Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
25 osób interesuje się tą książką
Kornwalia, lata osiemdziesiąte XVIII wieku.
Amanda Blake, córka właściciela kopalni, żyje w świecie surowych zasad, rodzinnych oczekiwań i codzienności górniczej społeczności. Wrażliwa i pełna ideałów, poświęca czas dzieciom górników, ucząc je czytać i pisać.
Gdy w wiosce pojawia się doktor Richard Morrison, między nim a Amandą rodzi się uczucie, którego żadne z nich nie potrafi zignorować. Ona zakochuje się po raz pierwszy, on również czuje, że dziewczyna zajmuje w jego sercu coraz ważniejsze miejsce. Powstrzymują go jednak różnica wieku i dzielący ich status społeczny.
Na drodze do szczęścia staje także Julia — matka Amandy. Znudzona małżeństwem, spragniona uwagi i zazdrosna o młodość córki, podejmuje decyzję, która odmieni życie ich wszystkich.
Richard, rozdarty między uczuciem do Amandy a niebezpieczną fascynacją Julią, coraz wyraźniej rozumie, że każda decyzja może zranić kogoś bezpowrotnie. Tymczasem Jonathan Blake zawiera z córką umowę, która może odmienić jej przyszłość.
Jaką drogę wybierze Amanda, gdy serce i rozsądek zaczną prowadzić ją w różne strony? Czy Richard zdoła uciec przed własnymi pragnieniami? I jak na losy bohaterów wpłyną echa wojny o niepodległość Ameryki?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 324
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Laurencja WonsCopyright © 2026 by Lucky
Projekt okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz
Źródło obrazu: Анастасия Макевич (stock.adobe.com)
Skład i łamanie: Michał Bogdański
Redakcja i korekta: Kornelia Dąbrowska
Wydawnictwo Lucky ul. Żeromskiego 33 26-600 Radom
Dystrybucja: tel. 501 506 203 48 363 83 54
e-mail: [email protected]
Wydanie I
Radom 2026
ISBN 978-83-68684-59-9
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Idąc wąską i krętą ścieżką wiodącą wzdłuż klifu, doktor Morrison już z daleka słyszał dźwięki skocznej melodii. Zdawała się go prowadzić. Gdy minął kilka potężnych głazów, ujrzał wioskę – górnicze, szare osiedle, jakich wiele w tej części Anglii. Ludzie żyli tu z ciężkiej pracy pod ziemią. Często głodowali i chorowali. Jednak tego dnia wioska sprawiała wrażenie radosnej. Kobiety i mężczyźni wystroili się w swoje najlepsze ubrania. Na kilku stołach porozstawiano jedzenie, którego górnicy na co dzień nie jadali. Były tam kiełbasy, ciasta, pasztety i kilka beczek piwa. Dźwięki muzyki mieszały się ze śmiechem i gwarem rozmów.
– Richardzie, jesteś wreszcie!
Mniej więcej trzydziestoletni czarnowłosy i ciemnooki mężczyzna wyszedł na spotkanie doktora. Mężczyźni, obaj wysocy, uściskali się serdecznie.
– Witaj, Johnie! Cóż to za święto? – Doktor Morrison wskazał ręką zastawione stoły i tańczących górników.
– Niedziela, dzień boży – zażartował John Bennet.
– Mam uwierzyć, że co niedzielę oddajecie się takim rozrywkom? W takim razie to najbogatsza i najszczęśliwsza osada górnicza w całej Anglii! – Richard się roześmiał.
– Świętujemy urodziny naszego pracodawcy, pana Blake’a. Co roku, w pierwszą niedzielę po swoich urodzinach, czyli po dwudziestym drugim marca, Jonathan Blake funduje nam taką ucztę. Dla nas to dzień świąteczny. Można dobrze zjeść, napić się za darmo i jeszcze potańczyć, ile dusza zapragnie. To zabawa dla górników, ale tego samego dnia wieczorem pan Blake urządza bal dla znakomitszych mieszkańców. Jesteśmy zaproszeni, ja jako dyrektor kopalni, a ty jako nowy lekarz w okolicy.
Doktor Morrison się roześmiał.
– Kto by pomyślał, John Bennet dyrektorem kopalni.
– Ładnie to brzmi, tak dostojnie, ale w rzeczywistości pracuję razem z pozostałymi górnikami. Różnica jest taka, że odpowiadam przed panem Blake’em i wszystko spoczywa na mojej głowie.
– Odpowiedzialne zajęcie.
– Tak, zwłaszcza kiedy uświadomisz sobie, że los tych wszystkich ludzi zależy ode mnie.
– A nie od pana Blake’a?
– On jest dobrym i hojnym pracodawcą, ale też wymagającym. Teraz, kiedy nie bywa w kopalni codziennie, zaczął więcej ode mnie wymagać.
– Rozumiem.
– Chodź. – John pociągnął Richarda za ramię. – Zatańczymy i napijemy się piwa.
– A może w odwrotnej kolejności?
– Nie ma mowy! Musisz poznać najcenniejsze skarby tej ziemi... kobiety!
Przystanęli kilka kroków obok tańczącej w kole grupy kilkunastu osób.
– Widzisz tę rudowłosą piękność? – John wskazał w gronie tańczących młodą dziewczynę o marchewkowych włosach. – To Lisa. Możesz się zalecać do każdej dziewczyny z wioski oprócz niej. Ona jest moja.
– Narzeczona?
– Jeszcze nie miałem odwagi jej zapytać... ale któregoś dnia zostanie panią Bennet.
– Życzę powodzenia.
Doktor przypatrywał się tańczącym.
Jakby domyślając się tematu ich rozmowy, Lisa wyskoczyła z kręgu tańczących i w podskokach, by nie zgubić rytmu, podeszła do Johna i Richarda.
– Przyłączcie się do nas! – zawołała, przekrzykując grajków stojących kilka metrów dalej.
Chwyciła Johna za rękę i pociągnęła go ku tańczącym. John Bennet wyglądał na uszczęśliwionego takim obrotem sprawy. Machnął ręką, by zachęcić doktora.
– No, chodź! Nie bój się! Kobiety nie gryzą!
Ach, ten John! Richard zaczerwienił się po koniuszki uszu, słysząc słowa przyjaciela.
Ubrana w zieloną sukienkę dziewczyna, która dotąd tańczyła u boku Lisy, puściła jej rękę i wyciągnęła ją ku doktorowi. A gdy on wahał się przez chwilę, bez oporów sama pochwyciła jego dłoń i z siłą, której by się nie spodziewał po tak delikatnej istocie, wciągnęła go w krąg tańczących.
Kilka minut trwało, nim Richard wyzbył się nieśmiałości i zaczął odczuwać radość z szybkiego tempa i skocznej melodii. Nikt nie zwracał uwagi na jego pierwsze lekko niezdarne kroki. Wszyscy tańczący wyglądali na szczęśliwych, wręcz podnieconych muzyką. Richard przypuszczał, że zarówno mężczyźni, jak i część kobiet byli już po kilku kuflach piwa, co skutecznie rozplątało im nogi.
Przetańczył tak dobre pół godziny, śmiejąc się i przyglądając swoim towarzyszom. Posłał też kilka ukradkowych spojrzeń dziewczynie, za sprawą której się tu znalazł. Śmiała się przez cały czas, nawet jej kasztanowe oczy lśniły iskierkami radości. Wszystko w niej było radością, tańcem, euforią.
Gdy muzykanci zrobili sobie chwilę przerwy, by napić się piwa i pozwolić odpocząć tancerzom, Richard podszedł do jednej z beczek z piwem i nalał sobie potężny kufel piwa. W gardle mu zaschło,serce podskakiwało w szaleńczym rytmie. Miał trzydzieści dwa lata i zastanawiał się, jakim cudem dał się namówić na tak szaleńczą zabawę. Nie był zbyt dobrym tancerzem, ale dziś to nie miało znaczenia. Udzielił mu się radosny nastrój mieszkańców wioski.
Zauważył kilka metrów dalej dziewczynę w zielonej sukni. Podeszła do cebrzyka z wodą i drewnianą chochlą nabrała wody, by ugasić pragnienie. Przez chwilę przyglądał się młodej kobiecie. Była wysoka i szczupła. Brązowe, proste włosy spięła w ciasny koczek. Grzywka opadała jej na czoło i z lekka przysłaniała ciemno brązowe oczy. Jej wargi przywodziły mu na myśl delikatny pąk róży. Okiem dojrzałego mężczyzny zauważył, że jej piersi nie były zbyt okazałe, a biodra miała bardzo wąskie. Natychmiast odezwał się w nim instynkt lekarza, gdy pomyślał, że w przyszłości może mieć problemy podczas porodu.
Była jeszcze jedna rzecz, której nie zauważył w pierwszej chwili, a która teraz dała mu do myślenia. Suknia tej młodej kobiety była skromna, bez żadnych ozdób, jednak materiał, z którego została wykonana, wyglądał na kosztowny. Z pewnością żadnej z kobiet w wiosce nie było stać na taki materiał. Kimże więc była ta dziewczyna?
Odważył się do niej podejść i zagadnąć:
– Przedkłada pani wodę nad piwo?
– Muszę zachować trzeźwy umysł. Dziś jeszcze czeka mnie bal. Gdybym przyszła nietrzeźwa, matka obdarłaby mnie ze skóry.
– Richard Morrison. Do usług – przedstawił się i lekko skłonił.
– Amanda Blake. Miło mi. – Dygnęła, jak na damę przystało.
Nie ukrył swego zdziwienia. Wymienili spojrzenia i Amanda się uśmiechnęła, jakby byli starymi przyjaciółmi.
– Tak więc tajemnica mojej tożsamości została rozwiązana. Jestem córką właściciela kopalni. Teraz pana kolej na zdradzenie mi, kim pan jest.
– Jestem lekarzem.
– Przyjacielem Johna, prawda?
Skinął głową i przez chwilę przypatrywał się młodej damie w milczeniu.
– Nigdy bym nie przypuszczał, że córka właściciela kopalni może brać udział w wiejskiej zabawie i tańczyć z górnikami.
– Po prostu jestem nietuzinkowa. Moją matkę to strasznie martwi. Ale ojciec doskonale wie, że nie zrobiłabym niczego, co mogłoby zagrozić reputacji mojej i mojej rodziny.
– Pewnie jest pani jego oczkiem w głowie.
– Możliwe. Jestem jedynaczką.
– Dowiedziałem się od Johna, że również mogę się czuć zaproszony na dzisiejszy bal, więc możliwe, że jeszcze tego dnia się spotkamy.
– To więcej niż prawdopodobne. A teraz proszę mi wybaczyć. Zaczynają grać, a ja nie chcę opuścić żadnego tańca. A może zechce pan do mnie dołączyć?
– Obawiam się, że mój wiek nie pozwala mi na tak szybki powrót do grona tańczących. Popatrzę na innych.
Amanda obrzuciła go uważnym spojrzeniem, otaksowała jego twarz, wzrost, sylwetkę, roześmiała się i pobiegła do ustawiających się par. Chwyciła Lisę za ręce i obie zaczęły wirować w tańcu.
O zachodzie słońca Richard wraz z Johnem stanęli na podjeździe rodowej posiadłości Blake’ów. Wielki dom z szarego kamienia, z gotyckimi oknami i ozdobnym portalem przy wejściu zrobił na doktorze Morrisonie ogromne wrażenie. Pomyślał o pannie Blake tańczącej ramię w ramię z prostymi górnikami i nie potrafił pogodzić tamtego widoku z przepychem tego miejsca. Nie umiał wyobrazić sobie jej skromnej osoby w tej rezydencji.
– Będziesz dzisiaj główną atrakcją – zwrócił się do niego John. – Każdy będzie chciał cię poznać i zamienić z tobą choć słówko. No, może oprócz doktora Robertsona, który może poczuć się zagrożony na stanowisku nadwornego lekarza snobów i bogaczy.
Wewnątrz rezydencji Blake’ów panował już tłok. Zaproszeni goście zrobili wszystko, by zaprezentować się jak najkorzystniej. Barwne suknie dam przywodziły na myśl pawie ogony, a fryzury były niemal dziełami sztuki. Mężczyźni prezentowali się skromniej, jednak i oni zadbali o swój wygląd bardziej niż zwykle. Richard i John doskonale zdawali sobie sprawę, że nie pasują do tego towarzystwa.
– Przypomnij mi, co my tutaj robimy – zwrócił się do przyjaciela szeptem doktor Morrison.
– Udzielamy się towarzysko. To bardziej obowiązek niż przyjemność.
– Zgadzam się z tobą.
– Za to wina i jedzenia tu nie zabraknie. Zakosztujemy luksusów. – Johna jak zwykle trzymały się żarty. – No i jest jeszcze panna Blake. Z pewnością ujrzymy ją ponownie. Zauważyłem, że rozmawiałeś z nią w wiosce. Czyżby wpadła ci w oko?
– Nie żartuj sobie. To jeszcze dziecko, a ja mam trzydzieści dwa lata. Panny w jej wieku mnie nie interesują. I w dodatku o takiej pozycji społecznej. Myślisz, że zwróciłaby uwagę na wiejskiego doktora? Spójrz na ten dom, te wnętrza. Ona ma wszystko.
– Wiesz, przyjacielu, tak się składa, że znam pannę Blake lepiej niż ty, i ośmielę się z tobą nie zgodzić. Zresztą sam się przekonasz, gdy poznasz ją bliżej. I jeszcze jedno: ona ma osiemnaście lat. – Bennet puścił swemu przyjacielowi perskie oko.
– Jak dla mnie o pięć za mało.
– Kiedy to stałeś się tak zgorzkniały? Zupełnie cię nie poznaję.
– Po prostu jestem realistą.
Rozległ się dźwięk dzwoneczków i wszyscy tłumnie udali się w kierunku sali balowej. Bennet i Morrison ustawili się przy ścianie, tak jak pozostali goście. Doktor Morrison był wyższy od swego przyjaciela i od większości zgromadzonych tam osób, przez co miał o wiele lepszy widok na środek sali, gdzie w chwilę później dumnie wkroczyli gospodarz domu i jego piękna żona.
– Gdybyś się jeszcze nie domyślił, to Jonathan i Julia Blake, nasi gospodarze – poinformował przyjaciela szeptem Bennet.
Jonathan Blake był wysokim, siwowłosym mężczyzną po pięćdziesiątce, o intensywnie błękitnych oczach i szerokim uśmiechu. Jego żona wydała się doktorowi Morrisonowi zjawiskowo piękna. Gdy ją ujrzał, Richard wstrzymał oddech. Julia Blake była znacznie młodsza od swego małżonka i bez trudu mogłaby uchodzić za siostrę swojej córki. Ona również była wysoka i szczupła, jej twarz zaś delikatna i nieskazitelna niczym u greckiego posągu. W jej jasnobrązowych włosach lśniły ogniste odcienie. Kasztanowe oczy Julii były jeszcze piękniejsze niż oczy Amandy. W eleganckiej złotej sukni prezentowała się niczym królowa.
Teraz to Richard zwrócił się szeptem do Benneta.
– Nie wierzę, że to matka Amandy.
John się uśmiechnął.
– A jednak.
– Witajcie, moi drodzy – odezwał się Jonathan Blake. – Panie, panowie, przyjaciele i wrogowie...
Zebrani zareagowali gromkim śmiechem na jego słowa. Richard pomyślał, że polubi tego mężczyznę i jego wesołe usposobienie.
– Zebraliśmy się tutaj, by podziękować Opatrzności za mój kolejny rok życia u boku cudownych kobiet, mojej żony i córki, i oczywiście, żeby dobrze zjeść! Dziś mój dom jest waszym domem. Jedzcie, pijcie i dobrze się bawcie!
Jego słowa przyjęto gromkimi brawami. Tymczasem Jonathan Blake dał znak i muzycy usadowieni na galerii zaczęli grać pierwszy taniec. Gospodarz skłonił się swojej żonie i z godnością zaczęli wirować po sali. Po chwili dołączyły do nich inne pary. Zrobiło się tłoczno i mniej oficjalnie. Lokaje roznosili tace z jedzeniem oraz kieliszki wypełnione winem.
– Częstuj się. – John wskazał Richardowi tacę przysmaków. – Następna taka impreza dopiero za rok.
Doktor Morrison poczuł ulgę, gdy zrozumiał, że nie będzie typowego poczęstunku przy stole, jedynie szwedzki stół. Każdy mógł iść, gdziekolwiek chciał, i rozmawiać, z kimkolwiek chciał. Orkiestra grała bez przerwy. Każdy mógł dołączyć do tańczących, gdy tylko naszła go ku temu ochota.
Po jakimś czasie dostrzegł w gronie tańczących Amandę Blake. Dziewczyna miała na sobie biało-błękitną suknię, a we włosach wplecione sztuczne kwiaty w tych samych barwach. Wyglądała młodo i niewinnie. Uśmiechała się do swego partnera, chociaż ten wyglądał na rówieśnika jej ojca. Richard pomyślał, że dziewczyna wkłada w taniec całą swoją duszę i serce. Zupełnie nie znać było po niej zmęczenia, a przecież cały dzień spędziła na wiejskiej zabawie. Śledził ją wzrokiem przez trzy następne tańce, aż wreszcie ich spojrzenia się spotkały. Posłała mu jeszcze szerszy i jeszcze bardziej promienny uśmiech.
John wskazał mu sąsiednie pomieszczenie, gdzie tłumek gości otaczał Julię i Jonathana.
– Chodź, przedstawię cię naszym gospodarzom.
Chociaż nie należeli do najznamienitszych gości, John Bennet wcale się tym nie przejmował. Odważnie podszedł do Jonathana i jego żony. Ukłonił się pani Blake i powiedział:
– Przyprowadziłem doktora Morrisona. To najnowszy nabytek wśród naszych mieszkańców.
Richard skłonił się Julii Blake, po czym uścisnął dłoń wyciągniętą ku niemu przez pana domu.
– Słyszałem o pana przyjeździe – zaczął gospodarz, uśmiechając się szeroko. – Zastanawiam się, czy będzie pan robił konkurencję doktorowi Robertsowi. On leczy tych bogatych – dodał teatralnym szeptem.
– Mam zamiar leczyć wszystkich potrzebujących, zwłaszcza biednych, których z pewnością nie stać na doktora Robertsa – odparł szczerze Morrison.
– A więc idealista! Dobrze, bardzo dobrze! Idealiści też są potrzebni, chociaż świat zwykle nie docenia ich wysiłków.
– Cechą idealistów jest też to, że nie oczekują zaszczytów ani peanów na swoją cześć. Po prostu robią to, w co wierzą.
– A w co pan wierzy, doktorze Morrison?
– W wolność i równość wszystkich ludzi.
– W takim razie jest pan w złym miejscu! Powinien być pan teraz za oceanem i razem z kolonistami walczyć o niepodległość Stanów Zjednoczonych!
– Na moje nieszczęście jestem przede wszystkim Anglikiem, patriotą – dodał Richard.
– Jak my wszyscy. – Pan Blake się uśmiechnął.
– Pozwólcie sobie przerwać, zanim rozmowa wkroczy na tematy polityczne – odezwała się pani Blake. – Niektórzy przyszli tu, by dobrze się bawić, a nie rozmawiać o problemach tego świata. Podobne rozmowy zostawcie sobie na jutro i wyłącznie w męskim gronie.
– Czy uczyni mi pani ten zaszczyt i ofiaruje mi jeden z tańców? – zapytał doktor Morrison. – Którykolwiek.
– Oczywiście. Nie jestem aż tak okrutna, by komukolwiek odmówić tego zaszczytu. – Uśmiechnęła się. Wystudiowanym, eleganckim gestem wyciągnęła ku niemu dłoń. – Już teraz pozwalam się panu porwać do tańca.
Richard poprowadził panią Blake do sali balowej. Akurat skończył się taniec i pary ustawiały się już do następnego.
– Czy zawsze jest pan tak szybki w kontaktach damsko-męskich? – zapytała go bez skrępowania.
– Nigdy. Jestem raczej dość nieśmiały, jeśli chodzi o kobiety. Jednak pani uroda powaliła mnie na kolana i powiedziałem pierwsze, co przyszło mi do głowy – wyznał szczerze.
Julia Blake przyjrzała mu się uważnie.
– Mówi pan poważnie czy kpi sobie ze mnie?
– Jeśli sobie z pani żartuję, niech teraz uderzy we mnie piorun.
Odczekała chwilę, obdarzyła go przeciągłym spojrzeniem i powiedziała:
– Żaden piorun się nie pojawił.
Dokończyli taniec w milczeniu. Gdy odprowadził panią Blake do jej męża, Richard znalazł sobie miejsce w kącie i obserwował gości. W pewnym momencie mignęła mu roześmiana twarz Johna. Jego przyjaciel tańczył z Amandą Blake i oboje sprawiali wrażenie dobrych przyjaciół. Oboje mieli równie pogodne usposobienie. Richard domyślał się, że spędzają razem wiele czasu, chociaż to podobno Lisa była wybranką Benneta.
Richard zdziwił się, gdy po skończonym tańcu panna Blake i John podeszli do niego. Amanda promieniała szczęściem, policzki miała zaróżowione. Sprawiała wrażenie szczęśliwej i ... zakochanej. Czyżby obiektem jej uczuć był John Bennet?
Richard skłonił się na powitanie.
– Panno Blake.
– Doktorze Morrisonie. – Amanda odpowiedziała eleganckim ukłonem i jeszcze szerszym uśmiechem. – Czy zdążył pan wypocząć po tańcach w wiosce? Mam zamiar porwać pana na parkiet. Znowu.
– Jestem do pani usług.
Richard sam nie wiedział, jak to się stało, że po pierwszym tańcu przyszła kolej na następny i następny.
