzeczywistości.
– Pozwól, że ci pomogę.
Chwyta mnie za łokieć, bo nie ujmuję jego dłoni, i podnosi z podłogi, jakbym nic nie ważyła. Ciepło jego palców przenika przez moją kurtkę i bluzę. Chwyt jest silny, ale i tak żałuję, że nie zacisnął ich na moim ciele jeszcze mocniej, żeby został mi siniak. Mogłabym go później oglądać i wspominać te ciemne oczy i wytatuowane ręce, kiedy będę…
Potrząsam gwałtownie głową. Zachowuj się, Lily!
– Dz-dzięki.
Pocieram dłońmi dżinsy i kurtkę na pośladkach, po czym znów spoglądam mu w oczy. Nadal przewierca mnie wzrokiem. Piekielnie intensywnym. O co ci chodzi, gościu? Dobra, wiem, że w niego wjechałam, ale przy swojej budowie prawie tego nie odczuł. Ma na pewno ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu i jest szerszy w barkach niż obrońca w drużynie futbolu.
– Przepraszam, że w pana wjechałam.
– Na przyszłość musisz bardziej uważać.
Puszcza mój łokieć, a ja w ostatniej chwili powstrzymuję jęk zawodu. Podnosi z podłogi i ustawia prosto Betty, która tym razem nie wydaje z siebie ani jednego zgrzytu. Zdrajczyni!
– Będę – odpowiadam szeptem, czując, jak z każdą sekundą coraz mocniej pieką mnie policzki.
Chwyta Betty za kierownicę i przysuwa ją do mnie na znak, że mam ją od niego odebrać. Jego wytatuowane palce ocierają się przelotnie o moją dłoń. Gdy przeskakuje z nich iskra elektryczności i jak prąd rozchodzi się po mojej ręce, niemal uginają się pode mną kolana. Zaciskam kurczowo dłonie na kierownicy, aż bieleją mi kostki, starając się trzymać prosto na nogach. Nasze spojrzenia znów się spotykają i palący wzrok mężczyzny jeszcze bardziej mi utrudnia zachowanie równowagi.
– A już na pewno nie powinnaś gadać do swojego roweru.
Jeden z kącików jego apetycznie pełnych warg unosi się w nieznacznym, zawadiackim uśmiechu.
Mmm… Ciekawe, czym dałoby się u niego wywołać pełny uśmiech. Nie żebym chciała się tego dowiedzieć. Wtedy pewnie już wcale nie ruszyłabym się z miejsca.
Przysuwa się do mnie bliżej, a ja na chwilę zapominam, jak się oddycha.
– Ludzie pomyślą, że zwariowałaś.
Jego oddech owiewa mi czoło, przyprawiając mnie o gęsią skórkę na całym ciele. Po tych słowach się oddala, pozostawiając we mnie uczucie niedosytu. Odwracam się i odprowadzam go wzrokiem aż do schodów. Nawet chód ma seksowny. Ściągnięte łopatki i kołyszące się miarowo po bokach umięśnione ręce. Jakby miał jasno określony cel, do którego zmierza. I nasz drobny wypadek sprzed chwili w ogóle nie miał na niego wpływu. Nic a nic.
Ruszam z miejsca i prowadzę Betty w stronę wyjścia. Im szybciej się wydostanę z tego budynku, tym lepiej.
* * *
Owinąwszy mokre włosy ręcznikiem, przechodzę do kuchni i przeglądam przypięty magnesem do lodówki plik ulotek knajp dowożących jedzenie. Dim sum brzmi wspaniale. Nadwyręży, co prawda, mój budżet przeznaczony na weekend, ale… Wyobraźnia już mi podsuwa zapach gotowanych na parze pierożków z wieprzowiną, smażonego makaronu i bakłażana. Mój żołądek reaguje głośnym burczeniem, wyrażając własną opinię na ten temat. Klamka zapadła, będzie dim sum.
Rozlega się trzask drzwi wejściowych.
– Lily! – woła Jen.
– Tu jestem! – odkrzykuję.
Pędzi ku mnie prawie bez tchu, jakby pokonała schody na górę w pełnym biegu, ze swoimi chabrowymi oczami otwartymi szeroko z ekscytacji.
– Będziesz mnie za to kochać do samej śmierci! – woła piskliwym głosem.
– Ja już cię kocham – przypominam jej.
Przekrzywia głowę i przesuwa językiem po nieskazitelnie białych zębach.
– Prawda. Ale pokochasz mnie jeszcze bardziej, kiedy ci powiem, co mi się udało zdobyć na dzisiejszy wieczór.
– O nie. – Wyciągam ręce przed siebie, kręcąc głową. – Żadnych ciastek z ziołem. Ostatnim razem wydawało mi się, że jestem królem podziemnego królestwa wróżek. Kevin z końca korytarza do dziś ma z tego ubaw, kiedy mnie widzi.
Na to wspomnienie moja najlepsza przyjaciółka dostaje ataku śmiechu i zamyka mnie w uścisku. Dopiero po co najmniej dwóch minutach udaje się jej odzyskać mowę.
– Nigdy więcej ciastek z ziołem. Mam coś znacznie lepszego. – Sięga do tylnej kieszeni po coś, co wygląda jak dwa bilety, i wydaje z siebie pisk radości. – Załatwiłam nam wejściówki do Marché de Viande!
Zwieszam ramiona i z ust wyrywa mi się głośne jęknięcie.
– Lily! – karci mnie Jen. – To przecież najmodniejszy klub w całym Nowym Jorku.
– I najdroższy – przypominam jej z suchym spojrzeniem.
– Te wejściówki są darmowe. – Macha mi nimi tuż przed nosem, by podkreślić swoje słowa.
– Ale drinki w środku już nie.
Mimo że oponuję, ostatecznie i tak się złamię i już teraz żegnam się w myślach z perspektywą jedzonych w piżamie dim sum. Jeśli Jen czegoś chce, to tak będzie. Jest jedyną znaną mi osobą, która potrafił namówić dosłownie na wszystko każdego, nawet mnie. Poza tym w pewnym sensie jestem jej to winna. Wylądowałabym pod mostem, gdyby nie pozwoliła mi się wprowadzić do swojego mieszkanka z jedną sypialnią. Na moje nieszczęście rozwożenie dokumentów i przesyłek nie przynosi aż tyle kasy, żeby było mnie stać na własne mieszkanie w Nowym Jorku.
Jen spogląda na mnie oczami smutnego spaniela.
– Będziemy pić tylko coś gazowanego.
Wydaję z siebie poirytowane westchnienie.
– Wiesz, że nazwa tego klubu to po francusku dosłownie „targ mięsny”, co nie?
Jej twarz się rozpromienia, aż muszę przygryźć wargę, żeby powstrzymać śmiech.
– Serio? To naprawdę cool.
Kręcę głową. Powinnam była się domyślić, że ta informacja jej nie zniechęci.
– No chyba nie.
Przeszywa mnie spojrzeniem, jakby próbowała zajrzeć mi do wnętrza duszy. Nic z tego. Nikt nie zdoła tego zrobić.
– Jasne, że tak! Kiedy ostatnio robiłaś to z kimś innym niż twój przyjaciel na baterie?
– Zdradzę ci, że mojego przyjaciela się ładuje. Wystarczy go podłączyć na trzydzieści minut do prądu i mam spokój na wiele godzin. Nie potrzebuję baterii. – Puszczam do niej oko, uśmiechając się triumfalnie.
Parska śmiechem, ale zaraz poważnieje.
– Lily. Musisz wyjść do ludzi i trochę się zabawić. Masz dwadzieścia cztery lata, a żyjesz jak zakonnica.
– Wcale nie! Ja tylko… – Wzdycham. – Pamiętasz faceta, którego ostatnio poderwałam w klubie? Okazało się, że coś przeskrobał na zwolnieniu warunkowym. Przyznaję, był całkiem fajny, ale…
– Mhm, tego, któremu gliny zrobiły wjazd na chatę, kiedy się bzykaliście? – Znów się zaśmiewa, a ja tylko kręcę głową. Jestem beznadziejna, jeśli chodzi o wybór facetów.
– To może tym razem bierz się za tych bez tatuaży na rękach, co?
Wydymam lekko dolną wargę. Uwielbiam wytatuowane dłonie.
– To przestarzały i obraźliwy stereotyp, Jen.
Przyjaciółka wyjmuje mi z ręki ulotkę chińskiej knajpy i chwyta mnie za nadgarstki.
– Proszę, chodź ze mną, Lils. Możesz założyć tę czerwoną sukienkę, którą wepchnęłaś na sam tył mojej szafy.
Teraz już jawnie się krzywię.
– Miałam zwariowany dzień – wyjękuję. – Bolą mnie nogi. I ochlapała mnie taksówka.
– Ojoj. – Jen ponownie mnie przytula, poklepując po plecach. – Przykro mi, mała. – Chwyta mnie za ramiona, przechyla głowę i posyła mi promienny uśmiech. – Wyjście do klubu dobrze ci zrobi. Wrócimy do domu przed drugą. Obiecuję.
Mam do wyboru albo dyskutować z nią przez cały wieczór, albo się poddać i wyjść. Jeśli się zgodzę, przynajmniej jedna z nas będzie zadowolona.
– No dobra – wzdycham z rezygnacją.
Jen omal mnie nie ogłusza euforycznym piskiem. Potem daje mi całusa w czoło i wybiega z kuchni.
Zeke
Xander ściska mnie za udo.
– Wyluzuj, olbrzymie. Będziemy się dobrze bawić.
Odpowiadam mu mruknięciem, wpatrzony w szybę samochodu. Podjeżdżamy pod nasz klub. Kolejka oczekujących na wejście ciągnie się aż do następnej przecznicy i zakręca za rogiem, co musi cieszyć Westa. Marché de Viande to jego dziecko i jeden z naszych najbardziej zyskownych interesów.
– Rozchmurzycie się w końcu, do cholery? – utyskuje Xander. – Bo jak nie, to ja się stąd ewakuuję z jakąś chętną cizią, a wy, panowie, radźcie sobie sami.
Szybkim jak błyskawica gestem łapię go za podbródek i odwracam mu głowę, zmuszając go, żeby skupił na mnie wzrok. Zachowuje się jak rozwydrzony smarkacz. Mimo wszystko jestem mu wdzięczny, że swoim fochem nieco poprawia mi humor.
– Jeśli jakąś wyrwiesz, zabierasz ją do naszego mieszkania. Nigdzie indziej z nią nie jedziesz. Rozumiemy się?
Uśmiecha się szelmowsko i przesuwa zmysłowo językiem po dolnej wardze.
– Znam zasady.
Ściskam mocniej w palcach jego brodę i przesuwam dłoń w górę jego uda, aż docieram opuszkami palców do na wpół stwardniałego kutasa.
– Nie pogrywaj sobie ze mną, Fitch.
– Oj, mam zamiar pogrywać sobie z wami dwoma przez całą noc.
Ze śmiechem opada na oparcie siedzenia, wyrywając się z mojego uścisku.
West przechwytuje moje spojrzenie i przewraca oczami. On też potrzebuje się zresetować, nawet bardziej ode mnie. Zawsze niesamowicie się spina, kiedy finalizujemy duży kontrakt, i staje się wtedy prawdziwą męczybułą, co mnie strasznie denerwuje. Nie mam pojęcia, jak Xander wytrzymuje z nami dwoma. Chyba lubi się umartwiać. Podejrzewam, że wszyscy trzej na swój sposób jesteśmy masochistami.
Xander gwiżdże i wygina szyję, żeby spojrzeć za okno po mojej stronie.
– Patrzcie, ile lasek. Błagam, powiedźcie, że obaj planujecie dziś coś zaliczyć.
West kołysze głową, przytakując.
– No raczej.
– Zeke?
Pewnie nie. Ale nie odpowiadam, bo nie muszę. Znają mnie wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, jaka będzie moja odpowiedź. I jakie mam powody.
Xander ściska mnie za ramię.
– Ale przynajmniej się upijesz i trochę wyluzujesz?
– Tak, ale pod warunkiem że West też.
West mruży oczy.
– Chwila, czemu chcesz, żebym się upił, Zeke? – pyta głosem o ton wyższym niż normalnie.
Kutas mi drga na wspomnienie ostatniego razu, gdy się razem zalaliśmy. W jego gabinecie uczciliśmy podpisanie kontraktu butelką pięćdziesięcioletniej whisky Macallan. O tak, nieźle wtedy poświętowaliśmy.
– Żebym miał z kim pogadać, kiedy Fitch będzie pogrążony w jakiejś cipce.
Uśmiechając się łobuzersko, Xander kiwa brodą w moją stronę.
– Po jaja.
Samochód się zatrzymuje. Xander od razu wysiada, po czym wygładza koszulę, przeciągając dłońmi po umięśnionym, twardym jak skała brzuchu. Gdy zauważają go czekające w kolejce dziewczyny, dosłownie piszczą z ekscytacji, jakby był co najmniej celebrytą. Którym w zasadzie tutaj jest. Nie bez powodu został twarzą naszego biznesu. Piekielnie czarujący i tak pogodny, że na jego widok uśmiechnąłby się półgębkiem nawet sam Darth Vader. Już nie wspominając o tym, że z wyglądu przypomina nieślubne dziecko Chrisa Hemswortha i Scarlett Johansson.
Wychodzę z samochodu tuż za nim i zapinam marynarkę, a zaraz za mną staje West.
– Panowie. – Jeden z bramkarzy wita nas skinieniem, po czym odpina gruby aksamitny sznur przed wejściem i zaprasza gestem do klubu. – Wasz stolik już czeka.
* * *
Klub jest wypełniony po brzegi setkami kobiet, w większości bardzo atrakcyjnych i prawie gołych. Jest w czym wybierać. Żaden z nas nigdy nie miał najmniejszych trudności z wyrwaniem laski na jeden raz, naszym problemem jest znalezienie kobiety na stałe. Dziś jednak żadna nie robi na mnie wrażenia. Nie jestem podobny do Xandera i Westa, którzy przelecą każdą i w dowolnych warunkach, gdy nadarzy im się okazja. Ja muszę najpierw nawiązać z kobietą więź i z tego powodu rzadko uprawiam seks z kimś przypadkowym.
– Zauważyłeś kogoś interesującego? – pyta Xander, zajmując miejsce obok mnie i dyskretnie trącając mnie udem pod stolikiem. Ledwo się powstrzymuję, żeby nie zepchnąć go na kolana i zmusić, żeby mi possał kutasa, tu i teraz, w naszym boksie.
Kręcę przecząco głową.
– A ty?
– Co najmniej kilkanaście – odpowiada, a ja mimowolnie parskam śmiechem. – Wygląda na to, że West też ma kogoś na oku.
Wskazuje głową na parkiet. Prześlizguję się spojrzeniem po gąszczu twarzy, aż w końcu go zauważam, pogrążonego w rozmowie z jakimś facetem. Furia momentalnie rozpiera mi klatkę piersiową i sam się sobie dziwię, że nie zgniotłem trzymanej szklanki.
Xander się śmieje i gładzi mnie po udzie pod stolikiem.
– Nie jego, olbrzymie. Wiesz, że West nigdy się nie zadaje z innymi mężczyznami. Sekundę wcześniej gadał z dziewczyną za plecami tamtego.
Odpowiadam mu mruknięciem i jednym haustem dopijam szkocką. Przechyla głowę, mierząc mnie zaciekawionym wzrokiem.
– To takie cholernie zabawne, jak wy dwaj jesteście zazdrośni o innych facetów.
– Zabawne jest to, że ty nie jesteś – odcinam się.
– Nie ma o co. Dziewczyny, chłopaki… Mi tam ganz egal. To, że się pieprzysz z innymi, nie umniejsza tego, co jest między nami.
Odstawiam z hukiem szklankę na blat.
– Czyli nie przejąłbyś się, gdybym przeleciał dziś jakiegoś pierwszego z brzegu faceta?
Zaciska wargi i po kilka sekundach namysłu w końcu kręci głową.
– Hm, łatwo ci tak mówić, skoro wiesz, że nigdy w życiu tego nie zrobię.
Nie interesują mnie mężczyźni.
Interesują mnie West i Xander.
Xander przysuwa się do mnie bliżej i przyciska usta do mojego ucha, owiewając gorącym oddechem moją szyję.
– Ale wiesz, że ja też bym tego nie zrobił, prawda?
Stękam. Jestem na skraju wytrzymałości i w tym momencie tylko on byłby w stanie mi ulżyć.
– Nie dzisiaj, olbrzymie – mówi z cichym śmiechem, który przeszywa moje ciało jak prąd. – Muszę kogoś przelecieć, a ty mi nigdy na to nie pozwalasz, więc nie zostaje mi nic innego, jak pójść sobie poszukać jakiejś milutkiej cipki.
Wzdycham ciężko.
– No to idź.
Marszcząc nos, odchyla się na oparcie i bierze łyk szkockiej.
– Jeszcze się na żadną nie zdecydowałem. Mógłbyś mi przynajmniej pomóc, nawet jeśli sam nie chcesz skorzystać.
Kręcę odmownie głową. Potem napełniam ponownie swoją szklankę i przeczesuję wzrokiem tłum. West rozmawia teraz z jednym z bramkarzy, obaj sprawiają wrażenie doszczętnie pochłoniętych rozmową. Najwyższa pora, żeby się odciął od pracy i też sobie poszukał jakiejś milutkiej cipki. Może właśnie tego nam wszystkim potrzeba. Mój wzrok wędruje w kierunku baru i zatrzymuje się na idealnie zgrabnych pośladkach jakiejś kobiety, podkreślonych obcisłą czerwoną sukienką. Długie ciemne loki spływają miękko kaskadą na jej plecy, kończąc się tuż nad rzeczonym kształtnym tyłkiem. Dziewczyna w czerwieni odwraca głowę ku stojącej obok niej kobiecie i się śmieje. Czuję, jak usta układają mi się w szeroki uśmiech. Hm, wygląda zdecydowanie inaczej bez kasku i obszernej rowerowej kurtki, chociaż w zasadzie trudno mi się zdecydować, w którym wcieleniu wolę ją oglądać. Wygląda zabójczo w każdym.
Xander trąca mnie łokciem.
– Wpadł ci ktoś w oko?
– Może.
Znów się śmieje, zakłada nogę na nogę i opiera kostkę na udzie.
– No to mi ją pokaż.
– A jeśli to facet? – Nie potrafię się pohamować, żeby się z nim trochę nie podroczyć, ale przyjaciel tylko mi się przygląda, ignorując zaczepkę.
Oglądam się i widzę, że ona nadal się z czegoś śmieje ze swoją towarzyszką.
– Przy barze. Czerwona sukienka. Tyłek taki, że aż się prosi, żeby zacisnąć na nim zęby.
– O kurde. Lily.
Co jest, do cholery? Spoglądam z powrotem na Xandera, który z otwartymi ustami wpatruje się we wskazaną przeze mnie dziewczynę.
– Znasz ją?
– Mhm. – Potrząsa głową. – To znaczy nie. Poznałem ją dzisiaj. Przywiozła przesyłkę dla Westa. Uznaliśmy obaj, że jest niezła.
– My? – Brwi podjeżdżają mi do góry. – On też ją poznał?
Xander szczerzy zęby w uśmiechu, nie odrywając wzroku od foczki w czerwonej sukience – niejakiej Lily.
– Yhy. Petarda z niej. Niewyparzony język.
Z tonu jego głosu można by wywnioskować, że już go sobie wyobraża na swoim ciele.
Marszczę czoło. Na mnie wcale nie zrobiła wrażenia tego typu.
– Gadała do swojego roweru, kiedy ją spotkałem.
– Ty ją też poznałeś? – pyta z wyczuwalną ekscytacją w głosie.
– Mhm. Wpadła na mnie. Dosłownie.
– Ale jaja – mamrocze Xander, po czym znów się odwraca w stronę baru z głupkowato zadowolonym uśmiechem na twarzy.
Ja też ją obserwuję. Przerzuca włosy przez ramię, pogrążona w ożywionej dyskusji ze stojącą obok niej kobietą. Przyjaciółka? A może jej dziewczyna? Nie żeby to miało jakieś znaczenie. Skoro i West, i Fitch uważają ją za seksowną, najlepiej będzie dla całej naszej trójki trzymać się od niej najdalej, jak się da.
Upijam łyk szkockiej i już mam podpowiedzieć Xanderowi, żeby poszukał szczęścia gdzie indziej, gdy nagle zauważam podchodzącego od tyłu do Lily faceta. Kładzie dłoń na jej zgrabnym pośladku i go ściska, co mogłoby sugerować, że przyszła tu z nim.
Ale tylko do momentu, gdy Lily się odwraca i wali go pięścią w zęby.
Lily
Jen na wpół się śmieje, na wpół piszczy spanikowana, gdy obie wpatrujemy się w rozciągniętego jak długi na podłodze, nieprzytomnego faceta.
– Ale numer, Lils.
Okupujący bar goście rozstąpili się i teraz wszyscy się gapią i pokazują nas palcami.
Szlag. Zareagowałam instynktownie, nie zamierzałam go ogłuszyć. Mógł mnie nie łapać za tyłek. Teraz na pewno nas wyrzucą z tego szpanerskiego klubu i Jen będzie niepocieszona. Dostrzegam górujące nad tłumem głowy zmierzających już w naszą stronę ochroniarzy.
– Naprawdę bardzo mi przykro – wykrztuszam, gdy są na tyle blisko, żeby mnie usłyszeć – ale on…
– Jesteśmy zmuszeni panią prosić o opuszczenie klubu.
Jeden z mężczyzn chwyta mnie za ramię.
– Zabieraj od niej łapy! I to już! – przebija się przez zgiełk niski męski głos i ręka ochroniarza błyskawicznie znika z mojego ramienia.
– Bardzo przepraszam, panie Cavanagh – mamrocze.
Unoszę głowę i spoglądam w te same ciemne oczy, które widziałam dzisiaj w lobby biurowca. O Boże, co on tutaj robi? Przełykam dławiącą mnie w gardle gulę paniki, ale nie jestem w stanie zapanować nad drżeniem ciała.
Spogląda na leżącego na podłodze faceta.
– Zabierzcie stąd tego gnojka i więcej go tu nie wpuszczajcie. Zrozumiano?
– Tak, panie Cavanagh – przytakuje ochroniarz.
Jen wpatruje się we mnie okrągłymi jak spodki oczami, ale jedyne, co mogę zrobić, to wzruszyć ramionami. Nie mam bladego pojęcia, o co tu chodzi. Nieznajomy robi krok w moją stronę, wwiercając się wzrokiem w moje oczy.
– J-ja… o-on złapał mnie za tyłek.
Marszczy czoło.
– Widziałem. Już wszystko dobrze?
Przytakuję, wysuwając język, żeby zwilżyć suche wargi.
– Tak, nic mi nie jest.
– Masz talent do robienia sobie na każdym kroku problemów, co, Lily?
– S-skąd znasz moje imię?
– Poznałaś dziś dwóch moich przyjaciół – oznajmia z iskierkami rozbawienia w oczach.
O kurde! To przecież ten cały Ezekiel Cavanagh, partner w interesach Westa Archera i Xandera Kinga.
– Chwilę przed tym, jak próbowałaś mnie rozjechać w lobby mojego biurowca – dodaje.
– Co? Wcale nie!
Na jego ustach błąka się szelmowski uśmiech, przez co wydaje mi się jeszcze bardziej onieśmielający niż kilka sekund wcześniej. Kpi sobie ze mnie. Palant.
– Pozwól, że przynajmniej postawię drinka tobie i twojej koleżance za to, że musiałaś wyręczyć w pracy naszych ochroniarzy.
– Nie trzeba. Już w porządku. – Biorę Jen za ramię, dając jej tym sygnał, żeby się przenieść do innej części klubu.
Jen stoi jednak jak wryta ze wzrokiem wbitym w Ezekiela.
– Ja się chętnie napiję. – Trzepocze rzęsami, a wtedy jego łobuzerski uśmieszek się poszerza. No tak, teraz rozumiem. Wpadła mu w oko Jen. Jak większości facetów. Jest olśniewająca.
– Zapraszam was do naszego stolika. – Wskazuje głową w kierunku prywatnego boksu na piętrze, takiego, za którego rezerwację płaci się ponad dziesięć tysięcy dolarów.
– Och, bardzo chętnie. – Jen zerka na mnie i składa dłonie w niemej prośbie. Ledwo się powstrzymuję, żeby nie przewrócić oczami. Chcąc nie chcąc, idę razem z nią do jego wypasionego boksu.
* * *
Jen klęczy na wyściełanej pluszem ławce i przygląda się z góry tłumowi kłębiącemu się w klubie.
– Wow! Tu na górze jest zajebiście! Wszystko stąd widać.
– Faktycznie – przytakuje, szczerząc się w uśmiechu, facet, którego spotkałam dziś w windzie i który, jak sobie teraz uświadamiam, nazywa się Xander King.
Przyjaciółka odwraca się ku niemu i posyła mu jeden ze swoich zabójczych uśmiechów. Odkąd zobaczyła siedzącego w boksie Xandera, Ezekiel – czy raczej Zeke, jak się nam przedstawił – całkowicie poszedł w odstawkę. Trudno ją za to winić. Xander jest obłędnie seksowny. Do tego stopnia, że aż się chce za nim chodzić i wgapiać w jego tyłek. Nie żeby Zeke był mniej atrakcyjny, ale jego atrakcyjność jest mroczna, niebezpieczna i ponura. Typowy niegrzeczny chłopiec. A gdzie West Archer, to czyste wcielenie diabła? Trzeci z Nieświętej Trójcy, jak moi koledzy nazywają trio biznesmenów, którzy lada dzień przejmą Grayson News Corp – firmę, w której pracuję. A przynajmniej tak głoszą plotki.
Zeke nalewa szampana do kieliszka i mi go wręcza.
– Chyba nigdy wcześniej cię tu nie widziałem.
Mruży swoje ciemne oczy. Odsuwam się nieco, mamroczę „dziękuję” i upijam łyk szampana. Mam poczucie, jakby zaglądał do mojego wnętrza i dostrzegał przede wszystkim to, co się staram ukryć.
– Znasz każdego, kto przychodzi do tego klubu?
Kręci przecząco głową i się śmieje. Mroczny i niepokojący dźwięk jego śmiechu przyprawia mnie o dreszcz podniecenia.
– Ale ciebie na pewno bym zapamiętał.
Nabieram ze świstem powietrza. Czy on ze mną flirtuje? Nieee. Przecież to nieprzyzwoicie przystojny miliarder. To mi się tylko śni. Na pewno.
– Lily? – przez jednostajny zgiełk klubu przedziera się męski głos. Z galopującym pulsem chłonę wzrokiem atrakcyjną sylwetkę Westa Archera. Oto i sam szatan, zabójczo seksowny, w idealnie skrojonym garniturze i nieskazitelnie białej koszuli. Dopijam jednym haustem resztę szampana, łudząc się, już drugi raz dzisiejszego dnia, że nie rozpozna we mnie dziesięciolatki, z którą się zetknął lata temu.
Xander
Wyraz twarzy Westa, gdy zauważa siedzącą w naszym boksie Lily, jest bezcenny. Szkoda, że nie mogę mu zrobić w tym momencie zdjęcia. Nieczęsto mamy okazję zobaczyć, jak nasz Król Lodu zapomina języka w gębie, a już na pewno nie przy ludziach. Wpatruje się w nią bez słowa, potem przenosi spojrzenie między mną a Zekiem, a na koniec spogląda na przyjaciółkę Lily. Czoło przecina mu nieznaczna zmarszczka, ale natychmiast przywołuje się do porządku i wątpię, żeby dostrzegł ją ktoś oprócz mnie.
– Cześć – mówi Lily cichym głosem, machając mu lekko dłonią.
W międzyczasie Jen się obraca i w końcu sadza tyłek na ławce, po raz pierwszy, odkąd znalazła się w naszym boksie. Na widok Westa oczy omal nie wychodzą jej z orbit. Z trudem powstrzymuję się od śmiechu. Ten przystojny drań zwykle w ten sposób działa na kobiety. West odchrząkuje, skupiony wyłącznie na Lily.
– Cześć. To… interesujące, że znowu się spotykamy.
Tłumię uśmiech. Jest przekonany, że to ja ją tu zaprosiłem. Wiem o tym.
Lily przygryza swoją pełną dolną wargę. Gdy to widzę, z miejsca nachodzi mnie ochota, żeby zrobić to samo swoimi zębami, a zaraz potem zatopić je w jej jędrnym, kształtnym tyłku.
– Też uważam, że to interesujące.
West rozpina marynarkę. Zauważam, jak drgają mu nozdrza i pulsuje żyła na szyi. Ma na nią chętkę. Podchodzi do mnie i przykłada mi usta do ucha, żeby nikt go nie usłyszał.
– Pozbądź się tej jej głupiej przyjaciółki.
Przygryzam wargę, żeby stłumić uśmiech. O tak, ma straszliwą ochotę na Lily.
West zajmuje miejsce przy stoliku, przez co Lily siedzi teraz stłoczona między nim a Zekiem.
– Ale numer. – Chichocząc, Jen dolewa sobie do kieliszka szampana ze stojącej na stoliku butelki Dom Pérignon. – Skąd wy wszyscy znacie moją najlepszą przyjaciółkę?
– Próbowała dziś złośliwie i brutalnie przejechać mnie rowerem – wyjaśnia Zeke z pokerową miną.
Lily spogląda na niego z otwartymi ustami.
– Nieprawda. Wpadłam na ciebie przypadkiem.
Przekrzywia głowę i unosi swoją szklankę do ust.
– Jak zwał, tak zwał.
Bierze kolejny łyk szkockiej, a Lily posyła mu łobuzerski uśmiech.
Opieram rękę na oparciu ławki i wpatruję się w nią, dopóki nasze spojrzenia się nie spotykają. Gdy to następuje, puszczam do niej oko.
– Jechaliśmy dziś razem windą. Najciekawsze dwie minuty z całego mojego dnia.
Jej policzki różowieją, co wygląda rozczulająco. Może jest zbyt niewinna jak dla nas? Ciekawe, czy wiałaby od nas jak najdalej, gdyby się dowiedziała, jakie brudne myśli krążą w tym momencie w głowach nas trzech? Ale z drugiej strony, gdyby naprawdę była taka niedoświadczona, jak świadczyłyby jej rumieńce, to mógłby być jej dodatkowy atut. Czuję, że byłbym gotów oddać wiele, żeby ją zdeprawować.
– A mnie przywiozła dziś wielką dymiącą kupę słoniowego łajna – oznajmia West, wzruszając ramionami.
Lily miażdży wzrokiem tym razem jego.
– Nieprawda.
– W przenośni.
Wargi mu drgają, co oznacza, że walczy ze sobą, żeby się nie roześmiać. Lily przewraca oczami i spogląda na swoją przyjaciółkę.
– Dostarczyłam dziś przesyłkę do ich biurowca.
– A teraz jesteś w naszym klubie. I w naszym boksie – stwierdza West, taksując zmrużonymi oczami jej ciało. Biedaczka nie ma z nim najmniejszych szans, tylko jeszcze o tym nie wie.
Rumieniec Lily rozlewa się na jej szyję.
– No tak, zaprosił mnie tu twój przyjaciel Zeke.
West zerka na mnie, a ja potwierdzam skinieniem głowy, że to prawda. Nie umyka mojej uwadze cień zaskoczenia, który przelatuje przez jego twarz. Wierz mi, stary, że sam jestem nie mniej zdziwiony od ciebie.
– Dała w zęby jednemu palantowi, który złapał ją za tyłek. A potem pchał do niej łapy wasz bramkarz – wyjaśnia Jen.
– Któremu palantowi i który bramkarz? – dopytuje West.
– Bramkarza biorę na siebie – zapewnia go Zeke. – A palant już załatwiony. Przywaliła mu tak, że stracił przytomność.
West skupia ponownie uwagę na Lily. W jego szarych oczach maluje się zachwyt, mimo że Jen usilnie się stara zainteresować go sobą. Ale nawet zakładając nogę na nogę i praktycznie odsłaniając majtki, nic nie zdziała, bo Westa pociąga akurat kurierka rowerowa. Na dodatek ta filigranowa petarda z burzą loków przed chwilą powaliła faceta dwa razy większego od siebie, co czyni ją jeszcze bardziej intrygującą.
Dopijam szkocką i pod jakimś bzdurnym pretekstem odchodzę od stolika, żeby odszukać jednego z naszych najbardziej zaufanych pracowników. Trey stoi przy barze, więc przywołuję go do siebie machnięciem ręki.
– Co tam, szefie?
Pocieram dłonią brodę i spoglądam w kierunku naszego boksu.
– Mam dla ciebie robotę.
Wyszczerza zęby w uśmiechu.
– Jasne.
– Widzisz tę rudą, co siedzi z nami? – Przesuwa spojrzeniem po sali i zatrzymuje wzrok na przyjaciółce Lily.
– Mhm.
– Chcę, żebyś ją odwiózł do domu.
Jego uśmiech się poszerza.
– Tylko masz być cholernym dżentelmenem, Trey. No chyba że ona nie będzie tego chciała, rzecz jasna. Byle z szacunkiem. Zapewnij jej dobrą zabawę i odstaw ją bezpiecznie do domu. Rozumiemy się?
Przeciąga dłonią po lekkim zaroście na swojej brodzie.
– Ten sam układ co ostatnio?
– Mhm. Pokrywam wszystkie koszty, stary. To kim dzisiaj będziesz? Gwiazdą filmu? Geniuszem technologii z miliardami?
– Hm. – Trey mruży oczy. – Chyba postawię na aktora.
– Doskonale.
West
Trey Ferguson z powodzeniem mógłby być aktorem. Rola, którą odegrał, wmawiając przyjaciółce Lily, że jest gwiazdorem filmowym i przez cały wieczór z daleka ją obserwuje, zasługiwała na Oscara. Naturalnie Xander mu w tym pomógł, wyjątkowo przekonująco odgrywając własną. Trzeba było użyć nieco perswazji, żeby Jen się zgodziła zostawić z nami Lily, ale Trey to wygadany i atrakcyjny goguś, a ona jadła mu z ręki, jeszcze zanim zaserwował jej swoją wyćwiczoną gadkę.
Od razu po wyjściu Jen Lily zaczyna przygryzać od środka policzek.
– Tak jak obiecaliśmy twojej przyjaciółce, mała, dopilnujemy, żebyś bezpiecznie wróciła do domu – zapewnia ją Xander.
Odkąd Trey się postarał, żeby Jen zauważyła jego sześciopak na brzuchu i kluczyki do Lamborghini – w rzeczywistości należącego do Xandera, ale pożyczonego na dzisiejszy wieczór Treyowi – Lily już wiedziała, że musi sobie radzić sama.
Dopija resztę szampana i podrywa się na nogi.
– No tak, ale powinnam już chyba wracać. Mogę pojechać metrem.
– Dlaczego? – dziwię się.
– Bo… – Znowu przygryza wnętrze policzka i jej ciemnozielone oczy wpatrują się badawczo w moją twarz. – Żebyście, chłopaki, mogli swobodnie spędzić resztę wieczoru. Nie chcę wam przeszkadzać. A teraz gdy nie ma Jen… – Spogląda w dół na zatłoczoną salę.
Xander ujmuję jej dłoń, a ona wzdryga się pod jego dotykiem. Niezrażony jej reakcją posyła jej uspokajający uśmiech. Lily nie cofa ręki, gdy splata z nią palce.
– W czym nam przeszkadzasz?
– No… może chcecie… ekhm, no wiesz…
Widać, jak drżą jej nogi. Jest dosłownie przeurocza. Ale chociaż jej nerwowość sprawia mi uciechę, muszę się postarać, żeby poczuła się w naszym towarzystwie swobodnie.
– Chcemy z tobą porozmawiać, Lily.
Biorę ją za drugą, wolną rękę i zmuszam, żeby z powrotem usiadła na ławce pomiędzy Zekiem a mną.
Mierzy mnie podejrzliwym wzrokiem.
– Dlaczego?
Odchylam się na oparcie. Nie potrafię się opanować, nieustannie pożeram wzrokiem jej apetyczne kształty. Dużo bym dał, żeby móc już teraz ją rozebrać z sukienki i zbadać każdy centymetr jej ciała. Wyglądałaby fantastycznie na klęczkach przede mną. Z ustami zapchanymi kutasami nas trzech.
Upijam łyk szkockiej i odchrząkuję.
– Z wielu powodów.
– Napij się jeszcze. Przysięgam, że nie gryziemy. No chyba że ładnie poprosisz – dodaje Xander, który już napełnił ponownie jej kieliszek szampanem.
Język Lily wysuwa się z ust i zwilża wargi. Założę się, że jest przyzwoitą dziewczyną wychowaną w przekonaniu, że to nieprzyzwoite, żeby kobieta była z trzema facetami naraz. Ta świadomość tylko dodatkowo mnie motywuje, żeby jej pokazać, co ją omija.
* * *
Dwie godziny i trzy kieliszki szampana później Lily jest pijana i o wiele bardziej rozluźniona niż na początku. Cieszy mnie, gdy widzę, że zrobiła się otwarta i chętna do rozmowy. Z drugiej strony jestem lekko zawiedziony, że ma słabą głowę, więc nie możemy jej teraz zabrać do siebie i pieprzyć się z nią na wszelkie możliwe sposoby. Może tak jest lepiej, bo chciałbym ją mieć nie tylko na jedną noc.
– Powinnam już iść – mówi, spoglądając na zegarek. Nawet teraz, gdy jest z nami już od kilku godzin, nadal wydaje się kompletnie nieświadoma, że wszyscy mamy na nią ochotę.
Xander pochyla się do przodu i wtedy zauważam wymowne wybrzuszenie w jego spodniach, niewidoczne z perspektywy Lily.
– Zjemy jutro razem kolację?
Unosi brew.
– Z tobą?
Przysuwam się do niej tak blisko, że usta i nos przenika mi jej zapach. Oblizuję wargi, nie mogąc się doczekać, kiedy jej skosztuję, ale jakoś się opanowuję.
– Z nami wszystkimi.
Przymyka na moment oczy i jej rzęsy drżą na tle zaróżowionych policzków.
– To ma być… jakby randka?
– Powiedzmy, że kolacja.
– Ale z wami trzema?
Zeke zarzuca rękę na oparcie ławki.
– To właśnie znaczy „z nami wszystkimi”.
Mruży oczy, przeskakując między nami spojrzeniem.
– Ale dlaczego?
– To tylko kolacja, Lily – uspokaja ją Xander, ani na sekundę nie odrywając od niej spojrzenia. Przesuwa je po jej ciele, zatrzymując się na dłużej w miejscach, gdzie najchętniej by jej dotknął. Wiem, że pragnie Lily równie mocno jak ja. A Zeke? No cóż, już samo zaproszenie jej do naszego stolika wystarczająco jasno świadczy o tym, że Lily bardzo mu się podoba. Wcześniej nigdy czegoś podobnego nie zrobił.
– Wiem o tym. Ale… – Lily znów żuje od środka policzek. Zauważyłem, że to u niej jedna z oznak nerwowości. – Dlaczego ja? Czego wy trzej, faceci, którzy mogliby mieć dosłownie każdą dziewczynę w tym klubie, możecie chcieć od kurierki rowerowej z Brooklynu?
Przysuwam się do niej jeszcze bliżej, aż owiewam swoim oddechem jej włosy, co przyprawia ją o dreszcze. To coś obłędnego móc się przyglądać, jak jej ciało reaguje na moją bliskość. Taka czysta, pierwotna reakcja. Nie da się ukryć, że zrobiłem się przez nią twardy jak kamień.
– Wiesz, że jesteś w pewnym sensie zabawna, nawet jeśli niezamierzenie.
Jej policzki purpurowieją. Odgarniam włosy z jej szyi i wodzę opuszkami palców po odsłoniętej skórze.
Widząc, jak zaciska uda, wciągam ze świstem powietrze do płuc. Będzie się fantastycznie prezentować z moją dłonią zaciśniętą na jej gardle, kiedy będę ją posuwał.
– Jesteś cudowna – szepczę, przysuwając do niej głowę tak blisko, że wargami prawie dotykam jej ucha.
– Nie jestem.
Jej słaby protest przyprawia mnie o śmiech.
– I megaseksowna, Lily.
Wydaje z siebie przytłumione westchnięcie, które wywołuje pulsowanie w moim kroczu. Jasny szlag. Lily się we mnie wtula, jakby się poddała i uległa instynktom. Albo działaniu szampana.
– Ten klub pęka w szwach od seksownych kobiet. Możecie mieć każdą z nich – stwierdza ochrypłym głosem.
– To prawda. – Przełamuję się i od niej odsuwam, zanim stracę kontrolę, rzucę się na nią i ją przelecę, tu i teraz, przy naszym stoliku. Lily wypuszcza głośno powietrze i zwiesza ramiona. – Ale mówimy o kolacji, a na kolację chcemy iść tylko z tobą.
Ponownie sonduje nas wzrokiem i marszczy brwi.
– Więc nie chodzi o to, że jeden z was chce mnie zabrać do siebie na szybki numerek?
No jasne, że chcę cię zabrać do siebie i poczuć twoje śliczne wargi na swoim fiucie. Ale to nie wszystko.
Zeke odpowiada jej, zanim ja zdążę to zrobić:
– Nie.
Przez jej twarz przemyka cień rozczarowania, które udaje się jej zamaskować. Rozgląda się po wnętrzu klubu. Jej szyja się napina, gdy przełyka ślinę. Chciałaby pojechać z nami do domu – bardziej prawdopodobne, że z jednym z nas – ale to się nie wydarzy. Nie w jej przypadku. Nie ma co wyprzedzać faktów. Xander dopilnuje, żeby spokojnie dotarła dziś w nocy do domu, i zrobi, co trzeba, żeby ją przekonać do jutrzejszej kolacji z nami.
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
