Simone de Beauvoir. W poszukiwaniu miłości i prawdy - Caroline Bernard - ebook + audiobook

Simone de Beauvoir. W poszukiwaniu miłości i prawdy ebook i audiobook

Bernard Caroline

3,9

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Paryż, rok 1929. Młoda Simone de Beauvoir chce prowadzić samodzielne życie. Studiować i pisać. Poznaje Jeana-Paula Sartre’a, enfant terrible, geniusza, który wkrótce zostaje jej kochankiem. Zawierają pakt, który ma zagwarantować im miłość, a zarazem wolność. Wspólnie formułują filozofię egzystencjalizmu, przynależą do paryskiej bohemy. Simone jednak przez długi czas nie potrafi urzeczywistnić marzenia o pisaniu – kolejni wydawcy odrzucają jej teksty jako „niestosowne”. Musi także walczyć o uratowanie swojego związku z Sartre’em. Któż bowiem zdoła pogodzić wielką miłość z dążeniem do wolności?

Snując opowieść o życiu odważnej myślicielki, Caroline Bernard zabiera nas w ekscytującą, odkrywczą podróż, a zarazem kreśli wyjątkową historię miłosną.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 437

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 47 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Izabela Perez

Oceny
3,9 (25 ocen)
11
6
4
2
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Apatheia1

Z braku laku…

Nie wiem, jak autorce udało się napisać powieść o postaci, której niemal nie da się poznać. Nie dowiedziałam się z książki niczego o jej poglądach filozoficznych, przemyśleniach na temat feminizmu, aborcji, życia ... . Autorka schowała bohaterkę za faktami z jej życia i swoimi przemyśleniami, przez co stworzyła postać wyidealizowaną i wyblakłą tak bardzo, że szkoda czytać tej pensjonarskiej opowieści. Simone to ikona feminizmu i rodzących się w bólach praw kobiet do pewnej swobody życia, wolnego wyboru. Zabrakło mi tu faktów, realizmu i żywej postaci. Nie polecam książki, bo niewiele się można z niej dowiedzieć.
10
Irenawe

Dobrze spędzony czas

Ale to jest świetna książka. Bardzo lubię książki na faktach a jeszcze o kobiecie wyzwolonej, piszącej, walczącej o równouprawnienie i bardzo przebojowej a to był początek XX wieku. Czyta się świetnie polecam.
10
idita

Nie polecam

Przeczytałam kilkadziesiąt stron. Reszty nie dam rady.
00
ckzadipie

Dobrze spędzony czas

Bardzo ciekawa biografia
00
jopi79

Nie polecam

Szkolny, drewniany styl, bezbarwne postacie, mętne wyjaśnienia sytuacji i motywacji bohaterów. Już chyba lepiej przeczytać normalną biografię albo autobiografię
00

Popularność




Ty­tuł: Die Frau von Mont­par­nasse

Frag­ment

© Au­fbau Ver­lage GmbH & Co. KG, Ber­lin 2021

(Pu­bli­shed with Au­fbau Ta­schen­buch; »Au­fbau Ta­schen­buch« is a tra­de­mark of Au­fbau Ver­lage GmbH & Co. KG)

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Anna Slo­torsz

Re­dak­cja: Pa­weł Cie­śla­rek

Ko­rekta: Ju­styna Ku­kian

ISBN 978-91-8098-695-3

Kon­wer­sja i pro­duk­cja e-bo­oka: www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Gyl­den­dal Astra /Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.pl

Pro­log

Pa­ryż, rok 1924

Tego wie­czoru Si­mone znów po­kłó­ciła się z oj­cem.

Geo­r­ges de Be­au­voir, znie­cier­pli­wiony, kroił ka­wa­łek pie­czeni. Był ubrany, bo za­mie­rzał wyjść.

Si­mone sie­działa po jego le­wej stro­nie. Obok ta­le­rza, jak zwy­kle, roz­ło­żyła książkę. Nie mar­no­wała czasu – chciała prze­czy­tać za­ło­żoną liczbę stron i wy­peł­nić swój am­bitny plan czy­tel­ni­czy. Obec­nie po­chła­niała Eu­pa­li­nosa Paula Va­léry’ego.

– To nie­godne mło­dej damy, by tak so­bie fol­go­wać. Spójrz na swoje brudne pa­znok­cie! – W słowa te oj­ciec tchnął całą swoją po­gardę, jako ak­tor ama­tor miał wprawę w mo­du­lo­wa­niu głosu.

Si­mone na­wet nie ode­rwała wzroku od lek­tury. Lewą dło­nią przy­ci­skała kartki otwar­tej książki, prawą zaś trzy­mała wi­de­lec i grze­bała nim na ta­le­rzu w na­dziei, że na­wet na oślep złowi ka­wa­łek mar­chewki.

– Si­mone. Mó­wię do cie­bie. Nie na­uczono cię w tym domu do­brych ma­nier?

– Geo­r­ges, daj jej spo­kój. Ma szes­na­ście lat – ode­zwała się matka.

– No wła­śnie – za­wo­łał Geo­r­ges. – W tym wieku dziew­częta już dawno wie­dzą, jak się na­leży za­cho­wać. Cho­dzą na po­ranki fil­mowe i me­cze te­ni­sowe, aby po­znać od­po­wied­nich mło­dzień­ców.

– Nie chcę, że­by­ście szu­kali dla mnie męża – od­parła Si­mone bez­na­mięt­nym to­nem, prze­wra­ca­jąc stro­nicę.

– I tak ża­den cię nie ze­chce. Ta­kiej… sa­wantki, jak to się te­raz mówi. Męż­czyźni nie lu­bią mą­drych ko­biet.

Si­mone aż drgnęła. Czyżby oj­ciec na­zwał ją sa­wantką? Prze­cież to on za­chę­cał ją do na­uki i za­wsze był dumny z jej naj­lep­szych osią­gnięć. Od­kąd jed­nak za­częła do­ra­stać, uznał ją za nie­po­zorną i pro­stacką. Od tej pory całą swą uwagę sku­piał na jej sio­strze Po­upette, dwa lata młod­szej i ład­niej­szej. Zmie­nił się zresztą nie tylko jego sto­su­nek do có­rek, ale także on sam. Gdzie się po­dział czło­wiek, który co wie­czór sta­wał przy ko­minku, re­cy­to­wał dla nich mo­no­logi i od­gry­wał scenki ko­me­diowe, aż ze śmie­chu łzy spły­wały im po po­licz­kach?

– Męż­czyźni nie lu­bią też ko­biet bez po­sagu – oświad­czyła, uno­sząc na chwilę wzrok, by zo­ba­czyć, jak za­re­aguje oj­ciec.

Za­pło­nął gnie­wem.

– Je­steś nie tylko biedna, ale i brzydka.

Si­mone wstała bez słowa. I tak stra­ciła ape­tyt.

Za ple­cami usły­szała głos matki: – Si­mone ma ra­cję, Geo­r­ges. Gdy­byś miał tro­chę wię­cej szczę­ścia w in­te­re­sach, zna­la­zł­byś też po­sag dla mo­ich có­rek. Co z nimi bę­dzie, mo­żesz mi po­wie­dzieć?

Si­mone dłu­żej nie słu­chała. Aż za do­brze znała ar­gu­menty przy­ta­czane w trak­cie od­wiecz­nych kłótni ro­dzi­ców. Geo­r­ges roz­trwo­nił pie­nią­dze, które Fra­nço­ise wnio­sła w po­sagu. Po­zba­wieni służby mu­sieli wpro­wa­dzić się do tego ciem­nego miesz­ka­nia na pią­tym pię­trze przy rue de Ren­nes, a przy­szłość ich có­rek le­gła w gru­zach.

Kłót­nia trwała do mo­mentu, gdy oj­ciec czmych­nął z miesz­ka­nia. Si­mone po­ło­żyła się do łóżka i na­cią­gnęła koł­drę na głowę. Nie za­re­ago­wała na­wet wtedy, gdy chwilę póź­niej do po­koju we­szła Po­upette. Uda­wała, że śpi, choć na­tłok my­śli nie po­zwa­lał jej za­snąć.

Za­sta­na­wiała się, dla­czego oj­ciec za­czął ją kry­ty­ko­wać. Ne­go­wać wszystko, co nie­gdyś uwa­żał za do­bre. Dla­czego na­gle gar­dził jej pra­co­wi­to­ścią, jej szkol­nymi suk­ce­sami? Od kiedy po­dziw dla jej in­te­lektu, który na­zy­wał mę­skim, prze­mie­nił się w dez­apro­batę? Kiedy uko­chana dziew­czynka, która na­pa­wała go taką dumą, stała się cią­głym utra­pie­niem, nie­zno­śną sa­wantką?

Do­tych­czas Si­mone za­wsze ro­biła to, czego od niej wy­ma­gano, a te­raz czy­niono jej z tego po­wodu wy­rzuty. Po­czuła się zdez­o­rien­to­wana, górę brała jed­nak dła­wiąca ją złość. Uwagi ojca do­tknęły ją do ży­wego, nie za­mie­rzała wszakże zmie­niać swo­ich prze­ko­nań. Za­sta­na­wiała się, dla­czego się nie roz­pła­kała. Czę­ste wy­bu­chy pła­czu przy­spo­rzyły jej wśród zna­jo­mych wąt­pli­wej sławy. Nie po­zwo­liła jed­nak, by znie­wagi ojca ją ura­ziły. Jego za­sady już jej nie do­ty­czyły.

Le­żąca obok niej Po­upette ję­czała przez sen. Wy­star­czyło wy­cią­gnąć rękę, by do­tknąć sio­stry – łóżka dzie­liła nie­wielka prze­strzeń. Po­kój był za mały, by po­mie­ścić inne me­ble, choć Si­mone pra­gnęła miej­sca do pracy, wła­snego biurka. Za­sta­na­wiała się, czy o nur­tu­ją­cych ją wąt­pli­wo­ściach po­winna po­roz­ma­wiać z sio­strą. Nie, zde­cy­do­wała, Po­upette by jej nie zro­zu­miała. Ko­chała młod­szą sio­strę, pełną uroku i in­te­li­gen­cji, choć po­zba­wioną jej am­bi­cji i prze­bo­jo­wo­ści.

Zro­biło się późno, a mimo to Si­mone nie mo­gła za­snąć. Na­słu­chi­wała w ci­szy miesz­ka­nia. Matka po­ło­żyła się spać, oj­ciec wróci do­piero za kilka go­dzin. Wstała bez­sze­lest­nie i boso prze­mknęła do jego ga­bi­netu. Miał ten po­kój tylko dla sie­bie, choć pra­wie w ogóle nie spę­dzał w nim czasu. To rzecz oczy­wi­sta, że męż­czy­zna i pan domu po­sia­dał ga­bi­net, na­wet je­śli rzadko z niego ko­rzy­stał.

Si­mone usia­dła przy biurku Geo­r­ges’a i wy­jęła z szu­flady kartkę. Pa­pier lśnił w roz­pro­szo­nym świe­tle ulicz­nych la­tarni, choć tu na gó­rze wcale nie było ono ja­skrawe. Si­mone się­gnęła po pióro. Na­raz owład­nęło nią wra­że­nie, jakby cały świat na­le­żał do niej. Bo mo­gła opi­sać go tak, jak we­dług niej po­wi­nien wy­glą­dać. W wy­obraźni mo­gła stwo­rzyć wszystko – wielką mi­łość, przy­godę, nową fi­lo­zo­fię, która ten świat by ob­ja­śniła.

No do­brze, co kon­kret­nie mia­łaby na­pi­sać? Przed kil­koma mie­sią­cami za­częła pro­wa­dzić dzien­nik. Ze­szyty były dro­gie, więc ko­lejne kartki za­peł­niała drob­nym pi­smem. Miała też na­dzieję, że matka nie bę­dzie w sta­nie roz­szy­fro­wać jej ba­zgro­łów. Za­pi­sy­wała wy­łącz­nie prawe stro­nice no­tat­nika, lewe na­to­miast re­zer­wo­wała dla cy­ta­tów, ty­tu­łów ksią­żek oraz my­śli, które wy­warły na niej wra­że­nie i nie chciała o nich za­po­mnieć.

Tu jed­nak cho­dziło o coś in­nego: chciała spi­sać swoje ży­cie. Skoro nie miała z kim po­roz­ma­wiać o swo­ich tro­skach i ma­rze­niach, bę­dzie roz­pra­wiać sama ze sobą, aby le­piej zro­zu­mieć, czego w tym ży­ciu pra­gnie i ja­kim spo­so­bem może to osią­gnąć. Prze­mieni się w po­słuszną Si­mone, córkę z do­brego domu, która speł­nia wszel­kie ocze­ki­wa­nia swo­ich ro­dzi­ców. Od­po­wia­dać jej bę­dzie druga Si­mone, która naj­bar­dziej ko­cha sprzecz­no­ści i ni­czego nie uznaje za pew­nik, o ile wcze­śniej tego nie za­kwe­stio­nuje. Która z nich zy­ska prze­wagę? Tak czy owak nie miała wąt­pli­wo­ści, że pi­sa­nie wyj­dzie jej na do­bre. Sta­nie się dla niej do­bro­wol­nym wy­gna­niem, na któ­rym może i bę­dzie sama, ale nie sa­motna.

Si­mone unio­sła pióro i na­kre­śliła nim kilka zna­ków w po­wie­trzu, ob­ser­wu­jąc przy tym krą­żące za oknem ćmy, które zbłą­dziły aż tu­taj i mi­go­tały w żół­tym świe­tle ga­zo­wych la­tarni.

Ostroż­nie odło­żyła pióro na miej­sce, a kartkę wsu­nęła z po­wro­tem do szu­flady biurka.

Będę wieść wy­jąt­kowe ży­cie – obie­cała so­bie. Ży­cie, ja­kiego pra­gnę, a nie ów marny ży­wot, ja­kiego chcie­liby dla mnie ro­dzice. Będę Si­mone de Be­au­voir, a nie ma­dame taką to a taką.

A pew­nego dnia zo­stanę sławną pi­sarką.

Roz­dział 1

Wio­sna 1927 roku

– Plus vite, Ja­cques, szyb­ciej – za­wo­łała Si­mone, wy­chy­la­jąc głowę przez okno, by po­czuć na twa­rzy mu­śnię­cia wia­tru. Nie mo­gła się po­wstrzy­mać i opu­ściła szybę, choć mar­cowy dzień był dość chłodny.

Chciała cie­szyć się chwilą. Tego ranka zdała eg­za­min z li­te­ra­tury, i to – zgod­nie z ocze­ki­wa­niami – z wy­róż­nie­niem. Ukoń­cze­nie stu­diów było ko­lej­nym kro­kiem przy­bli­ża­ją­cym ją do urze­czy­wist­nie­nia ma­rze­nia o pi­sar­stwie, do któ­rego wy­trwale dą­żyła przez ostat­nie dwa lata. W po­szu­ki­wa­niu wła­snego stylu oraz te­matu opo­wie­ści po­świę­cała lek­tu­rze każdą wolną chwilę dnia. Żadne dzieło nie umknęło jej uwagi. W księ­garni Sha­ke­spe­are and Com­pany przy rue de l’Odéon po­ży­czała no­wo­ści wy­daw­ni­cze z Ame­ryki, a u Ad­rienne Mon­nier na­prze­ciwko – au­to­rów fran­cu­skich. By­wało, że gdy ko­niecz­nie chciała mieć ja­kąś książkę, a bra­ko­wało jej pie­nię­dzy, po­su­wała się do kra­dzieży. U bu­ki­ni­stów nad Se­kwaną czy­tała na sto­jąco wszystko, co wpa­dło jej w ręce. Książki, któ­rych nie zna­la­zła ni­g­dzie in­dziej, za­ma­wiała w Bi­blio­tece Na­ro­do­wej, którą co­dzien­nie od­wie­dzała. Czy­tała tam głów­nie książki po­trzebne jej na stu­diach. Poza li­te­ra­turą po­zna­wała też oczy­wi­ście ży­cie, któ­rym Pa­ryż, mia­sto świa­tła i sztuki, mie­nił się w ca­łej jego róż­no­rod­no­ści. Zwie­dziła nie­mal każdą wy­stawę pre­zen­to­waną w oko­licz­nych ga­le­riach, była stałą by­wal­czy­nią wiel­kich mu­zeów. Kiedy tylko miała pie­nią­dze, wstę­po­wała z przy­ja­ciółką do jed­nej z ka­wiarni na Mont­par­nas­sie, sia­dała przy sto­liku i wsłu­chi­wała się w głosy prze­sia­du­ją­cych tam lu­dzi. In­te­re­so­wało ją wszystko, nic nie ukryło się przed jej cie­ka­wo­ścią.

Zdany eg­za­min znacz­nie przy­bli­żył ją do celu. Ku jej ra­do­ści ku­zyn Ja­cques cze­kał na nią przed In­sti­tut Sa­inte-Ma­rie i z uśmie­chem na twa­rzy otwo­rzył jej drzwi swo­jego no­wego au­to­mo­bilu.

– Wi­dzę, że na­wet ko­bieta z dy­plo­mem może być atrak­cyjna – przy­znał. – Czy mogę za­brać cię na prze­jażdżkę, by uczcić ten dzień?

Si­mone była prze­szczę­śliwa. W dzie­ciń­stwie ona i Ja­cques bli­sko się przy­jaź­nili. Póź­niej po­dzi­wiała swego star­szego to­wa­rzy­sza. A te­raz była go­towa się w nim za­ko­chać. Ten przy­stojny, gu­stow­nie ubrany męż­czy­zna miesz­kał ra­zem z sio­strą i go­spo­sią w du­żym miesz­ka­niu przy bo­ule­vard Mont­par­nasse i nikt mu nie mó­wił, co ma ro­bić. Był praw­dzi­wym świa­tow­cem, czę­sto wy­cho­dził na mia­sto, znał wszyst­kie modne dan­cingi i ga­le­rie. To on przy­bli­żył Si­mone sur­re­alizm. Go­dzi­nami prze­sia­dy­wali ra­zem, roz­ma­wia­jąc o sztuce i li­te­ra­tu­rze. Jej su­rowa za­zwy­czaj matka po­zwa­lała, by za­bie­rał ją na spa­cer albo do kina. Także oj­ciec lu­bił go i ce­nił; kiedy Ja­cques wie­czo­rami od­pro­wa­dzał Si­mone do domu, uci­nali so­bie po­ga­wędkę.

Na samą myśl o tym Si­mone wy­krzy­wiała twarz. Przy ta­kich oka­zjach jej oj­ciec i Ja­cques pro­wa­dzili nie­koń­czące się dys­ku­sje o li­te­ra­tu­rze i te­atrze. Oj­ciec po­tę­piał mo­der­nizm i za­chwa­lał kla­sy­ków. Si­mone mia­łaby na ten te­mat sporo do po­wie­dze­nia, ale nie­sto­sow­nie by­łoby się mie­szać do roz­mowy – oj­ciec dał jej to ja­sno do zro­zu­mie­nia. Ko­bieta nie po­winna prze­ry­wać męż­czy­znom. Kiedy Geo­r­ges miał dość jej obec­no­ści, kładł dłoń na ra­mie­niu Ja­cques’a i ra­zem za­szy­wali się w ga­bi­ne­cie. Si­mone aż ki­piała gnie­wem.

Dzi­siaj Ja­cques na­le­żał jed­nak tylko do niej. Si­mone opu­ściła da­szek prze­ciw­sło­neczny, by przej­rzeć się w lu­sterku. W ostat­nim cza­sie bar­dzo wy­ład­niała, brzyd­kie ka­czątko prze­obra­ziło się w ła­bę­dzia. Choć na­dal nie przy­wią­zy­wała zbyt­niej wagi do swo­jego wy­glądu, jej nie­fo­remne stroje kryły syl­wetkę pięk­nej mło­dej ko­biety. Sama naj­bar­dziej lu­biła swoje ja­sne oczy w ko­lo­rze nie­za­po­mi­na­jek, po­ły­sku­jące na jej sub­tel­nej twa­rzy. Kilka dni wcze­śniej ścięła dłu­gie włosy na modny obec­nie bob. Jej przy­ja­ciółka Zaza no­siła po­dobną fry­zurę i w fil­co­wych ka­pe­lu­szach w kształ­cie dzwo­neczka wy­glą­dała uro­czo. Si­mone miała jed­nak zbyt wiot­kie włosy, a do tego po­cią­głą twarz, więc ta­kie ucze­sa­nie po pro­stu do niej nie pa­so­wało, choć jej ko­lega René Ma­heu, na­zy­wany Lamą, twier­dził ina­czej. Był co prawda żo­naty, ale ko­chał się w Si­mone. Wciąż ją po­dzi­wiał i nie­ustan­nie za­chwa­lał to jej urodę, to mą­drość, a na­wet jej ochry­pły głos, któ­rym ci­skała ar­gu­men­tami ni­czym wy­strze­li­wa­nymi z ka­ra­binu po­ci­skami. My­lił się jed­nak w kwe­stii fry­zury – ta była zwy­czaj­nie nie­udana. Tego dnia Si­mone zwią­zała włosy chustką w ja­sne plamki, chcąc ukryć to, co naj­gor­sze.

Ja­cques naj­wy­raź­niej nie za­uwa­żył zmiany, po­wie­dział tylko, że chustka ład­nie współ­gra z bia­łym koł­nie­rzy­kiem jej bluzki.

– Wy­glą­dasz na sym­pa­tycz­nego mło­dzieńca – dro­czył się.

Si­mone prze­chy­liła się i oparła o jego ra­mię, gdy trą­biąc, wy­ko­nał gwał­towny ma­newr i wy­prze­dził inny sa­mo­chód. Po chwili się wy­pro­sto­wała, za­mknęła lu­sterko. Ja­cques nie po­świę­cał swej apa­ry­cji wiele uwagi, był po pro­stu pie­kiel­nie przy­stojny. Si­mone przy­glą­dała się z ukosa jego kształt­nej twa­rzy. Lekko zmru­żył oczy, miał w so­bie coś z po­szu­ki­wa­cza przy­gód. Za­uwa­żył jej spoj­rze­nie i się ro­ze­śmiał.

– Za­raz bę­dziemy na miej­scu – oznaj­mił.

– Szkoda – od­parła Si­mone. Mo­głaby sie­dzieć obok niego ca­łymi go­dzi­nami i cie­szyć się prze­jażdżką. Wy­je­chali z mia­sta, kie­ru­jąc się na za­chód. Tylko ze względu na nią Ja­cques wy­brał trasę przez place de la Con­corde, po­środku któ­rego ku bla­do­nie­bie­skiemu niebu wzno­sił się obe­lisk, a na­stęp­nie ru­szył w kie­runku Łuku Trium­fal­nego. Wła­śnie prze­jeż­dżali pod roz­ło­ży­stymi ko­ro­nami drzew La­sku Bu­loń­skiego. O tej po­rze roku były jesz­cze bez­listne, ale wo­kół traw­ni­ków Si­mone do­strze­gła po­ły­sku­jące kwiaty ma­gno­lii oraz żółć ja­śminu i żon­kili.

– Ależ tu pięk­nie – wes­tchnęła, wy­sta­wia­jąc rękę przez okno, by po­czuć po­wiew chłod­nego wia­tru.

– We wszyst­kim znaj­du­jesz coś pięk­nego – po­wie­dział Ja­cques, krę­cąc głową.

– Ależ wio­sna w Pa­ryżu jest cu­downa, nie są­dzisz? Spójrz na tę ak­sa­mitną zie­leń. Taka barwa po­ja­wia się tylko te­raz. Za ty­dzień już jej nie zo­ba­czysz. – Przy­mknąw­szy po­wieki, wy­sta­wiła twarz ku słońcu, które wła­śnie prze­biło się przez za­słonę chmur. Po chwili znów zer­k­nęła na Ja­cques’a. Z we­rwą za­par­ko­wał sa­mo­chód, po czym go ob­szedł, by otwo­rzyć jej drzwi.

– Mogę pro­sić?

Si­mone uśmiech­nęła się do niego.

– Na co masz ochotę? Prze­jażdżka ło­dzią czy lody?

– I to, i to – za­wo­łała. – Ale mu­szę być w domu przed ósmą. Tato chce uczcić mój eg­za­min.

Wy­na­jęli jedną z nie­wiel­kich łó­dek o kształ­cie ła­bę­dzia i le­ni­wie wy­pły­nęli na śro­dek je­ziora.

Ja­cques wy­cią­gnął z kie­szeni ma­ry­narki książkę. To był Mój przy­ja­ciel Me­aul­nes, po­wieść Ala­ina-Fo­ur­niera, uwa­żana przez wielu za na­stęp­czy­nię Wer­tera Go­ethego, po­nie­waż opo­wia­dała o mi­ło­ści – wiel­kiej, nie­szczę­śli­wej mi­ło­ści – którą można po­czuć tylko za młodu. Hi­sto­ria ta wpro­wa­dziła Si­mone w stan emo­cjo­nal­nego cha­osu, od tej pory jej sub­telne uczu­cia do Ja­cques’a zy­skały na in­ten­syw­no­ści. Osta­tecz­nie pchnęło ją to do uzna­nia li­te­ra­tury za sub­sty­tut re­li­gii. Si­mone wie­rzyła w moc słowa, po­wie­ści stały się dla niej nową Bi­blią, na­wet je­śli przy­spo­rzyła tym matce zmar­twień o zba­wie­nie córki.

– Nie mu­sisz mi jej czy­tać. Znam na pa­mięć całe frag­menty.

– No do­brze, w ta­kim ra­zie może dasz się sku­sić na Chłop­czycę? Twoja fry­zura w sam raz do niej pa­suje.

A więc za­uwa­żył moją fry­zurę – po­my­ślała Si­mone, kiedy wy­cią­gał książkę z dru­giej kie­szeni. Za­chi­cho­tała. Po­wieść Vic­tora Mar­gu­eritte’a wy­wo­ły­wała je­den skan­dal za dru­gim, po­nie­waż jej główna bo­ha­terka, Mo­ni­que Ler­bier, opie­rała się pla­nom mał­żeń­skim kre­ślo­nym przez ro­dzi­ców, a przy tym pro­wa­dziła na­der nie­za­leżne ży­cie. Si­mone, a jakże, prze­czy­tała rów­nież i tę książkę, oczy­wi­ście ukrad­kiem, bez wie­dzy ro­dzi­ców. W trak­cie lek­tury nie raz za­pra­gnęła pójść w ślady Mo­ni­que.

– Tę także znam. – Mach­nęła ręką. – Tylko nie po­ka­zuj jej ma­mie, bo już ni­gdy nie po­zwoli mi z tobą wyjść.

– Czy ona na­dal cen­zu­ruje twoje lek­tury?

– Dała już za wy­graną. – Dziew­czyna po­trzą­snęła głową z iry­ta­cją na wspo­mnie­nie Fra­nço­ise spi­na­ją­cej szpil­kami do wło­sów stro­nice, któ­rych nie po­winny czy­tać jej córki. Si­mone rzecz ja­sna za­wsze za­czy­nała od tych wła­śnie frag­men­tów, a po­tem wbi­jała szpilki do­kład­nie w te same dziury.

– Chce, że­byś była grzeczną pa­nienką i miała szanse do­brze wyjść za mąż – od­parł Ja­cques.

– Ja? Do­brze wyjść za mąż? Wiesz, że to nie­re­alne, bo tato nie może za­pła­cić po­sagu.

– Wiem też, że wcale tego nie chcesz.

– Wyjść za mąż? Zro­bię to, ow­szem, ale nie za byle kogo, a już na pewno nie za ko­goś, kogo wy­biorą dla mnie ro­dzice. – Si­mone dziar­sko spoj­rzała na niego z ukosa, by spraw­dzić, czy zro­zu­miał jej alu­zję.

Za­miast za­re­ago­wać, Ja­cques ener­gicz­nie chwy­cił za wio­sła. Jakby chciał za­po­biec wpły­nię­ciu na mie­li­znę, choć od jed­nej ze sztucz­nych wysp dzie­liła ich jesz­cze spora od­le­głość.

Przez resztę po­po­łu­dnia znów jed­nak grał urze­ka­ją­cego cza­ro­dzieja.

Do domu do­tarli w samą porę, Si­mone zdąży pójść z oj­cem do te­atru.

Pod­czas gdy Geo­r­ges za­pro­wa­dził Ja­cques’a do ga­bi­netu, chcąc za­mie­nić z nim słowo „jak męż­czy­zna z męż­czy­zną”, Si­mone czmych­nęła do swo­jego po­koju, aby spiesz­nie prze­cze­sać grze­bie­niem roz­czo­chrane włosy i na nowo za­wią­zać chustkę. Jej po­liczki na­brały ru­mień­ców, a skóra zda­wała się lśnić, lecz na­wet to za­pewne nie prze­kona ojca, który nie po­tra­fił do­strzec w swo­jej córce nic pięk­nego. Cie­kawe, o czym te­raz roz­ma­wia z Ja­kiem. O ich mał­żeń­stwie? Dla niej by­łoby to speł­nie­niem ma­rzeń, oj­ciec zaś mu­siałby w końcu przy­znać, że mimo wszystko sama po­trafi zna­leźć so­bie męża.

Wes­tchnęła.

Si­mone nie mo­gła po­jąć, dla­czego oj­ciec tak bar­dzo się na niej za­wiódł. Jego słowa o tym, że my­śli jak męż­czy­zna, za­wsze na­pa­wały ją dumą. Uczyła się i pra­co­wała, by spro­stać temu wy­obra­że­niu. Dziś uzy­skała swój pierw­szy dy­plom, chciała mu tym za­im­po­no­wać. On jed­nak na­wet nie za­py­tał, czego do­ty­czył eg­za­min. W ogóle go to nie in­te­re­so­wało.

Si­mone już dawno prze­stała się uczyć, by zro­bić na ojcu wra­że­nie. Za­kosz­to­wała wie­dzy, a każda prze­czy­tana książka roz­bu­dzała w niej cie­ka­wość ko­lej­nych lek­tur. Uwiel­biała roz­trzą­sać kwe­stie na­ukowe i od­kry­wać nowe rze­czy, wy­my­ślać prze­ko­nu­jące ar­gu­menty i za­ska­ki­wać in­nych swoją by­stro­ścią.

Uśmiech­nęła się do sie­bie, po czym wró­ciła do po­zo­sta­łych.

Roz­dział 2

Zima 1927 roku

Si­mone już dawno po­go­dziła się z my­ślą, że nie za­wrze za­aran­żo­wa­nego mał­żeń­stwa, co było normą dla ko­biet z war­stwy spo­łecz­nej, do któ­rej przy­na­le­żała. Jej oj­ciec stra­cił więk­szość ma­jątku na ro­syj­skich ob­li­ga­cjach wo­jen­nych, a po­zo­stały ka­pi­tał roz­trwo­nił w ry­zy­kow­nych przed­się­wzię­ciach, przez co drzwi wielu do­mów z wyż­szych sfer były przed nią za­mknięte.

Si­mone bę­dzie mu­siała sama za­ro­bić na swoje utrzy­ma­nie. Za­nim osią­gnie suk­ces li­te­racki, po­dej­mie się pracy na­uczy­cielki. Gdyby była męż­czy­zną, mo­głaby uczęsz­czać do pa­ry­skiej École nor­male su­périeure, gdzie kształ­cili się naj­lepsi na­uczy­ciele w kraju. Z pew­no­ścią by so­bie po­ra­dziła, pro­blem w tym, że nie­mal nie przyj­mo­wano tam ko­biet. Za­pi­sała się więc do róż­nych szkół – do In­sti­tut Ca­tho­li­que, Ly­cée Sa­inte-Ma­rie w Neu­illy oraz na Sor­bonę – by stu­dio­wać ma­te­ma­tykę, li­te­ra­turę, grekę i ła­cinę, a także fi­lo­zo­fię. By do­stać się z jed­nej szkoły do dru­giej, jeź­dziła me­trem i au­to­bu­sem po ca­łym Pa­ryżu. Poza tym matka uparła się, by co­dzien­nie wra­cała do domu na obiad. Si­mone po­lu­biła te wę­drówki, po­nie­waż przez ni­kogo nie­zau­wa­żona mo­gła w spo­koju czy­tać i od­da­wać się ma­rze­niom. Cza­sem wy­sia­dała, gdzie po­pa­dło, by od­kry­wać nie­znane za­ułki lub oko­lice. Mimo wszystko uznała jed­nak, że ta­kie ży­cie jest do­syć mę­czące.

Oce­niła, że na­uka zaj­mie jej ja­kieś cztery lata. Toż to cała wiecz­ność! – po­my­ślała. Tak długo bę­dzie zmu­szona miesz­kać z ro­dzi­cami i prze­strze­gać licz­nych na­ka­zów i ogra­ni­czeń.

– Dla­czego nie udzie­lasz pry­wat­nych ko­re­pe­ty­cji? – za­su­ge­ro­wała matka, co­raz bar­dziej za­tro­skana o zba­wie­nie jej du­szy. Córka uczęsz­czała do szkoły ko­ściel­nej, gdzie kry­tycz­nie od­no­szono się do na­ucza­nia świec­kiego, a te­raz za­mie­rzała stu­dio­wać aku­rat fi­lo­zo­fię.

– Chcesz ro­bić za ta­pira? – obu­rzył się oj­ciec. „Ta­pir” było drwią­cym okre­śle­niem pry­wat­nego ko­re­pe­ty­tora. Za szczyt głu­poty oj­ciec uzna­wał jed­nak pracę w szkole. Urzęd­ni­kami gar­dził jesz­cze bar­dziej niż ta­pi­rami. – Dla­czego nie za­czniesz stu­dio­wać prawa? To za­wsze się przy­daje – rzekł. Sam był praw­ni­kiem, ale po woj­nie mu­siał zre­zy­gno­wać z pro­wa­dze­nia kan­ce­la­rii i ni­gdy już nie wró­cił do za­wodu.

Si­mone nie mo­gła dłu­żej tego słu­chać. Już od dawna nie zwa­żała na opi­nię ojca. Nie łak­nęła jego po­chwał. Ukoń­czy swoje stu­dia, po­tem… zo­ba­czymy. Kiedy mu to po­wie­działa, wy­buch­nął zło­ścią. Si­mone wstała i wy­szła z po­koju.

Tego wie­czoru, gdy sio­stry le­żały w łóż­kach, Po­upette za­py­tała:

– Dla­czego za­wsze mu­sisz się od­róż­niać od po­zo­sta­łych? Dla­czego wszyst­kich do sie­bie zra­żasz, a po­tem się dzi­wisz, że nikt cię nie lubi? – W jej gło­sie po­brzmie­wał wy­rzut, ale także nuta po­dziwu.

Si­mone nie za­sta­na­wiała się długo nad od­po­wie­dzią.

– Je­stem po pro­stu inna. Nie chcę, aby ktoś za mnie de­cy­do­wał o moim ży­ciu. Je­stem Si­mone, je­stem sobą, a nie kimś, za kogo inni ze­chcą mnie uznać.

– To mę­czące, prawda?

Si­mone przy­tak­nęła. Tak, to było wy­czer­pu­jące, cza­sem na­wet po­nad jej siły. Ale in­nej drogi nie znała.

Fra­nço­ise nie mo­gła znieść, kiedy Si­mone po­grą­żała się w lek­tu­rze. Wciąż miała na­dzieję, że jej córka znaj­dzie męża w od­po­wied­nim to­wa­rzy­stwie, i ko­rzy­stała z każ­dej oka­zji, by wy­cią­gnąć ją z domu.

– Si­mone, pro­szę, szy­kuj się. Wiesz, że je­ste­śmy za­pro­szeni do Bru­ge­rów. – Matka otwo­rzyła drzwi do po­koju, kiedy Si­mone le­żała na łóżku i czy­tała. W gło­sie Fra­nço­ise dało się wy­czuć znie­cier­pli­wie­nie. Już dwa razy upo­mniała córkę. Po­upette stała w płasz­czu za jej ple­cami.

– Nie idę. Mu­szę po­pra­co­wać. Ju­tro za­czyna się nowy se­mestr. – Si­mone osten­ta­cyj­nie prze­wró­ciła się na drugi bok.

– Ależ oczy­wi­ście, że pój­dziesz – od­po­wie­działa matka prze­ni­kli­wym, po­gar­dli­wym to­nem, któ­rego Si­mone tak bar­dzo nie zno­siła. – Pań­stwo Bru­ge­ro­wie są przy­ja­ciółmi ro­dziny i za­pro­sili nas na ape­ri­tif. Będą tam rów­nież Ca­stel­le­to­wie.

– Dla mnie ci lu­dzie są nudni.

– Co za non­sens! No już, ubie­raj się.

Matka nie dała jej wy­boru. Si­mone prze­sie­działa dwie przy­dłu­gie go­dziny w za­tło­czo­nym sa­lo­nie Bru­ge­rów, zmu­szona przy­słu­chi­wać się ja­ło­wej pa­pla­ni­nie i zno­sić lek­ce­wa­żące spoj­rze­nia ma­dame Ca­stel­let, która wy­chwa­lała pod nie­biosa wła­snego syna. Usiadł nie­śmiało obok niej i przez całe po­po­łu­dnie nie ode­zwał się sło­wem. Si­mone uwa­żała go za nie­sły­cha­nie dur­nego. Jakże nie­szcze­rzy byli ci lu­dzie. Oni nie żyli, a tylko uda­wali! Si­mone skrzy­wiła się i nie od­po­wia­dała na za­da­wane jej py­ta­nia.

– To trudny wiek – oznaj­miła ma­dame Bru­ger na po­że­gna­nie. Te kon­szachty na do­bre zi­ry­to­wały Si­mone. Roz­ma­wiają o niej tak, jakby nie stała tuż obok. I za­cho­wują się, jakby wie­działy wszystko o dziew­czy­nach w jej wieku. Si­mone nie była jed­nak jak wszyst­kie inne – i ni­gdy nie bę­dzie.

W dro­dze po­wrot­nej do domu matka ro­biła jej cierp­kie wy­rzuty. Za­cho­wuje się nie­sto­sow­nie, znie­chęca do sie­bie lu­dzi.

– W ten spo­sób ni­gdy nie znaj­dziesz męża.

Si­mone przy­sta­nęła i spoj­rzała na nią oszo­ło­miona.

– Na­prawdę chcesz mnie wy­dać za ta­kiego przy­głupa? Nie chcę męża. I mieć nie będę, bo papa roz­trwo­nił mój po­sag, o czym wszy­scy do­brze wiemy!

Fra­nço­ise pod­nio­sła rękę – Si­mone są­dziła, że matka ją ude­rzy – po chwili jed­nak ją opu­ściła, spo­strze­gł­szy, że zwraca na sie­bie uwagę prze­chod­niów. W mil­cze­niu ru­szyły do domu.

Matka bez wąt­pie­nia opo­wie­działa ojcu o jej nie­sto­sow­nym za­cho­wa­niu. Si­mone do­strze­gła w jego oczach roz­cza­ro­wa­nie, gdy na­stęp­nego wie­czoru sie­działa przy stole prze­mę­czona, z nie­umy­tymi wło­sami i w zno­szo­nym ubra­niu, ucząc się grec­kich cza­sow­ni­ków, za­miast roz­po­cząć uprzejme po­ga­duszki.

– Je­steś nie­wdzięcz­nym po­two­rem – prych­nął.

Si­mone po­czuła się do­tknięta do ży­wego. Nic jed­nak nie mo­gła zro­bić. Oj­ciec już od dawna nie był dla niej wzo­rem do na­śla­do­wa­nia. Nie mo­gła za­po­mnieć, że sam nie pa­no­wał nad wła­snym ży­ciem. Gar­dził książ­kami, które czy­tała. Od­rzu­cał bez­wied­nie wszystko, co nie­fran­cu­skie. Był nie­prze­jed­nany i ogra­ni­czony, a do tego ule­gły. Każ­dego wie­czoru wy­cho­dził na par­tyjkę bry­dża i uwa­żał, że jed­nym z przy­ro­dzo­nych praw męż­czy­zny jest przy­godna nie­wier­ność, pod­czas gdy ko­biety po­winny być cno­tliwe. Ja­kim pra­wem czło­wiek ten mó­wił jej, jak ma po­stę­po­wać?

Zer­ka­jąc do książki i od­mie­nia­jąc w pa­mięci cza­sow­niki, Si­mone po­my­ślała o Za­zie. Kiedy w czwar­tej kla­sie dziew­czyna za­jęła obok niej miej­sce w ławce, zo­stały naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami. Si­mone po­znała wów­czas bło­go­sła­wień­stwo praw­dzi­wej przy­jaźni. Zaza po­cho­dziła z bo­ga­tej, po­boż­nej ro­dziny, miała liczne ro­dzeń­stwo, a obo­wiązki to­wa­rzy­skie wy­peł­niała z gra­cją i ła­two­ścią. Umiała pro­wa­dzić roz­mowę, po­da­wać her­batę, za­wsze była nie­na­gan­nie ubrana. Ni­gdy nie pod­no­siła głosu ani nie śmiała się gło­śno. Si­mone po­dzi­wiała ją za­równo za jej ta­lent pia­ni­styczny, jak i za eru­dy­cję. Jak uda­wało się jej być po­słuszną córką, a za­ra­zem kimś w ro­dzaju przy­ja­ciółki wła­snej matki? Nie­stety, rzadko się wi­dy­wały, gdyż Zaza wciąż była za­jęta ro­dzin­nymi obo­wiąz­kami. Si­mone bar­dzo za nią tę­sk­niła, czu­jąc do­tkli­wiej niż kie­dy­kol­wiek ogromną wagę ich przy­jaźni.

Taki wła­śnie musi być męż­czy­zna, któ­rego pew­nego dnia po­ko­cham – po­wta­rzała so­bie. Nie mogę mieć ani krzty wąt­pli­wo­ści, że jest tym je­dy­nym, bo ina­czej wciąż mu­sia­ła­bym za­da­wać so­bie py­ta­nie: dla­czego wła­śnie on, a nie ktoś inny?

Spoj­rzała na ro­dzi­ców, któ­rzy chęt­nie wy­da­liby ją za mąż za ja­kie­goś nu­dzia­rza. Po­czuła sa­tys­fak­cję z tego, jak bar­dzo od­da­liła się od ro­dzi­ców i swo­jej klasy spo­łecz­nej. Na­wet Bóg nie był dla niej ostoją – już w wieku czter­na­stu lat uznała, że nie ist­nieje. Do­kąd jed­nak zmie­rza? Gdzie jest jej miej­sce na ziemi? Gdyby tylko miała z kim po­roz­ma­wiać o swo­ich wąt­pli­wo­ściach, o nur­tu­ją­cym ją pra­gnie­niu au­ten­tycz­nego, uczci­wego ży­cia. Nie miała ni­kogo, kto po­dzie­lałby jej spo­sób my­śle­nia, kwe­stio­no­wa­nia świata.

Matka za­uwa­żyła jej kry­tyczne spoj­rze­nie. Si­mone na po­wrót po­chy­liła się nad słów­kami.

Przed zwąt­pie­niem i nudą miały ją uchro­nić za­ję­cia in­te­lek­tu­alne. Si­mone wy­zna­czyła so­bie ry­go­ry­styczny har­mo­no­gram dnia – każdą mi­nutę wy­peł­niały jej lek­tury. Jesz­cze mniej zwa­żała na swój wy­gląd – nie dbała ani o stroje, ani o fry­zurę. Gdy nie miała wy­kła­dów, całe dnie spę­dzała w Bi­blio­tece Na­ro­do­wej przy rue de Ri­che­lieu. Już sam spa­cer do jej gma­chu, przez dzie­więt­na­sto­wieczne za­da­szone pa­saże, obok haf­ciarni i warsz­tatu por­ce­la­no­wych la­lek, spra­wiał jej czy­stą przy­jem­ność. Kiedy prze­cho­dziła przez drew­nianą bramkę ob­ro­tową, która, za­trza­sku­jąc się za nią, wy­da­wała cha­rak­te­ry­styczny dźwięk, i wkra­czała do ogrom­nej czy­telni skle­pio­nej licz­nymi świe­tli­kami, przy­wo­dzą­cymi na myśl roz­ło­żone pa­ra­sole, za­mie­rało jej serce. Była przy­tło­czona – na pię­tro­wych, nie­bo­tycz­nych re­ga­łach prze­cho­wy­wano książki i rę­ko­pisy, nuty i ob­razy, ga­zety, ka­ta­logi i wszel­kie druki, kry­jące w so­bie całą wie­dzę Fran­cji. Tu tkwi od­po­wiedź na każde py­ta­nie. Za­pewne w jed­nej z owych se­tek ty­sięcy ksią­żek znaj­dzie też wy­ja­śnie­nie, dla­czego jest taka nie­szczę­śliwa i wciąż skłó­cona z matką. Musi tylko od­szu­kać wła­ściwy tom.

Już w progu do­strze­gła, że jej ulu­bione miej­sce na­dal jest wolne. Znaj­do­wało się przy przej­ściu, po le­wej stro­nie, nu­mer 271. Po­de­szła szyb­kim kro­kiem, od­su­nęła krze­sło i usia­dła przy sze­ro­kim stole ze skó­rzaną wstawką. Włą­czyła lampę z zie­lo­nym szkla­nym klo­szem, po czym na chwilę przy­mknęła oczy, by się sku­pić i roz­ko­szo­wać tą nie­zwy­kłą, jakże lu­bianą przez sie­bie at­mos­ferą.

Wo­kół roz­brzmie­wało wszech­obecne skrzy­pie­nie par­kietu i zu­ży­tych krze­seł, do któ­rego przy­wy­kła tak bar­dzo, że miała wra­że­nie, iż bez niego nie po­tra­fi­łaby się sku­pić na czy­ta­niu. Co pe­wien czas dało się sły­szeć od­głosy poczty pneu­ma­tycz­nej. Si­mone lu­biła so­bie wy­obra­żać ową wę­drówkę pa­pie­rów z in­nego pię­tra czy skrzy­dła bu­dynku, prze­sy­ła­nych pod ci­śnie­niem przez rury, a w końcu wy­plu­wa­nych w ką­cie sali.

Ktoś obok niej od­chrząk­nął. Ock­nęła się. Otwo­rzyła książkę i za­częła czy­tać.

Kiedy zgłod­niała, zro­biła so­bie prze­rwę. W końcu zdo­łała wy­mu­sić na matce zgodę, by nie wra­cać w po­łu­dnie do domu na obiad, gdyż mar­no­wała za dużo czasu w me­trze. Po­szła po ba­gietkę i ka­wa­łek sera, po czym usia­dła w ogro­dzie Pa­lais-Royal, od­da­lo­nym za­le­d­wie o jedną prze­cznicę. Od tego czasu wio­sną zwy­kle sia­dała na ławce pod jed­nym z tu­li­pa­now­ców, które w tym osło­nię­tym ze wszyst­kich stron parku za­kwi­tały wcze­śniej niż gdzie in­dziej. W ra­zie desz­czu szu­kała miej­sca pod ar­ka­dami. Po­tem wra­cała i pra­co­wała da­lej, do­póki kie­row­nik zmiany w czy­telni nie oznaj­mił po­waż­nym gło­sem: „Mes­sieurs, za­my­kamy”. Któ­re­goś dnia po­de­szła do jego biurka i za­py­tała, czy do­ty­czy to rów­nież pań, ale męż­czy­zna tylko spoj­rzał na nią bez zro­zu­mie­nia. Po wyj­ściu na ze­wnątrz za­nu­rzała się w świe­tle po­po­łu­dnia i do­piero po chwili uświa­da­miała so­bie, że jest w Pa­ryżu. Wo­kół niej krzą­tali się lu­dzie za­jęci co­dzien­nymi spra­wami. Wy­no­sili śmieci albo ku­po­wali chleb, pod­czas gdy ona po­grą­żała się bez reszty w swoim du­cho­wym świe­cie. Czę­sto cha­dzała aż nad Se­kwanę, a kiedy wie­czorne słońce ob­le­wało liczne okna Luwru zło­tym bla­skiem, nie­rzadko do oczu na­pły­wały jej łzy ra­do­ści.

Mimo za­do­wo­le­nia z drogi, jaką w ży­ciu ob­rała, czę­sto prze­szy­wała ją po­tworna nie­pew­ność i ogar­niały dziwne uczu­cia. Ca­łymi no­cami pła­kała za Ja­kiem. Zwy­czaj­nie nie ro­zu­miała, jak winna trak­to­wać ten zwią­zek. Cza­sem nim gar­dziła, są­dząc, że mar­nuje so­bie ży­cie. Prze­padł na eg­za­mi­nie z prawa i był tym sfru­stro­wany, nie pod­jął jed­nak sta­rań, by go po­wtó­rzyć. Przez wiele ty­go­dni nie da­wał znaku ży­cia, a ona usy­chała z tę­sk­noty.

Po­cie­chę od­naj­dy­wała w roz­mo­wach z Zazą. Oj­ciec przy­ja­ciółki pod­jął nową pracę, przy­no­szącą znaczny do­chód. Ro­dzina prze­pro­wa­dziła się do oka­za­łego miesz­ka­nia, ku­piła sa­mo­chód. Z tego względu Zaza miała jesz­cze wię­cej obo­wiąz­ków to­wa­rzy­skich i pra­wie nie znaj­do­wała dla Si­mone czasu. Nie­rzadko spę­dzały ra­zem tylko kilka go­dzin w nie­dzielę, spa­ce­ru­jąc po Champs-Ély­sées. Si­mone zwie­rzała się wów­czas przy­ja­ciółce ze swych wąt­pli­wo­ści, opo­wia­dała o ma­rze­niach. Zaza sta­rała się oka­zy­wać wy­ro­zu­mia­łość, uznała jed­nak, że Si­mone pra­gnie zbyt wiele.

– Uwa­żam, że je­steś bar­dzo od­ważna. Ale ko­bieta chce mieć w końcu dzieci i męża – oznaj­miła – ta­kie jest jej prze­zna­cze­nie, prawda?

– Bo tak na­pi­sano w Bi­blii? – za­py­tała Si­mone ostrym to­nem. – Już od dawna w to nie wie­rzę.

Zaza spoj­rzała na nią prze­ra­żona.

Swoją in­te­li­gen­cją oraz do­brymi stop­niami Si­mone co­raz czę­ściej zwra­cała uwagę in­nych stu­den­tów, głów­nie mło­dych męż­czyzn. Schle­biało jej, że gro­ma­dzili się wo­kół niej i za­da­wali jej py­ta­nia. La­tem 1928 roku zdała eg­za­min z fi­lo­zo­fii z dru­gim naj­lep­szym wy­ni­kiem na roku. Trze­cią lo­katę za­jął młody czło­wiek na­zwi­skiem Mau­rice Mer­leau-Ponty. W dniu ogło­sze­nia wy­ni­ków przed­sta­wił się jej i po­gra­tu­lo­wał suk­cesu. Przy­go­to­wy­wał się do eg­za­minu w eli­tar­nej École nor­male su­périeure, co w oczach Si­mone czy­niło go nie­zwy­kle in­te­re­su­ją­cym. Może zdoła go wy­py­tać o pro­wa­dzone tam wy­kłady. Jako męż­czy­zna wzbu­dzał w niej ra­czej obo­jęt­ność; był wy­soki i mało zgrabny, nie po­cią­gał jej. Nie miało to jed­nak zna­cze­nia, bo za­wsze za­cho­wy­wał się szar­mancko, a przede wszyst­kim był in­te­li­gentny, czym zy­ski­wał w oczach Si­mone. Była za­chwy­cona, gdy pro­wa­dził z nią po­ważne dys­puty fi­lo­zo­ficzne. W końcu zna­la­zła dla sie­bie rów­no­rzęd­nego part­nera do roz­mów. Mniej ucie­szyło ją to, że był za­go­rza­łym ka­to­li­kiem, ale przy­naj­mniej miała oka­zję to­czyć z nim wie­lo­go­dzinne dys­ku­sje o ko­ściel­nych mi­sty­kach.

Si­mone za­częła pro­wa­dzić za­ję­cia dla młod­szych uczniów w swo­jej daw­nej szkole. Dzięki temu zy­skała do­dat­kową swo­bodę. Mo­gła po­wie­dzieć matce, że musi da­wać lek­cje, a za za­ro­bione pie­nią­dze ku­po­wać książki i naj­tań­sze bi­lety na kon­certy do Châte­let lub na przed­sta­wie­nia Bal­lets Rus­ses.

W wieku lat dwu­dzie­stu po­sta­no­wiła zro­bić wszystko, by skró­cić czas stu­diów – im ry­chlej po­dej­mie pracę, tym szyb­ciej bę­dzie mo­gła się cie­szyć długo wy­cze­ki­waną wol­no­ścią.

– Pro­fe­sor Brun­schvicg po­zwoli mi zro­bić dy­plom i jed­no­cze­śnie przy­go­to­wać się do kon­kursu re­kru­ta­cyj­nego w École nor­male su­périeure. Dzięki temu zdo­będę kwa­li­fi­ka­cje do na­ucza­nia w szko­łach. Je­stem jedną z pierw­szych przy­ję­tych stu­den­tek. Za­osz­czę­dzę cały rok – mó­wiła z dumą przy wie­czor­nej ko­la­cji.

Ro­dzice nie chcieli się na to zgo­dzić. Si­mone przez kilka ty­go­dni nie od­zy­wała się do nich sło­wem, aż w końcu ustą­pili. Była prze­szczę­śliwa. Jesz­cze tylko pół­tora roku i na­resz­cie zy­ska sa­mo­dziel­ność.

Wszystko mo­głoby się uło­żyć, gdyby Ja­cques nie mu­siał od­być służby woj­sko­wej w Al­gie­rii. Nie bę­dzie go przez czter­na­ście dłu­gich mie­sięcy. Si­mone my­ślała, że skona z roz­pa­czy. Jak zdoła prze­żyć bez uko­cha­nego Ja­cques’a? Za­częła so­bie wma­wiać, że i tak nie mia­łaby dla niego czasu, skoro chce ukoń­czyć stu­dia zgod­nie z pla­nem.

Z roz­dar­tym ser­cem we­szła do lo­kalu, do któ­rego za­pro­sił ją na po­że­gnalny wie­czór. Pod po­da­nym ad­re­sem mie­ścił się bar w su­te­re­nie. Zdu­miona ze­szła po scho­dach. Wnę­trze było ciemne i za­dy­mione, grała mu­zyka, pary tań­czyły bli­sko sie­bie, ca­ło­wały się. Tego się nie spo­dzie­wała. Za­stała Ja­cques’a w gro­nie ha­ła­śli­wych przy­ja­ciół. Si­mone po­ło­żyła to­rebkę na ławce i po­sta­no­wiła cie­szyć się at­mos­ferą wie­czoru. Jesz­cze ni­gdy nie była w ta­kim miej­scu. Aura pa­nu­jąca w za­ciem­nio­nym lo­kalu po­zwo­liła jej na chwilę za­po­mnieć o po­cząt­ko­wym roz­cza­ro­wa­niu. Dym ty­to­niowy i opary al­ko­holu ude­rzyły jej do głowy. Ob­ser­wo­wała in­nych go­ści, wy­piła swój pierw­szy kok­tajl i od razu po­lu­biła sło­dycz ana­nasa – spodo­bała jej się też mała pa­ra­solka, którą pró­bo­wała wy­ło­wić owoc. Przy­glą­da­jąc się wła­snemu od­bi­ciu w lu­strze i wsłu­chu­jąc w spro­śną pa­pla­ninę lu­dzi wo­kół sie­bie, za­sta­na­wiała się, co może się znaj­do­wać w licz­nych bu­tel­kach, zręcz­nie prze­sta­wia­nych przez bar­mana. Ja­kie smaki, ja­kie formy odu­rze­nia kryły się za ko­lo­ro­wymi ety­kie­tami? Ob­rzu­ciła bar­mana prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem, czu­jąc się roz­pust­nie atrak­cyjna. Ja­cques od­wiózł ją póź­niej do domu. Si­mone sie­działa w au­cie obok niego i szu­kała wła­ści­wych słów.

– Za­nim wró­cisz, pra­wie skoń­czę już stu­dia – oznaj­miła. Miała na­dzieję, że pod­chwyci jej myśl. Czy nie czas na za­rę­czyny? Ale Ja­cques wpa­try­wał się nie­wzru­sze­nie w ulicę.

Pa­dał deszcz, świa­tła Pa­ryża roz­myły się w białe i czer­wone smugi na przed­niej szy­bie sa­mo­chodu. O wiele za szybko do­tarli przed dom przy rue de Ren­nes. Po­wi­nien wresz­cie coś po­wie­dzieć, na­de­szła chwila na roz­mowę w cztery oczy. Pra­gnęła, by ją po­ca­ło­wał i po­pro­sił, żeby na niego za­cze­kała – po­biorą się, gdy ukoń­czy służbę woj­skową.

Ale Ja­cques tego nie zro­bił.

– Au re­voir – po­wie­dział tylko na po­że­gna­nie, po­chy­la­jąc się, by otwo­rzyć drzwi pa­sa­żera. Wy­sia­dła, a on od­je­chał.

Si­mone stała sama na środku chod­nika i pa­trzyła na od­da­la­jący się sa­mo­chód, zbyt oszo­ło­miona, by co­kol­wiek po­wie­dzieć lub po­my­śleć.

Przez na­stępne ty­go­dnie wma­wiała so­bie, że nie tę­skni za Ja­kiem. Nie znaj­do­wała czasu na uczu­cia, po­nie­waż znów miała wię­cej obo­wiąz­ków. Zaj­mo­wała się obec­nie do­rob­kiem nie­miec­kiego fi­lo­zofa Got­t­frieda Wil­helma Le­ib­niza, które pro­fe­sor Brun­schvicg pod­su­nął jej jako te­mat pracy dy­plo­mo­wej.

Tylko w nie­dziele po­zwa­lała so­bie na chwilę re­laksu i ra­zem z Zazą gry­wały w te­nisa. W ten week­end za­pro­siła Mer­leau-Ponty’ego, a on przy­pro­wa­dził Gan­dil­laca, ko­legę ze stu­diów. Si­mone znała go z wi­dze­nia i uwa­żała za sym­pa­tycz­nego, bo po­cho­dził z za­moż­nej ro­dziny, a mimo to nie był za­ro­zu­miały. Grali w de­bla i świet­nie się przy tym ba­wili. W ko­lejną nie­dzielę Ponty za­pro­sił ją na wy­cieczkę ło­dzią.

– Pro­szę za­brać swoją przy­ja­ciółkę – za­pro­po­no­wał.

Si­mone ze zdu­mie­niem za­uwa­żyła, że Zaza za­cho­wuje się zu­peł­nie ina­czej niż zwy­kle. Była ży­wio­łowa, czę­sto się śmiała i nie­ustan­nie szar­pała za ob­rąb su­kienki. Całą swoją uwagę po­świę­cała Mau­rice’owi.

– Za­du­rzy­łaś się w Pon­tym – dro­czyła się Si­mone, gdy wra­cały au­to­bu­sem do domu.

Zaza przy­tak­nęła za­my­ślona.

– To wspa­niały czło­wiek. My­ślę, że spodo­bałby się ro­dzi­com.

Si­mone, ośmie­lona prze­ży­ciami pa­mięt­nego wie­czoru po­że­gnal­nego Ja­cques’a, cha­dzała te­raz do ba­rów ra­zem z Po­upette, która tym­cza­sem za­częła stu­dio­wać ma­lar­stwo. Spo­ty­kały tam ar­ty­stów, ro­bot­ni­ków i dzi­wa­ków, lu­biły roz­ma­wiać z ludźmi po­cho­dzą­cymi z zu­peł­nie in­nego świata niż ich wła­sna ro­dzina. Si­mone wy­da­wała pie­nią­dze za­ro­bione na ko­re­pe­ty­cjach. Naj­bar­dziej spodo­bał jej się Joc­key, któ­rego wnę­trze zdo­biły zdję­cia Grety Garbo i Char­liego Cha­plina. Ra­zem z Po­upette uwiel­biały prze­sia­dy­wać przy ba­rze i po­pi­jać wódkę. Cza­sem uda­wały, że się nie znają, i urzą­dzały ha­ła­śliwą awan­turę. Ba­wiło je to, że zwra­cają na sie­bie uwagę in­nych lu­dzi.

Co pe­wien czas przy­cho­dził list od Ja­cques’a. Pi­sał dziwne zda­nia, któ­rych zna­cze­nia nie ro­zu­miała. W przy­szłym roku po­rząd­nie się za to za­bie­rzemy. Uznała, że pi­sze o mał­żeń­stwie, myśl ta wpra­wiła ją w praw­dziwy bło­go­stan.

Lato spę­dziła jak zwy­kle na wsi. Jej ro­dzina miała dwa wiej­skie domy. Przez pierw­sze cztery ty­go­dnie tra­dy­cyj­nie już za­trzy­mała się w re­gio­nie Li­mo­usin. W wio­sce Mey­ri­gnac, za­le­d­wie kilka ki­lo­me­trów od Uzer­che, jej pra­dzia­dek ku­pił swego czasu dwie­ście hek­ta­rów ziemi wraz z do­mem. Wnę­trze nie ofe­ro­wało żad­nych wy­gód, bra­ko­wało bie­żą­cej wody i elek­trycz­no­ści. Wodę czer­pano za po­mocą znaj­du­ją­cej się przed do­mem pompy, któ­rej ryt­miczny pisk stał się jed­nym z ulu­bio­nych dźwię­ków Si­mone.

Let­nie wy­jazdy do Mey­ri­gnac za­wsze spra­wiały Si­mone i Po­upette wiele ra­do­ści. Matka w ni­czym nie ogra­ni­czała ich swo­body, ca­łymi dniami mo­gły się włó­czyć po oko­licy. Ko­chały też swo­jego dziadka, który trzy­mał się usta­lo­nego rytmu dnia i na­wet wnucz­kom nie po­zwa­lał go za­kłó­cać. Kiedy po­byt w Mey­ri­gnac do­bie­gał końca, na ko­lejne ty­go­dnie wy­jeż­dżały do od­da­lo­nego le­d­wie o kilka ki­lo­me­trów La Gril­lère, gdzie dom miała sio­stra Geo­r­ges’a.

W cza­sie wa­ka­cji Si­mone po­wró­ciła do ulu­bio­nych na­wy­ków. Czy­tała przez dłu­gie go­dziny, wy­cią­gnięta na traw­niku lub ukryta za krze­wami, od­by­wała dłu­gie spa­cery i po­dzi­wiała uroki przy­rody. Przez ty­dzień go­ściła u Zazy i jej ro­dziny, która także spę­dzała wa­ka­cje na pro­win­cji. W ogrom­nej po­sia­dło­ści krę­ciło się ośmioro ro­dzeń­stwa Zazy, mnó­stwo krew­nych, cały tłum go­ści oraz służby. Kwi­tło ży­cie to­wa­rzy­skie, or­ga­ni­zo­wano przy­ję­cia, pod­wie­czorki, tur­nieje kry­kieta oraz pik­niki. Si­mone szybko za­tę­sk­niła za ci­szą i spo­ko­jem Mey­ri­gnac. Zwłasz­cza że ani mi­nuty nie mo­gła spę­dzić sam na sam z Zazą, o co za­dbała ma­dame Le Coin, uzna­jąc, że Si­mone ma zły wpływ na jej córkę. Uwa­żała ją za zu­bo­żałą dziew­czynę po­zba­wioną ma­nier, a jej ojca za ban­kruta.

Ku swemu roz­cza­ro­wa­niu Si­mone nie mo­gła rów­nież, wzo­rem po­przed­nich lat, dzie­lić z Zazą wspól­nego po­koju. Za­miast niej w są­sied­nim łóżku spała Stefa, młoda Ukra­inka, choć w ro­dzi­nie Le Co­inów za­wsze na­zy­wano ją ma­de­mo­iselle la Po­lo­na­ise, pa­nienką z Pol­ski. Opie­ko­wała się młod­szym ro­dzeń­stwem Zazy, była uro­dziwą blon­dynką. Si­mone od razu spo­strze­gła, jak bar­dzo jest in­te­li­gentna. Stu­dio­wała na Sor­bo­nie, czym jesz­cze bar­dziej zy­skała w jej oczach.

– Dla­czego pra­cu­jesz jako gu­wer­nantka? – za­py­tała Si­mone pierw­szego wie­czoru. – Zaza po­wie­działa mi, że po­cho­dzisz z bar­dzo za­moż­nej ro­dziny.

Stefa ro­ze­śmiała się bez­tro­sko.

– Matka dała mi pie­nią­dze na stu­dia, ale je­stem okrop­nie roz­rzutna i już dawno wszystko wy­da­łam. Dla­tego zgło­si­łam się do ma­dame Le Coin, by przy­jęła mnie jako opie­kunkę do dzieci.

– Jak ją so­bie zjed­na­łaś? Nie wy­glą­dasz na za­go­rzałą ka­to­liczkę.

Stefa uśmiech­nęła się szel­mow­sko, zło­żyła dło­nie i skie­ro­wała wzrok ku niebu.

– Uda­wa­łam po­boż­ni­się, a ona mi uwie­rzyła.

Swoją zu­chwałą we­so­ło­ścią od razu za­skar­biła so­bie sym­pa­tię Si­mone. Od tej pory młode ko­biety spę­dzały noce na szep­tach i chi­cho­tach, plot­ku­jąc o tym, jak sta­ro­świeccy, ar­cy­ka­to­liccy i skąpi są Le Co­ino­wie. Stefa wciąż szo­ko­wała Si­mone swoją bez­pru­de­ryj­no­ścią. Już pierw­szej nocy zwy­czaj­nie zdjęła su­kienkę i halkę, po czym za­częła się myć, roz­ma­wia­jąc przy tym bez skrę­po­wa­nia. Si­mone jesz­cze ni­gdy nie wi­działa in­nej osoby nago, na­wet Po­upette. Za­kło­po­tana, od­wró­ciła wzrok. Z ksią­żek wie­działa wpraw­dzie co nieco o ko­bie­cej ana­to­mii oraz o sto­sun­kach mię­dzy ko­bie­tami i męż­czy­znami, nie od­wa­ży­łaby się jed­nak mó­wić o tych spra­wach rów­nie otwar­cie jak Stefa. Nie by­łaby wszakże sobą, gdyby z miej­sca nie po­zbyła się tych wąt­pli­wo­ści.

Ze szcze­gólną uwagą słu­chała opo­wie­ści o Fer­nan­dzie, hisz­pań­skim ma­la­rzu, któ­rego Stefa po­znała rok wcze­śniej w Ber­li­nie. Dziew­czyna wy­znała, że się w nim za­ko­chała – i że z nim sy­pia. Sły­sząc ta­kie hi­sto­rie, Si­mone aż otwie­rała usta ze zdu­mie­nia.

Kiedy je­sie­nią Si­mone wró­ciła do Pa­ryża, miała umię­śnione nogi, a cerę ogo­rzałą i pro­mienną. Nie mo­gła się do­cze­kać po­wrotu na stu­dia – znów całe dnie spę­dzała w bi­blio­te­kach i od­da­wała się lek­tu­rze. W nad­cho­dzą­cym se­me­strze cze­kały ją trudne dzieła Kanta. Dla uroz­ma­ice­nia czy­tała barwne hi­sto­rie z grec­kiej mi­to­lo­gii.

Być może to wła­śnie za­żyłe roz­mowy ze Stefą przy­po­mniały jej o wła­snej cie­le­sno­ści. Z upodo­ba­niem od­da­wała się skłon­no­ści do ma­rzy­ciel­stwa. W Bi­blio­tece Na­ro­do­wej za­my­kała oczy i wy­obra­żała so­bie, że sie­dzący za jej ple­cami Ja­cques, rów­nież po­grą­żony w pracy, od czasu do czasu na nią spo­gląda. Nie­rzadko samo prze­czu­cie jego obec­no­ści wy­star­czało, by dać się po­nieść fan­ta­zji. Lu­biła de­lek­to­wać się tymi cu­dow­nymi chwi­lami. Po­tem znów przy­wo­ły­wała się do po­rządku i na po­wrót po­chy­lała nad roz­ło­żo­nymi przed nią tek­stami.

Stu­dia rzadko da­wały oka­zję do wy­cho­dze­nia z domu czy spo­tkań z przy­ja­ciółmi. Stefa, dys­po­nu­jąca więk­szymi fun­du­szami, za­pra­szała ją nie­kiedy na go­rącą cze­ko­ladę do Deux Ma­gots. Tam wła­śnie Si­mone któ­re­goś dnia po­znała Fer­nanda. Był Ży­dem, do­ra­stał w Kon­stan­ty­no­polu, a fi­lo­zo­fię stu­dio­wał w Niem­czech – u Cas­si­rera, Hus­serla i He­ideg­gera. W 1924 roku przy­je­chał do Pa­ryża, by zo­stać ma­la­rzem. Na­zwi­ska tych fi­lo­zo­fów przy­kuły uwagę Si­mone, już o nich sły­szała, ale jesz­cze nie czy­tała ich dzieł. Poza tym Fer­nando był zdol­nym biz­nes­me­nem – pro­wa­dził wła­sną firmę i wspie­rał swoją zu­bo­żałą, miesz­ka­jącą w Tur­cji ro­dzinę. Stefa go­rąco go ko­chała, co jed­nak nie prze­szka­dzało jej w przyj­mo­wa­niu kon­ku­rów in­nego męż­czy­zny. Si­mone lu­biła Fer­nanda za jego roz­liczne zdol­no­ści i cza­sem wy­cho­dzili ra­zem na mia­sto. Wraz z Po­upette spę­dzała wiele czasu w Luw­rze. Po po­wro­cie Zazy do Pa­ryża znów urzą­dzały wspólne spa­cery. Gdy któ­re­goś po­po­łu­dnia za­ja­dały się go­rą­cymi kasz­ta­nami w ogro­dach Tu­ile­ries, Zaza wy­znała, że za­ko­chała się po uszy w Mau­ri­sie Mer­leau-Pon­tym.

– On za­wsze tak na mnie pa­trzy. I spra­wia, że roz­pły­wam się w ma­rze­niach.

– Wspa­niale do sie­bie pa­su­je­cie – od­parła Si­mone, ura­do­wana, że oto od­na­la­zło się dwoje jej do­brych przy­ja­ciół.

– Mama nic jesz­cze o nas nie wie – wy­znała Zaza, a Si­mone do­strze­gła na jej twa­rzy błogi uśmiech.

Si­mone była za­do­wo­lona ze swo­jego ży­cia – upo­rząd­ko­wa­nego i to­czą­cego się nie­zmien­nym ryt­mem. Za­uwa­żyła, że dzięki świet­nym wy­pra­co­wa­niom i do­sko­na­łym wy­ni­kom na eg­za­mi­nach wzbu­dza cie­ka­wość i sza­cu­nek co­raz więk­szej liczby stu­den­tów. Tego ro­dzaju do­wody uzna­nia cie­szyły ją i po­zwa­lały jej za­po­mnieć o po­gar­dli­wej dez­apro­ba­cie ze strony ojca.

Bra­ko­wało jej tylko… Ja­cques’a.

Roz­dział 3

Rok 1929

Dzie­wią­tego stycz­nia Si­mone ob­cho­dziła dwu­dzie­ste pierw­sze uro­dziny. Tego ranka we­szła pod­eks­cy­to­wana do Ly­cée Jan­son de Sa­illy przy rue de la Pompe, nie­da­leko Łuku Trium­fal­nego. Przez na­stępne cztery ty­go­dnie miała uczyć fi­lo­zo­fii chłop­ców z tam­tej­szej dziel­nicy. Lek­cje próbne były trak­to­wane jako ele­ment jej edu­ka­cji. Szes­na­sty ar­ron­dis­se­ment, w któ­rym mie­ściło się li­ceum, to naj­droż­sza i naj­bar­dziej eks­klu­zywna dziel­nica w ca­łym Pa­ryżu. Si­mone nie­czę­sto by­wała w tej oko­licy. Lu­biła jeź­dzić tam me­trem, które prze­ci­nało Se­kwanę, dzięki czemu można było zo­ba­czyć Wieżę Eif­fla i Tro­ca­déro po dru­giej stro­nie rzeki. Wiele uroku miały rów­nież sze­ro­kie bul­wary z oka­za­łymi ka­mie­ni­cami. Si­mone roz­po­czy­nała swój okres próbny jako na­uczy­cielka w szkole, do któ­rej nie przyj­mo­wano dziew­cząt. Mer­leau-Ponty rów­nież tam pra­co­wał i opo­wia­dał jej o swo­ich po­zy­tyw­nych wra­że­niach.

Kiedy pierw­szego dnia mi­nęła ogromną bramę i we­szła na dzie­dzi­niec, po­wi­tały ją śmie­chy i krzyki do­by­wa­jące się z gar­deł setki chłop­ców. Ucznio­wie prze­mie­rzali plac w pół­dłu­gich spodniach; Si­mone za­sta­na­wiała się, czy w szkole tej nie kła­dzie się przy­pad­kiem więk­szego na­ci­sku na sport niż na li­te­ra­turę.

Kiedy po­ja­wiła się w kla­sie, chłopcy za­częli chi­cho­tać. Usły­szała szept jed­nego z nich:

– To nie jest na­uczy­cielka, jest za młoda, a poza tym… to ko­bieta.

Si­mone nie dała się zbić z tropu, miała już pewne do­świad­cze­nie w na­ucza­niu i do­brze po­ra­dziła so­bie z lek­cją.

Kiedy pod­czas prze­rwy we­szła do po­koju na­uczy­ciel­skiego, zro­zu­miała, skąd wzięła się opi­nia uczniów. Z jed­nym je­dy­nym wy­jąt­kiem, per­so­nel skła­dał się z sa­mych męż­czyzn.

Pod ko­niec prze­rwy przy­wi­tała się z je­dyną ko­le­żanką, ma­dame Co­ul­mas. Bar­dzo chciała po­znać szkolne za­sady, za­py­tała więc ją, czy po lek­cjach nie na­pi­łyby się ra­zem kawy. Ta z obu­rze­niem od­rzu­ciła prośbę:

– Dama nie cho­dzi do ka­wiarni bez mę­skiego to­wa­rzy­stwa.

Usia­dły więc na ławce na opu­sto­sza­łym dzie­dzińcu.

– Przed tymi chłop­cami świat stoi otwo­rem, a oni do­sko­nale zdają so­bie z tego sprawę – roz­po­częła roz­mowę ma­dame Co­ul­mas. – Musi być pani dla nich su­rowa, w prze­ciw­nym ra­zie wejdą pani na głowę.

– Nie wy­daje mi się, żeby lu­biła pani swój za­wód – oznaj­miła Si­mone.

– Cóż mi po­zo­stało? – Ko­bieta wes­tchnęła z re­zy­gna­cją. – Zo­ba­czy pani, że wkrótce po­czuje to samo.

Si­mone ener­gicz­nie po­trzą­snęła głową.

– Je­stem tu tylko na okres próbny. Wła­ści­wie to przy­go­to­wuję się do dy­plomu. – po­wie­działa to z dumą, ale re­ak­cja ko­le­żanki ją otrzeź­wiła.

– Dla­czego więc za­daje so­bie pani tyle trudu? Skoro tylko wyj­dzie pani za mąż, i tak nie bę­dzie pra­co­wać.

– Dla­czego tak pani my­śli? – Roz­mowa co­raz bar­dziej cią­żyła Si­mone.

– Cóż, chyba nie są­dzi pani, że uwie­rzę, iż kształci się pani tylko po to, by uczyć tych roz­piesz­czo­nych chłop­ców z do­brych do­mów. Pro­szę so­bie ra­czej zna­leźć ja­kie­goś mi­łego męż­czy­znę, a bę­dzie miała pani za­pew­niony byt. – W jej gło­sie po­brzmie­wała aro­gan­cja.

Si­mone po­sta­no­wiła czym prę­dzej się po­że­gnać.

– To wła­śnie za­mie­rzam zro­bić. Adieu. – Zde­ner­wo­wana, po­ma­sze­ro­wała do me­tra. Jak ona mo­gła po­my­śleć, że mają ze sobą co­kol­wiek wspól­nego? Ma­dame Co­ul­mas na­le­żało współ­czuć. Była z po­ko­le­nia jej matki. Praw­do­po­dob­nie nie wi­działa w swoim ży­ciu in­nych per­spek­tyw. Ale dla­czego za­ło­żyła, że Si­mone po­dąży tą samą ścieżką?

Moje ży­cie ni­gdy nie bę­dzie tak nędzne i nie­szczę­śli­wie jak tej ko­biety – przy­rze­kła so­bie. A na myśl o zbli­ża­ją­cym się przy­ję­ciu uro­dzi­no­wym, któ­rego ma­dame Co­ul­mas z pew­no­ścią by nie po­chwa­liła, na jej twa­rzy za­go­ścił prze­korny uśmiech.

Na wie­czór uro­dzi­nowy za­pro­siła swo­ich przy­ja­ciół do ka­wiarni na Mont­mar­trze.

To­wa­rzy­szył jej Mer­leau-Ponty. Po dro­dze za­trzy­mali się przy L’Ami des li­vres, księ­garni Ad­rienne Mon­nier przy rue de l’Odéon. Ponty po­pro­sił ją, by wy­szu­kała so­bie ja­kąś książkę. Si­mone wy­brała tom wier­szy Paula Élu­arda.

– Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin – po­wie­dział, wrę­cza­jąc jej pre­zent. Przy­cią­gnął ją do sie­bie, by po­ca­ło­wać w oba po­liczki. Ni­gdy wcze­śniej tego nie ro­bił. Si­mone po­czuła ob­le­wa­jącą ją falę go­rąca; ro­ze­śmiała się bez­tro­sko i wzięła go pod rękę.

Po­je­chali au­to­bu­sem w kie­runku Mont­mar­tre’u. Si­mone opo­wie­działa o swo­jej roz­mo­wie z ma­dame Co­ul­mas.

– Ni­gdy nie prze­mie­nię się w ta­kiego zgorzk­nialca – za­wo­łała, po­wta­rza­jąc na głos to, o czym wcze­śniej tylko po­my­ślała.

– Nie mo­głaby pani – od­po­wie­dział.

– A to dla­czego?

– Bo już za bar­dzo od­da­liła się pani od ocze­ki­wań swo­jego śro­do­wi­ska. Po­nie­waż jest pani zbyt in­te­li­gentna.

Si­mone spoj­rzała na niego ura­do­wana. Nie mógł w mil­szy spo­sób po­twier­dzić jej dą­że­nia do wol­no­ści. Po­dej­rze­wała, że był to ra­czej wy­rzut z jego strony, ale wcale się tym nie prze­jęła. Naj­wy­raź­niej od­da­li­łam się także od wy­obra­żeń Ponty’ego – po­my­ślała i uści­snęła jego rękę.

Wy­sie­dli przy Mo­ulin Ro­uge, by za­cze­kać tam na Po­upette i jej przy­ja­ciółkę Ger­ma­ine, na­zy­waną przez wszyst­kich Gégé, która po­da­ro­wała Si­mone uro­czy ko­laż z ga­ze­to­wych wy­cin­ków przed­sta­wia­jący so­le­ni­zantkę po­grą­żoną w lek­tu­rze wśród stosu ksią­żek gó­ru­ją­cych nad jej głową. We­szli do ka­wiarni za ba­zy­liką Sa­cré-Cœur, miej­sca spo­tkań pa­ry­skiej bo­hemy. Tam wła­śnie umó­wili się z po­zo­sta­łymi; nie­długo po­tem do ich sto­lika po­de­szli Stefa i Fer­nando, trzy­ma­jąc się pod rękę.

Stefa aż pro­mie­niała z ra­do­ści.

– Po­bie­rzemy się – szep­nęła Si­mone do ucha.

Gan­dil­lac przy­był kilka mi­nut póź­niej, bra­ko­wało już tylko Zazy i Ma­heu.

Kiedy zja­wiła się Zaza, nieco zdy­szana, za to w swo­jej naj­lep­szej su­kience, wszy­scy zro­bili jej miej­sce obok Mau­rice’a. Nie mu­siała wy­ja­śniać Si­mone, dla­czego miała za­czer­wie­nione oczy. Ma­dame Le Coin z pew­no­ścią nie chciała jej pu­ścić i do­szło do kłótni. Te­raz sie­działa obok Ponty’ego, ukrad­kiem trzy­ma­jąc go pod sto­łem za rękę. Si­mone po­czuła w sercu ukłu­cie za­zdro­ści, po­wie­działa so­bie jed­nak, że Ponty i Zaza po pro­stu do­sko­nale do sie­bie pa­sują. W jej ży­ciu po­ja­wili się prze­cież inni męż­czyźni, Ja­cques i Lama, a także Gan­dil­lac, który usiadł na­prze­ciw niej i za­rzu­cał ją ckli­wymi spoj­rze­niami.

Si­mone udała, że szuka cze­goś w to­rebce, w na­dziei, że zdoła ze­brać się w so­bie. Ach, Ja­cques… Dla­czego nie mógł tego wie­czoru być przy niej? Przyj­dzie jej cze­kać na niego jesz­cze cztery dłu­gie mie­siące. Na­raz po­ża­ło­wała de­cy­zji, by świę­to­wać w lo­kalu, który od­wie­dzała z Ja­kiem. Po­wie­działa jed­nak so­bie, że prze­cież ma dziś uro­dziny i nie po­zwoli, by ze­psuł się jej hu­mor. Już dawno prze­ko­nała samą sie­bie, że zdoła prze­trwać te ostat­nie mie­siące do jego po­wrotu. Wy­tarła nos i w tej sa­mej chwili zo­ba­czyła pod­cho­dzą­cego do sto­lika Lamę. Wrę­czył jej bu­kiet róż i we­dle wszel­kich pra­wi­deł sztuki za­czął za­bie­gać o jej względy. Si­mone się uśmiech­nęła. Wie­czór zo­stał ura­to­wany.

Mi­nęła już pół­noc, gdy wszy­scy ra­zem ru­szyli do domu. Zi­mowa noc była tak uro­kliwa, że całą drogę aż do Se­kwany i da­lej na Mont­par­nasse po­ko­nali na pie­chotę. Śmiali się, ha­ła­so­wali, try­skali we­so­ło­ścią. Gdy od­pro­wa­dzili Stefę i Fer­nanda do domu, Si­mone, nie chcąc, by ta wy­jąt­kowo piękna noc się skoń­czyła, za­wo­łała:

– A te­raz za­pra­szam wszyst­kich do Joc­keya na kie­li­szek przed snem!

Lek­cje były wy­czer­pu­jące, chłopcy nie chcieli współ­pra­co­wać i nie speł­niali po­le­ceń mło­dej na­uczy­cielki. Pewni swo­jego spo­łecz­nego sta­tusu, nie uwa­żali tego za ko­nieczne. Ich oj­co­wie byli dy­rek­to­rami lub praw­ni­kami, wielu z nich, po­dob­nie jak Si­mone, no­siło „de” przed na­zwi­skiem, choć w jej przy­padku ty­tuł szla­checki nie ozna­czał ani wła­dzy, ani pie­nię­dzy. Kilku dało jej na­wet cał­kiem otwar­cie do zro­zu­mie­nia, że nie będą się słu­chać ko­biety za pul­pi­tem. Si­mone wzru­szyła tylko ra­mio­nami i za­częła wy­mie­rzać im su­rowe kary. Po kilku dniach uznano ją za naj­su­row­szą na­uczy­cielkę w szkole.

Prócz Mau­rice’a Mer­leau-Ponty’ego zna­la­zła wspólny ję­zyk z jesz­cze jed­nym ko­legą. Na­zy­wał się Claude Lévi-Strauss. Przy każ­dej oka­zji opo­wia­dał jej o swo­ich pla­nach na przy­szłość. Chciał zwie­dzić cały świat i ba­dać od­le­głe kul­tury. Si­mone była za­fa­scy­no­wana jego en­tu­zja­zmem.

Mau­rice na­to­miast uwiel­biał roz­ma­wiać o Za­zie. Szcze­rze ją ko­chał i pla­no­wał z nią wspólną przy­szłość. A jed­nak wciąż przy­wo­ły­wał co­raz to nowe prze­szkody nie do po­ko­na­nia. Jego sa­motna matka, stu­dia, które chciał ukoń­czyć, za­nim roz­mówi się z ro­dzi­cami Zazy. A wszystko mu­siało się rzecz ja­sna od­być zgod­nie z za­sa­dami oraz za zgodą Ko­ścioła.

Jego wa­ha­nia spra­wiły, że Zaza czuła się co­raz bar­dziej nie­szczę­śliwa. Pod­czas spo­tkań z Si­mone była za­zwy­czaj ci­cha i za­mknięta w so­bie. Kiedy Stefa opo­wia­dała o zbli­ża­ją­cym się ślu­bie, za­czy­nała pła­kać, a Ponty uda­wał, że tego nie za­uważa.

Roz­gnie­wana tym Si­mone po­sta­no­wiła się z nim roz­mó­wić.

– Je­śli ko­cha pan Zazę, to dla­czego nie do­strzega pan, jak bar­dzo jest nie­szczę­śliwa? – krzyk­nęła po­iry­to­wana. – Co to za re­li­gia, która do tego do­pusz­cza? Czy choć raz ją pan po­ca­ło­wał?

Si­mone wie­działa, że tego nie zro­bił, Zaza po­skar­żyła się jej ze łzami w oczach. Za­częła wąt­pić w uczu­cia Ponty’ego.

– On chce naj­pierw upu­blicz­nić nasz zwią­zek – bro­niła go Zaza.

– Więc dla­czego tego nie robi? – obu­rzyła się Si­mone. – Na co czeka?

Z po­wodu mi­ło­snego za­wodu Zazy cier­piała nie­mal tak samo jak jej przy­ja­ciółka.

Pew­nego mroź­nego dnia pod ko­niec stycz­nia, wy­cho­dząc ze szkoły, Si­mone zo­ba­czyła Zazę sto­jącą po dru­giej stro­nie ulicy.

Pod­bie­gła do niej. Prze­ra­ziła się, wi­dząc, w ja­kim jest sta­nie. Bez płasz­cza, z si­nymi ustami, dy­go­tała na ca­łym ciele.

– Czy jest tam Mau­rice? – Zaza py­tała raz za ra­zem. – Cze­kam tu na niego od wielu go­dzin. Ale on się nie zja­wia. A za chwilę mu­szę wra­cać do domu. Mama bę­dzie się mar­twić.

– Zaza, je­steś prze­mar­z­nięta. Za­cze­kaj, weź mój płaszcz. – Si­mone po­mo­gła przy­ja­ciółce wło­żyć okry­cie, a jej szyję owi­nęła sza­lem. – Mau­rice’a nie ma, za­brał swoją klasę na wy­cieczkę do Luwru.

Zaza spoj­rzała roz­trzę­siona.

– W ta­kim ra­zie pójdę tam i na niego za­cze­kam.

– Ależ Zaza, tak nie można. Wy­obraź so­bie, on ma pod opieką czter­dzie­stu chłop­ców… Jak zdoła z tobą po­roz­ma­wiać? Za­biorę cię te­raz do domu, bo ina­czej za­mar­z­niesz na śmierć. Na­pisz do niego list, pocztą pneu­ma­tyczną do­sta­nie go w ciągu go­dziny, po po­wro­cie do domu.

– Czy my­ślisz, że się do mnie ode­zwie?

Si­mone przy­tak­nęła, choć wcale nie miała pew­no­ści. W tej chwili czuła je­dy­nie po­gardę dla nie­zde­cy­do­wa­nego przy­ja­ciela, który skłonny był ra­czej spro­wa­dzić nie­szczę­ście na swoją uko­chaną, niż ze­rwać z prze­sta­rza­łymi kon­we­nan­sami i oca­lić swoją mi­łość.

Wzięła Zazę pod rękę i ru­szyły pie­szo. Od rue de Berri dzie­lił je krótki dy­stans. Si­mone miała na­dzieję, że spa­cer do­brze im zrobi, a Zaza się roz­grzeje. Na­wet nie po­czuła, że sama ża­ło­śnie mar­z­nie, tak bar­dzo była za­tro­skana o los przy­ja­ciółki. Ni­gdy jesz­cze nie wi­działa jej w tak po­twor­nym sta­nie. Zaza spra­wiała wra­że­nie roz­trzę­sio­nej i kom­plet­nie za­ła­ma­nej.

Ma­dame Le Coin prze­ra­ziła się na wi­dok dy­go­cą­cej i za­pła­ka­nej córki.

– Mój Boże, co jej pani zro­biła? – syk­nęła do Si­mone. – Pro­szę już iść. I nie za­po­mnieć o płasz­czu.

Przy­gnę­biona Si­mone wró­ciła do domu i skre­śliła list do Mer­leau-Ponty’ego, w któ­rym opi­sała mu, co się wy­da­rzyło.

Po­tem po­ło­żyła się do łóżka, bo na­gle po­czuła się śmier­tel­nie zmę­czona.

Wie­czo­rem do­stała wy­so­kiej go­rączki. Za­nie­po­ko­jona matka we­zwała le­ka­rza, który stwier­dził po­ważne wy­czer­pa­nie or­ga­ni­zmu i za­le­cił wy­po­czy­nek w łóżku.

Przez kilka na­stęp­nych dni, po­grą­żona w pół­śnie, Si­mone roz­my­ślała o swoim ży­ciu. Czy nie brała na sie­bie zbyt wiele? Czy ten wy­si­łek jej nie przy­tło­czył? I po co to wszystko? By mo­gła zo­stać sa­motną, wy­śmie­waną przez wszyst­kich na­uczy­cielką jak ma­dame Co­ul­mas? Czy nie le­piej by­łoby po­ślu­bić Ja­cques’a i wieść spo­koj­niej­sze ży­cie? Pra­wie cały luty spę­dziła w łóżku, od nie­ustan­nych roz­my­ślań omal nie osza­lała. Za kilka mie­sięcy miała ukoń­czyć stu­dia. Co się wtedy sta­nie? W pew­nej chwili per­spek­tywa za­mąż­pój­ścia i za­pew­nie­nia so­bie w ten spo­sób utrzy­ma­nia wy­dała jej się na­der ku­sząca. Wtedy jed­nak po­my­ślała o mał­żeń­stwie swej matki i z prze­ra­że­niem się wzdry­gnęła. Przed oczami sta­nęła jej Zaza. Przy­ja­ciółka tak ści­śle zwią­zała swoje ży­cie z Mer­leau-Pon­tym, że nie wi­działa przed sobą in­nej drogi na wy­pa­dek, gdyby sprawy po­to­czyły się zgoła ina­czej.

Nie, to nie dla niej. Nie miała co do tego naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści.

Zaza przy­cho­dziła w od­wie­dziny, kiedy tylko po­zwa­lała jej matka, a to nie zda­rzało się zbyt czę­sto. Czy­tała przy­ja­ciółce, jed­nak Si­mone czuła się zbyt osła­biona, by jej słu­chać. Mimo to lu­biła, gdy Zaza sie­działa przy jej łóżku. O Mer­leau-Pon­tym nie roz­ma­wiały, gdyż Si­mone spo­strze­gła, że Zaza nie czuje się z tym do­brze. Jej przy­ja­ciółka wciąż prze­ży­wała dziwne chwile, wy­da­wało się, że nie jest wów­czas sobą. Opo­wie­działa Si­mone o zwie­rze­niach swo­jej matki, która pew­nego razu wy­znała, że za­wsze brzy­dziła się współ­ży­cia mał­żeń­skiego, mimo że uro­dziła dzie­wię­cioro dzieci. Na­stęp­nego dnia Zaza przy­szła się po­że­gnać. Miała wy­je­chać do cho­rej ciotki do Bay­onne.

Obie wie­działy, że to je­dy­nie pre­tekst wy­my­ślony przez matkę Zazy, aby trzy­mać córkę z dala od Si­mone, po­dob­nie zresztą jak od Mau­rice’a.

Po dwóch ty­go­dniach stan Si­mone po­pra­wił się na tyle, że przy­naj­mniej mo­gła czy­tać. Po­upette mu­siała cho­dzić do księ­garni Sy­lvii Be­ach i po­ży­czać ame­ry­kań­skie po­wie­ści. Si­mone czy­tała Whit­mana, Blake’a, Yeatsa, po­wie­ści Vir­gi­nii Wo­olf, które lu­biła co­raz bar­dziej, po­nie­waż od­naj­dy­wała w nich wła­sne prze­my­śle­nia. Po­chła­niała też utwory Sinc­la­ira Le­wisa i kilku in­nych au­to­rów, któ­rych książki Po­upette przy­no­siła jej nie­jako przy oka­zji.

Owład­nęła nią ku­sząca myśl, by przy­mu­sową prze­rwę wy­ko­rzy­stać na pi­sa­nie, jed­nakże po­prze­stała wy­łącz­nie na no­tat­kach w pa­mięt­niku.

Jak ro­bili to inni pi­sa­rze? W jaki spo­sób wy­my­ślali hi­sto­rie, snuli swoje po­my­sły? Jak two­rzyli po­sta­cie i drę­czące ich kon­flikty? Jak do­pro­wa­dzali owe hi­sto­rie do końca – i jak ów ko­niec miał wy­glą­dać? Gdyby opi­sała dzieje nie­szczę­śli­wej mi­ło­ści, za­pewne opo­wie­dzia­łaby hi­sto­rię Zazy i Mer­leau-Ponty’ego. Czy jed­nak mo­głaby to zro­bić? Wy­ko­rzy­stać uczu­cia wła­snej przy­ja­ciółki, a na­wet jej ból? Czy to nie ozna­cza­łoby zdrady? W kilku zda­niach na­szki­co­wała ży­cie Zazy, po czym wszystko skre­śliła. Nie, tak po­stą­pić nie mo­gła. Jaki sens, jaki cel wi­nien przy­świe­cać jej po­wie­ści? Si­mone do­szła do wnio­sku, że punk­tem wyj­ścia jej pi­sar­stwa musi być kwe­stia fi­lo­zo­ficzna, a jej tek­sty po­winny przy­bli­żać czy­tel­ni­kom za­gad­nie­nie dą­że­nia do wol­no­ści. Jej bo­ha­te­ro­wie ko­niecz­nie winni być in­dy­wi­du­ali­stami, nie zaś sza­blo­nami typu „męż­czy­zna”, „księż­niczka”, „czarny cha­rak­ter”.

Nic wię­cej nie zdo­łała usta­lić, w końcu, wy­czer­pana, dała za wy­graną.

Pod­czas dłu­gich dni cho­roby miała mnó­stwo czasu na tę­skne roz­my­śla­nia o Ja­cques’u i Ma­heu. Gdyby od­wie­dził ją Lama, mógłby jej opo­wie­dzieć o Coc­teau. Bar­dzo go lu­biła, bo za­wsze przy­bli­żał jej syl­wetki pi­sa­rzy, któ­rych twór­czo­ści jesz­cze nie znała. Po­do­bał jej się jego ży­wio­łowy urok i nie­mal dan­dy­sow­ski spo­sób by­cia. Spra­wiało jej też przy­jem­ność to, jak cza­sem na nią pa­trzył. Dla­czego tkwił w tym nie­szczę­śli­wym mał­żeń­stwie z ko­bietą, któ­rej ni­gdy nie ko­chał? Gdyby ona, Si­mone, była u jego boku, Ma­heu byłby szczę­śliwy, jak na to za­słu­gi­wał.

Ale dla­czego roz­my­ślała o La­mie? Prze­cież za­mie­rzała po­ślu­bić Ja­cques’a. Jej Ja­cques’a, który pod wie­loma wzglę­dami przy­po­mi­nał Ma­heu. Ja­cques rów­nież po­ka­zał jej frag­ment świata, który ją za­fa­scy­no­wał, świat ka­wiarni, to dzięki niemu po raz pierw­szy ze­tknęła się ze sztuką sur­re­ali­stów.

Na myśl o nim, jak nie­mal za­wsze, do oczu na­pły­nęły jej łzy.

Boże – po­my­ślała – czy to się ni­gdy nie skoń­czy?