Purtkowe stegny - Jan Piepka - ebook

Purtkowe stegny ebook

Jan Piepka

5,0

Opis

Debiutancki zbiór składa się z dziewięciu opowiadań, które rozgrywają się między połową XIX wieku a końcem I wojny światowej. Autor umiejscowił ich fabuły na pomorskiej prowincji, ukazując różne aspekty walki Kaszubów o własną tożsamość i podmiotowość, portretując jednocześnie zwykłych, prostych mieszkańców kaszubskich wsi. Zagrożeniem dla nich są nie tylko urzędowa germanizacja, ale także przemiany gospodarcze i społeczne II połowy XIX stulecia, zmuszające do trudnych wyborów – do emigracji lub wyrzeczenia się tożsamości za cenę poprawy własnego losu. To opowieści na wskroś tragiczne, bowiem doświadczeniem bohaterów ostatecznie jest klęska – utrata tego, co najważniejsze, samotność i niezrozumienie. Stąd tytułowe „Purtkowe stegny” („Diabelskie ścieżki”), które prowadzą ich do zatracenia. Jak przystało na książkę powstałą w okresie socrealizmu, w opowiadaniach pojawiły się nieco sztucznie wprowadzone wątki walki klasowej i socjalistycznych idei proletariackiej rewolucji lat 1917–1920.

Debiutancki zbiór opowiadań ukazał się na zamówienie wydawnictwa „Iskry”, które w połowie lat 50. poszukiwało nowych autorów i opowieści o „północnych kresach Polski”.

Piepka, korzystając z okazji, postanowił ogólnopolskiemu czytelnikowi przybliżyć tragiczną historię swej małej, kaszubskiej ojczyzny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 263

Rok wydania: 2023

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Purtkowe Stegny

Jan Piepka

Purtkowe stegny

Copyright by © Biblioteka Publiczna Gminy Szemud 2023

Copyright by © Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart 2023

Ilustracja na okładce: Zofia Ząbkiewicz

Korekta: Grzegorz Szczepaniak

Skład i wersja elektroniczna: Ewa Krefft­-Bladoszewska

Okładka: Zofia Ząbkiewicz

Wydawnictwo REGION Jarosław Ellwart

ul. Goska 8, 81-574 Gdynia

www.wydawnictworegion.pl

e­-mail: [email protected]

Partnerzy wydania:

URZĄD GMINY SZEMUD

ul. Samorządowa 1; 84-217 Szemud

www.szemud.pl

e-mail: [email protected]

BIBLIOTEKA PUBLICZNA GMINY SZEMUD

ul. Samorządowa 1; 84-217 Szemud

www.biblioteka.szemud.pl

e-mail: [email protected]

Wydanie I, Gdynia 2023

Treść niniejszej publikacji została oparta na wydaniu z ­roku 1956. Tekst poprawiono zgodnie ze współczesnymi zasadami ­ortograficznymi oraz interpunkcyjnymi.

Wydanie publikacji wsparła finansowo BIBLIOTEKA PUBLICZNA GMINY SZEMUD

ISBN 978-83-7591-880-9 [druk]

ISBN 978-83-7591-945-5 [ePub]

ISBN 978-83-7591-946-2 [mobi]

PURTKOWE STEGNY

Słońce wisiało tuż nad lasem. Zalewało złotymi promieniami wierzchołki młodych chojarek i rozjaśniało unoszące z nizin opary.

Chojny, sterczące pośrodku dzikiej polany, wyzierały z przyziemnej wieczornej mgły niczym ciekawskie baby o rozczochranych łbach. W mroku fruwały rudawe ćmy. Niezgrabnym lotem tłukły się po bagniskach, plątały się w zwieszonych ku ziemi gałęziach. Nad drogą sennie bzykały komary.

— Hooo! Ho! Hiiijeee! — odezwał się gburk* grubym głosem; zajęczał trzask spadającego na grzbiety zwierząt kija.

— Aahaa!

Woły sapały i leniwie robiły nogami, z pysków buchała im para. Ciężka była droga. Piaskiem szło, często pod górę. Wysuszona ziemia jednostajnie sypała się przez szprychy, kola wozu toczyły się powoli.

Jaszka odsunął baranią czapę i podrapał się w głowę. Obejrzał się z niepokojem na woły, na wóz z worami mąki. Górą przeleciały kaczki. Cztery, pięć, sześć… Opadły za las, wprost w gorejące słońcem zarośla. Gdzieś w tyle chichotał ptak­-Lelek:

— Hi, hi, hi, hi! Hu, hu, hu, hu… — huczał jak ten Smantk na błocie.

Jaszka wzdrygnął się.

— Hiiijee!! Na — na!

Znów trzasnęły uderzenia. Woły przyspieszyły, wdrapały się na wzgórze. Jeszcze tylko na dół, do jeziora, potem z dwie zdrowaśki błotnistej drogi, trochę lasu i już będą pola. Chłop poprawił korki, zaparł się nogami w poprzeczną deskę i ściągnął powróz.

— Ho, ho, pomalinku! Ho, ho! Pomału, he, siwy! — wstrzymywał teraz woły, które biegły ze wzgórza, kuśtykając niczym drewniany koń na krzywych kołach, którego Jaszka wystrugał dla swego syna.

Lelek huczał między drzewami. Jaszkę ogarnął mrok zalegający wysoki las. Olbrzymie buki i dęby, rosnące po obu stronach drogi, zdawały się uciekać do tyłu, a te znad jeziora jakby szły z wozem, wyprzedzały go i osaczały. Natrętny mrok wyskoczył już ponad drzewa, pozostawiając jeszcze w spokoju taflę wody, która przeświecała jasnymi plamami poprzez stłoczone pnie.

Chłop spoglądał ukradkiem na boki, ściskając w ręku powróz. Wtulił głowę w kołnierz żakietu, jakby obawiając się, że za chwilę jakieś straszydło sięgnie po niego z plątaniny konarów i powlecze w górę niby kura pędraka. Przeżegnał się kilka razy i zdzielił kijem woły. Prawy szarpnął w bok, a lewy za nim, na dyszel. Jaszka ściągnął lejce, podniósł kij i przyciszonym głosem przyganiał:

— Hiije! Na!

Znowu razy spadły na wystające kości zwierząt, aż echo odezwało się gdzieś w dole, przy jeziorze. Jakby ktoś przedrzeźniał. Jaszka obejrzał się i wóz w tym momencie wpadł w wybój. Woły targnęły, ale wóz po raz drugi zatrzeszczał i siadł tylnim kołem. Prawy wół zachwiał się, potknął i runął w rozbabraną kałużę.

Jaszka zdrętwiał. Na moment, na klaśnięcie w rękę. Zaraz jednak zeskoczył z wozu i podbiegł do dyszla.

— Marija, Józef! Marija, Józef! — mruczał przerażony, rozplątując postronki.

Łysy leżał w błocie i ciężko dyszał. Ręce Jaszki gorączkowo szukały rzemienia. — Przeciąć trzeba będzie, czy jak — medytował.

Naraz wpadł na szczęśliwą myśl. Wyprzągł lewego, przywiązał go postronkami do dyszla, chwycił za pysk i przynaglał:

— Ho, ho! Na­-a!

Lewy pociągnął zwolna, skręcił dyszel ku sobie i ruszył leżącego, który zerwał się na przednie nogi i poczuwszy ciężar na drugim boku, próbował się wygramolić z wyrwy. Z pomocą przyszedł mu znowu lewy, pociągając dyszel jeszcze więcej ku sobie. Łysy wstał. Teraz szło łatwo. Jaszka zaprzągł na nowo, już po ciemku, i ruszyli. Bydlęta same trzymały się suchej strony drogi.

Przy wypadku minęło zaledwie dziesięć minut, a Jaszce zdawało się, że przeszła co najmniej godzina. Las ogarnęła ciemność, blaski przyświecały tylko z jeziora i z góry.

„Marija, Józef! — myślał Jaszka. — Jak Bóg na niebie, ten zły ptak mnie chciał omotać! Jutro bym już nie żył!”

Przebiegły mu po plecach ciarki. Szarpnął powrozem. Batoga już nie brał do rąk.

— Żeby nie wywołać złego — szepnął i lęk znowu złapał go za piersi. Zwidziało mu się, że las pełen jest stworów, że na jeziorze tańczą topielice i że wyciągają po niego oślizłe ręce.

Ledwo żywy ze strachu wyjechał wreszcie z lasu na pole.

2

Wieczorami po checzach szły gadki rozmaite. Najwięcej opowiadał ślepy Trędel:

— Prawdę rzec, to nikt nie wiedział, skąd się wzięło zapadlisko — gadał, mrugając niewidzącymi oczyma. — Stary Wasilka przecież nie wykopał dołu po kryjomku w nocy. Kamieni też nie naznosił ani krzaków jeżyny nie posadził. Za żadne grzechy by tam nikt nie poszedł. W takim gąszczu nawet Purtk się mógł schować. Tak, gdyby nie Purtk, niejeden głowę wsadziłby pod gęstwinę i w głazach dziury poszukał, co to do złota prowadzi. Ha, gdyby nie ten Purtk! Co noc lezie z wywleczonym jęzorem do torfowisk wodę pić. Z gęby ogień pryska, że strach patrzeć! Przeważnie jako koń się pokazuje. Od tego woda w torfach śmierdzi końskim kopytem.

— A skąd się wziął ten skarb i jak się do niego dostać? — ciągnęli Trędla za język sprytni słuchacze.

— Dostać się do skarbu? — odpowiadał starzec. — Każdy może, ale musi to być chłop bez blizny i swój, Kaszeba. Obcy musiałby się nago przedzierać.

— Skąd się pieniądze wzięły?! Skąd złoto?!

Tak z tym było:

Dawno, bardzo dawno temu, na miejscu zapadliska stał piękny zamek, w którym mieszkała królewionka. Służba była wielka u niej i bogato ubrana. Po paciorki z bursztynu do Gdańska każdego roku wóz jechał, strzeżony przez wojaków, żeby zbóje nie okradli. Pola rozległe do zamku należały, łąki i nieprzeniknione lasy. Miał też zamek jeziora bogate w ryby, a i w morze wyjeżdżano na połów. Na polach i łąkach pracowali Kaszubi. Królewionka pilnowała, żeby dobrze im płacono, by sprawiedliwość zawsze była. Żyli sobie Kaszubi szczęśliwie. Domy budowali nowe, sieci sprowadzaliz Gdańska. Na zwierza też mogli polować — byle dla własnej potrzeby. Królewionka chorym pomagała, z dziećmi śpiewała i uczyła ludzi robić haftowane stroje. Rosła tedy kraina bogato, złota było i na zamku dość, i każdy po trochę miał.

Aż pewnego dnia przyjechał rycerz z obcej ziemi, cały w żelazo zakuty. Od razu mu się królewionka uwidziała. A jeszcze bardziej — spokojna kraina. Zaczął tedy koło królewionki się kręcić, różne listy przysyłał do niej i do jej krewnych. Zresztą tak po prawdzie nikt nie wie, jak to się stało.

Niemało się ludzie dziwowali, kiedy rozeszła się wieść, że królewionka zgodziła się rycerzowi być białką. Powiadają, że słońce nie chciało świecić, kryło się w niebo, ptaki przestały śpiewać, pochowały się, drzewa posmutniały i woda stała się w jeziorach i strumieniach mętna, a bydło nie chciało w pole wychodzić. Strach padł na wszystko, co znało swoją królewionkę.

I nie nadaremno. Jakby się słońce zmieniło, tak było z życiem. Przepadł spokój, nowy pan nasprowadzał swoje sługi, ludzi gnał do roboty, bydło męczył, a sam w złoconej karecie jeździł. Odtąd nikt nie mógł polować w lesie ani ryb łowić dla siebie — wszystko zabierał rycerz. Opornych prześladował, do wieży zamykał, a wciąż miał mało i mało złota. Królewionka z rozpaczy chorowała, chorowała, aż w końcu umarła.

Po jej śmierci pan jeszcze gorzej gnębił ludzi. Słudzy jego jeździli od chaty do chaty, zabierali złoto i bili. Zebrane bogactwo pan gromadził w sali strzeżonej przez najwierniejszego pachołka i straszne psy. Robił, co chciał, ten pan, aż w końcu przebrała się miara. Krzywda ludzka ruszyła królewionkę w grobie. Wstała jednej nocy, zaszła do zamku i spotkawszy pana liczącego pieniądze, przeklęła jego i zamek z całym dobytkiem i bogactwem. Wszystko zapadło się w ziemię.

Odtąd co sto lat pan chodzi nagi po krzakach z garściami pełnymi złota. Rani sobie ciało na kolcach jeżyn i dzikich róż tak długo, aż ma tyle ran, co swoim poddanym zadał. Jeśli go ktoś spotka, obmyje mu rany, a na złoto napluje — wybawi go z klątwy razem z całym zamkiem. Dotychczas nikt tego jeszcze nie zrobił. Jedni uciekli, inni sięgnęli po złoto, a jeszcze inni ze strachu pomarli.

— Czemu musi to być swój i bez blizny?! — dziwił się kiedyś pastuszek, patrząc z rozdziawioną gębą na opowiadającego Trędla.

— Aaaa! Bo swoi się dość nacierpieli. Dlatego musi być koniecznie bez blizny. Mogłoby się zdarzyć, że taki z ranami byłby potomkiem tych bitych. Wtedy nic nie pomoże, a pogorszy. Zamek zapadnie się głębiej, a on razem z nim. Przy tym mogłoby to jeszcze królewionce zaszkodzić. Obcy zaś dlatego nago, że musi sobie odkupić prawo do wybawienia. Swoi odkupili krwią starków, a taki musi sam. Przecież jeden nie może być lepszy od drugiego. A że Purtk pilnuje wejścia do skarbów przeogromnych, to też jest prawda.

Trędel tak gadał, a pastuch­-staruch również. Inni różnie gadali. Skąd się jednak wzięło zapadlisko, prawdy nikt nie wiedział.

Albo skąd się wzięły błądzące ognie? Wcale się nie wzięły. Były tu jak świat stary i będą nadal. A co robiły, jak Łebskich Błot jeszcze nie było? Albo przedtem, nim nastały Karwieńskie Błota i Bielawy? Z tym jest gorsza historia. Pewne tylko, że to też Smantkowa sprawka. Ale, zaraz…

Zanim powstały Łebskie Błota, był tam wielki las (po pniach w torfie to jeszcze dziś widać!). Mieszkał w tym lesie olbrzym Stolem. Prześladował on Kaszubów, gdzie tylko mógł i jak mógł. Nawet kominy w domach przez noc przestawiał na inne miejsca. Kiedy dokuczył ludziom już za bardzo, podpalili las ze wszystkich stron. Stolem musiał uciekać. Z zemsty jednak przerwał rękami wydmy nad morzem i zalał płonący las wodą. Tak powstały Łebskie Błota. A Karwieńskie Błota? Chyba też tak.

Błądzące ognie przyszły pewnie z Bielawów spod Ostrowa. Oczarzy taki ognik nieostrożnego człowieka, zmyli mu drogę i zaprowadzi w błotne bezdroża. Purtkowymi stegnami wiedzie, aż go utopi. Kiedy za nieszczęśliwcem zamyka się trzęsawisko, rozlega się wokół chichot. Bajali ludzie, co słyszeli te straszne chichocące sapania. Bajali…

Najwięcej kłopotu było ze Smantkiem. Nikt bowiem dokumentnie nie wiedział, gdzie siedzi, co porabia i co on za jeden. Mieszali go nawet z Purtkiem, ale przecież Purtk jest z piekła. A Smantk?…

A Smantk jest wszędzie; to na strychu dylami gada (stąpa po nich tak sprytnie, że trzeszczą, jakby gadały), to w kominie dym zawraca na dół, krowom mleko cycka, aż wymiona zasychają, owcom wełnę kołtuni i psią ją robi, w kierzonkę lichego powietrza nawiewa i masło potem się parzy. Czasem spod kur jaja wynosi albo zachodzi pod okna i płacze. Pewnie i na niego jest jakaś krzywda, ale nikt nie wie, jaka. Dobrze byłoby wiedzieć, miałby strach i nie lazł tam, gdzie można mu odpłacić pałką za kij.

Mówili też ludzie, że go widzieli we fraku albo po gajowemu obleczonego. Nie wiadomo, czy to prawda, choć po takim gadaniu nastawały zwykle ciężkie dni: podatki trzeba było po kilka razy płacić, a gdy złapaliw lesie, sztrafy spadały na głowę niczym kuropatwy na kartofle. I jeśli to ze Smantkiem się wiązało, tedy prawdą było, że on jest pańskim rządcą. Z panami się kuma.

Nie wszyscy tak samo myśleli: jedni — że jest pańskim rządcą, drudzy — że nie, a inni znów burczeli, że Smantk z piekła przyszedł.

To już nieprawda! Jakże z piekła mógł być Smantk, kiedy jest Purtk?! Po co dwaj?! Jeszcze by się pokłócilii miałby Pan Bóg za swoje! Musiałby jakiegoś nowego Jarchanioła zsyłać, bo ten niebieski stary Jarchanioł drugi raz na pewno by sobie rąk nie brudził takimi brzydactwami. Nie, Smantk z piekła nie jest. Może pomaga Purtkowi, choć prawdę rzec, na własne oczy nikt tego nie widział.

A Purtkową robotę widzieli po starym Sztaumanie, co to Boga nie miał w sobie. Purtk codziennie wieczór po dachu łaził, jak Sztauman chorował. Czatował na duszę. A straszny był! Zamiast oczu dwa węgle miał, ogon zakręcony, aż ktoś pomyślał, że to ten sam wąż, który w raju Jewę skusił. Łaził tak wieczorami po dachu aż do komina i tam ginął. Na Sztaumana duszę czekał, bo musiała kominem wylecieć. Oknem albo przez dwierze nie szło, święcony był kiedyś Sztaumana dom. Ktoś nawet odważył się i w dzień wlazł na dach. Obejrzał wszystko. Nic nie było, tylko przy samym kominie na słomie pełno sierści się walało. To już był powód, żeby do księdza iść. Poszli, ale co z tego, kiedy Sztauman ani nie chciał słyszeć o zbawieniu. Zmarł w nocy. I temu Purtk go zabrał. Od razu wszyscy wiedzieli, bo w tamtej stronie strasznie się koty darły.

No i jeszcze to, że na Purtka jest sposób, a na Smantka nie. Purtka, jak gdzie sobie mieszkanie obierze, można wyświęcić. A Smantka? Nie idzie. Muzowa od Purtka potrafiła się odżegnać, a od Smantka nie. Kiedy u chorego Purtk straszył, święconą kredą wszystkie rogi izby wysmarowała i już. A jak gąsiaki Smantk jej uroczył, zdechły. Przepuszczała je przez rękaw starego żakietu, a te na krzyże się przewracały i łapkami grajdoliły, grajdoliły, aż przestały się ruszać.

Wreszcie to, że Purtka ludzie widzielii z nim się stykali. Ot, po prostu byli tacy, którzy mu swoją duszę zapisywali. Jak na ten przykład młynarz, co to Purtka oszukał. Podpisał z nim cyrograf swoją krwią, ale Purtk musiał spełnić jedno jego życzenie. No i Kusy się zgodził. Wtedy młynarz wsadził go między kamienie młyńskie i rzekł:

— Siedź tu przez dwadzieścia minut. Jak wytrzymasz, przyjdź po mnie za dziesięć lat, a jak nie — musisz siedem lat dołożyć.

Purtk pomyślał, że dwadzieścia minut to nie jest rok, i zrobił się cienki jak papier. Młynarz przykręcił kamienie i puścił na młyńskie koło wodę. Najpierw wszystko się zaczęło kręcić, potem drżeć, aż się wydawało, że cały młyn skacze w fundamentach, po czym rozległ się straszny ryk:

— Młynaaarzuuu! Puść, daruję ci te siedem lat!

Kiedy chłop odkręcił kamienie, świsnęło tylko i już Purtka nie było. Odtąd młynarzowi życie szło jak po maśle. Pieniędzy miał dość, w młynie zawsze było pełno ziarna. Ale w końcu czas umowy minął. Szedł sobie kiedyś młynarz z żoną od krewnego z drugiej wsi i coś w połowie drogi usłyszał naraz ogromny szum. Patrzy w górę, a tu Purtk leci po jego duszę. Zlęknął się, ale że Kusy był jeszcze daleko, rzekł szybko do swojej grubej białki:

— Prędko, Agata, podnieś spódnicę!

Baba patrzy na niego ogłupiała, ale on już ją łapie za kark, przygina do ziemi, podnosi spódnicę i wystawia tyłkiem do góry. Purtk leci wprost na nich ucieszony, że bierze swój dług, aż tu patrzy… i zdrętwiał. Stanął wpół drogi, spojrzał na wypięte pośladki i myśląc, że są to znowu młyńskie kamienie, jak nie zawróci, jak nie czmychnie do piekła — tylko dym się po nim został!

Odtąd młynarzowa zawsze z chłopem razem chodziła. Purtk czekać musiał na śmierć, ale i tu przegrał. Umarli razem, w jednym łóżku, a młynarzowa twarzą na dół i stale podobno była odkryta. Odeszli oboje razem i pewnie go białka za rękę bezpiecznie do czyśćca zaprowadziła, żeby odpokutował, bo potem w młynie był spokój wielki.

Tak to widać, że naprawdę Purtk jest z piekła.

A Smantk nie. Tylko… Tylko tak akuratnie wszystko poplątał, że jeszcze dziś nie wiedzą ludzie, co to za jeden i skąd przyszedł.

Ale wiedzą za to, dlaczego psy się pod ogonem wąchają. Prawda, że i tu gadają dwojako, to jednak nie szkodzi. Przecież pod Słupskiem i Lęborkiem może być inaczej, pod Bytowem, Kartuzami i Kościerzyną inaczej, a pod Wejherowem, Gdańskiem i Puckiem jeszcze inaczej. Psy nie chodzą chyba z jednego końca Kaszub na drugi…

Dlaczego cebula ma krótki ogonek i jest ostra — też ludzie wiedzą. Albo co to jest grzmot, co robi chłop na księżycu, gdzie siedzą krosnioki i co robią. Albo gdzie są syreny i jak wyglądają. I o przesuszaniu pieniędzy wiedzą dużo.

A może nie? No to zaraz:

Z psami jest tak, jak gada stary Mroch. Przygłuchy on już trochę, ale gada rzetelną prawdę:

— Miałe roz pse bal. Zeszło ich sę ze wszestkich strón całe gruńda. Wiolkie, mołe, malinkie. Czorne, bure i bielichne. Psote, Burki, Tósze, Rekse, Muszki, Azore. Jedne kucharzełe, drugie woda noszełe, a jesz jinne czekałe na jedzeni. Wszestko szło jak nolepij, ale kucharzom zabrakło pieprze. To, co jesz w celęcim rogu beło, jeden z nieuwogi wesepoł na zemię. Nie beło tede jinnej rade, le posłac do miasta za pieprzem. Pognoł też jeden z nich chutko, ale nie przeszedł wcale nazod. Czekałe pseska, żdałe nieboroki, a kto nie idze, ten nie idze. Jesz do dzis dnia czekają na brzedola. Chodzą i ckną pod ogoname, bo to je ju baro długo i zaboczełe, kteren to był. Temu ckną. Może po zopochu nalezą tego, co to zeżarł.

Tak mówił stary Mroch. Inni powiadali, że psy posłały swego gońca do Rzymu ze skargą na ludzi o złe obchodzenie się z nimi. Pismo zwinęły w rolkę i podwiązały mu pod ogon. Pies poszedł i nie wrócił. Od tego czasu stale szukają swojego posła z pismem pod ogonem. Może kiedyś znajdą.

Choć ludzie dwojako gadali, to jednak wiedzieli.

Cebula ma krótki ogonek i jest ostra z winy starki świętego Piotra. Szedł sobie raz niebieski klucznik z Panem Bogiem na spacer. Naraz patrzy — dziura, przez którą widać aż do piekła. A tam istna Sadoma z Gamorą! Najgorsze jednak to, że święty Piotr zobaczył tam swoją starkę. Teściowa razem z innymi się smażyła. Żal się tedy jemu zrobiło starki i na jego prośby Bóg pozwolił mu ją wyciągnąć. Była tylko w niebie jedna rzecz, co by się do tego nadała, a to cebula, która miała strasznie długi ogonek. Wpuścił ją Piotr do piekła i teściowa chwyciła się za nią, a święty Piotr ciągnie do góry. Ale, jak to piekielne ludzie, pozazdrościli starce i trzymają się wszyscy za ogonek. W końcu powiesiło ich się za wiele i ogonek się urwał. Piotr starki nie wyratował, a cebula ma krótki ogonek i jest w smaku ostra, bo była kilka chwil w piekielnym ogniu. Tak to było.

A grzmot to jest klin z żelaza. Taki stopiony. Znajdowali go nieraz ludzie po uderzeniu grzmotu i dlatego wiedzą. A chłop na księżycu? Poszedł w niedzielę drzewo kraść, i to jeszcze w las gburka, no i Pan Bóg go z tym drzewem po wieczne czasy na księżyc wsadził. Musi stale drzewo dźwigać na plecach. Po co lazł kraść w niedzielę, i to jeszcze w las takiego samego biedaka? Może gdyby poszedł w pański las, nie byłoby tak źle, a tak ma! Niech siedzi.

Krosnioki mieszkają w lesie, czasem tańczą, a czasem dzieci zamieniają. Ich dzieci są brzydkie i temu mieniają.

Syreny to są pół­-białki, a pół­-ryby. Góra — białka, a dół — ryba. Był ktoś taki, co mówił, że góra jest rybą, a dół białką, ale nie miał racji. Upierał się co prawda, że tak jest, bo dolna ludzka połowa może w wodzie siedzieć, a górna? Górna długo nie może, ale jak nabierze w gębę powietrza, to może. Najważniejsze jednak — jedzenie. Przecież na rybim jedzeniu by umarła! Samą wodę tylko pić?! Eee, to nie jest możliwe. A dolną częścią musi się popychać. Więc ma rybi ogon — i koniec! Syrena kusi czasem młodych ludzi. Albo bieliznę, gdy białki piorą, zabiera. Byli tacy, co ją widzieli.

Więcej niż o psach, krosniokach, syrenach czy grzmocie wiedzą ludzie o przesuszaniu pieniędzy. Oho — ho! Aż im oczy się skrzą od gorączki, kiedy słuchają tych gadek. A co raz to gdzie indziej ktoś widział skarby. Musiało ich być, a musiało. Tylko tutaj znowu Purtk pilnował i to tak, że jak ktoś nie był żelazny, to lepiej nie iść. Poszedł raz jeden chłop i znaleźli go na drugi dzień nieżywego. Serce mu ze strachu pękło.

O przesuszaniu pieniędzy Trędel gadał tak:

— Kiedy widać w nocy gdzieś na polu ogień, to na pewno przesuszają pieniądze. A jak jeszcze wid skacze do góry i na dół, tak do półtora metra nad ziemię, można już zabierać coś święconego i iść. Nie trzeba się oglądać do tyłu ani cofać, tylko zawsze iść naprzód. Choć zaczną drogę zagradzać różne potwory, straszydła, choć z krzykiem i piekielnym wyciem będą skakać do oczu i pluć ogniem, wyszczerzać kły — trzeba naprzód iść, a jak już jest się blisko, wrzucić święconą rzecz w skaczący wid. Od razu wszystko ucichnie i na drugi dzień rano skarb — nieraz całą skrzynię złota! — można zabrać do domu. Ale kto to może wytrzymać…

Ile to ludziska nasłuchali się tych gadek o przesuszaniu pieniędzy. Ile namarzyli. Przecież mając taki skarb, można by żyć jak ten pan we dworze! I bryczką jechać we cztery konie! Jak pan…

A może właśnie pan znalazł skarb? Eee, głupstwo, z dworu i majątku to ma. No, a za skarb nie mógł sobie tego majątku kupić? Hm, może i kupił?…

3

Jaszka nie był tchórzliwy. Cóż miał jednak robić, kiedy wszędzie, za każdym krzakiem, rowem czy drzewem żyło coś straszącego. Pełen stworów był las, i jezioro, i pola, nawet wieś. Chłop drapał się nieraz w głowę i medytował po swojemu o tych rzeczach, choć wiedział, że i tak nic nie wymyślii nie poradzi. Chyba żeby tamte krzaki przy jego łączce spalić i nawet korzenie wykopać i zniszczyć. A tak — to jakoś nieswojo. Gadają, że tam po wieczorach i nocach czarny pies z łańcuchem lata, że coś łazi i stęka. Dobrze im prawić, bo daleko są od tego, ale on musi za każdym razem, gdy wraca do domu, przejeżdżać obok tego czarowiska. To nie byle co! Mógłby zresztą jechać drogą do wsi i wrócić z tamtej strony do chałupy, ale daleko było.

Kiedy po wygramoleniu się z kałuży wyjechał z lasu na pole, od razu odeszła go obawa przed jeziornymi i leśnymi duchami. Zaczął już myśleć o następnym przejściu czekającym go przy krzakach na skraju łączki. Woły kołysały się w szarudze niczym dwie żywe bryły. Wóz skrzypiał, jakby już kilka lat chodził na „ciepłych słowach” zamiast na smarze.

Łączka leżała na skraju lasu, staczając się łagodnym zboczem ku jezioru. W narastającej nocy zlewała się w jedną wielką plamę z krzakami zarastającymi jej górny brzeg. Jaszka widział ją jak na dłoni. O, tam biegł rów, zakręcając za kopcem granicznym i wspinał się ku dworskim łąkom von Banemanna. Za rowem łąka wznosiła się równym klinem i zapierała w krzaki. Jaszka patrzał na nią niby na specjalnie przygotowaną przestrzeń, na którą za chwilę mają wyskoczyć dzikie zwierzęta, by go pożreć. Ciarki łaziły mu po plecach, gdyż zdawało mu się chwilami, że kopiec się rusza, wydyma i rośnie, a z krzaków wychodzi cała zgraja psów. Słyszał nawet jęczenie łańcuchów. Strach szedł za nim aż do chałupy.

A wszystko przez tego Lelka. Tak chichotał w lesie, tak się wydzierał, tak huczał, jakby w róg od tabaki dmuchał. Ile razy ten się pojawiał ze swym szyderczym śmiechem, wszystko zaczynało się dziać na opak; albo w żniwa deszcze się rozpadały, albo wiatry jabłka z ogrodu wytłukły, albo też spotkało człowieka jakieś nieszczęście. Tak jak tym razem, choć Jaszce udało się wydostać z sideł. Bo co by to było, gdyby z jeziora topielice wyszły albo wyjący po moczarach Smantk zęby wyszczerzył? Jaszka pewno by ze strachu zaraz przy wołach trupem padł! Jak amen w kościele! Uf, tym razem na sucho mu uszło!

Woły stanęły przy wrotach. Pies Gniota zaszczekał zjadliwie dwa, trzy razy i znowu nastała cisza. Chłop wygramolił się z wozu i podszedł do przodu.

— Ho, ho­-o! Stójta! — rzucił bydlętom i otworzył wrota. — Ni ma tu nikogo?! — zawołał w kierunku domu. — Anna! Paweł!!

Skrzypnęły drzwi, z checzy wyszedł syn Paweł z kopcącą latarnią w ręku.

— Poświeć, bo do gnoju wjadę! — przynaglił go Jaszka.

Paweł doskoczył, wlazł bosymi nogami na kupę gnoju i podniósł światło do góry. Z nocy wysunęły się ledwo widoczne łby zwierząt. Latarnia drżała, jakby lada moment miała zlecieć na dół i utonąć w brudnym mroku.

Oporządziwszy woły w oborze, Jaszka wziął latarnię z rąk syna i przyświecając sobie w ciemnościach, zmierzał do chałupy po obrok. Dwunastoletni Paweł kroczył w strachu za niską a szeroką postacią ojca. Chwilami nogi się pod nim aż uginały. Wiedział, że tam w kuchni, dokąd zmierzali, ojciec się wszystkiego dowie, że matka powie od razu i że nastaną dla niego przykre chwile. W gardle zaschło mu, a język jakby skołowaciał. Kroki następowały po sobie tak szybko, że na moment zadziwił się. Ale tylko na ułamek sekundy, bo zaraz na nowo zagubił się w swoich rozważaniach. Zbliżali się już do drzwi, jeszcze tylko pozostały dwa, trzy kroki, kiedy chłopiec rzucił się naprzód. Przyskoczył do ojca i chwyciwszy za połę żubraka, powiedział:

— Tata, pan Pribe… Pribe zagnał krowy — zakrztusił się.

Jaszka przystanął:

— Co?!

— Pribe zagnał krowy do dworu — wypalił jednym tchem Paweł.

Jaszka odwrócił się gwałtownie, podniósł do góry latarnię i świecąc nią wprost w twarz syna, z przerażeniem zawołał:

— Co ty pleszczesz?! Krowy?! We dworze?! Mów, co je?! Co się stało?! — szarpał Pawła, aż ten przysiadł ze strachu.

W tej chwiliw progu stanęła matka. Jaszka puścił syna, który wywinął się jednym ruchem i znikł w sieni. Chłop przystąpił do żony i już spokojniej zapytał:

— Prawda to je?

— Co? — odezwała się białka.

— Z tymi krowami… Z Pribą, że je zagnał do dworu?

— A je prawda. Pod sam wieczór to się stało. Szaro już było na ziemi.

Weszli do izby.

— Słońce już było zaszłe? — spytał znowu Jaszka.

— Jak Paweł przyleciał, to już zaszło. Tu za Grzmotnicą pasł, przy strudze.

Jaszka usiadł na ławie, oparł łokieć o stół i zanurzył rękę w pokudłanej czuprynie. Chwilę patrzał tępo w ziemię.

— Ojej! Wiedziałem ja to… Już w lesie… — jęknął.

— Co, Anton? — wystraszona białka podeszła bliżej stołu.

Chłop milczał.

— Co, mówisz, było w lesie? — zapytała ponownie.

— Lelek…

— Jezus, Maria! Anton!

Chłop wstał zdziwiony:

— Co je, co się stało? — spytał. — Czego krzyczysz?

— Gadałeś, że widziałeś…

— Marija, Józef, białko! Nie widziałem go, nie! Kto tobie to?!

Jaszkowa uspokoiła się. Słowa męża, że widział w lesie Lelka, przyprawiły ją prawie o zemdlenie. Tak się jej w żołądku zakręciło, tak ciężko stało, że jeszcze trochę, a byłoby ją całkiem zamroczyło. Już raz świat się próbował zakręcić. Nie dziw, bo co by to było! Toć straszne to jest, gdy taki ptak jak Lelek w swoim chichocie się pokaże; przez siedem tygodni zamiast się rodzić, wszystko zdycha. Kury, gęsi, świnie, krowy i woły. Tak przecież było dwa lata temu, w 1856 roku, kiedy to połowa chowy we wsi wyzdychała. Nawet ludzie czasami w lelkowe sidła wpadają. Chyba że ten, co słyszał, był bez grzechu. A z tym przecież tak trudno; nawet myśl jedna starczy, by mieć już plamę. Choćby dworskiego rządcę ile się naszkaluje człowiek, a swoich, a bydło, a ile to chciwych myśli nachodzi człowieka! Chciałoby się mieć tamten drugi klin łąki, co do dworu należy i co to już żarnowcem zarasta i wrzosami, bo Pribe na nim nie każe paść. Nie opłaci się dworowi, ale gburkowi? Ho, ho! Jeszcze jaką by z tego łąkę zrobił! Albo ile to razy człowiek w niedzielę, jak tylko świtało, bydło puszczał do dworskiego. Toć to wszystko grzech, spowiadać się z tego trzeba i pokutę odprawić. I jak tu wtedy być bez grzechu, kiedy Lelek zachichoce. Chyba prawie po spowiedzi, ale kto by to wtedy Lelka szukał i gdzie go znajdzie. A po co? I tak z tego żadnego wzątku nie ma.

Ale jeśli ktoś Lelka słyszy, lecz go nie widzi, to nie jest tak źle. Pewnym jest tylko, że jakaś bieda się stanie we wsi, deszcze może, posucha albo ogień, albo po prostu coś zdechnie czy zginie.

Ot, jak dziś Jaszce mało brakowało, a byłby miał nieszczęście w lesie. I jeszcze te krowy.

Przy wieczerzy siedzieli bez słowa. Chłop siorbał głośno zacierkę i łamał kawałki suchego, czarnego chleba. Na zacierce pływały duże oka roztopionego masła, które Jaszkowa na końcu noża włożyła chłopu do miski.

Po wieczerzy Jaszka podniósł się, wyszukał wiszący za szafą postronek i skierował się do alkierza. Białka zerwała się i zabiegła mu drogę.

— Nie bij chłopaka! To nie jego wina, on pasł tu, z przodu. Same krowy wlazły. Dajże mu spokój!

— Zostaw! — zamruczał Jaszka. — Chcesz, żeby się zło na nas jeszcze bardziej zawzięło?! Ja wyszedłem z lasu dobrze, a on co?

Jaszkowa przytrzymała chłopa za rękę:

— Nie bij go! — błagała. — Wiesz, ze on je taki słaby, że…

Jaszka odsunął ją stanowczo na bok i otwierając drzwi do alkierza, bąknął:

— Tak trzeba! Zasłużył… Sprowadził drugie zło.

Potem donośnym głosem zawołał:

— Paweł! Ubierz portki i chodź tu! Ale zaraz!

W alkierzu rozległ się cichy płacz i po chwili wynurzył się stamtąd Pawełek. Był blady i trząsł się na całym ciele.

W sieni matka, oparta o mur, szlochała i zatykała palcami uszy.

* Objaśnienia wyrażeń gwarowych kaszubskich i zwrotów niemieckich znajdują się na s. 197.

JASZKOWISZCZE

Leciały lata na bocianich skrzydłach. Razem z bocianami przylatywała wiosna i razem z nimi jesień uchodziła przed zimą.

Rosła liczba krzyży na mogiłach, a wśród nich coraz więcej było z napisem: „Hier ruht im Gott”, a coraz mniej: „Tu spoczywa w Bogu”…

Zmarła stara Jaszkowa i na łożu śmiertelnym prosiła swego chłopa, by nie dał jej na tamtym świecie długo na siebie czekać. Nie minęło też półtora roku, a już stary poszedł w jej ślady. Jest to, prawdę gadać, dobry szmat czasu, ale na ziemi. Tam bowiem, na drugim świecie, półtora roku to bardzo mało. Byli nawet tacy, którzy powiadali, że zaledwie tyle, co mrugnięcie okiem, ale w tym chyba mało jest prawdy. Bo jakże? W takim razie na tym drugim świecie chyba tylko śpią? Zamknąć oczy i dopiero za półtora roku je otworzyć?! Nie, to nie może być prawda. Bolda zamknął oczy po wódce na dwa dni i jak chcieli go obudzić, to pokazało się, że już nie żył…

A w niebie podobno wszyscy żyją. Wiecznie, zawsze. Dziwne to, ale tak samo dziwnie jest na ziemi, bo człowiek musi umierać. Zostawia wszystko: białkę albo chłopa, dzieci, chowę swoją i narzędzia. Wszystko. W niebie chyba znowu musi się dorabiać, bo jakżeby mogło być inaczej. Za darmo nic nie dają. Jank Formelów, co to się na księdza uczył, mówił wprawdzie, że tam wszystko jest, że tam ludzie robią dla rozrywki, bo pracować nie trzeba, tylko się modlić. I tu Jank pewnie dobrze nie wiedział, bo nie zgadzało się coś z tą robotą. Niby tam nie trzeba robić? A z czego żyć? Z duchowej strawy? Toć przecież na ziemi też masz „duchową strawę”, a jednak musisz, człowieku, jeść! Chyba że… Chyba że tam panowie będą robili, a gburkowie będą panami. Wtedy by można było, bo inaczej to Pan Bóg by musiał wszystkich ludzi manną żywić. Tyle ludzi!

Zresztą gburkowie niezwyczajni są żyć po pańsku i jak się trafią czasem dwa, trzy święta, to już im się przykrzy. Nawet w łóżku nie mogą wyleżeć podczas choroby. Białki z połogu też się zrywają, bo nijak nie mogą wytrzymać dłużej niż trzy dni. A podobno trzeba dłużej. Babka Pelowska gada wprawdzie inaczej, ale to nie ma nic do rzeczy — Kaszubi bez roboty nie mogą żyć. I tu na ziemi, i tam w niebie. Tylko Łebianie są inni, bo nie z pracy, a z tego, co morze na strąd wyrzuca.

Ale i po nich widać, że w