Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 515

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 13 godz. 0 min Lektor: Filip Kosior

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 13 godz. 0 min Lektor: Filip Kosior

Opis ebooka Stąpając po cienkim lodzie - Camilla Grebe

Doskonały thriller psychologiczny uznanej szwedzkiej pisarki! Jeśli zaczytujecie się w kryminałach Camilli Läckberg i Jo Nesbø – to coś dla Was! W marmurowym korytarzu mieszkania znanego biznesmena zostaje znaleziona bestialsko zamordowana kobieta. Ofiarę pozbawiono głowy… Tymczasem charyzmatyczny i kontrowersyjny przedsiębiorca znika bez śladu. Kim jest ofiara? A kim psychopatyczny morderca posługujący się maczetą? Dwa miesiące wcześniej życie Emmy Bohman, asystentki sprzedaży w Clothes & More, przewraca się do góry nogami za sprawą przypadkowego spotkania ze swym przełożonym. Jesper Orre jest uosobieniem jej marzeń, więc kobieta szybko wdaje się z nim w romans. Po pewnym czasie Jesper znika, równie niespodziewanie, jak się pojawił, nie obdarzając Emmy słowem wyjaśnienia. Gdy po pierwszym nieszczęściu przychodzą kolejne, Emma zaczyna podejrzewać, co się stało. Tylko dlaczego Jasper chciał ją zranić? Niebawem okazuje się, że nie tylko ona próbuje go odnaleźć… „Imponująca. Mistrzowski popis, który wynosi tę autorkę na czołowe miejsce w ciągle gęstniejącym tłumie skandynawskich twórców powieści noir”. Kirkus Reviews „Ta książka ma wszystkie niezbędne składniki najlepszych skandynawskich kryminałów”. Crime by the Book

Opinie o ebooku Stąpając po cienkim lodzie - Camilla Grebe

Fragment ebooka Stąpając po cienkim lodzie - Camilla Grebe

Tytuł oryginału:

ÄLSKAREN FRÅN HUVUDKONTORET

Copyright © Camilla Grebe 2015

Published by agreement with Ahlander Agency

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie autorki: © Viktor Fremling

Redakcja: Magdalena Stec

Korekta: Aneta Iwan, Edyta Antoniak-Kiedos, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-8110-042-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Estelli i Fredrika

Nie dowiesz się, kto jest twoim przyjacielem, a kto wrogiem,

dopóki nie załamie się pod tobą lód.

PRZYSŁOWIE INUICKIE

Peter

Stoję w śniegu przed nagrobkiem mamy, gdy odzywa się moja komórka. Nagrobek jest prosty, z surowego granitu, sięga ledwie do kolan. Gawędziliśmy chwilę, mama i ja, o tym, jak trudno być policjantem w mieście, gdzie już nikt nie przejmuje się nikim poza samym sobą. I co chyba jeszcze ważniejsze: jak trudno być człowiekiem w takim mieście, w takim czasie.

Otupuję mokry śnieg ze sportowych butów i odwracam się w drugą stronę. Jakoś niezręcznie byłoby rozmawiać przez telefon przy grobie. Przede mną rozpościera się pofałdowany pejzaż Skogskyrkogården, cmentarza Leśnego. Wstęgi mgły unoszą się w mroku między koronami sosen, a poniżej czarne pnie drzew wystrzelają z białej połaci niczym wykrzykniki przypominające o przemijalności życia. Kapie z gałęzi i nagrobków. Śnieg topi się i wszędzie płynie woda, dostaje się także do moich cienkich butów, zbiera mi się w palcach. Powinienem kupić sobie porządne trapery, ale ciągle nie mogę się na to zdobyć. W oddali dostrzegam ciemne postacie znikające w głębi cmentarza. Bliscy zmarłych pewnie idą zapalić znicze albo położyć zielone gałązki na grobie.

Niedługo Boże Narodzenie.

Robię kilka kroków ku starannie odśnieżonej alejce i zerkam na wyświetlacz, chociaż już wcześniej wiedziałem, kto dzwoni. Dziwne uczucie w dołku nigdy mnie nie myli. Bardzo dobrze znam to ssanie i bulgotanie.

Odwracam się jeszcze i ostatni raz spoglądam na grób. Macham niezdarnie ręką i bąkam pod nosem, że niedługo znowu przyjdę. Oczywiście niepotrzebnie, bo przecież ona i tak wie, że zawsze wracam.

Czarna i błyszcząca Nynäsvägen prowadzi mnie w kierunku centrum. Czerwone tylne światła aut jarzą się jaskrawo na pasie przede mną. Wskazują drogę. Wzdłuż jezdni leżą grube zwały brudnego śniegu, a niskie i deprymująco jednostajne zabudowania okalają po obu stronach trasę wjazdową do Sztokholmu. Pojedyncze gwiazdy betlejemskie rozświetlają okna niczym pochodnie w nocy. Znowu zaczął padać śnieg. Zmieszane z deszczem płatki opadają na przednią szybę i zacierają ostre kontury za oknem, sprawiając, że krajobraz mięknie. Słychać jedynie odgłos pracujących wycieraczek zmieszany z monotonnym pomrukiem silnika.

Morderstwo.

Jeszcze jedno morderstwo.

Wiele lat temu, gdy jako stosunkowo młody policjant i świeżo upieczony dochodzeniowiec byłem wzywany na miejsce zbrodni, informacja o zabójstwie zawsze wzbudzała pewną sensację. Śmierć była synonimem tajemnicy, którą należało zgłębić, rozsupłać jak splątany kłębek wełny. Kiedyś wszystko dawało się rozwikłać. Wystarczyło mieć energię, wytrwałość i wiedzieć, za które nici pociągnąć przy odpowiedniej okazji. Rzeczywistość nie była niczym innym jak tylko zwartą materią utkaną z tych nici.

Mówiąc krótko: dawało się nad nią zapanować, ujarzmić ją.

A teraz jest już inaczej. Może straciłem zainteresowanie dla samej materii, zgubiłem wyczucie, które nici należy pociągnąć. Ale z czasem także śmierć nabrała innego znaczenia. Mama śpi w podmokłej ziemi na Skogskyrkogården. Annika, moja siostra, leży na tym samym cmentarzu, tylko kawałek dalej. A tata, który zapija się do nieprzytomności na Costa del Sol, jest na najlepszej drodze, by również tu wylądować. Zbrodnie, z którymi się spotykam, nie wydają się już takie ważne. Oczywiście mogę pomóc w ustaleniu, co się wydarzyło. Ubrać w słowa to, co niepojęte – ktoś został pozbawiony życia – i opisać bieg wypadków, które do tego doprowadziły. Mogę nawet dojść, kto jest winny, i w najlepszym razie doprowadzić mordercę przed oblicze sądu. Ale trupy nadal pozostają trupami, prawda? Trudno mi obecnie znaleźć sens w tym, co robię.

W okolicy Roslagstull zaczyna się robić coraz mroczniej i w tym momencie uświadamiam sobie, że dzisiaj w ogóle nie było jasno. I że dzisiejszy dzień minął w tej grudniowej szarówce równie niezauważony jak dzień wczorajszy i dni poprzednie. Gdy odbijam na E18 w kierunku północnym, ruch wyraźnie się nasila. Mijam jakieś roboty drogowe; samochód podskakuje na dziurach w jezdni, wprawiając drzewko zapachowe przy przedniej szybie w niepokojące kołysanie.

Mniej więcej na wysokości uniwersytetu dzwoni Manfred. Mówi, że jest jakaś cholerna afera, że zamieszany jest jakiś ważniak i że byłoby dobrze, gdybym się tak nie wlókł, tylko wreszcie przyjechał. Wpatrując się przymrużonymi oczami w industrialny szary zmrok, odpowiadam mu, że musi uzbroić się w cierpliwość, bo jezdnia jest dziurawa jak ser szwajcarski i jeżeli przyspieszę, ryzykuję, że poodbijam sobie jaja.

Manfred parska swoim dobrze znanym rechotliwym śmiechem, który przypomina trochę odgłos wydawany przez świnię. Ale może jestem wobec niego niesprawiedliwy: Manfred jest gruby i może to tylko jego konstytucja fizyczna deformuje odbiór tego śmiechu i każe mi myśleć o pożądliwym pochrumkiwaniu. A niewykluczone, że śmiech Manfreda brzmi tak samo jak mój.

Przypuszczalnie wszyscy brzmimy podobnie.

Pracujemy razem ponad dziesięć lat. Rok za rokiem staliśmy ramię w ramię przy stole sekcyjnym, przesłuchiwaliśmy świadków i spotykaliśmy się ze zrozpaczonymi członkami rodzin. Rok za rokiem łapaliśmy różne szumowiny i czyniliśmy świat bezpieczniejszym. Czy na pewno? Wszyscy ci ludzie, którzy spali w lodówkach zakładu medycyny sądowej w Solnie, nadal nie żyją i tak już zostanie. Na wieki wieków. Nie jesteśmy nikim innym niż personelem sprzątającym, który wiąże luźne nici, gdy materia gdzieś pęknie i wydarzy się niepojęte.

Janet mówi, że jestem zrezygnowany i przygnębiony, ale ja nie wierzę Janet. Poza tym nie wierzę w depresję. Naprawdę nie wierzę. Moim zdaniem chodzi raczej o to, że uświadomiłem sobie ograniczenia ludzkiej egzystencji i po raz pierwszy trzeźwo patrzę na życie. Ona wtedy odpowiada, że to właśnie składa się na obraz choroby – dotknięta depresją osoba nie jest w stanie wznieść się ponad własną doświadczaną niedolę. Wówczas zwykle jej odparowuję, że depresja to chyba najbardziej opłacalny wymysł branży medycznej i że nie mam ani czasu, ani ochoty na to, żeby nieprzyzwoicie bogate firmy farmaceutyczne jeszcze bardziej się wzbogaciły. A jeśli Janet mimo to chce nadal rozmawiać o moim samopoczuciu, zawsze odkładam słuchawkę. W końcu od czasu, kiedy byliśmy ze sobą, minęło ni mniej, ni więcej, tylko piętnaście lat, i nie widzę powodu, aby wałkować ten problem właśnie z nią. To, że akurat jest matką mojego jedynego dziecka, niczego nie zmienia.

Nawiasem mówiąc, Albin to dziecko, które nie powinno nigdy przyjść na świat. Nie dlatego, żeby było z nim coś nie tak – jest jak większość nastolatków: pryszczaty, prawdopodobnie przesadnie rozbudzony seksualnie i patologicznie zainteresowany grami komputerowymi – tylko dlatego, że ja naprawdę nie byłem gotów zostać ojcem. W mrocznych momentach (a z upływem lat mam ich coraz więcej) myślę sobie, że ona zrobiła to specjalnie. Przestała brać pigułkę i zaszła w ciążę, żeby zemścić się za tę historię ze ślubem. To całkiem możliwe. Tyle że nigdy nie dowiem się prawdy, zresztą teraz nie ma to już większego znaczenia. Albin istnieje niezaprzeczalnie i cały i zdrowy mieszka ze swoją mamą. Czasami się spotykamy, ale niezbyt często – na Boże Narodzenie, na Świętego Jana i na jego urodziny. Uważam, że dla niego jest zdecydowanie lepiej, jeśli nie mamy ze sobą za dużo kontaktu. W przeciwnym razie istniałoby ryzyko, że on też mógłby się na mnie zawieść.

Niekiedy przychodzi mi do głowy, że może powinienem nosić w portfelu jego fotografię, jak robią to inni (prawdziwi) rodzice. Nieudolne szkolne zdjęcie na tle panneau w kolorze sepii, zrobione w sali gimnastycznej przez jednego z tych fotografów, którego marzenia nie zawiodły dalej niż do gimnazjum w Farsta. Bardzo szybko jednak dochodzę do wniosku, że nie powinienem w ten sposób oszukiwać nikogo, a przede wszystkim siebie. Bo moim zdaniem na bycie rodzicem trzeba sobie zasłużyć. Prawo do tego nabywa się, nie śpiąc po nocach, zmieniając pieluchy i robiąc całą masę innych rzeczy. I ma to niewiele wspólnego z genetyką i plemnikami, które nieświadomie zdeponowałem mniej więcej piętnaście lat temu, dzięki czemu Janet mogła spełnić swoje marzenie o macierzyństwie.

Dostrzegam dom już z oddali. Bynajmniej nie dlatego, że biały, przypominający skrzynię budynek jakkolwiek się wyróżnia w tej ekskluzywnej dzielnicy willowej – jest po prostu otoczony radiowozami. Pulsujące niebieskie światła odbijają się w śniegu, a rozpoznawalne z daleka białe vany techników kryminalnych stoją starannie zaparkowane kawałek dalej. Kiwam głową do mundurowych, pokazuję legitymację i przemykam pod niebiesko-białą taśmą lekko trzepoczącą na słabym wietrze.

Manfred Olsson czeka w drzwiach. Kiedy unosi rękę w pozdrowieniu, jego potężna sylwetka zasłania niemal całe wejście. Ma na sobie tweedową marynarkę, a z kieszonki na piersi wystaje różowa jedwabna chusteczka. Z rozmachem skrojone nogawki wełnianych spodni są starannie wciśnięte w niebieskie szpitalne ochraniacze.

– Lindgren, do diabła, już myślałem, że nigdy się nie zjawisz.

Spotykam jego wzrok. Nieduże jak ziarnka pieprzu, szelmowskie oczka tkwią głęboko zatopione w pulchnej twarzy. Rzadkie, lekko rudawe włosy są starannie zaczesane na mokro w sposób, który przywodzi na myśl aktora z jakiegoś filmu z lat pięćdziesiątych. Nie wygląda na policjanta, przypomina raczej handlarza antyków albo historyka bądź sommeliera. W żadnym razie psa – czego niewątpliwie jest świadomy. I to do tego stopnia, że podejrzewam nawet, iż robi to dla jaj i dobrze się bawi, przeginając w swoim ekscentrycznym stylu ubierania się, aby prowokować zatwardziałych gliniarzy.

– Nie mogłem…

– Tak, tak, wiadomo. Wina korków – mówi Manfred. – Dobrze wiem, jak to jest, kiedy człowiek trafi na niezły film. Zajebiście trudno się oderwać.

Jego dosadny język mocno kontrastuje z dopracowanym i pełnym dbałości stylem ubierania się. Podaje mi ochraniacze na buty i rękawiczki, po czym dodaje ciszej:

– Ale kurewska jatka, mówię ci. No chodź, sam się przekonasz.

Wkładam ochraniacze i rękawiczki i robię duże kroki po kawałkach przejrzystego pleksi, które technicy rozłożyli jak popadło na podłodze w holu. Zapach krwi jest tak intensywny i dławiący, że niemal cofam się w pierwszym odruchu, choć przecież mam z nim do czynienia nie od dziś. Ściskanie w dołku staje się coraz mocniejsze. Mimo wszystkich miejsc zbrodni, które odwiedziłem, zwłok, które widziałem, w obcowaniu z tragiczną i gwałtowną śmiercią jest coś takiego, co wciąż sprawia, że jeżą mi się włoski na karku. Może chodzi o świadomość, jak raptownie wszystko się zmienia. Jak szybko może zgasnąć życie. Ale niekiedy bywa też odwrotnie – miejsce zbrodni albo martwe ciało zdradzają nieznośnie długą, zażartą walkę.

Skinięciem głowy pozdrawiam techników krzątających się w białych kombinezonach i rozglądam się po holu. Jest osobliwie anonimowy, wręcz bezpłciowy. Albo może tak bardzo męski. Czy to przypadkiem nie to samo? Przynajmniej jeśli chodzi o wystrój. Białe ściany, szara podłoga. Nigdzie nie widać jakichkolwiek rzeczy osobistych, które zwykle można znaleźć w holu: ubrań, toreb czy butów. Robię krok na następną plastikową płytę i zaglądam do kuchni. Czarne szafki kuchenne, one też na wysoki połysk? Stół w kształcie elipsy z krzesłami dookoła, podobny widziałem chyba w jakimś piśmie o urządzaniu wnętrz. Pod ścianą szpaler noży, odnotowuję, że chyba żadnego nie brakuje.

Manfred kładzie mi rękę na ramieniu.

– Chodź dalej.

Cofam się w głąb holu, uważając, żeby trafiać stopami na płyty. Staję obok technika uzbrojonego w aparat fotograficzny i notes. Duża plama krwi rozlewa się pod jedną z płyt. Nie, to nie plama, raczej jezioro. Czerwone, lepkie jezioro świeżej krwi, które zdaje się pokrywać całą wewnętrzną część holu, od ściany do ściany i niżej, schody do piwnicy. Mnóstwo śladów stóp różnej wielkości prowadzi od jeziora do drzwi wejściowych.

– Co za pieprzona jatka – mamrocze pod nosem Manfred i z zadziwiającą zręcznością idzie dalej, mimo że płyty wydatnie uginają się pod jego ciężarem. Tabliczka z numerkiem stoi obok krwawego kłębu ubrań. Kątem oka dostrzegam nogę i czarny botek na wysokim obcasie, a potem dolną część ciała kobiety. Leży na plecach. Dopiero po kilku sekundach dociera do mnie, że to, co w pierwszej chwili wziąłem za pęk ubrań, to w rzeczywistości głowa, która leży na podłodze. A mówiąc dokładnie: stoi, jakby wyrastała z parkietu.

Jak grzyb.

Manfred przykuca z wyraźnym postękiwaniem. Ja pochylam się do przodu i chłonę ten makabryczny obraz. Dopuszczam go do siebie – to ważne. Naturalną reakcją byłoby wycofanie się, odwrócenie wzroku od tego ohydztwa, ale jako dochodzeniowiec już dawno temu nauczyłem się zwalczać taki odruch.

Twarz i brązowe włosy kobiety są umazane krwią. Gdybym miał zgadywać, co jest nieco trudne ze względu na stan, w jakim znajduje się ciało, powiedziałbym, że może mieć około dwudziestu pięciu lat. Także tułów jest powalany krwią, na przedramionach są chyba głębokie rany. Denatka ma na sobie czarną spódnicę, czarne rajstopy i szary sweter. Pod nią, nasiąknięta krwią, leży puchowa kurtka.

– Niech to szlag.

Manfred potakuje i pociera zarost na brodzie.

– Skrócona o głowę.

Teraz ja potakuję bez słowa. No bo co można odpowiedzieć na takie stwierdzenie? Przecież widać czarno na białym, że tak właśnie się stało. Swoją drogą odrąbanie głowy i przecięcie kręgów szyjnych wymaga niemałej krzepy. To już coś mówi o sprawcy: z całą pewnością nie zrobił tego niepełnosprawny. Morderca był piekielnie silny. Albo potężnie zmotywowany.

– Wiemy, kim ona jest?

Manfred kręci głową przecząco.

– Nie. Ale wiemy, kto tu mieszka.

– Kto?

– Jesper Orre.

Nazwisko brzmi znajomo, może to jakiś podstarzały hokeista albo wysłużony polityk. Coś mi świta, nie mogę sobie jednak przypomnieć, gdzie słyszałem je wcześniej.

– Jesper Orre?

– Tak, ten Jesper Orre. Prezes Clothes & More.

I nagle sobie przypominam. Kontrowersyjny szef C&M, najszybciej rozwijającej się sieci odzieżowej w Skandynawii. Człowiek z zajadłością hejtowany przez prasę. Za jego metody zarządzania firmą, za romanse i skandale i za równie częste, co politycznie niepoprawne popisy w mediach.

Ciężko dysząc, Manfred wstaje. Ja też się prostuję.

– Narzędzie zbrodni? – pytam.

Bez słowa wskazuje w głąb holu. Przy schodach prowadzących chyba do piwnicy leży duży nóż albo może maczeta. Nie widzę dokładnie. Obok tkwi starannie ustawiona niewielka tabliczka z cyfrą pięć.

– Mamy tego Jespera Orrego?

– Nie. Zdaje się, że nikt nie wie, gdzie może być.

– A co wiadomo?

– Ciało znalazła sąsiadka, która przechodziła obok i zobaczyła, że drzwi wejściowe są otwarte na oścież. Przesłuchaliśmy ją. Teraz jest w szpitalu, bo pod wpływem szoku wysiadło jej serce. Tak czy siak, nie zauważyła nic istotnego. Niestety łaziła po holu i sporo zadeptała, więc nie wiadomo, czy chłopcy znajdą jeszcze jakieś ślady, które nam coś powiedzą. Krew jest też na śniegu na zewnątrz. Sprawca prawdopodobnie próbował po sobie posprzątać.

Rozglądam się wokół. Podłoga przy wyjściu jest pokryta gmatwaniną chaotycznych czerwonych śladów. Na ścianach widać plamy krwi i krwawe odciski dłoni. Trochę to przypomina obraz Jacksona Pollocka: jakby ktoś rozlał czerwoną farbę na podłogę, wytarzał się w niej, a potem jeszcze rozpryskał ją dookoła siebie.

– Samo zabójstwo poprzedziła prawdopodobnie solidna nawalanka – kontynuuje Manfred. – Kobieta ma na przedramionach i dłoniach obrażenia, które wskazują na to, że się broniła. Według wstępnej oceny lekarza zmarła wczoraj po południu między trzecią a szóstą. Ofiara miała około dwudziestu pięciu lat, a bezpośrednią przyczyną zgonu była przypuszczalnie seria ciosów i ran ciętych w szyję w związku z… no tak. Sam widziałeś.

Manfred zamilkł.

– A głowa? – mówię. – Jak ona wylądowała w ten sposób? Czy to może być przypadek?

– Lekarz i technicy twierdzą, że to raczej morderca ją tak postawił.

– Sakramencko to porąbane.

Manfred potakuje i wbija we mnie swoje małe brązowe oczka. Potem zniża głos, jakby strasznie zależało mu na tym, żeby nikt inny nie usłyszał tego, co mówi, chociaż poza nami w pokoju są jedynie technicy.

– Wiesz co? To cholernie mi przypomina…

– Przecież tamto było dziesięć lat temu.

– Mimo wszystko.

Teraz ja kiwam głową. Rzeczywiście, trudno zaprzeczyć, że są pewne podobieństwa do mordu na Södermalmie sprzed dziesięciu lat, którego nie udało się nam wyjaśnić mimo jednego z najbardziej rozległych śledztw w historii szwedzkiej kryminalistyki.

– Dziesięć lat temu – powtarzam. – Nie ma podstaw, żeby sądzić…

Manfred niedbale macha ręką.

– Wiem, wiem. Pewnie masz rację.

– A co z tym Orrem, który tu mieszka? Co o nim wiemy?

– Na razie nie za wiele, jedynie to, co można wyczytać w gazetach. Ale Sanchez pracuje już nad tym. Obiecała zgłosić się wieczorem.

– A co piszą o nim w gazetach?

– Standardowe plotki. Podobno bywa nazywany poganiaczem niewolników. Facet nie jest ulubieńcem związków zawodowych i w sądzie pracy toczy się niejeden proces przeciwko jego firmie. Najwyraźniej jest też znanym kobieciarzem. Kręci się wokół niego tłum panienek.

– Żona? Dziecko?

– Nic z tych rzeczy. Mieszka tutaj sam.

Rozglądam się po holu, a potem ogarniam wzrokiem obszerną kuchnię.

– Po co komuś, kto mieszka sam, taki gigantyczny dom?

Manfred wzrusza ramionami.

– Sam albo nie sam. Sąsiadka, ta, która trafiła do szpitala, mówiła, że okresami pomieszkują tu różne kobiety, ale że straciła już rachubę, ile ich było.

Zdejmujemy rękawiczki i ochraniacze z butów i wychodzimy z powrotem na dwór. Z dziesięć metrów dalej, z boku od wejścia, widać coś, co wygląda jak spalony składzik, w połowie przysypany śniegiem.

Manfred zapala papierosa, kaszle i odwraca się do mnie.

– Zapomniałem ci powiedzieć. Trzy tygodnie temu był pożar w jego garażu. Firma ubezpieczeniowa bada sprawę.

Rzucam okiem na pozostałości zwęglonych belek sterczących ze śniegu i nagle widzę obraz sosen na cmentarzu Leśnym. Ich milczące, ciemne sylwetki tak samo odcinają się od bieli śniegu i wywołują identyczne niepokojące poczucie przemijania i śmierci.

W samochodzie w drodze do miasta znowu myślę o Janet. Jakoś tak jest, że najbardziej brutalne zbrodnie i najgorsze potworności zawsze sprawiają, że zaczynam o niej myśleć. Pewnie dlatego, że wytrąca mnie z równowagi tak samo mocno jak te przestępstwa. Albo dlatego, że na poziomie podświadomości czasami nawet bym wolał, żeby ona też była martwa, jak ta kobieta w białym domu. Co rzecz jasna wcale nie znaczy, że chciałbym ją uśmiercić, bo przecież w końcu jest mamą Albina, ale mimo wszystko czasami nachodzi mnie coś takiego.

Zanim się spotkaliśmy, moje życie było nieskończenie prostsze.

Janet pracowała w jednej z kawiarni niedaleko komendy policji na Kungsholmen. Zawsze się witaliśmy, kiedy tam wpadałem, a gdy gości było niewielu, wtedy nawet przysiadała się do mnie na chwilę. Częstowała kawą i gadała. Miała krótkie rozjaśnione włosy obcięte na punka i przerwę między przednimi zębami, która może dodawała jej uroku, a może wręcz odwrotnie, sam nie wiem, w każdym razie ta śmieszna szczelina przykuwała wzrok, była stałym punktem odniesienia, jak sztuczna mucha w pisuarze. Poza tym Janet miała fantastyczne cycki. Jasne, że były przed nią inne dziewczyny, i to nawet sporo, ale z żadną nie chodziłem tak na poważnie. Pojawiały się i znikały, nie robiąc na mnie większego wrażenia. Nie sądzę też, by bycie ze mną odcisnęło na ich życiu szczególnie silne piętno.

Ale Janet okazała się inna. Była uparta, piekielnie uparta. Myślę, że może trzy albo cztery razy spotkaliśmy się w mieście na kolacji i mniej więcej tyle samo razy wylądowaliśmy w łóżku, kiedy ona zaczęła przebąkiwać o zamieszkaniu razem. Oczywiście się nie zgodziłem. Nie czułem potrzeby, żeby mieszkać z nią, a jej ciągłe trajkotanie o niczym już trochę działało mi na nerwy. Coraz częściej łapałem się na tym, że najlepiej by było, gdyby ona zamknęła japę. Jednak czasami, kiedy patrzyłem na nią, jak spała nago w moim ciasnym łóżku, uważałem, że jest nieopisanie piękna. Z ciszą i milczeniem było jej o wiele bardziej do twarzy niż z tym nieustannym tokowaniem. Marzyłem, żeby zawsze mogła być taka. Ale to było oczywiście całkiem niedorzeczne marzenie. Bo nie można poprosić swojej dziewczyny, aby była cicho i była naga.

W każdym razie nie przez cały czas.

Początkowo to trajkotanie dotyczyło głównie zwykłych spraw, na przykład wakacji. Janet potrafiła przyjść do domu z torbą pełną katalogów różnych biur podróży i poświęcić cały wieczór na maglowanie, gdzie najlepiej byłoby się wybrać. Na Majorkę czy na Ibizę. Na Wyspy Kanaryjskie czy do Gambii. Na Rodos czy na Cypr. Zastanawiała się, gdzie jest najlepsza pogoda, gdzie mają najsmaczniejszą kuchnię i gdzie da się zrobić najatrakcyjniejsze zakupy.

Zazwyczaj kończyło się tym, że rzeczywiście gdzieś wyjeżdżaliśmy i nawet nie było tak źle. W małej wiosce na wschodnim wybrzeżu Majorki mieliśmy niewiele do roboty, w związku z czym Janet prawie przez cały tydzień czytała Dzieci Ziemi, co oznaczało, że przynajmniej nie trzeszczała mi nad uchem. I siedziała w bikini prawie naga.

No a potem oczywiście był seks.

Fantastyczny seks, nie mogę zaprzeczyć. Niewykluczone, że sprzyjało mu też wino i litry sangrii sączonej przez nas w południowym słońcu. Janet była jak zwierzę – nieposkromiona i zarazem bardzo wrażliwa. Czasami nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że w jej zachowaniu w łóżku jest coś męskiego. Zachłanna, niecierpliwa żądza domagała się natychmiastowego spełnienia. Rozładowania, i to w zdumiewająco egoistyczny sposób. Brała to, co chciała, w tym przypadku mnie, moje ciało. I być może zdarzyło się raz czy dwa, w gorączce upojnej chwili, że całkiem serio rozważałem życie z nią. Może nawet coś takiego powiedziałem. Nie pamiętam.

Tak wielu rzeczy człowiek nie pamięta.

Ale ledwie wróciliśmy do domu, znowu zaczęła mówić o kupnie mieszkania. Oznajmiłem jej bez ogródek i wyraźnie, że nie jestem gotów na to, by mieszkać z nią pod jednym dachem, ona jednak jakby tego nie słyszała. Jak zwykle liczyło się tylko to, czego ona chce, a jej celem były mieszkanie i rodzina, przecież powinienem czuć podobnie, w końcu mam już trzydzieści trzy lata, czyż nie?

Wytatuowała sobie moje imię nad pośladkami: „Peter” na wstążce trzymanej w dziobach przed dwa gołębie. Jakoś mnie to dotknęło, chociaż nie do końca wiedziałem dlaczego. Tatuaż jest przecież na zawsze, a już sama myśl, że miałbym spędzić z Janet wieczność, wywołała u mnie ciarki na plecach.

Akurat wtedy zacząłem pracować jako dochodzeniowiec w policji kryminalnej i oczywiście byłem bardzo pochłonięty robotą. To był czas, kiedy podchodziłem jeszcze do każdej sprawy ogromnie serio, szczerze przekonany, że w ten sposób tworzę lepszy świat. Jakby w ogóle dało się ustalić, jak taki świat wygląda.

Lepszy świat?

Dzisiaj, piętnaście lat później, wiem już, że nic się nie zmienia. Pojąłem, że czas nie przebiega linearnie, tylko raczej zatacza koła. Może to brzmi pretensjonalnie, choć tak naprawdę to dosyć banalne. Czas jest okręgiem, jak zwinięte pęto kiełbasy. I nie ma się tu nad czym szczególnie rozwodzić. Jest, jak jest: pojawiają się nowe morderstwa, przychodzą nowi policjanci, którzy z romantycznym wyobrażeniem swojej zawodowej roli rzucają się na przydzielone im zadania. I nowi sprawcy, którzy ledwie trafią za kratki, szybko znajdują swoich następców.

To się nigdy nie kończy.

Wieczność jest okrągłym pętem kiełbasy. A Janet chciała dzielić je właśnie ze mną.

Czasami mi się wydaje, że na początku naszej relacji byłem bardziej nieugięty i stanowczy. Wtedy rzeczywiście miałem większy dystans do jej wymysłów. Ale stopniowo przełamała mój opór albo może ja zmieniłem taktykę obrony – stałem się mniej kategoryczny. Kiedy wracała do tematu, odpowiadałem, że ewentualnie zamieszkamy razem za rok. A potem wynajdywałem różne przedziwne mankamenty wszystkich mieszkań, do których zdołała mnie zaciągnąć: a to piętro za niskie albo za wysokie (ryzyko pożaru!), a to za daleko od miasta albo za blisko (hałas!) bądź jeszcze co innego.

Za każdym razem, gdy wracaliśmy z takich oględzin, wyglądała na zdruzgotaną. Nic nie mówiąc, szła obok mnie ze wzrokiem utkwionym w asfalcie, a długa jasna grzywka zwisała jej przed oczami jak firanka. Torebkę przyciskała mocno do piersi niczym tarczę, a usta miała zaciśnięte w cienką, zsiniałą kreskę.

Janet była dobra w tych sztuczkach. Wiedziała, że poczucie winy, które starała się wywołać, jeszcze bardziej mnie zmiękczy i zmusi do uległości. Zachodziłem w głowę, gdzie ona się nauczyła tak manipulować ludźmi.

Być może właśnie te doświadczenia wyniesione ze znajomości z Janet sprawiły, że tak bardzo zachwyciłem się Manfredem, kiedy kilka lat później zacząłem z nim pracować. Mimo że na pierwszy rzut oka robił wrażenie niemal komiczne – częściowo za sprawą swojego wyglądu, a częściowo przez swój niewyparzony język – wydawał się mieć wewnętrzną siłę, która od razu wzbudziła mój podziw. Już po kilku dniach naszego partnerowania wziął mnie na bok i oznajmił, że właśnie się rozwodzi i że powinienem o tym wiedzieć, ponieważ prawdopodobnie będzie to wpływać na naszą sytuację w pracy.

Jego żoną była wtedy Sara i mieli ze sobą trójkę nastoletnich dzieci. Pamiętam, że spytałem go, co na to ona, a on mi odpowiedział, że „to nie ma najmniejszego znaczenia, bo ja się już zdecydowałem”. Jego słowa trochę mnie zszokowały. Wynikało z nich bowiem, że podjął decyzję całkiem sam i zamierzał doprowadzić do rozwodu niezależnie od tego, co sądziła Sara.

Nie do końca mieściło mi się to w głowie.

Jednocześnie zacząłem się niepokoić. Bo istniało ryzyko, że Manfred, który najwyraźniej był silny i przenikliwy, mógł mnie przejrzeć na wylot. I odkryć moją słabość: ambiwalencję i niechęć do związania się na stałe. Cechy, które z konieczności wykształciłem w sobie, były tak odrażające, że najlepiej było je ukryć. I to głęboko, bo kiedy tylko wypływały na powierzchnię, cuchnęły paskudnie, jak odpadki pływające po rzece.

Dwa lata później sam opowiedziałem mu o naszej historii ze ślubem. W pierwszej chwili wyglądał na osłupiałego, jakby nie do końca rozumiał, co usłyszał, a potem wybuchnął śmiechem. Śmiał się i śmiał, i to tak serdecznie, że trzęsła mu się broda i po pulchnych policzkach ciekły łzy. Po prostu pokładał się ze śmiechu.

Wiele można mówić o Manfredzie, ale jedno nie ulega wątpliwości: ten facet jak nikt inny potrafi patrzeć na życie od jaśniejszej strony.

Kiedy docieram do komendy na Kungsholmen, na dworze jest już prawie ciemno. I chyba zrobiło się też zimniej, bo zamiast deszczu ze śniegiem nad Polhemsgatan wirują duże, przypominające pierze płatki. Gdyby budynek komendy nie był tak potwornie brzydki, może nawet dałoby się zachwycić tym obrazkiem, lecz nad całym kompleksem dominują gigantyczne gmachy będące przykładem postindustrialnego brutalizmu w architekturze, tak modnego w latach sześćdziesiątych. Czworoboki światła przecinające fasadę zdradzają, że koledzy wciąż pracują i że walka z nieprawością i szumowinami nigdy się nie kończy. Nie można liczyć na wolne nawet w piątkowy wieczór tuż przed Bożym Narodzeniem. Zwłaszcza gdy ofiarą brutalnego morderstwa padła młoda kobieta.

W drodze na trzecie piętro spotykam na schodach Sanchez.

– Wyglądasz na zmęczonego – mówi.

Ma na sobie kremową jedwabną bluzkę i czarne spodnie od garnituru, który to strój nadaje jej wygląd policjantki pracującej za biurkiem, co dokładnie odpowiada rzeczywistości. Ciemne włosy ma upięte wysoko, bez trudu dostrzegam więc tatuaż na karku – chyba jakiś rodzaj węża, który wije się po plecach w kierunku lewego ucha, jakby chciał capnąć ją za płatek.

– Ty też nie wyglądasz najlepiej – odpowiadam.

Uśmiecha się zdradziecko miło, ale ja wiem od razu, że doczekam się stosownego komentarza później.

– Ustaliłam co nieco na temat Jespera Orrego. Cały materiał przekazałam Manfredowi.

– Dzięki – rzucam i ruszam wyżej.

Manfred popija herbatę przed komputerem i daje mi znak, żebym wszedł i usiadł. Na biurku stoją zdjęcia Afsaneh, jego młodej żony, i ich prawie rocznej córeczki Nadji.

– Chcesz coś przegryźć? – pyta.

– Dzięki, nie jestem głodny.

– Jasne. Trudno jeść po czymś takim.

Przypominam sobie głowę w kałuży krwi i myślę o wszystkich tych niesamowitych potwornościach, jakie ludzie robią sobie nawzajem, czasami na pozór bez jakiegokolwiek powodu, a niekiedy żeby się zemścić i podtrzymać konflikt trwający od wielu pokoleń. Przypominam też sobie audycję w telewizji sprzed kilku miesięcy. Próbowano w niej odpowiedzieć na pytanie, czy człowiek jest zwierzęciem o instynkcie pokojowym, czy morderczym. Już samo to pytanie wydało mi się osobliwe. Przecież nie ma najmniejszej wątpliwości co do tego, że człowiek to najniebezpieczniejsze zwierzę żyjące na naszej planecie, bo przecież nieustannie polujemy i pozbawiamy życia nie tylko przedstawicieli innych gatunków, ale i własnego. Powłoka cywilizacji jest równie cienka i powierzchowna jak jaskrawe lakiery z upodobaniem stosowane przez Janet.

– Masz coś o Jesperze Orrem?

Manfred potakuje, przesuwając swój pulchny palec po tekście przed sobą.

– Jesper Andreas Orre. Lat czterdzieści pięć. Urodził się i dorastał w Brommie.

Przerywa i wyciąga rękę po swoje okulary do czytania, ja tymczasem zastanawiam się nad tym, co usłyszałem. Czterdziestopięciolatek, czyli cztery lata młodszy ode mnie, i może winny bestialskiego zabójstwa. Albo może i on padł jego ofiarą, na razie nie da się tego ustalić, chociaż statystyki przemawiają za tym, że raczej musi być zamieszany w tę zbrodnię. Bo najprostszym wyjaśnieniem najczęściej jest to, które na końcu okazuje się prawidłowe.

Manfred odchrząkuje i czyta dalej:

– Od dwóch lat zarządza siecią odzieżową Clothes & More. Jest… nazwijmy to: kontrowersyjny. A mówiąc zwyczajnie: nie cieszy się sympatią. Podobno zwalnia ludzi za to, że na przykład ktoś został w domu z chorym dzieckiem czy coś w tym rodzaju. Tak przynajmniej utrzymują związki. Zresztą w sądzie pracy toczy się całkiem spora liczba procesów przeciwko firmie. W ostatnim roku jego dochód wyniósł cztery miliony trzysta siedemdziesiąt osiem tysięcy koron. Ani razu niekarany, ani razu nieżonaty. Regularnie pojawia się w mediach, najczęściej w kolorowej prasie, oczywiście zwykle chodzi o jego romanse i przygody miłosne. Sanchez rozmawiała z jego rodzicami i z sekretarką, ale w ciągu ostatnich godzin żadne z nich nie miało z nim kontaktu. Przez cały piątek był w pracy jak zawsze i podobno wydawał się całkiem normalny.

Wypowiadając ostatnie słowo, Manfred robi w powietrzu znak cudzysłowu, po czym patrzy na mnie znad oprawek okularów.

– Jakiś bliższy związek?

– Według rodziców nie. A sekretarka wspomniała, że od kiedy media zaczęły się nim interesować, zrobił się wyjątkowo milczący. Dostaliśmy kontakty do kilku przyjaciół, Sanchez ich przesłucha.

– A co z tym pożarem?

– No właśnie. Pożar. – Szuka w stosie kartek. – Jesper Orre budował sobie garaż, ale trzy tygodnie temu garaż się spalił, razem z jego dwoma samochodami. Zdaje się, że całkiem drogimi. Jeden to… niech no zerknę… MG, a drugi – porsche. Firma ubezpieczeniowa sprawdza, czy on sam nie maczał w tym palców. Sanchez będzie z nimi rozmawiać.

Spoglądam przez okno. Śnieg pada coraz mocniej i przesłania widok za szybą. Manfred czyta w moich myślach.

– Już niedługo – rzuca. – Ja też muszę zaraz iść do domu. Nadja ma zapalenie ucha.

– Znowu?

– Sam wiesz, jak to jest w tym wieku.

Kiwam głową, ale myślę sobie, że wcale nie wiem. Albin już dawno nie jest niemowlęciem, a kiedy był mały, nie widywałem go prawie wcale. Zapalenie ucha, grypa żołądkowa – wszystko to ominęło mnie bezpowrotnie.

– Słuchaj no – odzywa się Manfred. – A może warto by trochę pogrzebać w tamtym starym śledztwie? Co nam szkodzi? Za dużo tu podobieństw, żeby tak po prostu je zignorować. Mógłbym pogadać z ludźmi, którzy się nim zajmowali. Przydałoby się też dotrzeć do tamtej czarownicy. Jak ona się nazywała? Hanne?

Odwracam się powoli ku niemu. Za wszelką cenę staram się nie zdradzić swoich uczuć, ani przez sekundę nie pokazać, w jaki sposób działa na mnie to imię. Jak wzbierają we mnie wspomnienia i przenikają do każdej komórki mojego ciała.

Hanne.

– Nie – mówię, może trochę zbyt gwałtownie, sam nie wiem. Nie panuję nad swoim głosem. Nie, z nią z całą pewnością nie powinniśmy się kontaktować.

Emma

Dwa miesiące wcześniej

– Shit, ale wielki brylant.

Chude palce Olgi chwytają pierścionek i unoszą go pod światło, jakby chciała sprawdzić, czy kamień jest prawdziwy.

– Bardzo piękny – mówi i oddaje mi klejnot. – Ile kosztował?

– To prezent. Nie pyta się o cenę prezentów.

– Naprawdę?

– Naprawdę.

Zapada milczenie.

– To chociaż powiedz, kim jest ten książę z bajki – odzywa się Mahnoor.

– Nie mogę…

– Daj spokój – prycha. – Przecież jesteście już zaręczeni. Więc po co te tajemnice?

Na jej ramieniu spoczywa gruby, ciemny warkocz. Wokół oczu zrobiła sobie szeroką czarną kreskę.

– To skomplikowane – zaczynam.

– Moja ciotka żyła ze swoim kuzynem. Przez dziesięć lat nie wspomnieli o tym nikomu – wtrąca Olga, próbując pomóc. – Mieli dwoje dzieci. To dopiero było skomplikowane. Bez picu.

– Przysięgam, on nie jest żadnym moim krewnym. Nie ma tu żadnego kazirodztwa. To jest jedynie… skomplikowane.

– Jak na Facebooku? It’s complicated. – Olga śmieje się chytrze.

– Mniej więcej.

Znowu zapada milczenie i tylko słychać, jak lodówka w kuchennej niszy włącza się z sapnięciem. Jestem w stanie zrozumieć ciekawość moich koleżanek. Zareagowałabym podobnie jak one. Ale to jest zupełnie wyjątkowa sytuacja. Byłoby błędem i przejawem nieodpowiedzialności z mojej strony, gdybym powiedziała, a zwłaszcza Oldze i Mahnoor. To mogłoby zaszkodzić Jesperowi i w konsekwencji także mnie samej.

Poza tym obiecałam.

Olga zgarnia okruchy chleba na stole na kupkę i długimi, białymi akrylowymi paznokciami rysuje w nich jakieś wzory.

– Naprawdę nie wiem, po co te tajemnice – nie odpuszcza. – Rozumiałabym, gdyby on był żonaty, wtedy to całkiem inna sprawa, ale przecież wy już się zaręczyliście. Dlatego…

Mahnoor unosi rękę.

– Emma nie chce powiedzieć. I uszanuj to.

Dzięki, spoglądam ku niej z wdzięcznością, na co ona uśmiecha się do mnie i odrzuca warkocz na plecy, Olga zaś mocno zaciska wąskie usta i wymownie wznosi oczy do nieba.

– Whatever.

Znowu zapada cisza. Po chwili Mahnoor odchrząkuje i pyta:

– A jak pogrzeb twojej mamy? Ładny był?

Mahnoor. Zawsze tak samo ostrożna i delikatna. Miękki głos i słowa wypowiedziane powoli i powściągliwie. Jak drobne, lekkie pieszczoty na skórze. Wciskam pierścionek na palec. Oddycham z ulgą.

– Tak. Niedużo ludzi, sami najbliżsi.

W rzeczywistości w małej kaplicy było tylko pięć osób. Dwa samotne wieńce leżały na prostej drewnianej trumnie. Organista grał psalmy, chociaż wiedziałam, że mama nienawidziła wszystkiego, co nosiło nazwę psalm albo modlitwa. Nawet po śmierci, tak samo jak za życia, trzeba ugiąć się przed tradycją, pomyślałam.

– A jak się teraz czujesz? W porządku?

Mahnoor wygląda na zatroskaną.

– Jest okej.

Tak naprawdę nie wiem, co czuję, ale to też byłoby zbyt trudne do wyjaśnienia. Sytuacja jest dla mnie kompletnie nierealna. Wciąż nie może pomieścić mi się w głowie, że to naprawdę jej duże i ciężkie ciało leżało upchnięte w trumnie. Że ktoś ją ubrał, uczesał sterczące, utlenione na jasny blond włosy i ją tam położył. Że skrzynię nakryto wiekiem i przybito je gwoździami, czy jak to się tam robi.

Co ja tak naprawdę powinnam czuć?

Rozpacz, smutek? Ulgę? Moje relacje z mamą były, mówiąc delikatnie, skomplikowane, a przez ostatnie lata, kiedy zaczęła pić na pełny etat, jak określała to jedna z moich ciotek, rzadko się ze sobą kontaktowałyśmy.

A teraz ta historia z Jesperem. W całym tym dramacie wręcza mi pierścionek i mówi, że chce ze mną być. Zerkam na brylant, który iskrzy się na moim palcu, i myślę sobie, że niezależnie od tego, co się wydarzyło, nikt nie może mi go odebrać. Jestem tego warta, zasłużyłam na to.

Nagle drzwi otwierają się z hukiem.

– Ile razy mam wam jeszcze powtarzać, że nie możecie zostawiać mnie samego w sklepie? Siedzicie tu i palicie, a ja…

– Wcale nie palimy – przerywa mu ostro Olga i przeciąga dłonią po swoich długich włosach.

Jej reakcja mnie zadziwia. Stawianie się Björnemu zwykle źle się kończy. W tym momencie milknie jak zamurowany, prostuje swe długie chude ciało, wciska ręce głęboko w kieszenie dżinsów, które są niby całkiem sprane i wiszą mu odpowiednio nisko na tyłku, następnie, zakołysawszy się kilka razy na obcasach swoich kowbojek, wbija wzrok w Olgę i wysuwa brodę do przodu, co sprawia, że jego dolna szczęka sterczy jeszcze bardziej niż zwykle. Przypomina rybę, przebiega mi przez głowę.

– Prosiłem cię o zdanie? – zwraca się do Olgi.

– Nie, ale…

– No to trzymaj gębę na kłódkę i lepiej pomóż mi ometkować dżinsy, zamiast siedzieć tutaj i podziwiać swoje kretyńskie rosyjskie paznokcie.

Po czym odwraca się na pięcie i zamyka drzwi z trzaskiem.

– Chuj – stwierdza Olga, która mimo dziesięciu lat w Szwecji czasami ma problemy ze znalezieniem inwektywy właściwej do konkretnej sytuacji.

– Może lepiej już chodźmy – bąka Mahnoor i wstaje, obciągając sobie bluzkę, a potem otwiera drzwi.

W drodze do domu robię zakupy. Jesper lubi mięso, a dziś wieczorem będziemy świętować, wobec tego musi być polędwica wołowa – droga, ekologiczna, chociaż tak naprawdę mnie na nią nie stać. Kupuję jeszcze mieszankę sałat, pomidorki wiśniowe i kozi ser do zapieczenia na małych kromkach chleba. W monopolowym kręcę się między regałami. Przesuwam dłonią po pękatych butelkach stojących na baczność na półkach. Wino nie jest moją mocną stroną, ale zwykle pijamy czerwone, a Jesper uwielbia wina południowoafrykańskie, toteż w końcu decyduję się na pinotage za całe sto koron.

Kiedy idę Valhallavägen do domu, jest już ciemno. Od północy wieje zimny wiatr i drobne krople deszczu zacinają mi prosto w twarz. Opuszczam głowę ku czarnej, mokrej jezdni i przyspieszam kroku przed wejściem.

Dom pochodzi z 1925 roku i leży tuż przy centrum handlowym Fältöversten w sztokholmskiej dzielnicy Östermalm. Mieszkała w nim jedna z moich ciotek, aż do śmierci trzy lata temu. Z niewyjaśnionego powodu jej mieszkanie przypadło w spadku mnie, co wywołało niemałe poruszenie w rodzinie. Bo dlaczego ja, Emma, niebędąca wcale blisko z Agnetą, mam odziedziczyć po niej lokum w samym centrum miasta? Co ja takiego wykombinowałam, żeby je podstępnie zdobyć? Ale w gruncie rzeczy to wcale nie było takie nielogiczne. Ciotka Agneta nie dorobiła się własnych dzieci i my dwie jednak miałyśmy ze sobą pewien kontakt. Pozostałe ciotki też czasami się spotykały, zdecydowane niezłomnie trwać w dysfunkcjonalnym matriarchacie, ja zaś niekiedy uczestniczyłam w tych ich spotkaniach.

Otwieram drzwi i naciskam mosiężną klamkę. Uderza mnie znajomy zapach opiekanego chleba i środków czystości. I jeszcze jakiś inny, jakby stęchlizny, nie potrafię go dokładnie zidentyfikować. Organiczny i też nieobcy. Ostrożnie stawiam torby z zakupami na podłodze, zapalam światło w przedpokoju i ściągam z nóg przemoczone buty. Płaszcz wieszam na wieszaku, po czym przynoszę ręcznik i delikatnie osuszam nim płaszcz.

Na podłodze przy drzwiach wejściowych leżą dwie koperty. Podnoszę je i idę z nimi do kuchni. Kładę na stosiku innych nieopłaconych rachunków i wezwań. Stosik jest już całkiem spory, przypominam więc sobie, że muszę porozmawiać z Jesperem o pieniądzach. Może niekoniecznie dzisiejszego wieczoru, ale jak najszybciej. Nie mogę jedynie odkładać rachunków na kupkę. Kiedyś trzeba je zapłacić.

Wołam kota i wyjmuję z szafki puszkę. Gdy tylko rozlega się skrzypnięcie zawiasów, Sigge natychmiast się pojawia i zaczyna ocierać się o moje łydki. Schylam się, żeby pogłaskać go po czarnym futrze, przez chwilę z nim rozmawiam, a potem wracam do pokoju.

Moje mieszkanie jest umeblowane bardzo skromnie. Fotele Carla Malmstena odziedziczyłam po ciotce Agnecie. Nieduży składany stolik i krzesła stojące w przedpokoju kupiłam przez internet, a łóżko w Ikei. Mam też biurko, które znalazłam w Myrornie1. Jest całe zawalone książkami i czerwonymi zeszytami. Bo poza pracą w sklepie uczę się w liceum. W klasie o profilu przyrodniczym. Rzuciłam szkołę. W moim życiu wcześniej działy się rzeczy, przez które ani nie mogłam, ani nie chciałam zakuwać, chociaż nauka zawsze przychodziła mi łatwo. Zwłaszcza matematyka. Świat cyfr ma w sobie coś wyzwalającego. Tam nie ma żadnej szarej strefy, żadnej przestrzeni na subiektywizm czy interpretację; możesz policzyć albo dobrze, albo źle.

Chciałabym, żeby reszta mojego życia była równie nieskomplikowana.

Przez sekundę przemyka mi przed oczami obraz Gwoździa: widzę jego długie czarne włosy, zebrane w kucyk na karku, widzę, jak opiera policzek na dłoni, kiedy słucha – zawsze zdawał się nam przysłuchiwać z zadziwiającą intensywnością. Jakby każde z nas miało rzeczywiście coś bardzo ważnego do powiedzenia. I może tak było. Otrząsam się i idę do pokoju.

Pewnego dnia przestanę myśleć o Gwoździu, wmawiam sobie. Pewnego dnia wspomnienie o nim zblaknie jak stare zdjęcie z polaroidu i pójdę dalej, jakby nigdy go nie było.

Jest w moim domu jedna rzecz wartościowa – obraz Ragnara Sandberga, który wisi w sypialni. Naiwna kompozycja piłkarzy w kolorach żółtym i niebieskim. Bardzo go lubię. Mama często mi mówiła, że powinnam go sprzedać; podzieliłybyśmy się pieniędzmi i ona mogłaby przepić swoją część. Ale nie zdecydowałam się na to. Wolałam go mieć na ścianie, tam, gdzie wisiał od zawsze.

Ciotka Agneta zostawiła mi też trochę pieniędzy. Mówiąc dokładnie: sto tysięcy. Pieczołowicie ukryte stukoronowe banknoty znalazłam między bielizną pościelową w szafie. Mamie nie wspomniałam o nich ani słówkiem, bo aż za dobrze wiedziałam, co by z nimi zrobiła.

Podchodzę do okna i patrzę przez szybę.

Pięć pięter pode mną Valhallavägen ciągnie się jak gigantyczna czarna arteria, która transportuje ruch do Lidingövägen i dalej, do centrum; to część gigantycznego krwiobiegu dróg przecinających Sztokholm. Deszcz przybrał na sile. Bębni o szybę, pozostawiając na niej oleistą powłokę. Chyba musi być zimno, może nawet blisko zera, myślę i lekko się wstrząsam.

Wyjmuję z toreb zakupy, kroję kozi ser na kawałki i kładę je na małych kromkach. Włączam piekarnik i zabieram się do przygotowania sałaty. Potem biorę prysznic. Czuję, jak ciepła woda oblewa moje ciało. Wdycham gorącą parę. Namydlam dokładnie każdy centymetr ciała płynem, który on najbardziej lubi. Piersi są nabrzmiałe i wrażliwe, kiedy je masuję. Na koniec myję jeszcze głowę i wychodzę ze staroświeckiej wanny.

Łazienka jest pełna pary, uchylam więc lekko drzwi, po czym ręcznikiem przecieram lustro i pochylam się do przodu. Twarz jest jakby trochę nabrzmiała i lekko zaczerwieniona. Ale piegi i tak wyraźnie odcinają się od jasnej skóry, niczym setki wysepek rzuconych na chybił trafił na ocean. Jedne są większe, inne mniejsze. Niektóre zlewają się w plamy i tworzą nieregularne brązowawe kontynenty na bladym oceanie.

Zaczynam ostrożnie rozczesywać rudawe włosy grzebieniem o rzadkich zębach. Przyglądam się swoim piersiom. Są duże, zdecydowanie za duże jak na moją sylwetkę, mają jasnoróżowe sutki z szerokimi aureolami. Zawsze ich nienawidziłam, od samego początku, kiedy tylko te ohydne małe wybrzuszenia zaczęły być widoczne niczym wrzody pod moją jasną skórą. Robiłam wszystko, żeby je ukryć: nosiłam rozciągnięte swetry, chodziłam zgarbiona. Jadłam za dużo.

Jesper mówi, że kocha moje piersi, i ja mu wierzę. Leży mi między nogami, pieści je jak dwa małe szczeniaczki i czule rozmawia najpierw z jedną, a potem z drugą. Myślę, że miłość polega nie tylko na tym, że kochamy drugiego człowieka, ale też na tym, że patrzymy na samych siebie oczami tej ukochanej osoby. I widzimy piękno tam, gdzie wcześniej dostrzegaliśmy jedynie braki i mankamenty.

Maluję się w skupieniu. Jesper nie lubi mocnego makijażu, co nie znaczy, że mam z niego w ogóle zrezygnować. Chodzi tylko o to, by wyglądać na nieumalowaną. Osiągnięcie takiego efektu zabiera więcej czasu, niż można sobie wyobrazić. Potem spryskuję się perfumami we wszystkich strategicznych miejscach: na nadgarstkach, między piersiami, na karku, a także po wewnętrznej stronie ud. W końcu wkładam czarną sukienkę i nic pod nią, starannie wycieram stopy o łazienkowy dywanik i opuszczam łazienkę.

Jesper zwykle jest punktualny, mam więc ochotę wstawić grzanki do pieca już około siódmej, ale ponieważ będą gotowe w kilka minut, postanawiam poczekać do jego przyjścia. Deszcz nadal bębni o ciemną szybę z nie mniejszą intensywnością. Słychać odgłos oddalających się syren. Zapalam świeczki na stole. Płomienie drgają od powietrza ciągnącego z nieszczelnych starych okien, a cienie mebli nagle nabierają życia i rysują się niekształtnie na wysłużonych kuchennych szafkach i składanym stoliku. Przez kilka sekund całe pomieszczenie zdaje się kołysać, na dodatek mam wrażenie, że jest to zaraźliwe, bo raptem ja również czuję lekki zawrót głowy.

Przymykam oczy i chwytam się oparcia krzesła.

Myślę o nim.

Jesper Orre. Oczywiście, że słyszałam o nim, jego twarz migała mi czasami w telewizji i na okładkach kolorowych gazet. Zdarzało się też, że obgadywano go w pracy. Szef firmy nie należał do ludzi niebudzących kontrowersji, ani jeśli chodzi o sprawy zawodowe, ani o inne. Był kimś w rodzaju niegrzecznego chłopca branży modowej, o wątpliwej sławie osoby bezwzględnej i pozbawionej skrupułów. Kiedy objął stanowisko dyrektora, w ciągu miesiąca wyrzucił kierownictwo i stworzył własny zespół. Potem krok po kroku następowały zmiany w całej organizacji. Dwadzieścia procent pracowników musiało odejść. Rozesłano nowe instrukcje dotyczące obsługi klientów. Wprowadzono surowsze zasady dotyczące stroju personelu. Skrócono czas na lunch. Ograniczono przerwy na papierosa.

Gdy tamtego majowego dnia wszedł do sklepu, w pierwszej chwili go nie rozpoznałam. Jego zachowanie mogło wprowadzić w błąd: stał pośrodku działu dla panów i powoli obracał się wokół własnej osi, jak dziecko, które znalazło się w samym sercu cyrkowej areny i szeroko otwartymi oczami przygląda się widowni.

Podeszłam do niego i spytałam, w czym mogę mu pomóc. Na tym polega moja praca; firma opracowała specjalne manuale z gotowymi schematami pytań i odpowiedzi, których każdy pracownik powinien nauczyć się na pamięć – jeszcze jeden z pomysłów Jespera, który nie spotkał się z przychylnym przyjęciem związków.

Odwrócił się do mnie, wciąż z lekko zdezorientowaną miną, z zakłopotaniem dotknął swojej koszuli na piersi, wskazując na dużą pomarańczowoczerwoną plamę.

– Za pół godziny mam posiedzenie zarządu – powiedział, starając się uciec przed moim wzrokiem i wpatrując się w jakiś odległy punkt sklepu.

– Spaghetti bolognese?

Znieruchomiał, przez jego opaloną twarz przemknął cień uśmiechu. W końcu spojrzał na mnie i wtedy go rozpoznałam. Po chwili znowu zerknął gdzieś w bok – na szczęście, ponieważ jego obecność wydała się nagle tak intensywna, tak silna, że zupełnie nie wiedziałam, co mam zrobić. W ciszy, jaka powstała, byłam niezdolna do zapanowania nad sytuacją.

Po kilku sekundach wzięłam się w garść.

– Jaki rozmiar?

Spojrzał na mnie znowu i wtedy zauważyłam, że wygląda na zmęczonego. Miał sińce pod oczami, szerokie pasma siwizny przebłyskiwały na skroniach, smutna bruzda w pobliżu ust ściągała jeden z kącików w dół, nadając całej twarzy niemal zgorzkniały wyraz. Wyglądał na starszego niż na zdjęciach. Na starszego i bardziej wyczerpanego.

– Rozmiar?

– No tak, koszuli.

– Oczywiście, przepraszam. Czterdzieści trzy.

– A jaki kolor pan sobie życzy?

– Nie wiem. Może biały. Jakiś neutralny. Odpowiedni na posiedzenie zarządu.

Odwrócił się do mnie plecami i powiódł wzrokiem po dziale. Ja tymczasem podeszłam do jednego z regałów i wyjęłam trzy koszule, które według mnie byłyby najlepsze. Kiedy znalazłam się znowu przy nim, wciąż stał w tym samym miejscu.

– Nie sądzi pani, że powinna być też konsultantką przy zakupach? – zapytał.

– Oczywiście.

W jego pytaniu nie było nic nadzwyczajnego, do moich obowiązków należało pomaganie klientom w wyborze właściwych strojów. Czekałam przed przymierzalnią, aż wyjdzie z niej w pierwszej koszuli – białej.

– I jak? Jest okej?

– Jak najbardziej. Leży idealnie. Proszę przymierzyć drugą.

Wahadłowe drzwi kabiny ponownie rozchyliły się bezszelestnie. Po dwóch minutach pokazał się w koszuli w niebiesko-białe paski z wyłogami kołnierzyka zapinanymi na guziczki.

– Hm.

– Nie podoba się pani?

Nagle zrobił tak zatrwożoną minę, że omal nie wybuchnęłam śmiechem.

– Owszem, podoba, ale może nie na posiedzenie zarządu. Chyba odpowiedniejsza byłaby trochę bardziej… oficjalna.

Kiwnął głową, jakby był gotowy dostosować się do najdrobniejszego skinięcia z mojej strony, po czym zniknął w przymierzalni.

– Myśli pani, że powinienem przymierzyć jeszcze tę trzecią? – dobiegł jego głos zza drzwi kabiny.

– Moim zdaniem koniecznie.

Zaczęło mnie to trochę śmieszyć. Bo oto uczestniczyłam w niecodziennej zabawie z szefem spółki, który incognito wkradł się do sklepu. Jak w jakiejś starej baśni, w której król przebiera się za żebraka, aby móc wmieszać się między swych poddanych.

Drzwi przymierzalni otworzyły się i Jesper stanął w nich tym razem w jasnoniebieskiej koszuli.

– Ta będzie idealna. Powinien pan wziąć tę – stwierdziłam. – Jest elegancka, ale nie taka smutna jak biała.

– Aha… to znaczy, że w tym sklepie sprzedajemy smutne ubrania?

Jego oczy nagle nabrały życia; przyjrzał mi się zupełnie z inną uwagą niż dotąd.

– Nawet nasi klienci potrzebują czasami smutnych strojów.

– Touché.

Uśmiechnął się i raptem zatrzymał w pół kroku przed kabiną.

– Podoba mi się pani. Jak się pani nazywa?

– Emma. Emma Bohman.

Skinął głową i zniknął za drzwiami, nic już nie mówiąc.

Gdy miałam zainkasować za koszulę, zdarzyło się coś, co na zawsze odmieniło moje życie. Jesper zaczął gorączkowo szukać portfela. Nie dało się nie zauważyć, że z każdą sekundą był coraz bardziej zakłopotany.

– Nie rozumiem. Powinienem go mieć…

Sprawdził w kieszeniach spodni i z rezygnacją pokręcił głową.

– Niech to jasna cholera – wymamrotał przez zęby.

– Nic się nie stanie, jeśli przyniesie pan pieniądze kiedy indziej. Wiem, kim pan jest.

– Nie ma mowy. Kasa nie będzie się pani zgadzała. Nie chcę stawiać pani w takim położeniu.

– Jeśli mnie pan oszuka, naślę na pana policję.

Mój żart chyba go nie ruszył, bo na jego czole, tuż u nasady włosów, pojawiły się maleńkie krople potu. W zimnym sztucznym świetle lśniły niczym kryształki.

– Niech to jasna cholera – powtórzył, ale jakoś tak, że tym razem zabrzmiało to niczym pytanie, jakby oczekiwał rady ode mnie, jak ma wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji.

Pochyliłam się ku niemu i położywszy ostrożnie dłoń na jego przedramieniu, powiedziałam:

– Proszę posłuchać. Założę za pana i zostawię panu mój numer telefonu. Zwróci mi pan, kiedy będzie panu wygodnie.

I tak się stało.

Z wyraźną ulgą na twarzy wziął ode mnie kartkę z numerem telefonu, a gdy opuszczał sklep, pomachał nią jeszcze do mnie, jakbym dała mu jakiś dyplom, i rzucił uśmiech w moją stronę.

Spoglądam na zegar wiszący nad telewizorem. Dwadzieścia po siódmej. Gdzie on się podziewa? Może pomylił godzinę i myśli, że umówiliśmy się na ósmą, a nie na siódmą? Czuję jednak niepokój w dołku. Jeszcze nigdy nie spotkałam kogoś tak punktualnego jak Jesper. Zawsze przychodzi na czas. I zawsze przynosi świeże kwiaty. Mówiąc krótko, jest dżentelmenem w każdym calu. Choć na pozór może wydawać się nieokrzesany i arogancki, a nawet brutalny, w istocie jest wrażliwy, czuły i niekiedy zabawny jak dziecko.

I punktualny.

Nalewam sobie jeszcze jeden kieliszek wina i włączam wiadomości. Francuscy rolnicy zwalili tony ziemniaków na obwodnicę Paryża w proteście przeciwko zmianie przepisów dotyczących unijnych dotacji. Po południu nad Salą przeciągnęła trąba powietrzna i poważnie uszkodziła nowo budowaną szkołę. Chińscy naukowcy odkryli gen, którego uszkodzenie odpowiada za raka prostaty. Wyłączam telewizor i zaczynam nerwowo manipulować przy komórce. Nie chcę dzwonić do Jespera, ale niepokoję się, czy czegoś nie pomylił: godziny, miejsca, dnia?

Wysyłam mu więc krótkiego esemesa z pytaniem, czy jest już w drodze, mając nadzieję, że nie jestem zbyt natarczywa.

Jesper Orre. Gdyby Olga i Mahnoor wiedziały.

A gdyby mama wiedziała…

Nagły ucisk w dołku. Byle nie myśleć o mamie. Za późno. Już czuję jej obecność w moim niedużym pokoju. Czuję odór piwa i potu. Widzę jasne cielsko wylewające się z kanapy, na której rozsiadła się przed telewizorem i głośno chrapie z opróżnioną do połowy puszką piwa bezpiecznie wciśniętą między kolana.

Mama zawsze robiła wielkie halo z tego, że w ogóle nie bierze do ust niczego mocniejszego od piwa. Lena, jedna z jej sióstr, odpowiadała na to, że alkoholicy popijający piwo wysokoprocentowe są tragicznymi pijaczynami najnędzniejszego sortu, bo jedną nogą są już w grobie, a drugą w drodze do supermarketu ICA, żeby uzupełnić zapas w lodówce.

A chyba najsmutniejsze jest to, że mama nie zawsze taka była. Kiedyś, dawno temu, była inna. Wciąż pamiętam to wyraźnie i czasami się zastanawiam, czy przypadkiem większym smutkiem nie przepełnia mnie utrata jej w tamtym starym wydaniu niż jej śmierć.

Wczesne wspomnienie.

Siedzę z mamą na swoim wąskim łóżeczku w pokoju o brudnych ścianach, na których widać ślady palców, dłoni, a nawet stóp. „Co ty tu właściwie wyprawiasz, łazisz po ścianach jak małpa?” – pytała mama i wzdychała teatralnie, kiedy co jakiś czas próbowała zetrzeć te odciski wilgotną ścierką. Za oknem jest ciemno. Ktoś odgarnia śnieg na dziedzińcu. Słyszę świdrujące zgrzytanie, gdy łopata przebija się przez warstwę śniegu i trafia na kocie łby pod spodem. W domu jest zimno i obie z mamą jesteśmy w piżamach z długimi rękawami, mamy też skarpety na nogach. Opowiadanie o trzech niedźwiadkach leży na jej kolanach.

– No dalej – rzuciłam.

– Okej, ale już tylko trochę – odpowiedziała mama, ziewnęła i przewróciła sfatygowaną kartkę sklejoną taśmą w jednym rogu.

Wpatrywała się w tekst z zaciętym wyrazem twarzy.

– Kto spał w moim łóżeczku? – przeczytałam, przesuwając palcem po linijce tekstu.

Miałam wtedy siedem lat i chodziłam do pierwszej klasy. Nauczyłam się czytać, zanim poszłam do szkoły, choć nie pamiętam w jaki sposób. Przypuszczam, że niektóre dzieci jakoś same na to wpadają, po prostu łamią kod. W każdym razie nauczycielka była bardzo zadowolona ze mnie i któregoś dnia zadzwoniła do mamy, aby jej powiedzieć, że jeśli chodzi o czytanie, znacznie wyprzedzam pozostałe dzieci. A ponieważ „czytanie jest podstawą każdej innej nauki”, powinno dobrze mi się ułożyć w życiu.

– A następny rządek?

– Mały niedźwiadek spojrzał na dużego niedźwiedzia i po… pokręcił łebkiem – przeczytałam.

Mama kiwała głową w skupieniu. Sprawiała wrażenie, jakby rozmyślała nad jakimś skomplikowanym zadaniem matematycznym. W tej samej chwili rozległo się pukanie do drzwi i do sypialni zajrzał tata. W ręce trzymał książkę i paczkę papierosów. Półdługie włosy opadały mu miękką falą na twarz. Zawsze uważałam, że z tą fryzurą i niedbałym stylem ubierania się wygląda jak gwiazda rocka. Był fajny w zupełnie inny sposób niż pozostali ojcowie i pozostałe mamy i często bardzo chciałam, żeby to on, a nie mama, odprowadzał mnie do szkoły.

– Chciałem tylko powiedzieć dobranoc – bąknął, wchodząc do środka. Podszedł do łóżka, pochylił się nade mną i pocałował w policzek. Miał kłujący zarost na brodzie i pachniał papierosami.

– Dobranoc – odparłam, odprowadzając go wzrokiem, kiedy ruszył z powrotem do drzwi. Chude plecy w połączeniu z fryzurą, a właściwie brakiem fryzury, i charakterystyczne kołysanie ramionami, gdy szedł – to wszystko sprawiało, że wyglądał na nastolatka.

Spojrzałam na mamę. Stanowiła całkowite zaprzeczenie taty. Miała potężne, obłe ciało, jak u jakiegoś zwierzęcia żyjącego w morzu, lwa morskiego czy walenia. Tlenione włosy sterczały na wszystkie strony, a piersi niemal rozrywały jej kraciastą flanelową piżamę za każdym razem, gdy tylko westchnęła trochę głębiej.

– Teraz twoja kolej – rzuciłam.

Mama zawahała się chwilę, ale w końcu przyłożyła palec wskazujący do tekstu.

– Ja nie spa… spa…

– Spałem – dokończyłam za nią.

Kiwnęła głową i zaczęła od nowa.

– Ja nie spał…łem w twoim łóżku, powiedział ma… ma… mały niedź…

– Niedźwiadek – uzupełniłam.

Mocno zacisnęła pięści.

– Niech to diabli. Niedźwiadek to trudne słowo.

– Niedługo będziesz uważać, że jest proste – stwierdziłam z powagą.

Mama spojrzała na mnie. Nagle jej oczy podejrzanie zabłyszczały, a ona chwyciła mnie za rękę.

– Naprawdę tak myślisz?

– No jasne. U mnie w klasie wszyscy czytają.

Że wszystkie inne mamy i wszyscy inni ojcowie też umieją czytać, tego jej nie powiedziałam, bo chociaż miałam tylko siedem lat, rozumiałam, że mogłabym jej sprawić przykrość. Jedynie ja wiedziałam, że ona nie potrafi czytać. Nawet tata i koleżanki mamy nie znały tej wstydliwej tajemnicy.

– Jutro też poćwiczymy – rzuciła i pocałowała mnie w policzek. – Ale nie mów nic tacie…

– Obiecuję.

Zgasiła lampkę i wyszła z pokoiku. Leżałam w łóżku, czując, jak po moim wnętrzu rozlewa się ciepło. I błogość, że jestem nie tylko kochana, lecz także potrzebna.

A gdyby mama wciąż żyła i mogła zobaczyć mnie i Jespera? Co by pomyślała? Coś każe mi przypuszczać, że byłaby raczej niezadowolona z niezdrowego zainteresowania, jakie prawdopodobnie kiedyś wywoła nasza znajomość. Pewnie ułożyłaby buzię w ciup, zrobiła zbolałą minę i wymamrotała pod nosem, że już o nią nie dbam, ale że w końcu można się było tego spodziewać, bo nigdy jej w niczym nie pomogłam. A potem zaczęłaby trajkotać o córce tej baby, pani Löfberg, która chociaż skończyła już trzydziestkę, ciągle jeszcze nie wyprowadziła się z domu i opiekowała się swoją starą matką.

Znowu zerkam na zegar. Wpół do dziesiątej. Powoli narasta we mnie dziwne uczucie dyskomfortu i zastanawiając się, jak je określić, uzmysławiam sobie nagle, że to strach. A jeśli Jesperowi coś się stało? Jest ciemno, wietrznie i ulice są na pewno pokryte grubą warstwą zmrożonego deszczu. Zastanawiam się przez kilka sekund, po czym sięgam po komórkę leżącą na stole. Waham się. To ciekawe, że mam takie opory przed tym, żeby do niego zadzwonić. Zupełnie jakby moja wartość zależała od tego, czy on pragnie mnie bardziej, niż ja pragnę jego – albo przynajmniej w takim samym stopniu. Jedynie zdesperowane kobiety są natarczywe, myślę, a zdesperowanych kobiet nikt nie chce kochać.

W końcu jednak dzwonię.

Od razu odzywa się sekretarka, czyli musiał wyłączyć komórkę. Dopijam więc wino, nakrywam się kocem i zamykam oczy.

Minął tydzień, zanim Jesper się odezwał i oświadczył, że chce oddać mi dług, a poza tym zaprosić mnie na lunch, jeśli nie mam nic przeciwko temu.

Spotkaliśmy się w sobotę niedaleko jego niedużego mieszkania na Söder, w którym nocował. W restauracji było tłoczno i bardzo głośno. W pierwszej chwili znowu go nie poznałam. Miał na sobie dżinsy i T-shirt i wyglądał znacznie młodziej niż wtedy w garniturze w sklepie. I w ogóle wydawał się zupełnie inny. Po nieporadności nie było ani śladu, trzymał się prosto, uśmiechał i emanował pewnością siebie.

– Cześć, Emmo – powiedział i przywitał mnie całusem w policzek.

Poczułam się dziwnie. Nikt nie całował mnie w policzek, nawet moja własna mama. Zwłaszcza moja własna mama.

– Cześć – rzuciłam.

Odchylił się nieco do tyłu i nic nie mówiąc, przyglądał mi się uważnie, a gdy siedział tak, wciąż milcząc, zrobiło mi się nieswojo. Uznałam więc, że koniecznie muszę coś powiedzieć, żeby przerwać tę uciążliwą ciszę.

– Jak poszło posiedzenie?

– Dobrze.

Uśmiechnął się. W jego spojrzeniu był cień pożądliwości lub wręcz głodu, jakby patrząc na mnie, patrzył na coś jadalnego. Znowu poczułam się dosyć niekomfortowo w tej sytuacji.

– Właściwie dlaczego zaprosiłeś mnie na lunch?

Nie planowałam zadać mu tego pytania, ale jego sposób bycia wprawił mnie w tak duże zakłopotanie, że uznałam, iż jedynym wyjściem jest brutalna szczerość.

– Bo jestem ciebie ciekaw – odparł bez wahania, nie odrywając ode mnie oczu.

Spuściłam wzrok i utkwiłam spojrzenie w swoich nowych dżinsach, które kupiłam sobie specjalnie na tę okazję. Zabawne. Jakby dla Jespera Orrego miało jakiekolwiek znaczenie to, jak jestem ubrana. Ja, zwykła ekspedientka.

– Wzbudziłaś moją ciekawość, ponieważ potraktowałaś mnie jak równego sobie.

Podniosłam wzrok. Przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że w jego spojrzeniu przemknął jakiś cień, może bólu albo obrzydzenia, jakby ugryzł coś zepsutego.

– Równego sobie?

Powoli pokiwał głową. Z baru dobiegł jakiś wielogłosowy wrzask. Odwróciłam się. W telewizorze, zamontowanym wysoko na ścianie, Arsenal właśnie strzelił drugiego gola Manchesterowi United.

Jesper pochylił się ponad stołem, jego twarz znalazła się blisko mojej. Tak blisko, że poczułam zapach wody kolońskiej i piwa, które pił. Znowu zrobiło mi się nieswojo.

– Kiedy jest się… kiedy ma się taką pracę jak ja – poprawił się – wtedy niewielu ludzi traktuje człowieka normalnie. Większość okazuje przesadny respekt. Niektórzy nie mają odwagi nawet odezwać się do mnie. Tylko nieliczni mówią, co tak naprawdę myślą i sądzą. To bywa niesłychanie męczące. I wywołuje poczucie samotności, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi. Ale ty powiedziałaś mi, co myślisz. Potraktowałaś mnie jak zwykłego człowieka.

Wzruszyłam ramionami.

– A nie jesteś nim?

Roześmiał się szczerze i pociągnął łyk piwa. Jego przedramiona były mocno opalone i pokryte licznymi włoskami wypłowiałymi w słońcu.

– Mów, co chcesz, ale poczułem pewnego rodzaju connection z tobą. Jeśli jesteś szczera…

– Tak?

– Jestem pewien, że ty też czasami czujesz się samotna. Inna? Odmienna od ludzi dookoła ciebie? Jak ktoś w rodzaju… obserwatora?

Pokiwałam powoli głową. On miał rację. Zawsze czułam się odmienna. Od wczesnych lat. I zawsze miałam dziwne poczucie, że gram we własnym życiu rolę drugoplanową: siedzę w bańce mydlanej i przyglądam się samej sobie od zewnątrz. Powstaje tylko pytanie: jakim cudem, do pioruna, Jesper Orre mógł mnie tak prześwietlić w ciągu dziesięciu minut w sklepie?

Od strony baru dobiegł pełen zawodu zbiorowy jęk.

– Niewiele brakowało – skomentował Jesper.

– Skąd ty… to wszystko wiesz?

– Co?

Zerknął zdezorientowany na telewizor, jakby moje pytanie odnosiło się do meczu.

– No, o mnie. Sprzedałam ci koszulę, a teraz siedzisz naprzeciwko i twierdzisz, że jesteśmy do siebie podobni. Że jesteśmy samotni. Przecież mnie nie znasz. Nie wiesz, kim jestem, skąd pochodzę, na czym zależy mi w życiu. Mimo to siedzisz tu i mówisz… to wszystko. Co pozwala ci sądzić, że możesz czytać we mnie jak w otwartej książce?

Pochylił szklankę z piwem, żeby się ze mną stuknąć, i puścił do mnie oko.

– Chyba już ci wspominałem, że podoba mi się, że traktujesz mnie jak równego sobie. Nie boisz się. Jesteś podobna do mnie.

Wypadłam z restauracji jak oparzona. Policzki mi pałały, a dłonie miałam mokre od potu. Nie wiem, co było silniejsze: irytacja, że nie wiadomo jakim prawem miał czelność przypisać mi cechy, na temat których prawdopodobnie nic nie wiedział, czy też pociąg, który już wtedy do niego poczułam. A jakby tego było mało, nie potrafiłam powstrzymać się od zadania sobie pytania, czy on nie ma racji. Rzeczywiście jesteśmy podobni? Czy istnieje między nami connection, namacalne poczucie przynależności, które burzy wszelkie mury, takie jak pochodzenie, wiek i zawód?

Było tuż po czwartej, kiedy minęłam park Björns trädgård, biegnąc w kierunku stacji metra Slussen. Popołudnie było ciepłe i chociaż miałam na sobie tylko cienki top, strużka potu spływała mi między piersiami, toteż gdzieś w połowie Götgatan musiałam przystanąć, żeby złapać oddech. Ludzie mijali mnie we wszystkich kierunkach: weekendowi spacerowicze i zakupowicze, żebracy i zakwefione kobiety zmierzające do meczetu. Czułam się tak, jakbym znajdowała się pośrodku rwącej rzeki, jakbym nagle straciła kontrolę nad sterem i dryfowała przed siebie –zagubiona łódź na morzu ludzi.

Kiedy dotarłam do stacji metra, w wejściu dostrzegłam znajomą sylwetkę. To Jesper Orre. Nie wiem jak, ale najwyraźniej domyślił się, dokąd mogę się udać, i zdążył przede mną.

Wziął mnie za rękę.

– Chodź – tylko tyle powiedział.

Pociągnął mnie za sobą z powrotem w dół Götgatsbacken, ja zaś nie byłam w stanie zaprotestować, nie potrafiłam mu się oprzeć. Poczucie bezsilności było obezwładniające, ale jednocześnie wyzwalające. Oswobodzenie się od własnej odpowiedzialności i będącej jej następstwem winy. Szłam za nim. Zamknęłam oczy i pozwoliłam się prowadzić przez rzekę ludzi.

Jest trzecia nad ranem, kiedy budzę się na fotelu w dziwnej, na wpół leżącej pozycji. Kark mi zesztywniał i boli mnie, gdy próbuję go rozprostować. Ciemność za szybą zgęstniała w nieprzeniknioną ścianę, a wiatr wyraźnie przybrał na sile. Ciągnie od okna, wręcz czuję powiew zimnego powietrza na kolanach.

Z niewiadomego powodu przychodzi mi na myśl tata i owad, którego kiedyś znaleźliśmy. Miałam wtedy chyba dziesięć czy jedenaście lat. Larwa, wyjątkowo pękata i jasnozielona, przypominała trochę żelkę z włoskami na wierzchu. Była takiego samego kształtu, na wpół przezroczysta, więc było widać wszystko w środku. Od spodu znajdowało się mnóstwo miniaturowych nóżek, a na samym końcu – jeden samotny wyrostek. Łaskotała, kiedy pełzła mi po usianej piegami dłoni i dalej, po przedramieniu.

– Czy to coś może ugryźć? – spytałam.

Tata pokręcił głową.

– Nie, ten mały wyrostek, który widzisz na końcu, to tarczka analna. Jest całkiem niegroźna.

Gąsienica pełzła dalej, a ja odwróciłam wewnętrzną stronę przedramienia w taki sposób, aby mglista smuga światła padająca z okna oświetliła małe zielone ciałko. Nagle stało się prawie całkiem przezroczyste. Tkwiło na mojej ręce niczym roziskrzony, doskonale wyszlifowany szlachetny kamień.

– Gdzie to znalazłaś? – zaciekawił się tata.

– W krzakach przy huśtawkach.

Skinął głową.

– Ona żywi się liśćmi. Chodź, przyniesiemy jej coś do jedzenia.

Przeszliśmy po cichu przez przedpokój, żeby nie obudzić mamy. Gdy drzwi wejściowe zamknęły się z kliknięciem, tata kiwnął na mnie głową, abym poszła za nim. Domy wznosiły się dookoła niedużego skweru, otaczały skromną plamę zieleni swoimi wysokimi betonowymi cielskami. Słońce nie wzniosło się jeszcze ponad dachami i dziedziniec leżał spowity cieniem. Nie było żywego ducha. Huśtawki wisiały nieruchomo na metalowych stelażach, a pusta piaskownica czekała na dzieci, które już niedługo miały się obudzić. Na żwirowej ścieżce obok leżało kilka popękanych plastikowych łopatek. Gdzieś z daleka słychać było orientalną muzykę i krzyk dziecka. Zapach kawy unosił się w powietrzu wczesnego lata.

– Tutaj – powiedziałam, wskazując na krzew z kolczastymi gałęziami.

Tata, nic nie mówiąc, ułamał kilka mokrych od porannej rosy pędów i spojrzał na mnie z powagą.

– Zbudujemy dla niej małe gniazdko.

Włożyliśmy gałązki do słoika i wróciliśmy do mieszkania równie cicho, jak je opuściliśmy. W przedpokoju było ciemno i trochę zalatywało maminymi papierosami Gula Blend. Z sypialni obok dochodziło jej chrapanie. Tata szukał czegoś w szafce i grzebał w szufladzie z różnymi domowymi narzędziami. Kiedy wrócił do przedpokoju, trzymał w ręce niewielki ostry przedmiot.