Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
123 osoby interesują się tą książką
Dzieciństwo Sadie dobiegło końca, ale koszmary jej nie opuściły. Mimo to dziewczyna nie zamierzała się poddać. Święte jezioro nigdy się nie myliło. Była alfą. Zmiennokształtną wojowniczką, która na polu bitwy zamieniała się w bestię. Teraz miała szansę stać się członkinią elitarnej grupy bojowej, zwiastunów śmierci królowej fae.
Musiała jedynie przetrwać morderczy trening. I opanować dziwny pociąg do trzech niebezpiecznych mężczyzn. Jax, Ascher i Cobra byli jej współlokatorami i trenerami. Wysocy, silni i potężni morderczą mocą alf, nie wierzyli w Sadie. Na każdym kroku dawali jej do zrozumienia, że jest tylko małą, słabą, godną pogardy istotą. Ona jednak robiła wszystko, by im udowodnić, że się mylą.
Wszystko zaczęło się zmieniać, kiedy na jaw wyszły tajemnice z przeszłości Sadie. Gra o przetrwanie niepostrzeżenie zmieniła charakter. Niebezpieczeństwo czaiło się wszędzie, a delikatna granica między nienawiścią i pożądaniem powoli się zacierała...
Umiesz walczyć. Masz w sobie bestię. Musisz tylko przetrwać...
Książka dla czytelników powyżej osiemnastego roku życia.Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 373
Jasmine Mas
Psychozmienni.
Krwawe dziedzictwo #1
Przekład: Tomasz F. Misiorek
Tytuł oryginału: Psycho Shifters (Cruel Shifterverse #1)
Tłumaczenie: Tomasz F. Misiorek
ISBN: 978-83-289-2287-7
Copyright © 2022 by Jasmine Mas
All rights reserved.
Translation copyright © 2026 Helion S.A.
No part of this book may be reproduced in any form or by any electronic or mechanical means, including information storage and retrieval systems, without permission from the author, except for use of brief quotations in a book review.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.
Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.
Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.
Drogi Czytelniku!
Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adres
editio.pl/user/opinie/psykd1_ebook
Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.
Helion S.A.
ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice
tel. 32 230 98 63
e-mail: [email protected]
WWW: editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)
Ta historia zawiera odniesienia do przemocy fizycznej i seksualnej. Przeszłość Sadie jest traumatyczna, a jej doświadczenia bolesne. Jeśli czytanie o takich rzeczach sprawia ci przykrość, zadbaj o swój dobrostan i postaraj się je omijać.
Jeśli nie czujesz się komfortowo z koncepcją odwróconych haremów, przeklinaniem, nienaturalną anatomią, przemocą albo pikantnymi scenami seksu między mężczyznami, to nie jest odpowiednia seria książek dla ciebie.
Z początku opowieść nie toczy się w ramach klasycznego omegawersum, ale (podpowiedź) wpasuje się w nie, w miarę jak zostaną ujawnione pewne sekrety krainy. Ponieważ jest to trylogia, spodziewaj się, że końcówka będzie cię trzymać w niepewności, ale całość będzie miała szczęśliwe zakończenie.
Miłego czytania.
Czekałam, póki nie ucichły ciężkie kroki butów Dicka.
Tawerna stała się niepokojąco cicha po tym, jak bestia już ją opuściła.
Uśmiechnęłam się szeroko i wyskoczyłam z łóżka. Choć mówiąc szczerze, „łóżko” to była nazwa na wyrost – spałam na szorstkim kocu rozłożonym na deskach podłogi.
Mimo wszystko zapowiadał się wspaniały dzień. Była okazja zabrać moją młodszą siostrę Lucindę i razem z nią zakosztować swobody.
Wygrzebałam wykradziony spinacz do papieru i zabrałam się za rozbrajanie zamka w drzwiach. Zajęło mi to ładną chwilę, moje małe, dziesięcioletnie palce ześlizgiwały się i bolały, gdy je wyginałam.
Kliknęło.
Drzwi się otworzyły i pobiegłam wypuścić Lucindę z jej sypialni, która miała normalne łóżko, biurko i komodę, w przeciwieństwie do mojego niemal pustego pokoju.
Obie byłyśmy służącymi Dicka, z tą różnicą, że mnie nienawidził, a Lucindę zdawał się tolerować. Nie wiedziałam, dlaczego traktuje nas inaczej, ale Lucinda była sześcioletnim słodziutkim aniołkiem, więc tylko miałam nadzieję, że tak pozostanie.
Ja dawałam sobie radę z jego gniewem.
Chichocząc i parskając śmiechem, złapaliśmy nasze stare wełniane płaszcze i zawiązałyśmy buty. Moje były parę rozmiarów za małe, ale nie zwracałam na to uwagi; byłam zbyt podekscytowana wycieczką do lasu i perspektywą wyrwania się z tawerny.
Trzymałam w dłoni małą rączkę Lucindy, gdy wyszłyśmy na zewnątrz i poczułyśmy surowy chłód charakterystyczny dla krainy zmiennych.
Wył zimny wiatr, a na ziemi jak zwykle leżała gruba warstwa śniegu.
Dziś jednak czerwone słońce świeciło wysoko na niebie i posyłało nam ciepłe promienie.
Brutalny chłód nie uderzył nas w twarze i nie skradł nam oddechów tak jak zwykle. Zamiast tego płatki śniegu leniwie spadały z częściowo błękitnego nieba.
Był to cudowny letni dzień, pewnie najcieplejszy w roku.
Rozejrzałam się na boki po brukowanej ulicy, przy której stało kilka sklepów, biblioteka publiczna i tawerna Dicka.
Biblioteka była jedynym miejscem, do którego Dick nas od czasu do czasu puszczał, i uwielbiałyśmy ją, ale dziś nie mogłyśmy tam pójść, bo ktoś mógł nas przyuważyć i o nas wychlapać.
Dick był naszym panem; my byłyśmy służącymi.
Tego poranka zamknął nas w naszych pokojach i wsiadł na swojego konia rasy yukata, by załatwić coś w sąsiedniej osadzie. Ponieważ obie porzucono nas w jego tawernie jako sieroty, należałyśmy do niego.
Wszyscy w miasteczku to wiedzieli.
Po drodze akurat nie przejeżdżał żaden z włochatych koników charakterystycznych dla tej krainy. Lubiłam obserwować te konie, z ich długą, kosmatą sierścią, która pozwalała dobrze znosić dotkliwe zimno.
W tym momencie jednak cieszyłam się, że nikt nie przejeżdżał, bo to znaczyło, że mogłyśmy się wymknąć i że nikt nas nie przyłapie.
Mocno chwyciłam Lucindę za rękę i pognałyśmy przez drogę do gęstego lasu. Biegłyśmy i biegłyśmy, pozostawiając za sobą rozległe zabudowania położone w dolinie.
– Nareszcie, jesteśmy wolne od bestii! – zawołałam, gdy wchodziłyśmy głębiej w las, meandrując pomiędzy grubymi pniami drzew.
Sosnowe igły nad naszymi głowami zasłaniały niebo, a przez dziury w leśnej koronie widziałyśmy potężne białe szczyty otaczające dolinę.
Lucinda wybiegła do przodu, chichocząc jak obłąkana. Uwielbiała bawić się w „odkrywczynie” i gonić na zboczach gór.
– Zaraz cię dopadnę! – zawołałam i zazgrzytałam na nią zębami.
Wyciągając przed siebie ręce niczym pazury, udawałam wojownika alfę.
Lucinda krzyknęła jeszcze głośniej i odwróciła się. Wycelowała we mnie dłoń ułożoną w kształt pistoletu i zawołała:
– Pif, paf!
Moje ciało zadygotało, gdy udawałam, że wstrząsają nim kolejne trafienia, ale parłam do przodu i kłapałam zębami niczym bestia.
W krainie zmiennych były dwa rodzaje mieszkańców.
Na dnie drabiny społecznej były zerówki, które się nie liczyły i stanowiły większość populacji. W krainie mieszkało jakieś pięćdziesiąt tysięcy ludzi i dziewięćdziesiąt dziewięć procent z nich było zerówkami.
Tak jak my.
Z kolei nad nimi byli ABO.
Najpowszechniejszymi ABO były bety. Były żołnierzami tej krainy. Szybsze i silniejsze niż zerówki, żyły dłużej, ale nie potrafiły się zmieniać. Dick był jedną z nich.
Najpotężniejszymi ABO były alfy. Były generałami, potężnymi i nieśmiertelnymi, a każda zmieniała się w wyjątkową, legendarną bestię.
Wreszcie omegi, również nieśmiertelne i bardzo poważane. Zamieniały się w małe, niegroźne zwierzątka, ale mówiono, że pod względem fizycznym były doskonałe, i alfy miały obsesję na ich punkcie.
Ostatnio pani w wiadomościach mówiła, że alfy wymierają, bo omegi były jedynymi zmiennymi mogącymi rodzić ABO, a w krainie nie było już omeg.
Nie rozumiałam, jak ABO mogły wymierać, jeśli były nieśmiertelne, ale uznałam, że chyba po prostu jestem za młoda, by zrozumieć.
Większość mieszkańców testowano w świętym jeziorze, gdy kończyli dwudziesty rok życia, by się przekonać, czy są ABO. Ale ABO były fizycznie imponujące, jeszcze zanim przechodziły tę inicjację.
Nawet jednak gdybym nie była mała i chuda, mnie by to nie dotyczyło.
Służących nie testowano, bo ABO pochodziły z elitarnych rodzin o elitarnych korzeniach. Nie były chudymi, niechcianymi sierotami porzuconymi w barze.
Nie przejmowałam się; przyzwyczaiłam się do bycia zerówką.
Lucinda podskoczyła i złapała za konar drzewa. Jej długie jasne włosy powiewały za drobną złotą postacią, gdy nieustraszenie wspinała się coraz wyżej.
Wspinałam się tuż za nią, a zimna kora wrzynała mi się w palce. Przeskakiwałyśmy z gałęzi na gałąź, kompensując sobie niewielki wzrost.
Roześmiałam się, wyczerpana.
Wspinałyśmy się coraz wyżej po olbrzymim iglaku, szopy trajkotały, a my do nich machałyśmy.
Jeden z nich zasyczał agresywnie, a Lucinda zachichotała, patrząc wielkimi sarnimi czerwonymi oczami, odcinającymi się na małej twarzyczce.
– Patrz, jaki puchaty króliczek – powiedziała, śmiejąc się do rozpuku.
Potwierdziłam skinieniem głowy, bo nie miałam serca jej poprawiać. Lucinda kochała króliczki.
Nareszcie dotarłyśmy na najwyższe gałęzie sosny. Pokryte śniegiem góry były z każdej strony i jak okiem sięgnąć panowały zimno, biel i pustka.
Kraina zmiennych była chłodnym, niegościnnym miejscem.
Było w niej jeszcze bardziej zimno i ponuro, gdy było się dwójką zerówek służących pod butem bety.
Siedząc na wysokiej gałęzi, tysięczny raz zamarzyłam sobie, by móc rozwinąć skrzydła, przelecieć przez portal i znaleźć się w innej krainie. Gdzieś ukrytych w zaśnieżonym lesie było tu kilka portali do krainy fae i jeden do krainy ludzi.
Przynajmniej tak przeczytałam w książce. Były w niej opisane jako chmury wirującej czerni, wciągające tych, którzy podeszli za blisko. Nikt o nich otwarcie nie rozmawiał.
Ale to i tak nie miało znaczenia. Portale nie były bezpieczne.
Obecnie zmienni toczyli wojnę z królową fae – nasyłała na nas potwory, a ABO z nimi walczyły. Krążyły plotki, że chce przejąć naszą krainę.
Spróbowałam wyobrazić sobie wielką bestię ryczącą w głębi lasu.
Nie było to trudne, gdy wielkie drzewa chwiały się na gwałtownym wietrze. W koronie czuć było powiewy zimna i gdy nasza gałąź zakołysała się niebezpiecznie, zareagowałyśmy śmiechem.
Długo siedziałyśmy na górze, opowiadając sobie ulubione historyjki wyczytane w bibliotece; legendy o fantastycznych stworzeniach z odległych krain.
Przysiadały wokół nas ptaki, a wiewiórki i szopy hałasowały na niższych gałęziach. Czerwone słońce całowało twarze, które do niego wystawiałyśmy, wygrzewając się naszą chwilą wolności.
Wreszcie, gdy słońce schyliło się ku zachodowi, a wiatr zaczął wiać ostrym chłodem, zeszłyśmy z naszej podniebnej przystani i powlekłyśmy się z powrotem do więzienia.
Tej nocy, gdy byłyśmy już w starej, podupadłej tawernie, w której mieszkałyśmy, Dick wrócił ze swojej wyprawy.
Wypuścił nas z pokojów i poinformował, że zmienny z miasteczka zauważył nas, jak wspinałyśmy się na drzewa.
Spojrzał na nas ponuro, ale stanęłam przed Lucindą, żeby ją ochronić.
Nie była ode mnie tylko młodsza. Była też mniejsza i delikatniejsza. Jej wielkie rubinowe oczy i blond włosy idealnie oddawały jej łagodny, słodki charakter.
Obie miałyśmy czerwone oczy, ale ludzie opisywali moje jako buntownicze ogniki, a jej jako piękne, błyszczące rubiny.
Nie chciałam pozwolić na to, żeby potwór zabił ich blask; ja tak czy owak nie miałam tego blasku za dużo.
– To była moja wina. Otworzyłam zamki i zaciągnęłam ją ze sobą. Nie chciała iść – powiedziałam, patrząc mu zuchwale w oczy.
Dick zazgrzytał zębami i zmarszczył brwi poirytowany, tak jak zawsze robił, gdy okazywałam mu zuchwałość. Mówił, że moje czerwone ślepia go irytują.
Lucinda wczepiła się rączkami w mój wyliniały strój i czułam, jak jej palce się trzęsą. Miałam ochotę wypruć Dickowi flaki za to, że się go bała.
– Same kłopoty z tobą – powiedział Dick.
Złapał mnie za długi biały kucyk i pociągnął przez korytarz.
Lucinda płakała i pobiegła za nami, ale dałam jej znak, by się uciszyła. Z drżącym od płaczu podbródkiem pokiwała głową i poszła się ukryć pod łóżkiem, co robiła zawsze, gdy on robił mi krzywdę.
Wyszczerzyłam zęby, gdy Dick złapał mnie za kark, ale nie mogłam nic zrobić wobec fizycznej przewagi, jaką miał nade mną beta.
Wepchnął mnie do mojego pustego pokoju, zamknął drzwi i zdjął pas.
Przygryzłam mocno wargę i wyobraziłam sobie, że jestem wielkim wojownikiem alfą.
W wyobraźni robiłam Dickowi to, co on robił mnie.
Za każdy cios pasa, za każdą kroplę krwi, która ze mnie spływała, biłam go.
Wrzeszczał i próbował uciec, błagał mnie, żebym przestała, a ja lałam go wielkimi pięściami.
Nie przestawałam; nie okazywałam litości.
Ale tylko w wyobraźni.
W prawdziwym życiu łzy lały mi się po twarzy i krzyczałam, póki mój głos nie stał się chrapliwy i słaby.
Dick bił mnie bez umiaru.
Gdy bicie się skończyło i Dick wyszedł, a ja poślizgnęłam się we własnej krwi, próbując wstać, przysięgłam sobie, że następnym razem nie będę płakać.
W książkach, jakie czytałam w bibliotece, wielcy poszukiwacze przygód nigdy nie płakali, więc i ja nie będę.
Choć nie byłam alfą, mogłam być silna jak one.
W przeciwnym razie nie miałam szans, by przeżyć.
Krew spływała wzdłuż mojej ręki i kapała na podłogę, którą usiłowałam wyczyścić.
Westchnęłam i zwróciłam się do wewnątrz w poszukiwaniu spokoju, bo cóż, był to tylko kolejny beznadziejny dzień w krainie zmiennych.
Trzask.
Dick ponownie chlasnął mnie pasem, a głośny dźwięk rozbrzmiał w ciszy, jaka panowała w tawernie.
Moja krew prysnęła.
– Napaskudziłaś. Teraz posprzątaj. – Dick nachylił się i plunął mi siarczyście prosto w twarz.
Z biegiem lat Dick stawał się coraz bardziej wredny i nieracjonalny, co było zadziwiające, bo startował z poziomu brutalnego dupka.
Zdecydowanie rozwój osobisty nie był jego mocną stroną.
Plecy paliły mnie żywym ogniem.
Przetarłam zmęczone oczy i opanowałam odruch wymiotny, gdy poczułam w gardle ciężki zapach bety, jaki Dick roztaczał.
– Sprzątaj szybciej! – wrzasnął i z siłą przynależną becie ponownie chlasnął pasem.
Dick był emerytowanym „bohaterem” wojennym. Bohater to najwyraźniej pojęcie subiektywne.
Ja nazwałabym go potworem, draniem, dupkiem, świnią i szmaciarzem.
I ponownie pas Dicka bezwzględnie przeciął moją skórę.
W wieku dwudziestu lat zaczęłam sobie myśleć, że Dick ma coś do mojego ciała i robi, co w jego mocy, by oddzielić je od kości.
Przychodziło mi do głowy tylko jedno: zazdrości mi tego, że moja skóra jest taka złota i lśniąca.
Otwarte rany na plecach paliły, gdy tym szybciej szorowałam podłogę i fantazjowałam o tym, jak by to było wziąć tę szczotę i wrazić mu ją w gardło.
Tawerna była pusta, a ja sprzątałam ślady krwi i zniszczenia po bójce, którą rozpoczęłam, bo jakiś beta złapał mnie za tyłek.
Byłam tylko zwyczajną służącą, więc zmienni obmacywali mnie i dotykali, jakbym była przedmiotem.
Goście tawerny pogardzali mną też dlatego, że byłam niska i niepozorna, moje oczy miały dziwny odcień czerwieni, włosy były długie w kolorze platyny, a skóra złota i lśniąca.
Niestety sto sześćdziesiąt pięć centymetrów i ledwie pięćdziesiąt pięć kilogramów czyniło mnie mizerotą.
Siostra była mojej postury, choć nieco mniejsza, bo młodsza.
Jedyna różnica między nami była taka, że jej włosy były w kolorze ciepłego, miodowego złota, miała nieco więcej krągłości i łagodniejsze rysy twarzy.
Lucinda jednak była jeszcze w szkole, gdzie miała pozostać do osiemnastego roku życia.
W krainie zmiennych dzieci wysyłano do szkoły z internatem od trzynastego do osiemnastego roku życia. Wiele młodszych dzieciaków umierało z powodu powszechnie panującego zimna, więc oligarchia nie marnowała środków na ich kształcenie, póki nie skończyły trzynastu lat.
W rezultacie przez następne dwa długie jak glista lata byłam skazana na mieszkanie samotnie z Dickiem – którego intelekt dało się porównać do grudy ziemi.
Dobre było w tym wyłącznie to, że Dick nie miał okazji, by krzywdzić Lucindę.
Lubił jednak pastwić się nade mną, tak bardzo, że zastanawiałam się czasem, dlaczego mnie po prostu nie zabije.
Codziennie wprowadzałam chaos i codziennie lał mnie pasem.
Doszło do tego, że w praktyce stało się to częścią planu dnia.
Wciąż czekałam na to, żebyśmy porzucili przemoc i zamiast tego zajęli się medytacją, prowadzeniem dziennika i mówieniem o uczuciach.
Zamiast tego trwała między nami otwarta wojna.
Mój najnowszy plan polegał na dokarmianiu szczurów w moim pokoju taką ilością podkradanego sera, że ostatecznie zrobi się z nich mała armia.
Dom Dicka stawał się właśnie domem szczurów.
Zaśmiałam się w duchu, gdy zobaczyłam, jak trzy z nich przemykają wzdłuż przeciwległej ściany baru, kryjąc się pod połamanymi krzesłami i szukając więcej jedzenia.
Widok tych małych łobuzów, które rządziły się w tawernie, sprawił, że niemal zakręciły mi się łzy w oczach.
Były takie milusie i tak sprawnie oraz bezlitośnie opanowywały dom Dicka. To było budujące.
Drań ponownie przeciągnął mi pasem przez plecy, a mój uśmiech zamienił się w grymas.
Przygryzłam dolną wargę, by powstrzymać bezgłośny krzyk, który usiłował wyrwać się z mojej zdartej krtani.
Oczy szczypały mnie od niewylanych łez. Ciało nie mogło znosić bólu w nieskończoność.
Bił tak kurewsko mocno.
Na podłodze z czerwonych desek, którą usiłowałam doczyścić, pojawiły się kolejne krople mojej własnej krwi.
Poczułam, jak wzbiera we mnie gniew, tak że ręce zaczęły mi się trząść, a w uszach słyszałam bicie własnego serca.
Wczoraj, gdy skończyłam dwadzieścia lat, obudziłam się i objawiło mi się rozwiązanie wszystkich moich problemów.
Musiałam zabić Dicka.
Dotąd mój plan polegał na tym, żeby dać się lać Dickowi, dopóki za dwa lata Lucinda nie wróci ze szkoły.
Gdy się wczoraj obudziłam, silnie zapragnęłam zamordować tego dupka.
Dwa lata to było za długo.
Dick musiał umrzeć. Teraz.
Może uda mi się znaleźć jakiś sekretny portal do innej krainy, a może oligarchia skaże mnie na śmierć.
Tak czy owak, jeśli Dick będzie martwy, to nie skrzywdzi już ani mnie, ani Lucindy.
To był idealny plan.
– Uderz mnie jeszcze raz, a przekonasz się, co się stanie. – Mój głos był chrapliwy i nierówny, bo moje gardło zdarły lata krzyków i krzywd.
Splunęłam na ziemię pod jego buty.
Jego czerwonawa twarz nabrała koloru purpury, a w oczach błysnął ogień.
Kopnął mnie w brzuch okutym butem i wziął kolejny zamach.
– Bezużyteczna dziwka! – Jego małe oczka błysnęły, a obwisłe poliki zatrzęsły się ze złości. Dick nie miał daru wymowy.
To była historia stara jak świat. Służąca na kolanach, cała we krwi, a pan nad nią rozwścieczony.
Ale ja zawsze wolałam te mroczniejsze historie – te, w których służąca zabija pana i kąpie się w jego posoce.
– Jestem Sadie, a nie dziwka! – Złapałam spadający na mnie pas, a jego złośliwe oczka otworzyły się szeroko z zaskoczenia.
Czas się zatrzymał, gdy każde z nas trzymało za jeden koniec broni.
Skupiłam się na tym jednym przełączniku, który miałam w mózgu: dźwigni, którą wystarczyło odpowiednio przestawić, by odzyskać wolność.
Pojawiło się odrętwienie.
Przestałam czuć cokolwiek.
Chłodna ulga.
Wszystkie moje emocje nagle zniknęły, a świat stał się mniej kolorowy, wszystko przyblakło.
Moje rozsypane, pełne emocji myśli rozpłynęły się w chłodną nicość.
Bezbrzeżna wściekłość, ból i smutek po prostu zniknęły. Byłam superskoncentrowana na zagrożeniu i wyeliminowaniu go.
To był jedyny sposób, w jaki mogłam przetrwać jako nastolatka wobec wciąż nasilającej się brutalności Dicka.
Przełącznik w mózgu zamieniał mnie w pozbawioną emocji sukę, która była w stanie przetrwać wszystko.
Jedyną niedogodnością było to, że włączone odrętwienie potrzebowało czasu, by się odnowić po każdym użyciu.
To odrętwienie pojawiło się nagle, gdy skończyłam jedenaście lat.
Było już za późno, by uratować mój głos, schrypnięty od krzyku podczas bicia, ale przynajmniej dzięki temu przeżyłam.
Teraz wszystko było we mnie lodowate, bardziej zamrożone niż lodowce na zewnątrz.
Podetnij mu nogi. Odbierz pas. Zaciśnij na szyi i zabij go.
Dick otrząsnął się z szoku, a jego twarz zaczęła się wykrzywiać z wściekłości. Drganie prawej brwi zapowiadało, co się stanie.
Będzie jeszcze bardziej krwawo.
Dick szarpnął ręką do tyłu i pociągnął moje niewielkie ciało, ale nie puściłam pasa.
To tylko powierzchowna rana, żadnych obrażeń wewnętrznych. Zbij go z nóg. Uderz w staw kolanowy.
Wyrzuciłam nogi do przodu i go podcięłam. Dick walnął o podłogę z hukiem, łamiąc krzesła w pustej tawernie.
Puścił pas.
Zaciśnij mu go na szyi.
Ryknął, próbując się podnieść, a ja skoczyłam. Zanim zdołał się ruszyć, pasek był już zaciśnięty na jego szyi i zaczynał go dusić. Jego wielkie, mięsiste łokcie uderzyły do tyłu, prosto w moje żebra. Jakaś kość pękła, ale ani nie pisnęłam.
Mocniej.
Gdy byłam odrętwiała, ból do mnie nie dochodził.
Dick, walcząc, szarpnął się tak mocno, że uderzył całym moim ciałem o stół, ale nie puściłam go.
Jego nabiegła krwią twarz przybrała kolor fioletu, a małe oczka nieomal wyszły z orbit.
– Przygarnąłem cię. Uratowałem – wycharczał, walcząc o życie.
Nie ratuje się nikogo przez lanie pasem.
Cały mój korpus był w długich, paskudnych bliznach, a ich zgrubiałe krawędzie przypominały o każdym uderzeniu.
– Nie, biłeś mnie.
Zabij go.
Zacisnęłam pas jeszcze mocniej na jego szyi, a on przestał oddychać.
Duszenie bety trwało w nieskończoność, a kark Dicka był grubszy niż przeciętnie, ale odrętwiała, nie przejmowałam się tym.
Nigdzie się nie śpieszyłam.
Nagle, zupełnie niespodziewanie, drzwi tawerny stanęły otworem. W wejściu pojawiła się jakaś postać.
Przestraszyłam się nagłego hałasu, a odrętwienie zniknęło. Czasami tak właśnie się działo, gdy byłam zaskoczona.
Poczułam, jak zalewają mnie emocje, a bok, który mocno odczuł uderzenia Dicka, boli jak cholera.
W drzwiach stał obcy, odziany w ciężki płaszcz z kapturem.
Do pomieszczenia z wyciem wpadł lodowaty wiatr, rozwiewając jego poły.
– Do oligarchii dotarły wieści, że w tym miejscu żyje dwudziestoletnia służąca. Nowe rozkazy: wszyscy służący mają zostać przetestowani w świętym jeziorze – odezwał się głęboki męski głos.
To nie była propozycja.
Za plecami przybysza hulał wiatr ze śniegiem, a on uchylił płaszcza, by pokazać potężną szybkostrzelną spluwę.
Technika nie sprawdzała się najlepiej w tak niskich temperaturach bez dodatkowej pomocy i pewnie właśnie dlatego po broni pełgało błękitne światło magii fae.
Przestałam dusić Dicka.
Nie mogłam go zabić, bo wtedy przybysz rozstrzelałby mnie na kawałki, co było naprawdę fatalną perspektywą.
Bez zbędnego gadania postać narzuciła na mnie ciepły płaszcz (tak chyba zwykle robiła), złapała za szyję i wypchnęła wprost w objęcia parszywego chłodu.
Dick szedł za nami w milczeniu, przerywanym tylko chrzęstem śniegu pod butami.
Podziękowałam księżycowej bogini, że miałam na stopach ciepłe obuwie.
Była zima i temperatury spadały daleko poniżej zera, a mieszanina śniegu z odłamkami lodu bezlitośnie bombardowała moje wytarte okrycie.
Krwawe rany na plecach bolały, ale czułam już, jak skóra zaczyna się zabliźniać.
Wszystkie zerówki potrafiły zaleczać rany w ciągu dosłownie dni. Krwawienie przeciętej pasem skóry już ustawało i z doświadczenia wiedziałam, że w ciągu trzech dni zostaną tylko blizny.
Inaczej niż ciała ABO, które bliznami nie musiały się przejmować, moje, słabsze, było nimi poznaczone.
Skóra wystawiona na minusową temperaturę paliła w nienaturalny sposób od zimna, co mogło się skończyć odmrożeniem.
Dygotałam, ale wiedziałam, że nic mi nie będzie.
Dorosłe zerówki były zdolne przeżyć zimno, o ile nie zostały na zewnątrz przez całą noc.
Widoczność była beznadziejna, a kolejne minuty mijały w drodze przez białą, śnieżną zawieruchę.
Wtedy trzymający mnie za szyję człowiek w płaszczu popchnął mnie do przodu, a ja upadłam na kolana w gęsty śnieg.
Spojrzałam do góry przez rzęsy pokryte lodem.
Klęczałam na brzegu świętego jeziora.
W jego nieskazitelnym lustrze odbijały się góry i otaczające je sosny.
Gęsty, intensywny śnieg, który padał na ziemię, nad wodą znikał i niezamarznięta tafla pozostawała nietknięta.
Krążyła plotka, że fae zaczarowały jezioro tysiące lat temu, na długo przed wojną.
Zadygotałam i westchnęłam ze zmęczenia. Byłam chudsza i słabsza niż wszystkie inne zera.
Wszyscy wiedzieli, że ABO były zawsze większe i bardziej imponujące, nawet jeszcze przed rytuałem przejścia.
Ta cała szopka była bez sensu.
Mężczyzna w płaszczu przemówił, głębokim i szorstkim głosem:
– Słoneczny boże, pobłogosław nam. Zabarw połowę jeziora czernią, jeśli widzisz bestię alfy, ćwierć jeziora fioletem, jeśli widzisz siłę bety, a brzeg rzeki żółcią, jeśli widzisz nasienie omegi.
Zanim zdołałam zareagować, wyciągnął długi, groźnie wyglądający nóż, przeciął moją rękę i przytrzymał ją nad wodą.
Przedramię zabolało, gdy obrócił moją rękę i ścisnął.
Niczym w zwolnionym tempie, moja krew zaczęła kapać na srebrzystą taflę.
Powiew wiatru rozproszył czerwone krople i wyglądało to tak, jakby powietrze chciało je odegnać w rozpaczliwiej próbie zapobieżenia temu, co miało się stać.
Moja krew zaplamiła zaśnieżony brzeg.
Lecz jedna, tylko jedna kropla spadła na powierzchnię srebrnego jeziora.
A ono stało się czarne – do ostatniej kropli.
Czarne jak noc, czarne jak bezduszna otchłań.
Czarne jak alfa.
Nieskończona czerń jeziora odcinała się od czystej bieli panującej w zaśnieżonej dolinie.
Alfy były straszliwe, przerażające i niesłychanie rzadkie.
W uszach mi szumiało, kolana dygotały i wbrew prawom fizjologii zaczęłam intensywnie pocić się wszystkimi porami mojego zmrożonego na kość ciała.
Kobiet alf nie było.
Nigdy.
Zanim mogłam zareagować, Dick złapał mnie za ramię i pociągnął do tyłu.
– To się doigrałaś, dziwko.
Odciągnął mnie, ale mężczyzna w płaszczu też mnie złapał i wyrwał z jego uścisku.
Dziwny osobnik przerzucił mnie sobie przez ramię i ruszył do biegu przez gęsty las. Nie ustając, podniósł broń i posłał w Dicka serię pocisków.
Miałam nadzieję, że trafiły.
Mijaliśmy drzewa z taką prędkością, że rozmazywały mi się w oczach.
Alfy były brutalnymi psychopatami, którzy umieli się zamieniać w straszliwe bestie.
Cieszyły się niemal boskim uwielbieniem.
Były niczym przerażający, psychotyczni nieśmiertelni bogowie.
Dowódcy wojsk. Brutalni strażnicy portali.
Alfy walczyły z potworami, bo same były potworami. Została ich tylko garstka. Każdą z nich uwielbiano i każda budziła przerażenie.
Teraz ja byłam jedną z nich.
Nie potrafiłam oddychać, bo ramię mężczyzny wbijało mi się w brzuch, a groza paraliżowała umysł.
Obrazy przesuwały się jak w kalejdoskopie.
Gdy przez gęstą ścianę sosen rzuciłam okiem na jezioro, uświadomiłam sobie, że aż do tej chwili nie wiedziałam, co to jest prawdziwy, obezwładniający strach.
Jezioro nie było już czarne.
Było czerwone niczym krew.
Zgodnie z tym, co mówiła oligarchia, fae zaczarowały jezioro tak, by przyjmowało jeden z trzech kolorów, i żaden z nich nie był czerwonym.
Do oczu napłynęły mi łzy przerażenia i poczułam, jak gwiżdże mi w uszach.
Modliłam się, by oczy mnie myliły.
Wreszcie straciłam przytomność.
Jęknęłam, czując pulsujący ból ręki. Moja twarz swędziała wściekle pod warstwą zaschniętej krwi i przypomniałam sobie jak przez mgłę, że podczas bójki w barze dostałam w nos.
Odzyskując kontrolę nad obolałym ciałem i otwierając zaropiałe oczy, zamrugałam i natychmiast pożałowałam, że je otworzyłam.
Trzech mężczyzn podobnych bogom stało nade mną, przesłaniając niebo.
Natychmiast się zjeżyłam i spróbowałam przełączyć się w tryb odrętwienia.
Nic się nie wydarzyło.
Na moje nieszczęście odrętwienie powracało do mnie nie wcześniej niż półtora dnia po ostatnim użyciu. Czasami zabierało to nawet dłużej.
– Obudź się, Księżniczko – powiedział jeden z bogów, a moje niezborne spojrzenie skupiło się w końcu na nim.
Pierwsze, co zauważyłam: był ogromny, a jego skóra była pokryta tatuażami.
Drugie, co zauważyłam: był nieprzyzwoicie wręcz przystojny.
Każdy centymetr kwadratowy jego ramion, nóg, klatki piersiowej i karku był ozdobiony kolorowymi wzorami róż i płomieni.
W całym swoim życiu nigdy nie widziałam tak wytatuowanego mężczyzny.
Wzory były imponujące i tylko wzmagały wrażenie, jakie robiła jego potężna postać i wydatne mięśnie.
To jednak nie tatuaże były najbardziej zdumiewającą częścią jego wizerunku.
Z gęstej złotej czupryny wystawała para potężnych czarnych rogów. Były wielkie, grube i zakręcone na czubku.
Wytatuowane rogate bóstwo pochyliło się nade mną i potrząsnęło mnie za ramię.
Widziane z bliska, rysy jego twarzy oszałamiały: wydatne kości policzkowe, ostra linia szczęki i przenikliwie bursztynowe oczy patrzące na mnie groźnie.
O tak, rogaty mężczyzna był przerażający.
Instynkt krzyczał do mnie, każąc mi walnąć go w grdykę i uciekać ile sił, bo żaden mężczyzna nie powinien być tak wielki, przystojny i zajebisty.
Poczołgałam się do tyłu na łokciach, a rogate bóstwo patrzyło na mnie z uniesioną brwią.
Zaczęłam jaśniej myśleć i zdałam sobie sprawę, że wczołgiwałam się tyłem w stertę śniegu, dygocząc i marznąc jak jasna cholera.
Do ochrony przed mrozem miałam tylko płaszcz.
Z pozytywów – to nie Dick stał nade mną z pasem w ręku, a rany na plecach już nie bolały.
Rozciągnęłam łopatki i odetchnęłam z ulgą, że nie towarzyszyła temu przeszywająca strzała bólu. Obrażenia wydawały się już zaleczone.
Z gorszych wiadomości – stał nade mną jakiś bóg, jakiego nigdy dotąd nie widziałam. Nie wiedziałam nawet, że mężczyźni mogą nosić rogi na głowie.
Czy ostatecznie postradałam rozum?
Czy były to realistyczne halucynacje?
– Gdzie ja jestem, do cholery? – Mój chrapliwy głos brzmiał głośno i surowo, a suchość w gardle sprawiła, że zaczęłam kaszleć.
Skrzyżowałam palce za plecami i zaczęłam się modlić, żeby nie powiedział „w zaświatach”, bo nie byłam psychicznie gotowa na bycie martwą.
Pewnie, moje życie było do bani, ale wiecie, co jeszcze jest do bani? Umrzeć, zanim utraci się dziewictwo. Coś takiego to byłby po prostu wstyd.
– Nie igraj z nami – powiedziało wytatuowane bóstwo niskim szorstkim głosem, na którego dźwięk aż poczułam ciepło między nogami.
Odstąpił o krok, a ja podniosłam tyłek i zatoczyłam się w drugą stronę.
Nie potwierdził, że w istocie nie byłam martwa, a nie miałam zamiaru pozwolić na to, by zaatakował mnie jakiś mroczny bóg zaświatów.
Niezgrabnie stając na nogach, rozejrzałam się dookoła.
Nagle poczułam, że chciałabym jednak być martwa.
Kogo by to obeszło, że zmarłam dziewicą? Wstrzemięźliwość jest spoko.
Przede mną na tle nieba widniała masywna szara forteca. Ze wszystkich stron otaczał ją las, a na jego skraju biegł wysoki mur z cegieł.
Wszędzie stali na nim strażnicy uzbrojeni w broń automatyczną.
Groźne czarne spluwy świeciły błękitnym, magicznym blaskiem i wszystkie były skierowane na mnie.
Jakaś część mnie poczuła, że to jej schlebia – uznali, że aby mnie powalić, potrzeba naprawdę wielkiej siły ognia.
Większa część mnie jednak nabrała ochoty, by zsikać się w spodnie i zacząć płakać jak dziecko. Bo ktoś rzucił mój chudy tyłek na plac przed fortecą.
W całej krainie zmiennych istniało tylko kilka takich fortec i wszyscy wiedzieli, że znajdują się w pobliżu portali prowadzących do krainy fae.
Były one poukrywane w odległych górskich dolinach, a ich dokładna lokalizacja była najpilniej strzeżonym sekretem.
Portale były polami bitew, na których alfy i bety walczyły z potworami z fae i powstrzymywały je przed najazdem na naszą krainę.
W fortecach mieszkali i ćwiczyli gotowi do walki żołnierze.
Znajdowałam się na placu kompleksu wojskowego zbudowanego na pierwszej linii wojny między potworami.
Teoretycznie to nie było takie złe. Jeśli znajdowałam się niedaleko portalu, miałam szansę na ucieczkę z tego paskudnego miejsca.
W praktyce jednak to był jakiś koszmar.
Lucinda wciąż mieszkała w internacie i nie miałam pojęcia, jak się z nią skontaktować. Nie mogłam uciec przez portal bez mojej młodszej siostry.
W tym momencie mój ociężały mózg postanowił przypomnieć mi, co się stało przy jeziorze.
Jak przystało na silną, niezależną kobietę, zgięłam się wpół i wyrzygałam prosto w śnieg. Żołądek miałam raczej pusty, bo nie pamiętałam, kiedy ostatnio jadłam.
Torsje szarpały mną brutalnie i dławiłam się śliną, kaszląc i plując schylona przed oczami trzech bogów.
Nie była to moja chwila chwały.
– Obrzydliwa, żałosna istota. – Ktoś stojący przy wytatuowanym prychnął pogardliwie.
Zrobiłam błąd i spojrzałam na niego.
Jasna cholera.
Był przepiękny.
Wyglądał jak starożytny marmurowy posąg wojownika o tak bladej skórze, że wyraźnie odcinały się na niej turkusowo-błękitne żyły.
Granatowoczarne pukle włosów opadały mu na oczy w kolorze głębokiego szmaragdu, ciemniejszego i bardziej intensywnego niż ciemna zieleń iglastych drzew otaczających dziedziniec.
Rysy twarzy rogatego bóstwa były tak surowe, że można się było ich przestraszyć, ale ten blady bóg był klasycznie przystojny.
Przypominał posąg słonecznego boga, obraz anioła z krainy bogów, o której istnieniu krążyły pogłoski, irytującego dupka przekonanego o tym, że jest zarąbiście piękny.
Miał silną szczękę, blade policzki, prosty nos i rozkosznie grzeszne usta, wykrzywione pogardliwie na mój widok.
I ja pierdolę, na dodatek jego skóra była usiana setkami fantastycznie połyskujących szmaragdów i diamentów.
Niewielkie klejnoty przystrajały jego kości policzkowe i ciągnęły się wzdłuż szyi.
– Gapi się? – Jego idealna górna warga uniosła się w odrazie.
Właśnie tak, wszyscy faceci byli do bani.
– Po prostu nie rozumiem, dlaczego masz tyle kamieni na skórze. To dziwne. – Odrzuciłam włosy na ramię, zachowując się tak, jakby te kamienie nie były najpiękniejszymi klejnotami, jakie widziałam.
Niestety moje białe włosy przypominały zamrożone szczurze gniazdo, co zepsuło efekt.
Poczułam ucisk w brzuchu, gdy przypomniałam sobie o małych szczurach w tawernie.
Miałam nadzieję, że poradzą sobie bez mojej pomocy. Będzie im brakowało mamusi.
Owszem, uznałam się za samozwańczą matkę szczurów.
Była to rzadka, odpowiedzialna rola, do której nadawały się tylko najsilniejsze kobiety. Albo te, które mają dostęp do sera.
Tak czy owak, szczury były moimi dzieciątkami i już za nimi tęskniłam.
Przestałam się jednak martwić o swoje szczury, bo rogate bóstwo zrobiło krok w moją stronę.
Ja zrobiłam dwa kroki w tę samą stronę.
Zarówno on, jak i ten blady byli zbudowani z samych mięśni i wielcy jak cholera.
Każdy z nich górował nade mną o półtorej głowy i był trzy razy szerszy.
Ja mierzyłam sto sześćdziesiąt pięć centymetrów. Oni natomiast byli zbudowani tak, jakby jedli piętnaście obiadów dziennie i dla zabawy rzucali głazami.
W sumie w ten sposób nie przedstawiali się w najlepszym świetle. Wyglądali, jakby starali się o wiele za bardzo i byli uzależnieni od dźwigania ciężarów.
To nie jest atrakcyjne.
Ale nie miałam zamiaru z nimi walczyć.
Moje dźwiganie ciężarów to było noszenie kufli z piwem dla klientów tawerny i szarpanie się z Dickiem.
Zaledwie w zeszłym tygodniu upuściłam zastawioną tacę dlatego, że niosąc ją, poczułam bolesny przykurcz bicepsa.
Można było powiedzieć, że siła fizyczna to była moja słaba strona.
Rzuciłam okiem na całą tę broń automatyczną i stojących przede mną mężczyzn. Mimo wszystko te spluwy przedstawiały sobą mniejsze ryzyko.
Wystarczyło, żebym doskoczyła do ściany, wspięła się na nią, przedarła przez strażników, zeskoczyła z drugiej strony i dobiegła do linii drzew.
Westchnęłam ciężko i zastanowiłam się, kogo tak bardzo wkurzyłam w poprzednim życiu, bo to zdecydowanie nie toczyło się najlepiej.
– Spokojnie, Ascher, nie trzeba jej straszyć. – Trzeci mężczyzna postąpił do przodu, wychodząc z cienia muru.
Najwyraźniej ten z rogami miał na imię Ascher.
Najwyraźniej też ten nowy pochłonął w łonie matki swojego brata bliźniaka. W przeciwnym razie nie było szans, żeby wyrósł tak wielki!
Zrobiłam kolejny krok do tyłu i niemal zsikałam się ze strachu, gdy objawił się cały.
Miałam na sto procent przerąbane.
Ta trzecia bestia sprawiała, że pozostała dwójka wyglądała przy niej wręcz przeciętnie.
Było to fantastyczne osiągnięcie, bo jak dotąd byli to dwaj najwyżsi i najpotężniejsi mężczyźni, jakich widziałam w życiu. O wiele więksi nawet od Dicka.
Mój mózg doznał przeciążenia i cofnęłam się jeszcze bardziej.
Mężczyzna był ciemnoskóry. Długie warkocze, z których zwieszały się setki łańcuszków i złotych ozdób, sięgały mu aż do bicepsów.
Łańcuszki podzwaniały na lodowatym wietrze i powiewały wokół niego.
Miał też w uszach złote sztangi, a jego szeroki nos był ozdobiony złotym kolczykiem.
O ile się orientowałam, zmienni nie nosili biżuterii, bo ekstremalne temperatury, w jakich żyli, mogłyby sprawić, że przymarzłaby do skóry.
Temu imponującemu gigantowi najwyraźniej to nie przeszkadzało.
Byłam trochę zazdrosna. Błyskotki były ładne.
A atrakcyjnego wizerunku dopełniały wydatne kości policzkowe, mięsiste wargi i oszałamiające szare oczy.
Jego rysy nie były tak ostre jak rysy pozostałych mężczyzn, co powinno nieco zmiękczać jego wygląd.
Nie zmiękczało.
Nigdy dotąd nie widziałam nikogo tak wielkiego. Wydawało się wręcz niemożliwe, żeby ktoś mógł być tak wielki.
To były po prostu wielkie zwały mięśni zawieszone na potężnym szkielecie i rozciągające do granic wytrzymałości materiał koszuli z długimi rękawami.
Wyglądał jak rysunek bohatera komiksu, którego mięśnie są zbyt wielkie, by mogły istnieć naprawdę.
On jednak najwyraźniej istniał i stał nade mną. Żywy i prawdziwy.
Od patrzenia na niego bolała mnie szyja.
Oceniałam, że musiał ważyć dobrze ponad dwieście kilogramów i był ode mnie o trzy głowy wyższy.
Jeden jego cios by mnie zabił.
– Nazywam się Jax. Co tu robisz, przy portalu trzecim? – Powoli zrobił krok w moją stronę, rozkładając ręce tak, jakbym była rannym zwierzęciem, którego nie chciał wystraszyć.
– Nie wiem.
– Kłamczucha. To miejsce jest ukryte. – Ascher spojrzał na mnie groźnie, jego bursztynowe oczy rozgorzały ogniem, a pierś się uniosła. Tatuaże płomieni podniosły się wzdłuż jego szyi aż na wysokie kości policzkowe.
– Może to szpieżka. – Blady mężczyzna o skórze usianej diamentami i szmaragdami zaczął obchodzić mnie dookoła. Odciął mi drogę ucieczki.
Wszystkie instynkty krzyczały we mnie, że mam uciekać. Jego głos był zimny jak lód, a intensywnie zielone oczy puste – kompletnie pozbawione duszy.
Biło z nich okrucieństwo.
– Spokojnie, Cobra. – Jax wyciągnął rękę i powstrzymał Cobrę przed okrążeniem mnie niczym drapieżnik zwierzynę.
Cobra było naprawdę idealnym imieniem dla pięknego bladoskórego, który poruszał się z gracją węża prześlizgującego się po śniegu. Nic nie chrzęściło pod jego stopami.
– Nie masz pojęcia, co tu robisz? To wydaje się mało prawdopodobne. Zastaliśmy cię leżącą na placu. W jakiś sposób przeszłaś przez bramę. Wyjaśnij. – Jax nie robił groźnej miny ani też nie próbował wyglądać groźnie. Po prostu skrzyżował ramiona na piersi jakby nigdy nic i napiął mięśnie.
Spojrzałam na nie; jego bicepsy były dwa razy grubsze od moich ud.
– Ostatnie, co pamiętam, to to, że poddano mnie testowi przy świętym jeziorze – powiedziałam cicho swoim nieuleczalnie schrypniętym głosem.
– Jesteś nową betą? Mamy braki w ludziach, więc to mogłaby być dobra wiadomość. Choć jak na betę jesteś rozczarowująco mała. Bez urazy – powiedział Jax, krzywiąc się, a ozdoby w jego włosach zadzwoniły.
Jego wielka postać zasłoniła czerwone słońce, a ja starałam się niepostrzeżenie znaleźć jak najdalej od trzech mężczyzn.
– Eee, nie jestem betą. – Serce waliło mi w piersi i kręciło mi się w głowie.
– Alfy, oto pilna wiadomość od oligarchii. Do alf, pilna wiadomość! – Od strony bramy fortecy nadbiegł wysoki szczupły chłopak, przemierzający plac tak szybko, jakby paliło mu się pod tyłkiem.
Zrobiłam jeszcze jeden krok do tyłu, w duchu licząc na to, że skoczę przez kamienny mur, gdy skupią uwagę na czymś innym.
Alfy.
To nabierało sensu.
Wszystkie pogłoski mówiły, że były groźne i psychotyczne, bardziej niż jakakolwiek beta czy zerówka.
Były uosobieniem potęgi. Ci mężczyźni jak najbardziej byli potężni, niczym śnieżna burza, która wszystko na swej drodze obraca w lód.
Gdy Jax podszedł do śpieszącego się chłopaka, by z nim porozmawiać, ostrożnie odsunęłam się do cienia.
Jax wydawał się ich przywódcą, co by się zgadzało. Był dosłownie wielki jak góra. Poza tym w jego oczach nie pełgało szaleństwo, jak u tamtych. Wydawał się bardziej zrównoważony.
– Tsk, tsk – zacmokał Cobra, zwracając się do Aschera. – Myślisz, że mała szpieżka spróbuje uciec? Myślisz, że to królowa fae ją przysłała? – Jego zadziwiająco ciepła dłoń złapała mnie za szyję i lekko ścisnęła.
W jego palcach osadzone były małe klejnoty i tam, gdzie dotykały mojej skóry, czułam przeszywające zimno.
Skóra Cobry była ciepła, ale tkwiące w niej diamenty – zimne.
Nie pozwalałam mężczyznom się dotykać. Nigdy.
– Puść mnie! – Najsilniej, jak umiałam, wbiłam mu obcas w sklepienie stopy, a łokieć w splot słoneczny.
Zamiast mnie puścić czy choćby jęknąć z bólu, Cobra parsknął śmiechem. Śmiechem śliskim jak jedwab.
Uścisk wokół mojej szyi zacieśnił się i gwiazdy zawirowały mi w oczach. Łokieć, który zderzył się z jego mięśniami brzucha, bolał, jakby uderzył w ścianę.
– O co chodzi, Zed? – Jax zwrócił się do chłopaka, który zgiął się wpół i dyszał, jakby przybiegł tu najszybciej, jak potrafił.
– Oligarchia przysyła pilną wiadomość. Dziewczyna jest alfą. Jest nową alfą. Potwierdzili to. Nic jej nie róbcie! – Chłopak, najwyraźniej o imieniu Zed, wskazał na mnie, ewidentnie przerażony perspektywą tego, że Cobra skręci mi kark.
Pewnie był do tego zdolny.
– Nazywam się Sadie, nie „dziewczyna”. – Skrzyżowałam ręce na piersiach, próbując wyglądać groźnie, co nie było łatwe w sytuacji, gdy wciąż byłam trzymana za szyję.
– Akurat. – Cobra wypuścił mnie i odepchnął, jakbym go parzyła.
Dopiero po sekundzie doszło do mnie, że nie miał na myśli mojego imienia, ale to, że jestem alfą.
– Nie ma, kurwa, takiej możliwości, żeby ta Księżniczka była alfą. Nie ma kobiet alf. Popełnili błąd. – Ascher tupnął sfrustrowany i przeciągnął dłonią po jednym ze swoich rogów.
Żar w jego oczach jasno wskazywał na to, że jest w gorącej wodzie kąpany.
Znałam takich jak on: wielkie dzieciaki, które wyżywały się na wszystkich dookoła.
– Jesteś pewien? – Jax przechylił głowę na bok i przyjrzał mi się, jakby wypatrując jakiejś oznaki tego, że jestem psychotyczną alfą, która potrafi przemieniać się w bestię.
– Tak, to potwierdzone przez oligarchię! – powiedział Zed, pokazując na mnie, jakbym była połamanym widelcem, który usiłował komuś sprzedać. Aż przykro było patrzeć na ten spektakl.
Jax skinął głową, jakby przyjął to do wiadomości.
– Potrzebujemy każdej pomocy, jaka się nadarza. Dobrze, przyjmiemy ją i sprawdzimy, do czego się nada.
– Nie ma, kurwa, mowy – wyrwał się Ascher.
Równocześnie Cobra się roześmiał.
– Rozgnieciemy ją na miazgę.
Wszystkie trzy alfy ruszyły w stronę fortecy, nie zwracając nawet uwagi na to, czy idę za nimi.
Nie traktowały mnie jak zagrożenia.
Podszedł do mnie Zed. Miał wielkie szczere brązowe oczy, a gdy się do mnie uśmiechnął, wyglądało na to, że jest autentycznie życzliwy. Nie był to częsty przymiot w krainie zmiennych.
– Przepraszam cię za to. Jesteśmy zaszczyceni, że to do portalu trzeciego trafiła nowa alfa, bo od wielu lat nie było żadnej nowej. Ja jestem zwykłym zerowym. To, że jesteś alfą, to coś fantastycznego. Gratuluję.
– Myślę, że święte jezioro pomyliło się co do mnie – odrzekłam i roztarłam swój kark, gdy szliśmy za alfami.
Nie byłam w nastroju do celebracji.
Alfa nie powinna mieć skóry pociętej bliznami; powinna być wystarczająco silna, by móc się obronić.
– Jezioro nigdy się nie myli. Cieszę się, że tu z nami będziesz. – Zed poklepał mnie po plecach i musiałam zagryźć zęby, żeby nie skrzywić się z bólu, gdy trafił w jedną z wciąż regenerujących się ran po pasie.
Odsunęłam się spod jego ręki, a on szybko ją opuścił.
Chłopak kompletnie nie miał wyczucia sytuacji.
Ale choć wcale mi się nie podobało, że dotyka mnie kolejny mężczyzna, byłam wdzięczna za te niezręczne próby wsparcia. Było to lepsze niż niechęć i obojętność ze strony alf.
Gdy weszliśmy do budynku, zrozumiałam jedno: forteca była przytłaczająco wielka. Musiały być w niej dosłownie setki pokojów i korytarzy.
– A zatem w jaką istotę się zamieniasz, Księżniczko? – zapytał Ascher, krzywiąc się i przesuwając dłonią po swoich czarnych rogach, gdy szłam za nimi do olbrzymiej sali gimnastycznej.
Weszliśmy do największego pomieszczenia, jakie w życiu widziałam.
Podłoga była pokryta niebieskimi i różowymi matami, a pod ścianami biegł tor.
Po drugiej stronie sali ze trzydzieścioro żołnierzy i żołnierek rozciągało się przed ćwiczeniami.
– Co? – zapytałam, skołowana. Byłam zdezorientowana wielkością tego pomieszczenia i obecnością grupy napakowanych żołnierzy obu płci.
Wszystkie trzy alfy patrzyły na mnie, oczekując odpowiedzi.
– W jaką bestię się zamieniasz? Jaka jest twoja forma alfy? – zapytał cierpliwie Jax.
– Pewnie kocię. – Cobra się roześmiał i trącił Jaxa łokciem w bok. Ten śmiech nie brzmiał przyjemnie.
Zed zniknął, jak tylko weszliśmy na salę ćwiczeń, i nagle poczułam żal, że go przy mnie nie ma. Jego obecność z jakiegoś powodu podnosiła mnie na duchu, wręcz przeciwnie do energii, jaka promieniowała od alf.
– Nie mam pojęcia – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
Nie byłam potężnie zbudowana, jak ta trójka.
Nie miałam klejnotów wtopionych w skórę jak Cobra, rogów jak Ascher ani siły Jaxa.
Omegi, inaczej niż alfy, nie były znane ze swoich możliwości fizycznych i potrafiły zamieniać się w małe, niegroźne zwierzątka.
Byłoby dla mnie mniejszym zaskoczeniem, gdybym okazała się omegą i zmieniała w coś małego, jak puchaty szop albo szczurek.
Alfy były wielkimi bestiami, a ze mnie była mała cipka – fizycznie, nie z charakteru. Naturalnie.
– Cóż, ma szczęście, bo druga forma alfy pojawia się, gdy dochodzi do brutalnej walki. – Cobra przechylił głowę tak, że aż strzeliły mu kręgi w szyi, i wyszczerzył się do Aschera, gdy odgłos rozszedł się po wielkiej sali. Rogata alfa odwzajemniła uśmiech.
Nie czułam się, jakbym miała szczęście.
Nie rozumiałam też, dlaczego Cobra ciągle mówił o mnie, ale nie mówił prosto do mnie.
To było dziwne.
Jax sfrustrowany przetarł ręką twarz.
– Zwykle nie zezwalamy na używanie form alfy w sali ćwiczeń, żeby nimi nie… straszyć. Dziś zrobimy wyjątek i zobaczymy, czy twoja się objawi.
Poczułam, jak serce podchodzi mi do gardła.
– Myślę, że zaszła pomyłka. Może po prostu sobie pójdę.
Odwróciłam się i wpadłam prosto na Aschera.
Ruszył się szybko i jego wielka rogata głowa zasłoniła drzwi, a jego groźna twarz zwróciła się do mnie z pogardą.
Gdy znalazłam się blisko, doszły do moich nozdrzy roztaczane przez alfę feromony i poczułam, że aż się ślinię z powodu tego wyjątkowego zapachu.
Ascher pachniał jak sosnowa żywica; był to głęboki, męski zapach, od którego aż zaciskałam palce u stóp.
Sam nachylił się i jego nozdrza zadrgały, tak jakby próbował mnie zwęszyć.
Jego bursztynowe oczy rozgorzały gniewem.
– Nie próbuj uciekać. Chciałaś tego, do cholery. Teraz więc dostaniesz.
Na nieszczęście piękny zapach nie równał się pięknej duszy.
– Niczego nie chciałam – odpowiedziałam z niechęcią.
Jax westchnął ciężko.
– Lepiej będzie, jak się trochę porozciągasz.
Cobra wyszczerzył się do mnie i ten uśmiech przydał paskudnego wyrazu jego urodziwej twarzy.
Ascher pchnął mnie lekko i zataczając się, padłam na ziemię.
Gdy znalazłam się na klęczkach, zorientowałam się, że maty pokrywające podłogę nie były niebiesko-różowe.
Wszystkie były niebieskie – tylko niektóre były zaplamione na różowo.
Od krwi.
Przełącznik w moim mózgu zadziałał.
Znowu mogłam włączyć odrętwienie.
Zrobiłam to.
Szłam przez olbrzymią salę zaraz za trzema alfami.
Gdy się zbliżyłam, żołnierze i żołnierki zwrócili na mnie uwagę i zaczęli się gapić. Mieli na sobie zielone mundury, a każde z nich, czy to mężczyzna, czy kobieta, wyróżniało się wzrostem i wyglądało na niebezpieczne.
Wciągnęłam powietrze w nozdrza. Każde z nich promieniowało miękkim, dymnym zapachem.
Pachnieli jak Dick; byli betami.
Nie pasowałam tu w mojej za małej dziurawej bluzie i poszarpanych spodniach.
Wyróżniałam się też tym, że na twarzy wciąż miałam zaschniętą krew po bójce w barze, a moje włosy były w opłakanym stanie.
Każda beta w tym pomieszczeniu mierzyła przynajmniej sto osiemdziesiąt pięć centymetrów – zarówno mężczyźni, jak i kobiety.
Bety nie były nieśmiertelne jak alfy i omegi, ale wciąż dożywały dwustu lat, albo i więcej.
Te bety mogły być dziesięć razy starsze ode mnie.
Kilka z nich skrzywiło się pogardliwie na mój widok, spoglądając na mnie z obrzydzeniem.
Ja czułam jednak w żyłach odrętwienie, więc nie zawstydzały mnie ich spojrzenia i miny, którymi mnie powitały.
Trzydzieścioro zmiennych, osiemnastu mężczyzn, dwanaście kobiet.
Patrzyłam prosto na nich, wiedząc, że moje czerwone jak krew oczy sprawiały, że czuli się nieswojo.
Dick zawsze się irytował, gdy się na niego gapiłam.
Tak jak przewidywałam, gdy spojrzałam w oczy mężczyźnie z gęstą brodą, ten skrzywił się z obrzydzeniem.
Patrząc prosto w twarze trzydzieściorga zmiennych bet, wyższych i silniejszych ode mnie, kątem oka zakonotowałam dwie drogi ucieczki i wysoki na dwanaście metrów sufit.
Nie było gdzie się schować; było to olbrzymie, puste pomieszczenie zaścielone zakrwawionymi matami.
Wykorzystaj element zaskoczenia.
Wyprostowałam się, stanęłam na szeroko rozstawionych nogach i lekko ugięłam kolana.
Rozciągając mięśnie karku, pozwoliłam, by moje wargi wygięły się w niewielkim uśmiechu.
– Kim, do kurwy nędzy, jest ta dziewczynka? – zapytał głośno wielki beta z gęstą brodą, a pytanie poniosło się po sali i odbiło echem.
Powoli się cofnęłam.
– Stój, gdzie stoisz, Sadie. – Jax obrócił szybko głowę i spojrzał na mnie szarymi oczami.
Przed tym, żeby mu odpyskować albo dać nogę, powstrzymało mnie tylko to, że w jego głosie nie było gniewu.
Silna alfa. Bądź posłuszna.
Moja podświadomość poddała się autorytetowi Jaxa i posłuchałam go chyba głównie dlatego, że to mnie zaszokowało.
Nie podporządkowywałam się nikomu i nigdy, zwłaszcza wtedy, gdy byłam w odrętwieniu.
Cobra stał przy boku Jaxa, popatrując na mnie coraz bardziej wrogo, a Ascher uśmiechał się pogardliwie.
