Wydawca: Novaeres Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 270 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rue d`Assas 13 - Marcin Sobecki

Młody emigrant z Polski robi błyskotliwą karierę w strukturach agencji Mossadu w Tel Awiwie. Swoimi spektakularnymi akcjami wymierzonymi w organizacje terrorystyczne, szczególnie Syrii i Jordanii, zyskuje uznanie szefów. Dzięki niemu Izraelowi udaje się pozyskać cenne informacje od dwóch agentów obcych służb wywiadowczych. Posłużą one do unieszkodliwienia syryjskiego programu atomowego.

Opinie o ebooku Rue d`Assas 13 - Marcin Sobecki

Fragment ebooka Rue d`Assas 13 - Marcin Sobecki

ROZDZIAŁ I

 

 

W północnej części Tel Awiwu, na obrzeżach miasta, wśród okazałych willi i równie okazałych ogrodów, znajdował się jeden z najważniejszych budynków na świecie. Nie sugerowała tego wcale mosiężna tablica z dwujęzycznym napisem po izraelsku i angielsku: Biuro Studiów Strategicznych z siedzibą w Tel Awiwie. Tajemnicę tego miejsca znało niewielu ludzi w Izraelu, jedynie osoby pełniące najwyższe funkcje w państwie oraz kierownictwo instytucji i zatrudnieni tam pracownicy. Tylko oni wiedzieli, że w tym budynku ma siedzibę Mossad, najskuteczniejsza organizacja wywiadowcza na świecie, z którą co najwyżej mogły równać się KGB i CIA. Przypadkowy przechodzień, przechodzący wzdłuż wysokiego muru okalającego budynek, stalowej bramy i licznych kamer, wcale nie musiał zakładać, że mieści się tam jakaś ważna instytucja. W państwie, w którym zagrożenie terrorystyczne było elementem codziennego życia, większość obiektów podobnie zabezpieczano. Postronny obserwator nie miał powodów przypuszczać, że ów niepozorny budynek stał na niezwykle solidnych fundamentach, które schodziły trzy piętra w dół. I mieściły się w nim najnowocześniejsze cuda techniki, najnowszej generacji urządzenia telekomunikacyjne, przetwarzania danych, dekryptażu oraz łączności satelitarnej. Poziomy, na których mieściły się najważniejsze pomieszczenia, otoczono ekranem z drobnej miedzianej siatki, która uniemożliwiała prowadzenie nasłuchu z zewnątrz.

Główna siedziba Mossadu znajdowała się właśnie tutaj, natomiast liczne oddziały agencji – na terenie całego państwa. Łącznie zatrudniano ponad 1200 osób, które należały do ścisłej elity izraelskiego wywiadu. Dyrektorzy Mossadu oraz ich zastępcy byli nominowani przez premiera rządu izraelskiego, natomiast pracowników niższych szczebli zatrudniał naczelny dyrektor. Rekrutacja podlegała odrębnym procedurom. Wobec każdego nowo przyjmowanego kandydata trwała od sześciu miesięcy do dwóch lat, a nawet dłużej. Sprawdzano jego rodowód od trzeciego pokolenia, prześwietlając całe życie. Wydział Badań przez wiele tygodni oceniał kompetencje do wykonywania konkretnych zadań. Niewyszkolonych w armii lub w siłach specjalnych kierowano na liczne szkolenia sztuk walki, posługiwania się bronią i materiałami wybuchowymi, jak też psychologicznie przygotowujące do służby.

Lecz siła Mossadu to przede wszystkim świetnie wyszkoleni rezydenci ulokowani przez wywiad w miejscach, które miały strategiczne znaczenie dla Izraela: pracownicy ambasad, konsulatów, attaché wojskowi. Jednak skuteczność wywiadowcza tej wyszkolonej kadry na nic by się zdała, gdyby nie wsparcie, jakie uzyskiwali od zwykłych ludzi, mieszkańców wszystkich kontynentów, których łączyły dwie podstawowe wartości: związek krwi i lojalność wobec państwa Izrael. Żydzi tak naprawdę nigdy do końca nie zasymilowali się z miejscową ludnością i to dzięki nim Mossad mógł skutecznie przeprowadzać liczne akcje poza granicami Izraela. Takim potencjałem nie dysponowały żadne agencje na świecie, nie wyłączając CIA czy KGB.

Był trzeci maja 2003 roku. Świeżo mianowany dyrektor Mossadu, Meir Dagan, tego dnia zaplanował niezwykle ważne spotkanie z trzema swoimi zastępcami: Isserem Ramsudem, szefem Wydziału Wywiadowczego, Icchakiem Arawim, szefem Wydziału Operacji Specjalnych, oraz Josele Hofim, dyrektorem Wydziału Politycznego i Współpracy. Poproszono również Marka Dawidovsky’ego, trzydziestopięcioletniego pracownika Referatu Analiz podległemu Wydziałowi Badań. Była godzina dziesiąta, kiedy panowie znaleźli się w gabinecie dyrektora Mossadu. Usiedli na wskazanych miejscach i cierpliwie czekali, aż pojawi się szef. Wszedł po kilku minutach. Był to niemłody już, ale dziarski mężczyzna, który lekko utykał na prawą nogę – pamiątka po wojnie Jom Kippur. Przywitał się z zebranymi, zajął miejsce i rozpoczął spotkanie.

– Powodem, dla którego was zaprosiłem, panowie, jest raport, który wczoraj dostarczył mi obecny tutaj Mark Dawidovsky. Przejrzałem go tylko pobieżnie, więc nie znam szczegółów. Ale chciałbym, żebyście najpierw posłuchali Marka. Mark! Proszę zaczynać.

– Panowie! – bez zbędnych wstępów zaczął młody człowiek – od końca lat siedemdziesiątych Mossad pilnie obserwował poczynania niejakiego Jamesa Calthropa, brytyjskiego obywatela, znanego na całym świecie pisarza thrillerów. W większości o tematyce szpiegowskiej…

– Świetnie facet pisze! – rzucił jeden z dyrektorów.

– No właśnie – kontynuował monolog Dawidovsky. – Dowodzą tego liczne nagrody literackie oraz pieniądze, które zarobił. Lecz nas od dawna o wiele bardziej interesuje, o czym pisze…

– Nie rozumiem. A co to ma z nami wspólnego? – przerwał znowu jeden z siedzących.

– Panowie, pozwólcie naszemu pracownikowi mówić. Wszystkiego zaraz się dowiecie – trochę niecierpliwie rzucił Meir Dagan w kierunku swoich podwładnych.

– James Calthrop w swoich powieściach opisywał fakty i zdarzenia, których nie mógł poznać na podstawie własnej obserwacji oraz nabytej w ten czy inny sposób wiedzy: ze specjalistycznej literatury, prasy, Internetu. Do tego dochodzą jeszcze historie ujawniane przezróżnych nawiedzonych ludzi. Że przypomnę niedawną aferę z Wikipedią…

– A dlaczego ten pisarz nie mógł poznać faktów? – tym razem nie wytrzymał główny dyrektor.

– Ponieważ niektóre z nich były najbardziej strzeżonymi tajemnicami wielu wywiadów, w tym naszego.

– Chwileczkę. Wszyscy autorzy korzystają z licznych źródeł. Tych legalnych i nie. Oczywiście wiemy, co wyciekło z CIA do Wikipedii. Ale to są informacje, po które każdy może sięgnąć i wykorzystać w swojej książce. Nieprawdaż?! – zapytał znowu Josele Hofi.

– Jasne, że tak! Lecz w przypadku pana Calthropa ustaliliśmy, że były to informacje, które nigdy nie wyciekły z zasobów agencji wywiadowczych. Więc jedynym możliwym rozwiązaniem, jakie przyjęliśmy, jest to, że nasz sławny pisarz musiał mieć dojście do najbardziej strzeżonych tajemnic wywiadu. CIA, francuskiego SGRS, ale także naszego. Wydział Badań od wielu lat robił wszystko, aby ustalić, w jaki sposób ten człowiek zdobywał te dane. Bez rezultatu. Powołaliśmy nawet specjalną grupę ludzi, która dzień i noc studiowała każde słowo z jego licznych książek, aby rozwiązać tę zagadkę. Wreszcie się udało! Nie chcę, aby panowie uznali, że zachwalam Biuro Analiz, ale…

– Możesz, możesz – kiwając potakująco głową, rzucił Meir Dagan.

– Więc… – uśmiechając się, kontynuował Dawidovsky – postanowiłem spróbować innej metody badawczej. Otóż wyselekcjonowałem wszystkie te zdarzenia, które miały klauzulę tajności i zacząłem badać, czy kiedykolwiek wyszły one poza agencje… Czy ujrzały światło dzienne. Nie znalazłem żadnego elementu, który by wyjaśniał, w jaki sposób pan Calthrop uzyskał tę wiedzę. Aż do wczoraj. Otóż szczególnie zainteresował mnie fragment jego książki „Dwunasty protokół”, gdzie opisuje zamach na boliwijskiego dyktatora. Wynajęty najprawdopodobniej przez CIA snajper oddaje strzał z odległości około półtora kilometra. Celuje w jedną z trzech limuzyn, które jadą z prędkością około stu czterdziestu kilometrów po bezdrożach północnej Boliwii. Dwa samochody zajmowała ochrona dyktatora. Ten z prezydentem miał oczywiście pancerne szyby. Ale niewielki, dwadzieścia na trzydzieści centymetrów wywietrznik prawej tylnej szyby miał zwykłe zgrzewane szkło. Tak jak w typowych samochodach. Jak się później okazało, niesamowity strzelec przestrzelił szybę tego wywietrznika, trafiając w głowę dyktatora. Zamach miał miejsce dwudziestego maja 1974 roku o godzinie dziesiątej trzydzieści pięć.

– Skąd tak dokładne informacje?

– Od naszego rezydenta w tym kraju.

– No, tak… Ale o czym to świadczy?

– Otóż maszynopis pod tytułem „Dwunasty protokół”, w którym pan Calthrop dokładnie opisał ten zamach, został przekazany wydawcy trzydziestego kwietnia 1974 roku, a więc dwadzieścia dni przed zamachem. Wiecie, panowie, co to znaczy…

– Jasna cholera! – wykrzyknął Isser Ramsud.

– Ale na pewno niczego pan nie pomylił? – z wahaniem dodał Icchak Arawi.

– Wszystko zostało skrupulatnie sprawdzone. Dzień, kiedy maszynopis wylądował w wydawnictwie, jest datą pewną w stu procentach. Nasz agent w Londynie uzyskał w tym wydawnictwie wszystkie interesujące nas informacje. Także i tę, że składając maszynopis, pan Calthrop zastrzegł, że książka ma się znaleźć na półkach księgarskich nie wcześniej niż pierwszego lipca 1974 roku…

– To ciekawe…

– No właśnie! James Calthrop wiedział, że jeżeli jego książka ukaże się w księgarniach przed zamachem, znajdą się tacy, którzy skojarzą fakty. Wówczas jego rola w całej tej historii mogłaby spowodować nieprzyjemne konsekwencje. Dla niego samego, ale nie tylko. Udało nam się ustalić, że wydawca z nieznanych powodów opublikował książkę o ponad miesiąc wcześniej. Sądzimy, że stało się tak z zupełnie prozaicznego powodu. W dniach od dziesiątego do dwudziestego czerwca tamtego roku odbyły się Międzynarodowe Targi Książki we Frankfurcie. Ta książka tam się znalazła. Zapewne przeważył czynnik materialny. Wiadomo jaka jest konkurencja na rynku wydawniczym. Aha! Jeszcze jeden istotny fakt. Pan Calthrop już więcej nie współpracował z tym wydawnictwem.

– Brzmi to wszystko bardzo ciekawie – zaczął dyrektor Wydziału Sił Specjalnych, Arawi. – Ale sprawa ta dotyczy zdarzeń sprzed ponad dwudziestu lat. Od tego czasu organizacje wywiadowcze istotnie się zmieniły. Zmienili się ludzie, którzy w nich działali. Wszystko się zmieniło. Jaki mamy interes, aby tę sprawę drążyć czy wyjaśniać?

– To będzie przedmiotem naszej dalszej rozmowy – odezwał się szef Mossadu. – Na razie podziękujemy, panie Dawidovsky. Wykonał pan olbrzymią pracę. Jesteśmy pod wrażeniem!

Kiedy zamknęły się drzwi za pracownikiem Działu Analiz, dyrektorzy poszczególnych wydziałów cierpliwie czekali na to, co usłyszą od Meir Dagana. Ale ten wcale się nie odzywał. Otworzył jedną z szuflad biurka i niespiesznie wyciągnął drewniane pudełeczko z cygarami. Po chwili wszyscy obecni wydmuchiwali kłęby jasnego dymu.

– Panowie! – odezwał się w końcu Dagan. – Materiał dotyczący tej sprawy, jak wiecie, mam od wczoraj. Nie zdążyłem jeszcze przeczytać go w całości, jednak jestem pewien, że zawiera informacje niezwykle dla nas ważne. To znaczy dla naszego państwa. Nie jest tajemnicą, że w wielu sprawach nie jest nam po drodze z naszymi sojusznikami. Wiecie, o kim myślę. Właśnie! Wszystko wskazuje na to, że ten zamach został zorganizowany przez Centralną Agencję Wywiadowczą. Dlaczego tak uważam? Bo tylko oni od lat starali się w różny sposób zneutralizować poczynania prezydenta Boliwii i jego świty. Te poczynania, o czym też wiecie, to zakrojony na niesamowitą skalę handel narkotykami organizowany przez niego i jego służby. Handel, który w istotny sposób stanowił o dochodzie narodowym tego kraju oraz bogactwie tych ludzi. Cóż… – tu szef Mossadu zrobił pauzę, jakby dla podkreślenia wagi swoich słów – powszechnie wiadomo, że głównym odbiorcą tych dostaw były przede wszystkim Stany. Mimo uszczelnienia granicy, mimo zaangażowania setek agentów FBI i innych służb dziewięćdziesiąt procent kanałów przerzutowych skutecznie radziło sobie z tymi zaporami. Nawet dysponująca nowoczesnym sprzętem straż przybrzeżna niewiele mogła zrobić. Wszystko to oznacza, że organizatorem całej akcji musiało być CIA.

Dagan powiódł wzrokiem po siedzących przed nim mężczyznach. Ich twarze wyrażały skupienie. Szef Mossadu skinął lekko głową, upił łyk wody z wysokiej szklanki i przeszedł do sedna.

– Panowie, logika podpowiada mi także, że nasz pisarz z dalekiej Anglii maczał w tym palce. To znaczy, że wówczas musiał mieć jakieś powiązania z amerykańskim wywiadem. Powiem więcej. Uważam, że i teraz musi zajmować jakąś pozycję w ich strukturach. Sądzę nawet, że ma dojścia do ścisłego kierownictwa wywiadu. Ale to zadanie dla naszych. Natomiast zaprosiłem was tutaj, aby wspólnie przeanalizować, w jaki sposób możemy to wykorzystać. Jest dla mnie jasne, że pan Calthrop mógłby nam wiele powiedzieć. Gdyby tylko chciał. Jak znam życie, raczej nie będzie chciał. Ale potrafimy, dysponując taką wiedzą, zmusić go do współpracy. Dla dobra naszego kraju. Co o tym sądzicie?

– Sądzę, że konieczne będzie potwierdzenie tych danych przez nasz wydział. Niezwłocznie się tym zajmę – zaczął szef Wydziału Wywiadowczego, Isser Ramsud. – Natomiast teraz powinniśmy się zastanowić, jak dotrzeć do Calthropa i jakich argumentów użyć, aby go nakłonić do współpracy. Czy znamy szczegółowe informacje o tym człowieku?

– Dawidovsky ma przygotować szczegółowe dossier naszego autora – odpowiedział natychmiast Meir Dagan. – Na razie wiemy, że publikuje pod pseudonimem James Calthrop. Nie mieliśmy dotychczas potrzeby ustalania jego prawdziwego nazwiska. Ale to żaden problem. Facet jest aż nadto znany, aby był z tym jakiś kłopot. Nasz agent w Wielkiej Brytanii dowiedział się, że jest to niezwykle zamożny człowiek. Jednak podejrzewamy, że źródłem jego majątku nie są wyłącznie dochody z publikacji, ale zapewne i z innych miejsc…

– Znamy je? – zapytał Arawi.

– Domyślamy się tylko. Calthrop najprawdopodobniej lokuje większe pieniądze w bankach rajów podatkowych. To mogłoby znaczyć, że nie wszystkim chce się pochwalić. I potwierdza także nasze podejrzenia związane z jego pozapisarską działalnością. Facet na stałe mieszka pod Londynem, ale też ma sporo innych nieruchomości. Od agenta wiemy, że ma dom w Szwajcarii, chyba w Genewie, często bywa w Stanach, więc i tam trzeba trochę poszperać. To na razie tyle… Teraz chciałbym, żebyśmy ustalili wstępny plan działań twojego wydziału, Icchak – tu Meir Dagan skierował wzrok ku Arawiemu.

– Jasne! To wszystko, co tu usłyszałem, pozwala mi na przyjęcie następującej koncepcji: wydział Issera powinien zająć się ustaleniem, w jakim czasie i miejscu nasi agenci w możliwie bezpieczny sposób będą mogli skontaktować się z tym człowiekiem, aby mu złożyć ofertę. Jeżeli rzeczywiście zdarza mu się przebywać w Genewie, optowałbym za tym miejscem. Mamy tam sporo rezydentów, zwłaszcza w kilku bankach. Ale do tego potrzeba nam kilku informacji. Kiedy pojawi się w Szwajcarii? Jakie są tam jego zwyczaje? Jak mieszka? I tak dalej…

– Będziesz miał wszystko w ciągu trzech, góra czterech dni – przerwał koledze szef Wydziału Wywiadowczego, Isser Ramsud.

– W porządku! Jeżeli tylko uzyskamy komplet niezbędnych do tej akcji danych, osobiście zajmę się opracowaniem planu kontaktu z tym człowiekiem, a także sposobem przekonania go do naszych racji.

– Dobrze, panowie! To z grubsza tyle – podsumował Meir Dagan. – Pozostaje nam tylko uzyskać niezbędne finanse na pokrycie kosztów tej akcji. Jak wiecie, po ostatniej historii w Damaszku premier chce mieć bezpośrednią kontrolę nad większymi akcjami, zwłaszcza tymi, które organizujemy poza Izraelem. Ale sądzę, że go przekonam. Nie tylko co do zasady, ale i… finansów.

– A powiedz jeszcze, skąd wziąłeś tego Polaka? Bardzo bystry – odezwał się Icchak Arawi.

– Tak, bardzo bystry chłopak. Zaczął pracę w Wydziale Technologicznym u Yossego. Ten od razu się zorientował, że szkoda takiego talentu na jego wydział i zasugerował, że najlepiej będzie można wykorzystać jego talenty w Wydziale Badań. Był to strzał w dziesiątkę. Dawno nie mieliśmy tak analitycznego umysłu. To, co innym zajmuje tygodnie kombinowania, on załatwia w jeden dzień… Bardzo zdolny. Urodził się w Polsce, ale w 1968 roku wyemigrował z rodzicami do Izraela.

– A może byś go przydzielił do naszej akcji?

– Wiesz, to chyba dobry pomysł! Rozgrywka z Calthropem to nie będą przelewki. To nie Hamas ani Dżihad. Też uważam, że do tego zadania będziemy potrzebowali naszych najlepszych ludzi. I nie myślę tutaj o tych z wywiadu czy akcji specjalnych, lecz zdolnych do analitycznego myślenia. Pełnych pomysłów, z umiejętnością kojarzenia faktów i wyciągania właściwych wniosków. Jak Dawidovsky. Właśnie! Dobrze, że rzuciłeś ten pomysł. Musimy wystrzegać się takich wpadek jak w Bejrucie.

Obecni doskonale wiedzieli, o czym wspomniał Dagan. Niepowodzenie dotyczyło akcji Wydziału Służb Specjalnych przeprowadzonej na terenie Bejrutu kilka lat wcześniej. Zadaniem agentów było zlikwidowanie ówczesnego przywódcy Hamasu odpowiedzialnego za zorganizowanie między innymi zamachu w centrum Jerozolimy. Zginęło wówczas dwadzieścia sześć osób, w większości pielgrzymów, ale też kilku policjantów i przypadkowych turystów. Akcja zakończyła się totalną porażką, ponieważ agenci zastrzelili nie tego człowieka.

Na początku wszystko przebiegało zgodnie z planem. Agenci dostali się na teren posesji i zlikwidowali ochronę. Swój cel zastali na tarasie, mężczyzna odpowiadał opisowi. Siedział sobie w wiklinowym fotelu i popijał coca-colę. Agenci oddali dwa strzały w jego głowę. Oszczędzili kucharza, który w tym czasie przygotowywał kolację. Jak później ustalił wywiad, terrorysta Abdull Zarawi był miłośnikiem gotowania. Na krótko przed wizytą nieproszonych gości przegonił kucharza z kuchni i sam zajął się przyrządzeniem swojej ulubionej potrawy. Badając później przyczyny niepowodzenia, ustalono, że błąd nastąpił w fazie analizy wywiadowczej. Nie zebrano kompletnego materiału dotyczącego celu, jego zwyczajów, przyzwyczajeń czy ulubionych zajęć. W efekcie życie stracił niewinny człowiek, a ówczesny dyrektor Mossadu posadę. Nie mówiąc o kompromitacji, która poszła w świat. Dlatego Meir Dagan nigdy nie wydawał zgody na jakąkolwiek akcję, jeśli nie miał stuprocentowej pewności, że wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. I w tej sprawie dyrektor Mossadu musiał mieć taką pewność. Nic więc dziwnego, że bez żadnych oporów zgodził się, aby do akcji włączyć Marka Dawidovsky’ego.

– To kończymy na dzisiaj. Zobaczymy się za cztery tygodnie, jak uzgodniliśmy. Powodzenia. Szalom![1]

– Szalom!

Po chwili jeden z najważniejszych ludzi w Izraelu siedział sam, w otoczeniu kłębów cygarowego dymu.

 

***

 

Nazajutrz Meir Dagan zjawił się w biurze kilka minut przed godzinami urzędowania. Sekretarki jeszcze nie było, więc postanowił, że sam sobie zaparzy kawę.Przeszedł do sąsiedniego pomieszczenia przylegającego do sekretariatu i włączył ekspres. Po chwili wracał już do swojego gabinetu z filiżanką aromatycznej kawy. Po drodze zabrał z wysokiego regału kilka skoroszytów, po czym ostrożnie, aby nie rozlać napoju, rozsiadł się na obrotowym fotelu za swoim biurkiem. Założył okulary w metalowej oprawie. Popijając kawę, powoli przeglądał raport sporządzony przez Dawidovsky’ego. Żółtym markerem podkreślał niektóre fragmenty. Czytał uważnie i w skupieniu. Po pewnym czasie zawołał do sekretarki, która już krzątała się w sekretariacie:

– Niech pani będzie tak dobra i ustali, czy Mark Dawidovsky jest na miejscu. Jeśli tak, to proszę spytać, czy może być u mnie gdzieś koło jedenastej.

– Oczywiście…

– Aha! Proszę jeszcze, żeby pani zadzwoniła po akta osobowe Marka.

Kiedy kobieta zamknęła drzwi, Dagan wrócił do lektury raportu. Kiedy skończył czytać, wziął z biurka czystą kartkę i zabrał się za robienie notatek, analizując podkreślone wcześniej fragmenty tekstu. Kiedy sekretarka przyniosła mu żądane akta, zajął się ich czytaniem. Szef Mossadu był niezwykle skrupulatny. Za cokolwiek by się nie zabrał, robił to w sposób perfekcyjny. Nawet w tak z pozoru nieważnych sprawach jak uzyskanie niezbędnej wiedzy o swoich pracownikach. Gdy Mark Dawidovsky miał zostać przeniesiony do Wydziału Badań, Dagan nie widział przeciwwskazań. Argumentacja, którą przedstawił mu Nissim Zorke, szef Wydziału Badań, trzymała się kupy. Teraz jednak, kiedy Mark miał wejść do ścisłej grupy operacji specjalnych, ta wiedza już nie wystarczała. Szef musiał mieć sto procent pewności, że Mark jest odpowiednim kandydatem. Że w jego dotychczasowym życiu nie zaszły żadne okoliczności, które by eliminowały jego przydatność. A także i to, że w tej sprawie będzie całkowicie oddany interesom swojej nowej ojczyzny. Dlatego Meir Dagan musiał to sprawdzić. I dlatego też z taką uwagą studiował słowo po słowie akta młodego pracownika. Kiedy wreszcie skończył czytać, sięgnął po leżącą na biurku paczkę papierosów. Zaciągając się, rozmyślał. Przerwał mu terkot interkomu.

– Tak, pani Helen?

– Pan Dawidovsky już czeka.

– W porządku, niech wejdzie.

Kiedy młody człowiek wszedł do gabinetu, Meir Dagan wstał, obszedł biurko i podał mu rękę.

– Siadaj, Mark. Poprosiłem cię tu, ponieważ zmiana, która zaszła w twoim życiu zawodowym, wymusza na nas nowe podejście do zadań, z którymi musimy się zmierzyć. Już wiesz, że zostałeś przydzielony do akcji, z którą wiążemy spore nadzieje. Ostatnimi czasy nie mieliśmy powodów do zadowolenia. – Tu szef skrzywił się nieznacznie. – Zresztą wiesz, o czym mówię. Masz bardzo dobre referencje. Zauważyłem, że Nissim nie może się ciebie nachwalić. My też podzielamy jego opinię. Ale do rzeczy. Postudiowałem trochę twoje akta, nie przeczę, że robią wrażenie. Jednak musisz wiedzieć, że dla mnie, starego wygi, najważniejszy jest bezpośredni kontakt z moimi pracownikami. Chcę, abyś opowiedział mi wszystko o swojej rodzinie, powodach wyjazdu z Polski. A także o tym, jak ci się żyje w nowej ojczyźnie, jakie masz relacje z rodzicami i tak dalej.

– Oczywiście, szefie – z prostotą odpowiedział Mark. – Jak panu wiadomo, w 1968 roku zmuszono nas do wyjazdu z Polski. Byłem wtedy dzieckiem, więc w zasadzie to, co dotyczy tych zdarzeń, znam z opowiadań rodziców…

– W zasadzie?

– Kiedy dorosłem, zainteresowałem się swoją przeszłością. Jak pan wie, studiowałem historię na uniwersytecie w Jerozolimie. Pisałem pracę o stosunkach polsko-żydowskich. Bardzo chciałem zrozumieć, dlaczego moi rodzice zdecydowali się opuścić kraj, w którym ich rodziny żyły od pokoleń. Starałem się dociec, co spowodowało, że musieli się tego wszystkiego wyrzec. Musi pan wiedzieć, że oni bardzo to przeżyli. Mieli w Polsce ugruntowaną pozycję, pracę, przyjaciół. Ojciec był lekarzem, mama asystentką na wydziale historii Uniwersytetu Warszawskiego. I pewnego dnia zakomunikowano im, że mają odebrać paszporty i spakować walizki…

– Wiem, że twój ojciec jest Polakiem.

– Tak. Jestem Żydem po mamie. Ale jak pan też pewnie wie, w domu rodzice nie pozwolili mi zapomnieć, skąd pochodzę. Stąd moja znajomość polskiego. Kiedy dorosłem, nie mogłem się nadziwić, że nigdy nie powiedzieli złego słowa o Polsce, o Polakach. Nie rozumiałem tego. Kiedy jednak dojrzałem na tyle, aby się z tym zmierzyć, objaśnili mi całe tło tych wydarzeń…

– To znaczy?

– Uświadomili mnie, że to nie Polacy, nie Polska tak nas potraktowali. Była to manipulacja władz komunistycznych, czyli tych wszystkich, którzy nie mieli nic wspólnego z prawdziwą Polską. Zniewolili ten kraj. Mój kraj. Kraj moich rodziców. Byli obcą władzą, niechcianą. Ale dla nich nie miało to żadnego znaczenia. Nie przejmowali się, czy naród ich akceptuje, czy nie. Dla nich najważniejsze było, aby im i ich rodzinom dobrze się żyło. Nie pozwalali Polakom poznawać Europy, świata, ale swoje dzieci, swoich następców kształcili na zagranicznych uniwersytetach. Mieli służby, które w najbardziej brutalny sposób trzymały wszystkich w ryzach. Jeśli to nie pomagało, to opornych więzili, a nawet mordowali. Zazwyczaj skrycie, ale jeśli chcieli zastraszyć najbardziej opornych, to robili to przy pomocy reżimowych sądów. Chętnie korzystali też z pomocy obcych służb. Dlatego nie mogę mieć pretensji do Polski ani Polaków. Zresztą rodzice by na to nie pozwolili. Teraz możemy tam jeździć. Nie będę ukrywał, że mam duży sentyment do tamtych stron. Lubię tam wracać… Moja żona jest z Polski.

– Wiem. Ma na imię Ilona.

– Chciałem, aby moja dziewczyna pochodziła z kraju moich rodziców.

– To dobrze. Każdy powinien mieć szacunek dla swojego pochodzenia – przerwał młodemu człowiekowi Meir Dagan. – Słuchaj, Mark. Zostałeś przydzielony do najbardziej elitarnej grupy, jaką może poszczycić się Mossad. Nie zawiedź mnie! Nie zawiedź swojej nowej ojczyzny. Wykorzystaj w pełni swoją wiedzę, ale przede wszystkim swoją inteligencję. Będziemy jej potrzebować. Akcja odbędzie się poza Izraelem, co zawsze wiąże się z dużym ryzykiem. Każdy błąd, każde złe posunięcie w ostateczności skupi się na naszym kraju. Tutaj mamy aż nadto niedobrych doświadczeń. Pamiętaj o tym!

– Będę pamiętał! – z przekonaniem odpowiedział młody człowiek.

– Chcę też, żebyś wiedział, że pierwszy raz w mojej pracy zdarza mi się, aby tak ważne zadanie przekazać osobie, która nie ma w pełni naszych korzeni. Jest… trochę obca. Nie możesz się o to obrażać. Takie są służby. Prędzej czy później sam się o tym przekonasz. Mogę ci tylko powiedzieć, że mam do ciebie pełne zaufanie. I nie bierze się ono z lektury tych akt. Zbyt długo siedzę w tym zawodzie. Intuicja nigdy mnie jeszcze nie zawiodła. Za trzy tygodnie mamy następne spotkanie. Musisz być do tego przygotowany. Musisz wytężyć swoją głowę jak nigdy dotąd. Liczę na twoje pomysły, Mark! Musisz wiedzieć, że teraz będziesz miał nieskrępowany dostęp do naszych źródeł informacji. Praktycznie na całym świecie. To jest olbrzymia władza. Wykorzystaj ją właściwie, bo jak nie, to wszyscy polegniemy! W szczegóły wprowadzi cię Icchak Arawi. No… to powodzenia! Masz jakieś pytania?

– Nie, szefie. Obiecuję, że nie zawiodę! I dziękuję za zaufanie.

Gdy za Dawidovskym zamknęły się drzwi, dyrektor Mossadu sięgnął po leżącą na stole paczkę marlboro. Przypalił papierosa i głęboko się zaciągnął. Wygodnie oparł się na obrotowym fotelu. Po chwili spojrzał w kierunku otwartego okna na niebieskie morze.

[1] Szalom – pozdrowienie żydowskie (przyp. red.).