8 Friend Street - Florence Robin - ebook

8 Friend Street ebook

Florence Robin

3,6

Opis

Ariana czeka, aż jej narzeczony wróci z zagranicy, by mogli wziąć ślub. W międzyczasie mieszka pod jednym dachem z nieznośnym, przystojnym studentem dziennikarstwa i ukrywa to przed swoimi bliskimi. Zapomniała jednak, że od nienawiści do miłości jest tylko jeden krok. Historia powstała na wattpadzie na koncie Missudi. Jest to odświeżona wersja powieści "Ulica Przyjazna 8" - na prośbę części czytelników. Błędy poprawione.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 382

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,6 (5 ocen)
2
1
1
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MmWw1

Nie oderwiesz się od lektury

super swietna powiesc
00
2323aga

Nie polecam

Ja nie przebrnęłam. Nic w tej książce mi się nie podobało.
00
Elwira1980

Całkiem niezła

Ksiazka ogólnie fajna. Może czasem akcja się włącza a czasem za bardzo przyjpiesza. Autorka chyba nie mogła się zdecydować czy akcja toczy się w USA czy Polsce. Zmieniające się imię z Claire na Klare. Dolary na złotówki. Nagle polskie nazwisko i kilka innych nieścisłości.
00

Popularność




Informacje o książce

8 Friend Street

Florence Robin

Redakcja i korekta: Kamila Śliwińska

Projekt okładki: Florence Robin

Tło fotograficzne: Lena Polishko / Unsplash

Postacie wygenerowane z użyciem AI

Opracowanie graficzne, efekty i typografia: wykonane w Canva

Okraszona humorem powieść obyczajowa przeplatana wątkiem miłosnym. Ariana czeka, aż jej narzeczony wróci z zagranicy, by mogli wziąć ślub. W międzyczasie mieszka pod jednym dachem z nieznośnym, przystojnym studentem dziennikarstwa i ukrywa to przed swoimi bliskimi. Zapomniała jednak, że od nienawiści do miłości jest tylko jeden krok.

Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do zdarzeń i osób jest przypadkowe.

© Florence Robin, 2025

Szanowna Pani Ross,

dziękujemy za zainteresowanie naszą kancelarią. Niestety, obecnie nie mamy wolnych miejsc dla praktykantów. Życzymy powodzenia w dalszych poszukiwaniach.

Z serdecznymi pozdrowieniami

Martha Lewis

Sekretariat Kancelarii Prawnej Marcus Smith

Szanowny Panie Evans,

z żalem informuję, że obecnie nie kwalifikuje się Pan na stanowisko korektora, dziennikarza, sekretarza ani zastępcy redaktora naczelnego naszego czasopisma. Radzę również na przyszłość, aby nie zaczynał Pan listu motywacyjnego od słów: „Odpiszcie mi w końcu, leniwe gnojki!".

Carina Hall

Zastępca redaktora naczelnego tygodnika „In Fact"

Rozdział 1

Mijał luty. Ariana gnała zaśnieżoną ścieżką, gorączkowo szukając w jednokomorowej torbie karty płatniczej, którą musiała zapłacić za przejazd tramwajem. Mijając slalomem przechodniów, których dostrzegała ledwie kątem oka, coraz niżej schylała głowę, aby wypatrzyć zgubę. Ilekroć ta mignęła gdzieś na dnie, zaraz znikała pod resztą podskakujących szpargałów.

Ariana nie chciała przerywać biegu, odpuściła więc sobie chwilowo poszukiwania i zarzuciła torbę na ramię, przez co boleśnie przycisnęła sobie rozpuszczone włosy. Jednocześnie poczuła, że wełniana czapka zsuwa się jej na oczy. Nim zdążyła coś z tym zrobić, zderzyła się z czymś gwałtownie i z impetem grzmotnęła plecami o chodnik.

– Czy ty jesteś ślepa? – dobiegł ją zaraz rozdrażniony męski głos.

Oszołomiona, najpierw nie zareagowała, a potem poprawiła czapkę i odgarnęła pasmo włosów z twarzy. Zobaczyła nad sobą wysokiego bruneta z groźnie zmarszczonymi brwiami.

– Zniszczyłaś mi kwiaty. – Wskazał gniewnym gestem tulipany leżące w śniegu.

– Mógł pan uważać.

– Kpisz sobie? Biegłaś po tamtej stronie chodnika i to ty na mnie wpadłaś. Oddawaj mi trzydzieści dolców.

– Mógł pan uważać – powtórzyła z naciskiem, zniesmaczona jego manierami.

Zawsze ją irytowało, gdy ktoś obcy zwracał się do niej na ty, a obrażanie od samego początku i arogancja tylko pogarszały sytuację. Z takimi osobami ani myślała dyskutować, nie mówiąc o rekompensowaniu czegokolwiek.

Wstała, strząsnęła z siebie śnieg i zaczęła pospiesznie zbierać to, co wysypało się z torby. Na pobliski przystanek wjeżdżał właśnie tramwaj, który miał ją zawieźć do centrum Hudertown.

– Wybieraj – warknął mężczyzna. – Mam dzwonić na policję czy oddasz za kwiaty?

– Nie jesteśmy na ty!

– Typowa baba. Mówisz o jednym, ta pieprzy o drugim.

Arianę zapiekły policzki.

– Pan jest bezczelny!

– Walczę o swoje, blondi.

– Powodzenia – fuknęła z wyższością, po czym ruszyła w stronę tramwaju.

Tamten jednak wyszarpnął jej torbę z ręki i bezceremonialnie zaczął ją przetrząsać, mamrocząc nieprzyjaźnie pod nosem. Ariana doskoczyła do niego, żeby odzyskać swoją własność, przez co wywiązała się nerwowa szarpanina. Przechodzący obok ludzie udawali, że nic nie widzą.

– Oddawaj moją torebkę, bucu! – Szlag trafił ogładę Ariany.

– A ty mi kasę za kwiaty!

– Zapomnij! Pewnie jesteś wyłudzaczem i specjalnie stanąłeś mi na drodze! – wykrzyknęła odkrywczo.

– To ty mnie staranowałaś, ślepa krowo!

Prychnęła i zaparła się mocniej nogami, z całej siły ciągnąc torebkę. Wtedy on niespodziewanie ją puścił, uniósł za to triumfalnie stary rachunek za telefon komórkowy Ariany. Ona zachwiała się niebezpiecznie, zamachała rozpaczliwie rękami, upuszczając torebkę na ziemię, a potem wyrwała mężczyźnie papier z dłoni i pognała przed siebie ile sił w nogach.

Do tramwaju wślizgnęła się tuż przed tym, jak zasunęły się drzwi. Ciężko dysząc, opadła na najbliższe siedzenie i wyjrzała przez okno. Awanturnik zniknął. W parku zostały po nim tylko kwiaty, wdeptywane przez spacerowiczów w śnieg. Przez chwilę zrobiło jej się żal, że nie trafią do rąk jego wybranki.

Tramwaj szarpnął. Ariana spojrzała na elektroniczny zegar obok kabiny motorniczego. Zostało dwadzieścia minut do rozpoczęcia testu praktykanckiego w Kancelarii Prawniczej Foster & Zachmann. Ariana powoli kończyła ostatni rok studiów prawniczych i chciała budować swoje CV pod przyszły zawód.

Uspokojona, usiadła wygodniej, rozpięła płaszcz pod szyją i strzepnęła resztki białych płatków z eleganckich spodni. Przesunęła wzrokiem po innych pasażerach i zatrzymała wzrok na kobiecie, która szukała czegoś w torebce. Arianę ogarnął dziwny niepokój, a kiedy zobaczyła kontrolera biletów, uświadomiła sobie z trwogą, że choć rachunek odzyskała, to... reszta jej rzeczy została w rękach parkowego przyjemniaczka.

~

Para dużych notatników, cztery terminarze, dwa notesy zapisane adresami i numerami telefonów, kilka bransoletek, pierścionków i łańcuszków, lakier do paznokci, garść breloczków przypiętych do jednego kompletu kluczy, antyperspirant, tabletki przeciwbólowe, karty płatnicze oraz niezliczona ilość ulotek reklamowych – to wszystko ukazało się oczom Carsona, gdy wysypał zawartość torby na stół.

– Baby – westchnął z politowaniem, a potem złapał za notesy i zaczął je wertować w poszukiwaniu adresu lub numeru ich właścicielki.

Z kuchni wrócił jego najlepszy kumpel, Rafael, niosąc w ręce pajdę chleba, posmarowaną grubą warstwą pasztetu.

– Co tam znalazłeś? – zapytał wesoło i ugryzł wielki kęs.

Choć miał kilkanaście kilogramów nadwagi, nigdy nie odmawiał sobie dobrego jedzenia. Zwłaszcza cudzego. Carson zmierzył kumpla krytycznym spojrzeniem i spytał z przekąsem:

– Zostawiłeś kuchnię taką, jaką zastałeś?

– O co ci chodzi? – Rafael podniósł brwi w zdziwieniu.

– O to, że wysprzątałem mojej mamie cały dom, a teraz pewnie jakiś upaćkany nóż leży w zlewie.

– Spadaj, co? Mogłem iść na lunch, a przyszedłem, żeby oddać ci ładowarkę, którą sam u mnie zostawiłeś – wytknął zbulwersowany Rafael i usiadł ciężko na kanapie.

– Pamiętałem o niej. Odebrałbym ją w weekend.

– Jezu, zaraz wyliżę całą kuchnię, jeśli aż tak cię to boli.

– Dobra. – Carson machnął ręką.

Zrobiło mu się głupio, że naskoczył na najlepszego kumpla, który wiele razy, i to bez kręcenia nosem, ratował go z opałów, a do tego często zapewniał mu wikt i opierunek. Popatrzył na niego przepraszająco i wyjaśnił powód swojego zdenerwowania:

– Moja matka jest strasznie niezadowolona, że wróciłem na stałe do Hudertown, by studiować tu dziennikarstwo.

– Myślę, że bardziej ubodło ją to, że przez kilka miesięcy ukrywałeś, że znowu zmieniłeś studia, że zerwałeś z Anne po tym jak odkryłeś, że jest mężatką, oraz że nocowałeś u mnie zamiast od razu wrócić do domu. – wypunktował Rafael. – Ale przejdzie jej.

– Wątpię. Traktuje mnie jak powietrze.

Rafael ugryzł kęs pajdy i popatrzył w zamyśleniu na kumpla. Wyraźnie szukał pocieszenia, ale nic mu nie przychodziło do głowy.

– Namierzyłeś tę laskę z parku? – zapytał z błyskiem w oku.

Carson pokręcił głową.

– W notesach nie ma żadnego wpisu w rodzaju „mój numer" czy „mój adres".

Przeszło mu przez myśl, żeby zadzwonić do kogoś z listy kontaktów i zapytać, gdzie mieszka blondynka ze wzrokiem tęskniącym za rozumem. Już chciał podzielić się tym pomysłem z kumplem, gdy ten zawyrokował:

– Pewnie widziałeś coś na rachunku i ze złości wyparłeś to z pamięci.

– Nic nie wyparłem.

– Oglądałem wczoraj filmik o hipnozie. Może jednak spróbujemy...

– Nie – uciął stanowczo Carson.

Popatrzył pobieżnie na ulotkę reklamową lokalnej firmy pożyczkowej. „Weź pożyczkę w Goldbanc i wygraj nowy dom!" – krzyczały drukowane litery. Zebrał wszystkie świstki i wrzucił je z powrotem do torebki.

Tymczasem Rafael zrobił zawiedzioną minę, przeczesał dłonią modnie przystrzyżone włosy, a potem sięgnął po jeden z notesów. Ledwo zerknął na pierwszą zapisaną stronę i grzmotnął nim o stół. Wskazał palcem dół kartki. Carson podążył za nim wzrokiem i wzruszył ramionami, ponieważ nie zauważył tam niczego znaczącego.

– Podpisane „mama" – uświadomił mu kumpel. – Udaj kuriera, może sypnie adresem.

Carson przez chwilę pomyślał, a potem uśmiechnął się cwaniacko.

– Mam lepszy pomysł. – Sięgnął po komórkę, żeby wstukać numer.

Ustawił tryb głośnomówiący i położył telefon na stole. W salonie rozbrzmiał refren pieśni kościelnej, sygnalizujący oczekiwanie na połączenie. Kumple spojrzeli na siebie wymownie, z trudem hamując śmiech.

– Słucham? – rozległ się piskliwy kobiecy głos.

– Dzień dobry. Pani córka przypadkiem zostawiła u mnie swój notes – zaczął Carson. – Znalazłem w nim pani numer. Czy mogę wiedzieć, gdzie mam odnieść zgubę?

– Która córka? Jaki notes?

– Wie pani co, nie znam imienia tej słodkiej blondyneczki. Kiedy jej płacę i idziemy do łóżka, używam jej pseudonimu.

Rafael zakrył usta dłonią, a potem uciekł na koniec salonu, nie mogąc dłużej powstrzymywać głośnego śmiechu.

– Co pan wygaduje? – burknęła opryskliwie kobieta. – To pomyłka!

– Proszę nie udawać. Mówiła mi, że pani pozwala jej zarabiać w taki sposób na studia.

W słuchawce rozległ się świst wciąganego powietrza. Rafael wrócił szybko do stołu i obaj przyjaciele pochylili się nad telefonem, czekając w napięciu na odpowiedź.

– Mówi pan o Arianie? – zapytała w końcu kobieta słabym głosem, a Carson uniósł triumfalnie ręce. – To jakieś bzdury!

– Da mi pani jej adres czy nie? – naciskał, szczerząc szeroko zęby. – Może zdążę oddać notes, zanim przyjmie następnego klienta.

W głośniku coś trzasnęło, po czym zabrzmiał sygnał przerwania połączenia. Kumple wybuchnęli niepohamowanym śmiechem. Trochę trwało, zanim Carson postarał się już nie śmiać, a Rafael uspokoił się na tyle, żeby zapytać:

– No i co teraz?

– Niech weźmie mój numer od swojej mamusi i się ze mną skontaktuje.

– A jeśli Ariana to nie nasza dziewczyna? Może właśnie narobiłeś kłopotów jej siostrze?

Carson wzruszył ramionami. Uważał, że numer dotrze do Ariany w ten czy inny sposób. Zadowolony rozparł się na kanapie i założył ręce za kark. W tym momencie rozdzwoniła się komórka. Kumple spojrzeli na siebie, zaskoczeni tak szybkim odzewem, i razem do niej doskoczyli. Okazało się jednak, że to Aaron, kuzyn Carsona, chciał przekazać wiadomość, na którą od dawna czekali.

~

Kilkoma susami pokonała schody i wpadła jak burza do mieszkania. Zerwała z siebie marynarkę i rzuciła ją na stolik, na którym stał kieliszek z winem. Gwałtownie rozpięła suwak spodni, żeby zsunąć je z nóg. Claire odłożyła na bok książkę, zmierzyła przyjaciółkę spłoszonym spojrzeniem i chwyciła kieliszek, żeby osłonić go przed kolejnym rzutem. Ariana zamachnęła się, spodnie trąciły żyrandol, a potem upadły na środek salonu. Warknęła i bez słowa poszła do łazienki.

Kiedy bardzo długo nie wracała, zaniepokojona Claire wstała z sofy z trunkiem w ręce i wyszła na korytarz. Zza drzwi łazienki dobiegał szum wody.

– Ana? Robisz siku? – spytała ostrożnie.

– Nie, zaraz wezmę kąpiel.

– To mnie wpuść i wyjaśnij ten nieudany atak na moje wino.

Ariana przekręciła klucz w zamku, uchyliła drzwi i pokazała głowę w szparze między futryną a ich krawędzią. W jej oczach tliło się z trudem hamowane wzburzenie. Claire popatrzyła na nią z udawaną urazą.

– Wolisz demolować mieszkanie, niż mi się zwierzyć? – zapytała lekko.

– Zaspałam przez awarię prądu – oznajmiła znużonym tonem Ariana i zakręciła kurek z wodą. – Kiedy biegłam na tramwaj, jakiś palant zaszedł mi drogę, przewrócił mnie i ukradł mi torebkę.

– Co?! Czekaj, zaraz wracam – zarządziła Claire.

Po chwili wróciła z dwoma kieliszkami do wina i butelką ajerkoniaku domowej roboty, trzymanego na specjalną okazję. A zapowiadało się na to, że taka właśnie nadeszła

Ariana, już rozebrana i zanurzona w wodzie, skosztowała trunku i westchnęła rozanielona.

– Mów dalej, co z tym złodziejem, to dostaniesz więcej tego cuda – zachęciła podekscytowana przyjaciółka.

Ariana oparła głowę o brzeg wanny i półgębkiem przedstawiła przebieg parkowej potyczki. Nie siliła się przy tym zbytnio na bezstronność, toteż z satysfakcją wysłuchała zaraz litanii obelg pod adresem rzekomego napastnika.

– Trzeba było kopnąć go w jaja tak, by do końca życia mówił falsetem – powiedziała twardo Claire.

– Mógł mi oddać. Przypominam, że nikt nie reagował, gdy on mnie szarpał.

– Zadzwoniłaś na policję?

Ariana pokręciła głową.

– Nie wzięłam komórki. Ale wstąpiłam na komendę w drodze do domu. Zgłosiłam kradzież, a potem poszłam złożyć wyjaśnienia. Wyobraź sobie, że dziś rano pojawiła się policja wezwana przez naszą ukochaną sąsiadkę, panią Campbell. Poskarżyła się, że jej palma przestaje skakać dopiero wtedy, gdy wyjdę z domu.

Claire zmarszczyła czoło, skonsternowana.

– Jaka palma?

– No, kwiat. W doniczce.

– Już myślałam, że się zdobyła na szczerość i przyznała, że jej odbiła.

Ariana parsknęła śmiechem, ale zaraz głośno westchnęła i opowiedziała o stawianych im licznych zarzutach – większości przesadzonych bądź całkiem zmyślonych przez panią Campbell i pozostałe sąsiadki, które nie mogły przeboleć, że właścicielka wynajęła lokal dwóm studentkom zamiast pewnej starszej pani z kółka szydełkowego. Aż dziw, że policjanci za każdym razem brali wszystko na serio i śmiertelnie poważnym tonem udzielali młodym współlokatorkom pouczeń i prosili, by nie dawały sąsiadkom powodów do skarg. Ariana upiła łyk ajerkoniaku i wróciła do tematu skradzionej torebki.

– Powiedzieli mi, żebym nie liczyła na to, że coś odzyskam. Podałam rysopis złodzieja, a nawet wskazałam kamery w okolicy parku, ale to za mało.

Claire prychnęła z niezadowoleniem.

– Skandal.

– Miałam tam tyle ważnych rzeczy. Klucze, kosmetyki, kartę podarunkową... – wyliczyła z żalem Ariana.

Claire przełknęła głośno alkohol i zmierzyła przyjaciółkę przejętym wzrokiem.

– Chyba nie mówisz o tej, którą dałam ci na urodziny?

Ariana zanurzyła się w wodzie po same usta i zrobiła przepraszającą minę.

– Powinnam ci kupować książki – rzekła z żalem Claire. – Kasa zawsze przepada.

– Wybacz, oddam ci.

– Przestań. To był prezent. Zresztą wściekam się bardziej na niego niż na ciebie.

– Nie przyjęli mnie na praktyki – dodała z wyraźnym zawodem Ariana.

– Dobry Jezu. Czarny kot przebiegł ci drogę czy co? – wyjęczała Claire. – Co się stało?

– Na parterze budynku kancelarii trwa remont i cała podłoga była ubłocona od piachu i śniegu. Trochę oczyściłam buty, zanim pojechałam windą na górę, ale szanowny adwokat Foster i tak uznał, że nie spełniam warunków.

– Jakich warunków?

– Po prostu. Spytałam go, czy mogę przystąpić do testu, a on mnie zlustrował i wyraził pogardę.

– Seksistowski łajdak – syknęła Claire. – Szuka bardzo osobistej praktykantki.

– O czym ty mówisz? – zdziwiła się Ariana i postawiła kieliszek na brzegu wanny. – Może po prostu woli pracować z ludźmi wyglądającymi schludnie.

– Każdy facet ma swój typ dziewczyny, którą chciałby oczyścić z błota. Tylko niektórzy kryją się z tym bardziej niż ten prawniczek.

Ariana ściągnęła brwi zniesmaczona i spytała z powątpiewaniem:

– Wciąż mówimy o wybrudzeniu butów i spodni?

– Tak myślisz?

– Czy tobie wszystko musi się kojarzyć? – Westchnęła i pokręciła głową z dezaprobatą.

– O Jezu! – Claire zakryła dłonią usta.

– Co jest?

– Chwilę przed tym, jak wróciłaś, dzwoniła do mnie twoja mama. Powiedziała, że masz włączyć telefon, pakować dupę w pociąg i natychmiast wracać do domu.

– Słucham?! – Ariana uniosła się w wannie i sięgnęła po ręcznik. – Ktoś umarł, a ty mi dopiero teraz o tym mówisz?

– Chyba nie, bo nazwała cię kłamczuchą.

– W którym miejscu?

– Między włączeniem telefonu a wsiadaniem do pociągu – odrzekła lekko Claire.

Ariana zmrużyła gniewnie oczy.

– A już myślałam, że moja mama naprawdę użyła brzydkiego słowa.

– Potrafię czytać między wierszami, więc...

Claire zamilkła pod naporem spojrzenia przyjaciółki, które krzyczało: „Spływaj!". Posłała jej buziaka dla żartu, a potem zabrała kieliszki, butelkę i wyszła z łazienki.

Ariana wyskoczyła z wanny, wytarła się ręcznikiem i narzuciła szlafrok. Próbowała sobie przypomnieć kłamstwa, których dopuściła się w ostatnim czasie, jednak nie przychodziło jej do głowy żadne istotne.

Kilka minut później, już po nerwowej rozmowie z matką, siedziała sztywno na tapczanie w salonie. Wpatrywała się w małą zieloną karteczkę, na której widniał kilkucyfrowy numer. Zapisując go, Ariana dociskała długopis tak mocno, że zostawił ślady na blacie stolika. Po chwili złapała za komórkę i zadzwoniła do największego prostaka, jakiego w życiu spotkała. Claire przytknęła ucho do drugiej strony urządzenia.

Odebrał przed ostatnim sygnałem, choć na pewno czekał na ten telefon.

– Słucham?

Ariana próbowała zachować stoicki spokój, ale nagle zapomniała języka w gębie. Spojrzała stropiona na przyjaciółkę, a potem zerknęła na przedziurawioną karteczkę. Odtworzyła szybko w pamięci rozmowę z matką i skrzywiła się brzydko, zalana kolejną falą złości.

– Ty podły draniu – wycedziła.

– Miło mi. Ja jestem Carson. – Zarechotał szyderczo.

– Niech się pan śmieje, póki może. – Przeszła na formalny ton, bo pożałowała, że zniżyła się do poziomu tego człowieka. – Pożałuje pan tego, co zrobił.

– Groźbami nie odzyskasz torebki, blondi.

– Per pani, proszę! – syknęła, zaciskając mocniej dłoń na komórce. – Gdzie pan mieszka?

– Chciałabyś wiedzieć, per pańciu. – W jego głosie zabrzmiał prześmiewczy ton. – Spotkajmy się w tym samym miejscu, co ostatnio. Ja oddam ci torbę, a ty mi kasę.

– Ma pan jakiś dowód, że tamte tulipany kosztowały trzydzieści dolarów? Wyglądały na znacznie tańsze – rzuciła z udawaną obojętnością.

– Tak jak ty, gdy leżałaś w śniegu – odparował szyderczo.

– Burak – warknęła, pąsowiejąc ze złości.

– Przepraszam. Faktycznie przesadziłem. Taniej wyglądać już się nie dało.

– Dla pana wciąż za drogo – odrzekła przesłodzonym głosem.

– Gdy zechcę, będzie taniej – zadrwił. – Czekam w czwartek o jedenastej rano. – Rozłączył się, zanim Ariana zdołała wymyślić jakąkolwiek ripostę.

W jej oczach malowało się oburzenie. Claire odsunęła ucho od telefonu i rzuciła niecenzuralnym komentarzem.

– Co teraz? – spytała załamana Ariana.

– Zapłać mu. Trzydzieści dolarów to nie majątek, a ty będziesz miała święty spokój.

– Tak bym zrobiła, gdyby mnie nie obrażał.

Claire machnęła ręką i oznajmiła z niepasującą do niej powagą:

– Ja cisnęłabym mu kasę w twarz, zabrała torebkę i odeszła z godnością. Czasami trzeba ustąpić głupszemu.

Ariana pokiwała głową i wróciła do łazienki. Zamyślona, zmyła makijaż i popatrzyła ponuro w lustro. Wtedy zaświtał jej w głowie niecny plan – zorganizuje obławę na grabieżcę torebki. Dzięki współpracy z policją mogłaby zaoszczędzić pieniądze, odzyskać własność i, co najważniejsze, utrzeć nosa pyskatemu złodziejowi. Uśmiechnęła się mściwie.

Dostaniesz za swoje, ty draniu.

~

Podstawianie posiłków pod nos, ostentacyjne zmienianie wody w wazonie pełnym świeżych tulipanów oraz pucowanie każdego kąta w domu w końcu się opłaciło. W środowy poranek matka wyrwała Carsonowi ścierkę, którą przecierał ceratę na stole w kuchni, i pogroziła mu palcem:

– Tylko spróbuj mnie znów okłamać. Starczy tego podlizywania się.

– No co ty, mamo! Po co umawiałem cię w spa na weekend? Nie sądziłem, że przejdzie ci tak szybko. – Wyszczerzył zęby i zrobił unik przed szmatą.

– Weź się za jakąś robotę, zamiast dowcipkować.

– A wziąłem się, wziąłem.

– Czyżby? – zapytała sceptycznie.

– Aaron i ja wpadliśmy na genialny pomysł.

Madison spojrzała na syna z ukosa, zaniepokojona jego ożywieniem.

– Zakładamy firmę. Będziemy tworzyć i wydawać własną miejską gazetę – oznajmił dumnie.

– Czyś ty oszalał?! – krzyknęła z niedowierzaniem wypisanym na twarzy.

– Skądże znowu!

– Mało jest gazet w kioskach? – zapytała kąśliwie.

– Ale nasza będzie najlepsza. Obiektywna, ciekawa, przyciągnie miliony czytelników. – Carson mówił, co mu ślina na język przynosiła.

– Niby skąd weźmiecie na to pieniądze?

– Wczoraj dostaliśmy dotację z miejskiego programu wspierania nowych firm – wyjawił z zadowoleniem, a potem wyciągnął z kieszeni i pokazał ulotkę, którą zabrał z torebki nieznajomej. – A jutro idę po pożyczkę. Część funduszy przeznaczę na kupno motocykla, bo potrzebuję transportu, a za resztę założę redakcję.

– Carson, ty chyba nie mówisz poważnie – Madison usiadła przy stole, jakby zrobiło jej się słabo. – Idź do normalnej pracy i nie pakuj się w kłopoty.

– To będzie normalna praca, wielu ludzi tak zaczyna.

– Ale mają wykształcenie, plecy i pieniądze do przepuszczenia – odparowała najeżona. – Nie porywają się z motyką na słońce. Zabraniam ci realizowania tego pomysłu.

– Jestem dorosły.

– Nie wygląda na to. Znowu coś przede mną zataiłeś. – W jej oczach zalśnił żal. – Zacznij się w końcu zachowywać rozsądnie.

– Dzięki za wsparcie.

– Dzięki za zrozumienie, że jesteś studentem, a co za tym idzie, potrzebujesz mało absorbującej pracy! Chcesz zmarnować kolejne lata studiów i jeszcze popaść w długi? – Madison załamała ręce.

– Do licha! Przecież będę działać z Aaronem!

– I znowu nic nie zarobisz! – wypomniała ostro, choć bez satysfakcji.

Carson uderzył pięścią w stół i wyszedł z kuchni, tłumiąc przekleństwa cisnące się na usta, a potem zniknął w swoim pokoju. Doskonale pamiętał, że dotychczas marnie wychodził na współpracy z kuzynem. Kiedyś dał mu się namówić na wspólny wyjazd, by zbierać borówki. Po kilku tygodniach harówy nie dostali wypłaty. Ale jakoś to przebolał. Innym razem uwierzył Aaronowi, że ten dokładnie przeczytał umowę na zlecenie, które mieli zrealizować. Okazała się jednak bardzo niekorzystna. Musieli w ciągu trzech dni pomalować wszystkie ściany w nowym biurowcu. W razie jakichkolwiek opóźnień groziła im ogromna kara finansowa. Pracowali z krótkimi tylko przerwami na sen, jedzenie i toaletę, natyrali się za sześciu, a dostali haniebnie mało. Po fakcie Aaron przyznał, że szef to jego dobry znajomy i dlatego nie przeczytał całej umowy.

Mimo tego wszystkiego Carson lubił kuzyna, szanował go za pracowitość i wiedział, że mogliby razem konie kraść. Dlatego nie miał ochoty wysłuchiwać wyrzutów matki. W końcu to on ryzykował czas i pieniądze. Madison jednak ani myślała odpuścić. Przyszła do niego i pogroziła mu palcem.

– Zostaw zabawę w gazetę Aaronowi.

– Wbiłbym mu nóż w plecy – jęknął.

– Zwróćcie więc dofinansowanie. Nie nadajecie się do prowadzenia własnego biznesu – stwierdziła oschle.

Sprzeczkę przerwał dzwonek domofonu. Wyszli razem na korytarz i Madison otworzyła drzwi sąsiadowi, który przyprowadził dwójkę dzieci pod jej opiekę. Dorabiała sobie jako niania, odkąd zredukowano jej dyżury w szpitalu. Kiedy zaczęła zdejmować maluchom kurtki, Carsona ogarnęły wyrzuty sumienia, że nie zdołał zapewnić matce lżejszego życia. Pożałował, że tyle jej dotąd napsuł krwi.

Zamknął drzwi za sąsiadem, przekręcił klucz w zamku i odłożył go na półkę, żeby nie dosięgły go dzieci, a potem położył dłoń na ramieniu matki i powiedział uspokajająco:

– Masz rację. Odpuszczam.

Na twarzy Madison odmalowała się ulga. Kiwnęła głową i ruszyła z dziećmi do salonu. Nawet nie podejrzewała, że syn ją okłamał. Zamknął się w swoim pokoju, usiadł przed laptopem, przejrzał uważnie oferty lokali do wynajęcia. Zaczął się umawiać na obejrzenie wybranych. Jeden z potencjalnych najemców zaproponował mu, żeby się spotkali następnego dnia o jedenastej rano, czyli wtedy, kiedy miał się spotkać z damulką od torebki. Carson zgodził się bez wahania, bo przyszła kariera była dla niego ważniejsza niż osobiste porachunki. Zakończył rozmowę z najemcą, wybrał w telefonie nowy numer i usłyszał znajomą kościelną melodyjkę.

~

Arianie środowy poranek jawił się brzydko i ponuro. Słońce chowało się za ciemnymi chmurami i odnosiła wrażenie, że zapadł już zmierzch, a zmiana ciśnienia przyprawiła ją o ból głowy. Wypiła dwie kawy, a gdy po nich nie poczuła się lepiej, postanowiła, że tego dnia zostanie w mieszkaniu. Śmiało mogła zrobić sobie wolne od wykładów, które zaczynały się w południe. Co prawda istniało ryzyko, że nikt się z nią nie podzieli notatkami przydatnymi na egzaminy końcowe, ale w ostateczności wolała wkuwać na pamięć podręczniki, niż mierzyć się z trudami trwającego dnia.

Kiedy już leżała leniwie wyciągnięta na kanapie, oglądając serial za serialem, z korytarza dobiegły skrzypnięcie otwieranych drzwi i czyjeś krzyki. Zgramoliła się z kanapy i wyszła na korytarz, skąd słyszała kłótnię Claire z nabzdyczoną sąsiadką z mieszkania naprzeciwko. Każda stała w progu własnych drzwi, a ich wzajemne pretensje przecinały powietrze na klatce schodowej.

– Może jeszcze pani powie, że za głośno oddychamy?! – przygadywała Claire.

– Pewnie, że tak! – Sąsiadka wygrażała jej pięścią. – Słychać was nawet na drugim końcu miasta!

Kłóciły się dalej, a tymczasem ku swojemu zaskoczeniu Ariana spostrzegła, że Claire trzyma jej skradzioną torbę. Nie wierzyła własnym oczom. Podeszła do przyjaciółki i obejrzała torbę z bliska.

Wtedy zauważyła, że do paska była przyczepiona duża kartka z wiadomością: „Sorry, jednak nie mam czasu na randkę. Sprzedam twoje łańcuszki. Są sztuczne, więc nie powinnaś za nimi tęsknić. A jeśli jednak za nimi zatęsknisz, to szukaj ich w necie. Do rychłego niezobaczenia".

Wpatrywała się z niedowierzaniem w słowa, aż w końcu z odrętwienia wyrwał ją głos sąsiadki:

– Szatańskie nasienie!

Pociągnęła Claire za ramię i szybko zatrzasnęła drzwi, nie chcąc zaostrzać konfliktu. Ta jęknęła rozżalona, bo to ona zawsze musiała mieć ostatnie słowo. Ariana obrzuciła ją wzburzonym spojrzeniem i zabrała jej torbę.

– Skąd to się tu wzięło? – zapytała napastliwie.

– Znalazłam ją pod drzwiami.

Ariana przez chwilę stała w bezruchu i patrzyła zdezorientowana na nie mniej skołowaną przyjaciółkę. Potem przeniosła się do salonu, żeby sprawdzić zawartość torby. Wysypała wszystko na kanapę i przeskakiwała wzorkiem od rzeczy do rzeczy.

Claire szybko ściągnęła kurtkę i poszła za przyjaciółką.

– Brakuje czegoś? – zapytała.

– Chyba tylko łańcuszków – w głosie Ariany zabrzmiał zawód. – Mieliśmy się spotkać jutro w parku. Planowałam, że wezwę policję.

Claire przesunęła dłonią po wysypanych rzeczach.

– Ana, oddał ci wszystko, co cenne, a do tego nie użył tej karty. – Pomachała kolorowym plastikiem przed nosem przyjaciółki. – Powinnyśmy świętować.

– Przez niego przepadły mi praktyki – burknęła naburmuszona Ariana.

– Znajdziesz lepsze.

Po jej twarzy przemknęło powątpiewanie. Prześlizgnęła wzrokiem po swoich rzeczach. Była ciekawa, skąd ten facet wiedział, gdzie odnieść torebkę. Po chwili jej spojrzenie padło na telefon leżący na stoliku. Coś ją tknęło, żeby do niego zajrzeć, i zaraz się okazało, że miała wiadomość od matki: „Zostań dziś w domu, kolega odda Ci zgubioną torebkę". Arianę aż skręciło na widok słowa „kolega". Nie powiedziała matce o tym, co zaszło w parku, i wmówiła jej, że jakiś pijany znajomy znajomych stroił sobie głupie żarty przez telefon. Nawet nie chciała wiedzieć, co ten drań powiedział tym razem.

Claire położyła kartę na podłokietniku kanapy.

– Wykorzystaj tę kartę, zanim znowu cię okradną – zażartowała.

Ariana westchnęła z przejęciem i rzuciła:

– Idziemy na lodowisko w galerii, w której wykupiłaś kartę.

– Słucham? Przecież nie lubisz jeździć na łyżwach – przypomniała Claire zaniepokojonym tonem.

– Ale ty tak.

– Chyba zapomniałaś, o co chodzi w dawaniu prezentu. Ma zadowolić obdarowanego, a nie tego, kto go wręczył.

– Chcę zrobić coś miłego – bąknęła Ariana.

Claire mruknęła z wahaniem. Czuła się niezręcznie, że przyjaciółka właściwie zwracała otrzymany prezent.

– No dobra. – W końcu ugięła się pod twardym spojrzeniem. – Zaczekaj chwilkę. Muszę do toalety.

Ariana uśmiechnęła się z wdzięcznością. Posprzątała szybko swoje rzeczy i przeszła do korytarza. Założyła kozaki, a potem usiadła na okrągłym pufie i w zamyśleniu zaczęła gładzić palcami pierścionek zaręczynowy. Przyglądała się, jak brylanty, tworzące mijające się linie, błyszczą magicznie w świetle, jak pięknie współgrają z białym złotem.

Zacisnęła pięść i westchnęła z tęsknoty za narzeczonym.

~

Po tygodniu spotkań z przedstawicielami agencji wynajmujących nieruchomości Carson stanął przed niewielkim, zniszczonym biurowcem na przedmieściu. Budynek, otoczony przez las i wysokie krzaki, które zasłaniały kamienistą ścieżkę i utrudniały dojście pod drzwi, nie sprawiał wrażenia, jakby już wkrótce miał w sobie mieścić siedzibę redakcji. Na parterze znajdowało się kilka zaniedbanych lokali, pozostawionych na pastwę losu wskutek niekończącego się remontu drogi dojazdowej. Mało kto chciał tu prowadzić biznes. Carson wynajął pomieszczenie, które jako jedyne miało wejście od wewnątrz oraz z zewnątrz.

Zajrzał do środka i zobaczył mało artystyczne graffiti na odrapanych ścianach. Wszedł głębiej, a pod butami zachrzęściło mu szkło z rozbitych butelek. W nosie poczuł palący, mdlący, kwaśny odór. Rozejrzał się i zatrzymał wzrok na posadzce, ubrudzonej plamami pleśni i zaśmieconej puszkami po piwie. Z jego gardła wypłynął jęk zwątpienia.

– Niska cena wynajmu – usłyszał za plecami.

Obrócił się, żeby spojrzeć na Aarona, który stał dwa kroki za progiem otwartych na oścież drzwi i trzymał w rękach szyld reklamowy z napisem „Hudertown Times". Kuzyn sprawił wrażenie niewzruszonego warunkami lokalu. Carson podszedł do niego, zaczerpnął świeższego powietrza i zapytał posępnie:

– Od czego zaczynamy?

Aaron najpierw się zawahał, myśląc nad czymś intensywnie, a potem sapnął, jakby go coś przytłoczyło i wymamrotał z rezygnacją:

– Od zadzwonienia po Rafaela.

Jak powiedział, tak zrobili. Później zakasali rękawy i ich życie zaczęło kręcić się w kółko jak mysz w kołowrotku. Dom, lokal, sklep budowlany. Carson chwilowo zaniedbał studia, ale przed matką udawał, że całe dnie spędza na uczelni.

– Oho! Coś poodpryskiwało! – wypalił Rafael, kiedy wieczorem czwartego dnia remontu zauważył defekty na dwóch białych ścianach odświeżonych dobę wcześniej.

Carson zachwiał się na drabinie i oderwał nowy klosz od sufitu, przy czym niechcący upuścił śrubki na podłogę. Przeklął pod nosem, zszedł z podwyższenia i stanął na macie przemysłowej, a potem złapał kontakt wzrokowy z przyjacielem.

– O czym ty znowu mówisz? – spytał markotnie.

– O farbie. Widać spod niej tynk. Może trzeba było na nowo wszystko zagruntować?

– Czytałem, że po wyczyszczeniu ściany można od razu nakładać farbę.

– Gdzie? Na zapytajdzieci.com? – zarechotał rubasznie Rafael. – Pamiętasz, jak jesienią robiliśmy przy hotelu? Tam chyba kładli nowe zaprawy.

– Pół dnia ścieraliśmy te cholerne pseudograffiti. – Carson w irytacji potarł czoło. – Wszystko wyglądało dobrze.

– Ja ostrzegałem, że farba nie polubi się z tym potartym podłożem. Należało chociaż podkładową wcześniej walnąć – skwitował przemądrzale Rafael i włożył wałek malarski do wiadra.

– Mieliśmy oszczędzać.

– Nie było warto.

– A może tu jest, kurna, za zimno. – Carson podniósł puste, plastikowe wiaderko, żeby przejrzeć etykietę. – Nie napisali, że farba jest odporna na trudne warunki atmosferyczne – oznajmił z satysfakcją.

– Wspominałeś doradcy w sklepie, że będziemy malować w zamrażarce?

– Wielokrotnie. Powinni nam zwrócić pieniądze.

– Może po prostu źle ją wymieszaliśmy – uznał Rafael, skłonny wziąć winę na nich dwóch.

– To chyba nie koniec kłopotów – mruknął niezadowolony Aaron.

Siedział skulony przy dużym, elektrycznym grzejniku. Okazało się, że urządzenie przestało emitować ciepło i nie dawało się go naprawić. W lokalu zapadła cisza, przerywana buczeniem przenośnej lampy oraz szelestem folii, zasłaniającej otwór w ścianie, w którym niebawem miało zostać zamontowane okno.

– Fajrant – zarządził w końcu Carson i z żalem skierował swoich towarzyszy do wyjścia.

Pół godziny później siedzieli w małej włoskiej knajpie, pijąc piwo i wcinając spaghetti z sosem carbonara. Porozmawiali o kłopotach związanych z remontem. Carson zaczął optować za wynajęciem fachowców, Aaron upierał się, żeby oszczędzać pieniądze, zgodnie z ich początkową umową, a Rafael tylko wnosił o zatrudnienie elektryka, bo chciał udowodnić, że grzejnik, który im podarował, zepsuł się przez wadliwą instalację.

Carson pociągnął duży łyk piwa i rzekł zawzięcie do kuzyna:

– Gdy gazeta zacznie przynosić zyski, wszystko nam się zwróci.

Rafael wybuchnął kpiącym śmiechem.

– Ile wy macie lat, że myślicie o dochodach z jakiejś startującej gazetki? Samo wydrukowanie jednego egzemplarza kosztuje więcej niż on wart. Trzeba było przynajmniej poczekać do wiosny, a nie remontować wszystko w taką zimnicę. Narobiliście sobie samych problemów.

– Cofniesz te słowa, gdy za miesiąc, dzięki naszej reklamie, wzrosną obroty w twoim sklepie – wymądrzył się Carson.

– Śmiem wątpić, czy do tego czasu zdążycie choćby wydrukować pierwszy numer – odparł kąśliwie Rafael.

– Żebyś się nie zdziwił.

– Wtedy wykupię wszystkie egzemplarze – rzucił z entuzjazmem.

– Jeśli tego nie zrobisz, przejdziesz na dietę. – Carson podał kumplowi rękę, a ten ochoczo przyjął zakład.

– Pewnie. Jeżeli się nie wyrobicie, będziesz jadł to co ja.

– Dlaczego sam mam cierpieć? Tu obok siedzi mój wspólnik.

– Baby lecą na twoje ciało, a on ma już żonę.

– Ty cholerny zazdrośniku. – Carson skrzywił się urażony. – Mniej żryj, to na ciebie też będą leciały.

– Możemy wrócić do tematu budowlańców? – spytał cicho Aaron, kiedy w końcu zdołał dojść do słowa.

– Ja zdobywam kobiety urokiem osobistym, a tobie nic nie zostanie, jak się spasiesz – oznajmił nonszalancko Rafael.

Carson zaśmiał się cierpko, odpuszczając sobie dalszą dyskusję, i wyjął z kieszeni kurtki komórkę, żeby sprawdzić godzinę. Na ekranie wyskoczył komunikat o nieodebranym połączeniu od matki. Dochodziła dwudziesta pierwsza, zapomniał dać jej znać, że wróci później. Nie chcąc przeszkadzać kompanom w rozmowie, wstał od stołu i wyszedł do przedsionka, skąd oddzwonił do swojej rodzicielki.

Odebrała w połowie pierwszego sygnału, lecz zamiast się odezwać, zaczęła czymś szeleścić przy słuchawce. Carson uniósł brew, nasłuchując i zastanawiając się, co to może być.

– Masz mi coś do powiedzenia? – wysyczała w końcu Madison.

– A powinienem? – zapytał zmieszany.

– To pismo z banku, mój prawdomówny synu.

Carsonowi opadła szczęka.

– Ty łgarzu! Za pięć minut widzę cię w domu!

~

Mijało mroźne, ale słoneczne południe. Ariana wracała z uczelni do domu. Przemierzając deptak pod swoim blokiem, zagapiła się na błękitne niebo i nie zauważyła, że za nią szedł sąsiad, z którym często miała na pieńku. Przed drzwiami do klatki schodowej złapał ją znienacka za łokieć i mocno odepchnął od wejścia. Ariana się zachwiała i wpadła na rosnący żywopłot. Ostra gałązka ugodziła ją w policzek. Syknęła z bólu.

– Zwariowałeś?!

– Moją matkę budzisz takim bieganiem!

– Po śniegu? – zapytała z politowaniem, patrząc na niego jak na głupka.

Prychnął głośno, a później wszedł do bloku i zatrzasnął jej drzwi przed nosem.

Z anielskim spokojem, jakiego się po sobie nie spodziewała, odczekała chwilę, żeby niezrównoważony sąsiad zdążył zejść jej z drogi. Wyjęła z torebki klucze i weszła do środka. Gramoląc się po schodach, gładziła dłonią policzek, jakby to miało sprawić, że zadrapanie się zagoi.

W mieszkaniu czekała już na nią Claire. Stojąc na środku przedpokoju z otwartym laptopem w rękach, pokazywała zdjęcie łysiejącego bruneta, pozującego bez koszuli przy srebrnej beemce. Przyćmiewał nieco auto swoim przesadnie bujnym owłosieniem na odkrytym torsie.

– Patrz, kogo znalazłam na portalu randkowym! – zawołała rozemocjonowana.

– Kto to?

– George, ten z lodowiska. Napisał tu, że odziedziczył dworek po prababci i szuka bratniej duszy, z którą mógłby w nim zamieszkać. Urocze, prawda?

Ariana wywróciła oczami, zupełnie nie wierząc we wspomniany spadek, i zdjęła płaszcz, żeby powiesić go na wieszaku.

– A wspomniał coś o wygranej w loterii? – zapytała z sarkazmem.

– Kpij sobie, kpij. Mam nosa do facetów.

– W realu zdobywasz, kogo zechcesz. Po co przeglądasz portal?

– No dobra, mój nos czasami zawodzi i wtedy trafiam albo na dupków, albo zajętych – wyznała z żalem Claire. – Dzisiaj przysiadłam się do pewnego przystojniaka, jeszcze nie zdążyłam wypchnąć cycków, a przyleciała jego laska i wyzwała mnie od zdzir.

– Ja bym ci od razu wydrapała oczy – zażartowała Ariana, zakładając kapcie, po czym ruszyła do salonu i dodała: – Zawsze wyglądasz zbyt seksownie.

– No, widzisz. Na takim portalu od razu widać, kogo można podrywać.

Ariana usiadła na fotelu, przyciągnęła stolik ze swoim laptopem i dostrzegła natrętne spojrzenie przyjaciółki.

– Co ty masz z twarzą? – spytała Claire, mrużąc oczy.

– Syn Walker napadł mnie przed kamienicą i zaliczyłam bliskie spotkanie z naturą.

– Co?! – Claire wstrzymała oddech z oburzenia. – Dlaczego nie wzywasz policji? Taka okazja do odwetu!

– Nie mam czasu na pierdoły. To tylko zadrapanie.

– Co ty taka dobra się zrobiłaś? Impertynenta z parku chciałaś ukamienować, a synowi Walker ma to ujść na sucho? – Claire położyła laptop na fotelu i ruszyła hardo do wyjścia. – Idę skopać mu jaja.

– Daj spokój – rzuciła zmieszana Ariana; w odpowiedzi usłyszała trzask zamykanych drzwi.

Westchnęła i wstała, żeby iść do kuchni, bo nabrała ochoty na herbatę. Kiedy wstawiła wodę, zauważyła stos kopert piętrzący się na stole. Na rogu jednej z nich spostrzegła wydrukowane czerwono-żółte logo popularnej firmy pożyczkowej. Kilka miesięcy wcześniej zaciągnęła w nim malutką pożyczkę, żeby wspomóc rodziców w budowie garażu. Wszystko już spłaciła, ale widząc swoje dane pod folią z adresem, zaniepokoiła się, że ciążą na niej jakieś niespodziewane zaległości.

Rozdarła zatem kopertę, wyjęła pismo i rozprostowała je. Przesunęła oczami po wielkim, ozdobnym nagłówku i zmiękły jej nogi. Zaparła się rękoma o stół, patrząc z niedowierzaniem na treść korespondencji. Z odrętwienia wyrwał ją gwizd czajnika. Podskoczyła jak oparzona i z piskiem pobiegła szukać Claire.

~

Panele z czerwonego drewna, chropowata faktura ścian i kominek w rogu niemal zwaliły Arianę z nóg. Nie mogła uwierzyć, że stoi w swoim nowym salonie. Obok miała jeszcze swoją kuchnię, łazienkę i wielki, kwadratowy korytarz. Dwa pokoje na poddaszu też. W ogóle cały dom należał do niej. Chciała piszczeć ze szczęścia.

Z korytarza dochodziła do niej rozmowa przedstawicieli banku i dziennikarza z lokalnej gazety, przeprowadzającego z nimi wywiad. Ariana po raz milionowy uszczypnęła się w rękę. To nie był sen. Naprawdę wygrała. Z wrażenia dostała zawrotów głowy. Kucnęła pod ścianą, rozanielona myślą, że zamieszka blisko centrum, w pięknej okolicy i z dala od uciążliwych sąsiadek. Nieprawdopodobne.

– Dzień dobry! Przepraszam za spóźnienie – usłyszała nagle w oddali dziwnie znajomy męski głos.

Rozmowy w korytarzu nieco przycichły, aż w końcu zapadło całkowite milczenie. Chwilę później drzwi do salonu zostały zamknięte, za nimi zapanowało jakieś zamieszanie. Ariana powoli wstała, zaniepokojona.

– Że co?! – dobiegł ją wściekły wrzask.

Postanowiła sprawdzić, co się tam dzieje. Szybkim krokiem wyszła z salonu, a kiedy otworzyła drzwi, niechcący kogoś nimi uderzyła.

– Przepraszam! – krzyknęła przejęta, po czym otworzyła usta ze zdumienia na widok postawnego bruneta, który w zeszłym miesiącu ukradł jej torebkę.

– O Jezu – syknął ten, odsuwając się o krok. – Prześladujesz mnie?

– Wypraszam sobie. – Zlustrowała go z niedowierzaniem. – Co pan tu robi?! To mój dom – rzekła wyniośle.

– Niby z jakiej racji? – zakpił.

– Wzięłam pożyczkę i wygrałam.

– Aha. Może wyprowadzą ją panowie z błędu? – zwrócił się do stojących obok mężczyzn.

Troje z nich miało na sobie identyczne, idealnie skrojone garnitury, a czwarty – nieformalny ubiór i aparat cyfrowy w dłoni.

– Cóż – zaczął jeden z przedstawicieli Goldbanc, dając znak, żeby pozostali wyprowadzili dziennikarza na zewnątrz. – Zdarzył się błąd techniczny. Dostaliście państwo takie same numery aneksów konkursowych. Z nich losowano zwycięzców.

– Czyli oboje wygraliśmy domy? – spytała Ariana.

Zawahał się i odparł ostrożnie:

– Nie całkiem.

– To znaczy? – Zmierzyła go dociekliwym spojrzeniem.

– Nie mogą wygrać dwie osoby naraz – poinformował rzeczowo. – Uprzedzam od razu, że nie mamy więcej nieruchomości do rozdania.

Carson zmarszczył brwi i skrzyżował ręce na piersi.

– Więc co teraz? Należy mi się ta wygrana, mam dowód.

– Kiedy zawarł pan umowę? – spytała go Ariana, siląc się na bardzo oficjalny ton.

– Dwa tygodnie temu.

– Ja prawie pół roku temu. Wygrana powinna być moja, bo wzięłam pożyczkę wcześniej, a nie w ostatnich sekundach trwania konkursu.

– Zapomnij. – Prychnął.

– Jak zwykle bezczelny – stwierdziła z niesmakiem.

– Jak zwykle zarozumiała – przedrzeźnił ją.

– Drodzy państwo – wtrącił znużony przedstawiciel. – Proszę o spokój.

Ariana uniosła ręce w obronnym geście, dając do zrozumienia, że nie chce toczyć żadnych sprzeczek. Miała wolny dzień, mogła cierpliwie zaczekać, aż problem w postaci chamskiego bruneta zostanie rozwiązany. Ani przez moment nie zwątpiła, że ostatecznie to ona otrzyma dom, w którym się właśnie znajdowali.

– Jakim pechem dostaliśmy takie same numery umów? – wyburczał Carson. – Rozumiem, gdybyśmy zawarli jedną po drugiej, ale, jak pan słyszy, minęło kilka miesięcy.

– Z tego, co mi wiadomo, komputer generował te numery losowo – odparł sucho przedstawiciel firmy pożyczkowej. – Proszę zaczekać. Zadzwonię do organizatorów konkursu i poinformuję państwa, co dalej.

Kiedy dał nogę do salonu, Ariana i Carson stanęli pod przeciwnymi ścianami i zmierzyli się nawzajem wrogim wzrokiem. Nie przypuszczali, że jeszcze kiedykolwiek staną sobie na drodze. Zwłaszcza w takich okolicznościach.

Pozostali przedstawiciele firmy pożyczkowej wrócili z dworu i czym prędzej dołączyli do swojego współpracownika, ignorując pytające spojrzenia czekających laureatów. Carson zawiesił swoją kurtkę na drewnianym wieszaku w rogu korytarza. Próbował pokazać, że już się tu zadomawiał.

– Może podrzyj swoją umowę pożyczki, żeby nie stwarzać niepotrzebnych problemów – zaproponował Arianie.

– To pan jest mistrzem w ich robieniu – syknęła. – Długo musiałam tłumaczyć mojej mamie, że nie mam z własnego wyboru głupich dowcipnisiów w gronie znajomych.

– Jakże mi z tego powodu wszystko jedno.

– Taki pan wyszczekany – prychnęła – a bał się zadzwonić do drzwi, żeby oddać moją torebkę.

– Chyba nie myślałaś, że chciałbym cię znowu oglądać? – zadrwił i zlustrował ją mimowolnie. Gdyby połączyły ich milsze stosunki, mógłby przyznać, że ładnie wyglądała w plisowanych, żółtych spodniach i obcisłym, czarnym płaszczu. – Wolałem użyć posłańca – dopowiedział zjadliwym tonem.

– Współczuję panu.

– Słusznie, bo przynosisz mi pecha. Powinienem pluć przez ramię na twój widok. – Carson udał wzdrygnięcie.

– Tylko buraki szukają winy we wszystkich, byle nie w sobie. – Ariana odwróciła się do niego bokiem i zaczęła iść w głąb domu.

– Gorsze jest taranowanie ludzi lub niepoczuwanie się do odpowiedzialności za wyrządzone szkody – docinał jej dalej.

– Och! – Zrobiła minę politowania. – Czyli jeśli będzie jechał na pana samochód, to zamiast odskoczyć, skorzysta pan z szansy na odszkodowanie za urazy.

Carson prychnął, zażenowany tym, że Ariana uporczywie zwracała się do niego formalnymi zwrotami. Głowił się, za jakie grzechy ta sztuczna, wyniosła flądra znowu wchodziła mu w paradę.

– Mów dalej. Bawisz mnie – odparł mimo to znużony i kucnął pod ścianą.

– Oby był pan równie rozbawiony, kiedy to mnie wręczą klucze do tego domu.

Carson zarechotał kpiąco i zaczął stwarzać pozory, że sprawdza coś ważnego w komórce, dając tym Arianie do zrozumienia, że skończył z nią dyskutować. Urażona przeszła się po korytarzu. Czekała, aż panowie w salonie ją zawołają, przeproszą za kłopoty oraz usłużnie wręczą umowę do podpisania. Przyzwyczaiła się już do myśli o braku sąsiadek za ścianami i nie dopuszczała do siebie możliwości, że wygrana przejdzie jej koło nosa.

Za to Carson trochę pożałował, że zaufał firmie pożyczkowej, zamiast wyciągnąć wnioski z historii ludzi oszukanych przez podobne firmy. Wprawdzie nie spodziewał się, że wygra, ale kiedy matka wręczyła mu list z gratulacjami i zaproszeniem do obejrzenia domu, bardzo się ucieszył, że będzie miał jakieś zabezpieczenie finansowe w razie ewentualnej plajty gazety. Planował też, że skończy z przesadnym oszczędzaniem, które Aaron ponownie wymuszał, odkąd fachowcy wyremontowali lokal i naprawili elektrykę. Biuro było już niemal całkiem wyposażone i praktycznie gotowe na przyjęcie dziennikarzy. Westchnął z irytacją, sądząc, że niepotrzebnie tutaj przyszedł.

W końcu drzwi stanęły otworem i oboje zostali zaproszeni do salonu. Wręczono parze po jednym egzemplarzu dokumentów, prosząc o ich przeczytanie. Nagłówki na kartkach głosiły o przeniesieniu własności nieruchomości w części ułamkowej.

– Co to ma być? – wydukała Ariana.

– Coś wam się pochrzaniło – podchwycił Carson, łypiąc na zgromadzonych mężczyzn.

– Regulamin konkursu przewiduje, że w razie omyłkowej wygranej dwóch lub więcej osób prawo własności do nagrody głównej ulega podziałowi – oznajmił z ulgą przedstawiciel firmy pożyczkowej, który skontaktował się z organizatorem. – Serdecznie gratulujemy oraz życzymy wszystkiego najlepszego.

Ariana i Carson popatrzyli na niego jak na wariata i wymienili zdumione spojrzenia. Ten się szybko pożegnał, po czym wraz ze swoimi współpracownikami uciekł z salonu, zupełnie ignorując osłupiałe miny nowych właścicieli domu pod numerem 8 przy Friend Street.

~

– Co?! Masz mieszkać z tą świruską?

~

– Co?! Masz mieszkać z tym złodziejem?

~

Druga w nocy. Ariana zamknęła swój laptop, wstała z sofy i po cichu zajrzała do pokoju obok. Claire smacznie spała na nieposłanym łóżku, obok niej leżały kalendarz z rozpiską randek i włączony notebook. Ekran wyświetlał ostatnią stronę regulaminu feralnego konkursu. Ariana wyłączyła komputer i zaczęła przykrywać Claire kocem, a ta się wtedy obudziła.

– Ojej, nawet nie wiem, kiedy zasnęłam – wymamrotała sennie. – Znowu nie znalazłam żadnego haczyka. Jak tam twoja połowa?

– Też nic – mruknęła Ariana. – Wszystko zgadza się z tym, co mówili goście z banku. Wygląda na to, że zaakceptowałam ten regulamin, choć przyznaję, że go wcześniej nie przeczytałam.

– Co teraz zrobisz? – spytała przejęta Claire i zwlekła się z łóżka. – Zamieszkasz z tym kolesiem?

Ariana usiadła obok niej, myśląc nad odpowiedzią. Zgodnie z regulaminem przez najbliższy rok nie mogła sprzedać nieruchomości osobie trzeciej i dostała kilka innych legalnych opcji:

1. Przeczekać.

2. Wprowadzić się do wygranego domu i traktować Carsona Evansa jak współlokatora, plus punkt pierwszy.

3. Odkupić od razu udział Evansa i sprzedać cały dom osobie trzeciej w dowolnym momencie.

4. Sprzedać swój udział Evansowi.

5. Wynająć swoją część domu osobie trzeciej po otrzymaniu pisemnej zgody Evansa.

6. Przekonać Evansa, żeby nie podpisywał umowy, dzięki czemu cała nieruchomość stałaby się własnością Ariany.

Claire potrząsnęła dłonią przyjaciółki.

– Powiedz, co planujesz, zanim znowu zasnę.

Ariana spojrzała na nią zadumana i zmarszczyła brwi.

– Nie dam mu satysfakcji – postanowiła. – Muszę utrzeć nosa temu arogantowi. Dla dobra kolejnych nieszczęśników, z którymi chciałby się awanturować.

– Czyli, że co? – Claire zamrugała trochę zbita z tropu. – Podpiszesz umowę i na serio zamieszkacie razem?

Ariana spojrzała jej twardo w oczy i rzekła sucho:

– A następnie zniechęcę go do mieszkania ze mną.

– Och. Może jednak jakoś dojdziecie do porozumienia?

– Wątpię. Podczas kłótni pod tamtym domem dał mi jasno do zrozumienia, że w nim zamieszka i nie pójdzie na żadną ugodę – westchnęła i machnęła ręką, zmęczona tym tematem.

Claire pokiwała głową, ziewnęła i rzuciła mimochodem:

– Idę jutro na randkę z pewnym programistą.

Ariana popatrzyła mało przychylnie na jej kalendarz z rozpiską randek na cały tydzień, a potem zerknęła na przyjaciółkę i powiedziała taktownym tonem:

– Ostatnio rzucasz chłopaków, gdy zabraknie im kasy albo zaczynają nalegać na coś więcej niż cmokanie w policzek. Dlaczego nie znajdziesz sobie normalnego partnera?

– To wymaga czasu i kasy. Przypominam, że w przeciwieństwie do ciebie dostaję grosze od starych oraz studiuję trzy kierunki, więc nie widzę nic złego w sprzedawaniu moich rzadko wolnych minut kilku dżentelmenom.

Ariana najpierw poczuła się trochę urażona, bo ona też przechodziła trudności, gdy jej rodzice mieli słabą sytuację finansową, i już otworzyła usta, żeby pomarudzić czy prawić morały, ale gdy Claire głośno ziewnęła ze zmęczenia, to sobie odpuściła. Wstała z łóżka.

– Idę spać – rzekła sennie. – Może wyśnię sobie nieobecność pewnego dupka przy podpisywaniu jutrzejszej umowy.

– Oby. Dobranoc – mruknęła Claire i schowała twarz w poduszce.

Ariana zgasiła światło i wróciła do salonu, który nocą służył jej za sypialnię. Zmęczona, leniwie zsunęła z siebie szlafrok, wpatrując się tęsknie w stojącą na komodzie fotografię. Przedstawiała uśmiechniętego blondyna, robiącego serce ze swoich dłoni. Pogładziła zdjęcie palcami i niechętnie położyła się na kanapie. Podciągnęła kołdrę pod samą brodę.

Nocami, kiedy zostawała sama ze swoimi myślami, potwornie tęskniła za narzeczonym, Jacksonem, który w lipcu zeszłego roku poleciał do Afryki na roczną misję humanitarną. Ariana zakochała się w nim szybko, doceniała jego dobroć i wrażliwość. Zawsze starał się pomagać ludziom w potrzebie. Nigdy nie przeszedłby obojętnie obok żebrzącego, nawet jeśli wiedział, że to oszust.

Jackson także studiował prawo. Był ze starszego rocznika, jednak poznali się przypadkiem na wykładzie z filozofii. Ariana uśmiechnęła się na wspomnienie romantycznych liścików, którymi wymieniali się w trakcie zajęć. Pomyślała też o wspólnych spacerach po mieście, które kończyły się pocałunkami pod kamienicą przy Sugar Street, ku niezadowoleniu podglądających sąsiadek.

Łaknąc już snu, zgasiła lampkę i spróbowała zasnąć. Niedługo później złapała się jednak na ponownym analizowaniu problemu z wygranym domem. W pewnym momencie poczuła się zmęczona psychicznie, ale i ukojona myślami o narzeczonym. Uznała, że bardziej sobie ceni pokój ducha niż murowane ściany. Podjęła decyzję, że podpisze umowę własności, a potem postawi Carsonowi kebab i ugłaska go, żeby razem wybrali kogoś, komu ona wynajmie swoją część domu.

Zasnęła spokojnym, głębokim snem. W środku nocy nagle rozległo się brzęczenie. Obudziła się z sercem walącym jak szalone i przez moment nie wiedziała, kim jest ani gdzie się znajduje. Moment później wzięła komórkę do ręki i odebrała połączenie z zastrzeżonego numeru. Ktoś po drugiej stronie się rozłączył.