Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
223 osoby interesują się tą książką
Sami stworzyli broń, która przyniesie im zgubę.
Gdy Kade dąży do zemsty na ludziach winnych zniszczenia mu życia, rozmywa się granica pomiędzy rozsądkiem a szaleństwem.
Grozili jego rodzinie, pozbawili go zdrowych zmysłów, do tego uprowadzili mu dziewczynę.
Poświęci wszystko, żeby ratować najbliższych, nawet jeżeli to oznacza wojnę.
Stacey Rhodes przeszła przez piekło na ziemi, a teraz utknęła w sidłach potwora, przez którego niegdyś straciła Kade’a. Ale nie cofnie się przed niczym, żeby odzyskać ukochanego. Cena nie gra roli.
Czy zdoła uwolnić siebie i swojego mężczyznę ze szponów Bernadette, zanim wojna pochłonie wszystko, na czym im zależy?
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 635
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Restitution
Copyright © Leigh Rivers 2024
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Magdalena Mieczkowska
Korekta: Aleksandra Krasińska, Wiktoria Garczewska, Monika Baran
Skład i łamanie: Paulina Romanek
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
ISBN 978-83-8418-684-8 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Ostrzeżenie dotyczące treści
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
ROZDZIAŁ 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Rozdział 46
ROZDZIAŁ 47
Rozdział 48
Rozdział 49
Rozdział 50
Epilog 1
Epilog 2
Epilog 3
Podziękowania
Przypisy
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
To kontynuacja InsatiableiVoracious, więc gorąco polecam przeczytać najpierw poprzednie tomy, aby uniknąć większego zamieszania. Ta historia porusza mroczne wątki, które mogą być dla niektórych czytelników trudne. Jeśli którykolwiek z poniżej wymienionych tematów jest dla Ciebie drażliwy, zadbaj o siebie i swoje zdrowie psychiczne, zanim zdecydujesz się przeczytać finałową część trylogii „The Edge of Darkness”.
Dysocjacja, zażywanie narkotyków i ich odstawienie, próba samobójcza, przypadkowa somnofilia, wymuszony kanibalizm, przemoc i szczegółowe opisy makabry, tortury, śmierć postaci, psychogenne napady niepadaczkowe, wspomniane (ale nieopisane szczegółowo) wykorzystanie seksualne nieletnich, destrukcja umysłu, skrajna trauma i jej psychiczne konsekwencje, napaść seksualna i fizyczna.
Kade
Uciskam ranę postrzałową w piersi swojego najlepszego przyjaciela, jego ciepła krew przecieka mi przez palce. Base wygina plecy, zaciska zęby z bólu, a przez prochy, które w niego wmusili, nadal ma rozszerzone źrenice. Mnie też nimi naszprycowali. Mój wzrok nie działa normalnie, ale widzę tę całą krew i jego bladą twarz, gdy walczy o każdy haust powietrza.
Nikt z ochrony mi nie pomaga. I nie pomoże. Bo nie mają zgody. Wszyscy więc tylko patrzą, jak się nad nim pochylam i próbuję spowolnić krwawienie. Base żyje – jeszcze – co znaczy, że kula ominęła serce. Ale płynie tak cholernie dużo krwi. Gdyby Dez tu był, zemdlałby na sam jej widok.
Mój drugi najlepszy kumpel właśnie opala się na wakacjach ze swoją dziewczyną, podczas gdy my musimy walczyć o życie. Ale to dobrze, im mniej osób jest w tym ubabranych, tym lepiej. Dobrze, że chociaż on ma normalność, o której reszta z nas może tylko marzyć.
Gotuję się, bo Base został w to wciągnięty i teraz leży w kałuży krwi. Jestem nadopiekuńczym kutasem, a Bernadette o tym wie i sprawnie wykorzystuje ten fakt przeciwko mnie. Musiała się wpieprzyć między moją rodzinę i moich przyjaciół. Jeżeli Base umrze, a potem nie odnajdę siostry i Stacey, to radzę jej spierdalać na inną planetę, bo nic, ale to nic mnie nie powstrzyma przed rozerwaniem tej zgniłej suki na strzępy.
Niestety – albo stety – przetrąciłem kark chujowi, który postrzelił Base’a, i zakatowałem krzesłem jeszcze kogoś. Ich zwłoki leżą teraz obok, jedne na drugich. Do tego z jakiegoś powodu, choć nadmiar prochów w organizmie rozpuszcza mój mózg, nic mi się nie stało, nikt mnie nawet nie drasnął.
Powieki leżącego pode mną kumpla zaczynają opadać i aż czuję ssanie w piersi.
– Nie! – Łapię go za podbródek. – Base, nie waż się, kurwa, zamknąć oczu!
Ale on je zamyka i moje serce przechodzi w paniczny cwał.
– Patrz na mnie! Patrz, kurwa, na mnie!
Wymierzam mu siarczysty policzek, zabarwiając jego twarz na karmazynowo. Mruga, otwiera powieki i mamrocze sennie:
– Czy ty… mnie… właśnie… spoliczkowałeś?
Gada, to dobry znak. Przepełnia mnie ulga, opadam na niego niemal bezwładnie, stykamy się czołami, cały czas uciskam jego ranę.
– Musisz mi pomóc odnaleźć dziewczyny – szepczę rozemocjonowany, nie mogę trzeźwo myśleć. Wszystko wokół ciągle wiruje, obraz przeskakuje mi przed oczami. Czy to w ogóle się dzieje naprawdę? – Zostań ze mną, proszę cię.
Mają Stacey. I moją siostrę. Sprzedali je.
Żółć podchodzi mi do gardła… Bez powodzenia próbuję kontrolować chrapliwy oddech przez nozdrza.
Base wyciąga rękę i słabo łapie mnie za kołnierz.
– Lu… Luci… ella…
– Znajdę ją. Obiecuję – cedzę przez zaciśnięte zęby.
Do pomieszczenia wpadają ochroniarze, a zaraz za nimi ratownicy medyczni. Odsuwam się, by ich do niego dopuścić, a gdy oceniają obrażenia, cały czas trzymam rękę przed jego twarzą, żeby nie odpłynął. Znaleźli na plecach ranę wylotową – to kolejny dobry znak, ale Base jest słaby i stracił sporo krwi.
Wyciągną go z tego, o ile dostanie pomoc natychmiast.
Słyszę, jak się naradzają, czy zabrać go do szpitala, czy do jednego z szemranych doktorków, którzy pracują na pasku Bernadette tu, w Londynie. Ktoś podaje mu morfinę i podpina go do jakiegoś ustrojstwa sprawdzającego parametry życiowe. Prochy zaczynają działać i Base zamyka oczy.
Siadam na piętach i rozglądam się po miejscu, w którym zaledwie kilka minut temu na moich oczach rozegrał się koszmar. Ten strach w ich spojrzeniach… To pierdolone, koszmarne przeczucie, które z żołądka przerzuca się na mózg. Muszę się zbierać, zanim będzie gorzej. Muszę spierdalać od tych skurwieli i szukać dziewczyny i siostry.
Nie jesteśmy razem już od jakiegoś czasu, ale Stacey to nadal moja dziewczyna.
Moja.
A ludzie nie mają prawa rozpierdalać tego, co należy do mnie. Uległem Bernadette, gdy dowiedziała się, kim jest Stacey, oddałem jej pełną kontrolę nad swoim życiem, więc dlaczego nagle wycofała się z danego słowa? Robiłem wszystko, co mi kazała. Wszystko, kurwa.
Nie myślę na tyle trzeźwo, żeby ustalić, co zrobiłem źle.
Handlowali ludźmi na aukcji w sali balowej Bernadette. Mnie i Base’a też sprzedali. Jednak biorąc pod uwagę to, w jakim stanie jest mój kumpel, wątpię, żeby w najbliższym czasie dał radę spełniać zachcianki swojego nabywcy. Niestety, mój wezwie mnie w ciągu kilku dni. W porządku. Zabiję go tak samo jak poprzedniego człowieka, który mnie kupił… ale najpierw powieszę męża Bernadette i każę jej na to patrzeć.
W końcu osiągnąłem limit.
– Dokąd zabrali te dziewczyny? – pytam jednego z ochroniarzy, który, jak wiem, nienawidzi tej roboty. Wskazuję na ekran drżącym, pokrytym krwią palcem. – Te dwie ostatnie, zanim transmisja została przerwana.
Mam pewne przeczucie… Sam nigdy nie trafiłem na inicjację, bo zostałem zaklasyfikowany jako „wyszkolony” do wykonywania poleceń i do należytego rżnięcia, ale słyszałem przerażające opowieści o tym procesie.
Facet zerka czujnie na kolegów i ścisza głos:
– Do ładowni na powołanie. Zostaną tam z nowymi właścicielami jakieś pięć dni, zanim wyjadą.
Nie mogę powstrzymać nieodpartej żądzy skręcenia mu karku, tak jak skręciłem kark jego koledze, więc zaciskam pięści przy ciele.
– Dlaczego aukcja odbywała się w posiadłości Sawyerów, a nie w Edynburgu, jak zazwyczaj?
Jego wzrok wędruje po sali, zatrzymuje się na ludziach podnoszących z podłogi jego martwych kolegów.
– Zadajesz za dużo pytań – cedzi przez zęby.
Drga mi prawe oko, bo do pomieszczenia wkracza szef ochrony.
– Mamy rozkaz, żeby cię zamknąć, młody – mówi, a ja już wyobrażam go sobie martwego na podłodze, obok tamtych dwóch. – Zostaniesz wypuszczony dopiero po powołaniu.
Kładą Base’a na noszach i wyprowadzają, spoglądam nerwowo to na niego, to na ochroniarzy. Nie pozwolą mi z nim iść – celują do mnie z broni – ale przynajmniej już wiem, że nie umrze.
Nie mam telefonu, zerkam więc z ukosa na szefa ochrony i mówię:
– Chcę się połączyć z Bernadette. Pójdę grzecznie do celi, ale najpierw chcę z nią pomówić.
Jesteśmy w jednym z domów Archiego na przedmieściach Londynu. Lubią przenosić się do takich miejsc, gdy robi się trochę za gorąco i chcą się przyczaić.
Szef ochrony prycha pod nosem, ale wyciąga telefon, stuka w ekran i przykłada go do ucha.
– Tu Polner. Tak, u nas wszystko gra. Jest szefowa? – Polner chowa broń do kabury i odwraca się do mnie plecami, ale pozostali dalej trzymają mnie na muszce. – Ten pyskaty chce z nią pomówić. Nie, nie Rusek. Syn Mitchella.
Następuje krótka pauza, a potem słyszę cichy szum głosu, którym tak gardzę.
– Dobry wieczór, pani Sawyer. Mam tutaj Kade’a. Nie, przepraszam, nie siedzi jeszcze w celi, ale powiedział, że pójdzie po dobroci, jeśli najpierw będzie mógł z panią porozmawiać. Tak, Rosjanin żyje… wyliże się z tej rany.
Odwraca się i czerwony na twarzy wyciąga rękę. Wyrywam mu z niej komórkę, a mieszanka wszystkich uczuć wprawia całe moje ciało w drżenie.
– Unieważnij ich transakcje – żądam.
Po drugiej stronie panuje cisza, słyszę jednak, jak Bernie stuka pazurami o biurko.
– Mojej siostry i Stacey – dodaję. – Unieważnij. Albo ja mogę je spłacić. Zrób cokolwiek.
Bernadette mruczy pod nosem, wiem, że się uśmiecha.
– A czemu miałabym to zrobić?
– Ludzie, na których mi zależy, to jedyne, co na mnie masz. Nigdy nie miałaś niczego poza moimi bliskimi. Latami srałaś w życie mojego ojca, a teraz postanowiłaś nasrać w życie mojej siostry i… – urywam, zaciskam mocniej telefon w ręce – zdecydowałaś się na bardzo niebezpieczną rozgrywkę.
– Kade, czy ja słyszę groźbę? – Wybucha śmiechem.
– Obietnicę. Jeżeli przejdą powołanie i wyjadą ze skurwielami, którzy je kupili, to cię rozpierdolę. Nie zostanie ci nic, czym mogłabyś mnie szantażować. Sprzedaj je, a zadbam o to, żeby zamienić ostatni dzień twojego życia w koszmar. Twoja córeczka? Nagram, jak wrzeszczy, obdzierana ze skóry, i wyślę ci jej kości. Będziesz patrzeć, jak cierpi Archie, a ciebie zostawię sobie na koniec. Jeżeli tym dziewczynom coś się stanie, to lepiej dobrze się ukryj, ty kupo gówna.
– Drogi chłopcze, jaki jesteś zadziorny.
Połączenie zostaje przerwane. Rzucam telefonem o ścianę, rozwalając go na kawałki.
– Nieźle, palancie. Wisisz mi nową komórkę. A teraz rób, co powiedziałeś, dawaj łapy do kajdanek.
Podnoszę wzrok i widzę, jak ten cwaniaczek, szef ochrony, ponownie wyciąga broń. Jest ode mnie znacznie większy, zbudowany jak jakiś jebany czołg. Wbijam mu pięść w ryj z taką siłą, że słyszę pęknięcie. Gniew tak mnie zaślepia, że nawet nie wiem, czy to nie mi pękło coś w ręce. Po chwili jednak widzę Polnera klęczącego na podłodze i wyjącego z bólu, jego szczęka wisi bezwładnie. Wzdycham, daję im się zakuć i odprowadzić do celi.
Stacey
W pomieszczeniu jest ciemno i zimno… lodowate powietrze kąsa moją obnażoną skórę. W porównaniu z przepychem na górze to tu, na dole, jest jak w jednej z części Piły.
Czy ja umrę? Gdzie jest Luciella?
Winda za moimi plecami pika i rusza w górę, zostawiając mnie rozedrganą z przerażenia. Przy drzwiach widzę cień wartownika, ma na piersi kaburę z bronią, skądś dobiega czyjś szloch. Z przewodów wentylacyjnych?
– Mamy jeszcze jedną! – woła strażnik, aż się wzdrygam. – Wysłać ją? Załatwiłeś już z tamtą?
Nie mam pojęcia, co odpowiada tamten drugi, słyszę tylko jakieś mamrotanie. Słabe echo. Płacz w przewodach znika. A może tylko cichnie albo może tylko go sobie wyobraziłam, będąc w szoku.
Muszę znaleźć Luciellę. Musimy się stąd wydostać.
– Stacey Fields – szepczę, nie mogąc opanować drżenia. Pojedyncza łza spływa po moim policzku. – Pro… proszę.
Nagle zaciskam usta i milknę, bo strażnik przelotnie świeci mi latarką w twarz.
– Młoda, może po dwudziestce. Chyba nie ma żadnych ran – mówi i zanosi się śmiechem. – Przynajmniej na razie. Za ile poszła?
Gwiżdże i znowu się śmieje. Zerka na mnie przez ramię, nieruchomieje i dodaje wrednym tonem:
– Ale jest skalana tatuażami. Obrzydliwy widok. Jesteś już tam na nią gotowy? Mam ją też rozebrać?
Rozebrać…?
O Boże.
Jeśli znajdą słuchawkę w moim uchu i kabel ukryty między piersiami, to mogą ukarać mnie jeszcze dotkliwiej. Gdy strażnik spuszcza głowę, próbując dosłyszeć, co mówi kolega, wyciągam słuchawkę i staram się wyszarpnąć cienki przewód. Trzyma się na kleju, więc muszę naprawdę mocno pociągnąć, ale się udaje. Łkając, rzucam go na ziemię.
Mężczyzna spogląda na mnie w ciemności i kończy rozmowę. Kiedy się zbliża, kopię kabel za jakieś pudło i otulam się rękami. Staje nade mną i rechocze na widok plam krwi Bernadette, które mam na sobie, a jego broń jeszcze bardziej wytrąca mnie z równowagi.
– Podobno rozwaliłaś szefowej twarz? Każe ci za to zapłacić. Ze mną też będziesz się biła jak ta mała blondyneczka?
Podbródek mi drży.
– Skrzywdziłeś ją?
– Ma szczęście, że nie – mówi, chwyta mnie za rękę i szarpie w stronę drzwi. – Nie martw się o nią… i tak się już nie zobaczycie. – Wypycha mnie na korytarz, wzdłuż którego ścian ciągną się jakieś rury, a pod sufitem wiszą migające lampy. – Zabierz ją do szóstki.
Przejmuje mnie inny strażnik. Szarpią mną tak mocno, że już czuję siniaki na rękach. Próbuję się wyrwać, ale on przykłada mi do podstawy kręgosłupa coś zimnego i twardego. Broń?
– Idź albo zadbam o to, żebyś już nigdy więcej nie mogła przebierać tymi ślicznymi nóżkami.
Kiedy mijam kolejne drzwi, słyszę zza nich płacze, wrzaski i… jęki. Ale nie jęki przyjemności, tylko takie jakby wymuszone – jęki wskazujące na to, że ciała zdradzają swoich właścicieli, którzy woleliby wołać o pomoc. A błagają tu o nią zarówno kobiety, jak i mężczyźni… Proszą napastników, żeby przestali.
Wykręca mi żołądek.
Chyba zwymiotuję. Czy Lu jest w jednym z tych pokoi?
– Z moją przyjaciółką wszystko okej? – pytam błagalnie. – Proszę, po prostu powiedz.
Zatrzymujemy się przed drzwiami na końcu korytarza.
– Powinnaś bardziej martwić się o siebie.
Przeciąga kartą przez skaner i drzwi pikają, czerwone światełko na górze zmienia się na zielone. Zostaję wepchnięta do środka, światła włączają się automatycznie, otwieram szerzej oczy, zaskoczona widokiem.
– Sugeruję, żebyś wzięła prysznic. Twój nowy pan nie byłby zadowolony, gdyby zobaczył na tobie cudzą krew. Zostaw sukienkę przy drzwiach.
– On tu przyjdzie? – pytam, odwracając się w kierunku mężczyzny, by na niego spojrzeć.
– Myślałaś, że tak łatwo ci odpuści? Nie, musisz przejść powołanie. Zostaniecie razem w tym pokoju, dopóki nie będzie zadowolony z poziomu twojej uległości.
Strażnik zatrzaskuje drzwi, zostawia mnie samą w tej sali tortur. Na samym środku stoi wielkie łóżko ze skórzanymi kajdankami przyczepionymi do każdego z czterech słupków. Stoi tam regał pełen… Na widok kuli do kneblowania na smyczy z łańcucha robi mi się niedobrze. Jest tam też mnóstwo tubek z nawilżaczami, inne urządzenia seksualne i stojak z najróżniejszymi ostrzami.
Biegnę do nich i zamieram, wyciągam rękę po najmniejsze, ale się rozmyślam i chwytam największe, przypominające małą maczetę. Chowam je za plecami. Następnie przyklejam się do ściany naprzeciwko drzwi. Kiedy ten ktoś już przyjdzie, to nie dam się dotknąć. Raz już użyłam noża, i to znacznie mniejszego, gdy Chris sprzedał mnie kolegom. Nie zawaham się zrobić tego ponownie.
Nawet jeżeli moją aukcję wygrał jakiś gigant.
Nie zbliży się do mnie.
Przełykam gulę rosnącą w gardle i czekam.
I czekam, czekam, i czekam. Aż nogi zaczynają mi się trząść, a po twarzy i piersi spływają strugi potu. Chyba przez bitą godzinę tkwię we własnej głowie, myśląc o Lucielli. Czy Kade zmusi Bernadette, żeby o nią zadbała? Tak. Dla siostry zrobi wszystko, więc jestem spokojna, że dołoży wszelkich starań, by ją ratować. Base został postrzelony. I to w pierś… Możliwe, że już nie żyje.
Oczy zachodzą mi łzami. Jak to się stało, że moje życie tak się potoczyło?
Gdzie jest, kurwa, Chris? To psychopata, ale w tej chwili nie miałabym nic przeciwko temu, by ten odklejniec mnie stąd wyciągnął.
Głosy w głowie na moment milkną, ściskam mocniej rękojeść noża. Drzwi pikają, do środka wchodzi dwóch strażników, a za nimi – jakaś większa postać. Ma białą, gładką maskę i szerokie barki, jest bardzo wysoka. Mój „pan” wkracza do pomieszczenia w białej koszuli i marynarce.
Gdy wychodzi zza strażników i staje na środku pokoju, oddech zamiera mi w piersi. Widzę tylko jego oczy, które bacznie mnie obserwują. Przechyla głowę w bok. Żadnych słów. Żadnych działań. Nic.
– Dostarczymy panu kartę klucz, za której pomocą pan i tylko pan będzie mógł wchodzić do tego pokoju i z niego wychodzić. Ładownia to jedyny poziom, po którym może się pan swobodnie poruszać. Posiłki będą tu dostarczane trzy razy dziennie. Ona ma nosić tylko białe sukienki z komody, ale pan może bez ograniczeń korzystać z systemu pralni. Czy ma pan jakieś pytania?
Mężczyzna nie odpowiada, stoi z rękami w kieszeniach i świdruje mnie wzrokiem.
Strażnicy zerkają po sobie, a potem jeden z nich mruży oczy.
– Zabierzemy twoją sukienkę.
Sukienka ma wycięty tył, przez co czuję na plecach chłód ostrza. Może powinnam przestać liczyć na to, że się z tego wyrwę, i po prostu poderżnąć sobie gardło. Może tak byłoby lepiej, przynajmniej nie dałabym się zgwałcić, tym razem w pełni przytomna.
Jeden krok potężnej postaci wystarczy, by stanęło mi serce. Rzucam się naprzód, próbuję dźgnąć go w serce, ale on łapie mnie za nadgarstek, zanim strażnicy w ogóle zdążą zareagować, ściska mocno, zmuszając, bym puściła broń, cmoka z niezadowoleniem i kręci głową.
– Pieprzona wariatka – mówi jeden ze strażników.
Otwory do patrzenia w masce są zasłonięte siatką, więc nie widzę zbyt dobrze jego oczu. Na pewno są niebieskie. To jedyna znana mi cecha mojego oprawcy. Jeżeli nigdy nie pokaże mi twarzy, to jak go zidentyfikuję i zgłoszę, jeśli kiedykolwiek się uwolnię?
Przechodzi mnie dreszcz, bo czuję, jak rozcinają mi z tyłu sukienkę, a potem ją ze mnie ściągają. Muszę stanąć przed przybyszem w samej bieliźnie, w tej, do której założenia zmusił mnie Chris. I bez stanika.
Ale ten człowiek i tak nie patrzy na moje ciało. Jego wzrok przenika wprost do duszy.
– Pierwszy sprawdzian, proszę pana. Potem zejdziemy już panu z drogi.
– Niegrzeczna z ciebie dziewczyna… – szepcze głębokim, chrapliwym i stłumionym przez maskę głosem. Puszcza mój nadgarstek i chwyta mnie za szczękę, a obaj strażnicy się cofają. – Klękaj.
Stoję twardo, nie zamierzam ugiąć przed nim kolan. Strażnicy się przyglądają, czekają, czy pomyślnie przejdę pierwszy krok powołania. Jeżeli odmówię, to mogą kazać siedzieć mi tu dłużej. Chcą, żebym była posłuszna… żebym okazała się grzeczną, uległą zabaweczką nowego pana.
Ale ja i tak już jestem martwa.
Próbuję trafić go kolanem w krocze, ale on wykonuje unik i z siłą pcha mnie na podłogę, tak że moje kolana same się o nią rozbijają, a ból wyciska z mojego gardła krzyk.
Przesuwa rękę ze szczęki na moje włosy i szarpie je, zmuszając mnie, bym na niego spojrzała.
– Zdejmij panu pasek – warczy jeden ze strażników. – Już!
Zamykam oczy, gdy podnoszę ręce do sprzączki, po policzkach płyną kolejne łzy. Moje palce drżą tak, że dopiero po którejś próbie udaje mi się wyciągnąć grubą skórę z metalowej obręczy. Mężczyzna wyrywa mi pasek z rąk, zanim zdążę go upuścić, i całkowicie mnie zaskakuje, bo błyskawicznie owija nim moją szyję, a potem zaciska go na gardle.
Dusi mocniej, odcina mi dopływ powietrza. Moje płuca płoną, a ciśnienie napiera na oczy.
Strażnicy chyba są zadowoleni. Poklepują go po plecach i życzą udanej pierwszej nocy. Drzwi się za nimi zamykają, słyszę piknięcie. Mężczyzna rozluźnia ucisk, a ja z trudem łapię powietrze.
Padam do przodu, podpieram się na rękach, kaszlę i równocześnie płaczę, żałuję, że Chris zmusił mnie do tego, bym przyjechała na tę głupią, udającą przyjęcie urodzinowe aukcję. Lecz gdy maska opada na posadzkę, a mężczyzna klęka obok mnie, zamieram w oczekiwaniu na cios lub kolejny rozkaz.
Nowy pan ujmuje moją twarz i zmusza, bym spojrzała mu w oczy.
Tobias Mitchell.
Opada mi szczęka, cały strach nagle się rozpływa.
– To… Tobias?
Ojciec Kade’a chwyta leżący obok koc i mnie nim owija, potem bierze mnie w objęcia. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo tego potrzebowałam.
– Przepraszam. Przepraszam. Wszystko dobrze. Jesteś przy mnie bezpieczna – mówi łagodnie i głaszcząc mnie po głowie, pozwala mi się wypłakać w swoją pierś. – Znalazłem cię, dziewczynko.
Stacey
Tobias odsuwa się i z niepokojem patrzy mi w twarz, nie pozwala wzrokowi zjechać niżej, mimo że osłania mnie już koc.
– Zrobili ci coś?
Zaprzeczam ruchem głowy.
– To ty wygrałeś moją aukcję?
– Tak. Barry odkrył, co planuje Bernadette, gdy wysłała temu twojemu zasranemu, nieznośnemu braciszkowi zaproszenie i warunki umowy. Byliśmy w połowie drogi do Londynu, po Kade’a, ale zawróciliśmy. Na pewno nic ci nie zrobili?
Oczy mnie szczypią, bo z całych sił powstrzymuję wodospady łez. Obawiam się, że jeśli zacznę teraz beczeć, to już nie przestanę.
– Z Barrym wszystko okej?
Tobias kiwa głową.
– Jest upierdliwy, ale skutecznie mnie ukrywa. Jego żona i dziecko są w kryjówce w Aberdeen.
Na mój policzek spływa łza. Tobias zauważa ją i wyciera kciukiem.
– Wyciągnę cię stąd – zapewnia.
– A co z Luci…
– Jej aukcję wygrał wujek Sebastiana Prince’a. Wywiozą ją do Moskwy i ukryją, dopóki nie załatwimy Bernadette. Tak się umówiłem z jego dziadkiem. Obiecałem mu, że zabiję ludzi, którzy maltretowali jego wnuka, jeśli w zamian ukryje moją córkę. Rosjanie otaczają właśnie budynek.
– Wiedzą, że Bernadette ma Base’a?
– Przestępcze podziemie to bezwzględne środowisko. Wojna pomiędzy szkockimi organami ścigania i innymi służbami, które Bernadette trzyma na smyczy, a rosyjską mafią byłaby naprawdę paskudna. Zginęłoby wiele istnień. Zaoferowałem więc, że sam zabiję ją i jej męża. – Chcę się odezwać, ale Tobias wchodzi mi w słowo: – Musimy cię stąd wydostać, zanim każą mi przejść do następnego etapu. Jeżeli odmówię, to zastrzelą mnie na miejscu i przejmie cię ktoś inny.
Przeciąga kartą przez czytnik, a gdy drzwi się otwierają, wystawia głowę na zewnątrz, ale natychmiast cofa się do środka. Rzuca „kurwą” pod nosem, wyławia z kieszeni telefon i przystawia go do ucha.
Zaczyna maszerować po pokoju, fukając pod nosem, bo dzwoni, dzwoni i dzwoni… W końcu jednak ktoś odbiera.
– Dupku, kiedy do ciebie dzwonię, to masz odbierać, kurwa, od razu. Mam ją. Tak, jest cała, nic jej się nie stało. Na zewnątrz pilnuje czterech strażników. Widzisz na monitoringu najbezpieczniejszą drogę, którą mógłbym ją stąd wyprowadzić tak, żeby nie ryzykować jej życia?
Przygryzam dolną wargę, gdy Tobias odwraca się i wwierca we mnie spojrzenie. Podchodzi do komody i wyciąga coś białego. To sukienka. Krótka. Na cienkich ramiączkach. Aksamitna, w sumie uznałabym ją za całkiem ładną, gdybym tylko nie tkwiła w samym środku ośrodka handlu ludźmi i nie szykowała się do ucieczki z ojcem swojego chłop… byłego chłopaka. Na dodatek ten ojciec niedawno zbiegł z zakładu.
– Jak uciekłeś? – pytam, biorąc od niego sukienkę. – Jestem za to na ciebie wściekła, żebyś wiedział.
Tobias prycha pod nosem i odwraca się do mnie tyłem, żebym mogła zsunąć koc i się ubrać.
– Nie przyjechałaś na wizytę, więc się nudziłem.
– Nudziłeś…
– Jestem odrobinę nieracjonalny i impulsywny. Poza tym miałem wrażenie, że coś nie gra… Nazwijmy to szóstym zmysłem.
Kiecka sięga do połowy uda, fatalnie. Wszystko jest tu fatalne.
– Kade’a i Base’a też wylicytowali – mówię, po czym znajduję na szafce gumkę do włosów, więc upinam włosy w kok na czubku głowy. – Pomożesz im?
– Tak, gdy tylko będę wiedział, że jesteś bezpieczna – mówi i odwraca się w moją stronę.
Staję na środku pokoju i robię głęboki wdech. Jestem taka przytłoczona. Zaledwie kilka minut temu myślałam, że będę atakowana, że obcy mężczyzna weźmie mnie siłą. Myślałam, że skończę tu martwa, ale nie.
– Dziękuję – mówię cicho.
Tobias marszczy czoło, opiera się bokiem o komodę, krzyżuje ręce i nogi i czeka, aż Barry zadzwoni z informacją, że na zewnątrz jest czysto.
– Za co ty mi dziękujesz?
– Pogodziłam się z tym, że umrę – mówię z przejęciem. – Myślałam… – urywam i prawie się krztuszę. – Po prostu przyjmij moją wdzięczność. Wiem, że dzieci są dla ciebie priorytetem, ale doceniam, że tu po mnie przyjechałeś.
– Ty też jesteś priorytetem. Dziewczynko, szukałbym cię do końca jebanego świata. Wiem, że miałaś kiepskie relacje z ojcem, twoi bracia to bezużyteczne chujki, a mój syn jest przykuty do jakiejś pizdy, której się wydaje, że rządzi wszystkimi naokoło, ale masz jeszcze mnie.
Wpadam na niego z takim impetem, że prawie się przewraca.
Tata nigdy mnie nie chronił. Kochał mnie, ale gdy tylko na scenie pojawiła się Nora, to ja zeszłam na dalszy plan. Tęsknię za nim i też go kocham, ale Tobias traktuje mnie lepiej. Nie sądziłam, że kiedyś to powiem, i musisz mi wybaczyć, Ario Miller, ale bezpieczeństwo w ramionach Tobiasa Mitchella jest niczym sen, z którego wolałabym się nie budzić. Nie chcę go puszczać.
Co, jeśli się od niego odkleję i on zniknie? Co, jeśli to tylko jakiś narkotyczny sen? Co, jeśli tylko wyobrażam sobie ten scenariusz, a tak naprawdę leżę przykuta do łóżka i zaraz weźmie mnie jakiś stary, spocony facet z nadwagą?
– Nie wstrzymuj tego – szepcze Tobias. – Jeżeli potrzebujesz się wypłakać, to, kurwa, płacz, dziewczynko. Wyrzuć to z siebie tutaj, od razu.
To jest rzeczywistość, ojciec Kade’a naprawdę oplata mnie ramionami i pokrzepia nieśpiesznym głaskaniem po głowie i mocnym uściskiem, w którym drżę i daję upust emocjom.
Powinnam dostać szału, że uciekł z zakładu i uruchomił ogólnoświatową obławę, o której mówią w radiu i telewizji, ale jestem w stanie jedynie go przytulać i wchłaniać jego zapach. Nie czuć od niego woni potu starszego mężczyzny. Nie – on pachnie cynamonem. Intensywną wodą kolońską, którą zawsze pachną też ubrania jego syna.
Dawniej, leżąc i czekając na kolejne ciosy przyszywanego brata, podsuwałam sobie bluzę Kade’a pod nos. Zawsze zwlekałam z tym, by wrócić do domu, bo wiedziałam, co mnie w nim czeka.
Przy Kadzie naprawdę żyłam. Teraz żyję dzięki jego ojcu, i to dosłownie.
Tobias odwzajemnia uścisk, trzyma mnie pewnie przy sobie za kark.
– Jestem przy tobie – zapewnia głębokim tonem.
Pod wpływem tych trzech słów moje ciało drży przy jego ciele, a łzy radości i wycieńczenia sprawiają, że zaczynam się spazmatycznie trząść, Tobias jednak unosi mnie nad podłogę.
– Spokojnie, jestem przy tobie.
Kładzie dłoń na moim ramieniu i odsuwa mnie na tyle, by spojrzeć mi w twarz.
– Powiedz, że wszystko gra, bo kiedy tylko Barry da nam zielone światło, to musimy ruszać. Jesteś w stanie opanować emocje, dopóki się stąd nie wydostaniemy?
– Kazałeś mi wszystko z siebie wyrzucić.
Przechyla głowę w bok, ewidentnie jest lekko zdziwiony.
– Czyli masz tego więcej?
Parskam śmiechem i wycieram oczy.
– Czasami zapominam, że jesteś wyzutym z emocji kretynem.
– Nie odpowiedziałaś na pytanie – prycha, stawiając mnie na podłodze, i odsuwa się o krok.
– Wszystko okej – odpowiadam, wzruszając niepewnie ramieniem.
Po mojej odrętwiałej twarzy muszą dalej płynąć łzy, bo Tobias unosi brew i wyciera mi policzki.
– Nie marnuj na nich więcej łez. Już to z siebie wyrzuciłaś. Wytrzyj oczy i głowa do góry. Nie zasługują na twoje łzy. – Uśmiecha się lekko, przez co w jego policzku pojawia się dołeczek. – Nikt nie zasługuje.
Robię głęboki wdech przez nos, a potem wypuszczam powietrze ustami.
– Tak, okej. Już dobrze, naprawdę. Nadal nie mogę uwierzyć, że tu jesteś. Uciekłeś i…
Przerywa mi dzwonek jego komórki. Tobias ją wycisza i mówi:
– Później się na mnie wydrzesz. Zrobiłem dla swojej rodziny i dla ciebie to, co musiałem. – Pstryka mnie palcem w nos. – Ty też jesteś jej częścią.
Uśmiecham się i obejmuję rękami. Od lat nie byłam częścią żadnej rodziny.
Przyjemnie.
Tobias schyla się i sięga po maskę, zza poły jego marynarki wystaje broń.
Znika obraz Tobiasa grającego sobie w gry planszowe i czytającego książki historyczne z małą Evą, która siedzi mu na torsie i bawi się jego twarzą.
Drzwi za jego plecami pikają dokładnie w chwili, w której zakłada maskę. Oboje nieruchomiejemy, bo do środka wracają ci sami strażnicy, którzy wyszli ledwie kwadrans temu.
– Mamy rozkaz zabrać dziewczynę. W dwadzieścia cztery godziny otrzyma pan zwrot pieniędzy, a na dziś może pan sobie wybrać kogoś niesprzedanego na aukcji i spędzić z nim noc w innym pokoju.
Obaj odstępują w bok, robiąc Tobiasowi miejsce, by mógł swobodnie wyjść.
– Proszę za nami.
Wyrwanie broni spod marynarki i rozwalenie jednemu głowy zajmuje ojcu Kade’a całe dwie sekundy. Wystrzał jest tak nagły, że krzywię się i odruchowo odskakuję, tymczasem drugi strażnik wytrąca Tobiasowi pistolet i trafia go pięścią w twarz.
Facet jest na tyle potężny, że gdybym ja tak oberwała, to właśnie kuliłabym się na podłodze i próbowała zebrać własną szczękę. Ale Tobias tylko się śmieje i wali go z byka, a potem, gdy strażnik traci orientację i próbuje się złapać za złamany nos, chwyta go za kark w śmiertelnym uścisku. Patrzę z grozą, jak Tobias ciągnie mężczyznę w stronę stojaka z nożami i szybkim ruchem nabija jego twarz na ostrza, krew bryzga na wszystkie strony. Przy okazji Tobias sam też robi sobie krzywdę.
Facet wyje jak zarzynane zwierzę, aż w końcu jedno z ostrzy podrzyna mu gardło, więc wydawane przez niego odgłosy przechodzą w charkot, później świszczenie, a na końcu milkną.
Tobias puszcza strażnika i patrzy, jak jego ciało ląduje na podłodze w kałuży krwi. Zgrzyta zębami, bo zauważa drobne nacięcia na palcach i dłoni, strząsa z ręki krople krwi.
– Cóż za marnotrawstwo życia – wzdycha i podwija białe rękawy do łokci. – Nie możemy dłużej czekać. Chuj z planem Barry’ego.
Kiwam głową i rozcieram nagie ramiona, z przodu białej sukienki też pojawiły się smugi krwi.
– Włożyłbym na ciebie swoją marynarkę, ale muszę udawać palanta, który właśnie zapłacił grube miliony za nową zabawkę. Niektórzy po drodze będą się chełpili zdobyczami. Jestem nowym kupującym, bez przeszłości w tym ich pojebanym świecie, musiałem więc przystać na pięciodniowe powołanie, dopiero potem mieli wypuścić mnie za ochronę. Kiedy tam wyjdziemy, nie mogę przykuwać uwagi. Musimy się wtopić. Nawet jeżeli doliczyć naszych ludzi w posiadłości na górze, to oni mają nad nami zdecydowaną przewagę liczebną.
– Rozumiem. – Przygryzam wargę. – Chris i Kyle też byli na zewnątrz. Złapał ich ktoś?
– Nie, a co oni tam robili? Dość, chuj z tym. Możemy najpierw skupić się na tobie?
Po raz kolejny dzwoni jego telefon i nam przerywa.
– Teraz? – rzuca do komórki Tobias. – Barry, chuju złamany, słuchaj mnie, kurwa. Mam tu już dwóch martwych strażników i to tylko kwestia czasu, kiedy zlecą się następni. Znajdź nam bezpieczną drogę albo sam to zrobię. Muszę. Ją. Stąd. Wydostać.
Obejmuję się rękami, stawiam krok w tył i prawie przewracam się o jednego z trupów. Ślizgam się na czerwonej posoce, strząsam ją ze stopy, w tym czasie Tobias omawia nowy plan ucieczki – którędy mamy pójść i ilu strażników musimy minąć po drodze.
Rozłącza się, łapie mnie za rękę i bez zbędnego namysłu wyprowadza z pokoju.
– Musimy ruszać. Jeśli się na kogoś natkniemy, udawaj, że się boisz. Muszę trzymać cię tak, jakbym chciał zerżnąć cię we wszystkich znanych ludzkości pozycjach, i to bez twojej zgody.
– Jezu, Tobias.
Stacey
Gdy tylko wychodzimy zza rogu i wspinamy się po schodach, dochodzą do nas skomlenia. Jęki. Zwalniam, ale Tobias przeklina i przyciąga mnie do swojego boku.
– Nie możesz uciekać, jeśli się czegoś przestraszysz. Masz być posłuszną zdobyczą i trzymać się mojego boku, okej?
Prostuję plecy i przytakuję.
– Okej.
– Muszę cię bardzo źle traktować.
– Wiem… – odpowiadam, zerkając w bok, skąd dobiega śmiech jakiegoś mężczyzny.
– Z góry przepraszam.
Wygląda na szczerze przerażonego tą perspektywą, odpowiadam więc uspokajająco:
– Tobias, w porządku, tylko się pospiesz.
Łapie mnie za przedramię i ciągnie korytarzem, staram się za nim nadążyć.
Wybiegamy zza zakrętu i zanim nawet zdążę jęknąć, uderzam plecami o ścianę. Tobias przykleja się do mnie i wciska głowę w zagłębienie mojej szyi.
– Przepraszam… – szepcze przez dziurę w masce. – Przepraszam, przepraszam, przepraszam… – powtarza, łapiąc mnie za udo, i unosi je wyżej. Gra swoją rolę. – Wybacz mi.
Mija nas Archie z trzema ochroniarzami. Rozmawia przez telefon, zupełnie nie zwraca na nas uwagi. Wrzeszczy na rozmówcę, który ma nad czymś zapanować. Gdy tylko znikają, Tobias puszcza moją nogę i odskakuje do tyłu, jakbym parzyła.
– Przepraszam. – Stawia mnie prosto i się rozgląda.
– Myślisz, że mówił o Kadzie?
Tobias lekko drży. Wiem, że buzuje w nim gniew, który z wysiłkiem stara się kontrolować.
– Prawdopodobnie – cedzi, wodząc wzrokiem za Archiem. – Muszę naprawdę się starać, żeby nie skręcić śmieciowi karku, ale nie mogę ryzykować twojego bezpieczeństwa. Chodź. Dopilnuję, żeby spłonął razem z całą posiadłością.
Chwyta mnie za nadgarstek i ciągnie korytarzem dalej. Niestety szybko napotykamy kolejną przeszkodę, bo w naszą stronę idzie mężczyzna z cygarem i tabliczkami do licytacji w ręce. Tobias chwyta mnie za udo i kiwa mu głową, próbuje się wtopić.
Jego dłoń pali.
Gdy tylko mężczyzna znika, gwałtownie ją odrywa.
Podążam za nim w kolejny korytarz, ciemny i wilgotny, wzdłuż jego ścian ciągną się zamknięte drzwi, zza których słychać kolejne jęki. Przyjmuję rękę Tobiasa i delikatne głaskanie kciukiem po skórze mające zapewnić mnie, że jestem z nim bezpieczna.
Kiedy jedne drzwi się otwierają i widzę czekającą w środku dziewczynę, która posłusznie trzyma rękę na kolanie, piszczę pod nosem i spuszczam głowę.
– A co z resztą?
– Po tym, jak cię stąd wyprowadzę, Barry, jego ludzie i Rosjanie przeprowadzą szturm na to miejsce. Wyprowadzą pozostałych, a potem wszystko spalą. Rosjanie chcieli uderzyć od razu, ale nie mogłem ryzykować twojego zdrowia. Tak będzie najbezpieczniej.
Ponownie chwyta mnie za rękę, wspinamy się po schodach, a gdy jesteśmy wyżej, do moich uszu dobiega muzyka instrumentalna – to Alexandre Desplat. Zazwyczaj lubię go słuchać, kiedy tańczę lub czytam, ale teraz tylko wszystko pogarsza. Im jesteśmy wyżej, tym dźwięk staje się głośniejszy. Kiedy wchodzimy do głównego foyer, melodia przechodzi w utwór Statues.
Na otwartej przestrzeni Tobias puszcza moją dłoń i znów chwyta mnie za przedramię, wywleka lub wypycha zza kolejnych rogów. Wiem, że sprawia mu to przykrość, ale nie możemy pozwolić, żeby ktoś go rozpoznał albo zorientował się, co robimy.
Wokół nas kręci się trochę innych kupców, paradują ze swoimi najnowszymi nabytkami ubranymi w takie same białe sukienki jak moja. Niektóre niewolnice wyglądają na nieco młodsze, inne – na starsze, jeszcze inne są bezbrzeżnie przerażone i płaczą.
Zamiast wyjść głównymi drzwiami, skręcamy w prawo i mijamy salę aukcyjną, w której teraz roi się od sprzątaczy. Tobias kroczy wolno, żebym nadążała za nim na bosaka. Choć mam ślady krwi na całej twarzy i sukience, nikt nawet nie zerka w moją stronę.
Jakby to było dla nich normalne.
Z boku stoi wartownik z bronią przewieszoną przez klatkę piersiową. Kiwa Tobiasowi głową.
– Korzysta pan ze swojej wygranej? Przypadła panu do gustu?
Cała tężeję, bo Tobias nagle stawia mnie przed sobą i udaje, że szepcze mi na ucho napastliwe słowa, łapiąc mnie pod pierś, podczas gdy w rzeczywistości ostrzega, żebym nie nawiązywała z nim kontaktu wzrokowego i jeszcze raz przeprasza.
– Och, to mało powiedziane. Piękna, prawda?
– Dołączy pan do pozostałych w sali konferencyjnej?
– Może następnym razem – odpowiada, po czym łapie moje włosy w garść i ciągnie w kolejny korytarz.
Kiedy jesteśmy już sami, daję mu kuksańca łokciem.
– Nie musisz mnie ciągnąć za włosy.
– Lubię ciągać za włosy.
– Jakżeby inaczej – rzucam, przewracając oczami.
Puszcza do mnie oko i wyciąga telefon.
– Zbliżamy się. Przygotuj ludzi. – Rozłącza się i patrzy na mnie. – Na tym piętrze już nie ma strażników. Prawie jesteśmy, dziewczynko.
Zatrzymujemy się w ciasnej wnęce w lobby, Tobias zrzuca maskę i marszczy brwi. Pozbywa się też marynarki, a pistolet oraz nóż wtyka sobie za pasek.
– Proszę – mówi, okrywając mnie marynarką. Pomaga mi trafić rękami w rękawy i zapina wszystkie guziki, żeby osłonić mnie, jak tylko się da. – Cóż, mogło pójść znacznie gorzej. Szczerze mówiąc, było raczej łatwo. Poza tym, że musiałem cię dotykać. Bez urazy, ale mam przez to ochotę cię obrzygać.
Najchętniej zwyzywałabym go od psychopatów, ale nie ma sensu stwierdzać oczywistego. Tobias odczuwa inaczej niż ja. Jego emocje są wyuczone i zupełnie inne niż moje.
– Myślę, że trochę za bardzo ci się podobało pomiatanie mną. To zemsta za te wszystkie porażki w szachach?
– Nie wmawiaj sobie, że odnalazłem w tym choćby odrobinę przyjemności – obrusza się. – Wolałbym popomiatać sobie Arią, najlepiej, gdyby miała na sobie…
– Dość! Idioto, niektórych rzeczy lepiej nie wyciągać na wierzch. Jeśli dziś nie zginiesz, to Aria zabije cię za tę ucieczkę – mówię. – Widziałeś się z nią?
– Obserwowałem ją, ale nie miałem jaj, żeby podejść. Kurwa, nie mogę. Odesłałaby moje dupsko z powrotem do Stanów. Boję się, że może mnie po tym całkiem odciąć.
– A ja myślę, że zrozumie… – mówię, ale nagle wzdycham zaskoczona, bo Tobias ciągnie za marynarkę, przykleja mnie do siebie, odchyla mi głowę, ciągnąc za włosy, i udaje, że gryzie mnie w szyję, bo mija nas strażnik.
Po chwili odpycha mnie, jakbym była trująca.
– Skurwysyn. Barry miał być ponoć dobry w tym fachu. I bez urazy, ale jeżeli jeszcze ktoś się napatoczy, to chyba będę musiał pozwolić, żeby nas złapali.
– Dlaczego?
– Bo… czuję się w tej roli bardzo niekomfortowo – mówi, rozglądając się i chowając ręce do kieszeni. – Mam wrażenie, że zdradzam syna i Arię.
– Przecież tylko udajesz.
– Wiem o tym – syczy. – Ale i tak czuję się niekomfortowo.
Znowu dzwoni jego komórka, Tobias beszta Barry’ego przez dobrą minutę, a Barry próbuje wytłumaczyć, że są już prawie gotowi. Nakierowuje nas na okno, którym mamy wyskoczyć, a potem uciec przez ogród, w którym nikogo nie ma.
– Szczerze mówiąc, nie sądzę, by Aria mi to wybaczyła. Prawdopodobnie straciłem ją na dobre. Znienawidzi mnie tak samo jak reszta świata – wzdycha ponownie i łapie się za nasadę nosa. – Ale nie miałem wyjścia. Nie przyjechałaś na wizytę. Musiałem uciec.
Wydaję z siebie odgłos zbliżony do śmiechu niedowierzania i patrzę na tatę Kade’a, na obecne w jego oczach zmęczenie wynikające z tego, że musi nieustannie walczyć sam ze sobą.
– Świat nie ma pojęcia, kim naprawdę jesteś. Jasne, trochę ci odwala, ale bardzo troszczysz się o rodzinę. Nauczyłeś się, jak kochać… Owszem, na własny sposób, ale już samo to przeczy opinii ogółu. Tobias, wcale nie jesteś bez serca. Zresztą, komu zależy na tym, co myślą inni?
Krzywi się, bo nie znosi komplementów ani takiej tkliwości.
– Zamknij się już, bo odprowadzę cię z powrotem.
– Tęskniłam za tobą – chichoczę.
– Skończyłaś?
Przewracam oczami, a on znów łapie mnie za rękę i ciągnie korytarzem. Skręcamy w lewo i się zatrzymujemy.
Dwaj mężczyźni przyciskają do ściany dziewczynę, która błaga, żeby przestali. To nie strażnicy. Są ubrani w garnitury. Kupujący. Jeden próbuje zadrzeć jej sukienkę, a drugi przemocą otwiera jej usta i stara się wepchnąć jej palce do ust.
Nie widzę twarzy Tobiasa, ale czuję mroczną energię, gdy powoli ciągnie mnie za sobą i bezszelestnie dobywa noża.
Dziewczyna się wykręca, żeby uniknąć języka napastnika, i wtedy prawie się przewracam, bo to przecież Cassie Sawyer, córka Bernadette.
Tobias zaciska palce na rękojeści i cicho, choć tak energicznie, że aż odrzuca mnie na drugą ścianę, łapie bliższego faceta za włosy, odchyla mu głowę i podrzyna gardło.
Korytarz wypełnia się zwierzęcym bulgotem. Na twarz Tobiasa, który na wszelki wypadek dziurawi jeszcze nożem czaszkę ofiary, tryska krew. Pozbawione życia ciało zwala się na podłogę, a nóż sterczy mu z oka.
Kumpel ofiary puszcza obryzganą krwią Cassie. Dziewczyna powoli opada na podłogę i kuli się, przygryzając wargi, ma zaszklone oczy, zerwany jeden paznokieć i zmasakrowaną skórę, jakby walczyła o wolność paznokciami.
Podbiegam do niej, padam na kolana i staram się ją odciągnąć, bo drugi mężczyzna bierze zamach na Tobiasa, ale bez powodzenia, bo on chwyta jego nadgarstek i łamie go z głośnym chrupnięciem, a na koniec zadaje mu cios głową.
Nos mężczyzny pęka tak samo jak nadgarstek.
Tobias odtrąca jego ręce na boki i uderza go w twarz tak mocno, że faceta rzuca na ścianę. Nie jest w stanie już zareagować, bo Tobias łapie go i bez końca wali jego głową o ścianę. Katuje go bezlitośnie, aż krew tryska jak z fontanny, i po chwili skurwysyn jest nie do poznania.
Tobias przebił mu twarz na drugą stronę.
Cassie jest przytomna, ale bełkocze, na jej policzkach zasycha krew. Sukienka przywiera do jej spoconego ciała, ma na przedramieniu sporą ranę. Podnosi na mnie wzrok, ale nie wiem, czy mnie widzi… Po chwili oczy uciekają jej w tył głowy i opada bezwładnie w moje ramiona.
Tobias zaciska usta.
– Cóż, niefart. Ona jest od wroga. – Pomaga mi wstać i przerzuca ją sobie przez ramię. – Dobrze, że już prawie wyszliśmy. Bierz jej telefon… Tam jest, na podłodze.
Podnoszę go, podaję mu, a on chowa go do tylnej kieszeni spodni.
– Dokąd ją zabieramy?
– To przynęta. Albo szantaż. Jedno dziecko w zamian za inne. O ile oczywiście ktoś tu przetrwa pożar.
Ponownie łączy nasze dłonie i trzymając Cassie na ramieniu, prowadzi nas do końca lobby, a tam otwiera okno. Oddycham z ulgą, bo po drugiej stronie ukazuje mi się twarz Barry’ego.
Uśmiecham się, a on w odpowiedzi szczerzy zęby.
– Dzień dobry, panienko.
– Przestań mnie tak nazywać – rechoczę.
– Zamknijcie się już oboje – burczy ojciec Kade’a. – Bierz to – mówi i w zasadzie rzuca mu Cassie.
Barry chwyta w locie jej bezwładne ciało i przekazuje je jednemu ze swoich ludzi, który ma zanieść ją do samochodu.
Tobias pomaga mi się wspiąć na parapet, a człowiek od Barry’ego – zejść. Gdy tylko moje stopy lądują na miękkiej trawie, Barry bierze mnie w ramiona… Kolejne przytulenie, którego bardzo potrzebowałam, choć nie miałam o tym pojęcia.
– Tak się cieszę, że nic ci się nie stało. Martwiłem się. Nigdy bym sobie nie wybaczył, gdyby spotkała cię jakaś krzywda, to znaczy panno… Stacey.
Tobias posyła nam wredne spojrzenie, a potem mruży oczy na Barry’ego.
– Puszczaj ją i ruchy. Bo zaraz nas ktoś zobaczy.
Skradamy się razem z Barrym przez obszar wokół domu i docieramy na niewielki spłachetek porośnięty drzewami. Bolą mnie stopy i trochę się krzywię, ale się nie skarżę. Mamy poważniejsze zmartwienia niż moje nogi.
Przypadkiem zapomniałam przytrzymać gałęzi – pacnęła Tobiasa w twarz.
„Ups”, rzucam przez ramię i krzywię się przepraszająco.
Wygląda, jakby chciał mnie zasztyletować.
Przemykamy przez las, a gdy mijamy stajnie, muzyka za naszymi plecami zupełnie cichnie. W stajniach nie ma żadnych koni, nie wyobrażam sobie, żeby Bernadette była w stanie dbać o żywe stworzenia.
Opuszczamy teren posiadłości nieużywanym tylnym wyjściem, metalowe wrota skrzypią cierpiętniczo, ale nie na tyle głośno, by w ciemności przykuć czyjąś uwagę.
Boję się poczuć ulgę, bo przecież nadal coś może pójść nie tak.
Barry kiwa mi delikatnie głową i otwiera drzwi jednego z czekających samochodów.
– Dobrze znowu cię widzieć – mówię. – Mam nadzieję, że u Lisy i Evy wszystko dobrze.
– Są w kryjówce, bezpieczne. Ciebie też naprawdę dobrze znów widzieć. Choć muszę przyznać, że spokojnie się bez ciebie żyło.
– Rumienisz się, gdy kłamiesz – stwierdzam, kręcąc głową.
Kiedy samochód rusza, Barry informuje, że Rosjanie szykują się do szturmu i w ciągu godziny posiadłość stanie w ogniu.
Oby Sawyerowie spłonęli.
Nawet jeśli mamy w bagażniku ich córkę.
Gdy docieramy do domku w górach, słońce zaczyna już wschodzić, a ja jestem wyczerpana. Prawie zasnęłam na ramieniu Tobiasa, ale strząsnął mnie ze wstrętem. Dłubie w tablecie, próbuje ustalić lokalizację Kade’a poprzez system bezpieczeństwa, do którego włamał się Barry.
Obserwuję, jak usilnie stara się nad sobą panować. Kiedy gasi tablet, patrzy za okno niewidzącym wzrokiem, mruga częściej niż zwykle, później znów sprawdza na ekranie, czy coś się zmieniło, a potem wraca do patrzenia za okno i tak w kółko.
Jego skorupa pęka, gdy wysiadamy z samochodu. Drzwi do domku się otwierają i wylatuje przez nie Aria. Ma czerwone oczy, dosłownie wpada w Tobiasa i pozwala sobie na dłuższy szloch.
– Nasze dzieci – płacze. – Musimy im pomóc. Proszę, pomóż im.
Tobias głaszcze ją po głowie i obejmuje ramieniem.
– Pomożemy. Odzyskamy dzieciaki, obiecuję.
Drzwi ponownie się otwierają i moim oczom ukazuje się Jason.
Stacey
Otwieram oczy, otępiała, krzywię się zarówno od słonecznego światła przesączającego się przez okno, jak i z bólu w mięśniach.
Wtulam się w objęcia Kade’a i nagle zamieram, jakby ktoś oblał moje nagie ciało lodowatą wodą, bo… na jego torsie nie ma tatuaży. Dłoń spoczywająca na moim biodrze nie należy do mojego chłopaka. Podnoszę wzrok, żeby zobaczyć twarz tego człowieka, i czuję skurcz w żołądku.
To Jason.
Starszy brat Kade’a.
Leżę w łóżku brata swojego chłopaka. Bez ubrań.
Do tego czuję między nogami pulsowanie najgorszego z możliwych rodzajów bólu w tej sytuacji… i mam ochotę umrzeć.
– Nie… – dukam chrapliwym, suchym głosem i odsuwam się od niego. Moje serce natychmiast rusza galopem i rozpada się na kawałki. – Nie, nie, nie, nie… Proszę, nie.
On stęka i próbuje dosięgnąć mnie ręką. Ma zamknięte oczy i zmarszczone czoło, stara się mnie do siebie przyciągnąć.
– Giana, wracaj spać. Później kupimy testy.
Mój wydech grzęźnie w pół drogi, cała się spinam, bo Jason zjechał ręką na mój tyłek.
Odskakuję od niego z krzykiem i ukrywam ciało pod kołdrą, przez co całkowicie go odkrywam. Przesuwam się w stronę krzesła przy biurku i padam na nie, zamykam oczy i błagam, by się obudzić… wyrwać z tego koszmaru.
Unoszę powoli powieki, bo słyszę ruch na łóżku. Unoszę rękę, żeby zasłonić Jasona… dolne rejony.
Żółć podchodzi mi do gardła.
Myślę tylko o tym, że Kade nigdy mi nie wybaczy… Zmiażdżyłam jego zaufanie i zrujnowałam naszą wspólną przyszłość. Kocham go najbardziej na świecie. Tylko dzięki niemu mogę oddychać. Jest niczym powietrze dla moich wygłodzonych płuc.
Wystarczy przelotne spojrzenie na rany na mojej piersi, ślady po zębach na cyckach i rozcięcie na sutku, by wiedzieć, że wszystko spieprzyłam. Nie ma co nawet wspominać o siniakach oraz zaschniętej krwi na biodrach i wnętrzach ud.
Jason siada prosto na materacu, jedno oko nadal ma zamknięte.
– Kochanie, co ty… – urywa i odwraca głowę w moją stronę. Patrzy na łóżko, potem znowu na mnie, jest kompletnie zagubiony. – Co ty tu…? Co…? Stacey?
Łapie poduszkę i osłania się nią jak tarczą, przeczesuje spocone włosy drżącą ręką.
– Kurwa, o co chodzi?
Kręcę głową i wbijam wzrok w ścianę, po moim policzku spływa łza. Usilnie próbuję się nie rozpłakać, nie paść na podłogę, nie zwinąć się w kulkę i nie błagać o przebaczenie.
Zawiodłam zaufanie Kade’a. Ja go… zdradziłam. Z Jasonem.
Dlaczego?
Przecież nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła. Kade jest dla mnie wszystkim. Najważniejszym człowiekiem. Chłopakiem, z którym chcę założyć wielką rodzinę i… się zestarzeć.
Roztrzęsiona, nawet nie mrugając, wstaję z krzesła i cały czas zasłaniając się kołdrą, odsuwam się jak najdalej. Gdyby tylko ciało mi pozwoliło, to bym stąd uciekła, ale z trudem stoję.
Nadal mam popękane żebra po tym, jak Chris znalazł wydruk z USG, a potem w napadzie furii dosłownie rzucał mną po ścianach i wielokrotnie kopał w brzuch, aż w końcu zabił moją maleńką.
– Tknąłeś mnie? – pytam, choć ledwo rozpoznaję własny głos. Łamie mi się, bo znam odpowiedź. – Czy my…? Ty…?
Jason wytrzeszcza oczy.
– Czekaj. Chwileczkę, kurwa. Ruchaliśmy się? Zerżnąłem cię? Myślałem, że to Giana… – Opada mu szczęka, patrzy na krew na swoim podbrzuszu. – To twoja?
Przełykam ślinę, próbuję kiwnąć głową.
– Tak myślę.
– Kurwa, ja nie… przecież my nigdy… – urywa i spuszcza głowę. – To się nie dzieje. Proszę cię, powiedz mi, że to się, kurwa, nie dzieje. Przecież ja mam narzeczoną, do cholery! Jesteś dziewczyną mojego braciszka!
Ponownie próbuję przełknąć ślinę, ale mam zbyt opuchnięte gardło.
– Jason, dlaczego ja tu jestem?
Zerka na mnie, ma potargane włosy i czerwone oczy.
– Nie wiem, kurwa. Dlaczego tu jesteś? Dlaczego trafiłaś do mojego łóżka?
Wzdrygam się i cofam o krok, czuję przerażające szczypanie w kroczu. Kolana się pode mną uginają, a kręgosłup chyba zaraz pęknie pod naciskiem niechcącego trzymać się w pionie ciała.
Powracają do mnie przebłyski wspomnień i pierś mi się zapada, widzę nad sobą różne twarze. Ciała. Nade mną, we mnie, obok.
Pamiętam różne zapachy. Sapnięcia. Ugryzienia.
Ktoś przykłada mi wielką dłoń do ust, wciska mi głowę w materac tak mocno, aż boję się, że pęknie mi czaszka.
Duszenie, aż robi mi się czarno przed oczami.
Ktoś mnie policzkuje, a może uderza z główki.
Głos przybranego brata.
Potrzeba ucieczki, krzyku, ale brak mi kontroli nad własnym ciałem. Mój umysł w zasadzie w tym nie uczestniczył, ale co nieco pamiętam. Poczucie zagubienia. Pustkę. Nadzieję, że mój chłopak albo drugi brat wpadną przez drzwi i to przerwą.
Pamiętam grozę. Pamiętam, że było ich więcej… i że…
Ściska mnie w dołku, bo na czoło moich myśli wysuwa się Jason. Szczypią mnie oczy, bo przypominam sobie, że był razem z nimi. Był nade mną, pode mną. Zasłaniam usta dłonią i wciskam się plecami w kąt pokoju.
– Zgwałciłeś mnie?
Naciąga bokserki i wstaje.
– Co? Nie. Ja nigdy bym… W życiu. Ja… Czekaj, jakiś koleś mnie upił i… kurwa, my chyba… – Przygryza wargę i patrzy na mnie z rozpaczą. – Ile masz lat? Tyle samo co Kade?
– Dziewiętnaście – odpowiadam, szczękając zębami, i ściskam kołdrę tak mocno, że aż boli.
– Nie zgwałciłem cię. Uwierz mi, kurwa, proszę. W życiu bym tego nie zrobił.
Przygryzam już wcześniej napuchniętą, rozciętą wargę.
– Zostałam zgwałcona. Pamiętam to. Krzyczałam, żeby przestali, próbowałam walczyć. Pamiętam cię.
Patrzy na łóżko, na plamy, i zaczyna ciężej oddychać.
– Myślę, że my po prostu… Nie zgwałciłem cię, Stacey. Przyrzekam. Nie jestem gwałcicielem.
Mam mokre policzki.
– Ale byłeś na mnie… – mówię ze szlochem i wbijam paznokcie w środek dłoni. – Byłeś na mnie. A ja nie chciałam. Kocham Kade’a.
Jason na mnie patrzy i blednie. Po części wierzę, że jest niewinny.
– Czy my naprawdę…? – pyta i szklą mu się oczy.
– Tak myślę. – Oblizuję wargi i odwracam wzrok. – Chyba tak. Ja… jestem naprawdę obolała.
Podnoszę na niego wzrok i mina rzednie mu jeszcze bardziej.
– Obolała?
Potwierdzam skinieniem głowy.
– I mam głębokie ślady po zębach na piersiach i udach. Siniaki też. – Nie wspominam o bólu wokół tylnej części ciała, po co jeszcze bardziej pogarszać sytuację.
Zaczyna miotać się po pokoju, szarpać za włosy, mamrotać pod nosem coś o swojej partnerce i o tym, że Kade go zabije, i kwestionować własną ocenę tego, czy uprawialiśmy seks. Zastanawia się, czy to przypadkiem nie jest po prostu zły sen.
– Przepraszam – szlocham. – Tak bardzo przepraszam. Muszę iść, muszę stąd iść. – I próbuję ruszyć, ale jakby zapadają mi się płuca, zewsząd nachodzi mnie taki ból, że aż wzdycham i zginam się wpół.
Kiedy Jason próbuje mi pomóc, wzdrygam się i wydaję z siebie odgłos przestrachu. Odsuwa się, unosi obie ręce.
– Przyniosę ci coś… – Pociera twarz rękami, szarpie szuflady komody, wyciąga z nich ubrania. – Włóż to. – Rzuca mi na kolana stertę jakichś ciuchów, a gdy się ubieram, szuka czegoś w szafce nocnej i odwraca się tyłem. Potem biegnie do łazienki i przynosi mi szklankę wody. – Połknij je, pomoże, jeśli jesteś obolała.
Wbijam wzrok w dwie tabletki w jego dłoni i kręcę głową.
– Nie.
– Obiecuję… – mówi powoli i ostrożnie przede mną klęka, ale wciąż trzyma się na dystans. – Nie wiedziałem, że to ty. Ja… prawie nic nie pamiętam, ale… myślałem, że to Giana. Przepraszam. Szczerze. Naprawię to.
Wzdrygam się, gdy łapie mnie za rękę i wciska w nią tabletki.
– Chcesz jechać do szpitala? Do Kade’a? Skoro… skoro uważasz, że przymusiłem cię do obcowania, to chcesz mnie zgłosić? Kade’owi wszystko wyjaśnię, na ile potrafię, a na policję sam się zgłoszę.
Narastające ciśnienie napiera mi na oczy. Wierzę mu.
– To nie była twoja wina. Myślę, że mój brat mnie tu przyprowadził w ramach kary.
Gdy zaczynam myśleć o wczorajszym wieczorze, od razu boli mnie głowa. Byłam w klubie z Chrisem i jego kolegami, kazał mi połknąć jakąś pigułkę, a potem jeszcze dwie. Trzymał mnie za szczękę i darł się, że mam popić te tabletki.
Zmusił mnie do tańca.
Czyjeś palce znalazły się w… Powiedziałam nie.
A potem wszystko niknie.
Jason… Skąd on się w tym wszystkim wziął?
Pamiętam, że widziałam go w klubie. Przelotnie, gdy Chris szarpał mnie na parkiecie… a może to już było gdzie indziej?
Skrywam twarz w dłoniach.
– Tak mi przykro – mówię. To Chris go do tego zmusił. Zrujnował nie tylko mój związek, ale także związek Jasona z Gianą. – To mój brat. Potwór. Mógł wszystko ustawić. Pasowałoby to do niego. Jest złym człowiekiem, manipuluje ludźmi. On… mógł chcieć się odegrać za to, że byłam z Kade’em.
Czkam, żółć podchodzi mi do gardła, zbiera mi się na wymioty.
– Ja… ja odstawiłam tabletki, bo staraliśmy się z Kade’em o drugie dziecko. Co, jeśli… co, jeśli my… – Nie jestem w stanie dokończyć zdania, bo na samą myśl o tym zakazanym pytaniu mam mdłości. – Kocham Kade’a. Kiedy się obudziłam, myślałam, że leżę z nim. Muszę mu powiedzieć. Nie mogę tego przed nim ukrywać.
– Nie pamiętam, żeby był tu ktoś inny. Myślę, że… że po prostu tu przyjechaliśmy. Nie wiem. Powiemy Kade’owi razem. Wyjaśnimy mu. Ostatnie, co powiedziałem bratu, to to, żeby o ciebie dbał i nie spuszczał głowy – prycha z obrzydzeniem na siebie, a jego czerwone oczy wilgotnieją. – A potem dzieje się coś takiego.
– Co z twoją narzeczoną?
Jason wbija we mnie niewidzące spojrzenie.
– Myślę, że nigdy mi tego nie wybaczy. Niezależnie od okoliczności. Jest teraz w pracy. – Zerka na zegarek. – Za kilka godzin wróci do domu. – Wstaje. – Muszę cię zabrać do szpitala.
– Nie! – Zrywam się i łapię go za rękę. – Chcę po prostu jechać do domu.
– Przyjadę po ciebie zaraz po tym, jak porozmawiam z Gi. Razem wytłumaczymy to Kade’owi. – Jason wyciera policzek, pociąga nosem i kiwa głową. – Przepraszam cię, Stacey.
– Ja ciebie też – odpowiadam drżącymi wargami.
Kiedy podwozi mnie do domu – a ledwo mogę chodzić bez krzywienia się z bólu – czuję ciężar na piersi. Zarówno fizyczny, jak i mentalny.
Czekam na koniec swojego świata.
Chris jest u siebie, słucha sobie muzyki. Nora i tata są na jakimś wydarzeniu charytatywnym. Kyle pojechał na uczelnię.
Wchodzę ostrożnie po schodach, przez ostatni ich odcinek dosłownie pełznę, i zamykam się w pokoju na klucz. Z prysznica leci ukrop, który barwi moją skórę na czerwono. Płaczę, dopóki starcza mi sił, a potem zmywam z siebie ten cały szlam.
Woda zmienia zabarwienie – z początku jest czerwona, później różowa, a na końcu robi się przejrzysta. Stoję pod prysznicem, nawet gdy robi się całkiem zimna. Nie wiem, po jakim czasie wychodzę i się ubieram, ale w końcu kładę się na łóżku, wbijam wzrok w sufit i myślę o milionach wyjaśnień, które sprawią, że Kade może nie znienawidzi mnie do końca życia.
Stracę go.
Rozlega się pukanie, ale mnie to nie rusza. Mój brat ma uciążliwą umiejętność otwierania zamka od zewnątrz, ale niech sobie otwiera. I faktycznie, drzwi w końcu się otwierają.
– Ciężka noc? – pyta i cicho rechocze.
Nie odrywam wzroku od sufitu.
– Zostawiłaś w klubie – mówi i rzuca mi na pierś telefon. – Naprawdę nie powinnaś pić. Byłaś wczoraj nieźle nawalona.
Nie doczekał się żadnej odpowiedzi, więc całuje mnie w policzek i wychodzi.
Samotna łza spływa po boku mojej twarzy, mija ucho i wsiąka w poduszkę.
Upływa godzina. Ból się nasila. Niedługo przyjedzie po mnie Jason, pojedziemy razem do Kade’a.
W pewnym momencie sprawdzam telefon i ściska mnie w dołku, bo widzę wszystkie wiadomości od swojego chłopaka. Pisały też dziewczyny. Tylar chce omówić plany studia, które Ewan buduje w posiadłości. Luciella prosi, żebym przyjechała, bo się nudzi i ciągle nęka ją Base.
Tata napisał, że wrócą z Norą dopiero rano.
Chris pytał, czy jeszcze żyję.
Mam też wiadomość od Jasona. Pyta, jak się czuję, i pisze, że nie jest jeszcze gotowy stanąć przed Kade’em. Przeprasza za to. Tłumaczy, że Giana musiała zostać dłużej w pracy i wróci kilka godzin później.
Przeprasza jeszcze raz.
Przychodzi ostatnia wiadomość od Kade’a.
Mój:
Piegusko, bo dostaję objawów odstawienia z tęsknoty. Mam do Ciebie przyjechać i się o Ciebie zatroszczyć?
Stacey:
Nie!
Wszystko okej, jestem po prostu bardzo zmęczona. Przyjedziemy później z Tylar, żeby omówić z Ewanem plany tego niespodziankowego studia dla Lucielli. Zostaniemy na noc. Jak już Tylar zaśnie, to mogę do Ciebie przyjść? Musimy porozmawiać.
Oczy po raz setny zachodzą mi mgłą. Kolejną wiadomość piszę ze ściśniętym gardłem.
Stacey:
Tęsknię.
Mój:
Jasne. Też tęsknię, Piegusko.
Połykam następne środki przeciwbólowe i zmuszam nogi do ruchu, żeby iść na spotkanie z Tylar. Wkładam dżinsy i golf zasłaniający wszystkie ślady minionej nocy. Tylar pyta, czy wszystko okej, zauważa, że jestem blada, i radzi mi, bym się porządnie wyspała, gdy już skończymy omawiać sprawy z Ewanem.
Jason wygląda jak Ewan.
Nie mogę na niego patrzeć.
Kiedy spotykam się z Kade’em, on ma już nagranie ze mną i Jasonem. Wszystko rozpada się w gruzy.
Krzyczy na mnie. Nienawidzi mnie. Mówi, że jestem dla niego martwa. Zostawia mnie.
Nie odpowiada, gdy próbuję pisać albo dzwonić. Próbuję połączyć się też z Jasonem, ale mnie odrzuca.
Wszystko jest takie… jakby w zwolnionym tempie, obolałe, a ból głowy przechodzi w otulającą mnie ciemność. W umyśle formuje mi się bańka, moja pierś jest taka ciężka… to musi się skończyć.
To wszystko musi się po prostu skończyć.
Godzinę później wiatr targa mi włosy, bo stoję na Erskine Bridge. Patrzę w mgłę, skok w dół byłby straszny, ale skuteczny. Wystarczy, że postawię krok i wszystko zniknie.
Chris już mnie nie dopadnie, bo będę martwa.
„Dla mnie jesteś, kurwa, martwa”.
Dla siebie też.
Nie boję się.
Zakończę to wszystko.
Już nie będę się bała wracać do domu.
Dołączę do swojej córeczki.
Słyszę za plecami pisk opon, ale się nie odwracam. Każdy oddech może być ostatni, bo trzymam się barierki coraz słabiej, nie puszczam jej jednak, ponieważ dostrzegam kątem oka jakiś ruch z boku.
– Nie rób tego, proszę cię – mówi Jason, a ja zauważam, że ma poharataną twarz. Kade musiał go dorwać. – Nie skacz.
Ale mnie już nic nie zostało. Tylko ból, ciemność i głęboka nicość. Chcę mu to wyjaśnić, ale nie jestem w stanie. Trzymam wzrok wbity przed siebie.
– To wszystko nie zniknie tylko dlatego, że ze sobą skończysz. Jeśli skoczysz, to może ty przestaniesz czuć, ale wszyscy twoi bliscy będą cierpieć. A wiesz dlaczego? Bo cię kochają, Stacey.
Chcę pokręcić głową. Mnie nikt nie kocha. Dla wszystkich jestem martwa.
– Stacey… – Zbliża się odrobinę, a mnie drży warga. – Możemy to naprawić. Możemy z nim porozmawiać. Przepraszam, że się wystraszyłem. Możemy to jeszcze naprawić. Możemy się dowiedzieć, co naprawdę wczoraj zaszło.
Wiatr przybiera na sile. Jestem w samym T-shircie, więc powinnam marznąć, ale nic nie czuję. Zupełnie nic. Nie chcę skoczyć dlatego, że Kade mnie zostawił. Chcę to zrobić, bo po prostu wolę umrzeć.
– Spójrz na mnie. – Głos Jasona rozlega się bliżej. – Stacey, proszę cię. Ja też wszystko straciłem.
Powoli odwracam do niego głowę.
Ma zmasakrowaną twarz. Nos mu krwawi, jego brew jest rozcięta, a dolna warga – spuchnięta.
– Straciłem narzeczoną, która prawdopodobnie jest już w ciąży. Straciłem brata. Najpewniej straciłem też resztę rodziny. Jeżeli skoczysz, to zostanę z tym wszystkim sam.
Głos mnie zawodzi, więc zamiast mówić, skrzeczę z wykrzywioną twarzą:
– Ale to boli. – Wewnątrz i na zewnątrz. Mam plastry na udach i na całej piersi. Siniaki rozlewają się coraz bardziej, w środku jestem dosłownie poszatkowana.
Jason unosi ręce i się zbliża, w końcu staje przy mnie, ale po drugiej stronie barierki.
Łapie mnie od tyłu za koszulkę.
– Straciłam córeczkę, a teraz też jego.
Jason ostrożnie przybliża się do mnie jeszcze bardziej.
– Przykro mi, że ci się to przytrafiło. Ale śmierć nie jest odpowiedzią, Stacey. Złamałabyś tyle serc, ale wszyscy możemy ci pomóc. Jeśli skoczysz z tego mostu, to to wcale się nie skończy.
– Może i nie… – mówię matowym głosem, nadal wpatrując się w mgłę. – Ale chyba tylko tak uśmierzę ten straszny ból.
– Jaki jest twój ulubiony film? – wzdycha Jason.
Milczę, zaskoczona jego pytaniem.
– Bo mój toFight Club, oglądałem go chyba z tysiąc razy. A jaki jest twój?
Oblizuję wargi i chcę odpowiedzieć, ale wtedy przez moją głowę przelatują wspomnienia, jak leżymy z Kade’em w łóżku, oglądającKróla rozrywki, jak Milo i Hopper skaczą wokół mnie, gdy tańczę, i żołądek wywraca mi się na drugą stronę.
– Opowiedz mi o swojej rodzinie – próbuje dalej Jason. – Czym się zajmują?
Marszczę czoło, ale zamiast puścić barierkę i runąć w otchłań, mówię:
– Mój tata jest inżynierem. Nora, macocha, przestała pracować, gdy za niego wyszła. – Mrugam, sama nie wiem, dlaczego mu odpowiadam. – Ona ma dwóch synów. Jeden jest spoko, ale drugi to wcielenie szatana.
– Mój tata też jest inżynierem.
– Jakiego rodzaju? – pytam, odwracając się do niego.
– Budowlanym. Latami tworzył własną firmę. A twój?
– Chemicznym. – Doskonale pamiętam przełomowy dzień w jego karierze, w którym dostał angaż w wielkim koncernie.
Jason mruczy pod nosem i mocniej chwyta moją koszulkę, z kolei ja znów lekko puszczam barierkę.
– A ten dobry brat to jaki jest?
– Lubi się rządzić – odpowiadam, unosząc kącik ust. – Właśnie taki powinien być starszy brat. Kocha mnie jak prawdziwą siostrę. Nie… nie chciał jechać na studia, bo przez to zostałabym sama z Chrisem. Wie, że Chris jest wobec mnie zaborczy i próbuje mnie kontrolować, ale nie ma pojęcia, jak daleko to sięga. To Chris powinien stać na tym moście.
Jason kiwa głową.
– W takim razie zrzućmy go stąd razem.
Cieknące mi po policzkach łzy porywa wiatr.
– Obiecujesz?
– Zejdź, obiecuję.
Gdy pomagał mi przejść z powrotem przez barierkę i odwoził mnie do domu, nawet przez myśl mi nie przeszło, że więcej go nie zobaczę.
Złamał obietnicę i, tak jak Kade, zniknął z mojego życia.
