She Wanna Be A Good Girl - Florence Robin - ebook
NOWOŚĆ

She Wanna Be A Good Girl ebook

Florence Robin

3,4

35 osób interesuje się tą książką

Opis

Zwykłe polecenie służbowe miało zająć Katherine zaledwie kilka minut. Zamiast tego staje się świadkiem morderstwa i trafia na cel bezwzględnego płatnego zabójcy.

Damon powinien ją uciszyć. Postanawia jednak zmusić ją do spłacenia długu i wciąga w świat fałszywych nazwisk, zacieranych śladów oraz zleceń, od których nie ma odwrotu. Katherine wie, że jest bezwzględnym zabójcą. Wie też, że powinna uciekać przy pierwszej nadarzającej się okazji.

Problem w tym, że pod maską potwora zaczyna dostrzegać człowieka, a strach coraz częściej miesza się z fascynacją. Im bliżej siebie się znajdują, tym trudniej jej rozpoznać, gdzie kończy się przymus, a zaczyna uczucie  i jak wiele zła można wybaczyć komuś, kogo nie powinno się pokochać.

Katherine zawsze chciała być dobrą dziewczyną. Damon może sprawić, że przestanie nią być.

18+

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 534

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,4 (11 ocen)
2
4
2
2
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
ElinaWa

Nie polecam

nic szczególnego
00
MarysKobla56

Z braku laku…

wymczylam do końca ale.bylo to trudne. Bohaterka strasznie irytujca.
00
Ewakr1

Dobrze spędzony czas

nie jest to arcydzieło , bohaterka irytująca , dobry temat
00
aga1420

Dobrze spędzony czas

Pokręcona historia, ale wciągająca 🫣
00



She Wanna Be a Good Girl

Florence Robin

Prawa autorskie i ostrzeżenie dotyczące treści

© 2026 Florence Robin

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Wydanie pierwsze, 2026

Wszystkie postacie i wydarzenia przedstawione w tej powieści są fikcyjne. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób i zdarzeń jest przypadkowe.

Powieść zawiera sceny brutalnej przemocy, morderstw, porwań, użycia broni, odurzania, przemocy psychicznej, gróźb i przymusu seksualnego, a także sceny erotyczne oraz przedstawienie toksycznej relacji o nierównej dynamice. Książka przeznaczona jest dla pełnoletnich czytelników.

Projekt okładki: Florence Robin

Rozdział 1

Kiedy jako niespełna osiemnastolatka dostałam pracę w kancelarii prawniczej Green & Wood, pomyślałam, że wygrałam życie. Od tamtej pory minęły ponad trzy lata, a do moich obowiązków nadal należało głównie nalewanie kawy, podawanie ciasteczek i wypełnianie prostych formularzy. Dostawałam za to pensję, która pozwalała mi wynajmować urocze mieszkanie w Calchester – wielkim mieście z dala od rodziny. Chciałam wierzyć, że zostałam zauważona dzięki mojej charyzmie i drzemiącym we mnie potencjale, ale szczególne podziękowania należały się mojej ponadprzeciętnej urodzie i krągłym, jędrnym piersiom. Klienci pana Wooda, z którym głównie pracowałam, potulnieli jak baranki, gdy podawałam im kawę. Szef oczywiście marzył, żebym zamieniła niewysokie obcasy na dwunastocentymetrowe szpilki, skróciła spódnicę, powiększyła dekolt i odsłaniała zęby w uśmiechu. Widziałam to w jego oczach, ilekroć trafiali się oporniejsi klienci, ale miał związane ręce. Nie te czasy. Na szczęście.

Weekendy miałam wolne, w przeciwieństwie do reszty pracowników Green & Wood. Nie musiałam też uczęszczać do żadnej szkoły. Po liceum planowałam zrobić sobie tylko rok przerwy przed college’em, ale dobra pensja, własne mieszkanie i brak pomysłu na kierunek sprawiły, że jeden rok niepostrzeżenie zamienił się w trzy. Obiecywałam sobie, że w kolejnym roku akademickim wreszcie zacznę studia. Jednak w pewną majową sobotę musiałam wpaść do biura, żeby przygotować salę konferencyjną przed ważnym spotkaniem. Zazwyczaj zajmowały się tym moje dwie starsze koleżanki, ponieważ przed spotkaniami wykładały na stole poufne akta, do których ja nie miałam dostępu. Tym razem jednak albo one były chore, albo chorowały ich dzieci. Poprosiłabym o pomoc asystentkę szefa, Gabrielle, z którą przyjaźniłam się mocniej niż z innymi, ale Jack Green zabrał ją w delegację.

Wybiła ósma rano, gdy weszłam do kancelarii mieszczącej się w nowoczesnym, dwupiętrowym budynku nieopodal centrum miasta. Słońce mocno świeciło, lecz wiał zimny wiatr, więc miałam na sobie czarne kozaki za kolano i granatową spódnicę-bombkę. Zdecydowałam się też na beżowy golf, który idealnie współgrał z rozpiętym prochowcem i chronił szyję przed chłodem. Po wejściu do biura rzuciłam płaszcz na mój fotel i wyjęłam z szuflady biurka pisemne instrukcje. Dostałam je wczoraj po południu. Punkt pierwszy mówił, że mam iść do gabinetu szefa, aby wziąć klucze, które dla mnie zostawił. Ruszyłam więc w stronę schodów.

Szłam powoli i cicho. Miło było, gdy nikt mnie nie poganiał, nie wołał, nie wymuszał zejścia z drogi. Pan Wood umówił się ze swoimi klientami dopiero na popołudnie, a ja przyszłam tak wcześnie tylko dlatego, że u sąsiada trwała głośna naprawa jakiejś awarii. Pokonałam schody i wkroczyłam na gruby dywan wyściełający podłogę w korytarzu. Gabinet szefa mieścił się na samym jego końcu.

Chwilę później złapałam za klamkę, otworzyłam drzwi i śmiało zrobiłam krok naprzód. Po czym zamarłam w bezruchu. W gabinecie był mój szef. Gdyby po prostu pracował za biurkiem, jakoś bym to przeżyła. Przeprosiłabym sto razy za wejście bez pukania, choć pewnie trudno byłoby uniknąć nagany. Mnóstwo razy powtarzał, żeby pukać i czekać chwilę przed otwarciem drzwi. Nawet do teoretycznie pustych pomieszczeń.

Zobaczyłam coś, czego wolałabym nigdy nie zobaczyć. George Wood klęczał tyłem do mnie, z dłońmi splecionymi za głową, a przed nim stał mężczyzna w jasnobrązowym ubraniu i czarnej kominiarce na twarzy. Napastnik trzymał między nimi pistolet z tłumikiem, kierując lufę w sam środek czoła mojego szefa.

Skrzyżowałam spojrzenia z napastnikiem i czas się dla mnie zatrzymał. Tkwiłam w półkroku, z ręką wciąż opartą na klamce, skamieniała ze strachu i podświadomie przekonana, że zaraz zginę. Korytarz był długi i prosty, więc nawet gdybym próbowała uciekać, i tak dosięgłyby mnie strzały.

Lufa uniosła się znad głowy pana Wooda i skierowała na mnie. Teraz ja byłam celem. Skuliłam ramiona i zmrużyłam oczy. W chwili strzału pan Wood szarpnął ramię napastnika. Usłyszałam trzask tłuczonego szkła. Kiedy szerzej otworzyłam oczy, mężczyźni już się szamotali. Walczyli o pistolet, który zaraz wypadł im z rąk i wylądował na podłodze.

– Łap gnata, Katherine! – krzyknął pan Wood, trzymając przeciwnika w mocnym uścisku.

Jego głos wyrwał mnie z odrętwienia. Puls dudnił mi w uszach, zagłuszając wszystko poza jego rozkazem. Rzuciłam się do przodu, lecz bandyta kopnął pistolet, posyłając go pod stojącą przy ścianie sofę. Znieruchomiałam, nie wiedząc, z której strony obejść mężczyzn. Mój szef był postawnym człowiekiem o pokaźnej tuszy. Co prawda nie pozbawiało go to lekkości ruchów, ale utrudniało mi przemknięcie obok szarpiących się mężczyzn.

Napastnik wydawał się wyższy, ale był przeciętnej budowy ciała. Złapany od tyłu i unieruchomiony przez Wooda, miotał się w jego ramionach niczym ryba bez wody. Spychał prawnika na szafy, obijał nim stoliki, kopał po nogach, szarpał się, walcząc bezskutecznie. Co rusz odskakiwałam, próbując dotrzeć do sofy i broni pod ścianą.

– Pieprzyć to – rozległ się nagle zirytowany, obcy mi głos.

Napastnik łypał na mnie wściekłym wzrokiem. Zarzucił głową do tyłu i uderzył w twarz szefa, miażdżąc mu nos. Pan Wood zalał się krwią, a mężczyzna w kominiarce wyślizgnął się z jego uchwytu. Doskoczyłam do sofy, ale gdy spostrzegłam, że bandyta zmierza w moją stronę, w panice złapałam ciężką figurkę zdobiącą pobliski stolik kawowy i cisnęłam nią w niego. Potem pobiegłam do drzwi, rzucając wszystkim, co mi wpadło w ręce. Nie oglądałam się za siebie, więc pewnie ani razu nie trafiłam, ale z nerwów nie zauważyłam pokruszonego szkła na półkach witryny rozbitej strzałem i skaleczyłam się, łapiąc porcelanowego słonika.

Dotarłam do drzwi i usłyszałam łoskot. Spojrzałam przez ramię. Napastnik leżał na podłodze, osłaniając ramionami twarz przed pięściami siedzącego na nim okrakiem George’a Wooda. Ogarnęła mnie ogromna ulga. Pomyślałam, że wygraliśmy. Wtedy napastnik wyciągnął jedną rękę, przyjmując niezdarne ciosy, i dosięgnął nią pistoletu. Błyskawicznie wymierzył i posłał kulę w bok mojego szefa.

Strach całkowicie przejął kontrolę nad moim ciałem. Wybiegłam na korytarz i gnałam, ile sił w nogach. A właściwie tak szybko, na ile pozwalały mi buty. Obcas miałam niski, zaledwie pięciocentymetrowy, ale czułam, że poruszam się tempem ślimaka. Kiedy dobiegłam do schodów, usłyszałam ponowny wystrzał. Jęknęłam płaczliwie, domyślając się, co oznaczał. Zaczęłam zbiegać po stopniach. Chciałam wybiec z budynku, krzyczeć o pomoc i wzywać policję. Powtarzałam to w duchu jak mantrę, żeby nie dopuszczać do siebie paraliżującej myśli, że grozi mi niebezpieczeństwo i mogę zginąć.

Zeskakując z ostatnich schodków, usłyszałam szybkie kroki dochodzące z góry. Zbliżały się szybciej, niż ja potrafiłam biec. Musiałam jeszcze pokonać korytarz, mały open space i hol. W każdym z tych miejsc napastnik mógł łatwo strzelić mi w plecy. Nie mogłam wybrać tej drogi. Zakręciłam się na pięcie i pobiegłam w przeciwnym kierunku, ku łazience. Mimo paraliżującego mój umysł strachu pamiętałam, że miała solidne, zamykane drzwi.

Wpadłam do środka niczym burza. Trzasnęłam drzwiami i przekręciłam zamek. Bez zastanowienia przebiegłam obok kabin i przypadłam do okna. Usłyszałam szarpanie drzwiami. Roztrzęsiona położyłam rękę na klamce. Obróciłam ją i pociągnęłam. Prawie rozpłakałam się z ulgi, gdy owiał mnie chłodny wiatr. Wspięłam się na parapet i zeskoczyłam. Znalazłam się na środku jednej z bocznych uliczek.

Chciałam krzyczeć. Chodnikami szli ludzie, za znakiem drogowym zatrzymał się samochód, przy remontowanym sklepiku dwóch mężczyzn niosło puste palety. Ktoś zwróciłby na mnie uwagę.

Powinnam zadzwonić po policję. Wyciągnąć komórkę z kieszeni spódnicy i zgłosić zabójstwo. Funkcjonariusze przyjechaliby w kilka minut.

Ale nie potrafiłam. Wciągałam do płuc zimne powietrze zachłannie, jak po długim zanurzeniu. Głos uwiązł mi w gardle. Zmusiłam się, by odejść spod okna. Przeszłam na drugą stronę ulicy i bez celu ruszyłam w stronę pobliskiego skrzyżowania.

– Proszę pani? Potrzebuje pani pomocy? – Usłyszałam łagodny, żeński głos.

Spojrzałam w bok i zobaczyłam kobietę wskazującą na moją rękę. Okazało się, że krwawiłam lekko z wewnętrznej części dłoni. Nawet nie czułam bólu.

– Może wezwiemy pogotowie? – zaproponowała kobieta.

– Właściwie to… – wydusiłam nieco otępiała – policję.

– Och. Robert, chodź tu. Pilnuj, żeby ta pani nie upadła czy coś. Trzeba wezwać policję.

Towarzysz kobiety podszedł do mnie i zapytał, co się stało. Nie umiałam odpowiedzieć. Zerknęłam w stronę głównego wejścia do kancelarii Green & Wood. W tym samym momencie drzwi się otworzyły i pojawił się w nich mężczyzna w beżowym ubraniu. Już bez kominiarki. Teraz chował oczy za wielkimi okularami przeciwsłonecznymi. Na głowie miał ciemnobrązową czapkę z daszkiem. Poprawił ją, rozglądając się dookoła, aż nagle zastygł w bezruchu, z twarzą skierowaną w moją stronę. Zaszumiało mi w uszach, przestałam słyszeć odgłosy wokół.

Mężczyzna przyłożył palec do ust, a potem odwrócił się i poszedł.

* * *

– Jaki miał kolor włosów?

– Nie wiem, powtarzam setny raz.

– Długie? Krótkie? Kręcone? Proste?

– Nie wiem.

– Jaki miał kolor oczu?

– Nie wiem. Nie zauważyłam.

– Patrzyliście na siebie.

– Nie zauważyłam, jakie miał oczy.

– Pani Jones, proszę się odprężyć, proszę się zastanowić. Nic już pani nie grozi.

Oparłam ręce na stole i schowałam twarz w dłoniach. Mijała trzecia godzina na komisariacie. Przez większość czasu czekałam, aż ktoś przyjdzie. Cztery albo pięć razy opowiadałam, co się wydarzyło w kancelarii. Wciąż odpowiadałam na te same pytania. Irytowało mnie, że musiałam tak długo się z tym mierzyć, ale policjanci tłumaczyli, że za każdym razem dopowiadam coś nowego.

Znowu wyszli, żeby dać mi odetchnąć. Wróciłam myślami do mojej ucieczki z kancelarii. Skubnęłam plaster na dłoni, odtwarzając w myślach moment wybiegnięcia na korytarz. Widziałam, jak bandzior podniósł broń z podłogi i…

– O, Losie – wyszeptałam, porażona nagle wspomnieniem, którego nie miałam w głowie chwilę wcześniej.

Jego rękaw! Jego rękaw był rozerwany. Widziałam to teraz wyraźnie. Dziura w rękawie odkryła nagie ramię. Pokryte tatuażem! Złapałam długopis i notes, przewróciłam kartkę i spróbowałam narysować wzór tatuażu. Zaraz jednak się poddałam. Nigdy nie umiałam przelać niczego na papier. A teraz nawet nie rozumiałam, co tak naprawdę dostrzegłam.

Odłożyłam długopis i zastanowiłam się, jak mogłabym opisać rysunek z ramienia. Skrawek. Od tego warto zacząć. Na pewno był to fragment większego obrazu. Zamknęłam oczy i jeszcze raz przypomniałam sobie, jak dobiegam do progu gabinetu i spoglądam za siebie. Skupiłam się na ramieniu napastnika. Co tam było?

– Tusz miał odcienie szarości – wyjawiłam policjantom, gdy wrócili.

Przynieśli mi ciepłego hot doga i herbatę. Miło z ich strony, ale miałam zbyt ściśnięty żołądek, by móc jeść.

– Nie potrafię określić, co dokładnie przedstawiał tatuaż – ciągnęłam. – W pierwszej chwili pomyślałam, że zobaczyłam kawałek banknotu, ale im dłużej myślę, tym więcej innych wzorów pojawia się w mojej głowie.

– Jakich wzorów?

– Nie wiem. Mogłabym teraz byle jak pomazać kartkę i to, co by wyszło, przypominałoby mi tatuaż.

– Załóżmy, że tam był banknot. Był rozłożony płasko? Zwinięty w rulon? Złożony na pół? Ujęty z boku? – dociekał jeden z policjantów.

– Chyba płaski… nie wiem. Odnoszę wrażenie, że tam było jakieś nieludzkie oko, pośrodku banknotu.

– Nieludzkie? Czyli jakie? Zwierzęce?

– Chyba. Nie wiem.

– Czy jeśli prześlemy pani e-katalogi z lokalnych salonów tatuażu, przejrzy je pani?

– Oczywiście.

Pół godziny później wreszcie wypuszczono mnie do domu. Policjanci zaproponowali mi eskortę i nocleg w bezpiecznym miejscu, lecz odmówiłam. Wydawało mi się, że napastnik nie zna mojego adresu, a ja marzyłam wyłącznie o powrocie do własnego łóżka.

Moje wynajmowane mieszkanie urządzone w stylu glamour składało się z dużego pokoju dziennego, aneksu kuchennego, łazienki i malutkiej sypialni.

Padłam na kanapę, włączyłam telewizor i niezdolna do żadnej innej aktywności wlepiłam wzrok w odbiornik. Do nikogo nie zadzwoniłam, nie napisałam, wyłączyłam emocje i odcięłam się od rzeczywistości.

Dochodziła północ, gdy wyszłam z wanny po zażyciu długiej, kojącej kąpieli. Wytarłam się i owinęłam bawełnianym, pudroworóżowym szlafrokiem sięgającym mi do kolan. Lubiłam w nim chodzić wieczorami. Miałam takie przyzwyczajenie, że zdejmowałam go dopiero tuż przed położeniem się do łóżka, by móc założyć piżamę.

Poczłapałam do kuchni i wyjęłam z szafki butelkę słodkiego wina. Nalałam trochę do kieliszka i wypiłam trzy duże łyki. Zaszumiało mi w głowie. Postawiłam kieliszek na blacie i westchnęłam ciężko. Odkąd wróciłam do domu, unikałam myślenia o szefie, lecz uparcie migało mi przed oczami, jak walczył o życie. Kosztem własnego uratował moje. Gdyby nie złapał za broń, kiedy napastnik zaczynał we mnie celować, z pewnością zginęłabym tam, gdzie stałam. Pociągnęłam kolejnego łyka, odstawiłam kieliszek i znowu westchnęłam.

– Aż takie niedobre? – rozległ się męski głos.

Palce zacisnęły mi się na kieliszku. Przez ułamek sekundy nie odważyłam się odwrócić. Potem powoli spojrzałam za siebie.

Mój ulubiony fotel, stojący w najdalszym kącie salonu, zajmował zamaskowany mężczyzna. Ubrany cały na czarno. Czarne spodnie, czarna rozpinana koszula, czarna kominiarka. Opierał kostkę jednej nogi na kolanie drugiej, więc dało się zauważyć, że buty też miał czarne. Wszystko pod kolor pistoletu, który opierał o udo.

– Odwołasz wszystko, co o mnie wypaplałaś – powiedział. – Albo pożałujesz.

Mówił obojętnym tonem, lecz w jego spojrzeniu dostrzegałam wściekłość. Przełknęłam głośno ślinę i posłusznie skinęłam głową. Z nerwów i przerażenia chciało mi się wymiotować.

– Zaloguj się na stronie swojego banku – zarządził, na co uniosłam brwi w zdziwieniu. – Gdzie twój laptop? Zaloguj się na swoje pieprzone konto.

– Już, już – wybąkałam.

Podeszłam do torby leżącej na meblościance i wyjęłam komputer. Położyłam go na stole kuchennym. Kiedy się włączał, zauważyłam kątem oka, że intruz idzie w moją stronę. Spojrzałam na nóż do krojenia chleba, leżący na drewnianej desce pośrodku stołu. Zaświerzbiała mnie ręka. Popatrzyłam na mężczyznę. Stał dwa kroki dalej, z dłońmi schowanymi za plecami. Rzucał mi wyzwanie samą postawą. Palce drgnęły w stronę noża, lecz zostały przy klawiaturze. Zalogowałam się na stronie banku i spojrzałam na niego wyczekująco. Podszedł bliżej, patrząc bacznie w ekran.

– Siedem tysięcy z debetem? – zapytał drwiącym tonem. – Majątek.

– Chcesz mnie okraść? – wypaliłam, niesiona oburzeniem.

Zaśmiał się brzydko. Potem nagle wyciągnął rękę zza pleców i w mig przystawił pistolet do mojej brody. Naparł całym swoim ciałem, popychając mnie na ścianę. Uderzenie wybiło mi powietrze z płuc.

– Ty mnie okradłaś, suko.

Zaczęłam ciężko dyszeć. Ogarnięta panicznym strachem, który odbierał mi zdolność trzeźwego myślenia, nie zdołałam nic odpowiedzieć na ten absurdalny zarzut.

– Miałem zarobić sto tysiaków, ale przez ciebie te pieniądze przeszły mi koło nosa. Odrobisz je, rozumiesz? – Przycisnął mocniej lufę do mojej skóry. – Dam ci wybrać, jak odpracujesz dług. – Zniżył głos i przeniósł wzrok z moich oczu na dekolt.

Zimny metal musnął mi szyję i przesuwał się dalej w dół. Struchlałam, czując chłód między piersiami, ciągnący się niżej i niżej.

– Proszę, nie – wydusiłam, spodziewając się najgorszego.

Mężczyzna jedną ręką poluzował wiązanie szlafroka, drugą oparł pistolet na ledwie już splątanym pasku i pociągnął pasek. Poły szlafroka rozchyliły się, ujawniając wąski pasek mojej nagiej skóry. Mężczyzna nie spuszczał wzroku z mojego dekoltu, a ja nie spuszczałam wzroku z jego zamaskowanej twarzy. Miałam na wyciągnięcie ręki ozdobną wazę kuchenną.

Już miałam ją złapać, gdy popatrzył mi w oczy i ponownie przystawił pistolet do brody.

Zielone – pomyślałam. Miał zielone oczy. Bardzo ładne, o ciemnej oprawie. Cóż za marnotrawstwo natury. Taki potwór nie zasługiwał na jakiekolwiek pomyślności w loterii genetycznej.

– Mogę cię oddać pewnym znajomym – zaszemrał. – Oddasz dług w tydzień.

Kolana ugięły mi się pod ciężarem jego słów i mocniej oparłam plecy o ścianę.

– Albo… – kontynuował złowieszczym głosem. – Zostaniesz moją przydupaską. Zrobisz wszystko, co ci każę, a za każde wykonane zadanie odejmę ci parę centów z długu.

– Co to znaczy? – zapytałam nieśmiało. – Jakie zadanie?

– Wybieraj, Katherine.

Nie potrafiłam wybrać ani nawet wydobyć z siebie głosu. Usłyszałam metaliczne kliknięcie przy broni.

– Dobrze, dobrze, dobrze – wymamrotałam gorączkowo. – Wybieram trzecią opcję. Oddam ci te pieniądze w gotówce. Daj mi miesiąc.

– Nie. Za późno.

– Tydzień. Obiecuję. Za tydzień spłacę cię co do centa – zapewniałam żarliwie.

– Nie, Katherine. – Spojrzał na mnie zimno. – Spłacisz mnie w tym momencie albo wybierzesz którąś z zaproponowanych ci opcji. Są dla mnie korzystniejsze niż czekanie.

– Tydzień wykonywania zadań korzystniejszy niż tydzień czekania na sto tysięcy? – Parsknęłam kpiąco.

Przysunął bliżej twarz tak, że nasze nosy niemal się zetknęły. Zatopiłam się w jego zielonych oczach.

– Tak – syknął.

Następnie odwrócił się, schował pistolet za pasem pod koszulą i bez słowa opuścił moje mieszkanie.

Przez całą niedzielę czułam wstyd i upokorzenie. Kiedy zobaczyłam szefa na kolanach, musiałam dostać jakiegoś spięcia w mózgu, bo emocje docierały do mnie z opóźnieniem. Ciągle miałam w pamięci zimny metal sunący po mojej szyi, między piersiami, po brzuchu i czułam się upodlona w najgorszy możliwy sposób. Kochałam mój szlafrok, prezent świąteczny, ale z samego rana wyrzuciłam go do kontenera na śmieci. Postanowiłam, że odtąd po kąpieli od razu będę się ubierać w piżamę. Bałam się powrotu szantażysty.

Nie powiedziałam o niczym rodzinie ani przyjaciołom. Nie wiedziałam, jak. Rodzice pewnie przyjechaliby po mnie i zabrali do domu, a to się mogło źle skończyć. Zostałam służącą zabójcy mojego szefa. Co się z tym wiązało? Jakich obowiązków miałam się spodziewać? Och, może jednak powinnam uciec?

Tak, ucieknę – pomyślałam. Wycofam się ze wszystkiego, co powiedziałam policji, i ucieknę. Nie powinno mu zależeć, żeby mnie odnaleźć. Przecież będę już nieszkodliwa. Ach, nie mogę dać nogi, bo mam odpracować sto tysięcy? Niby jak? W jakiś podły sposób? Podziękuję. Mógł mnie porwać i nie zostawiać możliwości na zwianie. W sumie… to, że tego nie zrobił, może oznaczać, że nie jestem wiele warta.

– Ten tatuaż przedstawiał coś zegaropodobnego – mówiłam na policji w poniedziałkowy poranek. – I drzewo. Pamiętam drzewo.

Policjanci nie byli zadowoleni z moich nowych zeznań. Nastawili się, że będę przeglądać tatuaże z motywem banknotu, a ja podałam na tyle popularny wzór, że nie opłacało się go szukać. Wszystkie drzewa wyglądały dla mnie tak samo, choć takie same nie były.

Po opuszczeniu komisariatu poszłam do pracy.

– Co teraz będzie? – ośmieliłam się zapytać pana Greena. – Cała praca pana Wooda, jego zobowiązania zawodowe…

– Jego siostra przejmie po nim fotel – odparł uspokajającym tonem. – Będziesz pracowała dla niej, ale trzeba zaczekać, aż uporządkuje swoje sprawy. Pewnie co najmniej przez tydzień nie musisz tu przychodzić. Płatny urlop.

Skrzywiłam się. Liczyłam, że praca będzie dobrą odskocznią od traumy, której doświadczyłam. Wróciłam do biurka, by zabrać kilka rzeczy, a tam czekali już na mnie Gabrielle, Bella, Connor i Victoria, którzy pracowali w boksach sąsiadujących z moim.

– Opowiadaj o przedwczorajszym wydarzeniu – wypalił Connor, niezdrowo podekscytowany. – Widziałaś zabójstwo Wooda na własne oczy?

– Nie – burknęłam. – Uciekłam, zanim do niego doszło.

– Biedny pan Wood – westchnęła smutno Bella, przybierając płaczliwą minę.

– Uratował mi życie – rzekłam półgłosem, dręczona rosnącymi wyrzutami sumienia.

Gabrielle mnie przytuliła.

– Nie żałujcie go. – Victoria położyła mi dłoń na ramieniu i spojrzała na mnie twardo. – Dowiedziałam się od jego siostrzenicy, że gość w ciągu ostatnich pięciu lat siedem razy brał szczeniaczka i po kilku tygodniach oddawał go do schroniska. Lepiej ci?

Wybałuszyłam oczy.

– Lepiej było kilka sekund temu, z niewiedzą, że na świecie jest o siedem nieszczęśliwych piesków więcej niż myślałam – wymamrotałam.

Victoria skrzywiła się, jakbym podsunęła jej pod nos coś nieświeżego, zaś Bella i Connor wymienili między sobą teorie na temat tego, dlaczego zamordowano naszego szefa. Czekali, aż podam wyjaśnienie, lecz nie znałam żadnego. Nikt mi nic nie powiedział i nikt mnie przed niczym nie ostrzegł. Byłam zdana tylko na siebie i własne domysły.

Wykręciłam się od dalszych pogaduszek i wyszłam. Nie mogłam się doczekać ucieczki.

W domu przebrałam się w dres, usiadłam na kanapie i zaczęłam płakać. Byłam zmęczona, bezradna i poruszona śmiercią pana Wooda. Strasznie współczułam jego rodzinie. Pewnie miała do mnie żal, że za mało się starałam, żebyśmy oboje wyszli cało z napaści. Na komisariacie pani Wood nie miała do mnie pretensji, lecz myślę, że dostrzegłam urazę w jej oczach. Doskonale ją rozumiałam, jednak nie miałam teraz czasu na przejmowanie się nią.

Przed dwudziestą drugą wyruszyłam w drogę do rodzinnego domu w Lake Haven. Nie obyło się bez kolejnych nerwów. Taksówkarz wysadził mnie sto metrów od terminalu autobusowego, bo zdemaskowałam go jako naciągacza. Odjechał z piskiem, a ja ruszyłam biegiem w stronę stanowisk odjazdowych, taszcząc walizkę z takim trudem, że niemal sunęła po chodniku.

Już widziałam podświetlone wiaty terminalu, gdy nagle przede mną zatrzymał się ciemny samochód osobowy. Dosłownie wjechał na chodnik i zagrodził mi drogę! Postawiłam walizkę na ziemi i powoli zrobiłam kilka kroków do tyłu. Otworzył się pusty bagażnik auta. Życie przeleciało mi przed oczami. Dwóch przestępców w trzy dni? Ktoś rzucił na mnie klątwę, czy co?

– Walizka do bagażnika, ty na przednie siedzenie – rozległ się męski głos.

Znajomy głos. To był on.

– Natychmiast!

Ze strachu zrobiłam, co mi kazał.

Tym razem nie założył maski. Nie potrzebował jej. Twarz miał schowaną pod grubym, gęstym brązowym zarostem. Widać było tylko jego oczy, dziwacznie niepasujące do buszu na tej parszywej gębie. Jego blond włosy sięgały łopatek. Tandetna peruka. Ubrany był w jasne jeansy i granatowy sweter.

W ogóle na mnie nie patrzył. Dlatego ja udawałam, że nie patrzę na niego. Jechaliśmy w kierunku przeciwnym do terminalu autobusowego. Nic nie powiedział, odkąd wsiadłam, więc nie wiedziałam, dokąd mnie wiózł. Planował dokończyć to, co zaczął w kancelarii? Zjadał mnie tak okropny strach, że bałam się zapytać. Widziałam przez szybę, że mijaliśmy odludne, podmiejskie tereny.

O dwudziestej trzeciej trzydzieści samochód zatrzymał się na zaniedbanym, kamiennym placu otoczonym wielkimi, betonowymi, mocno wyszczerbionymi kolumnami, nad którymi widniał dziurawy sufit. Przerażające miejsce.

– Wysiadaj – zarządził i otworzył drzwi od strony kierowcy.

– Czekaj – palnęłam.

Zerknęłam na niego nieśmiało. Zastygł w bezruchu, posyłając mi nieco zaskoczone, acz niecierpliwe spojrzenie.

– Jakiś czas temu miałam sen, w którym leciałam statkiem kosmicznym ku słońcu – powiedziałam szybko, na co jedna z jego brwi uniosła się. – Nie zapamiętałam szczegółów, ale według narracji miałam uratować świat, wlatując w słońce. Kiedy dzieliły mnie sekundy od śmierci, pomyślałam: „Cholera, nie powiedziałam moim bliskim, że ich kocham”. Od tamtej pory żywiłam nadzieję, że umrę w sposób, który nie odbierze mi szansy na pożegnanie się z rodziną. Mogę chociaż napisać do nich list?

Zacisnęłam mocno usta i przełknęłam nerwowo ślinę. Patrzył na mnie długo, nieodgadnionym wzrokiem, który palił mi policzki.

– Za mną – mruknął wreszcie i wysiadł, zostawiając włączone reflektory.

Dookoła było przeraźliwie ciemno. Przeklęłam cicho i złapałam za klamkę. Szłam za mężczyzną jak na ścięcie. Zatrzymał się w miejscu, gdzie światło lamp już ledwie docierało. Schylił się przy jednej z kolumn, rozbrzmiał zgrzyt i nagle pojawiła się łuna światła, wyławiająca z ciemności innego mężczyznę.

Obcy leżał na ziemi, a właściwie na rozłożonej folii budowlanej, związany łańcuchami i zakneblowany. Widząc nas, poderwał się i przyjął pozycję klęczącą. Zabójca szefa postąpił kilka kroków naprzód, spojrzał na mnie zaczepnie, po czym wyjął broń zza pasa.

– Co się dzieje? – wydusiłam piskliwie.

– Chyba nie potraktowałaś mnie zbyt poważnie – wycedził. – Więc zacznijmy od nowa.

Podszedł do mnie, szarpnął za ramię i pociągnął bliżej związanego mężczyzny. Opierałam się, ale ciągnął mnie z taką lekkością, jakbym nic nie ważyła. Puścił mnie trzy kroki przed nieszczęśnikiem i przystawił lufę do jego skroni. Ten rozpaczliwie próbował coś powiedzieć, potrząsał głową na boki, miotał się.

– Ten facet wisi mi pięć tysięcy – mówił dalej przez zęby. – Jedynie pięć. W przeciwieństwie do ciebie, nie ma dla mnie żadnego pożytku, więc zginie tu i teraz.

W jego oczach błysnął złowrogi zamiar.

– Nie, nie, nie! – krzyknęłam panicznie, wyciągając ręce ku skrępowanemu mężczyźnie.

Wtedy padł strzał.

Zabójca podszedł do mnie i znów przyłożył ciepłą lufę do mojej brody.

– Będziesz robiła to, co ci każę, czy mam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu?

– Tak – sapnęłam, walcząc z napływającymi do oczu łzami.

Opuścił broń, po czym odwrócił się i kucnął przy zwłokach. Unikałam ich wzrokiem.

– Spadaj – burknął.

Rozdziawiłam usta w niemym zaskoczeniu.

– Co? – szepnęłam.

– Wracaj do domu.

– Na piechotę?

– Nie masz nóg?

– Ale moje rzeczy są w twoim…

– Wypieprzaj, Katherine.

Przeklęty dupek. Rozejrzałam się i powoli ruszyłam w stronę, z której przyjechaliśmy. Wyjęłam komórkę z kieszeni dresów. Alleluja, trzy kreski zasięgu. Włączyłam lokalizację w telefonie, sprawdziłam na mapie, gdzie jestem, odeszłam w miejsce niewidoczne z placu i wezwałam taksówkę. Idąc w ciemności między ruinami, bałam się mniej niż wtedy, gdy miałam go w zasięgu wzroku.

Po powrocie do mieszkania upiłam się na umór.

W środku nocy obudziło mnie głośne pukanie do drzwi. Tortura! Zwlekłam się z kanapy i po omacku sięgałam w stronę stołu. Nie chciałam zapalać światła. Piekły mnie oczy. Uchyliłam je lekko, chcąc spróbować rozpoznać kontur pozostałych mebli stojących na drodze do drzwi, i zobaczyłam, że zza zasłon wpadały jasne smugi światła.

– Och – jęknęłam.

To nie była noc. Koślawo podeszłam do okna, odsłoniłam je, mrużąc przy tym oczy, i niczym zombie potruchtałam do drzwi, w które ktoś nadal walił.

– Hej, Kath – przywitała się moja sąsiadka z dołu, Rue, trzydziestoletnia mama dwójki dzieci.

– Cześć… – wychrypiałam.

– Wyjeżdżasz gdzieś? – Wskazała ręką podłogę.

Podążyłam wzrokiem za jej gestem i oniemiałam. Pod ścianą stała moja walizka na kółkach. Wgapiłam się w nią jak w ufoludka. Skąd się tu wzięła?

– A wiesz, oglądałam wideoporady o pakowaniu rzeczy.

Pozostawiłam do jej interpretacji, co miała oznaczać moja odpowiedź. Brakowało mi sił, by wymyślać kłamstwa.

– Opijałaś coś? – zapytała Rue wesołym głosem. – Czy raczej… zapijałaś? – spuściła trochę z tonu.

– Tak – odrzekłam nieco śpiewnie, rozciągając usta w sarkastycznym uśmiechu. – Współudział w morderstwie.

Twarz Rue stężała. Och, do diabła. Nie powinnam jej tego mówić. Moja wina, nie alkoholu. Sytuacja mnie przerosła. Miałam dość.

– No, tak – odpowiedziała po chwili niezręcznego milczenia. – Słyszałam o twoim szefie. Przykro mi.

Ach, szef. Dwa współudziały w morderstwie.

– Słyszałaś? – zaćwierkotałam, przyprawiając samą siebie o ból głowy.

– Cały blok słyszał.

– Wspaniale. Mam nadzieję, że nikt nie będzie mnie o nic pytał, bo pewnie i tak wszyscy wiedzą więcej ode mnie.

– Nie martw się. Nie jesteśmy żądnymi sensacji plotkarzami – odparła łagodnie. – Jak się trzymasz? Potrzebujesz czegoś?

– Nie, dziękuję. Potrzebuję jedynie odpoczynku.

– W porządku. Oj, zapomniałabym, po co przyszłam. Harris wywiesił na dole kartkę z prośbą, żebyśmy powymieniali nasze zamki w drzwiach. – Klasnęła z przejęciem w ręce. – Zniknęły jego klucze. Jesteśmy narażeni na włamania.

Zmrużyłam oczy. Niezła sztuczka, panie morderco. Zamknęłam cichutko drzwi za Rue. Świat wirował, ale opierałam się grawitacji. Wypiłam pół butelki wody, połknęłam przeciwbólówkę i weszłam w Internet. Dwie godziny później zamówiłam prawdziwe antywłamaniowe cudo, do którego tylko ja będę miała klucz. Wynajmującemu na razie dam fałszywy. I tak nigdy tu nie przychodzi.

Zamek miał zostać dostarczony i zamontowany za kilka dni.

Odsypiałam kaca, gdy rozległ się nieznany mi dźwięk dzwonienia telefonu. Leżąc na brzuchu na kanapie, popatrzyłam tępo w stronę mojej komórki na stoliku. Przeszło mi przez myśl, że po pijaku zmieniłam sygnał, ale wyświetlacz był ciemny.

Dzwonienie ewidentnie dobiegało z mojego mieszkania. Poczułam ciarki na plecach. Odgarnęłam koc, wstałam i przeszłam po salonie, nadsłuchując. Okazało się, że dźwięk dochodził z walizki, opartej wciąż o ścianę przy drzwiach. Sięgnęłam ostrożnie do uchwytu, traktując walizkę niczym bombę, która wybuchnie przy najmniejszym poruszeniu, a potem powoli odwróciłam walizkę przodem do mnie. Z jednej z kieszonek wystawał prosty telefon komórkowy.

Przystawiłam do niego dłoń i zawahałam się. Nie zaglądałam do walizki, odkąd się tu pojawiła. Przypuszczałam, że będzie splądrowana. Wiozłam w niej laptopa, tablet i biżuterię. A co, jeśli naprawdę mieściła ładunek wybuchowy? Dlaczego nie sprawdziłam, co mi tu wniósł? Telefon przestał dzwonić. Wyciągnęłam go z kieszonki dwoma palcami i zobaczyłam komunikat o nieodebranym połączeniu od „Tylera”. Kto to, do cholery, Tyler?

Wtem komórka znów zadzwoniła. Podskoczyłam strwożona i wypadła mi z ręki. Grzmotnęła o podłogę, ekranem do dołu. Przez ułamek sekundy sądziłam, że się zepsuła, lecz wciąż tarabaniła. Kucnęłam, wzięłam telefon do ręki i kliknęłam zielony guzik. Nie przykładałam urządzenia do ucha. Włączyłam tryb głośnomówiący, milcząc przy tym jak grób.

– Co tak długo, Katherine? – usłyszałam głos mordercy mojego szefa.

Przewróciłam oczami, załamana, że znowu miałam z nim do czynienia.

– Masz na imię Tyler? – zapytałam, siląc się na obojętność.

– Mhm. Dla ciebie.

Oj, nie. Dla mnie nie – pomyślałam, dokonując właśnie wymownej poprawki w spisie kontaktów, zawierającym wyłącznie jedną pozycję.

– Przyślę ci numer do fotografki z Pinepool. Zadzwonisz i powiesz, że potrzebujesz zdjęcia paszportowego. Przekonaj ją, żeby przyjęła cię jutro o dwudziestej drugiej.

– Co? – burknęłam, krzywiąc się ze zdezorientowania.

– Szczegóły w wiadomości – odparł sucho, a potem zakończył połączenie.

Cholera. Ścisnęłam telefon w dłoni, aż mi zbielały palce, i stłumiłam w ustach siarczyste przekleństwo. Po chwili przyszedł SMS. Przeczytałam go dziesiątki razy, niepewna, czy dobrze go zrozumiałam. Kazał mi zadzwonić z pozostawionego w walizce telefonu, udawać, że nazywam się Anna Smith i zamówić usługę u fotografki z miasta oddalonego o sto pięćdziesiąt kilometrów od nas.

Odłożyłam komórkę na wysepkę kuchenną, oparłam się na niej łokciami i skryłam czoło w dłoniach. Moją głowę przeszywały pytania, na które nie znałam odpowiedzi. Czego on ode mnie chce? Dlaczego mnie tak męczy?

Dlaczego nikt mi nie powiedział, jak powinnam postąpić, gdy stanę się świadkiem dwóch zabójstw i usłyszę śmiertelne groźby pod adresem moim i moich bliskich? Jak wyjść cało z takiej okropnej sytuacji? Czy istniała jakaś bezpieczna opcja, o której nie wiedziałam?

Pod moimi powiekami wezbrały łzy. Nie wiedziałam, co robić.

Wtedy przyszedł następny SMS:

Przyjadę po ciebie jutro o dziewiętnastej. Załóż ciemne ciuchy.

Następnego wieczoru, zanim wyszłam, przebierałam się piętnaście razy. Nie wiem, dlaczego. Losie, „nie wiem” to moje nowe motto życiowe. Uczesałam włosy, spięłam je w potarganego koczka i stanęłam przed lustrem w sypialni.

Zobaczyłam odbicie ładnej niebieskookiej blondynki w luźnej, czarnej tunice, przewiązanej w pasie ozdobnym paskiem, i w ciemnych kozakach do uda, znikających pod zwiewnym materiałem sięgającym kolan. Nigdy nie miałam kompleksów z powodu wyglądu. Doceniałam moją urodę, choć nie brałam jej za pewnik.

Moje kompleksy dotyczyły za to mojego charakteru. Często bywałam niezaradną ofiarą losu. Nie umiałam podejmować ważnych decyzji. I co najgorsze, głos grzązł mi w gardle w momentach największych nerwów. Byłabym niezdolna do wołania o pomoc, gdyby ktoś powalił mnie na ziemię i skrzywdził na najbardziej niewyobrażalne sposoby. Żałosne.

Rozdział 2

Zeszłam na dół. Wieczór był ciepły i bezwietrzny. Tyler już czekał, oparty plecami o swój samochód. W świetle otaczających nas latarni i lamp za oknami rozpoznałam logo marki z wyższej półki. Podeszłam na tyle blisko, że przez okno zobaczyłam ładne wnętrze i przypomniałam sobie, że to tym autem zostałam wywieziona w ruiny. Och, ciągle wszystko rejestrowałam z opóźnieniem.

Zmierzyłam spojrzeniem Tylera. Stał ze skrzyżowanymi rękami, patrząc na mnie niezbyt przyjemnie. Busz na twarzy zasłaniał jego minę, ale dostrzegałam skrzywione usta. Był ubrany w czarne materiałowe spodnie, czarną koszulkę i czarną jeansową ramoneskę.

– Co to jest? – burknął.

Popatrzyłam na niego pytająco i wzruszyłam bezradnie ramionami.

– Kazałem ci się ubrać tak, żeby nie rzucać się w oczy. Każdy, kto cię zobaczy, zapamięta cię.

Trochę mnie zatkało. W tych słowach zabrzmiał komplement albo miałam omamy słuchowe.

– Kazałeś założyć ciemne ciuchy – odparłam cicho, wstydliwie. – To moje jedyne buty, które nie są białawe.

Popatrzył na mnie z namysłem, po czym odsunął się od auta, żeby otworzyć drzwi pasażera. Gestem nakazał mi wsiąść. Zrobiłam trzy kroki naprzód i podniosłam nogę, chcąc przekroczyć próg, lecz nim się spostrzegłam, Tyler objął mnie w pasie, obrócił i przycisnął do zamkniętych tylnych drzwi.

Zbliżył się tak bardzo, że jego ciało odcięło mnie od całego świata. Jego usta niemal musnęły moje. Wszystko dookoła nas zafalowało.

– Teatrzyk dla sąsiadów – wymruczał.

A potem złapał za mój ozdobny pasek i rozerwał go gołymi rękami, czyniąc z mojej tuniki bezkształtny worek.

* * *

– Jak masz naprawdę na imię? – odważyłam się zapytać, gdy już jechaliśmy międzymiastówką za Calchester.

– Katherine – zaczął lodowatym tonem. – Nie myśl, że skoro darowałem ci życie, to coś mnie w tobie zauroczyło, mam do ciebie słabość i dlatego czeka cię ze mną romantyczna przygoda.

Oburzenie odebrało mi głos, a gardło zatkał knebel gniewu. Wzięłam głęboki wdech.

– Za kogo ty się masz? – syknęłam. – Masz brzydkie włosy i brzydką twarz. – Wiedziałam, że nosił perukę i sztuczny zarost, ale uznałam, że na przystojnym mężczyźnie wyglądałyby o wiele ładniej. – I masz brzydkie oczy, i usta, i zapewne całe ciało. Jesteś najbrzydszym człowiekiem, jakiego poznałam.

– Milcz.

Z przyjemnością – pomyślałam. Zacisnęłam zęby i udawałam, że Tylera nie ma obok mnie. Przejechaliśmy w ciszy sto kilometrów. Nawet nie włączył radia. Pędziliśmy autostradą, kiedy zadzwonił mój smartfon.

– Hej – przywitałam się z Benem, kolegą ze szkoły, z którym od miesiąca nie zamieniłam ani słowa.

Wyczuwałam, że chciał przenieść naszą znajomość na wyższy poziom, lecz niestety nie był w moim typie.

– Cześć, Kath. Co słychać?

– Nic szczególnego, a u ciebie?

– U mnie wielka zmiana, moja droga. Wyjeżdżam za granicę na pół roku i nie darowałbym sobie, gdybym nie spytał, czy się spotkamy przed moim wyjazdem.

– Kiedy wyjeżdżasz?

– Za dwa tygodnie. Co robisz jutro wieczorem?

– Ahm… Mogę być trochę zajęta w najbliższych dniach, ale… momencik. – Zatkałam mikrofon w komórce i spojrzałam na beznamiętną twarz Tylera. – Będę ci potrzebna w piątek?

Zaprzeczył ruchem głowy, nawet na mnie nie spoglądając. Oderwałam dłoń od mikrofonu telefonu i powiedziałam wesoło do Bena:

– Może spotkamy się w piątek? W Ana’s Pizza?

– Świetnie, piątek pasuje. Ale zabiorę cię do Fionell’s Luxury. Ja zapraszam i ja stawiam.

– Fionell’s Luxury? Wow. – Byłam pod wrażeniem, bo wybrał drogą miejscówkę. – W porządku. Dwudziesta?

– Super.

Pożegnaliśmy się i schowałam smartfona do torebki.

– Optymistka z ciebie – stwierdził Tyler – skoro sądzisz, że dożyjesz tej randki.

– O ile dobrze zrozumiałam, będziesz mi truł dupę do soboty. Jestem pesymistką, bo zakładam, że to będzie moja ostatnia randka w życiu.

Parsknął śmiechem. Co za dupek. Moje lęki wcale nie były zabawne.

– Jeśli będziesz posłuszna do samego końca, to cię nie zabiję.

– Ach, tak? Przecież widziałam, jak zabiłeś dwie niewinne osoby.

Popatrzył na mnie przeszywającym, ostrzegawczym wzrokiem. Zamilkłam i obróciłam twarz do szyby. Cud, że nie postradałam jeszcze wszystkich zmysłów. A może właśnie postradałam, skoro zamieniłam się w posłusznego robota?

Dwadzieścia kilometrów przed Pinepool lunął deszcz.

Dziesięć kilometrów przed Pinepool zaczął wiać silny wiatr, łamiący gałązki drzew.

W Pinepool powitała nas wichura, ulewa i grzmoty.

Tyler zaparkował w uliczce mieszczącej się między rzędami kamienic tonącymi w billboardach, szarpanych wówczas przez wiatr. Wycieraczki pracowały najszybciej, jak mogły, ale ledwo cokolwiek dostrzegałam przez szybę.

– Patrz – mruknął, wskazując coś w oddali palcem. – „Paige”.

Wytężyłam wzrok i wychwyciłam wejście do zakładu fotograficznego, oznaczonego dużym szyldem z nazwiskiem kobiety, do której dzwoniłam.

– Wejdziesz, poczekasz, aż zacznie szykować stanowisko, i zapytasz, czy możesz skorzystać z łazienki. Skieruje cię do tyłu. Otworzysz drzwi, które znajdziesz na końcu korytarza.

– O czym ty mówisz? – zapytałam, nie nadążając zbytnio.

– Dałem ci instrukcje. Masz wejść, rozproszyć ją i otworzyć mi tylne drzwi.

– Dlaczego?

– Bo tak ci każę.

– Dlaczego nie wejdziesz przodem?

– Wysiadaj, do diabła, i rób, co mówię – wycedził, po czym wyłączył silnik i reflektory.

– Bez parasola?

– Tak. Nie wziąłem żadnego.

Przeklęłam w myślach. Niechętnie wyskoczyłam z samochodu i spostrzegłam, że woda sięgała mi powyżej kostek. Pobiegłam na drugą stronę ulicy, pod daszek zakładu. Zobaczyłam światło dobiegające z jakiegoś pomieszczenia w głębszej części placówki. Chwilę się zbierałam, zanim zapukałam do oszklonych drzwi. Coś mi mówiło, że robię coś potwornie złego. Chciałam stamtąd uciec, ale…

„Albo pożałujesz”, „albo pożałujesz”, „albo pożałujesz”…

Zapaliło się światło, ukazując półki sklepowe z ramkami, albumami i innymi artykułami związanymi z fotografią. Sarah Paige przeszła szybko obok lady, pomachała do mnie i zaczęła przekręcać klucze w drzwiach. Nim jednak odblokowała ostatni zamek, spojrzała nad moją głową, intensywnie wypatrując czegoś za mną.

Wreszcie otworzyła.

– Och, ależ pani zmokła, pani Anno. – Załamała ręce ze współczuciem.

– Okropna pogoda – bąknęłam.

Zaprowadziła mnie do pomieszczenia, w którym stały lampy oświetleniowe, stołek, sprzęt fotograficzny i biurko z komputerami.

– Proszę.

Odwróciłam się w stronę jej głosu i zobaczyłam, jak ściąga z półki regału dwa ręczniki. Oddała mi je do dyspozycji i wskazała lustro, w którym mogłam się przeglądać. Wytarłam twarz i włosy, a Sarah zaczęła coś ustawiać w komputerze.

– Zaraz przyniosę suszarkę z kantorka – rzekła pocieszającym głosem. – Doprowadzimy panią do ładu, zanim popstrykamy zdjęcia.

Oblał mnie pot ze wstydu i stresu, bo uznałam, że nadszedł odpowiedni moment, by zapytać o łazienkę. Rozum i serce krzyczały, żebym nie spełniała jego żądań. Coś w nich śmierdziało!

„Albo pożałujesz”, „albo pożałujesz”, „albo pożałujesz”…

– Zanim zaczniemy, poproszę o zapłatę. Przy wizytach po godzinach pobieram ją z góry – powiedziała Sarah, uśmiechając się uprzejmie.

Pociemniało mi przed oczami. Miałam przy sobie tylko kartę, na której widniało moje prawdziwe nazwisko, a Sarah wyciągnęła rękę, czekając, aż jej ją podam.

– Oj, zostawiłam portfel w aucie – odrzekłam mechanicznie. – Mogę skorzystać z toalety? Pilna potrzeba – wymamrotałam przepraszająco. – Poczekam, aż trochę zelżeje, i przyniosę portfel.

Sarah westchnęła z powątpiewaniem, ale pokazała mi, którędy mam iść do łazienki. Dotarłszy do drzwi z trzema otworami u dołu, obejrzałam się i w duchu błagałam, żeby Sarah mnie obserwowała i powstrzymała, gdybym poszła nie tam, gdzie trzeba. Jednak ona mi uwierzyła. Pozwoliła, żebym zbliżyła się do wąskich drzwi u końca korytarza. Stojąc przed nimi, nie mogłam się zmusić do najmniejszego ruchu.

„Albo pożałujesz”, „albo pożałujesz”, „albo pożałujesz”…

Przekręciłam pozostawione w dwóch zamkach klucze i nacisnęłam klamkę. Drzwi gwałtownie otworzyły się od zewnątrz i boleśnie uderzyły mnie w ramię. Stęknęłam bezgłośnie, po czym zamarłam z szoku. Tyler, przemoczony do suchej nitki, przekroczył próg z garotą w dłoni.

* * *

Noc mieliśmy spędzić w podmiejskim motelu. Na zewnątrz szalała burza z wiatrem, alerty pogodowe odradzały podróżowanie samochodem. Tyler wręczył mi gotówkę i fałszywy dokument z moim zdjęciem, wystawiony na Annę Smith, a potem kazał wynająć pokój z dwuosobowym łóżkiem. Wolałabym, żeby to był kaprys złośliwego losu, a nie jego świadoma decyzja.

Wyposażenie pokoju stanowiły komoda bez połowy szuflad, stolik, krzesło i zepsuty telewizor. Naprzeciwko wejścia znajdowały się drzwi do prywatnej, obskurnej łazienki z prysznicem. Pierwszą godzinę pobytu w tej norze spędziłam na sprzątaniu. Wypucowałam wszystko na błysk, korzystając ze środków czystości znalezionych przy automacie z paczkowaną żywnością w bocznym korytarzyku.

Odkąd opuściliśmy zakład, nie mogłam spojrzeć na Tylera. Ciągle słyszałam w głowie rozpaczliwy krzyk Sarah, dźwięk przewracanych przedmiotów, odgłosy szamotaniny. Walczyła o życie, a ja stałam jak kołek, skamieniała z przerażenia i… zaskoczenia? Nie wiem, czego się spodziewałam. Chyba jakiegoś wymuszenia. Pomocy w fałszerce. Mam bujną wyobraźnię. A Tyler ją udusił. Raz za razem wmawiałam sobie, że śnię koszmar i niedługo się obudzę.

Zamoczyłam ścierkę w wiadrze z wodą i rozejrzałam się po pokoju. Na łóżku leżała męska koszula i para spodni. Tyler powiedział, że wozi je na tylnym siedzeniu jako zapasowe ubranie, na wypadek, gdyby ubrudził się krwią. Zignorowałam tę wiadomość. Nie odzywałam się do niego, odkąd wyszedł z pracowni i wyszczekał kolejne kazania.

Miał czelność zasugerować, żebym zdjęła mokre ubrania, rozwiesiła je do wysuszenia i założyła jego koszulę. Ale ja ani myślałam nakładać coś, co należało do niego. Oczywiście nie chciałam dygotać z zimna, więc zdjęłam kozaki i tunikę, a potem łaziłam po pokoju w samych bawełnianych figach i mocno zabudowanej braletce, które powoli schły na mnie. Było mi wszystko jedno, jak na to zareaguje Tyler. Otępienie pozbawiało mnie wstydu i strachu.

Zresztą dlaczego miałabym się wstydzić? Na plaży nosiłam dużo bardziej wycięte kostiumy kąpielowe, a na co dzień widywałam dziewczyny w spodenkach, które zakrywały mniej niż moje majtki.

Czyszcząc jakiś śliski nalot na stole, zauważyłam kątem oka, że Tyler, siedzący na krześle ze smartfonem w dłoni, obrzucił mnie długim spojrzeniem. Następnie bez słowa wziął swój plecak i wyszedł.

Wrócił, gdy siedziałam już skulona na łóżku, przykryta cienką kołdrą. Plecak w jego ręce ociekał wodą tak bardzo jak on. Tyler potrząsnął plecakiem, otworzył zamek, wyjął ze środka coś materiałowego i rzucił we mnie. Okazało się, że przyniósł mi długą, rozpinaną damską koszulę flanelową.

– Odkupiłem od babki spod dziewiętnastki – oznajmił. – Czysta, prana wczoraj.

Nic nie odpowiedziałam. Ale dyskretnie powąchałam materiał, wsunęłam ręce w rękawy i zapięłam koszulę. Zręcznie zdjęłam pod nią bieliznę. Tymczasem Tyler zawiesił plecak na gałce ledwo zipiącego kaloryfera, na którym suszyłam tunikę, a potem złapał za kołnierz swojej przemoczonej koszulki i zdjął ją szybkim ruchem. Kiedy przebierał się pierwszy raz, byłam w łazience, dławiona mdłościami ze zdenerwowania i przerażenia tym, co zrobił. Wówczas umknęło mi, że ten „chyba przeciętnej budowy napastnik” jest umięśniony jak Kapitan Ameryka.

Przyjrzałam się dokładniej tatuażowi na jego ramieniu. Spróbowałam zapamiętać szybko każdy element. Pięć banknotów tworzących kształt gwiazdy. Przechodzący przez nie pysk wściekłej pantery. Dookoła tribal, bleh. Porządnie wykonany tatuaż, ale kompletnie nie w moim guście. No, brzydki po prostu!

– Co ty robisz? – zapytałam z pretensją, gdy Tyler podniósł z łóżka zapasową koszulę i położył na oparciu krzesła, nie zakrywając swojego sześciopaka, po czym zaczął rozpinać spodnie. – Dlaczego się nie przebierasz?

– Kaloryfer ledwo suszy twoje ciuchy. Spodnie powieszę w łazience, tę koszulkę zostawię sobie na rano. Idź się umyj. Czas spać.

Odwróciłam wzrok od jego bokserek i wyskoczyłam z łóżka. Popędziłam do łazienki niczym struś pędziwiatr. Stanąwszy przed zlewem, rozszarpałam nowe opakowanie szczoteczki do zębów. Recepcjonista sprzedawał je po trzy dolary za sztukę. Pięć dolarów kosztowała pasta, a dziesięć mydło. Ręcznik gratis, łaskawca!

Woda w kranie była ciepła, pod prysznicem zimna. Po zorientowaniu się, że między nimi nie zachodziła jakaś szczególna zależność, odkręciłam wodę w kranie na maksa i położyłam bieliznę na wielgachnym, gorącym korpusie baterii. Spędziłam w łazience godzinę, większość na klapie sedesu. Nie chciałam wracać do pokoju. Pukanie do drzwi i cień za matową szybą uświadomiły mi, że muszę.

– Policja niedługo nas znajdzie – burknęłam, tak żeby Tyler mnie usłyszał. Chciałam mu dopiec. – Na pewno ktoś mnie widział, świeciły wszystkie latarnie. Znajdą nas i wsadzą cię do pudła na dożywocie, ty chory psycholu. Potworze zasrany. Prymitywie skończony.

Ależ ja odważna przez zamknięte drzwi.

– Rodziny tych niewinnych ludzi… – ciągnęłam, ale wszedł mi w słowo.

– Ci ludzie, Katherine, dokonali w swych życiach złych wyborów. Wiedzieli, że robią źle.

– Jakich złych wyborów? Takich jak mój? Że pozwoliłam ci się zastraszyć?

– Wyłaź – uciął bezczelnie.

Leżąc z powrotem w łóżku, starałam się nie obserwować Tylera. Trudno jednak nie patrzeć na idealne mięśnie. Irytowało mnie, że z ich powodu złamałam śluby milczenia. Podniosłam wzrok, by popatrzeć na twarz Tylera. Dużo lepiej patrzeć na twarz. Przypominał zużyty mop. Zarost odklejał się przy uszach, peruka nabierała dziwacznych kształtów.

Tyler poszedł wziąć prysznic. Po powrocie do pokoju zasłonił okna kotarami, choć były zasunięte żaluzje. Spojrzał na mnie przenikliwie i ręką zanurkował w plecaku. Wyciągnął pistolet. Z tłumikiem, a jakże, choć muszę wspomnieć, że jego wcześniejsze strzały nie były cichutkie jak na filmach. Pozer.

– Odwrócisz się twarzą do ściany – zaszemrał, kładąc broń na stole. – Zdejmę zarost i perukę, wyłączę lampę i położę się obok ciebie. Wtedy będziesz mogła zmienić pozycję. Możesz sprawdzać godzinę w komórce, ale jeśli spojrzysz na moją twarz… Cóż, to byłby przykład bardzo złego wyboru – wycedził.

Odwróciłam się do niego plecami. Nie wiem, co robił, ale minęło około piętnastu minut, nim zgasło światło i poczułam za sobą ugniatanie materaca. Położył się na kołdrze. Wtedy stwierdziłam w duchu, że jest głupi. Słabo uknuł ukrywanie swojej tożsamości. Przecież za dwie, trzy godziny wyjdzie słońce i istnieje spora szansa, że zobaczę śpiącą twarz tego padalca.

Na tę myśl przeszedł mnie dreszcz.

Początkowo sporo się wierciłam. Zza zasłon wpadało trochę światła latarni, więc dostrzegałam w ciemności, że Tyler leżał na plecach ze zgiętymi nogami. Przekręciłam się na bok i przesunęłam wzrokiem po ciemnych konturach jego ciała, sprawdzając, czy się rusza, czy już zasnął. Wiedziałam, że w plecaku trzymał swój telefon komórkowy i korciło mnie, żeby sprawdzić, z kim wymieniał wiadomości. Czy miał na usługach kogoś, kto mógł skrzywdzić moją rodzinę, czy sam by się nią zajął w razie mojego nieposłuszeństwa? Jeśli to drugie, wymyśliłabym coś sprytnego.

Przestałam się ruszać. Nie sprawdzałam godziny na komórce, ale myślę, że minęła godzina, gdy uznałam, że najwyższy czas zakraść się do plecaka. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana – pomyślałam. Nienawidzę tego wyświechtanego powiedzonka, ale dodawało mi śmiałości. Tyler wówczas spał już na boku, odwrócony plecami do mnie. Bardzo powoli obróciłam się na wznak. Chwilę poleżałam w bezruchu i powolutku spuściłam z łóżka prawą nogę. Chyba z minutę podnosiłam się do pozycji siedzącej, zsuwając z siebie kołdrę milimetr po milimetrze. Wreszcie usiadłam, a potem wstałam i popatrzyłam na zarys ciała zbira. Nie reagował. Westchnęłam z ulgą, ale jeszcze chwilę postałam nieruchomo.

Przypuszczałam, że troszkę nahałasuję, kiedy sięgnę po plecak. Ten gnojek musiał spać kamiennym snem, by nie słyszeć dźwięku rozsuwanego zamka lub grzebania w rzeczach. A może powinnam złapać plecak i uciekać, pozbawiając go tym sposobem kontaktu z ewentualnym zbirem numer 2? Tyler nie wyjął klucza z drzwi. Miałam szansę zrealizować taki plan. Czy powinnam? Zdołam uciec na tyle daleko, żeby odpuścił pogoń?

Moje spojrzenie padło na pistolet. Krył się w ciemności, leżąc na stole między Tylerem a kaloryferem. Zmrużyłam oczy w namyśle, a cienka smuga światła latarni, która prześlizgiwała się pod zasłoną, we współpracy z moją wyobraźnią przybrała kształt aureoli nad pistoletem.

Zaczęłam iść w stronę broni. Powoli okrążyłam róg łóżka, stąpając cichutko na palcach. Gdy doszłam do drugiego rogu, nagle zaskrzypiała pode mną cholerna podłoga. Cień na łóżku drgnął. Pomyślałam, że jestem spalona. Rzuciłam się naprzód i wyciągnęłam rękę po pistolet. Moje opuszki zetknęły się z czymś chłodnym i twardym, po czym coś mnie rąbnęło w brzuch i szarpnęło w górę.

To był on. Obejmując mnie w pasie, grzmotnął mną o łóżko. Z gardła wyrwał mi się stłumiony krzyk i odruchowo zaczerpnęłam tchu. Tyler jedną ręką przycisnął mi dłonie nad moją głową, na co wrzasnęłam, kopnęłam go w łydkę i spróbowałam go z siebie zrzucić. Docisnął swe biodra do moich, po czym wolną dłonią objął mi brodę i ścisnął policzki, aż mnie zabolały dziąsła.

Wyglądało na to, że mój szampan będzie miał smak krwi…

Patrzyłam oniemiała na czarną plamę przede mną. W tej ciemności Tyler przypominał demona!

– Co ci się wydaje, że byś zrobiła? – fuknął. – Hm? Myślisz, że to takie łatwe? – zapytał z drwiną.

Wypuściłam powietrze nosem, wkurzona, że mi nie wyszło, jednak zaraz, wraz z upływającą adrenaliną, zaczynał ogarniać mnie strach.

– Puszczaj – sapnęłam. – Chciałam tylko wyjrzeć przez okno. Zobaczyć, czy nadal pada.

Zaśmiał się cicho, złowieszczo. Ciemność spowijająca jego twarz przysunęła się do mojej. Poczułam ciężki oddech na ustach.

– Nie próbuj tego więcej. Albo mój człowiek wyjrzy przez okno w domu twoich starych.

Coś mi ścisnęło wnętrzności od pasa do gardła. Odniosłam wrażenie, że lada moment zwymiotuję. Na szczęście zbir mnie puścił i odsunął się szybko. Powietrze natychmiast nabrało świeżości. Wyszarpnęłam nogi spomiędzy kolan Tylera i wróciłam na moje miejsce, choć oczywiście nie było szans, żebym zasnęła. Zbir znieruchomiał, jak tylko położył się na wznak, natomiast ja wypróbowałam każdą możliwą pozycję, szukając wygody i komfortu. Męczyły mnie skurcze od stóp do głowy. Moje ciało chyba się obraziło, że wcześniej tak długo leżało w bezruchu bez potrzeby.

– Chcesz spać na podłodze w łazience? – burknął, gdy po raz wtóry przekręciłam się z boku na plecy.

– Bardzo chętnie – odparłam szyderczo. – Na podłodze, na kolcach, w ogniu… Wszędzie, byle z dala od ciebie.

– Proszę bardzo. Idź.

Spojrzałam w jego stronę. Po zarysie ciała dojrzałam, że leżał na boku tyłem do mnie. Nie wyczułam, kiedy się poruszył.

– Naprawdę mogę iść do łazienki? – spytałam zaskoczona. – Na resztę nocy?

– Tak. Bez telefonu.

Cholera – pomyślałam. To trochę zmieniało postać rzeczy. Uznałam jednak, że warto ponieść tę cenę. Przy tym bandycie czułam się klaustrofobicznie i najmniejsza ułuda separacji pozwalała mi nieco odetchnąć. Podniosłam się z poduszki.

– Nie zapalaj tam światła – dodał Tyler tonem oczywistości.

Zdębiałam i prychnęłam. Jak to nie? W łazience było pełno ubytków i zakamarków, z których mogły wylęgnąć robaki czy szczury. Lepiej się w niej rozglądać dookoła, ze szmatą w ręce.

– Dlaczego? – syknęłam.

– Kogoś może zaciekawić jasność za oknem.

– To niedorobiony świetlik, a nie okno.

– Nie zapalaj. Kropka.

Zatelepało mną ze złości na tego pretensjonalnego buraka.

– Zostanę tu – burknęłam wstydliwie, kładąc się z powrotem.

Nic nie odpowiedział. Bardzo, bardzo powoli zgięłam nogi. Kołdra się napięła, przyciśnięta obok przez Tylera. Westchnął zniecierpliwiony, choć przecież nikt mu nie kazał na niej spać. Przestałam się wiercić i jakiś czas przeleżeliśmy we względnym spokoju. Jednak mętlik w głowie wciąż nie dawał mi zasnąć.

– Kim ty jesteś? – wymsknęło mi się.

Zbir nie zareagował. Spał już? Zabijanie i porywanie ludzi nie spędzało mu snu z powiek? Obróciłam się na bok, wyprostowałam nogi i przekręciłam się znów na plecy. Powtórzyłam czynność dwa razy, nim doczekałam się odzewu.

– Łatwo wywnioskować, że jestem mordercą, Katherine – wycedził. – Naprawdę myślisz, że należy mnie drażnić?

– Nie zamierzałam cię drażnić. Chcę w końcu zrozumieć, co się odpieprza. Dlaczego zabijasz ludzi? To chore.

– To opłacalne.

– Zabijasz dla głupich pieniędzy? – prychnęłam.

– Albo dla zemsty.

Zrobiło mi się potwornie niedobrze. Pożałowałam, że jednak nie poszłam potowarzyszyć robakom w łazience. Przy tym obrzydliwym gnojku armia karaluchów to chmara motylków.

– Kto ci kazał zabić mojego szefa?

Tyler zaśmiał się cicho.

– Ty – rzekł lodowatym tonem. – George Wood zdechł przez ciebie.

Zaparło mi dech w piersi i zaszumiało w głowie. Przez moment nie wiedziałam, kim jestem, gdzie się znajduję oraz co robię. Odruchowo zaczerpnęłam powietrza, co pozwoliło mi odzyskać odrobinę klarowności umysłu.

– Jak to? – szepnęłam z niedowierzaniem.

– Miałem z niego wyciągnąć pewne informacje. Przeszkodziłaś mi, więc musiałem go zabić.

Spróbowałam zerwać się z łóżka, ale Tyler szybko zrobił obrót w moją stronę i złapał mnie za nadgarstek. Szarpnęłam, na co boleśnie poprawił chwyt.

– Puszczaj – syknęłam.

– Uspokój się, zanim zrobisz coś głupiego.

– Ja tylko chcę pochodzić. – Szarpnęłam ponownie.

– Nie. Zostaniesz w łóżku i w ciszy poradzisz sobie z konsekwencjami swojego wścibstwa.

Przyciągnął mnie gwałtownie do siebie, po czym szybko puścił, przez co upadłam na bok. Poprawiłam pozycję, a Tyler znów obrócił się w stronę okna. Ależ był pewny, że wystarczająco mnie przeraził. Psychol zafajdany.

– Mylisz się – wyburczałam rozżalona, przypominając sobie rozmowę w aucie. – Wszystko powiem policji. Zapamiętałam twój tatuaż. Znam kolor twoich oczu. Wiem, że sięgam ci do brody. Umiem opisać twoje auto. Wszystko wyśpiewam. Wszystko.

– Spoko – wymamrotał kpiąco.

– Wątpisz w to? Dlaczego? Och, wiem. Te twoje insynuacje co do moich wyobrażeń… Głodnemu chleb na myśli, co? – nakręcałam się. – Miałam już dwóch chłopaków. Nie jestem słodką dziewicą, której zaimponuje pseudo twardy jaskiniowiec, wannabe badboy. Zapomnij, że będę cię kryć.

– Umożliwiłaś mi zabicie fotografki.

– Zastraszyłeś mnie.

– Nie mówiąc już o tym – zignorował moje słowa i ciągnął sucho – że mogłaś zadzwonić na policję, gdy puściłem cię wolno pod mostem. Pewnie zdążyliby mnie złapać albo zdołaliby wyśledzić.

– Groziłeś mi, że twój człowiek skrzywdzi moich bliskich!

– Nie, tak tego nie ująłem. Dopiero dziś rano dobrałem sobie zastępcę.

– Kłamiesz – wydusiłam, choć od razu poczułam w kościach, że mówił prawdę.

– Niczego nie powiesz policji, Katherine, bo będziesz kryła siebie, a nie mnie – podsumował ze zjadliwą satysfakcją w głosie.

Zamilkłam. Po raz pierwszy naprawdę dotarło do mnie, co się działo. Znaczy, wcześniej wiedziałam, że wmawiam sobie bzdury i wcale nie śnię, wiedziałam, że znalazłam się w beznadziejnej sytuacji i mam dość związane ręce, ale chyba w mojej podświadomości tliła się wiara, że lada moment pojawi się ktoś, kto mi pomoże, że nie jest tak źle, jak to wygląda.

Teraz jednak poczułam całym swoim ciałem – całym jestestwem – strach, bezdenną bezradność i brak nadziei na powrót do normalności.

O siódmej rano kazał mi na chwilę schować głowę pod kołdrą i poszedł do łazienki. Siedział tam godzinę, ale zanim wyścibiłam nos na zewnątrz, rzucił na łóżko moje ciuchy. Zostawił niepilnowany plecak i niepilnowaną broń. Kusiło mnie, żeby zajrzeć do tego pierwszego. Może znalazłabym jakieś dokumenty? Albo telefon z kontaktem do gnoja, który miał oko na moich bliskich?

Gdyby po Tylera przyjechała policja, a on nie miałby jak zawiadomić swojego zakapiora, że pora skrzywdzić moich bliskich, miałabym szansę na jakiś mądry ruch. Nie starczyło mi jednak odwagi. To mogła być podpucha. Zaświtało mi w głowie, że skoro tak myślę, muszę mieć syndrom sztokholmski. Tak, pewnie dlatego nic mi nie wychodziło w kwestii uwolnienia się od tego podłego zbira. Przyłożył pistolet do mojej brody, a ja zaczęłam go podświadomie chronić.

A może to się zaczęło wcześniej? Wtedy, gdy pogroził mi palcem przytkanym do swoich ust? To by wyjaśniało, dlaczego nie zwiałam do domu rodzinnego przy pierwszej, drugiej czy piątej sposobności. Czekałam w swojej norce na drapieżnika, czekając, aż mnie zje. Co za frajerstwo.

Założywszy tunikę, leżałam na łóżku ze spuszczonymi z niego nogami, zmęczona z niewyspania i przerabiająca w głowie nierealne superbohaterskie scenariusze. Kiedy zaczęłam odpływać, moje myśli zaczęły żyć własnym życiem i stworzyły zalążek snu, w którym odczułam dziwaczną ulgę na widok mężczyzny w jasnobrązowych ciuchach i czarnych okularach.

Skrzypnęły drzwi. Drgnęłam i poderwałam się z łóżka. Serce waliło mi w oszalałym tempie. Przyłożyłam dłoń do mostka, oddychając nerwowo.

Tyler wyłonił się zza rogu. Był ubrany w materiałowe spodnie i granatową koszulkę. W rękach trzymał zmiętoloną, niedoschniętą ramoneskę.

– Co ci jest? – mruknął teatralnie.

Spojrzałam mu spod czoła w oczy. Znowu skrywał łeb i twarz pod mopem. Wyglądało to gorzej niż wczoraj. Włosy brzydko sterczały, a zarost już na stałe odstawał mu przy uszach. Jeśli istnieją jakieś narzędzia do ogarnięcia tych rzeczy po ulewie, on raczej ich przy sobie nie miał. Mało profesjonalne. Taki cwaniacki zabójca powinien przewidzieć wszystko, więc… może jeszcze była dla mnie nadzieja.

Położyłam obie dłonie na krawędzi łóżka.

– Przysypiałam i usłyszałam drzwi – bąknęłam. – Mam palpitacje.

– Weź kilka spokojnych oddechów.

Prychnęłam i potrząsnęłam z niedowierzaniem głową. Morderca, porywacz i wymuszeniec miał czelność radzić, co robić, żeby się uspokoić. Nie, dzięki za takie mądrości. Zresztą w kryzysowych sytuacjach prędzej pomagało mi odwracanie uwagi.

– Widać, że to sztuczne – powiedziałam więc. Wskazałam palcem jego twarz i zatoczyłam kółko w powietrzu. – To przypomina gadżety z gazetki dla początkujących detektywów.

Tyler wzruszył ramionami i podszedł do plecaka, żeby pakować rzeczy.

– Dlaczego się przede mną zakrywasz? – drążyłam dalej. – Już widziałam pół twojej twarzy pod biurowcem. Jeśli cię kiedyś zobaczę w normalnych okolicznościach, to na pewno rozpoznam.

Zaśmiał się pod nosem, a potem wymruczał przedrzeźniająco:

– Widziałam twoje oczy, widziałam twój tatuaż, widziałam twoją szczękę, znam twój głos, wzrost i wiem, jakim jeździsz samochodem…

Zmroziło mnie, gdy pod koniec mówienia zaczął brzmieć złowrogo. Otworzyłam usta, by coś odpowiedzieć, ale zaraz je zamknęłam. Nie rozumiałam, do czego zmierzał. Domyślałam się, ale nie chciałam tego przed sobą przyznać.

Zasunął zamek plecaka, zarzucił go na ramię i stanął przodem do mnie.

– Może miałaś rację – rzekł. – Może piątkowa randka będzie ostatnią randką w twoim życiu.

Zabrzmiało jak poważna, śmiertelna groźba. Jednak ja dopatrzyłam się czegoś więcej w jego głębokim spojrzeniu, mowie ciała czy głosie. Dopatrzyłam się fałszywie przyjaznego ostrzeżenia i szansy darowanej tylko dla zabawy.

Wbiłam wzrok w podłogę, spłoszona. Chwilami robiłam dobrą minę do złej gry, pozwalałam sobie na uszczypliwości, ale nawet gdy Tyler puszczał mi to płazem, wychodził z niego zimnokrwisty morderca, z którym lepiej było nie zadzierać.

Wieczorem poszłam z przyjaciółką do kina. Znałam się z Carą od dzieciństwa i razem przyjechałyśmy do Calchester. Mieszkałyśmy razem przez kilka tygodni, a potem wyprowadziła się do chłopaka. Cara jest rok starsza ode mnie. Krótkowłosa brunetka o twarzy i ciele modelki wybiegowej. Od niedawna wypełniała zlecenia małej, ale dobrej agencji.

– Mam wrażenie, że w ogóle nie oglądałaś tego filmu – zagadnęła Cara, gdy siedziałyśmy już w knajpie z fast-foodem. – Cokolwiek powiem, tylko przytakujesz. Nie lubisz już komedii romantycznych?

Rozejrzałam się dyskretnie po lokalu. Wcześniej uprzedziłam Tylera, że nie wezmę ze sobą jego trującego telefonu, bo nie chciałam ryzykować, że zadzwoni, gdy będę przy przyjaciółce, ale nie potraktował tego poważnie. Zanim wyszłam z domu, przysłał mi jeszcze wiadomość: Pamiętaj, weź mnie ze sobą. Odpisałam mu, żeby o tym zapomniał, na co on: W porządku. Ktoś was będzie obserwował. Psychol.

– Lubię, lubię – wymamrotałam, gryząc frytki i skupiając się na Carze. – Przepraszam, większość filmu przysypiałam. W nocy dopadła mnie bezsenność i do rana oglądałam straszne filmy i seriale.

– Horrory? – zdziwiła się.

– Nie, nie. Thrillery.

– Większa z ciebie masochistka niż myślałam. A jak tam w domu? Rodzice pewnie zmartwieni, że nie przyjechałaś?

Skrzywiłam się w poczuciu wstydu i winy.

– Nie wiedzieli, że jadę. Nie wiedzą jeszcze o panu Woodzie.

– Co ty pleciesz?

– Tak jak ci mówiłam, wypadło mi coś w pracy – odparłam półgębkiem. Ukrywałam przed Carą, że chwilowo byłam zbędna w kancelarii. – Robota ciągnie się całymi dniami i nocami. Pan Green wezwał na pokład każdego, kogo się dało. Będą zmiany i trzeba uporządkować trochę spraw.

– Współczuję. Tylko odwiedź dom przed albo po moich urodzinach, a nie w ich trakcie.

– Oczywiście.

– Trzymam za słowo – skwitowała radośnie.

Popatrzyłam na nią, wcinającą wegekanapkę. Moja przyjaciółka jest rozważną, empatyczną i bystrą dziewczyną. Zastanowiłam się, jak skorzystać z jej mądrości tak, by o tym nie wiedziała. Po namyśle powoli rozejrzałam się na boki, przybrałam zaciekawioną minę, pochyliłam się nad stolikiem z dłońmi uniesionymi w geście ekscytacji i oznajmiłam półgłosem.

– Jeden z seriali dał mi do myślenia.

– Tak? – Cara spojrzała na mnie zainteresowana.

– Morderca powiedział kobiecie, że ma robić to, co on jej każe, albo zabije ją i jej bliskich. Przestraszył ją na tyle mocno, że pojechała z nim do pewnego hotelu, w którym udawali małżeństwo. Tam poznali inne małżeństwo. Kobieta otrzymała zadanie, by trzymać żonę przy barze, a morderca zabrał męża w ustronne miejsce i zabił – streściłam obejrzany kiedyś odcinek, próbując uogólniać szczegóły na tyle, żeby pasowały do mojej sytuacji. – Tak sobie myślę, co ja bym zrobiła na miejscu tej kobiety?

– Zmieńmy temat. Powinnaś słuchać i rozmawiać o bardziej wesołych…

– Nie, nie, Caro. To mnie naprawdę zaintrygowało. Co powinna zrobić ta szantażowana kobieta?

Moja przyjaciółka parsknęła śmiechem, po czym wzięła wdech, pomyślała chwilę i wzruszyła obojętnie ramionami.

– Policja – stwierdziła.

– Ale on ją zabije. Ją i jej rodzinę. Własnoręcznie albo poprzez jakiegoś zabijakę, ponieważ… na przykład, są umówieni na dzwonienie do siebie w określonych godzinach.

– W filmach muszą mieć wymówki na to, żeby nie zrobić tego, co logiczne, bo inaczej nie byłoby filmów. Policja ochroniłaby ją i jej rodzinę.

– Ale co, jeśli nie? – drążyłam uparcie, wiercąc się coraz bardziej nerwowo na krześle. – Co, jeśli to pewne, że jak pójdziesz na policję, to morderca się zemści?

– Chcesz, żeby na moich urodzinach była gra w moralne dylematy? – zapytała Cara takim tonem, jakby mnie w czymś przejrzała.

Jęknęłam głucho i przewróciłam oczami.

– Dobra – rzekła łaskawie. – Przy pierwszej możliwej okazji uwaliłabym kanalię na dupę, przywiązała do krzesła i torturowała, jeśli okazałoby się, że moja rodzina naprawdę jest w tarapatach.

Zatkało mnie. Oparłam plecy o oparcie krzesła i popatrzyłam na Carę z niedowierzaniem. Podsunęła mi naprawdę genialny pomysł. Rodzice normalnie chodzili do pracy i jeździli po mieście. Rodzeństwo prowadziło normalne życie towarzyskie. Mogłabym unieszkodliwić Tylera, zadzwonić do nich, by się schowali i czekali na policję, a potem zawiadomić o wszystkim policję. Proste.

Tylko czy… biorąc pod uwagę poprzestawiane klepki w mojej głowie… byłabym do tego zdolna?

Rozdział 3

Cały ranek przeglądałam okropne strony w Internecie. Legalne, ale zdecydowanie powinny być zablokowane. Nie szkodzi, gdyby zaglądały tam tylko takie osoby jak ja – raczej niezdolne do przejścia z teorii na praktykę – lecz inni są bystrzejsi czy zwinniejsi.

Poprawiłam uchwyt na nożu kuchennym i zrobiłam kilka wymachów w powietrzu. Wyszło mi to bardzo pokracznie. Odstawiłam ostrze na blat i usiadłam na hokerze. Oswojenie się z bronią sprawiało mi trudność. Wolałabym nie być zmuszona do użycia jej.

Cóż, może istniała możliwość, żeby tego uniknąć? Uświadomiłam sobie bowiem, zainspirowana genialnym pomysłem mojej psiapsi, że miałam jeszcze inną opcję na wykaraskanie się z kłopotów. Chwyciłam telefon i napisałam SMS-y do mojego młodszego rodzeństwa, siostry i brata, z pytaniem, jak im mija dzień. Ponarzekali na szkołę, a ja życzyłam im powodzenia. Następnie zadzwoniłam do taty, zapytując, co porabiał. Okazało się, że był na budowie hali produkcyjnej, nadzorując prace swoich pracowników. Następnie zadzwoniłam do mamy, która właśnie oprowadzała klientów po fabryce paneli podłogowych.

Nasz dom stał pusty. Jeśli jakiś kryminalista zechciałby się tam włamać i popatrzeć przez okno, droga wolna.