Psychotic Obsession - Leigh Rivers - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Psychotic Obsession ebook i audiobook

Leigh Rivers

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

522 osoby interesują się tą książką

Opis

Historia dziejąca się przed trylogią „The Edge of Darkness”.

 

Miłość jest niebezpieczna, a zaufanie oznaką słabości. Zaborczość to toksyczna gra. 

On jest uroczy i łagodny.

Spokojny i opanowany.

Nerwowy i niedoświadczony.

Był śmiercią ubraną w szaty przystojnego mężczyzny, a ona się w nim zakochała, zamiast uciec przy pierwszej dogodnej okazji.

Aria Miller jest naukowczynią i szuka leku na rzadką chorobę genetyczną. To właśnie wtedy jej świat staje na głowie – bo zderza się z rzeczywistością Tobiasa Mitchella. Kiedy przyjmuje go na stanowisko asystenta, Tobias szaleńczo się w niej zadurza, choć wie, że nie powinien.

Życie ma jednak własne plany i Aria musi wyjechać z kraju. Mierząc się z groźbą, że straci obiekt swojej obsesji, mężczyzna pozwala masce opaść i pierwszy raz ukazuje dziewczynie prawdziwe oblicze.

Aria należy do niego, a on zrobi wszystko, żeby tak pozostało.

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.  

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 478

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 47 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Lina MalinaMarek Sajmbor

Oceny
4,6 (12 ocen)
10
1
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
mater0pocztaonetpl

Nie oderwiesz się od lektury

Mocna historia
10
kalaa16

Nie oderwiesz się od lektury

mocna książa
00



Tytuł oryginału: Psychotic Obsession

Copyright © Leigh Rivers 2025

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Magdalena Mieczkowska

Korekta: Katarzyna Dziedzicka, Wiktoria Garczewska, Aleksandra Płotka

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

ISBN 978-83-8418-918-4 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

PLAYLISTA

Cray – eat your heart out

Amber Run – I Found

Daughter – Medicine

Artemas – wet dreams

Sleep Token – The Offering

Psycho – pieces of me

2WEI – Toxic

DPR IAN – Nerves

Muse – Madness

Skeler – Two to the Chest

Cray – Mr Brightside

€CHO€D 4W4Y – I wanna be your lover

Playlistę znajdziecie też na Spotify Leigh.

OSTRZEŻENIE DOTYCZĄCE TREŚCI

Stalking (nękanie i śledzenie), skrajnie zaborcze zachowania, morderstwo, porwanie, odurzanie narkotykami, trauma, zdrowie psychiczne, ciąża, śmierć dziecka (bez szczegółów), przemoc, niewiarygodny narrator, wątpliwe przyzwolenie na seks, brak przyzwolenia, przemoc psychiczna.

Jeśli nie masz za sobą trylogii „The Edge of Darkness”, miej na uwadze, że ta książka jest z nią powiązana, choć jest samodzielną opowieścią. To mroczna i niebezpieczna historia miłosna, a nie romans. Nie ma w niej szczęśliwego zakończenia dla Arii i Tobiasa.

Jeśli masz trylogię za sobą, pamiętaj, proszę, że akcja tej opowieści rozgrywa się ponad dwadzieścia lat wcześniej i Tobias nie jest tą samą wersją siebie, którą znasz z „The Edge of Darkness”. Jest niezrównoważony, niebezpieczny i skrajnie toksyczny.

Dla tych, którzy łakną ciemności, a jednak kryją się w świetle.Możecie już wyjść.Tobias wrócił.

PROLOG

Aria

Jest jedna rzecz, która kontroluje w życiu wszystko, emocja tak potężna, że całkowicie nas obezwładnia. Przytłacza każdy nasz zmysł, znieczula na otaczającą nas toksyczność.

Miłość.

Zawsze traktowałam ją jak romantyczne słowo pozwalające opisać uznanie, lojalność, namiętność i ogólnie zdrowy związek, który z czasem może prowadzić do małżeństwa i dzieci. Filmy i powieści zawsze malują ją w idealnych barwach. Niektórzy ludzie mają to szczęście i faktycznie doświadczają jej właśnie w tej formie.

Ale w rzeczywistości nie zawsze świeci słońce i nie wszędzie rosną róże.

Nawet nie przyszło mi do głowy, że miłość potrafi doprowadzić człowieka do obłędu, że ta surowa emocja łącząca dwoje kochanków może doprowadzić do totalnej, niepohamowanej masakry.

Że może rozerwać na strzępy twoją tożsamość.

Nie wiedziałam, jak to jest być pustą skorupą, podczas gdy cały świat wokół wiruje. Wielokrotnie jednak widziałam to w jego oczach – w tym głębokim, przeszywającym, niewinnie odurzającym błękicie, który z każdym nieśpiesznym i skrupulatnie wyważonym pchnięciem wnikał do mojej duszy.

Dzięki mieszance pokusy i fałszywych obietnic, które niesie ze sobą słowo „miłość”, rżnął mnie do nieprzytomności i odbierał mi każdy skrawek ciała, bo mu ulegałam.

Chciał posiąść mnie na własność.

A ja mu pozwalałam… tak długo, dopóki sama mogłam go posiadać.

On należał do mnie, a ja do niego.

Bycie w toksycznym związku to naprawdę kiepska sprawa.

Ale kochać psychopatę… to coś o wiele gorszego.

Miłość jest niebezpieczna.

Zaufanie to słabość.

Chęć posiadania to toksyczna zabawa.

W moim umyśle zagnieździł się sam diabeł i zaczął mi szeptać, że ten mężczyzna jest wszystkim, czego potrzebuję, czego pragnę… a ja go słuchałam.

Kochał mnie, tyle że na swój wynaturzony, nienormalny sposób. Byłam dla niego wszystkim i przez to zostałam wciągnięta na jego piekielną scenę. Dręczył mnie, podczas gdy wszyscy inni oceniali nasz związek właśnie tak, jak chciał.

Byli ślepi. Wszyscy byliśmy ślepi.

Tak dobrze się między nami układało… a przynajmniej tak sądziłam. Ale gdy maska, którą nosił, opadła, wymowne sygnały kontroli zawyły głośniej. Zniszczył mnie swoimi umysłowymi gierkami do tego stopnia, że nawet nie wiem, jak o tym opowiadać.

Fizycznie nigdy mnie nawet nie ruszył, ale zniszczył mi duszę.

Jego wypaczone myśli doprowadziły do tak wielkiego zniszczenia, do niewybaczalnych konsekwencji.

Czy Tobias Mitchell w ogóle się tym przejmował?

Nie.

Bo oprócz mnie… zupełnie nic nie miało dla niego znaczenia.

ROZDZIAŁ 1

Aria

Windy się popsuły.

Stoję przed nimi, a kolana już mi się trzęsą od samego ciężaru pudła, które muszę dźwigać, i próbuję zamordować wzrokiem napis „Awaria”. Oblepili te windy żółto-czerwonymi taśmami. Muszę iść schodami. Do jasnej cholery.

Chce mi się beczeć.

Wiecie, ile pięter muszę pokonać, zanim dotrę do swojego tymczasowego biura tutaj, w Stanach?

Osiem.

Moje biedne nogi.

Mam problem z otwarciem drzwi na klatkę schodową. Na szczęście dogania mnie współpracowniczka i przy okazji najlepsza przyjaciółka – Gabriella.

– Przytrzymam – mówi i pokazuje ręką, żebym szła pierwsza. – Mogłaś na mnie zaczekać. – Przerzuca za ramię długie, sprężyste blond włosy.

– Stałaś w kolejce całe wieki.

– Potrzebowałam porannej kawy – odpowiada obojętnie i wyprzedza mnie, bo guzdram się z tym kartonem. – Aria, przecież chodzę tam co rano.

– Masz ekspres w biurze.

– Ale bez tego seksownego baristy – tłumaczy dalej niewzruszona.

Przewracam oczami. Faszeruje mnie tą samą wymówką co rano, odkąd przyleciałyśmy tu cztery dni temu.

Gdy docieramy na ósme piętro, świszczę, zamiast oddychać, potrzebuję inhalatora. Wbijam dłoń w lędźwie, by choć trochę złagodzić ból. Nie liczyłam, ile razy przystawałam, żeby odłożyć pudło i złapać oddech, tymczasem Gabs wygląda, jakby miała ochotę wejść jeszcze osiem pięter wyżej. Pewnie dzięki temu, że codziennie trenuje. W przeciwieństwie do mnie.

Pochodzę ze Szkocji, ale dorastałam tutaj, w Ameryce. Potem, jako nastolatka, wróciłam do ojczyzny, ale na studia znów przyjechałam do Stanów. Mieszkam razem z Gabs od czasów uniwerku i od tamtej pory jakoś nie jesteśmy w stanie się rozdzielić, więc od lat użeram się z jej dziką naturą i to się raczej nie zmieni.

Wchodzę za nią do jej biura, odstawiam pudło na biurko, padam na krzesło i dyszę ciężko, spragniona odrobiny powietrza.

– Ilu ich przychodzi na to spotkanie? – pyta Gabriella.

– Może z siedmiu – odpowiadam. – Udało mi się przekonać jednego speca z Londynu, żeby przyleciał omówić temat. Och, a dwóch typków z Delaware wykazało zainteresowanie i chcą posłuchać.

Gwizdnęła.

– Dobrze ci idzie. Dopóki nie dołączyłaś do zespołu, to nikt przez rok nie chciał tknąć tej sprawy. To błogosławieństwo, że przeszłaś do nas, a nie kisisz się na dole w laboratoriach. Rozkwitasz tu na górze.

Ten transfer to rzeczywiście był dla mnie wielki krok. Muszę szczerze przyznać, że jeszcze jedno badanie genetyczne i wysadziłabym całe laboratorium. Każdego dnia wszystko wyglądało tak samo. Chciałam czegoś więcej. Chciałam mieć realny wpływ na pierwszą linię frontu. To od Gabrielli dowiedziałam się, że pojawiło się miejsce dla badacza klinicznego z doświadczeniem w genetyce, a ja naprawdę długo tkwiłam w laboratoriach. Złożyłam podanie i jakimś cudem udało mi się zrobić na tyle dobre wrażenie, że dostałam tę robotę.

Ale wcale nie było lekko, łatwo i przyjemnie. Nawał pracy i skutki nagłej zmiany otoczenia bardzo mnie zaskoczyły, ale jestem tu i – tak jak powiedziała Gabriella – rozkwitam.

Kiedy przejęłam przypadek Ivy Dermot, latałyśmy po całym świecie, żeby omawiać możliwe terapie jej tajemniczej choroby albo przynajmniej postawić jakąś diagnozę. Po dziesiątkach niepowodzeń odezwał się do nas pewien lekarz stąd, ze Stanów. Zaprosił nas, żeby sprawdzić, czy Ivy nie nada się przypadkiem do badania dla jego zespołu.

– Okej, mamy trzy minuty – informuje, spoglądając na zegarek. Klaszcze raz. – Gotowa?

Strząsam napięcie z mięśni i biorę głęboki oddech. Nie, zdecydowanie nie jestem gotowa.

– Gotowa – kłamię.

Moja najlepsza kumpela umie przejrzeć mnie na wylot.

Łapie moje nadgarstki i przyciąga je do swojej piersi.

– Dasz radę. Masz łeb. Jesteś profesjonalistką. Zależy ci. Nie myśl o tym, że wszyscy będą starsi i bardziej doświadczeni. Walcz o to, w co wierzysz, i nie daj się lekceważyć z powodu wieku. Rozumiesz? Twoje badania są nieskazitelne, zrobiłaś wszystko, jak trzeba. Byłabym zdziwiona, gdyby cię odrzucili.

Kiwam głową.

Ale gula w gardle rośnie. Przełykam ślinę. Przypominam sobie o pięknym uśmiechu najdroższej dziewczynki na świecie.

Muszę to zrobić dla niej.

Wszyscy ci fachowcy faktycznie będą ode mnie znacznie starsi, co może onieśmielać i szarpać nerwy, zwłaszcza że będą starali się pokazać, kto tu jest najlepszy, i się wywyższać.

W sali konferencyjnej jest tak oślepiająco jasno, że muszę uważać, by nie mrużyć oczu. To narożne pomieszczenie, a dwie ściany są w całości zbudowane z okien.

Siedzimy przy wielkim owalnym stole z ciemnego drewna, papiery pokrywają niemal cały blat.

Kiedy zajmujemy miejsca, nikt na nas nie patrzy.

Nikt się nie odzywa, nawet gdy studenci i lekarze wchodzą do sali i witają się z tymi, których już znają. Naprzeciwko nas w fotelach siadają dwie osoby – młodzi faceci. Mogą mieć gdzieś koło dwudziestu pięciu lat, czyli podobnie jak ja i Gabriella. Są dobrze ubrani i wyglądają na pewnych siebie. Jeden z nich nasuwa okulary wyżej na nos i wczytuje się w jakiś dokument. Muszę odwrócić wzrok, bo jeszcze ktoś uznałby, że się na niego gapię.

Zarzucam nogę na nogę, kładę przed sobą teczkę i otwieram pierwszą stronę.

– Zabrałaś te… – urywa Gabriella, bo drzwi się otwierają i w sali zapada głucha cisza.

Do środka pewnym krokiem, od którego aż mrowi mnie przy kręgosłupie, wkracza ten specjalista, na którego wszyscy czekali. Powiedzieć, że jestem przerażona, to jakby nic nie powiedzieć, ale nie mogę tego okazywać.

Chrząkam, przyciągając uwagę wszystkich zebranych. Uczestniczę w podobnym zebraniu trzeci raz, trzeci raz walczę o życie tego dziecka. Może tym razem uda mi się osiągnąć jakiś sukces i nie zostanę zbagatelizowana tylko przez brak doświadczenia.

– Dziękuję, że państwo przyszli – zaczynam, malując sobie na twarzy pewny uśmiech.

Zaczynam od omówienia stanu kilku pacjentów z innymi członkami personelu tutejszego szpitala. Mówię o tym, jak kuracja wpłynęła na jakość ich życia, wyjaśniam, dlaczego wszystkich tu ściągnęłam.

Kiedy zwracam się do siedzącego u szczytu stołu doktora Blythe’a, staram się trzymać głowę wysoko i plecy prosto, tak samo jak Gabs. Doktor wyraża chęć skomentowania kilkoma zdaniami moich badań i kiedy wstaje z miejsca, od razu pocą mi się dłonie.

Chrząka, żeby wszyscy skupili na nim pełną uwagę.

– Przyglądamy się od pewnego czasu wysoce osobliwemu przypadkowi. Wykonaliście tu państwo nadzwyczajną pracę – zaczyna.

To miłe, ale ja pozostaję niewzruszona, spodziewam się, że zaraz nastąpi cios. Tymczasem Blythe opowiada wszystkim zebranym o mojej pracy, o moich wielkich i osiągniętych w krótkim czasie sukcesach, na koniec kiwa do mnie głową, po czym siada.

– Zakładam, że każdy z nas w ciągu najbliższych dni przed przylotem panny Dermot będzie miał coś do powiedzenia – kontynuuje.

Że co? Nie.

– Och, przepraszam… – bąkam i wszyscy patrzą znów na mnie. – Czy przed przybyciem pacjentki nie chcemy lepiej przyjrzeć się danym? Każemy jej przylecieć aż ze Szkocji, by potem usłyszała, że nasze badania nie pasują do jej potrzeb i jej podróż okazała się niepotrzebna? Jest w tej chwili przykuta do wózka, należałoby dobrze się przygotować na jej pobyt.

Doktor Blythe kiwa głową.

– Wiem o tym. Proszę ściągnąć pacjentkę do piątku. Poprosiłem pewnego specjalistę, by przyjrzał się jej przypadkowi. Uważa, że wszystko bardzo pasuje.

– Uważa, że spełnia kryteria?

– Tak – odpowiada tylko i patrzy na mnie z wyzwaniem w oczach.

Siadam z powrotem na krześle i krzyżuję nogi pod stołem, Gabriella wierci się na miejscu obok.

Dowiaduję się o wszystkim ostatnia, jak zwykle. Ulżyło mi, ale jestem też wkurzona. Siedzę tu od czterech dni, a on nie mógł mi napisać maila czy choćby pofatygować się do mojego gabinetu i przekazać mi, że specjaliści znaleźli dopasowanie.

– Poprosiłem o dołączenie do zespołu dwóch asystentów – kontynuuje Blythe i wskazuje na tych dwóch młodych gości naprzeciwko nas. Obaj siedzą z nosami w notatkach. – Pan Mitchell i pan Lapsley należą do mojej drużyny od trzech lat, badają mutacje genetyczne i warianty patogenne.

Ten z bladymi oczami podnosi głowę i nerwowo macha. Drugi dalej wczytuje się w notatki, jakby wcale nie siedział w sali pełnej topowych lekarzy, w której waży się życie małej dziewczynki. Liże czubek kciuka i przewraca stronę, jeszcze mocniej marszczy brwi za oprawkami okularów.

– Jeżeli jeszcze nie zapoznałaś się ze szczegółami, to masz przed sobą całą dokumentację. Kopię dokumentu przyjęcia do szpitala, szczegóły testów, potencjalne koszty, dodatkowe uwagi i pole, w którym możesz coś dopisać, gdybyś chciała. I, Aria… – Blythe odnalazł mój wzrok nad oprawkami okularów. – Ty to wszystko zaaranżowałaś i jesteś wymieniona jako główna badaczka tego przypadku, więc chciałbym z tobą porozmawiać jutro w południe, żeby omówić kilka dodatkowych szczegółów.

Chyba chciałeś powiedzieć: żeby przejąć kontrolę nad sprawą.Nie mam z tym problemu, ma nade mną dobre dwadzieścia lat przewagi, jeśli chodzi o doświadczenie. Ja jestem dziewczyną nieco po dwudziestce, dopiero pracuję na nazwisko w branży, ale nie powinno być tak, że ludzie bagatelizują mnie z powodu wieku i sprawiają, że czuję się bezużyteczna.

– Dziękuję – odpieram z entuzjazmem i pilnuję, żeby nawiązać kontakt wzrokowy z każdym w sali z wyjątkiem faceta naprzeciwko, bo ten dalej wgapia się w notatki.

– Jeżeli mają państwo jakieś obawy albo pytania, to jak najbardziej proszę je zadać bezpośrednio Arii. Prawdopodobnie nikt nie zna tej pacjentki tak dobrze.

Siedzący naprzeciwko lekarz z Great Ormond chrząka i układa trzymane w ręku kartki w stosik przed sobą.

– Od jak dawna nad tym pracujesz? Z tego, co słyszałem, jesteś zupełnie nowa w wydziale, zaledwie dwa lata temu zostałaś laborantką. Mam rację? Jeszcze nigdy nie pracowałem z nikim równie młodym.

Zaczyna się.

Czasami bycie dwudziestolatką jest do bani.

Gabriella jest moją rówieśniczką, a jakoś nigdy nie spotyka się z takimi uwagami.

Ale zamierzam walczyć o swoje, zwłaszcza dla tej pacjentki.

– Mój wiek nie ma tu znaczenia – odpowiadam najłagodniejszym tonem, na jaki mnie stać, bo nie chcę nikogo wkurzyć. – Ale…

– Czy nie powinien tym kierować ktoś lepiej wykwalifikowany?

Uśmiecham się do lekarza, który właśnie wszedł mi w słowo.

– Dziękuję za okazanie troski. Pracuję w tym wydziale nieco ponad dwa lata i owszem, wcześniej pracowałam jako genetyczka na dole, w laboratoriach. Traktuję swoją rolę bardzo poważnie. Prowadziłam nad pacjentką własne badania, wielokrotnie rozmawiałam z jej rodziną na temat kupna odpowiedniego sprzętu do domu, ułatwiania jej przemieszczania się, dosłownie wszystkiego. W naszym kraju nie ma go zbyt wiele, więc jeżeli nie zorganizujemy transferu, musimy liczyć się z ograniczeniami. Dlatego skontaktowałam się z innymi lekarzami, dlatego pół roku temu byłyśmy w Niemczech, a potem na kilku spotkaniach w Szpitalu Dzieciątka Jezus w Rzymie. Ivy Dermot to tajemnica, wierzę jednak, że wszystkie tajemnice da się rozwikłać.

Czuję, że Gabriella uśmiecha się obok.

Kiedy wszyscy kiwają głowami, odprężam się i kładę rękę na głównej teczce z badaniami Ivy.

– Nie mogę się doczekać współpracy i mam nadzieję, że ustalimy jakąś diagnozę oraz wykonalną terapię. Tak jak powiedział doktor Blythe, jeżeli macie jakieś pytania, proszę je zadawać.

Czuję w gardle kolejną gulę i ta może mnie w każdej chwili udusić. Profesjonalistom stanowczo odradza się nawiązywanie więzi emocjonalnej z pacjentami, ale ja mam z tym problem.

Dwa miesiące temu mocno się zapędziłam. Stanęłam pod drzwiami domu Ivy z kwiatami i prezentem na jej ósme urodziny. Przez cały czas się uśmiechała, a gdy wyszłam, podobno zaczęła płakać. Zawsze bardzo się cieszy na nasze spotkania i jej promienny, szeroki uśmiech wystarczy mi jako motywacja do dalszej walki. Teraz, gdy zmieniłam jej leki, napady są mniej intensywne i przez większość dni jest przytomna dłużej niż przez kilka godzin. Ale jej ciało… jej mięśnie… powoli zanikają, niezdiagnozowana choroba stopniowo ją pochłania, a ja chcę ją wyleczyć lub przynajmniej ułatwić jej życie.

Zerkam na dłonie jednego z asystentów. Nadal przegląda teczkę Ivy w głębokim skupieniu, a gdy moje serce zaczyna spowalniać po niechcianym zastrzyku adrenaliny, wpatruję się w jego palce. Są grube, paznokcie obcięte, ma jakieś opaski na nadgarstkach.

Spotkanie kończy się późno, słońce się już chowa i zastępuje je księżyc, który przez okna rzuca poświatę na ściany. Większość personelu wychodzi, nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi, niektórzy kiwają mi głowami. Gabriella kładzie dłoń na moim ramieniu i zapewnia, że dobrze mi poszło, mówi, że zobaczymy się w hotelu.

Położony jest tylko dziesięć minut drogi od szpitala i choć nie znoszę chodzić sama, nie mam wyjścia, bo została mi dziś jeszcze masa roboty. Skoro już wiem, że Ivy zostanie tu przeniesiona, muszę zadbać o odpowiedni personel i poinformowanie jej rodziny o tym, co będzie się dalej działo.

Chciałam jeszcze raz sprawdzić wszystkie dokumenty, zanim zacznę rozsyłać maile, dlatego wychodzę z sali konferencyjnej ostatnia. Zarzucam torebkę na ramię, zakładam kosmyk włosów za ucho.

Dźwigam ten cholerny karton pełny papierzysk i wychodzę… ale już po kilku krokach zaczepiam o nogę faceta, który siedzi na podłodze oparty o ścianę i trzyma w rękach akta.

Zataczam się, raczej bez gracji, i ląduję twarzą na marmurowej posadzce, a dokumenty i zawartość mojej torebki rozsypują się po korytarzu.

– O ja pierdolę! Bardzo przepraszam! – krzyczy spanikowany facet, zrywa się z podłogi i podaje mi rękę. – Pomogę ci, proszę pozwolić… – duka z wyraźną paniką w głosie.

Kiedy łapię go za rękę – wnętrze jego dłoni jest miękkie i ciepłe – mój nadgarstek przeszywa niewyjaśniony, intensywny prąd. Próbuję się ratować przed poniżeniem, więc podnoszę wzrok dopiero, gdy udaje mi się zebrać na kolana. Równocześnie próbuję pozbierać wszystkie papiery do kartonu, a jedna z kartek niemal rozcina mi skórę.

Widzę kątem oka, że facet kuca i zaczyna mi pomagać. Kiedy podnoszę torebkę, czuję podmuch grozy, bo ze środka wypadają mi komórka, błyszczyk, portfel i tampon.

Jeżeli przydarzy mi się dziś jeszcze jedna upokarzająca sytuacja, to się rozpłaczę.

Nadal na kolanach wzdycham ze złością, przecieram czoło i przez chwilę przyglądam się temu całemu bałaganowi w kompletnej ciszy.

Mężczyzna odkłada kartki do pudła. Już widzę, że wszystkie są wymieszane.

Powieka mi skacze.

– Wszystko w porz…?

– Powinieneś siedzieć na krześle albo w jakimś gabinecie. Co, gdybym była pacjentką? – przerywam mu ostro.

Piorunuję go wzrokiem, a pierwsze, co zauważam, to jego ciepły uśmiech. Widok odbiera mi dech. Jest gładko ogolony, ma przeszywające niebieskie oczy i długie rzęsy pasujące do gęstych włosów i brwi. Gapię się na niego i chyba przez to rzednie mu mina, przygryza ładnymi zębami najbardziej jędrną część dolnej wargi.

– Wszystko w porządku? – pyta z nutą rozbawienia, jeśli mnie słuch nie myli.

Odrywam od niego wzrok.

– Przepraszam. Jestem zmęczona, sporo się dziś działo.

Kuca, opiera łokcie o uda. Ma podwinięte rękawy, które odsłaniają zegarek i opaskę z jakiejś akcji charytatywnej. Nie jest wytatuowany jak mój eks.

– Przepraszam, że się o mnie potknęłaś – mówi i podaje mi komórkę oraz błyszczyk, tamponu chyba woli nie dotykać. – Jesteś tą szkocką lekarką, prawda? Dlaczego masz amerykański akcent?

– Bo tu dorastałam, a potem się wyprowadziłam.

– Ach, szybka ucieczka w szkockie góry.

Mruczę coś tylko w odpowiedzi i rozcieram obolały łokieć.

– Boli, pani doktor? – pyta, przechylając głowę.

– Nic mi nie jest. I nikt tak do mnie nie mówi. Jestem po prostu Aria.

– Aria – powtarza, jakby sprawdzał, jak moje imię brzmi na języku, jak smakują jego sylaby.

Nie wiem dlaczego, ale wydaje się zaintrygowany. Nie wiem też, dlaczego podoba mi się jego głos oraz fakt, że nie wygląda na nadętego dupka jak większość ludzi, z którymi muszę pracować.

I wtedy się uśmiecha.

– „Pani doktor” brzmi lepiej.

Piorunuję go wzrokiem.

Kiedy się prostuje, koszula napina mu się na klatce piersiowej. Ponownie podaje mi dłoń i wtedy to zauważam – że dosłownie ślepię się na niego z otwartą gębą, a moje nerwy aż płoną.

Dlaczego się tak denerwuję? A co ważniejsze: dlaczego denerwuję się w pracy?

– Jesteś jednym z asystentów – stwierdzam oczywistość. – Też pracujesz nad przypadkiem Ivy Dermot.

Uśmiecha się ponownie i w jego policzkach pojawiają się głębokie dołeczki, a ja prawie znów padam na kolana. Odsuwa się, podnosi swoją torbę i zarzuca ją sobie na ramię, a na odchodnym rzuca:

– Jestem, ale takie ślicznotki jak ty mogą mi mówić Tobias.

ROZDZIAŁ 2

Aria

„Takie ślicznotki…”

Umm, przepraszam bardzo? Nie mam nic przeciwko flirtom i zalotom, ale poproszę nie w pracy. Nie dość, że to nieprofesjonalne, to jeszcze… eee… umm… no po prostu nie. Jestem pewna, że nadal się rumienię po naszym niefortunnym wypadku, przez który zderzyłam się wczoraj z podłogą. A może wciąż jeszcze promienieję po tym, co powiedział? I przez to, jak na mnie patrzył? Nie, jak dla mnie to ten cały Tobias może sobie iść flirtować z jakąś… popsutą lampą.

– Dlaczego mamroczesz do moich cycków?

Podnoszę wzrok na Gabs. Musiałam odlecieć, zdumiona tym, że drobny incydent tak bardzo wyprowadził mnie z równowagi.

– Och, sorki, Gabs, jestem trochę rozkojarzona.

– Dalej myślisz o Tobym?

– Tobiasie – poprawiam ją i przewracam oczami. Żałuję, że opowiedziałam jej o tym, co zaszło, i teraz przez cały ranek muszę słuchać komentarzy. – I nie. Myślę, co zjemy wieczorem na kolację.

Mlaska.

– Jasne. Czyli nie masz nic przeciwko, jeśli zaproszę na jutro obu asystentów?

– Nie zrobisz tego.

Unosi brew, jakby chciała powiedzieć: „Ależ oczywiście, że zrobię”.

A co jest w tym wszystkim najstraszniejsze? Wierzę jej. Gabs wie lepiej niż ktokolwiek inny, jak bardzo nie lubię mieszać pracy z życiem osobistym, więc zapraszanie asystentów na nasze spotkanie byłoby dla mnie złamaniem zasad, na co nie mam ochoty. Wybieramy się do klubu, bo Gabs chce posłuchać pewnej kapeli, a ja zgodziłam się jej towarzyszyć, choć wcale nie miałam na to ochoty. Jeśli już trafiają nam się wolne dni, to zazwyczaj siedzę w łóżku z laptopem na kolanach, więc może jeśli się dokądś wyrwę, to dam odpocząć nerwom zszarganym przez przylot Ivy.

Natomiast zaproszenie tych dwóch na pewno mi w tym nie pomoże. Wręcz przeciwnie.

– Nie waż się. – Zaciskam zęby, bo chcę pokazać bez podnoszenia głosu, jak mnie to złości, ale chyba nie zrobiłam na niej większego wrażenia. Ogólnie jestem dla innych raczej mało straszna, a przy Gabs wyglądam jak krasnoludek. – Wiesz, że nienawidzę mieszać roboty z życiem prywatnym.

Wzrusza ramionami i wraca wzrokiem do ekranu monitora.

– Za dziesięć minut masz spotkanie z Blythe’em. Może znowu się potkniesz o Toby’ego.

– Nie zaczynaj. To był wypadek. I na miłość boską – wzdycham – on ma na imię Tobias.

Prycha. Moja najlepsza przyjaciółka może i jest w pełni profesjonalna, ale przy innych, bo gdy jesteśmy same, na wierzch wychodzi jej żartobliwa, beztroska natura. Chyba dlatego tak dobrze do siebie pasujemy. Nazywa mnie ponurakiem, a sama jest duszą towarzystwa na każdej imprezie, na którą trafiamy. Przysięgła, że pewnego dnia zaszczepi we mnie swoją dzikość.

Ja tam jednak pozwalam jej zachowywać całą dzikość dla siebie i dobrze mi to wychodzi.

Moje pechowe potknięcie się o nogi Tobiasa najwyraźniej bardzo ją bawi. Pierwszy błąd popełniłam, gdy jej o tym opowiedziałam, ale drugi, znacznie poważniejszy – gdy w ogóle się z nią zaprzyjaźniłam.

Dziś w ciągu dnia szturchała mnie łokciami i mrugała w jego stronę, gdy wszedł do naszej sali konferencyjnej, a potem jeszcze raz, w kuchni na oddziale, gdy intensywnie wpatrywał się w swój tablet.

A kiedy zauważyła, że Tobias idzie po kawę, poprosiła mnie, żebym też jej przyniosła. Niedorzeczne. Ona jest niedorzeczna. I on też. Bo kto flirtuje z osobą, którą dopiero co poznał i której podstawił nogę?

I to nie tak, że on nie jest sexy. Ja po prostu nie mam teraz czasu na żadne romanse ani inne rozpraszacze, tym bardziej że mój były wcale nie zniknął na dobre z mojego życia. Teoretycznie rzecz ujmując, przyjaźnimy się. Nasze zerwanie było dość nagłe i nadal go w pełni nie przetrawiłam, ale potrzebuję trochę odetchnąć, żeby się ogarnąć i pomyśleć, co zrobić dalej ze swoim życiem.

Spotkanie z panem doktorem idzie jak z płatka. Omawiamy to, co Ivy lubi, a czego nie, jej problemy sensoryczne i to, jak najlepiej ułatwić jej pobyt. Kiedy po raz ostatni wracamy do jej historii medycznej, doktor oświadcza, że przydzielił mi asystenta, żebym miała jakąś pomoc przy tej górze roboty.

Drzwi się otwierają, zerkam w ich stronę, a do środka wchodzi wysoka postać. Kiedy się okazuje, że to Tobias, natychmiast odwracam wzrok.

Po co on tu przyszedł? Błagam, nie mówcie mi, że…

– Tobias będzie ci pomagał przez kilka najbliższych tygodni. Ciężko pracuje i szybko się uczy.

Tobias, zamykając drzwi, uśmiecha się w ten sposób, od którego wszystko mięknie, a gdy siada obok mnie, patrzę przed siebie, żeby nie zauważył mojego zdradzieckiego rumieńca.

– Dobry wieczór, pani doktor – mówi cicho i rozszerza kolana tak mocno, że prawie mnie dotyka. Kładzie łokieć na podłokietniku i na mnie zerka. – Nasza współpraca to dla mnie przyjemność.

Uśmiecham się sztywno, ale w środku krzyczę.

On nie może się okazać drugim Kalebem. Po prostu nie może.

Na studiach, gdy mieliśmy z Ewanem przerwę, nabawiłam się obsesji na punkcie Kaleba. Był dwa lata starszym, seksownym bad boyem z tęgim umysłem. Poprosił mnie o pomoc przy jakiejś pracy, z którą sobie nie radził, więc spotkałam się z nim najpierw w kawiarni, potem u niego, a później jeszcze raz i znowu, aż skończyłam z nim w łóżku. Kiedy się dowiedziałam, że ma dziewczynę, przez kilka tygodni żył w piekle, które mu zgotowałam, a potem skreśliłam wszystkich facetów ze swojej branży. Gdy zeszliśmy się z Ewanem ponownie i musiałam mu opowiedzieć o tym skoku w bok, prawie zwymiotowałam ze stresu. Zawsze byłam szczera i otwarta wobec swojego byłego.

Jeżeli znowu do siebie wrócimy, a nie mogę tego wykluczyć, to sumienie zmusi mnie, żebym opowiedziała mu o Tobiasie, a tego nikt by nie chciał.

W związku z tym muszę zdusić ciepło, które właśnie podstępnie rozlewa się u szczytu moich ud. Tobias ma tak głęboki, pobudzający głos, że nie mogę trzeźwo myśleć.

Po spotkaniu, na którym wciąż zwracał się do mnie per „pani doktor”, proszę, żeby zszedł za mną do laboratorium. Spotykamy tam jednego ze starszych laborantów i omawiamy ostatnie badania wykonane na Ivy oraz dalsze plany wobec naszej pacjentki, oficjalnie już przyjętej na dalsze leczenie.

Kiedy mówię, Tobias bacznie mi się przygląda.

Słucha ze skrzyżowanymi rękami, bicepsy napinają mu się pod koszulą, a po każdym moim zdaniu kiwa głową.

Nosi grube okulary w twardych oprawach, sporządza notatki i stawia wyłącznie trafne pytania. Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Raz albo dwa, gdy pyta o specyficzne techniki badań, chyba się nawet uśmiecham.

Kiedy siedzę w stołówce na trzecim piętrze, dowiaduję się, że jego nazwisko to Mitchell. Ma dwadzieścia sześć lat i alergię na koty. Pożerając kanapkę, pyta, czy potrzebny mi jego numer, żebym mogła kontaktować się z nim w sprawach Ivy także po pracy.

Choć raz w życiu się nie waham. W zasadzie to mówię „tak” chyba nawet za szybko.

– Zadzwoń, to zapiszę sobie twój – mówi.

I dzwonię, z radością.

W tym samym momencie wzdycham w duchu, bo na stołówce pojawia się Gabriella i macha do mnie jak nawiedzona. Na szczęście doktor Shique, kolejny specjalista, który przyleciał do nas ze Szkocji, pojawia się za nami z teczką w dłoni i zaciąga ją do innego stolika.

Widzę ze swojego miejsca, że Tobias zapisuje mój kontakt jako „Doktor Miller”.

Właśnie stracił dziesięć punktów.

Mrużę oczy, on zaś dalej wpatruje się w telefon.

– Masz tu sztywne zmiany czy Blythe dał ci zielone światło i możesz przychodzić, na którą chcesz?

– Powtórz, proszę. – Przechyla głowę zaskoczony. – Bardzo szybko mówisz.

– Jaki masz harmonogram? – pytam wolniej.

– A, od ósmej do ósmej, ale mogę przesunąć w jedną albo w drugą stronę, jeśli ci pasuje.

Kręcę głową.

– Może być. Zatrzymałeś się w pobliżu szpitala?

– Mam dom jakieś pięćdziesiąt minut drogi stąd.

– Jeździsz autem? – dopytuję, popijając kawę.

– Owszem. Po drodze zazwyczaj zgarniam Justina.

– To ten drugi asystent? – pytam, wiem, że został przydzielony Gabrielli.

Szczerze mówiąc, już mi go żal. Gabs pozornie może wydawać się taka fajna, ale to apodyktyczna jędza, a w pracy jest skrajnie wymagająca. Pasuje jej taka postawa, pomaga jej się uporać z nawałem roboty, więc kiedy robi się wredna, to zwykle macham na to ręką.

– W zasadzie to miałem zostać asystentem twojej koleżanki, ale Justin uparł się, że będzie mu się z nią lepiej pracowało.

Prycham. Przecież Gabs zeżre go żywcem.

Po zakończeniu zmiany żegnam się ze wszystkimi i ruszam z powrotem do hotelu.

Gabs nie będzie przez kilka dobrych godzin. Ma randkę, umówiła się przez jedną z tych swoich aplikacji, więc szanse, że szybko wróci, są raczej mizerne.

Kąpię się w hotelowej wannie, a potem relaksuję przy muzyce i książce. Ze świata powieści wyrywa mnie wiadomość.

TobiasPraca:

Chcę jeszcze raz przeprosić za to podstawienie nogi. Sprawdzałem wyniki Ivy Dermot sprzed kilku miesięcy. Dałoby radę, żebym zadzwonił i je z tobą omówił?

Aria:

Które? Możemy przejrzeć jej dokumentację jutro.

Odpowiedź nadchodzi, gdy suszę włosy ręcznikiem i zamierzam położyć się do łóżka.

TobiasPraca:

W kwietniu robili jej farmakogenetykę. Po to, żeby ustalić leki przeciwko napadom, które jej przepisałaś?

Zaczynam sobie myśleć, że próbuje po prostu jakoś zagadać. To nie jest nic pilnego, a już na pewno nic, o czym nie moglibyśmy porozmawiać jutro w pracy. Ale pobłażam mu i potwierdzam, że ma rację, po czym podpinam komórkę do ładowarki.

Dochodzi dziesiąta, zazwyczaj o tej porze prawie już śpię, a jednak za każdym razem, gdy komórka pika, zrywam się do niej jak oparzona. Przez następne dwie godziny dyskutujemy o dobrze już omówionych badaniach i testach. Kiedy w końcu piszę mu, że powinniśmy omawiać takie tematy na spotkaniach roboczych albo w moim tymczasowym gabinecie, przeprasza pośpiesznie i wysyła: „Dobranoc, pani doktor”.

Aria:

Jeśli jeszcze raz mnie tak nazwiesz, to zamienię twoją asystenturę w piekło.

TobiasPraca:

Och, naprawdę? To groźba?

Czytam te słowa kilka razy, a dolna warga zostaje uwięziona między zębami. To zupełnie nieprofesjonalne, prawda? Gdyby ktoś przeczytał tę korespondencję, pomyślałby, że ma tu miejsce jakiś flirt. Na samą myśl czuję przypływ ekscytacji gdzieś w okolicach kręgosłupa, ale szybko się opamiętuję i potrząsam głową.

Aria:

Tak. Nie chcesz mi podpaść, Tobias.

TobiasPraca:

Brzmi jak wyzwanie, pani doktor.

Wysyłam mu uśmiechnięty emotikon, by wiedział, że to nic poważnego, po czym uderzam się ręką w czoło, bo przecież to już flirtowanie na całego. Kiedy Tobias odpowiada krzywym uśmieszkiem, rzucam komórkę na podłogę i głośno jęczę.

Następnego ranka w pracy Gabriella od razu układa nam plany na wieczór.

Tobias przez większość dnia gapi się w telefon, zamiast mi pomagać, a za każdym razem, gdy proszę, żeby coś sprawdził, przeprasza i wybiega z pomieszczenia.

Rozumiem, że ludziom zdarzają się nagłe wypadki, ale nie zaszkodziłoby trochę komunikacji.

Zostaję sama ze wszystkimi papierami i telefonami, tymczasem mój asystent jakby zapadł się pod ziemię.

Flirt z nocnych wiadomości odchodzi w zapomnienie. Dziś Tobias wydaje się zestresowany i niespokojny. Wierci się, przeczesuje włosy dłońmi. Kiedy wraca, siada po drugiej stronie biurka i przez bite dwie godziny wpatruje się w jedną kartkę. Pytam, czy wszystko w porządku, a on tylko mruczy coś w odpowiedzi.

Gdy przychodzi po mnie Gabs i oświadcza, że czas iść, on wstaje i nawet nie patrząc w naszą stronę, wychodzi.

– A tego co ugryzło? – pyta Gabriella, unosząc brew.

ROZDZIAŁ 3

Tobias

Gapię się w komórkę i ręce mi się trzęsą. Dalej nie docierają do mnie te słowa, no bo co ja mam niby, kurwa, zrobić z tą informacją?

Zerkam na drzwi i jeszcze raz sprawdzam zasuwkę, upewniam się, że na pewno jest zasunięta. Nie chcę, żeby ktoś tu wszedł i zobaczył, jakie gówno oglądam. Oskarżyliby mnie o stalking i pewnie wywalili z roboty. A teraz, gdy już padł na nią mój wzrok, nawet nie chcę myśleć o takim ryzyku.

Poza tym to nie jest stalking. Po prostu chcę się czegoś o kimś dowiedzieć… tak, żeby ten ktoś nie miał o tym pojęcia. Mały research to żadna zbrodnia, nawet jeżeli moje żądania zabrzmiały nieco niebezpiecznie, gdy ten kretyn powiedział, że może załatwić tylko jej adres, datę urodzenia i markę auta, którym jeździ w rodzinnym miasteczku.

Nie. Potrzebowałem więcej.

Teraz trochę żałuję, że drążyłem.

Mail przyszedł kilka godzin temu i odkąd tylko rzuciłem na niego okiem, moje serce bije niebezpiecznie szybko. Zastanawiałem się, a w zasadzie nadal się zastanawiam, czy nie rozwalić jej wieczoru z kumpelą. Idą do klubu na koncert jakiejś kapeli… Słyszałem, jak rozmawiała o tym z Gabriellą.

Im dłużej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się, że powinniśmy z Justinem spuścić trochę pary.

Zatem postanowione. Idziemy.

Wzdycham z rozdrażnieniem, bo głos w mojej głowie robi się gorączkowy. Ponownie zerkam na ekran.

Nazwisko: Aria Miller

Wiek: Dwadzieścia siedem

Data urodzenia: 8 maja

Podskakuje mi lewe oko. Ruchałem się w życiu tylko z jedną osobą, była ode mnie starsza. A co, jeśli fakt, że mam tylko dwadzieścia sześć lat, ją odstręczy? Co, jeśli woli starszych albo rówieśników? Wcześniej, gdy powiedziałem, ile mam lat, chyba jej to nie ruszyło.

Urodziła się w maju, więc przynajmniej przez miesiąc jesteśmy równolatkami. Może porozmawiam z nią w kwietniu i wtedy nie będzie problemu.

Potrząsam głową i czytam dalej.

Miejsce urodzenia: Kalifornia. Jako nastolatka przeniosła się do Szkocji, ale nie nabyła tamtejszego akcentu.

Zawód: Naukowiec kliniczny. Wygląda na to, że jest mocno oddana pracy i spędza w niej więcej czasu, niż musi. Prawdopodobnie kieruje nią chęć dogonienia doświadczeniem przełożonych albo zostawienia kolegów z pracy daleko w tyle.

Rodzina: Brak informacji na temat rodzeństwa, ciotek, wujków czy kuzynów. Rodzice żyją, wciąż są małżeństwem. Dziadek zmarł. Babcia żyje. Wygląda na to, że ma tylko jedną przyjaciółkę – Gabriellę McGhee, z którą niedawno zamieszkała.

Związki romantyczne:Ewan McEllroy, lat 27, ojciec Jasona McEllroya, lat 10. W związku od ośmiu lat?

Czytając to ostatnie, zaciskam zęby. Co to, kurwa, za Ewan? Ma dzieciaka z tym gościem? Zależy jej na nim?

Chciałem poznać szczegóły. Chciałem wiedzieć o tej dziewczynie wszystko.

Od koloru jej oczu i włosów, przez to, gdzie kupuje rano kawę i jakich używa perfum, po to, ile ważyła po porodzie.

Jeszcze raz spoglądam zafrasowany na ostatnie zdanie. Pytajnik przy długości trwania ich związku. Czy oznacza jakąś niepewność? Może byli razem krócej, może to nawet nic poważnego. Jest więc singielką czy jest zajęta? Obchodzi mnie to w ogóle?

Koleś zdołał zgromadzić te wszystkie informacje na jej temat, a nie potrafił ustalić, czy prowadza się dalej z jakimś jebanym Ewanem? To chyba najważniejsze. Jeśli ma dzieciaka, to okej. Radzę sobie z dziećmi. Są znośne. Ale jeśli należy do innego, to mi to nie spasuje.

Czy powstrzyma mnie od ciągłej obserwacji? Od chodzenia za nią do hotelu? Polowania na harmonogramy jej pracy, żeby wiedzieć, kiedy ma przerwy, i się do nich dostosowywać? Nie. Dalej będę to robił.

Przełykam ślinę, wypuszczam powietrze i dalej myślę.

Mógłbym ją po prostu zapytać, czy jest sama, czy ktoś czeka na nią w kraju. Może mógłbym to jakoś wpleść do rozmowy, gdy będziemy omawiali inne sprawy albo kiedy setny raz napomknie, że tu jest tak gorąco, a w Szkocji ciągle pada.

Piszę kolesiowi, żeby pogrzebał głębiej w temacie jej związków i przysłał mi coś o tym Ewanie. Odpisuje szybko, że się tym zajmie.

Wzdycham głęboko i zamykam oczy, chowam komórkę do tylnej kieszeni spodni.

Ja pierdolę, co się ze mną dzieje? Poznałem ją kilka dni temu i nagle wynajmuję ludzi, żeby grzebali w jej życiu osobistym, i po co?

Bo mi się spodobała?

Tak. Jest bardzo ładna. To prawdopodobnie pierwsza dziewczyna, która mnie zainteresowała. Pierwszy znak ostrzegawczy to zdenerwowanie, jakie przy niej czuję, ale największa czerwona flaga to nieodparta chęć przełożenia jej przez biurko i wzięcia jej ciała – i muszę choć częściowo ją zwinąć, podejść do tego jak najostrożniej, żeby jej nie wystraszyć.

Wypuszczam powietrze, oglądam się w łazienkowym lustrze, poprawiam okulary i wracam na oddział. Szukać swojej pani doktor.

ROZDZIAŁ 4

Aria

Z Gabrielli to zawsze była trochę imprezowa bestia. Potrafi obalać drinka za drinkiem, a zawsze jest trzeźwa, nie spać do rana i wyglądać perfekcyjnie.

Ale gdy postanowiłyśmy, że dziś wyjdziemy, to naprawdę nastawiałam się na odprężający, odstresowujący wieczór, w końcu przecież przyleciałyśmy do Ameryki pracować. Niestety, Gabs często udowadnia, że mylę się w swoich prognozach, bo oto patrzę na jakąś… osobę, która bez wysiłku wiruje wokół rury, a Gabriella usadziła nas tak blisko głośników, że huk zaraz rozerwie mi bębenki.

Zespół, którego chciała posłuchać, w ostatniej chwili odwołał występ, alemoja przyjaciółka uznała, że wieczór i tak trzeba zagospodarować.

Trzymam szklankę z wodą blisko… nikogo tu nie znam i nie chcę, żeby mi ktoś czegoś dosypał. I nie chodzi tylko o to, że pewnie bym umarła, ale też o to, że z samego rana mam kolejne spotkanie z doktorem Blythe’em.

Nasuwam okulary na czoło, odgarniam włosy z twarzy i rozglądam się po klubie. Zaraz pewnie dostanę migreny od stroboskopów, a loża, w której siedzimy, dosłownie podskakuje mi pod tyłkiem od basów. Zaczyna do mnie docierać, jaka marudna imprezowiczka się ze mnie zrobiła.

– Aria, ale marszczysz to czoło! – krzyczy mi do ucha Gabs. – No napij się chociaż jednego, żeby trochę wyluzować, proszę cię.

Przewracam oczami i parskam śmiechem.

– Wystarczy, że powącham alkohol, a skończę pijana na podłodze i spóźnię się jutro do pracy.

– Amatorka… – mamrocze.

Odsuwam się, gdy przystawia mi swoją szklankę pod nos. Czuję odór różowego ginu.

– No i widzisz? Powąchałaś, a dalej jesteś trzeźwa i marudna.

– Sobota – mówię. – Potem jestem cała twoja.

– Czy Ewan rozgrzewa ci komórkę do czerwoności? – pyta, monitorując wzrokiem otoczenie.

Zaprzeczam ruchem głową.

– Poprosiłam go o trochę przestrzeni i mi ją daje.

– Cóż… jaki jest najlepszy sposób, żeby zapomnieć o kimś, kto cię zdradził?

Aż ramiona mi opadają.

– Wiesz, że się z nikim nie prześpię. Dopiero co zerwaliśmy. Poza tym zdradził mnie sześć lat temu. – Dowiedziałam się o tym niedawno, ale i tak zabolało na tyle, że musiałam odejść. Tyle lat życia w kłamstwie… to było jak policzek.

– Mam gdzieś, czy zdradził cię wczoraj, czy dwieście lat temu. To wąż, nie zasługuje na ciebie. Kiedy pojawi się właściwa osoba… lub raczej jeśli podstawi ci nogę, a ty narobisz sobie wstydu i trafisz ją tamponem w stopę, gotuj się na rżnięcie do granic wytrzymałości. Wtedy zapomnisz o tym zdradliwym karaluchu.

– A co z Jasonem?

– Musisz o tym pogadać z Ewanem, kiedy już będziesz gotowa. Wiem, że w zasadzie go wychowałaś, ale jak to ma dalej działać, skoro już nie spotykasz się z jego ojcem?

Tylko wzruszam ramionami i przygryzam wargę. Ona mruży oczy i patrzy gdzieś za mnie.

– Czyż to nie twój ekstremalnie seksowny i zakazany asystent, którego trafiłaś wspomnianym tamponem?

– Wcale go nie trafiłam… – burczę, zanim udaje mi się załapać, co właściwie powiedziała.

Odwracam się i od razu dostrzegam Tobiasa i Justina, asystenta Gabrielli. Stoją przy barze, ten drugi rozmawia z jakąś dziewczyną, a pierwszy wgapia się w komórkę, trzymając jedną rękę w kieszeni. Wydaje się zniecierpliwiony i nakręcony, wygląda cholernie seksownie. Taki ktoś zdecydowanie by mnie zainteresował, gdybym zobaczyła jego profil w aplikacji randkowej.

Choć w sumie to nie wiem. Spotykałam się z Ewanem, odkąd byliśmy nastolatkami, to nasza druga przerwa. Na samą myśl o byłym przełykam ślinę i tłumię chęć, by złamać zasadę, którą sama sobie narzuciłam, i do niego zadzwonić.

Ewan dąży do tego, żebyśmy się zeszli. Ja go poprosiłam o trochę spokoju, bym mogła to wszystko przemyśleć.

Ale przecież nie mogę wrócić do kogoś, kto okazał się niewierny. Nieważne, że dowiedziałam się dopiero po latach i wychowuję jego dziecko.

Robię głęboki wdech i odwracam wzrok od asystentów.

– Zaprosiłaś go, choć powiedziałam, żebyś tego nie robiła?

Gabs robi wielkie oczy.

– Boże, nie. W życiu bym ci czegoś takiego nie zrobiła!

Mrużę oczy i przyglądam się jej podejrzliwie.

– Wierzę ci.

– Skąd oni wiedzieli, że tu jesteśmy? – zastanawia się na głos. – Ooo, a może on po prostu jest utajonym imprezowiczem, chleje na umór i dyma wszystko, co się rusza?

Kręcę głową, ale nie patrzę już w ich stronę.

– Ten klub jest najbliżej. Pewnie zawsze tu przychodzą. Na serio, nie wyobrażam sobie Tobiasa w takiej roli. – Śmieję się. – Wydaje się dość poważny.

– Jak najbardziej możesz go sprawdzić.

– To znaczy? – pytam zdziwiona.

Puszcza do mnie oko, dopija drinka i uśmiecha się do asystentów, przyciągając ich uwagę. Chcę powiedzieć, żeby dała spokój, bo nie życzę sobie ich towarzystwa, ale ona już przywołuje ich energicznym machaniem i mruczy mi na ucho, że idzie po drugiego drinka.

To oczywiste, że skieruje się prosto do Justina. Cmokam niezadowolona i sprawdzam, która godzina.

Jestem totalną marudą, wiem o tym. Gabriella też wie. Asystenci o tym wiedzą i ta parka obmacująca się w rogu loży też wie.

Jestem prawie pewna, że on robi jej palcówkę, a ona łapie go za rozporek i zaraz wyciągnie…

– Przestań się gapić – mówi mi na ucho Tobias, po czym przysiada się obok.

Teraz widzę go wyraźnie. Włożył spodnie i koszulę, które otulają każdy mięsień jego ciała, do tego przyjemnie pachnie… To chyba skóra z nutą czegoś miętowego. Przyglądam się lepiej opaskom na jego nadgarstkach – pochodzą z jakichś akcji charytatywnych. Dwie z inicjatyw dotyczących zdrowia psychicznego nastolatków, jedna z pomocy dziewczynie o imieniu Lucy.

Jeżeli pamięć mnie nie myli, mamy na oddziale taką pacjentkę, obecnie walczy z agresywną formą raka. Tobias spędza mnóstwo czasu w jej sali – czyta jej książeczki, ogląda z nią programy dla dzieci albo pomaga jej rodzicom przy pobieraniu odcisków dłoni i pomiarów pod gips. W zeszłym miesiącu miała urodziny, na ścianie w jej sali wiszą zdjęcia z Polaroida, na kilku jest Tobias.

– Przepraszam za dziś – mówi, nachylając się do mnie, żebym mogła cokolwiek usłyszeć przez grzmiące basy. – Moja matka jest w mieście i się u mnie zatrzymała, przez cały dzień nie daje mi spokoju.

Jego oddech łaskocze mnie po szyi. Tobias zarzucił rękę za oparcie loży i jego palce delikatnie ocierają się o moje ramię. Przechodzi mnie dreszcz. To takie zdradzieckie uczucie, ale nie próbuję się odsunąć. Ten dotyk jest przyjemny.

Jestem pewna, że muzyka gra jeszcze głośniej, basy łupią mocniej, a moje serce gna tak szybko, że zaraz dostanę zapaści.

Tobias siedzi z rozchylonymi nogami, jego udo dotyka mojego. Drugą rękę położył na stoliku i bębni palcami o blat.

Powinnam przesunąć się w bok, powinnam go od siebie odsunąć, ale nie robię tego… Mój asystent dotyka mnie swoim ciałem, a ja nie czuję żadnego wstrętu.

Najprawdopodobniej przesadzam, za wiele się w tym doszukuję. Jest po prostu dużym facetem i usiadł w ciasnej loży, a ja muszę w końcu ogarnąć się życiowo.

– Wynagrodzę ci to – mówi głębokim tonem i…

Boże, ten dźwięk brzmi wręcz prowokacyjnie, zalotnie. A może to przez alkohol? Jest pijany? Dlaczego mam ochotę odpowiedzieć mu w podobny sposób?

Chrzanić to.

– No ja myślę – mówię, mrużę oczy i uśmiecham się do niego. – Bo jeśli nie, to poszukam sobie kogoś innego.

Stukam go palcem w pierś, a on niespodziewanie łapie mnie za nadgarstek. Po moim ramieniu przebiega prąd. Intensywne spojrzenie i dotyk jego skóry rozpalają mi policzki.

– Czyżby? – pyta, a jego bliskość sprawia, że serce chce mi wyskoczyć z piersi. – Pani doktor, proszę mnie docenić, bo zapewniam, że nie znalazłaby pani lepszego asystenta.

– Jak dotąd nie zrobiłeś na mnie szczególnego wrażenia – żartuję sobie, unosząc brew, i jednak odrobinę się odsuwam.

Jego palce zaciskają się na moim nadgarstku, przyciąga mnie bliżej.

– Jeszcze zrobię wrażenie, proszę się o to nie martwić. Proszę powiedzieć, czego pani chce, a ja to pani dam.

– Czy ty nadal mówisz o pracy? – pytam rozedrgana.

Wzrusza ramionami.

– Nie możesz ze mną flirtować – oznajmiam, choć z żalem. – To nieprofesjonalne i sprzeczne z polityką szpitala.

– Hmm… – mruczy, próbuje pohamować uśmieszek, ale mu się nie udaje. Puszcza moją rękę.

Później milknie, a ja nerwowo przesuwam się w bok, żeby stworzyć między nami choć trochę przestrzeni.

Pół godziny później nadal siedzimy z Tobiasem w ciszy i przyglądamy się tłumowi. Justin, który dołączył do nas razem z Gabriellą, rozmawia z moją przyjaciółką. Widzę, że próbuje się do niej dobrać. Ma to wypisane na twarzy, bez przerwy oblizuje usta, patrzy na jej wargi, wsuwa dłoń pod stolik, żeby musnąć jej udo. Ona się tym cieszy. Ma zarumienione policzki i bez przerwy robi ten swój udawany zalotny uśmiech, przy którym przechyla głowę i opiera ją na jego ramieniu.

Justin ma w sobie coś, co budzi głośne dzwony alarmowe w mojej głowie, chociaż nie wiem, o co chodzi.

Gabriella stuka mnie czubkiem buta w goleń. Dziwi mnie, że ma bardzo zaczerwienione oczy.

– Chodź ze mną do łazienki!

Kiedy wstaje, lekko się zatacza, ale bierze mnie pod rękę i prowadzi w stronę toalet.