12,99 zł
Warszawa, Mazowsze, lata 80 XIX wieku. W Rogowie pod Warszawą zostaje zamordowany cieszący się dużym szacunkiem wśród miejscowych ksiądz Andrzej. Podejrzenia policji szybko padają na jego podopiecznego, sierotę Stefana Polnera. Polner zostaje oskarżony o zabójstwo. Czy uda się go uratować jego przyjaciołom? Jaki w tym udział ma tajemniczy Sęp, którego nikt nie zna, ani nie widział? Czy zagadkę pomoże rozwikłać detektyw Fryga?
- Twój "Sęp" jest chodzącą tajemnicą... Co za cele ma ten człowiek? Jakie namiętności nimi rządzą? Do czego dąży? Dlaczego nie zatrzymuje go w drodze najpotworniejsza zbrodnia? Oto czego sie powinniśmy dowiedzieć... Robiąc nas swymi wspólnikami, musiał przed nami uchylać rąbka swych tajemnic. Zerwijmy całą zasłonę, a w chwili, kiedy będziemy mieli klucz do zagadki, staniemy się panami jego... i jego pienię nie mam racji? Robak namyślał się przez chwilkę.
- Może - odrzekł wreszcie...
- I dodajmy jeszcze jedno...Ten człowiek łamie i nieraz łamał przepisy prawa ...
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 387
Henryk Nagiel
SAGA Egmont
Sęp
Copyright © 2018 SAGA
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788711742396
1. Wydanie w formie e-booka, 2018
Format: EPUB 2.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA oraz autora.
SAGA Books, spółka wydawnictwa Egmont
Sala Teatru Wielkiego była pełna.
Atmosfera w teatrze zdawała się przesycona jakimiś gorejącymi pierwiastkami… Wyziewy, niedawno zaprowadzonego w sali teatralnej, gazu, łączyły się z oddechem tysiąca piersi, przekształcały pod powiewem wachlarzy pięknych dam w jakieś upajające wonie i uderzały do głowy widzom, wywołując przyśpieszony obieg krwi… Oczy mężczyzn, pod wpływem tych odurzających jak trunek wyziewów, błyszczały niby rozżarzone węgle; panie miały na ustach uśmieszki, pół filuterne, pół wyzywające.
Dawano balet.
W tej chwili kurtyna pomknęła do góry. Scena była zalana ogniami. W głębi roztwierały się ażurowe kontury czarodziejskiego pałacu z płótna, obok tryskała srebrzysta, mieniąca się fontanna, w środku rozkładał się cały kram drogich kamieni i metali, a więc: szafiry, rubiny, diamenty, złoto, srebro, turkusy, opale, czarodziejska kopalnia z tektury, której ogniomistrz strumieniami sztucznego światła nadał tęczowe barwy i połyski prawdziwych kosztowności.
Na tle tej uroczej dekoracji fruwało, przebiegało, kołysało się w rytm muzyki kilka dziesiątków postaci… Z daleka wziąłbyś je za muszki srebrzyste lub motyle; miały w sobie coś ptasiego. Z bliska przekonywałeś się, że to owinięte w fale srebrzystej gazy przystrojone różnobarwnymi ozdobami, tancerki Corps-de-balletu. Jeszcze bliżej, dojrzałbyś szereg twarzyczek skończonej piękności lub zaledwie przystojnych, oczy ogromne i płomieniste, usta purpurowe, nisko wyzywające, twarz Madonn, rysy… przekupek. Wszystko to tańczyło w tej chwili „balet kwiatów”, promieniejąc wszystkimi kolorami tęczy pod potokami sztucznego światła, kołysząc się do taktu miękkiej, rozmarzającej muzyki.
Jeszcze parę taktów, taniec skończony… Możemy się teraz przyjrzeć tym motylkom w chwili, gdy na pierwszy plan sceny wyszedł choreograficzny bohater sztuki, młody królewicz, cały w srebrzystym atłasie, ażeby ze swym grubym i koniecznie komicznym koniuszym, zamienić kilka słów rozmowy mimicznej.
Tancerki pierzchły w głąb, żywe kwiaty z obowiązku przystrajać muszą boczne kulisy, przedstawiające czarodziejski ogród z kwiatami malowanymi. Tworzyły malownicze grupy, nie zawsze może stosując się do wskazówek reżysera, raczej idąc za popędem serc własnych. Przyjaciółki przysunęły się do przyjaciółek. Po pośpiechu garderoby była to pierwsza swobodna chwila tego wieczoru. Należało ze sobą zamienić kilka wrażeń, przyjrzeć się sali, z której kilkaset męskich oczu za pośrednictwem lornetek lub wprost wyrzucało strumienie magnetycznego płynu w stronę motyli…
Ciche szepty przebiegały szeregi „kulisów”.
– On?
– Jest… W czwartym rzędzie.
– Na prawo?
– Tak… piąte krzesło od brzegu.
– Idziecie dziś na kolację?
– Nie wiem…
– Czy to żona Alfreda, obok niego w loży drugiego piętra?…
– Wiesz, Julka złapała hrabiego.
– A jakże ten z orkiestry, co się miał z nią żenić?
– Czy bobo pani zdrowe?…
– Dziękuję….
Takie rozmowy krzyżowały się w gromadkach motyli, pomiędzy kwiatami bocznych kulis, u stóp ażurowego pałacu w głębi obok fontanny i dokoła czarodziejskiej kopalni drogich kamieni z tektury…
Wróćmy, korzystając z trwającej ciągle mimicznej rozmowy królewicza z grubym koniuszym, do sali… Uwaga widzów w tej chwili odpoczywa. Widać nie interesują ich zbytecznie zwierzenia miłosne królewicza, zrozumiałe nawet dla głuchoniemego. W sali panuje szmer jak podczas antraktu. Widzowie pierwszych rzędów krzeseł i tradycyjnego bocznego rzędu, zamieniają zaledwie dostrzegalne uśmiechy i powitalne spojrzenia z rozsypanymi po scenie „kwiatami”, profan orientuje się w tym labiryncie pięknych twarzyczek przy pomocy lornetek. Damy z uśmiechem lekceważenia rzucą od czasu do czasu słówko uwagi. Paradyz tylko z bijącym sercem śledzi gesty królewicza na scenie, ażeby się przekonać, czy rzeczywiście jest on zakochany w pięknej rusałce, która, niezadługo ukaże się na scenie…
W jednej z lóż pierwszego piętra, znajdujemy trzy osoby: dwie kobiety i mężczyznę.
Starsza z dwóch dam, oparta o balustradę loży wysunięta naprzód, liczy około pięćdziesięciu lat; znać na jej rysach, z lekka przypominających typ semicki ślady dawnej piękności. Jest to zresztą twarz oddychająca dobrocią i spokojem. Strój gustowny i wyszukany, ale nieśmieszny, dowodzi umiejętności ubierania się i przyzwyczajenia do dobrobytu. Dziewczę obok niej przypomina nieco rysy matki, jest to jednak twarzyczka, której nie można nazywać ani piękną, ani nawet ładną… Szczupła, matowo blada, posiada ona maleńkie szare oczka, których ruchliwe spojrzenia, zaledwie zdało się przecisnąć przez wąskie otwory, powstawiane pomiędzy rzęsami. Na ustach, równie wąskich, igra uśmiech, mający w sobie razem coś bolesnego i wyzywającego. Pod oczyma widać zaczerwienione, chorobliwe plamy.
W tej chwili baronówna von Kugel, obrócona jest do mężczyzny, który, piastując duże pudło cukrów na kolanach, z poufałością opiera się na poręczy jej krzesła. Jest to człowiek liczący około trzydziestu lat, o rysach twarzy regularnych, pełen elegancji. Jego czarna, przystrzyżona broda i ciemna cera twarzy nadają mu wyraz niepospolitej energii, który podnosi jeszcze, błyskające od czasu do czasu z głębi oka wejrzenie, zmarszczka, która w chwili zamyślenia, przecina mu głęboko czoło… Jest to mężczyzna zupełnie przystojny, pełen nieprzepartego uroku, od którego zaczęło pewno silniej uderzać już niejedno serce, ukryte pod stanikiem…
– Więc pan, panie Gustawie, powiada, że jest ładna? – pyta w tej chwili baronówna von Kugel.
– Tak mówią…
– Pan jej nie zna osobiście?
– O tyle, o ile widziałem ją pary razy na scenie. Pokazywano mi ją na ulicy. Oto i wszystko…
Dziewczę zamilkło. Spojrzenie jej przez chwilę zatrzymało się na twarzy młodego człowieka.
– Skąd pani przyszło to pytanie, panno Janino? – pytał on z kolei.
– Tak sobie… Czy pan nigdy nie znał żadnej tancerki baletu? – dorzuciło dziewczę niespodziewanie.
Starsza dama, do której uszu dobiegły te słowa, odwróciła się.
– Ach, Janino, cóż znowu za pytanie?
Janina roześmiała się głośno.
– Mama zawsze musi mnie strofować – rzekła żartobliwie, zwracając się do Gustawa – zapomina, że za pięć dni nasz ślub.
– Niepoprawne dziecko!… – rzuciła tylko starsza dama i odwróciła się w stronę sali.
Młody człowiek spoglądał na dziewczę z uśmiechem, w głębi którego można było dostrzec coś nienaturalnego…
– Mama kapitulowała… – zrobiło uwagę dziewczę.
– A więc, mam dać odpowiedź na pytanie?
Skinienie głowy było odpowiedzią.
– Otóż znałem tancerkę baletu… jedną…
Janina roześmiała się znowu.
– Widzi mama… widzi mama… – woła – pan Gustaw się przyznaje…
– Miała biedaczka wtedy około czterdziestu lat… – ciągnął dalej z komiczną powaga Gustaw. – Umarła w szpitalu, w którym przed dwoma laty byłem ordynatorem.
– Ach!…
– Widzi pani, panno Janino, że przyznanie niezbyt ciekawe. Ażeby panią nieco zainteresować, dodam, że o ile sobie przypominam, nosiła takie same nazwisko jak prima balerina, która panią interesuje….
– Czy nie krewna? – badała już Janina.
– Nie wiem…
– Może siostra?… – snuło dalej przypuszczenia dziewczę. – Czy obecna prima balerina nigdy jej nie odwiedzała?…
– Tego nie mogę powiedzieć. Chora była parę miesięcy na moim oddziale. Parę razy widziałem przy niej jakąś małą, szczupłą dziewczynkę, licho ubraną, mogła mieć lat czternaście. Przynosiła jej pomarańcze…
– Kilka lat temu?
– Tak…
– Ależ to mogła być panna P… Dziś nie ma więcej niż lat dwadzieścia.
Baronowa odwróciła się ponownie do córki.
– Dajże raz pokój z tym badaniem – rzekła. – To nie jest zabawne.
Janina tym razem umilkła. Rzuciła tylko ostatnie wejrzenie na czoło Gustawa, na którym zaczęła się rysować linia zmarszczki.
Orkiestra uderzyła głośniejszym akordem. Po chwili wrzawy, sprawionej przez trąby i bębny, smyczki poczęły szczebiotać srebrzystymi tonami… Na scenie zapanował ruch.
Tancerki-kwiaty, grupowały się w głębi dokoła fontanny. Jeszcze chwila – srebrna gaza fontanny znikła, a na jej miejscu ukazał się barwny kielich olbrzymiego kwiatu… kielich, otworzył się i z jego środka wyfrunęła biała skrzydlata postać z jednym promienistym kwiatem u piersi i jedną złotą gwiazdą u czoła. Była to rusałka… prima balerina.
Fala oklasków spadła z paradyzu, odbiła się od krzeseł i rozsypała po lożach…
Znów zaczęła się upajająca wizja barw i dźwięków. Scena wirowała, kołysała się, zmieniała co chwila barwy, promieniała coraz inaczej w wytryskujących to tu, to ówdzie strumieniach światła magnezjowego.
W środku tego odmętu wyróżniała się postać niedawno wyrosła z serca kwiatu tekturowego. Na tle kolorowej tęczy, wirującej na scenie, migotała jak biała, srebrzysta plama.
Jeszcze jedna chwila. Na skinienie batuty kapelmistrza orkiestra uderzyła ostatnie głośniejsze, bardziej przyśpieszone akordy i – umilkła.
Tancerki rozsypały się po scenie. Ona powstała sama i przy drżącym dźwięku harfy, ukrytej za kurtyną, rozpoczęła taniec pełen nieskończonej miękkości i melancholii.
Był to prawdziwy poemat ruchu i kształtów. W chwili, gdy uniesiona całą postacią ku górze, niby oderwana od ziemi, którą były dla niej deski sceny, ze złożonymi rękami zdawała się błagać płócienne niebiosa, zawieszone u paludamentu1, o zaspokojenie jakiejś nieujętej odwiecznej tęsknoty do czegoś bardziej podniosłego, pod niejedną kamizelką serce uderzyło przyśpieszonym taktem.
Przez minutę teatr wstrzymał oddech; wreszcie uderzył jednym potężnym oklaskiem, gdy prima balerina w paru idealnie lekkich skokach kończyła taniec…
– Ach!
Co się stało?
Na scenie zapanowało zamieszanie. Akordy harfy urwały się w połowie, prima balerina chwieje się… Gdyby jej nie podtrzymał zakochany w rusałce królewicz, który z kulisy posyłał jej przed chwilą pocałunki, upadłaby…
Zbladła jak płótno. Na jej twarzy wybija się wyraźnie uczucie bólu fizycznego. Jak kwiat podcięty uwiesza się w silnych ramionach tancerza.
– Złamała nogę!…
– Zachorowała…
– Co się stało?
Kurtyna zapadła. Sala pełna jest szmerów i rozmów. Widzowie wstają z miejsc, gestykulują. Krzyżują się zapytania i wykrzykniki.
Po chwili wychodzi przed kurtynę reżyser i oznajmia, iż z powodu wypadku, którego doniosłości w tej chwili jeszcze ocenić niepodobna, przedstawienie zostanie przerwane na kwadrans…
W loży baronowej von Kugel scena ta wywarła takie same wrażenie jak i wszędzie, może jeszcze głębsze.
Na matowo-bladej twarzy Janiny ukazały się chorobliwe rumieńce. Gustaw zbladł. Podnosi się w tej chwili, bierze rękawiczki i kapelusz.
– Dokąd? – pyta panna Janina von Kugel, głosem, w którym czuć rozdrażnienie.
– Na scenę…
– Po co?
– Pani zapomina, panno Janino, że jestem lekarzem i że mogę tam być potrzebny…
Doktor Gustaw przybył bardzo w porę za kulisy. Wszyscy potracili głowy. Doktora teatralnego nie można było znaleźć. Reżyser przez otwór w kurtynie próżno upatrywał w sali jakiego znajomego medyka. Toteż Gustaw, który zameldował się jako lekarz, został przyjęty z radością.
Zaprowadzono go do garderoby prima baleriny. Był to maleńki, ciasny pokoik, z którego uderzyła fala gorącego powietrza, zapach pudru i perfum
Artystka leżała na szezlongu, przysuniętym do ściany. Dokoła niej grupowało się pięć czy sześć twarzyczek, otulonych w gazę lekkich kostiumów z odkrytymi ramionami w różowych trykotach. Tworzyły one grupę jak gdyby wyciętą z ram baletu… Zdawało się, że to dalszy ciąg scenicznej fantasmagorii. Jedna z nich przysunęła do twarzy chorej flakon z trzeźwiącymi solami. Inne spoglądały z przerażeniem.
– Doktor – objaśnił je reżyser.
– Przed chwilą zemdlała… – zauważyła jedna z nich.
Doktor Gustaw zbliżył się do szezlonga. Tancerki usunęły się. On z kolei ukląkł i przez chwilę badał ofiarę wypadku.
– Wybaczcie państwo – rzekł krótko do otaczających – powietrze tu jest nie do zniesienia. Człowiek zupełnie zdrowy mógłby się tu zadusić…
Reżyser patrzył pytająco na lekarza.
– Proszę najpierw otworzyć okno… A następnie będę panie prosił o usunięcie się… Obecność pań jest nam przeszkodą.
Tancerki spoglądały na pół z podziwem, na pół z oburzeniem, na impertynenta, który śmiał im powiedzieć coś podobnego.
– Im mniej będzie osób, tym powietrze będzie znośniejsze… Wreszcie muszę dokładnie zbadać stan chorej, obecność pań krępowałaby nas niepotrzebnie.
Dziewczęta robiły bardzo niezadowolone minki, po czym zaczęły się cofać ku drzwiom.
Reżyser próbował otworzyć okienko, wychodzące na teatralne podwórze.
– Przepraszam – zawołał znów doktor. – Będę prosił pana o dwie przysługi…
Grupa tancerek przysunęła się bliżej.
– Najpierw proszę o zostawienie flakonów z solami i o szklankę wody.
Żądane przedmioty znalazły się pod ręką doktora.
– A po wtóre, ponieważ chora musi być ściśnięta, co tamuje oddychanie, należy jak najprędzej rozluźnić, a nawet rozciąć suknię i gorset tak, ażeby pierś została swobodna… Trzeba również uwolnić uszkodzoną nogę od pantofelka i trykotu.
I to polecenie zostało wykonane.
– A teraz, przystępuję do zbadania chorej…
Baleriny zostawały ciągle na progu.
– I… żegnam panie…
Odprawa była wyraźna. Dziewczęta pierzchły.
– Wreszcie prosiłbym szanownego pana – zwrócił się do reżysera – o przywołanie felczera2. Zdaje się, że w gmachu teatru istnieje zakład felczerski?
– W samej rzeczy…
– Otóż bądź pan tak dobry zejść do felczera i powiedzieć, ażeby natychmiast podążył z opatrunkami. Zrób pan to z łaski swojej sam i dopilnuj go…
Reżyser skierował się ku drzwiom.
– I poleć pan, ażeby mi nie przeszkadzano.
– Dobrze – odrzekł reżyser.
Doktor Gustaw został w garderobie sam z pacjentką. Dziewczę ciągle było pogrążone w omdleniu, w chwili jednak, gdy przecięto jej suknię i gorset, czuć było oddech poruszający jej ramiona. Twarz zaczynała przybierać z lekka żywsze barwy…
Zdawała się uśpiona. Jej łono wychylało się spod rozciętej gazy. Była nieprzeparcie powabna… Zdawało się, że jak poczwarka, wyłuskująca się ze swej powłoki, lada chwila wyfrunie z tych spadających z niej osłon gazy, różowa jak jutrzenka, naga jak prawda.
Gustaw klęczał przy szezlongu. Pochylił się nad nią i patrzył. W jego oczach zapalały się jakieś dziwne błyski, czoło fałdowało się. Ta zimna, poprawna twarz traciła powoli swą maskę. Aktor przestał grać. Ostatni pokład zimna stopniał. Namiętność wypisywała się w błyszczących jak karbunkuły3 oczach doktora, w zmarszczkach czoła u ust.
– Traf… – szepnął mimo woli.
Rzeczywiście był to traf zadziwiający… Gustaw pod swą poprawną powierzchownością ukrywał wiekuiste podmuchy żądzy i nieograniczonej ambicji. Pochodząc z ludu, twardą pracą wybił się na wierzch, łamiąc przeszkody, pasując się z przeciwnościami i dążąc do wytkniętych sobie celów. Po latach pracy o czystej wodzie i suchym kawałku chleba, posiadał dziś wybitne stanowisko. Za pięć dni miał się odbyć jego ślub z baronówną Janiną von Kugel, niezbyt ponętną, ale zakochaną w nim do znudzenia i posiadaczką milionowego majątku.
Jakkolwiek przed kwadransem mówił zupełnie co innego do swej narzeczonej, doktor Gustaw znał dobrze prima balerinę. Poznał ją rzeczywiście, jak opowiadał, w szpitalu, u łoża chorej siostry, ale odtąd, wbrew temu co mówił, nie stracił jej nigdy z oczu. Od pierwszej chwili ogarnęła go jedna z fatalnych namiętności, które u ludzi tego, co on gatunku, wypełniają całe życie… Doktor Gustaw nie był z liczby kochanków nieśmiałych. Wyznał swoje uczucie, prześladował je snem, został odepchnięty… To nie skłoniło go do porzucenia zamiarów bynajmniej. Jeśli za parę dni miał nastąpić jego ślub z baronówną Janiną, to najbardziej może dlatego, że chciał być bogatym – dla niej…
I oto traf, dziwny traf, zbliżył go do niej, rozkosznej, wychylającej nagą pierś z fal gazy… Wprawdzie było to w chwili jej omdlenia… ale tym gorzej! Nie mogła mu żałować pocałunku, którego pożądał tak dawno…
– Traf!… – szepnął jeszcze raz.
Spojrzał w stronę drzwi. Nikt nie nadchodził. Mimo woli, jak gdyby pociągnięty siłą, której oprzeć się nie był w stanie, pochylił się nad nią i przyłożył swe pałające usta do jej ust, zimnych jak lód. Był to pocałunek, długi jak wieczność… Uderzyła mu do głowy upajająca woń młodości i zapach pudru, którym były pokryte jej ramiona. Czuł w głowie szum; serce biło mu niby młotem…
Całował jej usta, ramiona i szyję…
Od strony drzwi dał się słyszeć szmer.
Zanim Gustaw zdołał oderwać twarz od ramion ciągle zemdlonego dziewczęcia, drzwi otworzyły się i w progu garderoby stanął jakiś człowiek. Był to mężczyzna trzydziestokilkuletni, elegancki, wysoki, o szerokich barkach, o twarzy jasnej i otwartej.
Przybyły, ujrzawszy doktora na klęczkach u stóp tancerki, z początku nie zrozumiał. Spoglądał zdziwiony. Zdawał się pytać sam siebie, co to znaczy. Wreszcie pojął.
– Ach, nędznik! – wyrwało mu się z ust.
Twarz jego stała się biała jak kamizelka, którą miał pod wykwintnym frakiem.
To, co nastąpiło, trwało zaledwie jedno mgnienie oka…
Nowo przybyły szedł ku Gustawowi, który zdążył podnieść się z klęczek i stał teraz w głębi pokoiku, ze ściągniętymi brwiami, patrząc drugiemu oko w oko. Ci dwaj ludzie znali się i nienawidzili. W ich oczach budziły się błyskawice. W ich milczeniu było coś przerażającego…
Wysoki mężczyzna znajdował się przy doktorze. Zaraz jego ręką podniosła się do góry i w ciszy garderoby zabrzmiał dźwięk suchy, urywany. Był to policzek.
Trudno powiedzieć, kto w tej chwili był bledszy z dwóch ludzi, stojących jeden wobec drugiego z wyrazem śmiertelnej nienawiści w oczach… Pierwszym zamiarem uderzonego było rzucić się na uderzającego… Ale ten pierwszy, mimowolny popęd został powściągnięty… Obelga, zapalając w sercu Gustawa wszystkie furie, zostawiła mu jednak zimną zdolność rozumowania. Za drzwiami słychać było gwar głosów; lada chwila mogli nadejść obcy…
Gustaw rozumował. Jakkolwiek bądź, należało uniknąć skandalu. Przyznawał, że był winien. Lekarz nadużył swego położenia. Każdy z tych ognistych pocałunków, którymi przed chwilą obsypywał jej ramiona i twarz, był hańbą dla jego powołania i dotkliwą obelgą dla niej. Tak osądzi świat. Świat nie powinien się o tym dowiedzieć. Od tego zależy jego przyszłość. Znajduje się w teatrze narzeczona i jej matka. Jeśli cokolwiek wyjdzie z tego pokoiku na zewnątrz, jego plany zniweczone na zawsze, małżeństwo rozbite…
Gustaw gryzł wargi do krwi…
Przez jego żyły przebiegało szaleństwo zemsty. Miał niepowstrzymaną żądzę rzucić się na tamtego drugiego, mimo woli rwał się, ażeby odpowiedzieć uderzeniem za uderzenie, czuł, że byłby w stanie walczyć z nim jak dzikie zwierzę, rwąc jego czoło pazurami i zębami. W następnym ułamku sekundy przyszła mu myśl pojedynku. Gustaw nie był tchórzem i chętnie narażał swoje życie, ażeby móc trzymać choć przez sekundę życie tamtego na końcu swej lufy.
Zacisnął pięści, aż kości chrząstnęły. Krew, która przed chwilą zbiegła mu do serca, teraz uderzała do głowy. Przez jedno mgnienie czarna mgła przepełniła mu wzrok. Podniósł rękę do czoła, jak gdyby udając uderzenie apoplektyczne. Ale trwało to krótko… Wyprostował się.
– Panie… panie Szkłowicz! – rzekł głosem chrapliwym, który z trudnością, wydobywał mu się piersi – Zobaczymy się…
A potem, w chwili, gdy leżąca na szezlongu artystka, po długim omdleniu otwierała oczy, a w drzwiach ukazywała się grupa, złożona ze znalezionego wreszcie lekarza teatralnego, reżysera i felczera, twarz jego nadludzkim wysiłkiem woli przyodziała się znów w zwykłą maskę konwencjonalnego spokoju… Posunął się ku wchodzącym.
– Szanowny kolego! – odezwał się głosem, w którym zaledwie można było odkryć ślady poprzedniego wzruszenia – wobec nagłości i niebezpieczeństwa, wszedłem na chwile w wasze prawa… Nic nadzwyczajnego, zwykłe zwichnięcie stopy – dorzucił w odpowiedzi na pytające spojrzenie medyka. – A oto i felczer z opatrunkiem.
Kolega wyciągnął doń rękę z podziękowaniem.
– Obecnie – rzekł Gustaw, ściskając dłoń – ustępuję tym spieszniej, że pan – wskazał wzrokiem na Szkłowicza – przybiegł w tej chwili mnie zawiadomić, że jedna z pań, z którymi jestem w loży, czuje się słaba…
W ten sposób ratował również sytuację Szkłowicza, który wobec konwenansów nie miał prawa znajdować się w garderobie i na którego przybyli spoglądali już ze zdziwieniem. Bądź co bądź, należało uniknąć skandalu!…
Szkłowicz na próżno oczekiwał sekundantów Molskiego. Pojedynek nie nastąpił…
W oznaczonym terminie, za pięć dni, odbył się w kościele ewangelickim ślub doktora Gustawa Molskiego i Janiny baronównej von Kugel.
Przedtem spisana została intercyza przedślubna, którą przyszli małżonkowie ustanawiali wspólność majątkową. Na zasadzie tej intercyzy, w razie bezpotomnego zejścia ze świata jednego z małżonków, majątek jego przechodził na małżonka pozostałego przy życiu. Intercyzy takiej życzyła sobie Janina.
To małe, nieładne dziewczę, o chorobliwej cerze i suchotniczych plamach na twarzy, kochało swego narzeczonego do bałwochwalstwa. Janina powiedziała sobie: mam rok, może dwa lata życia. Chcę być przez te dwa lata szczęśliwa – z nim. Potem, po mojej śmierci on będzie miał wszystko… I uśmiechała się do niego i wyciągała swe blade usta do jego pocałunków.
Młodzi małżonkowie wyjechali nazajutrz po ślubie do Szwajcarii.
Marzenia biednej Janiny nie ziściły się, a przynajmniej ziściły zaledwie w części. Jej miodowy miesiąc nie trwał długo. W dwa tygodnie potem telegram przywiózł straszną wiadomość z Genewy… Podczas wycieczki na jedną z okolicznych gór, młodej doktorowej Molskiej poślizgnęła się noga. Spadła w przepaść i zabiła się na miejscu. Okropny wypadek został niezadługo stwierdzony urzędowymi świadectwami. Długo opowiadano sobie w Warszawie o tym niespodziewanym fatalnym nieszczęściu…
Jeszcze za kilka tygodni przywieziono do Warszawy zwłoki młodej kobiety. Razem przybył nieszczęśliwy mąż. Trudno wyobrazić sobie jego rozpacz. Na kolei powitała go osiwiała z boleści baronowa von Kugel. Zięć i teściowa, łkając, padli sobie w objęcia. Boleść doktora Molskiego była tak widoczna, że nawet złośliwe plotki, nieoszczędzające nikogo, tym razem umilkły…
Po wspaniałym pogrzebie, przystąpiono z konieczności do rozpatrzenia interesów. Gustaw zrazu chciał się zrzec wszelkich korzyści, zapewnionych mu przez intercyzę. Nie pozwoliła na to baronowa. Całując go w czoło, rzekła:
– Ona tak chciała… Bądźmy posłuszni jej woli!
Była to zacna kobieta ta baronowa, a swe nieszczęśliwe dziecko kochała nad życie. Zresztą, zupełnie niezależna, posiadała duży osobisty majątek.
Jak tylko formalności prawne nie wymagały jego obecności w Warszawie, doktor Molski wyjechał za granicę. Przed wyjazdem mówił do baronowej:
– Niepodobieństwem byłoby mi żyć dłużej tutaj, gdzie ją poznałem…
W dniu wyjazdu doktora Molskiego za granicę, Jan Szkłowicz, jeden z zamożnych owego czasu przemysłowców warszawskich, otrzymał następujący bezimienny list:
Panie Szkłowicz!
Ostatni raz, kiedy staliśmy wobec siebie, powiedziałem: „Zobaczymy się!” Powtarzam to obecnie… Jestem teraz wolny. Zobaczymy się!
Ten, który nienawidzi.
Zbrodnia w rogowie
Była dziewiąta wieczorem.
W sali Sądu Okręgowego panowało gorąco nie do zniesienia. Powietrze było duszne, nasycone wyziewami gazu i oddechem tłumu. Zdawało się, że gorączka namiętności, które się od dwóch dni rozbijały o pokryty czerwonym suknem stół sędziów, uczyniła atmosferę tak ciężką…
W tej chwili po ostatnich słowach obrońcy, replikującego prokuratorowi, po ostatnim łkaniu, które się wyrwało z piersi skazanego, siedzącego na fatalnej ławie, sąd, postawiwszy pytania, wyszedł na naradę. Woźni otwierali drzwi, ażeby wpuścić do sali nieco powietrza, gaz syczał w mlecznych kulach szklanych, a pomiędzy widzami życiowej tragedii, która się tu rozgrywała, poczynał się ruch.
Podnosił się gwar rozmów. Zamieniano uwagi najpierw szeptem, potem głośniej… Utworzyły się za kratką grupy obrońców i urzędników sądowych, asystujących sprawie z ciekawości, i dziennikarzy, śledzących za biegiem rozpraw, ze sprawozdawczego obowiązku. W grupach tych komentowano mowę prokuratora i argumenty obrońcy, wyprowadzano wnioski o spodziewanym za chwilę, może za parę godzin wyroku, spierano się…
Pośród publiczności, usadowionej w głębi, nie tej zwykłej publiczności posiedzeń sądowych, złożonej z poziewujących chałaciarzy i przyszłych kryminalistów, wtajemniczających się w arkana prawa, ale publiczności eleganckiej, ugarnirowanej pięknymi twarzyczkami pań i monoklami panów, panował niemniejszy ruch. Słysząc rozmowy i komplementy, ogień uwag i dowcipów, można by sądzić, że znajdujemy się nie w sali sadowej, ale w antrakcie pierwszego przedstawienia w teatrze… Damy wachlowały się, panowie rzucali zabójcze spojrzenia.
Tutaj powszechne zainteresowanie budził oskarżony… W tej chwili podnosił on głowę i patrząc z niepokojem w twarz swego obrońcy, z wielkimi szklistymi perłami łez, które przy świetle gazu połyskiwały w zaczerwienionych jego oczach, coś mówił. Była to sposobność przyjrzenia się twarzy, którą przez dwa dni rozpraw sądowych tak uparcie chował w rękach. Toteż skierowały się w jego stronę dziesiątki lornetek.
– Taki młody!…
– I jaki przystojny chłopiec.
– Takie zepsucie w tym wieku…
– Kto by przypuścił, patrząc nań, że popełni tak straszną zbrodnię?
Takie wykrzykniki wyrywały się z ust patrzących. Rzeczywiście, powierzchowność oskarżonego przemawiała nieskończenie na jego korzyść, zdawała się usuwać bezwzględnie przypuszczenia winy. Była ona sympatyczna jak rzadko.
– To niczego nie dowodzi – perorował poważny jegomość o minie profesora – Lavater powiadał…
Przyjrzyjmy się oskarżonemu.
Można mu dać zaledwie od osiemnastu do dwudziestu lat wieku. Był szczupły i, pomimo że z głębi ławy oskarżonych wyglądał tylko jego biust, widocznie wysoki. Jego twarz zarysowana regularnie, oświetlona dużymi błękitnymi oczami, miała wyraz łagodności i słodyczy. Zdawała się ona stworzona do uśmiechu i szczęścia. I w tej chwili ze łzami w oczach, z twarzą zaczerwienioną od płaczu, podobnym był więcej do dzieciaka, którego karcą za jakieś drobne przewinienie, niż do zbrodniarza, któremu groziły długie lata ciężkich robót…
Zbrodnia, o którą go oskarżano, rzeczywiście wołała o pomstę do nieba; było to morderstwo na osobie poczciwego starca, który go wychowywał i opiekował się nim, morderstwo w celu rabunku…
W roku 1880, kiedy się zaczyna nasza opowieść w całej Warszawie mówiono tylko o sprawie zabójstwa w Rogowie. Pisały o niej dzienniki, interesowała się opinia, podawano sobie o niej dziwne wieści i szczegóły.
Jak widzimy, ostatni akt tego dramatu zgromadził również licznych i ciekawych widzów.
We wsi Rogowie, położonej w pobliżu Warszawy zaledwie o dwie czy trzy mile od miasta, zamordowany został pewnej kwietniowej nocy ksiądz Andrzej Suski, miejscowy proboszcz, świątobliwy starzec, znany nie tylko w swej parafii, ale i w szerokich kołach Warszawy z dobroczynności i zacności charakteru. Znaleziono go u stóp łóżka z gardłem, przeciętym jego własną brzytwą, którą zabójca, widocznie dobrze znający rozkład mieszkania, wydobył z toaletki pod oknem… Ciało pławiło się w kałuży krwi. Rozbite biurko proboszcza świadczyło, że motywem zabójstwa był rabunek. Rzeczywiście, szuflady biurka, gdzie proboszcz chował pieniądze, były opróżnione. Jeszcze przed dwoma tygodniami, jeden ze znajomych księdza Suskiego widział tam listy zastawne, na sumę kilkunastu tysięcy rubli…
Podejrzenia padły od razu na wychowańca księdza, obecnie siedzącego na ławie oskarżonych.
Za parę godzin, może prędzej, sąd miał wypowiedzieć swe słowo o losie Stefana Polnera…
W tej chwili odszedł od niego obrońca, jeden z adwokatów młodszej generacji, znany w kołach prawniczych pod krótkim mianem „Julka”. Pomimo, że był wyznaczony do obrony z urzędu, na jego twarzy, na której dwudniowe utrudzenie wypisało się bladością i obwódkami pod oczyma, widniało wrażenie chwili. Twarz miała wyraz poważny, niemal smutny.
Oskarżony opuścił znów na ręce głowę, przed chwilą podniesioną do góry. Oparty na barierce ławy oskarżonych, siedział nieruchomo… W uszach czuł dziwny szum. Brzmiały mu jeszcze w głowie groźne i pełne siły słowa prokuratora. Przejmował go dreszcz, gdy przypominał sobie jego nieprzeparte argumenty… robiło mu się ciemno…
Bo też w samej rzeczy, mowa prokuratora stanowi arcydzieło logiki i energii. Oskarżyciel, przypomniawszy w dwóch słowach postać zacnego starca, którego siwe włosy szanowano powszechnie, i stosunek księdza Andrzeja do oskarżonego, który wszystko zawdzięczał kapłanowi, przeszedł do poszlak walczących przeciw niemu, rozbierał je punkt po punkcie, szczegół po szczególe. Zestawił zeznania świadków, wyjaśnił punkty niezrozumiałe, dowodził nieprawdopodobieństwa wykrętnych objaśnień oskarżonego. Był to skończony obraz zbrodni i jej pobudek. Twarze wszystkich obecnych okazywały, że jak przed chwilą mogła być jeszcze wątpliwość, teraz ostatni jej cień zniknął…
Logika prokuratora była zabijająca. Ostrzegł on sędziów przed zwodniczymi pozorami, w jakie przypadek ubrał postać oskarżonego. Łzy, które płynęły z jego oczu, wskazywał jako jeden jeszcze dowód hipokryzji i głębokiego zepsucia moralnego. Narysował wreszcie obraz tego młodzieńca, syna nieznanych rodziców, którego zacny kapłan przygarnął do siebie, kształcił, odziewał, żywił, psuł swą względnością i który za te wszystkie dobrodziejstwa, zapłacił straszną zbrodnią…
– Co było pobudką zbrodni? – pytał oskarżyciel. – Odpowiedzi na to naturalne pytanie trzeba szukać w wstrętnym zepsuciu moralnym oskarżonego, w jego przedwczesnej przewrotności… Świadkowie powiedzieli nam, że wydalano go ze szkół z powodu złego prowadzenia się, chociaż powinien był, korzystając ze szlachetnej ofiarności kapłana, garnąć się całymi siłami do nauki… Od tego czasu, przez półtora roku, pomimo nalegań księdza Andrzeja, nie wybrał żadnego zawodu, nie wziął się do żadnej pracy. Był pasożytem, jadł darmo chleb swego opiekuna.
Prokurator, człowiek jeszcze młody, o postaci pełnej energii, wyglądał w tej chwili imponująco. Zdawał się być urzeczywistnieniem idei karzącej sprawiedliwości. Oczy całej sali były nań skierowane.
– To jeszcze nie wszystko – ciągnął dalej, obrzuciwszy obecnych wzrokiem – sąd widział przed chwilą świadka, którego wezwano do sprawy dla udowodnienia mniemanego alibi oskarżonego. Jest to kobieta młoda, której przypadek dał powierzchowność ujmującą po to tylko, ażeby ją tym bardziej zbrukała… Sąd słyszał jej zeznanie i oceni je. Twierdzenie jej, uderzające przykrym cynizmem, jakoby oskarżony przepędził w jej towarzystwie noc, podczas której popełniono zbrodnię, nie zaważy na szali sprawiedliwości i nie uchroni winnego od zasłużonej kary. Ale to zeznanie uczy nas, jakie były stosunki osiemnastoletniego chłopca z tą kobietą, kelnerką w restauracji. To nam tłumaczy, na co mu były potrzebne pieniądze, choćby poplamione krwią. To najlepiej objaśnia potworny grunt charakteru oskarżonego… Nie ma dlań miejsca pod jasnym niebem tych sfer, niech idzie dźwigać cały ciężar swej hańby pod szare niebo Syberii!…
Były to wspaniałe słowa, wypowiedziane z wielkim zapałem i głębokim przekonaniem.
Gdy prokurator kończył; wszyscy zatrzymali oddech w piersi… Tylko poszanowanie dla miejsca wstrzymywało słuchających od gorących oznak aprobacji.
A podczas gdy prokurator tak mówił, ona, ta kobieta, na którą potrójnym ciężarem spadała hańba jej kochanka, siedziała w głębi miejsc, przeznaczonych dla publiczności, ukryta w cieniu filaru. Pomimo to, trzymała głowę do góry, a jej twarz, blada jak płótno, była nieruchoma, niby wykuta z kamienia.
Właściwie było to także więcej dziecko niż kobieta. Nie miała pewno więcej lat niż on. Brunetka o głębokich czarnych oczach, posiadała na twarzy ten różowawy puszek brzoskwini, który życie nam dopiera ściera. Rozwinięte kształty i pierś zaledwie mieszczącą się w gorsecie, dawały jej pozór nieco starszej… Usta były maleńkie, czerwone jak krew. W tej chwili cała była w oczach. Zdawała się nie słyszeć piętnujących ją słów tego wysokiego pana w mundurze haftowanym złotem; nie widziała spojrzeń, które na nią rzucano z ukosa, nie uważała znaczących szeptów, które brzmiały dokoła. Wpatrzyła się w niego, siedzącego na fatalnej ławie i wstrząsanego czkawką tłumionych łkań; zdawała się chcieć przeszyć wzrokiem ręce, którymi zakrył twarz…
Przyszła kolej na głos obrońcy.
Zadanie adwokata „Julka” było bardzo trudne. Miał walczyć z potężnym wrażeniem, jakie wywołały słowa prokuratora. Wreszcie, w samej sprawie wszystko mówiło na niekorzyść podsądnego. Pomimo to obrońca robił, co mógł.
Przypomniał zgubne omyłki sądowe, dowodził nicości poszlak i zeznań, które walczyły przeciwko oskarżonemu, przyznawał wprawdzie, że chłopiec był lekkomyślny, ale twierdził na zasadzie zeznań świadków, że kochał z głębi serca swego opiekuna, który mu odpłacał szczera przychylnością.
– Pan prokurator odpowiada na to: „hipokryzja!” – wołał adwokat „Julek” – ale dość spojrzeć na twarz oskarżonego w tej chwili, dość posłuchać jego łkań, ażeby przyjść do przekonania, że nie może tu być mowy o hipokryzji… A jego zachowanie się w pierwszych chwilach, kiedy zabójstwo zostało odkryte!… Jego boleść, o której mówią wszyscy świadkowie!… W tej sprawie, pomimo wszystko, co twierdzi urząd oskarżający, jest wiele niewytłumaczonego… Są dane za, są i przeciw. Jeśli oskarżenie powołuje się na fakty i świadków, których powagę, sądzę, przed chwilą osłabiłem, to my mamy alibi, któremu, bądź co bądź, nie ma powodu nie wierzyć… W tym starciu dwóch prawd, z których nie wiemy, jaka jest rzeczywista, może ostatecznie rozstrzygnąć tylko ten głos wewnętrzny, który tak często budzi się w naszym sercu, ażeby zdecydować najważniejsze kwestie. Ów głos powiada mi, że to dziecko nie może być winne strasznej zbrodni, którą mu przypisują… Dość spojrzeć w jego oczy w tej chwili pełne palących łez!
W sali godzono się na jedno. Walka, jaką podjął obrońca, była prowadzona z sercem i talentem. Potrafił on zachwiać znów na krótką chwile przekonaniem jednego ze słuchaczy. Ostateczny rezultat, pomimo to, zdawał się dla jego klienta niepomyślny.
Adwokat „Julek” przechadzał się obecnie zadumany między grupami, które się zebrały za kratkami. Jego czoło było ciągle powleczone chmurą. Wzrok jego błądził po sali bez celu, przesuwając się po srebrnych gwiazdkach u fraków kolegów, twarzach dam, ugrupowanych w głębi i wysmukłych filarach, podpierających sklepienie sali.
Wtem mimo woli zatrzymał się. Na twarzy jego wybiło się zdziwienie. Przez chwilę przyglądał się uważniej jednemu punktowi w głębi sali…
I doprawdy było się czemu dziwić. Pomiędzy publicznością, przysłuchującą się sprawie, adwokat „Julek” ujrzał niespodziewanie twarz, która zdawała mu się jak dwie krople wody podobna do twarzy oskarżonego. Te same rysy regularne, miękko zaokrąglone, te same wielkie błękitne oczy, ta sama słodycz w spojrzeniu.
Adwokat mimo woli przetarł sobie oczy.
– Rzeczywiście – mruknął przez zęby – sprawa mnie rozstraja… Zdaje mi się, że widzę wszędzie twarz tego chłopca.
Ale jeszcze dwa czy trzy rzuty oka przekonały go, że bynajmniej nie było to złudzenie. Sobowtór oskarżonego różnił się od niego, że tutaj ta piękna, idealnego rysunku główka była osadzona na wiotkich ramionach dziewczęcia. Otaczały ją sploty włosów złoto-popielatego koloru, a ubierał zręczny, chociaż dość skromny kapelusik… W każdym razie podobieństwo było uderzające.
Adwokat mimo woli zaczął snuć przypuszczenia. Dziwnym trafem, pochodzenie oskarżonego nie było dostatecznie wyjaśnione… To młode dziewczę, tak do niego podobne, mogło być jego siostrą lub kuzynką… Czy przypadkiem nie wiązało się to ze sprawą, w której, bądź co bądź, znajdowało się wiele niewytłumaczonego?…
Chciał już zapytać którego z obecnych, czy przypadkiem nie mógłby mu udzielić wiadomości, kto jest ta młoda osoba i widocznie będąca z nią razem jakaś starsza pani i druga panienka… Lecz oto ukazali się woźni, zapowiadając rychłe wejście sądu.
– Proszę o uciszenie się! – wołał jeden z nich, przebiegając salę.
Uderzył dzwonek. Drzwi otworzyły się, ukazał się sąd.
– Tak prędko! – zrobił uwagę któryś z urzędników sądowych. – Dla oskarżonego zły znak…
W sali zapanowało głuche milczenie. Wszyscy natężyli słuch.
Prezydujący odczytał wyrok:
– Stefan Polner, uznany za winnego, skazany został na dwanaście lat ciężkich robót i następnie na osiedlenie w Syberii.
Rzeczywiście, prokurator, twierdząc, że ten chłopiec o tak ujmującej powierzchowności wielkich oczach był ladaco, miał cokolwiek racji. Ale tylko cokolwiek…
„Niecnota Stefek”, jak go z pobłażliwym uśmiechem nazywał za życia ksiądz Andrzej, był to złoty chłopiec: żywy, serdeczny, rozgarnięty. Lecz przy tym wszystkim lekkomyślny do najwyższego stopnia, łatwo zapalający się fantastyk. W żadnym razie zresztą nie zasługiwał na zarzut hipokryzji, który mu zrobił przedstawiciel urzędu oskarżającego… Chyba należałoby w samej rzeczy przypuścić w tym dzieciaku nieskończoną przewrotność…
Skąd i jak się znalazł Stefek na opiece księdza Andrzeja? Tego nikt dokładnie nie wiedział.
Przed siedmiu laty, kiedy ksiądz Andrzej przybył na probostwo do Rogowa, pierwszego zaraz lata na wakacje zjechał ów malec w szkolnym mundurku, o żywych błękitnych oczach, który był w ciągłej wojnie z kurami i gęsiami starej gospodyni Barbary i w wielkiej przyjaźni z fornalem Jakubem, mającym w swym zawiadywaniu dwie tłuste szkapy.
Gimnazista wkrótce dał się polubić całemu otoczeniu proboszcza i licznemu sąsiedztwu, które utrzymywało z księdzem Andrzejem stosunki.
Sąsiedzi, którzy, jak to sąsiedzi, interesowali się wszystkim, co się działo dokoła, dowiedzieli się niebawem od poczciwego księdza Andrzeja, że Stefek był zupełnym sierotą, synem najlepszego niegdyś przyjaciela kapłana z lat młodzieńczych. Po śmierci rodziców ksiądz Andrzej zaopiekował się dzieckiem, umieścił je najpierw u znajomej rodziny, potem posyłał do szkół, zaopatrywał wszystkie jego potrzeby, co (jak mówił), tym było słuszniejsze, że pozostał wiele winien jego ojcu. Niekiedy nawet wspominał o pewnych funduszach, które jakoby miały pozostać na wychowanie dziecka.
Pomimo wszystkiego, złośliwość ludzka zapewne nie oszczędziłaby stosunku kapłana do chłopca, gdyby nie opinia niemal świętości, jaką za sobą przyniósł do Rogowa ksiądz Andrzej i jaka wkrótce też ugruntowała się w okolicy.
Był to kapłan w całym tego słowa znaczeniu. Pomimo że w chwili przybycia do Rogowa liczył zaledwie lat pięćdziesiąt, był siwy jak gołąb, nieco zgarbiony; miał w spojrzeniu i w twarzy wyraz nieskończonej słodyczy i łagodności… Niezmiernej prostoty obyczajów, nie mając prawie żadnych potrzeb osobistych, ksiądz Andrzej rozdawał wszystko, co miał, ubogim. Nieszczęśliwi, biedacy, sieroty z całej okolicy, cisnęli się na probostwo w Rogowie i mogli być pewni, że nie odejdą bez wsparcia i pociechy. Rzecz prosta, często nadużywano tej szlachetności kapłana. Stara gospodyni Barbara zżymała się nieraz na księdza, gdy wszystko do ostatniej złotówki rozdał biedakom, ale poczciwy kapłan zajadał za cały obiad kwaśne mleko z kartoflami, śmiał się tylko dobrodusznie i mówił:
– Więcej Bóg ma, niż rozdał!…
O przeszłości księdza Andrzeja mówiono różnie. Jemu samemu wyrywało się nieraz jakie słówko, które dowodziło, że ta przeszłość nie przeszła całkowicie w zakrystii kościelnej. To pewne, że ksiądz Andrzej w chwili przybycia na parafię do Rogowa, będąc już starcem, liczył zaledwie kilkanaście lat kapłaństwa. Młodość jego musiała więc upłynąć nie w seminarium. Opowiadano, iż ksiądz Suski nie lubił o tym wspominać. Zapytywany odpowiadał z dobrodusznym uśmiechem:
– Ot… szalało się… a teraz się pokutuje…
Nie ulegało zresztą wątpliwości, że ksiądz Suski posiadał pewne osobiste środki materialne, zapewne resztki majątku, którego kiedyś hucznie używał. Dobroczynność kapłana, niemająca żadnych granic, dawno by już wyczerpała jego kapitalik, gdyby nie to, że znajdował się on w zawiadywaniu jednego z przyjaciół księdza, prawnika starszej generacji, zamieszkałego w Warszawie.
Niecnotę Stefka ksiądz kochał jak gdyby rodzone dziecko, czynił zadość jego kaprysom, pieścił i psuł. Bo też nie podobna było nie kochać tego dzieciaka, z twarzy i malowanego aniołka, żywego jak skra, który, na wakacje napełniał gwarem i hałasem całą, zazwyczaj spokojną i milczącą, plebanię… Dla Stefka, na jego potrzeby, do rozrywki zawsze ksiądz Andrzej znalazł gdzieś odłożone parę złotych. Niekiedy wyrywało mu się z ust słówko, wskazujące, że uważał za święte zaspokajać potrzeby chłopca i nawet z pewnym zbytkiem.
Tak upływały lata, Niecnota Stefek rósł i mężniał. Uczył się nie najlepiej, nie dla tego, żeby nie miał wrodzonych zdolności, ale ponieważ w rezultacie więcej myślał o figlach niż o nauce. Był to już wysoki chłopiec w granatowym mundurku, któremu z lekka górną wargę zaczynał ocieniać puch dojrzałości i na którego zgrabną figurę kobiety spoglądały na ulicy z widoczną przyjemnością… I on też patrzał z ciekawością na świeże twarzyczki dziewcząt. Wówczas od czasu do czasu przechodziły mu jakieś błyskawice, a policzki zapalały się rumieńcem.
Stefek był już w szóstej klasie gimnazjum, gdy nastąpiła katastrofa, wprowadzająca poważną zmianę do jego życia… Pewnego razu, w towarzystwie kolegów pozwolił sobie na wybryk, przekraczający zwykłe granice karności szkolnej, a gdy go wezwano przed władzę szkolną dla wytłumaczenia się, odpowiadał zbyt żywo, wreszcie mimo woli podniósł głos… Dołączyły się do tego wspomnienia dawnych sprawek chłopca i złe noty, które obciążały jego rachunek. Uznano, że daje zły przykład klasie i wydalono go.
Ten bądź co bądź smutny dla przyszłości chłopca wypadek nieskończenie zmartwił poczciwego księdza Andrzeja. Kiedy winowajca przybył z Warszawy na plebanię ze spakowanymi tobołkami i zasmuconą twarzą, a ksiądz zamknął się z nim w izdebce, zwanej uroczyście „gabinetem” i chciał dać chłopcu porządną burę skończyło się na tym, że i ksiądz i chłopiec obydwaj się popłakali…
Co było robić? Postanowiono, iż Stefek tymczasem zostanie na plebanii, a co do przyszłości – pomyśli.
Ksiądz Andrzej kazał chłopcu rozmyśleć się dobrze, do czego czuje powołanie i jakie pragnąłby sobie wybrać zajęcie, a i sam tymczasem postanowił poszukać i popytać. Między innymi ksiądz medytował, czy nie można by jeszcze wysłać chłopca do szkół za granicę, czynił to jednakowoż zależnym od jego chęci do nauki…
Upłynęło kilka tygodni. Chłopiec zbijał bąki po plebanii, włóczył się z fuzyjką po okolicy. Pewnego razu ksiądz miał do załatwienia parę interesów w Warszawie, trzeba było się zobaczyć ze starym przyjacielem prawnikiem, załatwić jakąś drobnostkę w konsystorzu, kupić to i owo na potrzeby kościelne. Stare kości proboszcza, który był już wtedy blisko szóstego krzyżyka, nie bardzo domagały. Ksiądz Andrzej zawołał tedy chłopca.
– Pojedziesz – rzekł mu – za sprawunkami do Warszawy.
Stefkowi było na to jak na lato. Zaczynało mu się już nudzić na wsi. Sposobność była wyborna. Interesy wymagały dwudniowego pobytu w mieście. Ksiądz zaopatrzył go w potrzebne pieniądze i na sprawunki i hotel, i na życie, a na odjezdnym wcisnął jeszcze w rękę czerwoną dziesięciorublówkę ze słowami:
– A to dla ciebie na cukierki.
Stefek bawił w Warszawie zamiast dwóch, trzy dni, a kiedy wrócił, można w nim było dostrzec znaczną zmianę. Miał oczy jak gdyby przysłonięte mgłą, był nieswój. Wytłumaczył się jakoś niezręcznie z opóźnienia, a ponieważ wszystkie sprawunki i interesy załatwił należycie, ksiądz Andrzej nie robił mu żadnej uwagi.
Ta wycieczka do miasta stała się fatalna dla młodego chłopca.
Co go spotkało w Warszawie? Wkrótce przestało to być tajemnicą dla opiekuna, tym bardziej nam wolno o tym wiedzieć.
Zaledwie stanął w hotelu, Stefek, jak zawsze żywy, wybiegł na bruk warszawski, ażeby przyjrzeć się miastu, którego już kilkanaście dni nie widział i odetchnąć powietrzem zaułków miejskich, mających taką ponętę dla urodzonych i wychowanych w mieście. W Saskim ogrodzie spotkał jednego z dawniejszych kolegów, który jeszcze przed nim opuścił ławy szkolne; a niebawem znaleźli się razem w drugorzędnej restauracji na jednej z bocznych ulic Warszawy.
Zapadał wieczór. W restauracji zapalono gaz. Była to długa sala, zastawiona ordynaryjnymi stołami i stołkami, w środku której wznosił się bufet; w głębi widniała estrada dla orkiestry. W sali było duszno i gwarno. Stukały kufle piwa, biegały usługujące dziewczęta, słychać było wykrzykniki, krzyżowały się rozmowy i podejrzanego gatunku dowcipy. Płomienie gazu, zapalając się, wydawały długi urywany dźwięk. Długa sala oświetlała się częściowo, na wyrywki.
Stefek dotąd nie wiedział, po co go tutaj przyprowadził bardziej doświadczony kolega.
– Poczekaj, pokażę ci coś – mówił do niego ten ostatni.
Stefek patrzył szeroko otwartymi oczami na cały obraz, pełen nieznanych szczegółów. Ale to nie było jeszcze „coś”, o czym wspominał kolega.
O dwa kroki od stolika, przy którym usiedli wybuchnął zapalający się płomień gazu, oświetlając niespodziewanie ten zakątek sali. Stefanowi ukazała się nagle postać, która odtąd miała w jego życiu zająć miejsce.
Dziewczyna z głośnym śmiechem, który roztwiera jej maleńkie, czerwone jak krew, usta, zeskakiwała właśnie z krzesła, na które weszła, ażeby łatwiej zapalić gaz. Jej główka i biust znajdowały się teraz w pełnym oświetleniu.
Kolega trącił Stefka w bok i rzekł mu:
– Patrz… to właśnie ona… Władka!…
Stefkowi nie było potrzeba zalecenia kolegi. Patrzał i patrzał… Zdawało się, że chce ją zjeść oczami. Bo też było na co patrzeć.
Była to jedna z „panien” podających piwo. Widzieliśmy już Władkę w sali sądowej, dotkniętą bólem i hańbą, a jednak podnoszącą czoło do góry. Trudno powziąć pojęcie z rzuconego tam w paru słowach szkicu o tym, czym było dziewczę śmiejące się, ożywione wszystkimi barwami młodości, pełne życia i siły, szczególnie na tym, okopconym dymem z tytoniu, tle, pośród brudnych ścian i zalanych piwem stołów… Odbijało ono jak jutrzenka od sztucznej świeżości wykrygowanej damy, śmiejącej się nieopodal zza bufetu, od swych towarzyszek, przeważnie draśniętych zębem czasu, o twarzach żółtych, oczach podkreślonych sinymi obwódkami, o zepsutych zębach.
Władka, w tym niespodziewanym rozpraszającym ciemności świetle gazu, ukazała się Stefkowi, jak czarodziejska wizja. Patrzył na nią… i patrzył.
Ekstazę zakończyło szturchnięcie przez kolegę w bok i najprozaiczniejsze pytanie, rzucone przez dziewczynę:
– Dwa piwa?
Nigdy nie wiemy, skąd przychodzą nasze przeznaczenia. Stefkowi ani przyszło do głowy, że ta chwila będzie dlań przełomową w życiu… Z całą potęgą świeżych, niczym dotąd niezbrukanych uczuć, poddał się urokowi, który nań z czarnych oczu Władki spływał… Dlatego, zamiast dwóch, przesiedział w Warszawie trzy dni, dlatego postarał się wkrótce znaleźć pozór, który mu pozwolił znów za tydzień wymknąć się do miasta…
Wycieczki zaczęły się powtarzać. Niewielka odległość od Warszawy pozwalała wracać w ciągu jednego dnia. Pomimo to, i mimo zwykłej pobłażliwości księdza Andrzeja, nowy ten objaw począł zwracać jego uwagę. Chłopiec zdawał się cały jak w gorączce… Nie wspominał już teraz ani słowem o projektach na przyszłość, o których była wciąż mowa w pierwszych dniach… Wreszcie, ciągle potrzebował pieniędzy na swe wycieczki i drobne wydatki…
Zapewne nie ten ostatni wzgląd niepokoił najbardziej zacnego kapłana, ale ostatecznie ksiądz Suski znał dosyć życie, ażeby się domyśleć, że w spokojną dotąd egzystencję dzieciaka wplątał się jakiś cierń, który mu mógł na zawsze zepsuć przyszłość…
Opiekun pewnego popołudnia zamknął się ze Stefkiem.
– Wyspowiadam cię, moje dziecko – rzekł półżartem, półserio.
I rzeczywiście spowiedź nastąpiła…
Stefek był zbyt szczerym i żywym dzieciakiem, wreszcie uczucie, którego potęgi sam nie potrafił ocenić zbyt przepełniało mu serce, ażeby mógł nie wyznać wszystkiego na pierwsze pytania księdza Andrzeja… Z siłą wyrażeń, której trudno było przypuszczać u tego smarkacza, opisał ją opiekunowi, odmalował gorąco swą miłość, wreszcie przyznał się zdumionemu kapłanowi, że i ona jego…
Były to więcej zwierzenia szczęśliwego kochanka niż spowiedź skruszonego grzesznika. Wreszcie, Stefek zakończył niespodziewaną konkluzją:
– Ja się z nią ożenię… ja się z nią muszę ożenić!
Starzec słuchał z pochyloną głową tego wyznania. Pozwalał mówić dzieciakowi, ażeby lepiej poznać stan rzeczy i głębię niebezpieczeństwa. Twarz jego powlekła się powoli smutkiem. Ksiądz Andrzej zbyt dobrze znał charakter swego wychowańca i zbyt wiele sam żył, ażeby nie dostrzec groźby, jaką ten przedwczesny stosunek mógł przedstawić dla przyszłości Stefana. Z nieskończoną dobrocią i łagodnością, których takie skarby miał zawsze w duszy, począł oblewać zimną wodą gorące czoło dzieciaka…
Nie łajał i nie groził. Przekładał chłopcu z delikatnością, ale i przekonaniem, iż jest dopiero na progu życia, że ma do wywalczenia kawałek chleba i miejsce wśród społeczeństwa, że powinien długo jeszcze pracować, zanim będzie mógł myśleć o stworzeniu rodziny, że wreszcie szukać jej powinien nie tam, gdzie znalazł Władkę… Argumenty kapłana szły z serca, były tak poczciwe i przekonywające, mieszały się wreszcie ze łzami, że chłopiec, ażeby oszczędzić starcowi przykrości, przyrzekł wszystko, co ten chciał.
Upłynęło parę dni. Stefek znów pojechał do Warszawy.
Choroba zdawała się nieuleczalna, a grunt charakteru chłopca, choć najpoczciwszy w świecie, nieskończenie lekki… Wrażenia przewijały się po nim jak zmarszczki po tafli jeziora…
Księdza Andrzeja nie zdziwiło to zbytecznie. Smuciło tylko coraz ciężej…
– Nieszczęśliwe dziecko! – mówił.
Odtąd przez parę miesięcy aż do ostatecznej katastrofy trwał przykry dla chłopca stan rzeczy… Ksiądz Andrzej wzdychał tylko i szukał jakiego zajęcia dla Stefka, ażeby precz odciągnąć go od tej zgubnej namiętności…
Stefek unikał wzroku kapłana i nocami wymykał się do Warszawy. Nie śmiał prosić teraz opiekuna o pieniądze. Ale za to złoty zegarek, który dostał przed paru laty na imieniny i parę innych cenniejszych rzeczy, znikło.
Pewnego razu, gdy pojechał do Warszawy po sprawunki ze stu kilkudziesięciu rublami, wrócił tegoż dnia czerwony jak burak. Zaledwie zdołał wybełkotać, że zgubił pieniądze.
– Nieszczęśliwe dziecko! – powtarzał ksiądz Andrzej.
Trzeba było położyć temu koniec.
To wszystko martwiło niewymownie kapłana: garbił się jeszcze bardziej… Czasami siedział zamyślony, na jednym miejscu, a w oku perliła mu się łza…
Pewnego razu – było to na początku kwietnia – ksiądz Andrzej odebrał list od swego przyjaciela prawnika z Warszawy. Po odczytaniu go, przywołał Stefana.
– Moje dziecko! – rzekł do niego, gdy chłopiec stanął przed nim zaczerwieniony, spuściwszy oczy. – Mam dla ciebie zajęcie… Pan Antoni pisze mi, że w tej chwili możesz jechać do Kalisza. Czeka cię tam miejsce kancelisty u rejenta B… Na początek, będziesz dostawał trzydzieści rubli miesięcznie. Ja ci będę posyłał czterdzieści. To razem powinno wystarczyć młodemu chłopcu na porządne utrzymanie…
Stefek, słuchając tych słów, bladł jak płótno. Zdawało się, że wszystka krew zbiegła mu do twarzy…
Ksiądz Andrzej, patrząc nań, myślał, że chłopiec upadnie.
Stefek rozumiał, jaki był cel opiekuna.
– Czy… prędko… mam pojechać?… – pytał głosem, który się urywał.
Poczciwy starzec spuścił oczy, serce mu się krajało na widok tej boleści dzieciaka.
– Kiedy chcesz – odrzekł zmieszany – choćby zaraz… Wreszcie za dwa… trzy dni…
Ale Stefek nie mógł już dłużej wytrzymać. Z łkaniem upadł do kolan poczciwego proboszcza i przytuliwszy do jego sutanny gorącą głowę, płakał jak dziecko. Nie mówili do siebie ani słowa. Ksiądz Andrzej rozumiał, co mu chciał powiedzieć chłopak, Stefek rozumiał, że postanowienie opiekuna jest nieodwołalne.
– Co robić? – mówił kapłan, całując go w gorącą głowę. – Tak być musi… Nie może być inaczej!
Ostatecznie, ksiądz Andrzej naznaczył wyjazd za trzy dni…
Tego wieczoru Stefek zniknął z plebanii. Była to znów jedna z tych wycieczek do Warszawy, które tak smuciły opiekuna. Zresztą, był on pewny, że Stefek wróci i wyjedzie oznaczonego dnia.
– Szaleje! – mówił sam do siebie poczciwy kapłan, przerzucając wieczorem kartki brewiarza – zupełnie tak jak ojciec…
Była godzina siódma rano.
Przed gankiem probostwa w Rogowie zatrzymała się bryczka praska. Wyskoczył z niej Stefek, zapłacił woźnicy, obejrzał się i wszedł na ganek. Był blady, na twarzy jego znać było niepokój i niewywczasowanie. Plebania zdawała się spać.
