Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Gdyni
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 162
Rok wydania: 1999
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
W serii ukazały się:
Maria Kuncewiczowa „Dwa księżyce” Kazimierz Brandys „Listy do pani Z.”
W przygotowaniu:
Kazimierz Brandys „Jak być kochaną”
Maria Kuncewiczowa „Tristan 46”
PRZYMIERZEZ DZIECKIEM
MARIA KUNCEWICZOWA
PRZYMIERZEZ DZIECKIEM
Prószyński i S-ka
WARSZAWA 1999
Tekst oparto na wydaniu: Maria Kuncewiczowa „Nowele i bruliony prozatorskie”, Czytelnik 1985
Copyright © by Witold Kuncewicz
Projekt okładki
Dorota Elbanowska
Fotografia na okładce
STOCK IMAGE/FREE
Redaktor prowadzący serię
Katarzyna Leżeńska
Redakcja
Katarzyna Leżeńska
Redakcja techniczna
Jolanta Trzcińska
Łamanie komputerowe
Agnieszka Dwilińska
Korekta
Anna Sidorek
ISBN 83-7255-229-0
Nowa Klasyka Polska
Wydawca
Prószyński i S-ka SA 02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7
Druk i oprawa
Opolskie Zakłady Graficzne SA 45-085 Opole, ul. Niedziałkowskiego 8-12
Rok 1912. Lato
Kiedy po raz pierwszy Terenia przyszła do Kamockich, panny pokazywały jej ogród. Starsi państwo pili kawę na werandzie; Marta i Kira przy każdym zakręcie, skoro z ram szpaleru wyłamywał się kawałeczek dali, zwracały ku Tereni uśmiechnięte głowy: „O, widok...” Pod wieczór się miało; zapachy, jak sny, zaczynały krążyć koło kwiatów, na niebie zawisł miesiączek biały, płochliwy - istny płatek z boskiej chryzantemy. Choć to był czwartek, do ogrodu lśniącymi falami napływała niedziela. Panny usiadły pod jesionem, starannie wygładziwszy suknie. Nie chciało się gadać.
W mieście o takiej porze ktoś obcy gra za ścianą rzeczy ważne, bardzo smutne, nikomu niepotrzebne. W sadzie Kamockich żaby grały za ścianą grabową, ale ich głosy nie brzmiały ani obco, ani smutno. Głosy nieważne i bardzo potrzebne.
Tereni wydawało się znowu (często nawiedzało ją to wrażenie), że trzeba śpieszyć, że o wiele szybciej trzeba wybiegać w świat przez oczy, że zapach maciejki należałoby wprowadzić głębiej - aż do samego serca. Że kiedy jaskółka przecina powietrze, powinien zostawać krwawy ślad na piersi czy na policzku, że złoto i różowość z nieba są do jedzenia (mają smak lepszy od owoców) i że z kwiatów paznokciami można by wyłuskać dusze. Siedziała między Kirą i Martą, opleciona w swoje dwunastoletnie nerwy, jak w sieć drutów, drżących z czujności.
Przyszedł Stasiek. Marta wzięła go za rękę i powiedziała: „To jest, Tereniu, nasz braciszek - sławny tenisista, łobuz okropny”. Staś kłaniał się, a jego oczy - strasznie wesołe - zajęły od razu tyle miejsca między ogrodem a zieloną gwiazdą, która drżała na niebie - że odtąd tych oczu w żaden sposób już nie można było wyminąć.
Mówił „pani”. Śmiał się, a Marta, wsunąwszy palce między jasne włosy, przechylała w tył jego głowę; wtedy wpółotwarte usta, obrzeżone zębami, zdawały się pragnąć złotego soku z gwiazd.
Siostry dokuczały: „Czy myślisz, że logarytmy są wypisane na wodzie? Papa znalazł podręcznik koło szopy. Miałeś jakoby kuć do podwieczorku... A raki przez ten czas ułowiły się same?” Stasiek zagwizdał „pod Ulm, pod Ulm, pod Austerlitz” i coś jak roztarty listek mięty - coś gorzkiego - przemknęło wzdłuż jego policzków. Nie odpowiedział. Z brwiami ściągniętymi, ciągle pogwizdywał, patrząc w niebo, a panny z dwóch stron patrzyły na brata.
Tereni nagle zrobiło się nieznośnie. Zrozumiała. Tak doskonale, jak gdyby gwizdanie było szparą, przez którą widać obraz. Stasiek najwyraźniej myślał o tej godzinie po kolacji, kiedy ojciec będzie palił cygaro na tarasie, a on - wciśnięty między balustradę a ojcowskie kolana - będzie bąkał smarkate słowa. Kiedy ręka ojca - chuda, żylasta - zaciśnie się na poręczy fotela, a po plecach Staśka spłynie jadowity dreszcz. Kiedy wielki, bogaty mężczyzna cygarem wyżerać będzie znaki na pragnieniach chłopca. Stasiek wszystko obieca. Ucałuje żylastą rękę. I tego właśnie boi się, gwiżdżąc „pod Ulm, pod Ulm, pod Austerlitz”.
Terenię ścisnęło w gardle. Wstydliwość bardziej goła od piersi, bardziej cierpka od piołunu i mocniej łaskocząca niż włosy - zawisła między rękawem sztubaka a czesuńczową bluzeczką.
Boi się. Ten z zębami rysia, ten z nogą opiętą suknem - ten „braciszek”.
Po raz drugi w życiu Terenia odczuła tuż przy sobie kosmatą obecność grozy. Bo z pewnością Stasiek zechce pomścić swój strach na niej, która nie jest „siostrzyczką”. Na pewno rozewrą się usta, złożone w ciup do gwizdania, i wypadnie z nich sfora zębów; na pewno w wesołych oczach wyrosną noże, niewielkie dłonie - mniej mocne od chudych rąk ojcowskich - uczynią ruch nieznany, nade wszystko bolesny. Terenia przywarła do ławki tak samo udręczona jak wówczas - kiedyś, kiedyś - w tramwaju.
To było dawno. Terenię jeszcze nazywali Nanusia. Jechała z boną do freblówki. Patrząc na panią z przeciwka, potem na sztywne rzęsy Żyda, powtarzała: Donne-moi ta plume, mon gentil Pierrot1... Żyd wstał po chwili - usiadł oficer. Więc Nanusia z kolei spojrzała na porucznika. Zanim wszakże zdołała objąć wzrokiem całą postać, zaraz w pierwszej sekundzie uczuła zgrozę. Twarz oficera najoczywiściej zaprzeczała prawdzie o tatusiu i braciszku. Ten porucznik bowiem - ponad wszelką wątpliwość - nie był ani tatusiem, ani braciszkiem. Powoli, powoli ściągał z dłoni rękawicę... Kiedy wyjrzały nagie palce, Nanusia, czerwona - odwróciła oczy. Ale między ławkami błyszczała cholewa, a nad nią żółty lampas giął się we dwoje - gorący, napęczniały wąż. I jeszcze były akselbanty: szeroko rozpięte na piersi, rzekłbyś, na ogromnej tarczy.
Ouvre-moi ta porte, pour l’amour de Dieu2 ...
Bona wzięła za rękę: „O, już Królewska; zaraz wysiadamy”. Zatem jeszcze raz obejrzeć tamtą twarz - niezmiernie obcą i bezwstydną. Od ust ku skroni biegła szrama. I policzek, naznaczony cięciem, na wieki zastygł w gniewie. Górna warga zdawała się gorzka od wchłoniętych trucizn, powieka leżała na oku ciężka jak sępie skrzydło. Ktoś kiedyś uderzył żelazem wielkiego porucznika - ktoś silniejszy - może sam Wróg. Więc teraz oficer patrzy, kogo by za to ukarać, jaką by przymusić do płaczu małą dziewczynkę... Nanusia wysiadła, szepcząc białymi wargami: pour l’amour de Dieu.
Zdarzenie w tramwaju, które było niczym dla świata (każda chwila jest stworzona dla jednego tylko człowieka), to zdarzenie sforsowało nową epokę: twarz mężczyzny - jaskrawa, milcząca - wyjrzała z gęstwiny braciszków.
Odtąd, ilekroć drgnęły w tłumie gorzkie wargi albo oko samcze, zamroczone podskórnym gniewem, spoczęło na Tereni -widziała w myśli szramę i nagą dłoń, pragnącą pomsty.
I oto, po wielu latach, Marta oświadcza - wśród gadaniny żab i kwiatowych poziewań: „To jest, Teresin, nasz braciszek”. A na ławce siada chłopak, który śmieje się ostrymi zębami, który książkę rzucił za szopę, boi się - i gwiżdże. Chłopak, który braciszkiem bywa może minutę... może pół... gdzieś na ostatnim rąbeczku dnia. Za to cały dzień z pewnością - z pewnością - jest mściwym silnym porucznikiem. Jednak Kira i Marta głaszczą jego włosy, ojciec gniewa się na niego... i karze.
Terenia nie pomyślała nic. Lewkonie zapachniały, jak gdyby z krzykiem - z fioletowym gorącym krzykiem. Skrzydła ptasie przedarły wieczór na dwoje, i ze zranionej kopuły wielkimi kroplami ściekać zaczęły gwiazdy - ciężkie i słodkie do mdłości. Terenia musiała zacisnąć zęby, zamknąć powieki i zewrzeć pięści, musiała stulić kolana i skurczyć palce u nóg, żeby nie pozwolić uciec tym wszystkim dreszczom, tym wrzaskliwym słowom i śmiechom, które nagle od wnętrza ugodziły jej ciało. Czuła, że jeśli te żądła przebodą skórę - życie wypłynie przez krwawe okienka. Więc - cała zapleciona wokół własnych żył - trwała w oporze.
Jakoż niebawem pofolgowały przeostre kolce. Można było odjąć paznokcie od dłoni, puścić z wędzidła zęby, wargi, palce i kolana. Pachnąca wilgoć lata napełniła usta; oczy odzyskały widzenie. I w bohaterskie serce, które nie wypuściło życia do krzyczących lewkonii, spłynął tychże kwiatów przyciszony, miłosierny oddech.
Na nim, jak na jedwabnej wstążce, ułożyła Terenia świadomość, że Stach i porucznik - to jedno.
Nazajutrz zdarzyło się tak: Kira odepchnęła wszystkich i oświadczyła, że ona sama otworzy bramę od warzywniaka.
To była drewniana brama z belką w poprzek, zamknięta na żelazną skobę. Kira miała trzynaście lat i bielutkie ręce.
Pan Paweł roześmiał się, Marta powiedziała „nie zawracaj głowy”, a Stach zjadliwie mruknął „próbuj, kiedyś taka ważna”.
Spróbowała. Żelazo dało się odjąć bez trudu. Ale dalsza robota nie ruszała z miejsca. Kira przykładała dłonie do kostropatego drewna i tak, i owak - jak dwa jedwabne plasterki - brama o włos nie popuszczała z wrzeciądzów. Paznokcie zgrzytały, aż zachodziło w zęby, a twarz Kiry uśmiechała się coraz czerwieniej i coraz wilgotniej. Pan Paweł z rękami w kieszeniach chichotał tuż koło szarpiących ramion. Marta wzrokiem robiła „skargę Madonny” - Stach patrzył spode łba. Jednak Kira nie chciała ustąpić. Wyglądała na męczennicę w ekstazie: natchnione oko i krwiożercze nozdrza. Wraziła szpony w jakąś szczelinę, rzuciła się cała... Pękły dwa paznokcie. Wtedy ryknęła. Zasłoniwszy twarz rękawem i ssąc poszkodowane palce, poszła płakać do domu.
Zanim wszakże dwa kroki oddzieliły ją od towarzystwa, Stasiek poddał belce lewe ramię, skrzypnęły zawiasy - brama, becząc baranim głosem, powaliła się na bok. Marta pierwsza stąpnęła na sąsiedzką trawę jak na pokład zdobytego okrętu. Za to Stasiek odwrócił się za Kirą. Nieopisana pogarda i gniew syczały na jego twarzy. Krzyknął: „Gęsina na mokro!” - i zapiał przeraźliwie.
Terenia wzięła do serca naukę. Żadnych niedorzecznych zachcianek, żadnych chichotów i przymilań! A nade wszystko - „nigdy łez”.
Wkrótce potem młot krokietowy palnął ją w kostkę z całego rozmachu. Chrząknęła sobie, wykonując pas uderzoną nogą. „Głupstwo” - szepnęła. A Staś wcale nie powiedział „przepraszam”.
I tak już było zawsze. Sprężyście, poważnie, po męsku. Na tenisie piłki śmigały w milczeniu, jak kule, celowane do tarczy. Padały rozsądne słowa. Na dzień dobry nikt nie wysypywał uśmiechów, nikt także bez potrzeby nie dreptał, nie wywracał oczu i nie skubał grzywki. Mocny uścisk dłoni, krok zdecydowany, żołnierski. I na wszystko patrzyło się z góry: „Co tam nauka! Co tam starsi! Czego matka wiecznie się kokosi! I co komu z ojcowskiego psiakrew?”
Przyjemnie jest dwojgu silnym śmiać się ze słabego, przyjemnie jest pogardzać. Terenia zaznała tej słodyczy; a Papuasi chodzili nędzni w kręgu królewskich źrenic.
Jadzia była „przesadzona” i „bez pojęcia”. Zjawiali się na korcie we czworo: ona, jeszcze dwie pensjonary i chudy drągal - z domu buchaltera. Żadne nie miało prasy na rakietę, a piłki - same kalosze. Zamiast żeby porządnie odmierzyć siatkę i podciągnąć, zamiast stanąć od razu byle gdzie i trenować serwis czy tam bekhendy - najpierw kłócili się, kto z kim. Jadzia wyjmowała lusterko. Odwrócona tyłem do towarzystwa (niby się wstydzi) oblizywała usta, strzępiła loczki nad uszami i zezowała w szkło to jednym okiem, to drugim. Tymczasem tamte krzyczały na swego dryblasa: „Władek, czego się gapisz? Leć zaraz po chłopaków!” (Tuż obok w krzakach siedział Maniek, ale komu by się chciało podawać takim ofiarom...)
Kiedy nareszcie powiązali pantofle na kokardki i drągal za uszy przyciągnął Mańka, i wytargowali się, kto z kim, i sto razy pozamieniali rakiety - Jadzia zaczynała biegać. Bo nie stała wcale w rożku, i w ogóle - nie grała. Piłki zdawały się strzelać z niej jak korki z szampana - raz w niebo, raz w nos dryblasa, raz w trawę... Goniła je z piskiem, wyrzucając wysoko nogi wśród furkotu spódnicy. Od piłek przeciwnika zasłaniała się, niczym od os, bezradnie machała rakietą albo grzmociła nią o asfalt.
Ile razy dopędzili jakoś, dokrzyczeli i dostękali do „równowagi”, że można było nareszcie zainteresować się choć ździebełko tą ich głupią krętaniną, Jadzi wypadał grzebyk. Więc (niech się świat wali) obrzydliwa fryga siadała zaraz na sztorc na rakiecie, wyjmowała lusterko i dalejże w grymasy, w stroiki, w podrygi... (Tamci ulegali jak cielęta.)
Kiedyś Stasiek grzecznie poradził, żeby 1) przy siatce „brać z powietrza” i 2) żeby grzebyk wyjmować przed grą. Wtedy Jadzia zaszumiała nagle słowami, śmiechem, trzepotem, jak drobnolistna brzoza. Nagadała tyle, tyle razy przysiadła i podskoczyła, że w końcu nie wiadomo już było, co zaszło, od czego się zaczęła ta heca. Stasiek - wykrzywiony - wrócił na miejsce uważać, czy nie pójdzie w las wskazówka - ważkie słowo fachowca. Akurat! Słowo fachowca! Jadzia, nieustannie zebrana do skoku, nadal kurczyła i wyrzucała w powietrze długie nogi, młóciła bez sensu rakietą, śmigała po jaskółczemu i ani myślała „brać z powietrza”. Grzebyk też po dawnemu błyskał to we włosach, to na asfalcie.
Stasiek mruknął „idiotka”. I zawziął się.
Wracając do domu, powiedzieli sobie z Terenią: „Ta buchalterska hałastra - to Papuasi”.
Odtąd - po południu - między jednym a drugim meczem starszych - Stasiek i Terenia „odstawiali Papuasów”. Niby gderano, że „cóż znowu! to są biedne dzieci...” i „dajcie spokój, małpięta!” - ale wszyscy się śmieli do łez. Bo Staś, z grzebykiem Kiry we włosach, pląsający jak motyl wśród chichotków i podrygów - okropnie był śmieszny.
Papuasy grywały wcześnie albo w obiad - w ogóle w niewygodnych godzinach. Jednak Stasiek znajdował czas, żeby wdrapać się wtedy na sędziowskie krzesło. Terenia potulnie siadała na szczebelku. Szczęśliwa, że działa ręka w rękę z cudzym braciszkiem - zapalczywie wtórowała przedsięwzięciu. Nie robili awantur. Przeciwnie: jeżeli któraś z wariackich piłek padała w ich stronę, Staś chwytał ją i serwował pod same nogi Jadzi „ciętoszkę”, co jak gad pełznie po ziemi i zwija się w kłębek pod stopami. Jadzia z impetem nabierała wtedy na rakietę pełno powietrza. A Stasiek obwieszczał: „Mów do mnie jeszcze... To dziura w rakiecie!”
Czasami siedzieli sobie grzecznie, jak malowani; rozmawiali o tym, o owym: jacy nauczyciele, jak uczą, kiedy jest spowiedź, jakie książki najlepsze - a później raptem Staś mówił głośno, ale tak sobie... w powietrze... „Poparz, Tereniu, na tę piłeczkę. Jak myślisz - czy wronę też by nią zabił?...” I patrzył bez żółci za białą gałką, szalejącą nad placem. Terenia nie śpieszyła z odpowiedzią. Wygłaszała dopiero po chwili: „Myślę, że nawet gęś. Taką dziką - afrykańską...” Po czym oboje milczeli, rozmarzeni. I nagle (jakby wicher przygiął do ziemi dwa drzewka) łamali się wpół, z dłońmi przyciśniętymi do boków. „Cha... cha... cha... Afrykańską! Taką gęś papuaską!”
Rechotali bez umiaru, bez sił, bez litości.
Dla siebie byli bardzo uprzejmi. Stasiek zawsze nosił dwie rakiety i oba worki z „amunicją”. Zakręcał kołowrót u wyjścia, a sam stawał z boku, czekając, aż partnerka przejdzie. Jego ciasne pantofle stanowiły narzędzie nieustannych tortur Tereni. Nigdy nie myślała teraz, że Stach boi się ojca, że chciałby za to skrzywdzić kogoś, co nie jest siostrzyczką; że on i porucznik śmieją się samymi zębami - bez warg. Nie myślała o tym; patrzyła na Staśka źrenicą do dna otwartą - jak źródło.
Raz nawet rozmówili się, czy pamiętają swoje babcie. Staś pamiętał. Terenia także. Więc opowiadali różne kawałki o dobrych staruszkach: że Stasiowa babcia była sroga, kazała przed snem żegnać poduszkę, zabraniała jeść jabłka przed obiadem, a znowu babcia Tereni znała Orzeszkową...
Detale rodzinnego życia - zamorusane, pachnące anyżkiem i naftaliną - nabrały w tej rozmowie smaku szlachetnych owoców.
Za to książki przestały interesować. Nic to już Tereni nie szkodziło, że Wołodyjowski legł między żółtymi świecami, poniechawszy Baśki; ani że mała Danuta - zamiast na własne lalczyne wesele - musiała do nieba. Ci wszyscy ludzie, ciężcy, dalecy, bez twarzy i w sukniach z liter, nie wygrywali gemów na sucho, nie prześladowali Papuasów.
Kiedyś, w dawnych czasach, niańka opowiadała o jędzach, o diabłach, o jakimś murzyńskim królu, o pani, co zabiła siedmiu mężczyzn. To było dobre, ciekawe, bo Tereni nic wtedy nie pozwalano.
Ale kiedy się zaczął komplet i Madzia właziła pod stół przy arytmetyce, i Krystynka miała własną papugę, i na lekcje przychodziło trzech braciszków innych dziewczynek - Terenia wypędziła panią z nożem. Umościwszy dobre gniazdeczko dla głowy, inne dla rąk - pod poduszką - i jeszcze inne dla kolan, spuszczała powieki: za nimi, jak za czarnym parawanem, nosiła się papuga Fifi na zielonych skrzydłach. Ptaszysko kuło dziobem w palce dzieci i w nosy kucharek, skrzeczało cudackie słowa - było śmieszne i kochane, bo mieszkało o dwa domy na Hożej.
Tak samo i teraz. Kasztanowe liście leżały na placu. Zaś na katafalku po raz ostatni strzelały ku pani Barbarze dwie rude miotełki - bohaterskie, stęsknione wąsy. Cóż z tego?
Zimą w drugiej klasie przyplątała się odra. Matka siadała przy łóżku, pytając: co czytać? Wtedy pan Wołodyjowski dokazywał cudów swoją szablą i swymi wąsami.
Mijały wakacje. Uwiędle gwiazdy padały na plac. Terenia pójdzie do trzeciej klasy. A w ciągu lata piłki dzwoniły o rakietę jak słowa o telegraficzne druty. Tyle gier - zwiędłych, gładkich - przeskoczyło przez siatkę, Stach tyle się z początku nazłościł, tyle później nachwalił... Jakiż sens wobec spraw gorących, jak słońce, bliskich, jak własne dłonie - mogła mieć śmierć Wołodyjowskiego, umieranie Danusi?
Pod koniec sierpnia jeden wieczór był taki: ani zimny, ani gorący. Słońce zachodziło rumianiutkie, syte ludzkich potów. Tytonie rozcapierzały pachnące paluszki. Stach dopiero co wygrał ostatniego seta: siedem - pięć. Podali sobie ręce nad siatką, jak Marta z panem Pawłem. Maniek (śmieszna świnka!) dłubał w nosie. Krowy wracały. Jedna - czarna z łaciatą szyją - stanęła u kołowrotu i patrzyła tęsknie na plac. Uśmieli się, że „ta także chce się trenować”.
Przed furtką śmieli się jeszcze, choć krowa znikła już dawno - i na drodze, i w pamięci.
Wtedy to właśnie Stasiek powiedział: „Co dobrodziejka raczy jutro robić przed południem? Do re mi fa sol? Nie? Nic? To doskonale. Przyjdź na plac. Powiem Teresi coś ważnego”. Cały czas trzymał mocno rękę Tereni i patrzył w oczy prosto, niebiesko - jak brat albo dziewczyna.
Nareszcie więc Terenia mogła zabrać ze sobą do domu czyjeś słowa cenne, których nie wolno złożyć między fatałaszki, od których nie wolno odejść przez noc całą!...
Minęła ta noc. O jedenastej Terenia przyszła z nową wstążką przy skroni.
Siadła na ławeczce, rzęsami pogłaskała wszystko, co stanęło przed oczy. Kort leżał bieluteńki, rzekłbyś, prześcieradło z nansuku; siatka niepodciągnięta zwisała sennymi włóknami i na sędziowskim krześle dogasał goździk - ten sam, który Stasiek trzymał wczoraj w zębach, serwując ostatniego gema. Było zupełnie wesoło; odrobinę ckliwo i sucho w gardle - jak przed klasówką. Terenia patrzyła sobie w głąb parku, odwrócona plecami do alei Staśka. (Nie należy spojrzeniem zatarasowywać drogi, którą ma przyjść radość). Ścieżka od kręgielni prężyła się, niczym syty wąż - długie cielsko, rzucone w poprzek trawy. Dwa serca kołatały cierpliwie: jedno w gardle i drugie w zegarku.
Terenia siedziała ozdobnie. Lewe ramię rozpięte na oparciu, prawe jak luk między szyją a poręczą. Nogi zaplecione z wdziękiem i kokarda na baczność. U stóp leżała rakieta, na niej - grono kolorowych pitek. Tak siedzieć nie można długo - tylko przez tę jedną pierwszą chwileczkę: „dzień dobry, Tereniu. Jaka dobrodziejka dziś piękna!” Potem już zemną się ramiona, poplączą nogi wśród podskoków i kokarda zwiśnie nad powieką. Ale pierwsza chwileczka nie przybiegała aleją. Tymczasem ramię-łuk zaczynało drżeć, ramię-wstążka ścierpło. W zegarku tętniły minuty ciężkie, niesmaczne, coraz mocniej nasycone strachem.
Pewnie koń poniósł Staśka: teraz leży na leśnej drożynie chłopiec blady, z przymkniętymi oczami, a mokre, złośliwe nozdrza obwąchują krew, gęstniejącą na trawie.
Albo może przyjechał gruby stryj z Kraśnika. Odciągnął Staśka w kąt werandy i mówi: „Słuchaj, chłopcze. Jestem sam; nudno mi wieczorem ciągle czytać gazety, a w dzień jadać zupę naprzeciw pustego krzesła. Zabiorę cię; będziesz chodził ze mną na gumno i będziesz przy stole siedział naprzeciwko. Papa straci władzę nad twoim życiem. Kiedy umrę - dostaniesz Kraśnik”. Stasiek pocałował stryja w rękę. W tej chwili pakuje rzeczy. Nie zabiera ze sobą floweru - w Kraśniku dadzą mu belgijską strzelbę.
Albo i to jest możliwe, że Stasiek postanowił zostać działaczem. Będzie zwoływał wiece i nauczał parobków. Żeby ziemi było dosyć, żeby burżuje wyginęli i żeby jednak była ojczyzna. Jeżeli tak - Staś nie przyjedzie. Jest smutny, bo rzuca rodzinę, karierę, krawaty - wszystko.
Ścieżka coraz szybciej pełzła ku południowi, kark Tereni zesztywniał.
Kiedy w cukrowni zahuczeli na dwunastą, Terenia przed klombem lewkonii siedziała byle jak - szmaciana lalka, która sprzykrzyła się dziecku. Prawe ramię zwiśnięte koło kolan, lewe przy boku. Stopy bezsilnie mięsiły żwir na jednym miejscu, a kokarda rzucała niebieski cień na oczy już świata nieciekawe.
Dziewczynka wstała. Trzeba było powlec rozpacz aleją, po której przybiec miała radość.
Obijając łydki rakietą, szła Terenia w stronę Staśkowego domu. Może tam przez sztachety, z drogi zobaczyć już można to okropne. Rozparto chyba ściany, pełno go w ogrodzie i kostropate palce wysuwa za bramę. Terenia tylko spojrzy przez fasolowe liście i zaraz pozna, czy Stach leży z okrwawionym czołem, czy pakuje bieliznę, czy odchodzi „do ludu” na zawsze.
Przez fasolowe liście...
Na drodze skrzypią! wóz. Bokiem pies, szary od kurzu, drobił truchcika jak mały kudłaty konik. Kobieta z tobołem rzuciła niedobre spojrzenie.
Terenia pobiegła, bo wszystko pod słońcem wskazywało na katastrofę.
Przez fasolowe liście...
Rozgarnęła rakietą; przycisnęła policzek do rozgrzanej sztabki.
Śmieją się! Siedzą...
On konno na poręczy. Ma na twarzy jakby nie dwoje oczu, a całą sieć oczu uszczęśliwionych, pląsających... I wszystkie patrzą na nią...
Na Jadzię!!!
Pochyla się. Mówi. Dalekie słowa, których nie można ani posłyszeć, ani po uśmiechu rozpoznać. Mówi coś ważnego, a mówiąc - całuje palce Jadzi.
Czerwono jest od maków, od nastrucyj i od własnego rumieńca.
Było wilgotno. Terenia czuła mrówki, biegające za pończochą - te mrówki, których nikt nigdy nie widział, a które są na pewno srebrne z diamentowym żądłem. Leżała tuż blisko stawu w miejscu, gdzie - według matki - nie wolno, bo tam właśnie żeruje malaria. Staw ledwie dychał, jak usypiająca ryba; od czasu do czasu drobne falki ziewały przy brzegu, otwarłszy skrzele, a łuska na wodzie marszczyła się w leniwym dreszczu.
Terenia także pragnęła ziewnąć, zapomnieć, obandażować snami ranę, wyszarpniętą przez Staśka w tym sierpniowym dniu.
Jakieś zwierzę maleńkie, szczelnie wypełnione słońcem, rzępoliło na suchych badylach, a może rożkami na własnych goleniach. I owadzi jazgocik narzucał się Bogu tak samo namiętnie, jak rozpacz głodnej pumy w pobliżu Dżebillah. Terenia zasnęłaby może, bo staw ziewał i ziewał, a leszczynowa gałązka kołysała się po niebie miarowo - w lewą stronę i w prawą - niczym zielone ramię. Ale głos owadu nieustannie podkręcał nerwy na nutę czuwania; był drobniutki - jedna szesnastkowa accaciatura wśród pełnokrwistego andante wiatru i ciszy; jednak wibracja dźwięcznej bagateli tak uporczywie nakłuwała powietrze, że mózg - wbrew pluskowi wody i kołysom gałązki - nie zdołał rozluźnić tempa.
Zgryzoty coraz nowe wybiegały z minionej godziny i ze zgoła nie nazwanych czasów - aż między Terenią i światem usnuła się tkanina z myśli przeraźliwych i tępych, leciutkich i czerwonych, ledwie szepniętych i błyszczących. Kiedy zasłona zgęstniała do tyła, że dzień poza nią majaczył jak opłatek - Terenia jęknęła od suchego szlochu.
Bowiem nie ma łez dość gorzkich na opłakanie zdrady; nie ma źrenic dość wielkich na zamknięcie gniewu o zdradę. Dla szponu zazdrości nie masz serc nadto wspaniałych.
