Komu przypisano miłość… - Jan Piepka - ebook

Komu przypisano miłość… ebook

Jan Piepka

5,0

Opis

Ostatnia adresowana do dorosłego czytelnika powieść Piepki ukazała się drukiem w 1976 roku. To historia wiejskiej dziewczyny wchodzącej w dorosłość we wczesnych latach 60. XX wieku. Jej pierwsza miłość i rozterki oraz rodzinne niesnaski dwóch braci – jej ojca i wuja, który decyduje się porzucić ojcowiznę i wyjechać do Niemiec – są dla autora jedynie pretekstem, by ukazać barwne życie wiejskiej społeczności, gdzieś na północnych Kaszubach, zmienionej w wyniku wojny; społeczności, w której ścierają się dawne, lokalne tradycje oraz obyczaje przyniesione przez osiedleńców i kolonistów, którzy trafili tu ze wschodu po 1945 roku. Wieś zmienia się także za sprawą przemian społecznych, jakie niesie nowoczesność…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 269

Rok wydania: 2023

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



komu przypisano miłość…

Jan Piepka

Komu przypisano miłość…

Copyright by © Biblioteka Publiczna Gminy Szemud 2023

Copyright by © Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart 2023

Ilustracja na okładce: Zofia Ząbkiewicz

Korekta: Grzegorz Szczepaniak

Skład: Ewa Krefft-Bladoszewska

Okładka: Zofia Ząbkiewicz

Wydawnictwo REGION Jarosław Ellwart

ul. Goska 8, 81-574 Gdynia

www.wydawnictworegion.pl

e-mail: [email protected]

Partnerzy wydania:

URZĄD GMINY SZEMUD

ul. Samorządowa 1; 84-217 Szemud

www.szemud.pl

e-mail: [email protected]

BIBLIOTEKA PUBLICZNA GMINY SZEMUD

ul. Samorządowa 1; 84-217 Szemud

www.biblioteka.szemud.pl

e-mail: [email protected]

Wydanie I, Gdynia 2023

Treść niniejszej publikacji została oparta na wydaniu z ­roku 1976. Tekst poprawiono zgodnie ze współczesnymi zasadami ­ortograficznymi oraz interpunkcyjnymi.

Wydanie publikacji wsparła finansowo BIBLIOTEKA PUBLICZNA GMINY SZEMUD

ISBN 978-83-7591-939-4 [druk]

ISBN 978-83-7591-961-5 [ePub]

ISBN 978-83-7591-962-2 [mobi]

I Część

1

Burskiego Muza zastał na podwórzu. Majstrował przy motocyklu.

— Lampa nie pali — wyjaśnił. — Musi akumulator.

Muza znał w czasie wojny kogoś z białostockiego, stawał przed nim w wyobraźni zawsze, gdy słuchał Burskiego.

— Twój? — spytał, wskazując motocykl.

— Ee, mój w stodole. Zagroda teraz pusta, więc dla motoru za duża — nawiązał do odległych jeszcze żniw, a więcej do przednówka, który u niego był zawsze trudny.

— Czyj to motor? — spytał więc Muza wprost.

— Przychodzi Fiodor do nas. Kupił motor i wyładował się akumulator. Naładuję i tyle.

Na uwagę Muzy, że przyjdzie wieźć akumulator do miasta, Burski uśmiechnął się:

— Jest już u mnie prostownik. Naładuję i będzie w porządku — powtórzył ze spokojem.

— Fiodor? — spytał ojciec Teresy. — Czy to ten od mostu?

— Ten, jakżeby nie on. Fiodor jeden u nas jest.

— Powiadają, że… — urwał Muza, nie będąc pewny, czy należy dokończyć, ale Burski przymknął oczy i przyglądając mu się tymi zmrużonymi oczami, dokończył za niego:

— Aha! Jehowa. Wierzy po swojemu, powiadają, że to kocia wiara, ale po moim karku już tyle czortów przejechało, Franu, że ja się nie dziwię. Byle on do ludzi chociaż był podobny.

— Znam go — rzekł. — Fiodor nie pali, nie pije…

— Tylko „Frau” może bije — śmiał się Burski, grzebiąc dalej przy motocyklu, a kiedy ojciec Teresy powiedział, że przecież Fiodor jest kawalerem, Burski wtrącił nieudolnie po niemiecku: — „Ist rychtyk, Franc”. On nie ma jeszcze żonki, po waszemu tej białki.

— Kaszubska żona to białka, a po niemiecku to Frau — wyjaśnił Muza.

Powiadali ludzie we wsi, że Fiodor zachodził do Burskiego, który miał córkę Franciszkę. Zwali ją Fronką. Wiedział więc Muza, że chłop ją miał na myśli, gdy sprytnie, z dobrze udanym śmiechem rozprawiał z nim o Fiodorze.

Burski zdążył przymocować śrubokrętem z koślawą rączką jeden z przewodów do oprawy reflektora. Ojciec Teresy spoglądał na podwórze: wywrócona taczka bez jednego uchwytu tarasowała dojście do chlewu, najmłodszy Burskich siedział w drzwiach obory i pociągał rytmicznie za sznurek przywiązany do koła taczki. Z wystrzępionych nogawek sterczały poza próg pulchne nogi umazane krowieńcem, a wyżej czerwieniała twarz chłopaczka.

— Chciałem… — postanowił zacząć o sprawie, z którą przyszedł. — Pożycz konia, Bursci. Ten spłachc przy łące chciał jem przewalić, zanim słońce go wysuszy.

Burski odłożył śrubokręt na ławkę i wyprostował się. Spoglądał na Muzę krótką chwilę szczerymi oczami, wreszcie przeszedł na tył motocykla.

— Franu, konia potrzebujesz? — spytał spokojnie, ale Muza wyczuł zdziwienie.

— Jednym nie da rady — ojciec Teresy chciał jeszcze coś dodać, lecz tamten urychlił go:

— Musi Jana koń chory?

Muza powiedział, że koń wcale nie jest chory i że przecież nie tylko Jan jest jego sąsiadem. Powiedział też:

— Będziesz miał co do zrobienia we dwa konie, to ci dam mojego.

Sąsiad przyjrzał się przybrudzonym dłoniom.

— A, no, tak i jest, że dwie człowiek grabie ma, a roboty starczy dla dwunastu. To jak? Zabrać go chcesz zaraz?

— Nakarmię go moim — powiedział Muza, wiedząc, że stodoła Burskiego już długo przed przednówkiem bywała skąpa. — Trochę owsa zostało.

Burski roześmiał się:

— Niemcy wyuczyli przywiązywać koniec do końca, co?

— Nauczyli, nauczyli — też śmiejąc się, rzekł Muza. — Batogiem nawet, ale nauczyli.

Na drodze spotkał Fronkę. Chciał powiedzieć coś o Fiodorze, ale uśmiechnął się tylko. Czuł potem, że przystanęła na mostku przerzuconym przez przydrożny rów i patrzyła za nim, jak jej najmłodszy brat to umiał; jej oczy i oczy tego utytłańca były takie same w wyrazie.

Wieczorem odprowadził konia. W chlewie Muza zastał Burską. Doiła krowy, dwie mielii cielaka. Chude kolana kobiety sterczały za wiadro, głowę wsparła o brzuch zwierzęcia, też chudego, z kościstymi kłębami. Nie mogła widzieć ojca Teresy, ale powiedziała głośno:

— Niech pan konia zostawi, ja oporządzę.

Spytał, czy Burskiego nie ma.

— Pojechaliz Fiodorem — usłyszał w odpowiedzi — jeszcze przed południem, pewnie motor gdzie próbują. Zajechali daleko i musiał się znowu zepsuć. To i reperują.

Wiążąc konia, spytał o obrok, a Burska na to, że siana mu da, bo ziarna już nie starcza od kilku dni. Powiedział do niej „poczekajcie” i wyszedł. U siebie nasypał w czapkę owsa i wrócił do Burskich. Ona stała z wiadrem na ganku. Patrzyła na Muzę zdziwiona, on rzekł:

— U mnie dziś robił, to mu się należy. Niech pozna moje twarde serce — dodał ze złością skierowaną na siebie samego, bo nagle pojął, że w tym, iż nie nakarmił konia od razu w swojej stajni, było coś tak podobnego do pałętania się sąsiada z motocyklem Bóg raczy wiedzieć gdzie, że chwilę stał bez słowa, patrząc na wiadro z mlekiem.

Wsypał owies do żłobu, zmieszał z sieczką i dopiero wtedy spostrzegł, że Burska stała z wzrokiem utkwionym w drzwi, jakby nie była obecna. Słysząc jego kroki, powiedziała usprawiedliwiająco:

— Pan się nie gniewa, ale u nas tego roku ziarna nie starczyło do końca.

Wiedział, że nie mógł powiedzieć tej prawdy jej albo raczej, że nie powinien był tak postąpić, a mimo to powiedział słowa zaprawione cierpkością:

— Raz Pan Bóg da mniej, a drugi raz więcej, ale u was to za często się urywa już w połowie zimy.

Burska spojrzała na niego i nic więcej. Może to był tylko błysk zazdrości. Jednak długo tropiły go oczy, w których wypisany był żal i chyba coś jeszcze. Odtąd czuł się trochę jak winowajca. Stali wtedy jeszcze chwilę, chciał rozmowę skierować na Burskiego, zdaje się, że mruknął coś o Fiodorze, ale ona nie wracała do tego. Byli potem na podwórzu, przez otwarte okno kuchni zobaczył Fronkę, a gdy zbliżyli się z Burską do chałupy, zobaczył podłogę kuchni i dwa prosiaki. Jeden grzebał w drwach przy piecu, drugi starał się wejść pod ławę, pod jej nisko podbitą półkę na buty.

— Kłopoty się wloką z dziećmi — powiedział, żeby coś mówić.

— Po to są dzieci — rzekła spokojnie.

— I wnet dojdzie wesele — dodał.

— Nie ono pierwsze ani ostatnie. Żeby zdrowie to i wesele niestraszne. Tyle że trudno z ziemi na wszystko dostarczyć — próbowała usprawiedliwić swego chłopa. — Weźmiesz z ziemi, tak i z powrotem włożyć musisz. Żona wasza jest zdrowa? — zmieniła temat.

— Zdrowa.

— A Frau Lota?

Uśmiechnął się:

— Dlaczego Frau? Jan niechętnie tego słucha. Ja już przestałem tak nazywać jego żonę…

Powiedziała śpiesznie:

— Nic nie myślałam, panie Franciszku. Tak tylko. Inni mówili, więc się przylepiło tak, że nie można czasem inaczej. Wiadomo, że nie Frau, panie Muza, ale co zrobisz, kiedy czasem…

Wieczorem, już w łóżku, Muza myślał o rozmowie z Burską, o Burskim, Fronce, Andrus przyśnił mu się i to nie wiadomo czemu na furze gnoju. Jan niby go wiózł z sobą na pole. Fiodor był również w tych myślach i majakach.

2

Jednego z pierwszych dni pracy w sklepie Teresa poznała matkę Tadeusza, Borzymową. Jakby spodziewała się przyjścia tej kobiety, którą nazywano we wsi „agronomką”, bo jej syn Tadeusz właśnie pracował w Radzie Narodowej i na zebraniach z rolnikami referował sprawy produkcji rolnej, jak jej, Teresie, kiedyś to określił.

Możliwe, że słowa kierowniczki sklepu przywołały to onieśmielenie, które ją ogarnęło w magazynie. Bo pani Hania powiedziała, wchodząc do pomieszczenia zapchanego kartonami, skrzynkami i towarem na półkach:

— Obsłuż, Teresa, Borzymową. Gdybyś nie miała chęci, to o ciebie pytała. Jak o pocztyliona — dokończyła z uśmiechem, mrużąc przy tym znacząco oko.

Listonosza nazywano często w ich wiosce pocztylionem. Ta nazwa miała w sobie dotąd coś z bajki. Teresa często jej używała, teraz po słowach kierowniczki do tej nazwy doszło jeszcze zdziwienie: Dlaczego akurat ta nazwa z Borzymową? Czyżby wyczuła, że ze strony Teresy może jej coś grozić? Matce? A jeżeli jej powie, żeby ona, Teresa, nie zatrzymywała jej syna w sklepie na dłużej, niż trzeba, by kupić potrzebne rzeczy?

W oddali przemierzało przestrzeń wycie karetki pogotowia albo samochodu straży pożarnej. Słyszała ten dźwięk przynoszący za każdym razem, gdy się rozlegał, trochę strachu, ale teraz jakby uspokajał; czuła, że przy jego pomocy będzie jej łatwiej wejść do sklepu, który już polubiła tak bardzo, iż nie pozwoliłaby zagrodzić sobie drogi.

Ogarnęła fartuch i weszła. Nie chciała się przyglądać nawet krótko kobiecie stojącej po drugiej stronie lady, chciała zaraz zapytać, czego sobie życzy, to miało nawet zabrzmieć „czym mogę służyć”:

— Czym…

Nie spodziewała się, że to będzie takie trudne. Jednak przemogła się:

— Pani przyszła po zakupy?

Jeszcze nie to. Skądś wzięła się myśl, która próbowała od razu ocenić dopiero co przebrzmiałe słowa, nie była teraz pewna, czy zapytała poprawnie, bo czy można w ogóle przyjść po zakupy? Lecz i to ustąpiło, skoro kobieta z drugiej strony lady milczała. Do sklepu nikt nie wchodził, Teresa pojęła jeszcze, że czeka na wejście kogokolwiek, żeby nie być tylko we dwie, żeby nie tylko ona i ta kobieta stojąca jak ta niespokojność.

Wreszcie mogła już podawać torebki. Odważyła też ćwierć kilo smalcu, do sklepu weszło dwoje dzieci. Sprawdziła rachunek, zrobiła to dwukrotnie, a kiedy sięgnęła po pieniądze, zobaczyła ręce Borzymowej.

Minęło już wszystko, co próbowało wstrzymywać słowa. Borzymowa wyszła z jedną z dziewczynek, została ta druga, Teresa obsłużyła ją, a potem kierowniczka posłała ją z powrotem do magazynu.

— Masz ręce, jakby ptaki — prawie zabrzmiały w zapchanym towarami pomieszczeniu słowa, które powiedział kiedyś nad strugą Tadeusz. — Powinnaś je pielęgnować, bo są ładne…

Tadeusz powiedział wtedy te słowa chyba po to, by mogła się zdziwić.

Przyjrzała się swoim dłoniom, wydały jej się ładniejsze niż przedtem, nawet nie wiedziała, że jej ręce mogą być ładne, ucieszyła się, ale zaraz za chwilę tamto odeszło, bo w drzwiach magazynu stanęła kierowniczka.

— Co, Teresko? Borzymowa wygląda, jakby była z ciebie zadowolona. No, no!

Zabrała plik torebek i wróciła do sklepu.

Wreszcie był spokój, który przynieśli ludzie wracający pierwszym poroboczym pociągiem. Zapełnili sklep, popychając się już w drzwiach bardziej dla żartu, bo na pewno cieszyli się z powodu fajrantu.

— Teresa! — wołał zza grupy ludzi stark Bizewski. — Daj dwie paczci cygaretów! Mój zaroz odjeżdżo, ten…

Nie zrozumiała, czy chodzi o pociąg, czy o pekaes, zresztą na jedno wychodziło, stark Bizewski się spieszył, podała dwie paczki „sportów”, wiedziała, że palił te, paczuszki powędrowały nad głowami stojących przenoszone ich rękami, potem wróciły do niej pieniądze. Chciała odesłać resztę, ale stark Bizewski już wołał od drzwi:

— Ostawże, dzewczę, ten dług, a ja sę zgłosza po te procenta!

To on, stark Bizewski, nazwał to, co jawiło się przy niej coraz bliżej, po imieniu:

— Jak to je kochani, tedy możesz sę wieszać, innych naszło tak i ty możesz…

Dalsze słowa uciekły wtedy, gdy to rzekł, w turkocie wozu, jakby nie warta była ich zrozumienia. Obejrzała się za wozem, coraz rzadziej rozlegał się ten turkot drewnianych kół uzbrojonych w żelazne obręcze, już tylko paru gospodarzy trzęsło się tak na desce przegradzającej skrzynię wozu na dwie części, mniejszą, z przodu, tę na kruchsze sprawunki z targu i miasta, i tę z tyłu, gdzie zawsze w stronę miasta większy ładunek, a z powrotem pusto, chyba że sterczała góra szafy albo połyskiwały plastykiem worki z nawozem. Obejrzała się, bo razem z tamtym wozem oddalił się Bizewski. Może nie chciał, żeby odpowiedziała? Jechał, nad nim zakwitł obłok kurzu, unosił się z boku, między Bizewskim i końmi. Potem już było inaczej, stary poszedł drożyną do wsi, na wprost, wóz turlał się dalej, podskakując na rozgniewanych kamieniach.

Przecież mówił, że innych także…

Nigdy potem nie mówił tak, ale była przekonana, że stark Bizewski nie musiał nikogo pytać, z jednego spotkania się z nią i z Tadeuszem poznawał więcej, niż mógł się dowiedzieć z opowiadań ludzi z połowy wioski.

Podzieliły się dwie pracą w czasie tej ciżby, pani Hanka kasowała, ona wydawała towar, w ten sposób szło poręczniej i prędzej topniała kolejka klientów. Ważniejszą od poręczności była jednak większa gwarancja, że w pośpiechu ona, Teresa, przecież wciąż nowa w swojej pracy, nie popełni pomyłki.

— Trzy siedemdziesiąt, siedem, dziesięć pięćdziesiąt — dwadzieścia jeden i dwadzieścia groszy pan płaci.

— Osiem czterdzieści, trzy razy złoty siedemdziesiąt, sześć — dziewiętnaście pięćdziesiąt. Jak masz pięćdziesiątkę, to daj, łatwiej wydam.

Podziwiała kierowniczkę w pracy. Przesuwała paczuszki, torebki, licząc półgłosem, ale tak, że wszyscy słyszeli, prawie nigdy nie posługiwała się ołówkiem, chyba że obsługiwała sama i ktoś robił większe zakupy. A do niej, do Teresy, mówiła:

— Podpisuj jedno pod drugie, dokładnie, nawet weź papier w kratkę. I dwa razy podliczaj.

Próbowała, czasem, bardzo rzadko, ale próbowała naśladować panią Hanię. Pewność siebie odchodziła jednak zaraz i sprawdzała od razu, spisując na kartce z dwukrotnym podliczaniem.

Tego popołudnia już nie pozbyła się wrażenia, że oprócz kupujących w sklepie jest jeszcze coś, co pozostało po kobiecie, która była matką Tadeusza i która przez krótką chwilę ukazała jej niezwyczajne ręce.

Ona mnie pewnie nie lubi — pomyślała, zatrzymując się w którymś kroku.

3

Łąka była szeroka. Przecinała ją w poprzek struga wysychająca często latem, a w jesiennych słotach zamieniająca się w rozlewną dolinę płytkich kałuż.

Wiele razy zachodził w to miejsce w czasie rozlania wody. Z nim przychodziły słowa ojca, którego dobrze pamiętał.

— Pod wodę nie zajrzysz z daleka — mówił — bo tedy woda się zdaje panoszyć. Ale to jeno tak z dalek daleka wyglądo. Z nami jest jak na zalanej zemi…

Wybudowanie, to, co rozsiadło się paroma domami zaraz za wsią, pod lasem już prawie, nazywali ludzie i dziś Ponjide. Pamiętał, jak Niemiec-Lehrer, ze swastyką na ramieniu, uczący ich historii tej ziemi, tłumaczył w starszych klasach:

— Nazwa Ponjide jest prosta: od Żyda. „Von Jude”, dziś Ponjide. Dlatego, że nasz naród…

A nazwa Ponjide była tak swojska, jak ziemia, która ją nosiła: kaszubskie ostrzeżenie, że „pón jidze!”. Bo w chatach tych, których najpierw nie było tam więcej niż dwie, mieszkali wyrobnicy pana z dworu. Przechadzał się często brzegiem lasu z psem i strzelbą. Wtedy to wołano: — Pón jidze!

Struga płynęła środkiem wszystkiego, bo z jednej i z drugiej strony ciągnęły się również łany. Brat Franciszka, stryj Teresy, gospodarzył po prawej, albo, jak mówili, na prawym, ojciec na lewym. Tak zrządził stark, krótko przed śmiercią, w trzydziestym siódmym. Spełnili jego wolę dopiero wtedy, gdy w rok po wojnie stryj wrócił ze Stutthofu, poprzez szwedzki obóz dla ofiar hitleryzmu.

Bracia Muzowie mówili, że ojciec, a dla Teresy i rodzeństwa stark, zmarł w roku trzydziestym siódmym. To było ich wspólnym niedomówieniem, bo obaj wiedzieli, że zginął dopiero w czterdziestym, wtedy, gdy otrzymali zawiadomienie, iż „z powodu choroby…”. Leiter pismo to wręczył ojcu Teresy, a ten do wieczora nosił je za pazuchą, jakby w ten sposób można było oddalić to, co się już stało. Wieczorem poszedł do dworu, tam pracowała Charlotta, dziewczyna Jana. Ta sama Lotka stała się dwa lata po wojnie jego żoną. Nieszczęściem ich było to, że pierwsze dziecko zmarło zaraz po urodzeniu, a drugie, dziewczynka, przeżyło niecały rok.

Teresa wiedziała, że ojciec nosił z sobą ciężar winy z lat wojny. Winy, której nie zawinił. Powiedział bowiem w czas wojny do swojej matki:

— Ojciec nasz żyje, je w kaszubskich lasach przy partyzantach.

To drugie, straszniejsze, to, co było prawdą, zwalił na ramiona matki Leiter. Spotkał ją na drodze, szła z lasu, pracowała przymusowo przy zalesianiu. Powiedział wprost:

— Wasz chłop musiał być słabego zdrowia i dlatego nie wytrzymał długo. Umarł spokojnie i nie będzie ciężarem dla was i dla „Vaterlandu”.

Starka Teresy wtedy rzekła:

— Nieprawda! Jest w kaszubskich lasach…

Dalej już stało się to najgorsze: przyjechali po starkę, po ojca i po siostrę ojca. Nie wiedzieli długo, co stało się ze stryjem Janem, który był gdzieś pod Hamburgiem. Dopiero po wojnie odnaleźli się dwaj. Byli sami.

Po drugiej stronie ich drogi chałupa kryta była słomą. Sąsiad, Burski, przesiedleniec ze wschodu, podmurował ją i tak stała, czerwieniąc się nowym murem, nad którym wiatr grzebał w wiechciach słomy.

Rodzice Teresy mieszkali po starku, stryj Jan wybudował dom przy pomocy ojca Teresy w ogrodzie, tuż obok. I tu nie oddalili się od siebie. Tyle że stryja dom był nowy, ich prezentował się jak dawniej, chociaż ojciec Teresy powiadał, że długo nie mógł się przyzwyczaić do nieobecności wśród ścian starkowej checzy brata, który był jakby jego uzupełnieniem.

Obaj trzymali po jednym koniu, za to stryj miał trzy, oni dwie krowy. Maszyny kupowali jak gdyby na spółkę; stryj jedną, oni inną i też uzupełniali się. „Spółdzielnia dwóch braci” — mówili ludzie we wsi.

Jeszcze jedna sprawa była wspólna: Po mrozach w lutym, marzec szybko wysuszał pole. Łąka ich, przedzielona tylko strugą, szarzała warstwą naniesionych wodą osadów. Każdego roku stryj Teresy pytał, kiedy pójdą nad strugę. Brali wtedy łopaty, czyścili zabagnione miejsce w strudze, tuż za przejazdem, rozgarniali kretowiska tam, gdzie woda nie zrobiła tego za nich. To był jakby ich dzień rodzinny, czuli się wtedy jak dawniej. Rozmowy najczęściej obracały się wokół spraw, które czas wprawdzie zabrał ze sobą, ale które przecież ich dwóch sprowadzały z powrotem w miejsce jedyne na świecie, które mogli jeszcze wciąż zwać swoim.

Tego marcowego dnia, gdy ojciec Teresy wyszedł na drogę wspinającą się za stodołą na wzgórek, zobaczył brata Jana na ich łące. Stał chwilę, poznał go przecież, a wydawało mu się w którymś mijającym kawałuszku czasu, że to nie Jan, a ktoś inny przeszedł strugę i pracował po tamtej stronie. Na pewno struga była tym, co przywołało to uczucie, ona to rozdzielała ich na parę chwil, jakby chciała podpowiedzieć odrobinę z tego, co miało nadejść.

Franciszek Muza, ojciec Teresy, mógł pójść do niego, mógł zawrócić do domu, by zabrać łopatę i udać się na łąkę, jak zrobił to Jan. To, co powstrzymywało go wtedy na drodze, było jeszcze nieuchwytne, czasem sprowadzało się do przelotnego spojrzenia, które umykało zaraz gdzieś w podwórze, w wieś, wszystko jedno gdzie, byle nie musiało przystawać na dłużej przy drugim z nich: czasem nie więcej jak jeden ruch ręki, jedno odwrócenie się inaczej do wiatru, który owiewał twarz.

Mierziła Muzę tego dnia struga. Jakby nabrała innej wody, zimniejszej, może nawet niezdatnej do picia. Pojął, że może nie tylko nieść w sobie roztopowe wody, ale że potrafi naprawdę dzielić!…

Oberich. Tak zwał się wuj Charlotty. W Bremie mieszkał i stamtąd przychodziły co jakiś czas listy do Charlotty i do Jana. Skoro pisał, musiał również mówić w tych listach o nim, o Janie; przecież wiedział, że Jan był mężem jego siostrzenicy. Ojciec Teresy, Franciszek Muza, o tych listach myślał wtedy, przyglądając się Janowi ze swojego wzgórza, i wydawało mu się, że to one zdołały zaprowadzić jego brata na drugą stronę.

Wrócił na podwórze po łopatę i poszedł jednak na łąkę. Możliwe, że czasem pobiegiwał, bo Jan był zdziwiony i zapytał:

— Masz tak mało czasu?

Muza spojrzał po ich łące, ucieszył się, że gdzieś zapodział się niepokój, z którym w to miejsce przygnał, w każdym razie niewiele z tej niespokojności zostało z chwilą, gdy usłyszał głos Jana:

— Wiele już jest zrobione — powiedział, a ojciec Teresy na to, czy pamięta, że do ich mowy wkrada się czasem coś z niemieckiego języka i że nie mówi się „jest zrobione” albo „on jest jechany”, bo to może być właśnie z niemieckiego: „er ist…”

Brat, stryj Teresy, przytaknął. Powiedział też, że to nic nie szkodzi, bo ci ze wschodu w mowie czasem coś rosyjskiego mają, ale dodał, że on, Franc, ma rację, a potem zabrali się do roztrząsania kretowisk.

W którejś tam chwili wydawało się ojcu Teresy, że Oberich stoi w przyleśnym cieniu i przygląda się ich podzieleniu, które było już nieprawdą: znowu przecież pracowali razem, najpierw po stronie Jana, potem po jego.

Jeden z listów trafił do rąk ojca Teresy tylko dlatego, że u Jana nie było nikogo w domu.

— Nie wiem, dlaczego pisze w ogóle imię? — zażartował pocztylion. — Przecież i tak wszystko jedno, czy to Muza pierwszy z brzegu, czy ten drugi.

Poszedł dalej swoją kolejką domów i chat, a on Franciszek Muza stał jakiś czas bez poruszenia, z listem w ręku, jakby się bał, że za chwilę nadejdzie Lotka i zażąda od niego wyjaśnień.

„Gustaw Oberich — Bremen Vegesack…”

Ulicy już nie odczytywał. Na pierwszej stronie pisało:

„Hans — Charlotte Musa”…

Wpatrywał się w to, co połączono kreską, przecież dwa imiona były mu bliskie, nic nieprawdziwego nie wypisano na kopercie, chyba że to „s” w nazwisku. Tylko że za tymi rządkami liter mógł dostrzec twarz Gustawa Obericha. Wcale nie oddaliła się tak bardzo, aby musiał pokonać odległość między miejscem, w którym stał wtedy z listem, a nazwą Bremen-Vegesack: twarz z ciemną, prawie geometryczną w kształcie plamą włosów nad ustami, włosów przycinanych w jeżowaty wąsik.

Gdy zaszedł z listem do domu Jana, w kuchni była sama Lotka. Stała w trepach na środku kuchni, powiedział „pochwalony”, a ona spytała od razu:

— Jest to moje?

— Listonosz zostawił u nas… Wasze drzwi były zamknięte — powiedział i podał list.

Nie rozerwała koperty, trzymała ją w palcach, może chciała odczekać. Stali oboje, jakby miało się jeszcze coś zdarzyć, wreszcie ojciec Teresy odezwał się pierwszy.

— Wuj twój mieszka w Bremie — stwierdził.

— Ja, w Bremen mieszka nasz wuj — przytaknęła i zaraz dodała: — Czytałeś nadawcę, ciekawił ciebie ten „Absender”. Zresztą wiesz, że on tam mieszka.

— Przemawia on jeszcze tak, jak to umiał?

Nie chciał Lotki urazić, słowa przerosły jednak chęci. Ona rzekła:

— Przecież wuj Gustaw nie przemawiał.

— Nie, to prawda, nie przemawiał, ale za to kłuł słowami…

Dobrze, że usłyszał razem z tymi słowami odgłosy kroków i wszedł Jan. Powiedział coś na przywitanie, przystąpił do stołu, usiadł na ławie i zdjął czapkę.

— Skąd jest poczta? — spytał.

— Wuj Oberich — wyręczył Muza Lotkę, a Jan zdziwił się:

— Już zdążyła tobie Charlotta powiedzieć? No, no!

Gustaw Oberich też rzucał „no, no!”, tylko u niego to brzmiało trochę inaczej: Nó, nóu! Nie usiadł wtedy Muza w kuchni, chociaż Jan mu to zaproponował. Stał nadal, za sobą miał drzwi, razem z Janem, z jego przyjściem, przestrzeń w kuchni jakby zgęstniała, a sufit się obniżył. Nie było dla ojca Teresy już odwrotu, czuł się, jak ktoś, kto przeoczył wygodny do cofnięcia się moment. Musiał zostać niezależnie od dalszych chwil, bez względu na to, co jeszcze się tego dnia miało w domu Jana wydarzyć. Wreszcie Jan spytał żartobliwie:

— O czym żeście prawili? Zdaje się, że was na czymś przyłapałem.

Roześmiał się, ale Lotka wpadła w ten śmiech słowami:

— Franc mówił, że wuj Gustaw przemawiał.

— Przemawiał?

— To przez ten list. Franc nie powinien czytać nadawcy — dodała Lotka, mrużąc oko i uśmiechając się do szwagra.

Muza powiedział:

— Wuj Oberich nie przemawiał, nie. Nie chciał, żeby jego słowa gdzieś po podwórzu się rozfruwały. Dla swojej ofiary je miał. Czasem…

Chciał powiedzieć, że czasem swoje słowa cedził, zaprawiał czymś zjadliwym, splatał drwiną, chociaż robił to właśnie tak spokojnie, że strach oblatywał człowieka. Muza niejeden raz w rozmyślaniach widział tego człowieka w lagrze, gdzie nie musiałby krzyczeć, żeby ludzie się go bali długo przed śmiercią. Tam, u brata w kuchni, mówił już jednak ze zbyt wielką niecierpliwością, za szybko nawet, żeby nie wywołać zdziwienia. Jan wtedy wstał z ławy, podszedł do swojego brata, a ojca Teresy i stał chwilę, patrząc na niego.

— Chto tu zgłupioł na kawałk czasu? — spytał tonem, który krył w sobie nawet prośbę, jeżeli nie żal.

Bywało — później, po wielu dniach — że Muza wymawiał sobie to milczenie po słowach brata. Ale skąd i jak mógł przewidzieć to, co czaiło się w czekającym na swą kolejkę czasie. Przecież nie wiedział o listach nic prócz tego, że Oberich pisywał do swoich krewnych. Nie mieli obowiązku pokazywać mu papieru, na którym jako krewny Lotki kreślił swoje myśli, a do głowy nie przychodziło Muzie, że bratowa może w swoich odczuciach być chwilami bardziej z tamtym człowiekiem, niż z nim. Możliwe, że już wtedy wspierała nadziejami swój inny świat, mierząc nawet kroki po obejściu i domu tymi nadziejami.

Jan wyszedł wtedy z bratem na podwórze, odprowadził go do płotu. Muza wydusił z siebie coś na odchodnym, tamten jeszcze stał parę chwil. Muza powiedział bardziej do siebie niż do brata, że wieczór jest ciemny tym razem; wiedział, że tamten jeszcze stoi, nie oglądał się, odchodząc, ale czuł to sterczenie.

4

Teresa poznała Borzymową miesiąc po sprowadzeniu się do wsi młodego Borzyma z matką. Dopiero teraz, gdy wiele myśli kierowało się w stronę człowieka, którego nazywano często agronomem, uświadomiła sobie ten fakt.

Przecież nigdy przedtem się z nią nie spotkałam — pomyślała któregoś dnia, stojąc w kuchni i czekając na zagotowanie się wody do wieczerzy.

Była w tamtym dniu jedną z rachmistrzyń, przeprowadzała spis ludności i przypadł jej rejon, w którym mieszkała matka z synem o nazwisku Borzym.

W mieszkaniu była tylko ta kobieta.

— Syn jest na zebraniu — wyjaśniła. — W powiecie pewnie, bo tak wyraźnie nie wiedział — dopowiedziała, dodając, że nie wie, czy ona, jako matka, będzie mogła w sprawie spisywania coś pomóc.

— Ale państwo nie macie przecież żadnych morgów? — więcej stwierdziła, niż spytała Teresa.

— Jeszcze nie — powiedziała Borzymowa. — A ja chciałabym jego przed tym obronić.

— Kogo? Przed czym? — zdziwiła się szczerze Teresa.

— Przed gospodarką go będę bronić. Ziemia człowieka może na niewolnika wyprowadzić.

Teresa roześmiała się, bardziej z tego zdziwienia, ale zaraz potem odniosła wrażenie, że dotknęła tym śmiechem kobietę siedzącą po drugiej stronie stołu, zabrała się więc do wypełniania rubryk w arkuszu spisowym, rzecz polegała raczej na skreślaniu tych rubryk, bo Borzymowie byli sami, a cały inwentarz stanowiły cztery kury i warchlak.

Jakoś doszła do ostatnich rubryk w arkuszach spisowych, pytała i skreślała, myślała, że dobrze, iż szybko się skończy ten pobyt z kobietą, która miała w sobie więcej milczenia niż rozmowności.

A matce, która zapytała, jak to tam jest u tych „gronomów”, powiedziała:

— Nic nie wiem, mamo.

— Byłaś na spisie i nic nie wiesz? — zdziwiła się matka.

— Ona była sama.

Matka nie pytała więcej. Jej ciekawość była dla Teresy zrozumiała, skoro Borzymowa pojawiała się we wsi tak rzadko.

Jeszcze raz, to było przy śniadaniu, matka wróciła w rozmowie do Borzymów, mówiąc:

— Nie tak wiele sę może wies spodziewac, jak na oczy sę chto boi pokazac.

— O czym mama mówi? — Teresa spojrzała znad filiżanki z dymiącym mlekiem.

— O matce gronomowej.

— To sę zwie agronom, mama…

— Wszestko jedno — żachnęła się matka — westarczy, że cos mo na sumieniu.

— Co mama?!

Chciała powiedzieć odruchem „co mama plecie”, ale powstrzymała się. Na pytanie, że „może ona tedy je brzydka”, powiedziała, że nie, że jej się wydawała nawet ładna.

— Może tak trochę wystraszona — dopowiedziała. — Wies je dla niej za trudno. Pewnie nie chciała…

Matka wzruszyła ramionami i wyszła do kuchni. Gdy wróciła do stołu, nie znalazły już okazji do dalszej rozmowy, bo rozległo się najpierw ujadanie psa, potem kroki i wreszcie pukanie do drzwi, a zaraz potem stanął w progu młody Borzym.

Przywitanie było trochę nieporadne, podali sobie ręce, gdy witał się z Teresą, uśmiechnął się. Teresa czuła nadciągającą skądś ulgę, bała się, że to może być śmiech, który zacznie ją znowu napastować. Dobrze, że on nie był wtedy sam, mimo iż przyszedł w pojedynkę. Była jeszcze ta kobieta, wprawdzie w Teresy wyobraźni, ale była obecna.

Możliwe, że dopiero później, po tygodniach i miesiącach, tamte chwile u nich w izbie tak się ustawiły, że doszukiwała się w nich niezwykłości, próbując wyczuwać to nieznane, nawet radosne, które gdzieś na pewno istnieć musiało.

— Do pani to już mam tylko pytanie — powiedział wtedy do Teresy. — Czy wszystko się udało ze spisem?

Powiedziała, że poradziły sobie, chciała jeszcze, żeby to zabrzmiało nawet „pana matka jest dobra”, ale zatrzymała się w słowach, zaraz potem wiedziała, że to byłoby nieprawdą, bo przecież nie wyszła z mieszkania Borzymów z takim odczuciem.

Matka Teresy zaproponowała, żeby usiadł. Zrobił to, przysuwając krzesło bliżej stołu, ale za herbatę podziękował:

— Serdeczne dzięki, jedno śniadanie zjadłem przed godziną. Na drugie jeszcze nie czas.

Po słowach tych spojrzał na Teresę, możliwe, że chciał coś sprawdzić, ale matka przeszła do sprawy, o której zaczął na początku:

— Chłop poszedł do kowala. Kiedy się już ociepli, to robota sę ustawia w ogónku, jak po co modnego w sklepie.

— Co modne, to jest drogie — wtrąciła Teresa.

— Jakby jesz zrobili to tanie, ludziska sklep przewrócą do góry nogami! — prawie zawołała matka. — Prawda to, panie…

Przytaknął skinieniem głowy. Teresa zauważyła, że znowu spojrzał na nią, uświadomiła sobie jego ciemne włosy i wyraźne łuki brwi. Właśnie: pierwszy raz przyszło zaciekawienie.

Przemogła się i kierując się w stronę kuchni, powiedziała jednocześnie:

— Przyniosę panu szklankę herbaty. To znaczy, przyniosę napój „à la mama”.

Możliwe, że nie zdążył się obronić. Teresa była już w kuchni, wyjęła szklankę ze spodeczkiem, wytarła dokładnie w czystą ścierkę, dwa razy spojrzała na szkło pod światło, potem nalała wrzątku, dodała esencji i wróciła z tym do izby.

— Proszę. A teraz niech pan włoży dwie łyżeczki dżemu z czarnej porzeczki — powiedziała. — To jest ten napój „à la moja mama” — uśmiechnęła się i usiadła u szczytu stołu.

Dobrze, że wrócił ojciec. Teresa czuła coraz bardziej jego nieobecność, a kiedy tylko wszedł do izby i przywitał się z Borzymem, wstała od stołu i wyszła do sieni, stąd na dwór.

Czy wszystko się udało ze spisem? Szły za nią słowa, które powiedział do niej tak, jakby chciał przeprosić za swoją nieobecność.

Poczuła zadowolenie. Przecież mógł być i czekać, z powodu spisu chociażby.

Przystanęła i obejrzała się. Nie, to było niemożliwe: skąd mógłby się nagle wziąć w ogrodzie, skoro wrócił od kowala ojciec?

Nie miała w ogrodzie nic do roboty, na szykowanie grządek było jeszcze za wcześnie, poprzedniego dnia śnieg zakrył ziemię zupełnie, teraz było ciepło, ale śnieg jeszcze w zacienieniu krył się plamami. Stała, trzymając stylisko motyczki w ręku, próbowała myśleć o ogrodzie, nie udawało się to jednak, raz czy nawet dwukrotnie spoglądała na pole, wracał tamten obraz z izby Borzymów, słowa gościa, który został z ojcem i na pewno rozmawialio sprawach dziejących się zawsze w gospodarstwie. Myślała też o tym, co mógł robić dotąd, skoro jeszcze u nich nie był, była pewna, że to pytanie jest uzasadnione, że pracując w Radzie, chyba powinien najpierw poznać ludzi, możliwe jednak, że jego praca wyglądała inaczej, może musiał siedzieć w biurze Rady Narodowej i pilnować spraw, które jej ojciec zwał po swojemu biuralicją.

Kiedy zamierzała już wrócić z ogrodu do domu, wyszedł on. Ojciec widocznie zasiadł do śniadania, zresztą nie było u nich zwyczaju wyprowadzać gości za próg, tym bardziej kogoś, kto przychodził ze sprawą. Zamknął za sobą drzwi, cmoknął na psa, który zaczął warczeć, a potem spojrzał na ogród. Zobaczył Teresę. Musiał ją dojrzeć, stała niedaleko furtki, odwrócona w jego stronę. Uśmiechnął się i podchodząc do płotu, powiedział:

— Na ogródek trochę za wcześnie, pani Tereso. Chyba że pani wygania resztki zimy.

Nie wiedziała w pierwszej chwili, co powiedzieć.

— Chciałam zobaczyć…

To było wszystko, nic innego nie znalazła w myślach na swoje wsparcie. On stał, zdawało jej się, że już może pójść, że to powinno się już stać.

— Żałuję, że nie było mnie wtedy w domu, pani Tereso — rzekł.

— Dlaczego?

Też nie to; zamierzała zapytać, a przyszło razem z tym zapytaniem więcej zdziwienia, niż chciała.

— Pana matka podała do spisu wszystko — dorzuciła odruchowo.

— Wolałbym to zrobić sam — usłyszała jego słowa, a potem, gdy był już na szosie i szedł w stronę wsi, pojęła, że on na pewno też nie powiedział wszystkiego, że za słowem „sam” kryło się coś więcej niż to, że wolał jej asystować przy załatwianiu spisowych czynności. Ale wtedy jeszcze umiała sobie z tym radzić: wzruszyła ramionami, uśmiechnęła się do siebie i zagarnąwszy motyczką wiecheć słomy, który zmierzwiły kury opodal furtki, zawróciła do domu.

Niepokój zmieszany z radością ponownie zjawił się w najbliższą niedzielę, po dniu, w którym agronom był u nich w domu. Teresa poszła po południu do klubu. Posiedziała we trójkę z dziewczynami, wypiły kawę, może wszystko trwało godzinkę. Gdy wyszły z klubu, na drodze zapytała dziewczęta:

— Idziemy gdzieś?

Zamiast odpowiedzi usłyszała głos Borzyma:

— Dzień dobry paniom! Dzień dobry, panno Tereso! Jeżeli do domu, to mamy w jedną stronę. Ja idę do pani ojca.

Stała przez kilka chwil bezradna, zapomniała na moment o koleżankach, a gdy to minęło, jedna z nich, Genia, pociągnęła za sobą drugą:

— Chodźmy, nie musimy Teresy odprowadzać. Już ma towarzystwo.

Nie tylko zdziwienie, ale coś z oszołomienia było w tych paru chwilach, w których uciekł gdzieś za domy poszum wiatru.

Kiedy wróciła pewność siebie, dziewczęta były już na ścieżce odbiegającej od drogi w wieś. On stał niezdecydowany, ale jej się wydawało, że wszystko zdarzyło się już przedtem, że zostało zdecydowane również to, iż szła później obok niego drogą, jakby to wynikało z poprzedzającego wszystko czasu.

Pamiętała tę drogę w szczegółach nawet. Wracała później myślami do kroków, które szły z nią, albo którym ona chciała dotrzymać towarzystwa.

— Wiedziałem, że pani się zgodzi — powiedział, skoro tylko ruszyli drogą.

Rzekła na to, że nie rozumie, a zaraz potem, że to prawda, iż zamierzała iść do domu.

— Nie wierzę — rzekł. — Wolałbym, żeby było inaczej.

— W klubie było chłodno, pewnie późno napalili — mówiła.

Przyznał jej rację, to zostało na pewno powiedziane tak sobie, kilka kroków przeszedł z nią w milczeniu, a potem zapytał:

— Czy pani jeździ czasem do miasta, pani Tereso?

Spojrzała, on wyjaśnił:

— Do kina albo na jakąś imprezę.

— Rzadko — rzekła krótko.

— A nie ma pani ochoty pojechać, pani Teresko?

— Do miasta? — zmieszała się. — Ja nie wiem… Przecież…

— Proszę się nie wykręcać — powiedział. — Zabieram panią w najbliższych dniach do miasta — oświadczył. — Nie — powstrzymał ją od słów. — Zezwolenie rodziców jakoś się załatwi. Chyba tato nie jest bezwzględnym rządcą — zażartował.

Co mu miała powiedzieć? Że ona nie chce? Przecież było inaczej: ucieszyła się. Starała się to ukryć, ale on powiedział zaraz, że z klubem ona ma rację, był tam przed pół godziną i naprawdę nic przyjemnego.

Byliw tym kinie, już następnego dnia.

Nawet wtedy, gdy przed oczami działo się tamto, co na ekranie, wracało brzmienie jej imienia: Teresko. Była pewna, że nigdy przedtem nie słyszała swojego imienia wypowiedzianego tak jakoś inaczej. Starała się sprawdzić to w pamięci, szukała w myślach, obrazy na ekranie oddalały się, film przestawał ją w tych kawałkach czasu interesować, a gdy w końcu opanowała się, usłyszała jego szept:

— Jak się pani podoba film?

Skinęła głową. Tyle. Dobrze, że nie pytał więcej. Ucieszyła się znowu, gdy poczęstował cukierkami. To było zwyczajne, tak się działo w kinie, gdy znaleźli się tam ludzie we dwoje. Myślała o tym, wiele spraw przychodziło, najczęściej były to jego kroki i jego słowa.

5

Za stryjem Teresy, Janem, mieszkał Prejbisz. Dzieliła ich mała łączka dochodząca do samej drogi pasem niewiele nad trzydzieści metrów szerokim. Za Prejbiszem, ostatni już po tej stronie, trzymał się swego Bizewski, przygrywający kiedyś na organach w luterskim kościele. Już ojciec Muzy, a dziadek Teresy mówił, gdy pytano go, dlaczego tak jest:

— Może temu, że tam mu płacą. Pieniądz je równy: u letrów i u katoleków też…

Po wojnie nie było luterskiej kirchy i nie było na czym grać. Organy rozwieźli po wioskach… Pan Bóg raczył wiedzieć kto.

Ojcu Teresy podobało się to, że Bizewski trwał przy swoim.

— Niemcem jo nie jem — powiadał Bizewski — ale nie będę swojej skóry farbował za każdym dzwonieniem w kościele.

Niby że nie myślał o zrezygnowaniu z ewangelickich pacierzy. A właściwie nikt nie mógł powiedzieć, jak to było po wojnie z