Voracious - Leigh Rivers - ebook
NOWOŚĆ

Voracious ebook

Leigh Rivers

5,0

131 osób interesuje się tą książką

Opis

On nie tylko nigdy jej nie zapomni, ale też nigdy jej nie wybaczy. 

Stacey wraca do kraju w obstawie ludzi Kade’a i natychmiast zostaje wciągnięta w piekło na ziemi przez Chrisa, swojego pomylonego dręczyciela. Ale w końcu nadarza się okazja, by mu się zrewanżować.

 

Kade jeszcze nigdy nie odwiedził tak głębokich odmętów otchłani zła. Kiedy zobaczył się ze Stacey, jego świat niemal wywrócił się do góry nogami. A gdy ujrzał ją ponownie, zdał sobie sprawę, że jest gotowa poddać się jego dominacji. Wtedy już wiedział, że katastrofa czai się za rogiem.

 

Choć jej nienawidzi, ona jest jego kotwicą. Tylko przebłyski z ich wspólnej przeszłości utrzymują go przy zdrowych zmysłach i chronią przed osunięciem się w totalny mrok. Ale co się stanie, kiedy prawda w końcu wyjdzie na jaw i oboje się dowiedzą, co naprawdę zaszło tamtej pamiętnej nocy, która ich rozdzieliła?

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.                                                  Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 473

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Voracious

Copyright © Leigh Rivers 2024

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Magdalena Mieczkowska

Korekta: Aleksandra Krasińska, Agnieszka Zwolan, Emilia Ziarnik

Skład i łamanie: Paulina Romanek

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

ISBN 978-83-8418-583-4 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Fragment

Ostrzeżenie dotyczące treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Przypisy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

OSTRZEŻENIE DOTYCZĄCE TREŚCI

Ponieważ jest to kontynuacja Insatiable, zdecydowanie polecam przeczytanie najpierw tamtej historii, aby uniknąć poważnego zamieszania.

Voracious zawiera sporo drażliwych treści. Oprócz seksualnych i przemocowych z wieloma fetyszami, takimi jak gra z maskami i primal play, chwalenie i degradacja, zabawa analna oraz lekki breeding, zawiera również skrajne wyzwalacze, które należy traktować poważnie. W książce występują liczne przypadki napaści seksualnych, wykorzystywania seksualnego i fizycznego, gwałtu, gwałtu zbiorowego, odurzania, tortur oraz utrata dziecka w drugim trymestrze ciąży i próby samobójcze.

Ta historia kończy się cliffhangerem.

ROZDZIAŁ 1

Stacey

– Mogę jakoś pomóc, panno Rhodes?

Gapię się przez okno na przecinające przestworza skrzydła prywatnego odrzutowca. Moje policzki nasiąkają łzami, ale niektóre zdążyły już wyschnąć. Pociągam nosem i wycieram go rękawem. Wystartowaliśmy już trzy godziny temu, a ja nadal nie potrafię uspokoić serca, które z jakiegoś powodu wciąż bije w piersi.

W głowie przelatują mi ostatnie godziny – od chwili, gdy w pośpiechu wsadził mnie na motocykl, przez strzelaninę, pościg ulicami miasta i rozmowę, w której przyznał, że jest szantażowany, po ostatni pocałunek – i nie mogę oddychać.

Barry stoi ze złożonymi rękami przy małym stoliku.

– Nie trzeba, wszystko gra – kłamię, choć trudno o coś dalszego od prawdy.

Błagałam, żeby zawrócili, aby mu pomóc, ale Barry odmówił, tłumacząc się rozkazami. Kade zadbał o to, by wyprawili mnie w powietrze niezależnie od tego, co stanie się w hangarze. Chciał mnie chronić za wszelką cenę.

Za bardzo boję się o bezpieczeństwo Kade’a, żeby myśleć o własnym. Albo o tym, co czeka mnie w domu. Chrisem jednak zajmę się później. Teraz mój umysł płonie od traumatycznych wizji losów Kade’a.

Mógł ze mną lecieć. Mógł złapać mnie za rękę i zostawić to wszystko. Jakoś byśmy go z tego wyciągnęli, coś byśmy wymyślili… razem. Rodzice by go ochronili.

To skończone. Skończone już od dwóch lat.

Myli się. Skoro tak, to czym był ten cały pieprzony wyjazd? Seks. Pocałunek. Potrzeba trzymania mnie w objęciach. To wcale nie koniec.

Kade zabronił mi rozmawiać o tym wszystkim z jego ojcem, ale jak inaczej mam pomóc? Co się stanie, jeśli powiem Tobiasowi? Wpadnie w szał? Luciella opowiadała, że ostatnio z jego zdrowiem i zachowaniem jest naprawdę dobrze.

Gdybym mu powiedziała, mogłabym zagrozić jego postępom.

Ale jakie mam wyjście?

Czy to, że jestem gotowa zaryzykować życie Tobiasa, żeby ratować jego syna, czyni ze mnie egoistkę? Porozmawiać z Arią? Z Luciellą?

Jestem zagubiona.

– Musimy coś zrobić – szepczę do Barry’ego.

– Policja nie pomoże, więc o nich można zapomnieć. Nikt się w to nie wtrąci.

– Musi być jakiś sposób, żeby mu pomóc.

– Nie ma – odpowiada stanowczo, ale ja w to nie wierzę.

– Zrobią mu krzywdę?

Barry odwraca wzrok i przestępuje z nogi na nogę.

– Da sobie radę.

– Ktoś uderzył go w głowę, ty też to widziałeś.

– Panno Rhodes…

– Stacey – poprawiam. – Proszę, mówi mi Stacey.

– On da sobie z tym radę, Stacey – mówi. – Powinnaś się przespać.

Wcześniej, w samochodzie, myśleli, że śpię… Tak jakby dało się odpłynąć w takich okolicznościach. Słyszałam każde słowo – że jestem niewinna, że przy Kadzie będę w niebezpieczeństwie… Słyszałam też Kade’a mówiącego, że powinnam trzymać się z daleka od jego życia, ale ja zawsze byłam w nim obecna.

Mija godzina, a moje myśli nadal szaleją. Barry wręcza mi szklankę wody, która drży mi w dłoni. Sam wzdycha i siada w fotelu naprzeciwko. Wygląda na zmęczonego, jakby od kilku dni nie spał. Robi dla Kade’a bardzo dużo – sprząta po nim, użera się z nim, gdy ten jest naćpany, pijany albo gdy po prostu mu odbija.

Zaczynam podejrzewać, że zmuszają Kade’a do brania narkotyków, bo kiedy byliśmy nastolatkami, on nienawidził prochów. Udaje mi się przełknąć trzy łyki wody i odstawiam szklankę na stolik.

– Mam pytanie: ty pracujesz dla nich czy dla Kade’a?

Barry chrząka i poprawia idealnie gładki krawat.

– Moim szefem jest pan Mitchell. On wypłaca mi pensje i premie. Ale doskonale zdaję sobie sprawę z istnienia państwa Sawyerów i łączącej ich relacji.

– Kim jest żona? – pytam, podpierając się łokciami o stolik. – Jak ma na imię? Powiedz wszystko, co wiesz.

– Nie musisz tego wiedzieć. I tak nic nie poradzisz. Nikt nie poradzi. Rób to, co powiedział pan Mitchell: żyj dalej.

Łza spływa mi po policzku.

– Jak możesz tak siedzieć i bezczynnie patrzeć, jak ci ludzie go kontrolują?

– Panno Rhodes, zależy pani na własnej rodzinie?

Zgrzytam zębami.

– Częściowo.

– W takim razie proszę zrozumieć, że jeżeli będzie pani drążyć temat, to konsekwencje poniosą pani najbliżsi. Proszę przestać, póki pani może. To moja jedyna rada.

– Wrócisz po niego, kiedy już będę w domu?

– Nie. W możliwej do przewidzenia przyszłości mam panią monitorować.

– A mógłbyś po niego wrócić? Proszę.

Barry przeciera twarz, rozdrażniony.

– Lądujemy za cztery godziny – zmienia temat, a mnie ściska w dołku. Naprawdę nie zamierza nic zrobić? – Gdy będziemy na miejscu, proszę skontaktować się z bratem, niech po panią przyjedzie. Będę za nim jechał. Proszę mu o tym nie mówić ani nie zwracać uwagi zarówno na mnie, jak i na moich współpracowników. Będziemy jak duchy.

Mdli mnie, bo co, jeśli Chris ich zauważy? Ale kiwam głową, przecież nic nie mogę zrobić.

– Okej.

Barry wstaje i zapina marynarkę.

– Żeby panią uspokoić: jeżeli przyjdzie rozkaz, to owszem, wrócę po niego zaraz po tym, jak upewnię się, że jest pani bezpieczna. Ale myślę, że pan Mitchell przez pewien czas nie będzie się odzywał. Zablokował telefon i dezaktywował nasz system. Jest obecnie nie do wyśledzenia. Kiedy zrobił to poprzednio, zniknął na trzy miesiące.

Wargi mi drżą.

– Kade nie zawsze był taki. Tak… tak bardzo się o niego martwię. Mogą go krzywdzić właśnie w tej chwili. Czuję się bezużyteczna.

Światła w kabinie przygasają. Barry dolewa mi wody.

– Pan Mitchell wielokrotnie znajdował się w sytuacjach zagrażających jego życiu. Ujmuję rzecz delikatnie, proszę mi wierzyć. Jest zbyt cenny, by go zabili. Wielu próbowało, ale bez powodzenia. Przez to, co przeszedł, jest naprawdę dobry w swoim fachu. – Uśmiecha się sztywno i wskazuje ręką na kokpit. – Będę tam, gdybym był potrzebny. Proszę trochę odpocząć panno… Stacey.

Nie jestem pewna, ile mija czasu. Skupiam się tylko na dobiegającej z głośników muzyce. Leci When the party’s over Billie Eilish, a po każdym jej wersie czuję ucisk w piersi. Zalewają mnie wspomnienia. Ja wisząca głową w dół na obręczy, Kade całujący mnie w tej odwróconej pozycji przy tym samym utworze. Często zakłócał moje treningi, całując mnie albo dotykając. A czasami po prostu siadał i obserwował, jakby pierwszy raz widział, jak tańczę.

Wiedziałam, że tamta wersja Kade’a była we mnie zakochana. Widziałam to w jego oczach.

Teraz nie jestem pewna, czy kiedykolwiek jeszcze zobaczę tamtego chłopaka.

Idę skorzystać z toalety. Oczy opuchły mi od płaczu, a ból głowy lada chwila może przerodzić się w migrenę. Zatrzymuję się pod drzwiami kokpitu i słyszę głos Barry’ego:

– Dziewczynka? – pyta radośnie. – Co jeszcze mówiła położna? Tak. Super. Tak mi przykro, że nie mogę przyjechać, kochanie. Wrócę do domu za kilka tygodni. Lekkie szaleństwo w pracy. – Długa cisza; zapewne mówi teraz jego partnerka. – Szczerze, to wcale nie jest taka, jak opowiadał. Myślę, że ktoś musi walnąć ich oboje w głowy i kazać im porozmawiać. Właśnie. Ja też za tobą tęsknię. Wrócę przed rocznicą, obiecuję. Też cię kocham.

Odchodzę i przestaję podsłuchiwać. Miło słyszeć, że inni ludzie nadal mają chwile radości w życiu, choć sama czuję, że świat połyka mnie żywcem. Pamiętam, jak cieszyliśmy się z Kade’em, gdy lekarze powiedzieli, że będziemy mieć dziewczynkę. Czekaliśmy niecierpliwie na szesnasty tydzień i zapłaciliśmy za prywatne USG, zamiast czekać jeszcze cztery tygodnie.

Trzymaliśmy to w tajemnicy, bo najpierw chciałam opracować plan ucieczki od Chrisa bez jednoczesnego narażania życia Kade’a. Wymówiłam się przed nim tym, że nie chcę, by Luciella wiedziała. Odpuściłam wtedy trochę z tańcem – powiedziałam koleżankom, że naderwałam mięśnie barku, więc nie mogę wykonywać zbyt wymagających ćwiczeń. Wymyśliłam też, że dostałam na to silne leki, dlatego nie mogę pić alkoholu podczas naszych wieczornych wyjść. Wszystko kupiły.

Tyle kłamstw.

Doczekałam się minimalnie zaokrąglonego brzucha, a przy Ty i Lu zrzucałam to na wzdęcia. Byłam bardzo drobna, ale położna zapewniała, że wszystko jest w porządku. Zaczęliśmy planowanie. Dokąd się przeprowadzimy, jaki dom sobie zbudujemy, ile dzieci będziemy mieć. Tworzyliśmy listy imion.

Kade był przerażony połową moich pomysłów. „Ochujałaś? Nie nazwę córki Vixen”.Albo: „Georgina? Serio? Jakby miała dziewięćdziesiąt lat”.I jeszcze moje ulubione: „Piegusko, teraz po prostu próbujesz mnie wkurwić. Przecież to imię dla psa”.

Katastrofa nadeszła ledwie tydzień później. Okazała się początkiem końca.

Teraz mam totalny mętlik w głowie. Kade mówił, że to koniec, a jednak mnie pocałował. Gdy przesuwam palcami po wargach, nadal czuję na nich jego usta. Żałuję, że nie pozwoliłam mu na to wcześniej. Mogliśmy się całować przez cały wyjazd.

Czy nadal go kocham? Tak, bez wątpienia. Czy jestem w nim zakochana? Nie mam pojęcia.

Czasem uczucia są do bani. Bywają moimi najlepszymi przyjaciółmi, ale też najzacieklejszymi wrogami.

Udaje mi się zasnąć. Po wylądowaniu w Glasgow Barry czeka pod drzwiami lotniskowych toalet, podczas gdy ja próbuję się uspokoić i dodzwonić do Tobiasa, ale on nie odbiera. Piszę mu, że doleciałam do Szkocji.

Kyle mówi, że zaparkował pod salą przylotów, więc muszę ruszyć tyłek. Wychodzę z łazienki.

– Mogę powiedzieć bratu o tym, co zaszło?

Barry patrzy na mnie z grozą w oczach.

– Absolutnie nie. Nie słyszała pani, co mówiłem w samolocie? Konsekwencje, panno Rhodes.

– Stacey.

– Proszę trzymać buzię na kłódkę i żyć normalnie, no chyba że chce pani śmierci brata. Nie będę nawiązywał z panią żadnego kontaktu. Jestem tu tylko po to, by pilnować, czy Sawyerowie na panią nie polują.

Nigdy mnie nie znajdą. Chris jest cyberfreakiem. Chyba nawet policja nie zdołałaby się włamać do mojego telefonu albo do systemu bezpieczeństwa posiadłości Fieldsów. W zeszłym roku udało mi się go ubłagać, żeby przestał śledzić moją lokalizację i czytać moje wiadomości, ale w zamian musiałam obiecać mu, że nie będę zamykała drzwi do pokoju. I nie zamykałam, ale paranoja szybko wzięła górę.

Poświęciłam jedną formę prywatności, by odzyskać drugą.

Barry odchodzi do czarnego SUV-a czekającego kilka samochodów za białym Range Roverem, którego kilka miesięcy temu kupił sobie Kyle. Brat uśmiecha się szeroko i wrzuca moje rzeczy do bagażnika. Siadam w fotelu pasażera i od razu mam nerwy całe w strzępach, bo z tylnego siedzenia piorunują mnie oczy Chrisa.

ROZDZIAŁ 2

Kade

RETROSPEKCJA

Ktokolwiek uznał, że rodzinny wypad na kamping to w kurwę fantastyczny pomysł, zasługuje na śmierć. Najlepiej, żeby kara spotkała go, zanim stanie mój namiot, w którym będę musiał leżeć i w chuj się  nudzić.

Mieliśmy uczcić urodziny Jasona imprezą w posiadłości i choć nie znoszę takich spędów, to przynajmniej mógłbym zaciągnąć Stacey do jakiegoś wolnego pokoju albo do szafy i pożerać jej usta do utraty tchu.

Gardzę wszelkimi formami spotkań towarzyskich, ale to? Cały weekend w towarzystwie Stacey bez możliwości całowania, dotykania czy nawet rozmowy? To jakiś koszmar, tortury.

Muszę utrzymywać pozory, że jej nie cierpię, bo ponoć wyjdzie podejrzanie, jeśli przestanę ją wyzywać i utrudniać jej życie.

Wczoraj w nocy, gdy wszyscy położyli się w namiotach, a Ewan i Base toczyli zagorzałą dyskusję na temat planów architektonicznych Wieży Eiffla, pisaliśmy ze sobą przez kilka godzin, dopóki nie zasnęła. W ostatniej wiadomości pytałem, czy już śpi, a potem nie odzywała się cały dzień.

Cały. Kurwa. Dzień. To brutalne. Być tak blisko, ale nie móc nic zrobić. Śpię w namiocie z Jasonem, Dezem i Base’em. Ewan i mama mają własny, a Luciella, Stacey i Tylar – osobny, kilka miejsc dalej.

Słyszę chichot siostry, co jest w chuj irytujące. Czemu ona może mieć Stacey dla siebie? To nieuczciwe.

Od powrotu z Londynu minął już cały miesiąc. Od czasu, gdy budziłem się z pachnącymi wanilią włosami Stacey na twarzy, z jej ciałem leżącym na moim i z jej delikatnym oddechem na szyi. Te pobudki wydawały się czymś zupełnie nowym, może dlatego, że niewiele wcześniej uprawialiśmy pierwszy seks. Motylki przybierały na sile, zwłaszcza gdy się budziła i uśmiechała do mnie.

Nie wstydzę się przyznać, że leżałem w tej pozycji całymi godzinami, głaskałem ją, dotykałem tatuażu na jej łopatkach i zachodziłem w głowę, kiedy się mną zmęczy.

Jeżeli chodzi o seks – i w zasadzie wszystko inne – działamy bardzo wolno. Zupełnie mi to nie przeszkadza. Nigdzie nam się nie śpieszy. Pieprzyliśmy się pięć razy, za każdym razem ostrożnie, bezpiecznie, a po wszystkim ona zasypiała w moich ramionach. Kiedy się budziłem, jej przeważnie już nie było.

Nadal się siebie uczymy. Myślę, że oprócz piękna Stacey i tego, jaka jest, przyciąga mnie do niej też jej wyrozumiałość. Dla mnie to wszystko jest trudne. W jej towarzystwie wychodzą na wierzch emocje, z którymi nigdy wcześniej nie miałem do czynienia. Stacey jest wobec mnie cierpliwa i chyba dzięki temu już czuję się przy niej bardzo komfortowo.

Może i jestem niedowiarkiem, ale kwestionuję dosłownie wszystko. Przecież to niemożliwe, żeby człowiek był tak szczęśliwy jak ja teraz i żeby wszystko zaraz nie miało się spierdolić. Do kurwy nędzy, ona chyba nawet nie chce, żebym poznał jej rodzinę.

Nie jesteśmy w związku. Tak naprawdę to niczego nie ustalaliśmy. Nie rozmawialiśmy o swoich uczuciach, no może poza tą dziwaczną sytuacją, kiedy powiedziała, że mnie lubi, a ja musiałem się powstrzymywać, by nie palnąć, że chyba się w niej zakochuję.

A może tak jest.

Nie jestem pewien, czy potrzeba spotkań, rozmowy czy, kurwa mać, wąchania Stacey to symptom obsesji, który może przerodzić się w niebezpieczną potrzebę kontroli i manipulowania. Nie ma już dnia, żebym się nie budził z myślą o Stacey, podobnie jak wtedy, gdy kładę się spać – nie jestem w stanie myśleć o niczym innym.

Kiedy jej ze mną nie ma, to co pięć minut sprawdzam telefon i bez przerwy łażę do kuchni, bo to tam zazwyczaj można spotkać moją siostrę, a ja liczę na to, że może Stacey z nią będzie. Ciągle śledzę jej social media, oglądam foty, na których ją otagowali, sprawdzam, czy nie followuje kogoś nowego.

Nie odpisuje mi całe wieki i dosłownie gniecie mnie serce, które wybucha, kiedy tylko Stacey się do mnie uśmiecha, gdy wtula się we mnie i mówi, że nie chce wracać do pokoju mojej siostry.

Od pewnego czasu z namiotu obok nie dochodzą żadne szmery. Wyszedłbym na wariata, gdybym się wymknął, porwał Stacey do lasu i zacałował ją na śmierć?

Możliwe.

Siadam w śpiworze i chwytam telefon.

Kade:

Śpisz już?

Ukazują się trzy kropki, więc w duchu wzdycham z ulgą, kładę się z powrotem, zbliżam komórkę do twarzy i czekam na odpowiedź. Ciągnę za sznurki bluzy i zaciskam kaptur na głowie.

Pieguska:

Nie. Chrapanie Ewana niesie się aż tutaj! Na miejscu Twojej mamy udusiłabym go poduszką. Czekaj. A może to Aria chrapie?

Cholera wie. Szczerze mówiąc, Stacey też chrapie. Ale nie powiem jej tego. Nie dopuszcza do świadomości, że nie umie śpiewać, więc wyobrażam sobie, co by było, gdybym przyczepił się też do chrapania. To ja skończyłbym uduszony poduszką.

Kade:

Do bani, że jesteśmy tak blisko i nie możemy nic zrobić. Jak to możliwe, że za Tobą tęsknię, skoro jesteś tuż obok?

Czy to nie było zbyt otwarte? A chuj, już się wysłało. Tata powiedział, żebym był szczery, no to jestem.

Pieguska:

Też tęsknię.

Odpisuję z uśmiechem na ustach.

Kade:

Mam pytanie.

Pieguska:

Możesz pytać.

Cholera, jak mam zapytać ją o spotykanie się na wyłączność bez równoczesnego proszenia jej, żeby została moją dziewczyną? Domyślam się, że skoro tak jej zależy na zachowaniu tej całej tajemnicy, to to drugie by ją odstraszyło, więc nie wspomnę nic o prawdziwym „związku”.

Kade:

Wiem, że gadaliśmy o tym, kiedy byłem w Ameryce, ale chcesz widywać się z innymi?

Pisze. Kasuje. Jest offline. Potem online i pisze. Offline. Online. Pisze i kasuje.

Pieguska:

Ummm…

Ja pierdolę, serce łomocze mi w piersi. Co, jeśli od Londynu się pozmieniało i ona już widuje się z innymi, a ja to wszystko źle odczytuję?

Lewe oko mi drga, a na myśl o tym, że mógłby całować ją ktoś inny, zakorzenia się we mnie jakieś niepokojące, brutalne uczucie. Ktoś inny oglądałby też uśmiechy Stacey i słuchał jej chichotu. Patrzył, jak tańczy, a potem tulił ją do snu.

Dowiem się, kto to, i zrobię mu krzywdę. Pogrożę mu.

Czekaj, nie, kurwa mać. No nie.

Pieguska:

Czy ja to błędnie oceniłam? Nie chcę wyjść na desperatkę, ale zależy mi tylko na Tobie. Ale jeśli Ty chcesz się widywać z innymi, to napisz, proszę. Nie lubię się dzielić.

Czy ten ciężar unoszący się z piersi to jest ulga?

Kade:

Ja też chcę tylko Ciebie. Przyjdź tu, to Ci udowodnię.

Pieguska:

Zapomniałeś, że śpisz w namiocie z bratem i kumplami?

Kade:

Są pijani i śpią. Chodź, dotrzymasz mi towarzystwa.

Kiedy znów robi się offline, wygaszam ekran i sprawdzam, czy pozostali na pewno twardo śpią. Jest trzecia nad ranem, więc wątpię, żeby któryś nie spał. Base ma przedramię zarzucone na oczy i otwartą gębę, oddycha sennie i mamrocze coś po rosyjsku. Dez leży na brzuchu i coś mu się śni, bo cały lekko podskakuje. Z kolei Jason ani drgnie – to znak, że śpi jak kamień.

Rzucam w nich batonem proteinowym Base’a i żaden się nie odgraża, że mnie zabije.

Śpią na mur beton.

Suwak namiotu powoli idzie w górę, a po chwili ukazuje się głowa Stacey. Większość włosów spięła z tyłu spinką. Z tego, co widzę w świetle księżyca, na twarzy prawie nie ma makijażu, ale jej usta lśnią – przed przyjściem musiała je pociągnąć błyszczykiem.

Włazi do namiotu, mając na sobie bluzę z kapturem i obszerne dresy, żeby jakoś się ogrzać w tę lodowatą noc. W ślimaczym tempie z powrotem zasuwa wejście i podpełza do mnie najciszej, jak umie.

To trochę żałosne, że moje serce podskakuje z radości tylko dlatego, że dobrowolnie zgodziła się spędzić ze mną trochę czasu. Podjarka wynikająca z tego, że chciało się jej wymknąć od przyjaciółek, skradać się obok moich kumpli, aby położyć się przy mnie w śpiworze, przebija wszystkie podniety w moim życiu.

Mam tak tylko ze Stacey. Mogłaby fałszować piosenki z musicali z całą gębą usmarowaną żarciem, a dla mnie i tak byłaby jebanym aniołem.

– Cześć… – wzdycha, gdy obracam się na bok, twarzą do niej. – Ryzykowne.

Patrzę ponad jej ramieniem na kumpli, potem na nią i zasuwam ją w śpiworze tak, żeby przypadkiem nie było jej widać. Uśmiecham się i zakładam jej kosmyk włosów za ucho.

– Jest ryzyko, jest zabawa.

– Nie obudzą się i nie wygadają Lucielli, że tu przyszłam? – pyta cichutko, słodko i miękko.

– Jeśli im życie miłe, to nie. Problemem jest tylko Base i jego długi język. Skurwiel kocha ploteczki.

Szepczemy najciszej, jak się da, gadamy o wszystkim i o niczym – co porabiała w tym tygodniu, o grupach, które uczy, o szkicach, które wysłałem jej z nudów jednej nocy. Kiedy je zobaczyła, zapytała, czy zaprojektowałbym jej tatuaż.

Stacey sama w sobie jest dziełem sztuki. Czuję mrowienie na samą myśl o tym, że mogłaby nosić na sobie mój rysunek. Żaden ze mnie specjalista, ale terapeutka zachęca mnie do częstszego bazgrania, bo pomaga mi to, gdy jestem przytłoczony albo kiedy muszę się jakoś wyrazić, a mam z tym problem.

Obejmuje mnie za szyję i zarzuca mi nogę na biodro.

– Nie mogę tu zasnąć – mówi. – Ale chcę się trochę poprzytulać.

Chwytam ją mocniej w pasie i przenoszę sobie jej kolano aż na żebra.

– No to przytulaj, Piegusko. Masakra, że nie możemy tu nic robić.

– Wiem, jakim jesteś romantykiem – stwierdza. – Ciągle gadasz, że nie jesteś, ale ja tam swoje wiem. Jesteś tak samo zdesperowany jak ja.

Ściskam ją za tyłek.

– Nie jestem romantykiem. – A zdesperowany? Jeśli o nią chodzi, to tak, jestem kurewsko zdesperowany.

Stacey mruczy cicho.

– To dlatego sprawdziłeś wszystkie efekty uboczne moich pigułek i wypełniłeś swoją mini lodówkę rzeczami, które miały poprawić mi samopoczucie? A może dlatego, gdy byłam obolała po naszym pierwszym razie, kupiłeś mi tę butelkę ciepłej wody?

– Efekty uboczne potrafią być uciążliwe, więc po prostu chciałem być miły. – Wzruszam ramieniem. – Tak dobrze to zniosłaś, że musiałem się tobą zająć.

Wali mnie otwartą dłonią w ramię i oboje rechoczemy.

Przytulanki i rozmowy. Właśnie na tym spędzamy większość wspólnego czasu.

To niespodzianka, że Stacey okazała się takim przytulakiem. To bez wątpienia jedna z najfajniejszych jej cech – kiedy tylko razem śpimy, zawsze musi mnie dotykać.

Chyba zawsze też musi kłaść głowę na mojej piersi, a gdy się budzę, to jesteśmy tacy splątani, że nie mogę się ruszyć. I nie chcę się ruszać. To właśnie w takich chwilach jak ta teraz zastanawiam się, czy tata też czuł do mamy coś podobnego i kiedy to stracili. W którym momencie uznał, że to już mu nie wystarczy, i zaczął nią manipulować i stosować przymus, by ją zatrzymać.

Na pewnej płaszczyźnie nadal to robi. Minęło dwadzieścia lat, a jej życie wciąż kręci się wokół niego, tak jakby był jakąś kruchą, niezwykle cenną szklanką. Ona go kocha, bo pewna jej część nie potrafi się odkochać. Trwają w tej toksycznej relacji, w której ona zawsze przy nim ożywa, a on maskuje brutalną potrzebę dawania jej szczęścia.

Wiem, że wiele go to kosztuje. Czasami, gdy mama potrzebuje przestrzeni dla siebie i nie ma siły, żeby borykać się z jego złymi dniami, tata wpada w dziki szał i kończy w izolatce.

Muszę powiedzieć jedno i chuj mnie to obchodzi, jeśli się dowiedzą: nie chciałbym, żeby moi rodzice do siebie wrócili. Są naprawdę toksyczni. Przez wielkie T. Mama wyszła za mąż za Ewana i szczerze przyznam, że gdyby się rozstali, to zostałbym z nim.

Ewan zasługuje na kogoś lepszego – tak uważam. Powinien znaleźć sobie kobietę, która kochałaby go tak, jak on kocha ją.

Fatalny ze mnie syn, że w ogóle tak myślę.

Stacey ujmuje mój policzek i wyciąga mnie z mojego pojebanego umysłu.

– Hej, co się stało?

Potrząsam głową. Nie musi wiedzieć, dokąd czasami uciekam myślami.

– Nic. Naprawdę za tobą tęskniłem.

Base z pewnością śpi, bo gdyby mnie usłyszał, to zacząłby prychać i usilnie powstrzymywać śmiech.

Stacey uśmiecha się szeroko i daje mi niewinny pocałunek. Chcę więcej, ale przykłada środkowy palec do mojej wargi.

– Jestem tu.

Owszem, teraz tu jest, ale zawsze, gdy ją całuję, dotykam czy choćby, kurwa, gapię się na jej tyłek, ryzykuję tym, że ktoś mnie przyłapie. Gówniana jest ta jej zasada, że mamy się ukrywać, i zaczyna mnie to wkurzać. Próbuję być cierpliwy, no ale ja pierdolę.

Nie należę do cierpliwych osób.

Do tego zaczynam gardzić własną siostrą.

– Wiesz, o co mi chodzi – mówię z jej palcem na ustach.

Zabiera rękę, wsuwa ją między nas i łapie za gumkę moich szarych dresów.

– Jutro wracamy do domu. Widzimy się po moich zajęciach. Prowadzę je do dziewiątej.

Wzdycham głęboko i stykam nasze czoła.

– To za mało.

Stacey trzęsie się lekko w niemym śmiechu.

– To co zrobisz, kiedy w styczniu polecę z rodziną na Hawaje?

– Spalę ci paszport przed odlotem.

Zahacza palcem o gumkę dresów i szepcze:

– Leży w szufladzie przy łóżku. Musiałbyś się po niego zakraść do mojego pokoju…

– To wcale nie jest niewykonalne. – Jej ojciec wzmocnił zabezpieczenia po tym, jak pojawiłem się pod ich drzwiami, ale to mnie nie powstrzyma.

Stacey przygryza dolną wargę, ssie i powoli ją puszcza. Przyciąga to mój wzrok; chciałbym posmakować jej ust, wsunąć pomiędzy nie język i wturlać się na nią.

– Chcę, żebyś się do mnie zakradł.

Jezus Maria.

– Tak?

Jej dłoń wślizguje się pod dresy oraz bokserki.

– Mhm.

Wydobywa się ze mnie cichy jęk, bo Stacey chwyta twardniejącego fiuta i zaczyna pompować go od podstawy ku górze.

– W przyszłym tygodniu… kiedy mojej rodziny nie będzie. Chcę, żebyś się zakradł i wszedł przez okno, a gdy się obudzę, to chcę poczuć twoje usta między nogami.

Kurwa. Ja pierdolę. Mój fiut pęcznieje w jej ręce wraz z każdym ruchem. Wyobrażam sobie, jak ląduję między jej nogami i ssę łechtaczkę.

– To… – urywam, bo przesuwa palcem po czubku i rozsmarowuje pierwszy śluz – da się zrobić, Piegusko.

– To dobrze – odpowiada, bierze moją dolną wargę między zęby i ssie. Po chwili ją wypuszcza, ale za to mocniej zaciska chwyt na fiucie, aż syczę dość głośno.

Dez, Base i Jason leżą tuż obok, a ona trzyma mnie za kutasa, mam ich jednak gdzieś. Liczy się tylko ona i to, jak na mnie patrzy, kiedy wykonuje każdy ruch.

Zerkam na nich ostatni raz, po czym spuszczam głowę i szturcham ją nosem. Puszczam udo, chwytam ją za kark i miażdżę jej usta swoimi.

Przechylam głowę i wbijam język między jej zęby. Pocałunek robi się bardziej łapczywy i namiętniejszy z każdym ruchem jej nadgarstka wykonywanym przy opuchniętej główce.

Moja dłoń znika z jej włosów i pojawia się między nami, w jej majtkach. Stacey jest mokra, ale tak w chuj mokra. Posuwam biodrami, pozostając wciąż w jej uścisku, i naciskam palcem łechtaczkę.

Wsadzam w nią dwa palce i zaczynam rżnąć, a ona cicho skamle i jęczy mi w usta. Zaginam palce, czując na nich ciepło i ciasnotę. Stacey porusza biodrami w rytm ruchów mojej ręki.

Wyciągam z niej palce i nerwowym pociągnięciem zdejmuję jej dresy, w tym czasie ona uwalnia kutasa i zsuwa ze mnie moje. Najciszej, jak potrafimy, wspólnymi siłami wyciągamy jedną nogę Stacey ze spodni, potem podciągam jej kolano do moich bioder.

Znowu leżymy na boku, twarzami do siebie, a kutas napiera na jej uda. Pocieram końcówką wejście, nachylam się i rzucam prawie bezgłośnie:

– Kurwa, nie mam gumy.

Ociera się o spód mojego członka.

– Pigułki już pewnie działają.

Podnoszę głowę, żeby na nią spojrzeć.

– Mam kontynuować bez gumy?

– Tylko jeśli chcesz. Miałam czekać z seksem bez zabezpieczeń siedem dni, a minęły już trzy tygodnie.

– Jesteś pewna? – dopytuję, żeby usłyszeć wyraźną zgodę.

– Tak. – Porusza biodrami tak, że jej wilgoć rozprowadza się po całym fiucie. – Proszę, Kade.

Do zapamiętania: sprawić, żeby Stacey wyjękiwała moje imię, kiedy ją posuwam. Choć lepiej, żebyśmy akurat nie leżeli w namiocie z moimi kumplami i bratem.

Przełykam ślinę, kiwam głową i pieszczę jej usta delikatnym pocałunkiem. Nie przerywając go, zadzieram jej nogę wyżej, układam na biodrze i wchodzę w nią bez najmniejszego tarcia. W środku jest tak ciepło, że aż przymykam oczy. Cipka tak idealnie chwyta mojego kutasa, że zaraz zacznę wydawać głośne odgłosy rozkoszy.

Bez gumowej przeszkody czuję dosłownie wszystko. To, jak naprawdę jest mokra, ten uzależniający żar i to, jak jej wnętrze dopasowuje się do kutasa, ten delikatny nacisk wynikający z tego, że oboje wciąż jesteśmy w tym względnie nowi. Zdążyłem się już nauczyć, że seks jest wspaniały, ale bez bariery jest tak cudowny, że chyba zaraz umrę.

Będę się tym wszystkim cieszył, ten jeden raz. Zamieniłbym wieczny raj na rżnięcie Stacey do końca swoich dni.

Stacey – zarumieniona, z rozchylonymi ustami i szeroko otwartymi oczami – chwyta się mnie z całych sił, gdy zatapiam się w niej głębiej. Wysuwam się, ale zostawiam końcówkę w środku, i znów wsuwam. I jeszcze raz. I jeszcze raz. Połykam każdy odgłos jej rozdygotanych ust, gdy sama dopasowuje się do mojego rytmu. Dotykam językiem języka Stacey, wbijam palce w jej skórę, co chwilę zerkając na leżące obok nas ciała, aby upewnić się, że nikt się nie obudził.

Pożeram jej usta, smakuję i czuję pod opuszkami palców, kiedy eksploruję każdy skraweczek jej ciała.

Nigdy się do tego nie przyzwyczaję. Do niej.

– Moja – mówię z ustami zbliżonymi do jej ust.

Tylko moja.

Całuję jej ramię, okolicę, w której ma wytatuowaną różę i czaszkę, a potem sunę wargami wzdłuż gardła i mam ochotę zacisnąć na nim dłoń. To tylko natrętna myśl, której nigdy nie urzeczywistnię.

Uprawiamy seks szósty raz. Wątpię, by poczuła się komfortowo, gdybym podczas rżnięcia złapał ją za gardło.

Przestaję się ruszać, bo zauważam, że Stacey próbuje przejąć kontrolę. Jej drobne piersi i to, że nie jest w stanie oderwać wzroku od moich oczu, sprawiają, że ujmuję jej twarz w obie ręce, taranuję ją ustami i zgadzam się na to, by oddać ster.

Stacey wbija mi paznokcie w czaszkę i podciąga się na moich włosach, żeby jeszcze bardziej się o mnie ocierać. Jej wilgotna cipka otula każdy centymetr mojego fiuta. Stacey zaczepia piętę o moje udo, żeby rżnąć mnie mocniej. Gdyby nie to, że jesteśmy w namiocie z innymi ludźmi, to nie przygryzałbym warg, żeby tłumić wszystkie dźwięki, i pozwoliłbym sobie na głośne jęki.

Jaja mi się kurczą i mrowią od prądu rozchodzącego się u podstawy kręgosłupa. Kurwa, zaraz w niej eksploduję, ale nie zamierzam tego jeszcze kończyć. Całkiem z niej wychodzę.

– Odwróć się.

Spełnia polecenie, dzięki czemu mam idealny widok na jej tyłek. Ściskam ją za półdupek i wilgotnymi pocałunkami wytyczam ścieżkę w górę jej gardła, aż do ucha, szturchając od tyłu wejście cipki. Pod tym kątem jest ciaśniej, więc gdy zaczynam rżnąć, nieznacznie unoszę jej nogę.

Pracuję w powolnym, dręczącym rytmie. Chciałbym przyśpieszyć, zignorować nasze śpiące towarzystwo i rżnąć ją mocniej i szybciej, zmuszając do takich jęków, żeby pobudziła całą zwierzynę w pobliskim lesie.

– O Boże… – jęczy, z każdym pchnięciem wbijając się we mnie tyłkiem. Sama chce, żebym znalazł ten punkt, dzięki któremu aż skręca ją z rozkoszy.

Przyśpieszam tempo, ale zasłaniam jej usta, żeby nie jęknęła głośniej.

– Zamknij oczy. Nie chcę, żebyś patrzyła na mojego brata albo na moich kumpli, gdy będziesz dochodziła od mojego rżnięcia – szepczę jej na ucho.

To jak najbardziej akceptowalne żądanie. Przynajmniej w mojej głowie.

Stacey zaciska powieki i wbija mi paznokcie w nadgarstek. Moja ręka zamiera na jej ustach. Posuwam coraz szybciej.

Skóra plaska o skórę, ciężkie oddechy niosą się echem w namiocie, ale nas to nie powstrzymuje. Ja nadal pieprzę Stacey, a ona wykorzystuje swoją elastyczność i wygina się, by zaproponować mi nowy kąt.

– Świetnie sobie z tym radzisz, Piegusko – mówię, całując ją pod uchem. Głos mi drży, ale chwalę dalej: – W chuj dobrze to znosisz.

Czuję, jak puchnie mi kutas, główka aż pulsuje, bo tak mocno ściska go jej wnętrze. Sięgam do przodu, między jej nogi, i ściskam łechtaczkę.

Stacey gryzie moją dłoń, a cipka zaciska się na fiucie, gniotąc go ściankami, bo właśnie zaczyna miażdżyć ją orgazm. Przy każdym pulsie i za każdym razem, gdy połyka mnie swymi euforycznymi spazmami, oczy zachodzą mi mgłą. Tracę wzrok. Jakbym był na wesoło upojony alkoholem albo odurzony narkotykiem, swoim własnym narkotykiem.

Zanurzam głowę w jej szyję i tam ssę skórę, a moje ruchy stają się jeszcze szybsze… aż nagle całkiem zamieram, zastygam głęboko w środku, a mój fiut wypełnia ją spermą po same brzegi.

Nie mam pojęcia, jak długo tam leżymy, przytuleni, i próbujemy złapać oddech. Stacey spoczywa w moich ramionach jeszcze długo po tym, jak poprawiliśmy ubrania. Słyszymy świergot ptaków, szum pobliskiego strumienia, stukanie deszczu w namiot.

W końcu wychodzi, by się wysikać, bo okazuje się, że po seksie trzeba to zrobić, ale potem do mnie wraca.

– Powinnam już iść – mówi cicho. – Wszyscy mogą się zaraz obudzić.

Głaszczę ją knykciami po policzku.

– Najpierw chodź ze mną na fajkę.

– Powinniśmy umówić się, że rzucamy – stwierdza, mrużąc oczy. – To nam szkodzi.

– Rzucę, jeśli pozwolisz mi się częściej widywać.

Przewraca oczami, ale się uśmiecha.

– Może pozwolę…

Wymykamy się tak, by nie obudzić moich barbarzyńskich kumpli ani brata, i idziemy do lasu. Stacey opiera się o drzewo. Baldachim liści chroni nas przed deszczem. Wręczam jej papierosa i odpalam, po czym zapalam swojego.

Nigdy nie ciągnęło mnie do jarania, ale wszystko, co robi Stacey, jest zajebiste. Wypuszcza chmurę ponad nami i przechyla głowę.

– Dlaczego się na mnie gapisz?

Wzruszam ramionami i zaciągam się głęboko.

– Bo jesteś śliczna – odpowiadam, wypuszczając dym z płuc.

Kręci głową, rumieni się i bierze kolejnego bucha.

– Naprawdę chcesz tylko mnie, tak jak mówiłeś?

Przytakuję.

– A ty?

– Tak. – Również kiwa głową.

– Super.

– Super – powtarza za mną i szeroko się uśmiecha.

Jest piękna i moja.

– Usiądź obok mnie, kiedy będziemy wracać do domu.

Mruczy pod nosem.

– Dlaczego?

– Żebym mógł cię trzymać za rękę. – Odpowiadam, wzruszając ramionami, i miażdżę jej usta. – Albo za udo. Gdzie będzie lepszy dostęp.

– W aucie twojej mamy?

– Zakryję twoje ręce bluzą. Zadowolona?

– I widzisz! Jesteś romantykiem! Tak jak wtedy, w waszym salonie, gdy musieliśmy oglądać ten koszmarny film Lu. Trzymaliśmy się za ręce pod kocem.

Pamiętam tamten wieczór. Tygodniami nie mogłem zapomnieć, jak pode mną leżała.

– Powtarzam po raz milionowy: nie jestem romantykiem.

– Jesteś!

Przewracam oczami, biorę ją na ręce i niosę dalej od obozu, w stronę ławek piknikowych. Sadzam ją na jednej z nich. Staję między jej nogami i oboje zaczynamy się rozglądać, urzeczeni otaczającymi nas widokami.

Słońce wstaje nad górami Torridon, a przebijające się przez chmury promienie barwią okolicę na żółto i pomarańczowo. Nad jeziorami przelatują stada ptaków. Patrzę na Stacey i widzę, jak te wszystkie odcienie tańczą w jej oczach, a chłód czerwieni jej policzki i nos.

Jest niczym mój własny wschód słońca. Piękna. Doskonała. Wypełnia część mnie, która była pusta i mroczna, odkąd sięgam pamięcią.

Może naprawdę się w niej zakochuję. Powinienem jej o tym powiedzieć? Nie wystraszyłbym jej?

Widzę, że trochę się trzęsie, więc ściągam swoją bluzę i ubieram ją w nią. Jej bluza jest krótka i cienka, a w mojej tonie, bo sięga jej prawie po kolan.

– Dziękuję – mówi, chwyta rękawy i przykłada je do policzków. – Pachnie tobą.

– Tylko mi jej nie ukradnij.

Szczerzy się szeroko.

– Będę musiała ją zdjąć, zanim wrócimy do namiotów, ale potem ukradnę.

Prycham i przyciągam ją bliżej, chwytając za spód kolan. Stacey zanurza twarz w mojej piersi i stoimy tak Bóg jeden wie jak długo. Lubię trwać w komfortowej ciszy. Ale wtedy znów szaleją te irytujące myśli. Tak bardzo, że aż dziw, że Stacey nie słyszy, jak serce wali mi o żebra.

Nerwowo przełykam ślinę i pozwalam sobie na szczerość. Pytam o coś, co od dłuższego czasu nie daje mi spokoju.

– Nie martwi cię, kim jestem?

Podnosi głowę.

– Co? A czemu miałoby mnie martwić?

– Jestem synem psychopaty, który porwał własną żonę i zabił wielu ludzi. Nie boisz się, że mogę być taki sam? Genetycznie rzecz biorąc, to możliwe. Sama wiesz, jakie mam problemy z emocjami.

Bez wahania zaprzecza ruchem głowy.

– Nie jesteś Tobiasem.

– Więc dlaczego nie mogę przestać o tobie myśleć? Co, jeśli to początek obsesji, takiej samej, jaką on miał na punkcie mamy?

Stacey uśmiecha się szeroko, przyciąga mnie do siebie i krzyżuje nogi na moich udach. Wsuwa mi palce we włosy.

– Ja też nie mogę przestać o tobie myśleć. Czy to robi ze mnie psychopatkę?

– Oczywiście, że nie – obruszam się.

– No więc masz odpowiedź. Możesz mnie już pocałować? Ułożyłam wszystko tak, by wyglądało, że leżę zapięta w śpiworze, w słuchawkach na uszach, ale zaraz będzie widać, że to nie ja, więc muszę wracać.

Rechoczę i spełniam tę prośbę. Całujemy się tak mocno, że aż przestajemy czuć języki. Rozplątujemy palce i rozdzielamy się – ona wraca do swojego namiotu, ja do swojego.

ROZDZIAŁ 3

Kade

Mrugam, oślepiony jaskrawym światłem. Próbuję usiąść, ale tak kręci mi się w głowie, że prawie od razu padam z powrotem na plecy. Nie leżę w śpiworze ani w namiocie, jak w tym zasranym śnie. Leżę w hotelowym, stanowczo zbyt miękkim łóżku, a czyjeś rude włosy wiszą mi nad twarzą. Nie są ciemne, nie pachną wanilią. Wyglądają jak słoma i walą fajkami.

Nie ma też motylków. Jedynej oznaki człowieczeństwa, jaka mi pozostała – a czuję ją tylko wtedy, gdy myślę o Stacey.

Ja pierdolę.

Ponownie przecieram oczy. Muszę wrócić do jednego ze wspomnień, w które uciekam, gdy jestem w takich sytuacjach.

Bernadette wisi nade mną, szczerząc się jak wariatka.

– O, dobrze. Już myślałam, że nam odpłynąłeś. Czyżbyśmy podali ci o jedną szprycę za dużo?

Jest jeszcze jeden głos po lewej, blisko, bardzo blisko, ale nawet nie próbuję odwrócić głowy, żeby zobaczyć, do kogo należy. Bernadette mówi coś do tego człowieka, nachylając się nade mną i głaszcząc mnie po policzku jak małą owieczkę. Skrobie mnie pazurami po zaroście, a kiedy kolejny raz próbuję usiąść, popycha mnie i znowu leżę.

Jestem stanowczo zbyt słaby, żeby z nią walczyć. Nie wiem, co mi wstrzyknęli, ale moje żyły płoną.

Narkotyk pozbawia mnie przytomności, potem się otrząsam i tak w kółko, ale to ich nie powstrzymuje. Znowu coś kłuje mnie w ramię. Czuję ciepło spływające w dół kręgosłupa i zbierające się w jajach. Szprycuje mnie syfem, od którego mi staje, i nie mogę na to nic poradzić. Od tygodni stale mam wzwód, a to zaczyna boleć. Mam ochotę odciąć sobie fiuta.

Wróciliśmy do Szkocji kilka dni temu. Zatrzymaliśmy się w hotelu w Inverness, gdzie dopinała kontrakty z nowymi klientami. Sprzedała mnie na dwa dni jakiemuś małżeństwu, ale potem musiała sprzątać spory bałagan, bo oboje zabiłem. Nie pamiętam, jak obdzierałem ich żywcem ze skóry, ale ponoć najpierw zająłem się żoną, a mężusiowi kazałem patrzeć. Żadne nie zdążyło mnie nawet dotknąć.

Pomimo wiszących mi nad głową konsekwencji wiem, że zbliżam się do granicy. Jestem synem Tobiasa Mitchella, do chuja pana. Nie jestem pierdoloną zabawką, ale… muszę udawać zabawkę, żeby chronić najbliższych. Muszę wcielać się w rolę zabawki, ale też zabójcy. W ciepłe ciało, którym handluje Bernadette, choć ma już tyle forsy, że aż chce się rzygać.

Mam nadzieję, że Barry pilnuje Stacey. Robię, co w mojej mocy, żeby odwracać uwagę Bernie, bo poluje zarówno na nią, jak i na moją ekipę. Dziwię się, że jeszcze nie grzebała w swoim systemie i nie wyniuchała mojej byłej… jakby Stacey nie istniała. Co samo w sobie jest niepokojące. Oznacza, że ktoś przy tym kombinuje. Być może to dlatego nigdy nie byliśmy w stanie z Barrym włamać się do kamer w domu Stacey ani do jej telefonu. Znalazłem tylko adres poprzedniego miejsca zamieszkania i akty zgonu jej rodziców.

Gdyby nie powiedziała mi, że ma przyrodniego brata Kyle’a, to nie wiedziałbym, że on istnieje. Mieszkamy na tyle daleko od siebie, że nasze ścieżki pewnie nigdy by się nie przecięły.

Bernadette wpadła na trop jednego z moich ludzi w Australii. Ekipa rozgryzała właśnie siatkę terrorystyczną, która szykowała zamach na liceum, ale narobiłem bajzlu w Inverness i odwróciłem jej uwagę.

Leżę w tym łóżku od wczoraj. Jesteśmy gdzieś niedaleko Glasgow. Ciało zaczyna mi drętwieć. Bez jedzenia i bez picia… Bernie upiera się, żeby dźgać mnie igłami, nawet płyny podaje mi dożylnie.

Mówi swoim gorylom, żeby poszli poszukać Archiego. Zamyka za nimi drzwi, zrzuca z siebie koszulę nocną i uśmiecha się do mnie szeroko.

– Wiem, że obiecałam ci dwa tygodnie wolnego, ale w przyszły weekend idziesz ze mną i Cassie na przyjęcie. Później zabierzesz moją córkę do hotelu i będziesz wobec niej przynajmniej trochę bardziej uległy niż teraz. Musi myśleć, że chcesz z nią być.

Gapię się na tego potwora i moja mina musi być bardzo wymowna, bo jestem za słaby, żeby sklecić jakiekolwiek zdanie.

– Moja córka bywa wrażliwa na nasz świat. Przywyknie do niego, ale na razie chcę, żebyś był przy niej cały czas. Archie nadal nalega na małżeństwo.

Skręca mnie w żołądku, zaciskam zęby, tymczasem ona gumką związuje włosy w koński ogon, a następnie zawija je w kok.

– Twój ojciec trafił do izolatki i nie wyjdzie z niej, dopóki nie dowiem się, kto dla ciebie pracuje. To ci nie wystarczy? Może powinnam też złożyć wizytę twojej siostrze?

– Nie… – wyciskam z trudem.

– No więc będziesz grzeczny i ożenisz się z moją córką?

Próbuję spiorunować ją wzrokiem, ale kręci mi się we łbie od tych jej prochów. Chyba nie zależy jej zbytnio na mojej odpowiedzi, bo dosiada mnie okrakiem.

Zamykam oczy i zatapiam głowę w poduszkę, czując silny wstręt i dojmującą chęć mordu. Myślę o ciemnych włosach, delikatnym głosie, fakturze jej skóry i ignoruję, że zdradza mnie własne ciało. Mdli mnie od tego. Jak mocno bym nie walczył, przez te narkotyki nie jestem w stanie odmówić. Bernadette mnie nie pociąga. Nienawidzę jej najbardziej na całym świecie.

Śmierć byłaby lepszym wyborem, ale gdybym umarł, naraziłbym wszystkich bliskich.

Jeśli umrę, to niby jak, kurwa, przeszkodzę Bernadette w wytropieniu Stacey?

Barry mógłby ją chronić, to jemu najbardziej ufam, ale niedługo urodzi mu się dziecko. Czy wtedy zostawi Stacey samą? Kto ją ochroni?

Ja pierdolę, moje serce znów zapieprza – to początki ataku paniki. Próbuję oddychać i myśleć o czymś, co mnie uspokoi.

Stacey jest bezpieczna. Nic jej nie grozi.

Nie widziałem jej tak dawno, że mnie to dobija. Wcześniej mogłem się wymknąć, włączyć laptopa i podglądać ją na kamerach, kiedy tańczyła albo kiedy była u nas z moją siostrą. Czasami parkowałem samochód pod studiem i czekałem, aż Stacey wyjdzie, żeby zobaczyć jej twarz.

Nadal czuję jej smak na końcu języka. Kurwa, jedna sekunda ze Stacey, jedna wycieczka pod studio, jedno pieprzone spojrzenie – tyle by mi wystarczyło… Jebane tortury. To nawet gorsze niż położenie, w jakim się znalazłem.

Bernadette ściska mnie za gardło.

– Oczka na mnie, chłopaczku. Myślisz o mnie.

Nie patrzę na nią, choć miażdży mi tchawicę. Patrzę przez nią, jakby była przeźroczysta… Jak zwykle się odcinam.

Jestem za słaby, żeby skręcić jej kark. Kurwa, jestem bezużyteczny, po prostu leżę z nieskupionym na niczym spojrzeniem i wyobrażam sobie, że jestem gdzie indziej. W namiocie. We własnym łóżku. Na motocyklu ze Stacey piszczącą mi do ucha, gdy dodaję gazu. Przypominam sobie, jaką miała minę, gdy pokazałem jej tatuaż, który dla nas zaprojektowałem. I gdy pierwszy raz powiedziała, że mnie kocha.

W wyobraźni przesuwam palcami po kartce, na której przygotowałem dla niej ostatni projekt… niedokończony projekt. Teraz zbiera kurz, zamknięty w sejfie w moim mieszkaniu razem z innymi projektami. Kiedyś narysowałem swoje wyobrażenie o tym, jak mogłaby wyglądać nasza córka – ten rysunek to najcenniejsza rzecz, jaką mam.

Kiedy Bernadette pochyla się, by pocałować mnie w szyję, i wyrywa mnie z zamyślenia, zaciskam dłonie na prześcieradle. Nie wiem, skąd wziąłem energię i jak mi się to udało, ale walę ją czołem w twarz. Jej wrzaski to ostatnie, co słyszę, bo od razu zeskakuje z mojego fiuta i wbija mi kolejną igłę. I bardzo dobrze, bo dzięki temu mogę wrócić tam, gdzie chcę być – do zakamarków swojego umysłu.