Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Alternatywna i fantastyczna wizja Europy w okolicach I WŚ. Polacy i Czesi tworzą sojusz przeciwko Niemieckim elfom, którzy chcą zawładnąć jak największym kawałkiem tego co ma być Polską.
Polscy żołnierze – Długosz i Kandziora, dostają od Czechów specjalną misję, mają przebić się do Gdańska i zniszczyć pięćdziesiąt smoczych jaj, które cesarzowa Niemiecka otrzymywała w ramach uznania lojalności od ludów północy. Niemieckie elfy mają już kilka smoków, ale wyklucie tych pięćdziesięciu jaj mogłoby postawić na głowie losy wojny.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 90
Rok wydania: 2023
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
František Kotleta
Przekład Kamil Czaiński
Porucznik Kandziora przeszukiwał stygnącego pruskiego trupa.
– Jak ten skurwiel nie ma zapałek, to go zabiję jeszcze raz – zaklął.
Był nerwowy. W ustach przeżuwał oskubaną dębową fajkę, wypchaną aż po skraj tanim bułgarskim tytoniem, i sprawiał wrażenie, że jeśli zaraz nie zapali, ruszy z bagnetem na pozycje elfów, bo spędzenie w tym kraterze po bombie jeszcze choćby minuty przyprawi go o delirium.
– Proszę, zapałki. – Jeden z żołnierzy, który doczołgał się z sąsiedniej dziury, wyciągnął do niego rękę.
Jamy były tu trzy, pełne odłamków, spłoszonych żołnierzy i śmierdzącej gleby, siłą wyrzuconej na powierzchnię. Na każdą przypadało siedmiu mężczyzn. Wszyscy mieli na sobie jasnobrązowe polskie mundury z żółto-niebieskimi naszywkami śląskich ochotników. To znaczy wszyscy z wyjątkiem dwóch. Piotra Kandziory, który wygodnie oparł głowę o zwłoki elfa i z zadowoleniem pociągał z fajki, oraz Tomasza Długosza, chudego zarośniętego mężczyzny o dzikim spojrzeniu i z belkami kapitańskimi na ubłoconych pagonach. Na rękawach obu mężczyzn lśnił biały polski orzeł. A raczej biały i lśniący był kiedyś. Teraz za sprawą zaschniętego brudu i wszechobecnego błota, następstw potężnych kwietniowych deszczów, wyglądał raczej na brązowego albo żółtoczarnego, i do tego bardziej jak kruk, a nie orzeł.
– Wyślemy następnego? – spytał Kandziora, który pozostawał dla ochotników zagadką. Przypominał raczej typowego bumelanta z tyłów niż dowódcę frontowego. Był szeroki jak dwóch wielkich byków, tak że płaszcz do munduru musieli mu uszyć na miarę, bo nie mieli na stanie takiego rozmiaru, który dałby radę zakryć jego brzuch i resztę okropnie niezgrabnego ciała. Mimo to, gdy tylko w okopach padł sygnał do ataku, ruszył jako pierwszy i dopóki natarcie nie rozpadło się pod ostrzałem pruskich karabinów maszynowych, biegł na przedzie, tak jakby bandzioch w niczym mu nie przeszkadzał.
– Nie ma sensu. – Długosz pokręcił głową. – Wysłaliśmy już trzech. Albo jesteśmy kompletnie odcięci przez szkopów, albo nie są w stanie wysłać do nas pomocy.
– Albo nie chcą – westchnął porucznik Kandziora i strzepnął popiół z fajki do błota obok trupa. Nigdy nie palił długo, wystarczyło mu kilka pociągnięć.
To on zabił elfa. Wskoczył do jamy jako pierwszy i trafił na przestraszonego pruskiego zwiadowcę. Wbił mu bagnet prosto w kręgosłup. Niemiec nie miał szansy nawet krzyknąć.
Dwudziestu jeden żołnierzy – to było wszystko, co zostało z czoła ataku na bagnety na niemieckie pozycje. Pozostali z grupy śląskich ochotników albo zginęli podczas natarcia, albo rozpierzchli się w drodze do okopów i przy okazji dostali kulkę. Elfy bowiem przepuściły przeciwników przez pierwszą linię obrony po to, by ich okrążyć i pozabijać. Atak od początku nie miał szans na sukces. Ochotnicy przeszli jedynie dwutygodniowe przyśpieszone szkolenie. Kierownictwo unionistów pozbierało ich w euforii po zdobyciu Katowic, obiecując cześć i chwałę w walce z odwiecznym elfickim wrogiem, który już tyle razy okupował polską część Śląska, a teraz udało mu się przełamać front wzdłuż czeskiej granicy. Zamiast czci i chwały czekały na nich jednak kiepskie karabiny na jeden nabój, przestarzałe już w czasach poprzedniej wojny, i nieprzemyślany atak, którym dowództwo frontu śląskiego chciało tylko przetestować siłę niemieckiej obrony. Długosz i Kandziora nie byli Ślązakami. Kapitan urodził się wśród jezior na Mazurach, a gruby porucznik pochodził z pogranicza polsko-ukraińskiego. Ponieważ ich poprzednia jednostka została zdziesiątkowana podczas ataku na Katowice, zostali dowódcami śląskich kozłów ofiarnych.
– Przebijemy się z powrotem? – zapytał z nadzieją w głosie żołnierz, który przyczołgał się z zapałkami.
– No, w przód raczej się nie da. – Kandziora się uśmiechnął. Pudełko zapałek zniknęło głęboko w którejś z kieszeni jego wojskowego płaszcza.
– Poczekamy na noc. Chyba że nastąpi kolejny atak z naszej strony, ale wątpię – włączył się do dyskusji Długosz.
– Musimy rozmieścić straże – zarządził Kandziora.
– Absolutnie nie. Ci chłopcy przyciągną ostrzał, gdy tylko wystawią głowę z okopu. Nie wiedzą, jak się czołgać po polu bitwy. Lepiej niech się chowają. Dopóki elfy o nas nie wiedzą, jesteśmy bezpieczni. Nie chcę tu zwabić artylerii – odpowiedział dowódca.
Kandziora zgodnie pokiwał głową i zwrócił się do ochotnika:
– Miejcie karabiny naładowane i nie wyłaźcie z okopów. Pośpijcie chwilę na zmianę. Po zmroku nikomu nie wolno palić.
Odpowiedź Ślązaka utonęła w huku ostrzału artyleryjskiego. Granaty leciały z niemieckiej strony.
– Kurwa mać! – zaklął Kandziora.
– Przygotować artylerię na kontratak – dodał Długosz. – Spania nie będzie. Znowu wojna.
* * *
Kandziora znów napełnił fajkę. Robił to ze spokojem. Granaty nie trafiały w ich pozycje, tylko w okopy unionistów. Czasu też miał dość. Niemcy z reguły walili ponad dwadzieścia minut. Kapitan Długosz zebrał wszystkich mężczyzn w jednym okopie. Kandziorze nie powiedział, jakie im dał rozkazy. Nie było takiej potrzeby. Obaj wiedzieli, że ich jedyna szansa na powrót do swoich to ukrycie się podczas niemieckiego natarcia. Jeżeli elfy zaatakują stanowiska polskiej obrony, to w chaosie, który nastanie, będzie można się wycofać. Gdyby unioniści rozpoczęli kontratak, byłoby jeszcze lepiej.
Kapitan i porucznik uczestniczyli w tej wojnie od początku. Kiedy Święty Sojusz pod wodzą niemieckiej Żelaznej Cesarzowej, tej ponurej elfiej dziwki, jak nazywała ją polska prasa, przekroczył granice Królestwa Czeskiego, jako zawodowi żołnierze mieli już na sobie mundury i karabiny w ręku. Kandziora i Długosz byli ludźmi, podobnie jak większość mieszkańców Rzeczypospolitej. Polska, jak to zwykle z państwami bywało, opierała się na podziale rasowym. Niemcy byli wyłącznie elfami, podobnie jak ich austriaccy sojusznicy, ale też wyspiarscy Anglicy, którzy w tej wojnie stanęli po stronie unii polsko-czeskiej. Z kolei Włosi, ludzie, od wieków utrzymywali sojusz z niemieckimi elfami i dawali się im wykorzystywać. Ludzie stanowili też dominującą grupę w neutralnym do tej pory Królestwie Francji, tylko w Czechach, tym przedziwnym kraju, od stuleci żyli razem ludzie, krasnoludy i hobbici, często łącząc się ze sobą w pary, o ile tylko przyroda i przypadek, wspierane przez czeskie piwo, na to pozwalały. Ostatnimi laty osiedlali się tu nawet, z aprobatą czeskiego króla, koczowniczy orkowie.
Porucznik wyczyścił fajkę i włożył ją do kieszeni. Odbezpieczył karabin, nowoczesną brneńską Katarzynę model 1917 z magazynkiem na dziesięć nabojów, założył na głowę czapkę i zaczął się nacierać błotem. Długosz i ochotnicy poszli w jego ślady. Żołnierzom nie przeszkadzał ten niecodzienny kamuflaż. Gdyby ktoś im powiedział, że zwiększą w ten sposób szanse na przeżycie, zaczęliby nawet jeść to błoto.
Natarcie rozpoczęło się dokładnie po dwudziestu minutach, chociaż nie dało się tego poznać od razu. Atakowi elfów nie towarzyszyło żadne „hura” dla dodania odwagi ani okrzyki „do ataku” czy „za ojczyznę i cesarzową”. Elfy atakowały w milczeniu. Ta straszna cisza, skrywająca w sobie obietnicę pewnej śmierci, przerażała wroga bardziej, niż potrafiłyby to zrobić najlepszy okrzyk wojenny czy pieśń.
– Już idą – syknął Kandziora, usłyszawszy tupot setek butów wojskowych, który narastał i przyśpieszał wraz ze zbliżaniem się czoła niemieckiego natarcia.
Zanim jeszcze żołnierze wyjrzeli z okopów, rozpoczął się ostrzał ze strony Niemców na wysuniętych pozycjach, którzy godzinę wcześniej przerwali desperacki atak Ślązaków, i nagle elfy – w charakterystycznych czarnych mundurach oraz hełmach z ostrym szpikulcem na górze – były wszędzie. Ubłoceni żołnierze słyszeli wokół tupot nóg i szybkie sapanie napastników. Pierwsi nieprzyjaciele przebiegli, w ogóle ich nie zauważając. Ślązacy ze strachu nawet nie oddychali. Kapitan Długosz wtulał się w ziemię tak ochoczo, jakby chciał się z nią kochać. Ruszał przy tym powoli głową, obserwując biegających dookoła Niemców.
Nagle jeden z elfów wskoczył prosto do krateru. Chwilę mu zajęło, zanim sobie uświadomił, że znalazł się wśród wrogów. Kandziora szybko wstał. W ręce trzymał karabin z bagnetem, celował Niemcowi prosto w serce. Nie był jednak dość szybki. Któryś z ochotników spanikował i wystrzelił. Kula przedziurawiła pierś elfa i wyleciała drugą stroną. Chudy Niemiec rozłożył ręce, upuścił karabin i przewrócił się na plecy. Nabił się na przygotowany bagnet Kandziory.
– Cholera – zaklął po cichu porucznik.
Niepotrzebnie próbował się opanować, bo wystrzał zwrócił uwagę Niemców. Teraz wystarczył im rzut oka na martwe ciało towarzysza, nabite na bagnet ubłoconego mężczyzny.
– Ognia! – ryknął kapitan i zaczął z rewolweru strzelać do pierwszych elfów, które zaglądały przez obręb krateru.
– Na górę, idioci! – wykrzyknął Kandziora.
Ślązacy przesuwali się ku krańcowi dziury służącej im do ochrony tak samo jak okop. Wśród Niemców wybuchł chaos. Większość z nich nie rozumiała, co się dzieje. Niektórzy po prostu biegli dalej w stronę polskich okopów, inni położyli się na ziemi i zaczęli strzelać do wynurzających się z krateru nieprzyjaciół, jeszcze inni informowali nadciągających żołnierzy o nieoczekiwanej zmianie sytuacji. Po kilku minutach polegli pierwsi Ślązacy. Kandziora wystrzelił ostatni nabój z katarzyny, włożył do niej nowy magazynek i pochylił się nad zwłokami, które powoli zsuwały się po błocie tuż obok niego.
– Nie żyje – prychnął, złapał ciało od tyłu za mundur i wystawił je na górę.
– Co pan robi? – pisnął zaskoczony ochotnik.
– Barykadę – odrzekł porucznik. – Na opłakiwanie jest zawsze czas, a teraz możemy stracić głowę – dodał i usadowił się za martwym Ślązakiem. Na potwierdzenie jego słów zwłoki przedziurawiły kolejne kule. Kandziora wycelował i wysłał kilka dobrze wymierzonych strzałów.
– Oszczędzajcie amunicję! – krzyczał kapitan. Zabrał zabitemu elfowi karabin i naboje, ciało również wykorzystał jako element barykady obronnej.
– Idą na nas! – rozległ się w jamie krzyk jednego ze Ślązaków.
Kandziora się odwrócił. Od północy, czyli z niemieckich okopów, biegło w ich stronę co najmniej czterdziestu żołnierzy. Na razie nie strzelali. Oszczędzali naboje. Byli jeszcze za daleko, żeby zaatakować.
Trach! Jeden z nich zrobił wyjątek. Opłaciło mu się to. Ślązak, który przed chwilą krzyczał, spadł z przestrzeloną głową do okopu. Jego miejsce zajęła dwójka oficerów.
– Uwielbiam te ruchome tarcze. – Porucznik uśmiechnął się kwaśno nad stratą jednego ze swoich żołnierzy, a jego katarzyna zaczęła kosić odwiecznych wrogów.
Natarcie wkrótce się rozpadło. Wystarczyło ośmiu zabitych i dwa razy tyle rannych, by Niemcy woleli lec na ziemi, niż wystawiać się na celny ostrzał Polaków.
Wśród ludzi jednak też przybywało ofiar. Po pół godzinie na obrzeżach krateru leżało więcej martwych ciał niż żywych żołnierzy za nimi. Cali i zdrowi byli obaj oficerowie i pięciu ochotników, czterech zostało lekko rannych, dwóch kolejnych umierało. Wyglądało na to, że elfy stworzyły wokół nich zwartą ścianę strzelniczą.
– Poddamy się? – spytał żołnierz, który poświęcił zapałki dla Kandziory.
– No, to jest dobry pomysł – przytaknął kapitan, ukrywając się jednocześnie za trzema trupami, bo nad głową cały czas latały mu kule. Wnosząc po natężeniu dźwięku w ostatnich kilku minutach, tylko ich przybywało. – Kto chce się poddać? – spytał.
Kandziora nie zareagował. Z głową pomiędzy dwoma brzuchami elfów powtarzał ostrzał z katarzyny, aby utrzymać Niemców jak najdalej od krateru. Dziewięciu Ślązaków podniosło ręce.
– Piotr, na dół! – krzyknął kapitan i porucznik ześlizgnął się na dno krateru. – Wyrzućcie broń na górę, tak żeby widzieli, i krzyczcie „wir kapitulieren”, a potem z rękami nad głową powoli wyjdźcie na górę.
– I miejcie nadzieję, że was nie zabiją – dodał porucznik.
– A wasza dwójka? – zapytał ranny ochotnik.
– Schowamy się tu, będziemy udawać martwych i liczyć, że o nas zapomną. Jeśli nas znajdą, też się poddamy. – Długosz skłamał, zachowując przy tym całkowicie wiarygodny wyraz twarzy.
Kandziora wiedział, że to kłamstwo, ale nie dał po sobie nic poznać. Znali się za dobrze, a przede wszystkim znali elfy. Rok wcześniej ich poprzedniej jednostce udało się wyzwolić obóz jeniecki z czeskimi żołnierzami. Tego dnia obiecali sobie, że prędzej zginą, niż trafią do niewoli.
– Wir kapitulieren! Wir kapitulieren! Wir kapitulieren! – krzyczeli żołnierze, tak jak doradził im kapitan, i wyrzucali karabiny.
Ostrzał się skończył, przynajmniej w najbliższej okolicy. Nieopodal trwały walki, które z akcją w kraterze nie miały nic wspólnego. Wyglądało na to, że niemiecki kontratak trafił na bardzo zaciętą obronę.
Pierwszy ze Ślązaków wdrapał się na górę. Z rękami nad głową szło mu to dość ciężko, dwa razy się przewrócił.
– Wir kapitulieren! – krzyczał cały czas, żeby elfy przypadkiem nie zapomniały, czemu wychodzi.
Oficerowie nie patrzyli na poddających się żołnierzy. Długosz uzupełnił naboje w rewolwerze, a lewą ręką wyciągnął z pochwy przy pasie nóż. Kandziora włożył ostatni magazynek, a następnie ściągnął bagnet i schował go pod płaszcz. Przelana śląska krew wsiąkała w mokrą glebę, gdy okrzyki „wir kapitulieren” się oddalały. Oficerowie położyli się w błocie pomiędzy trzema zwłokami, z których nie zdążyli zrobić barykady, i udawali, że nie żyją.
– Hände hoch! Zusammenrücken! Keine Bewegung! – usłyszeli niemieckie rozkazy.
– Boże! – wykrzyknął nagle któryś ze Ślązaków, gdy rozległ się huk karabinów maszynowych.
– Kurwa – zaklęli obaj Polacy jednocześnie.
