Słyszę śmierć - Kupiec Jolanta - ebook

Słyszę śmierć ebook

Kupiec Jolanta

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Jedna chwila. Potężny wybuch w galerii handlowej zmienia wszystko.

Kamila, spokojna pracownica miejskiego muzeum i malarka z zamiłowania, przypadkiem znajduje się w samym środku tragedii. Od tego momentu jej życie zaczyna wypełniać niepokój oraz sny, które są zbyt realistyczne, by uznać je za zwykły efekt szoku.

W tym samym czasie policja prowadzi trudne śledztwo, a wokół wydarzeń z galerii zaczynają pojawiać się kolejne tajemnice. Kamila próbuje zrozumieć, co naprawdę kryje się za jej wizjami. I czy mają one jakikolwiek związek z dramatem, który wstrząsnął miastem.

Na szczęście nie jest sama. U jej boku stoi Mirka – energiczna przyjaciółka, która nawet w najciemniejszych chwilach potrafi rozbroić napięcie swoim temperamentem.

To historia, w której dramat splata się z humorem, a psychologiczne napięcie rośnie z każdą kolejną stroną.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 179

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Słyszę śmierć

© Jolanta Kupiec

© for the Polish edition by Wydawnictwo Hm…

All rights reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody twórców.

Pod redakcją: D. B. Foryś

Redakcja: Aleksandra Baranowska

Korekta: Magda Saletra

Projekt okładki: Angelika Karaś

Skład: D. B. Foryś

Elementy graficzne i ilustracje: Jolanta Kupiec

ISBN: 978-83-68695-44-1

ISBN E-BOOK: 978-83-68695-45-8

Wydanie pierwsze

Wojkowice 2026

Wydawnictwo Nie powiem

E-mail: [email protected]

Telefon: 518833244

Adres: ul. Sobieskiego 225/9, 42-580 Wojkowice

www.niepowiem.com.pl

Nasze życie jest takim, jakim uczyniły go nasze myśli.

Marek Aureliusz

1

Kamila nie mogła ogarnąć sytuacji, w której się znalazła. Wszystko było zamglone… otoczenie… dźwięki karetek… zgiełk… bieganina… krzyki…

Patrzyła tępym wzrokiem na chaotyczną scenerię jak na olbrzymi ekran z kalejdoskopowo zmieniającymi się obrazami. Przypominało jej to analogową taśmę filmową. Tylko że ten dziwny ekran otaczał ją z każdej strony: z przodu, po bokach, z tyłu. Nie wiedziała zupełnie, co robiła wcześniej, jak się tu znalazła i gdzie w ogóle jest. Jedynie co kilka chwil ktoś, jakaś młoda kobieta, głaskała ją delikatnie po plecach i zapewniała:

– Z panią już wszystko dobrze. Uniknęła pani większych obrażeń, a te niewielkie już opatrzyliśmy.

Za każdym razem pilnie spoglądała na Kamilę. Widziała utkwione w jednym punkcie spojrzenie szeroko otwartych oczu i uznała, że poszkodowana nie ma pojęcia, co się dzieje wokół niej. Tak działał umysł: odruch obronny sprawiał, że mózg z powodu wstrząsu niemalże się wyłączał.

Kamila nie czuła bólu, ale nie była w stanie ruszyć ręką ani nogą, a nawet obrócić głowy. Słabo wyczuwała jedynie potężne napięcie. Przez jej umysł nie przebiegła żadna myśl, świadomość pozostawała w całkowitym zawieszeniu.

– Proszę spokojnie odpoczywać. – Kobieta ponownie pogłaskała ramię poszkodowanej. – Mamy sporo rannych, musimy to ogarnąć. Będę do pani zaglądać.

Kamila nie miała pojęcia, skąd ta opiekuńcza osoba się wzięła i gdzie teraz odchodzi. Zupełnie tego nie zarejestrowała. Z kolei kobieta czujnie obserwowała poszkodowaną. Zdawała sobie sprawę z istnienia blokad psychicznych, które pojawiały się przy szokujących przeżyciach. Od niedawna praktykowała w tutejszym szpitalu powiatowym, gdzie została zatrudniona po przeprowadzce w te okolice. Jechała właśnie na dyżur, kiedy ściągnięto ją wraz z dostępnym personelem medycznym do tej przerażającej tragedii.

A Kamila w otępieniu nawet nie czuła, czy oddycha. Młoda lekarka, mimo że pochłonęły ją bieganina i opatrywanie rannych, często spoglądała w stronę kobiety siedzącej na postawionym obok karetki wózku, owiniętej kocem pomimo ciepłej pogody. Była spokojna o jej stan. Wprawdzie wyciągnięto ją w galerii spod regału, na którym wcześniej stały kosmetyki, ale medyczka nie stwierdziła w pobieżnych oględzinach złamań czy głębokich ran. Wystąpiły silniejsze potłuczenia i niewielkie, choć dość liczne obrażenia na nogach i prawej ręce.

Lekarkę ujął jednak widok twarzy Kamili, kiedy odgarnęła z jej twarzy poplątane kosmyki włosów o miedzianym kolorze. Duże zielone oczy zobaczyła dopiero wtedy, gdy po opatrzeniu ran posadziła kobietę na wózku.

– Proszę spokojnie siedzieć, pani Kamilo. – Ponownie podeszła do poszkodowanej. – Czuwam nad panią. Niedługo pojedziemy do szpitala.

Odczuła wcześniej dziwne poruszenie na widok poszkodowanej kobiety – piękne włosy i coś w jej twarzy, co przypominało jej zapamiętaną z dzieciństwa niezwykłą babcię. Może dlatego nie odesłała jej karetką do szpitala, tylko wolała sama tam z nią pojechać po wszystkich oględzinach miejsca eksplozji. Na szczęście ranna nie wymagała pilnej specjalistycznej pomocy, jedynie z kontaktowaniem miała problem. Widziała wszystko jakby w zwolnionym tempie.

W rzeczywistości zdarzenia działy się niezwykle szybko. Ranni zlewali się z udzielającymi im pomocy lekarzami, pielęgniarkami, ratownikami medycznymi czy mniej poszkodowanymi cywilami starającymi się udzielić wsparcia. Niestety znalazło się też paru zabitych. Policja, straż, wszelkie służby porządkowe, łącznie z oddziałami wojskowymi, a głównie służbami pirotechnicznymi, zabezpieczały teren wokół galerii handlowej oraz wewnętrzne pomieszczenia. Wcześniej oczywiście wyprowadzono ostrożnie wszystkich klientów na zewnątrz. Głównie starano się opanować panikę wśród ludzi, aby nie powstały dodatkowe zagrożenia. Wyszukiwano rannych, opatrywano, wysyłano do szpitali. Do pomocy w transporcie szybko zjawiły się śmigłowce medyczne. Od wybuchu w galerii Sun Shop do względnego opanowania sytuacji upłynęło niespełna pół godziny. Było tuż przed południem, początek maja, dzień należał do tych ciepłych i słonecznych.

Miasto rozbrzmiewało wyciem karetek, wozów strażackich i policyjnych, a mieszkańcy byli sparaliżowani strachem.

Według Kamili czas nie płynął. Zawiesił się i mimo szaleństwa wokół, rozciągał się nieograniczenie.

– Jeszcze chwilę, pani Kamilo, i zabiorę panią na dokładne badania do szpitala. – Lekarka troskliwym głosem zwróciła się w biegu do poszkodowanej, u której w świadomości coś drgnęło.

– Jak pani na imię? – zapytała niemal szeptem.

– Bogna. Bogna Lasocka. Jestem lekarką. – I uścisnęła rękę pacjentki. Jakoś przyjemnie poruszył ją usłyszany wreszcie głos kobiety. – Będzie dobrze – stwierdziła z uśmiechem.

– Skąd pani zna moje imię? – wyszeptała zdziwiona Kamila.

– Powiedziała mi pani, kiedy badałam stłuczenia.

Kamila zupełnie tego nie pamiętała. Nagle dotarł do niej krzyk, jakby z ogromnej dali. Brzmiał niemal jak wycie z rozpaczy. Kobieta zupełnie nie potrafiła zrozumieć, skąd dochodził i dlaczego go słyszy. W kolejnej chwili uświadomiła sobie, że przecież robiła zakupy w pobliskiej galerii, takie na cały tydzień, bo spodziewała się, że podczas nieobecności Darka będzie miała i tak sporo na głowie. Ale teraz coś było nie tak. Nie widziała już regałów z produktami. Słyszała tylko ten rozpaczliwy krzyk. Słyszała go coraz bliżej.

– Gdzie? Kto tak krzyczy? – spytała szeptem. Jej mózg pracował niezmiernie powoli, sącząc do świadomości słabe sygnały. – Gdzie jestem? Co się dzieje?

I nagły wstrząs! Jakby w jej głowę uderzył potężny podmuch. Świadomość zaskoczyła. Nastąpił nagły błysk, jakby ktoś nieoczekiwanie włączył szybkim ruchem jakiś przełącznik. Od razu dostrzegła w pewnej odległości sylwetkę mężczyzny klęczącego nad dwoma ciałami. Pochylony i skurczony, krzyczał w ogromnym bólu. Ciałem Kamili wstrząsnął dreszcz na widok tej sceny, uderzył z wielkim impetem nawet w jej umysł. Momentalnie przemknęły w jej głowie wydarzenia: wejście do galerii, krążenie między półkami i nagły, nieokreślony huk.

Teraz dopiero odczuła gwałtowne odrzucenie jej ciała i spadanie na nią sporych ilości czegoś miękkiego, zakończone przywaleniem czymś dużym i cięższym. Reszty nie pamiętała. Teraz jeszcze ten krzyk, potworny, rozdzierający powietrze, połączony z łkaniem, i sylwetka zgięta nad dwoma ciałami. Widziała ją coraz bliżej, chociaż odległość między nimi się nie zmniejszała. Jej umysł skupił się tak mocno na twarzy mężczyzny, że widziała ją wyraźnie, mimo opadających na nią w nieładzie falujących, bujnych włosów. Rysy, mimo że wykrzywione bólem, wydały jej się ładne. Jakim cudem to widziała? Rzeczywista odległość nie była mała.

Rozbudzona gwałtownie świadomość Kamili zarejestrowała w przyspieszonym tempie otaczającą ją scenerię: mnóstwo ludzi, pojazdów, nieopisany ruch, wygląd frontu galerii z rozszarpanymi fragmentami ścian i wydobywającymi się z wnętrza kłębami dymu.

Coś wybuchło?, rozbrzmiało w jej głowie. Rzuciło mnie na ziemię, coś mnie przywaliło… i co dalej? Nie pamiętam…

Siedząc na wózku, odruchowo wychyliła się do przodu, jakby chciała się znaleźć bliżej zrozpaczonego mężczyzny. Wtedy dopiero zaczęła czuć ręce, nogi, całe ciało. Dawały znać poobijane miejsca, silny ból w prawej nodze i ręce, do tego uporczywy szum w głowie. Przez ciągłe zawodzenie mężczyzny stanęło jej przed oczami odejście jej mamy. Bolesne, rozpaczliwe i przytłaczające. Nowotwór zabrał ją zbyt szybko. Wówczas jej wnętrze wypełnił bezgłośny krzyk, w przeciwieństwie do tego słyszanego teraz wyraźnie. Złączyła się w wewnętrznej ciszy z rozpaczą mężczyzny. W pewnej chwili podeszły do niego dwie osoby z ekipy ratowniczej, delikatnie podniosły go znad ciał, uspokajając słowami, których Kamila nie słyszała. Dał się poprowadzić, nagle wyciszony i bezwolny. Kamila zdołała dostrzec jego dziwnie spokojną i przyjemną twarz, zwróconą przez moment w jej stronę. Odczuła bardziej zmysłowo utkwiony w niej wzrok nieznajomego, bo fizycznie nie mogła go wyraźnie dostrzec z powodu odległości. Teraz z całą siłą docierał do niej otaczający ją zgiełk.

– Już kończę. – Ponownie zjawiła się przy niej młoda lekarka. – Zaraz jedziemy do szpitala, jest sporo rannych. – Delikatnym ruchem pogładziła plecy Kamili, zadowolona z powrotu jej świadomości.

– Nic mi już nie jest. – Kamila spróbowała podnieść się z wózka.

– O nie, nie. Tak się pani wydaje – zareagowała pośpiesznie Bogna. – Obrażenia zewnętrzne nie są groźne, ale podejrzewam wstrząśnienie mózgu, więc należy zrobić odpowiednie badania. Ja zaraz wracam. Bardzo proszę zaczekać na mnie i nigdzie się nie ruszać.

Mężczyzny już nie było, a ciała, nad którymi klęczał, nakryto i zabrano na nosze.

Gdyby Darek był na miejscu, zadzwoniłabym do niego, pomyślała Kamila. Dzień wcześniej wyjechał jednak na kilkudniową delegację do Gdyni. Uznała, że nie będzie na razie do niego dzwonić, bo nie czuła się źle i nie chciała zaburzać mu wyjazdu. Miał przecież w planach ważny wykład i spotkania. Ona w szpitalu na pewno nie zostanie długo i wypiszą ją do domu przed jego powrotem.

Zorientowała się w tej chwili, że nie ma torebki. No i co z telefonem? Zadzwoniłaby może chociaż do Mirki. Przypomniała sobie, że torbę miała przerzuconą przez ramię, jak zwykle, gdy robiła zakupy; jej zawartość była wtedy bezpieczna, a ona miała wolne ręce. Popatrzyła po sobie i zauważyła torebkę wiszącą przy wózku. Sięgnęła do wnętrza i syknęła z bólu po obróceniu prawej ręki. Po krótkim oddechu następne ruchy wykonywała już powoli. Udało jej się wydobyć telefon. Niestety Mirka nie odbierała, jednak Kamila wiedziała, że oddzwoni, jak tylko będzie mogła. Trzymała więc telefon w pogotowiu na kolanach. Po kilku minutach podeszła Lasocka.

– Zabieram panią nareszcie do szpitala. Tylko proszę nie wstawać.

Kobieta poderwała się dość energicznie, jakby nie usłyszała zalecenia, ale przygięło ją od razu. Prawa noga zabolała solidnie i zakręciło jej się w głowie.

– Pani Kamilo – upomniała łagodnie lekarka. – Tak proszę nie robić.

Za chwilę jechały z sanitariuszem do szpitala. Podczas jazdy zadzwonił telefon Kamili. Cały czas kurczowo trzymała go przy sobie. Usłyszała energiczny jak zawsze głos Mirki.

– Oddzwaniam, kochana, już mam luz. Wiem, że Darka nie ma, więc może wyskoczymy na chwilę do Krystynki? Mam ochotę na jakieś ciacho. A poza tym trochę poplotkujemy.

Mirka była żywiołowa i mimo wielu obowiązków zawodowych i rodzinnych zawsze znalazła chwilę na odskocznię, jakiś mały wypad do ulubionej kawiarenki.

– Mirusia, chętnie, ale jadę do szpitala – powiedziała Kamila cicho, trochę niewyraźnie, jakby mówienie sprawiało jej trudność. – Nic mi nie jest, ale byłam w Sun Shopie, kiedy był wybuch, może słyszałaś o tym? Jestem trochę poobijana.

Mirkę zmroziło, a zaraz krzyknęła do telefonu.

– Rany boskie, Kama! Ty tam byłaś!? Coś o wybuchu słyszałam, jasne. Jak się czujesz? Zaraz jadę do szpitala. W którym będziesz?

– Pani doktor, do którego szpitala jedziemy?

– Na Koralową. Już dojeżdżamy.

– Dojeżdżamy na Koralową. Na szczęście jestem tylko poobijana, wszystko dobrze. Cieszę się, że się zjawisz.

– Jasne, Kama, trzymaj się dzielnie.

Szok zaczął powoli mijać i Kamili robiło się coraz zimniej. Czuła się kiepsko, mówiąc delikatnie. Owinęła się kocem po szyję, co zauważyła czujna lekarka. Lasocka wiedziała, że teraz u poszkodowanej może się pojawić gorączka, oby na krótko. Możliwe było, że zacznie odczuwać faktyczne skutki wypadku, a nie wiadomo, co wykażą prześwietlenia. Ciało reagowało często z opóźnieniem, właśnie z powodu początkowego szoku.

– Zaraz się pani położy wygodnie i podamy odpowiednie leki. Nie ma u pani zagrożenia fizycznego, tylko może boleć głowa, sprawdzimy to – wyjaśniła.

Po przewiezieniu na szpitalną salę i ułożeniu do łóżka Kamila doznała ulgi i poczuła się bezpieczna. Dosyć szybko zrobiono badania, prześwietlenia, tomograf i zaaplikowano odpowiednie leki. Wszystko się od niej oddaliło, nawet umysł nie przywoływał już dramatycznej sceny ze zrozpaczonym mężczyzną. Spokój tego cichego miejsca podziałał odprężająco. Zasnęła szybko, wyczerpana przejściami, napięciem i dramatycznymi scenami.

2

– Udało się! – Siedząca w półmroku parku postać mężczyzny z zadowoleniem szeptała coś do siebie. – Udało się widowisko, udało się uciec. Udało się zemścić! – Nareszcie poczuł się spełniony. – Reszta już nie jest tak ważna.

Dalsze myśli przemykały w jego głowie. Może się uda, że go nie znajdą, że zaszyje się na trochę w kryjówce, a potem ucieknie za granicę. Tak to sobie obmyślił. Zdążył wszystko przeprowadzić tak, jak zaplanował, i oddalić się na czas, ale zatrzymał się na moment przed galerią, aby porozkoszować się swoim dziełem: wybuchem i uciekającymi w panice ludźmi. Pozostawało jeszcze tylko sprawdzić, czy dziewczyna nie żyje. Kręciła się przy stoisku, blisko zostawionego pakunku. Nie poznała go. Powinna zginąć, zapłacić za wszystko. Ale trzeba się upewnić. Zerwanie z nim dopełniło bólu wszystkich jego życiowych porażek.

Nawet jeśli go złapią – zakładał też i taką opcję – to i tak się wreszcie zemścił za wszelkie krzywdy w swoim życiu. Mógł nawet iść siedzieć. Nie było w kraju kary śmierci, więc mógłby siedzieć nawet do końca życia. Źle by mu nie było. Czytałby sobie, o, tak, dużo by czytał – w końcu wystarczyłoby mu na to czasu. Nie musiałby się martwić o dach nad głową, wyżywienie. Byłby spokojnym, przykładnym więźniem, zresocjalizowanym.

3

Kamila zapadła w mocny sen, bez wizji. Trudno powiedzieć, na jak długo. Jednak po jakimś czasie pojawiły się zarysy pojedynczych postaci padających kolejno na ziemię. Nagle ktoś wrzasnął. Kamila zerwała się gwałtownie na łóżku, łapczywie chwytając powietrze.

– Kama, jestem przy tobie, spokojnie. Coś ci się pewnie przyśniło?

Kamila zaczęła dostrzegać siedzącą przy łóżku postać.

– Mira, jak dobrze, że jesteś. Nic mi nie jest. – Próbowała zaraz wziąć się w garść. – Obudził mnie krzyk. To przez ten wypadek.

– To ty krzyknęłaś i musiałaś go usłyszeć przez sen – uspokajała Mirka.

– Ale w moim śnie wrzasnęła jakaś upadająca postać.

– Faktycznie był jakiś paskudny wybuch w galerii. Na szczęście podobno jest niewiele ofiar, ale sporo rannych. Jakiś podłożony ładunek. Sprawdzają. Szok w mieście. Całe szczęście, że ty jakoś z tego wyszłaś, byłaś przecież w środku. Rozmawiałam już z lekarką, mówiłam, że twój partner jest akurat w delegacji i nic nie wie. Uspokajała mnie co do twojej sytuacji. Niegroźne rany, tylko duży szok. Nie ma się co dziwić. Grunt, że nie masz poważnych obrażeń.

Kamila miała zawroty głowy, które mogły być spowodowane lekkim wstrząśnieniem mózgu, ale Mirce o tym nie wspomniała. Musiała zaczekać na wyniki dokładniejszych badań. Nie odezwała się, tylko słuchała. Mirka miała talent do mówienia, lubiła opowiadać dużo i szybko. Była przecież szefową w Wydziale Urbanistyki i Architektury Urzędu Miejskiego. Musiała ogarniać zmienne i mnożące się sytuacje, do tego zarządzać czteroosobowym personelem.

– Kama, gadam jak najęta, a ty, jak by nie było, jesteś wyczerpana. Przepraszam, znasz mnie. Zajmę się wszystkim, dopóki Darek nie wróci. Przyniosłam ci piżamę, szlafrok, sztućce, mydełka i ręczniki. Powiesz, co ci jeszcze trzeba.

– Mira, dzięki ogromne. Nie dzwoniłam do Darka i ty też tego nie rób. Poproś o to samo swojego Marka. Darek ma ważne spotkania, a ze mną nie jest źle. Pewnie i tak odezwie się po jakiejś konferencji.

– Jasne. Damy sobie radę. Jak zawsze – oznajmiła Mirka, starając się zachować pogodny ton. – Nie będę cię, kochana, przemęczać. Odpoczywaj, śpij dużo, nie śnij nic, jutro przyjdę. Przyniosę dobre jedzonko.

Dobrze, że ona jest, pomyślała Kamila po wyjściu przyjaciółki. Teraz muszę trochę pospać, zanim zadzwoni Darek.

Przywołała w wyobraźni twarz obecnego partnera i jego niemal zawsze uśmiechnięte, szarozielone oczy. Mieszkali ze sobą od roku, ale znali się trochę dłużej.

A Mirka? Znały się od dzieciństwa, chociaż wtedy luźno, z podwórka. Zakumplowały się dopiero w liceum. Znalazły się w jednej klasie i czasem wspomagały w nauce, przez co dużo czasu spędzały razem. Mirka była dobra z matematyki i wbijała Kamili regułki i zasady rozwiązywania zadań, co Kamila z trudem ogarniała. Ona z kolei pomagała koleżance przyswoić gramatykę z polskiego, której tamta nie cierpiała. Czytały razem lektury, których Mirka też nie lubiła. Szkolne sprawy załatwiały szybko, żeby mieć trochę czasu na koleżeńskie spotkania, dyskoteki czy wycieczkowe wypady za miasto. Po liceum ich drogi się rozeszły przez podjęte studia: Kamila poszła na pedagogiczno-artystyczne, a Mirka na architekturę. Po ich zakończeniu obie znalazły się na powrót w rodzinnym mieście i wkrótce wróciły do spotkań. Miały już w tym czasie mężów.

Mira była zadowolona z małżeństwa, urodziła córeczkę, Karinę. Kamili nie ułożyło się życie z Ryśkiem. Szybko okazał się dość wygodnicki, zaczepny z byle powodu, a przede wszystkim zazdrosny, i to niemal chorobliwie. Na szczęście nie mieli jeszcze dziecka i Kamila postanowiła odejść. Ryszard robił jej problemy, ale wykazała w sądzie zdobyte przezornie obdukcje ze stosowanej wobec niej przemocy, co przyspieszyło orzeczenie rozwodu. W końcu Rysiek wyjechał z miasta na stałe. Kamila stała się ostrożna w nawiązywaniu nowych znajomości, a miała wtedy dopiero trzydzieści trzy lata. Kiedy poznała Darka cztery lata później, nadal była atrakcyjną kobietą. Darek natomiast przekroczył czterdziestkę i też miał za sobą nieudany związek. Trochę trwało, zanim Kamila zdecydowała się z nim zamieszkać. Byli już trzy lata ze sobą, od roku mieszkali razem, ale pozostawali cały czas w wolnym związku.

Darek był inteligentnym człowiekiem, ale to też nie świadczy o charakterze. Miał jednak wrodzoną kulturę, łagodność i pogodne usposobienie. Tworzyli raczej udaną parę. Zdarzały się oczywiście trudniejsze dni. Czasem Darka coś wkurzyło, czasem Kamilę, ale nie dochodziło do awantur. Kiedy u obojga napięcie mijało, chętnie wracali do wzajemnych kontaktów. Jeśli czasami Kamila miała chandrę, która u kobiet występuje może częściej, stosowała sprawdzoną metodę: wolała wyjść na przechadzkę lub ewentualnie wziąć dłuższą kąpiel i przetrawić w odłączeniu kiepską sytuację. Darek znał ją już z tej strony i taktownie zostawiał w spokoju. Kiedy partnerka wracała do równowagi, przytulał ją, składał delikatne pocałunki i czekał, aż ewentualnie wyrzuci z siebie, ale już na spokojnie, trapiące ją problemy. To było dla niej jak balsam.