Fantomy - Maria Kuncewiczowa - ebook

Fantomy ebook

Maria Kuncewiczowa

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

ISBN 83-222-0577-5

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Gdyni

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 369

Rok wydania: 1989

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

FANTOMY

 

DZIEŁA WYBRANE

Marii i Jerzego Kuncewiczów

pod patronatem

Ministra Kultury i Sztuki

MARIA KUNCEWICZOWA

DWA KSIĘŻYCE

Esej o twórczości pisarki – Tadeusz Kłak

CUDZOZIEMKA

MIASTO HERODA

KLUCZE

ZMOWA NIEOBECNYCH

TRISTAN 1946

GAJ OLIWNY

LEŚNIK

DON KICHOTE I NIAŃKI

NATURA

FANTOMY

FANTASIA ALLA POLACCA

PRZEZROCZA

LISTY DO JERZEGO

JERZY KUNCEWICZ

PRZEBUDOWA. Rzecz o życiu i ustroju Polski

Esej o twórczości pisarza – Roman Tokarczyk

REPUBLIKA GLOBU

O PEŁNE WYZWOLENIE CZŁOWIEKA WIECZNA PRZEMIENNOŚĆ

WYSPY PAMIĘCI

 

Maria Kuncewiczowa

Fantomy

 

Wydawnictwo Lubelskie

Lublin 1989

 

Opracowanie graficzne

Zbigniew Czarnecki

Redaktor wydania

Halina Szal

Redaktor techniczny

Tomasz Bielski

© Copyright by Maria Kuncewiczowa 1971

ISBN 83-222-0577-5 (opr. broszurowa)

ISBN 83-222-0611-9 (opr. twarda)

CIP — Biblioteka Narodowa

Kuncewiczowa Maria

Fantomy / Maria Kuncewiczowa. —

[Wyd. 6]. — Lublin : Wydaw.

Lubelskie, 1989. — (Dzieła wybrane

Marii i Jerzego Kuncewiczów)

 

WYDAWNICTWO LUBELSKIE LUBLIN 1989

Wydanie VI (I w obecnej edycji). Nakład 30 000 egz. w tym 24 900 + 100 egz. w oprawie broszurowej i 4 800 + 200 egz. w oprawie twardej. Ark. wyd. 14,1. Ark. druk. 18,25. Papier offsetowy kl. III, 75 g, rola 52 cm. Oddano do składania 18 sierpnia 1988 r. Podpisano do druku w maju 1989 r. Druk ukończono w styczniu 1990 r.

Druk: Rzeszowskie Zakłady Graficzne. Rzeszów, ul. Marchlewskiego 19.

Zam. nr 4698/88 S-5-64

„France Soir”, 20 grudnia 1967. „Nasz wysłannik telefonuje z Valenciennes”:

„Pierre Dubois, lat 22, mówi o swojej narzeczonej, Tatianie Kremin, lat 27: Dziewięć dni temu Tatiana zginęła w wypadku samochodowym na oblodzonej szosie w przeddzień naszego ślubu, śpiesząc po odbiór swego ślubnego okrycia. Nadal chcę się z nią ożenić. Ona jest ze mną. Klucz od mieszkania włożyłem jej do trumny”.

Później o Pierre Dubois napisano, że trudni się dekoratorstwem, a także ilustruje bajki. Podobno chodzi w czarnej pelerynie i na pogrzeb ubrał się jak do ślubu. Usiłuję sobie wyobrazić, jak urządził pokoje dla oblubienicy wtenczas, kiedy nie tylko w jego oczach była żywa. Poznali się rzekomo w Szkole Sztuk Pięknych. Była nauczycielką rysunku. Pewnie mówił o tym mieszkaniu: studio. Pewnie jest tam jedno wielkie łoże-tapczan, wysunięte na środek, przyrzucone jakąś algierską jaskrawością, a na ścianach wiszą abstrakcje, w jednym kącie stoi adapter, w drugim kuchnia gazowa i szafka z naczyniami. Stół jest chyba długi, raczej rajzbret na krzyżakach, z surowego drzewa, jasna płaszczyzna, jeszcze dziewicza, bez plam i bez kurzu, miejsce jedzenia, rysowania, sprawdzania rachunków, szelestu gazet, umierania kwiatów.

Dalsze szczegóły w gazecie. Dubois w czarnej pelerynie nie tylko ilustruje, ale i sam pisze bajki. Najwyraźniej nie tylko je pisze, ale także przeżywa, skoro oprócz klucza od mieszkania włożył Tatianie do trumny szpadę, którą pasował narzeczoną na królową urojeń.

Taki człowiek — myślę — mógł gniazdo małżeńskie uwić ku czci Walta Disneya. Może więc łoże i okno są u niego przesłonięte materią w motylki i gwiazdki? Stół wspiera się na pniu gruzłowatym, pokrętnym, omszonym, po ścianach snuje się powieść o sarence Bambi, o śnieżnej księżniczce i jej siedmiu karłach? Filiżanki wyobrażają głowy krasnoludków z wierzchołkiem odciętym tuż nad brwiami, puste, ale żywe, z maquillage’em uśmiechu na twarzy, której odjęto mózg; czekając na kawę zamiast na myśl?

Mniejsza o to. Wszystko jedno, jakie jest mieszkanie Pierre Dubois. Sęk w tym, że pod koniec roku 1967, w czasie kiedy w Kalifornii buduje się gmach kwarantanny dla astronautów mających powracać z Księżyca w towarzystwie mikrobów śmiertelnych dla gatunku, bywają wśród ludzi takie drzwi, od których klucz wręcza się umarłym.

Numer „France Soir” z wiadomością o dramacie w Valenciennes przeczytałam w hotelu w Beaulieu Sur Mer, pustym jak zwykle w antrakcie między Bożym Narodzeniem a karnawałem nicejskim. Czytałam w hotelowej pustce nieprzychylnej turystom. To mi przypomniało, że po raz pierwszy obrzydzono mi turystykę w roku 1938, w Palestynie, która wtedy jeszcze nie była Izraelem, i cudzoziemcy przemykali się tam po szosach pod osłoną brytyjskich karabinów maszynowych między jedną a drugą strzelaniną arabsko-żydowską.

W naszej grupie znajdowało się sporo obywateli włoskich, polskich i niemieckich wyznania mojżeszowego. Pamiętam Lejbę Jaffe, wielkiego jałmużnika syjonizmu in partibus infidelium, kiedy, przyglądając się zagranicznym współwyznawcom, drepcącym w szeleście jedwabi i banknotów po zakurzonych kibucach, uronił pogardliwą ocenę: „Turyści”.

Tamto zdarzenie uważam za pierwszy w mojej prywatnej historii sygnał zmiany politycznego porządku: kończył się czas zniszczeń i konstrukcji. Obiektywizm przestał wystarczać, żądano wiary. Było po Anschlussie. Na Kapitolu wrzeszczał cezar Benito, „piękny Adolf” walkowerem przebywał granice, za oceanem Roosevelt głosił New Deal — Ziemia odmawiała noszenia osób niezaangażowanych.

Jakże prędko potem znalazłam się na dworcu angielskim przed kasą biletową, gdzie obok okienka stała przed taką samą kasą krowa na kolorowym afiszu, a ze swego drążka w klatce przemawiała do niej papuga: „Czy twoja podróż jest rzeczywiście konieczna”? Do dziś dnia nie wiem, czy na jesieni 1939 roku moja podróż znad Wisły przez Rumunię, Jugosławię, Włochy do Paryża, a później wiosną 1940 roku do Londynu była rzeczywiście konieczna. W każdym razie nie była turystyczna.

Pisząc niniejsze na przełomie lat 1967—1968, zastanawiam się, dlaczego fakt, że Pierre Dubois włożył klucz od mieszkania do trumny swej narzeczonej, dotykał mnie osobiście. Czyżby miało to znaczyć, że instytucję „domu”, czyli „home’u”, czyli „ogniska domowego”, trzeba przekazać umarłym? Że należy ona do niepowrotnej przeszłości? Czy może fakt ten potwierdza niezniszczalność mieszkań-fantomów i lokatorów-upiorów, które to zjawisko nabrało dla mnie wymowy szczególnej w ciągu wojennej podróży?

W październiku 1939 roku znalazłam się na przedmieściu Bukaresztu w domu pewnego rumuńskiego dygnitarza, działającego z inicjatywy miejscowego Pen Clubu. Pokoi było dużo, wszystkie niskie, obszerne, z oknami do ziemi, wychodzącymi na ogród i żwir. Pachniało woskowaną posadzką i starym mahoniem. Mleczne w dzień pochmurny, różowe o świcie, niebieskie o zmierzchu światło wchodziło ze dworu przez krochmalone muśliny. Koło południa gorące i czyste kałuże blasku na podłogach kazały się omijać, łoża piętrzyły się wysoko, przydymione przez czas przedmioty wiejskie — mosiądz, szkło, fajans — stały na podorędziu, wannę w łazience kazał sobie ustawić pewnie z pięćdziesiąt lat temu jakiś brzuchaty i wielki nafciarz, lubiący w tym ogromnym marmurowym korycie udawać Neptuna z pokojówką, najadą. Wieczorami konwersowałam po francusku, jedząc obiad z liczną rodziną gospodarza.

Cała ta sceneria wydawała mi się równie znajoma jak dwór na futorze ciotecznej prababki nad Morzem Azowskim, gdzie moja noga nigdy nie postała, ale opowiadania babci czyniły go na tyle konkretnym, że wchodziłam doń zawsze tymi samymi skrzypiącymi drzwiami od tarasu i zawsze po tych samych kamiennych stopniach wspinałam się na płaski dach, żeby stamtąd rzucać kości kundlowi, niestosownie zwanemu Triezorczik. Ile razy wyjeżdżałam z rodzicami na podwarszawskie czy świętokrzyskie letnisko, brakowało mi tego tarasu, tego dachu i sinej pręgi morza za budą Triezorczika.

Innym mirażem był pokój Marchewki, rudego malca, Anglika, którego przygody drukowało „Moje Pisemko”: wchodziło się na piętro wewnętrznymi schodami o drewnianej balustradzie, i znałam każdy drążek tej balustrady, a przede wszystkim poręcz wyślizganą od dziecinnych dłoni, ambitnie wzniesionych, żeby jej dosięgnąć. Jedna z dłoni była moja, w godzinach pięciopalcówek na fortepianie, nie zdejmując rąk z klawiatury uciekałam za szafę do Marchewki gdzie na ścianie wisiały koła i skakanki, na podłodze stał welocyped z jednym kołem olbrzymim i drugim maleńkim, ukradziony przez Marchewkę wujowi. Kiedy moi rodzice postanowili się przeprowadzić gdzie indziej z kamienicy numer 19 na ulicy Siennej, myśl że welocyped może się nie zmieścić w wozie meblowym, me dawała mi spać; w końcu jednak cały angielski pokój razem ze schodami i balustradą dał się zabrać.

Później przez dobrych parę lat przemieszkiwałam w Ogrodach Kensingtonskich na wyspie ptaków, nocując na gałęzi, obok Piotrusia Pana, i kiedy z czasem ujrzałam w Londynie tę wyspę na jawie, mało się różniła od mojej własnej, wymyślonej na lekcjach arytmetyki w Płocku

Otóż siedzibę moich rumuńskich dobrodziejów znałam z książki „Les malheurs de Sophie”, napisanej przez francuską hrabinę de Ségur, z domu Rostopczin, Rosjankę. Wprawdzie temat powieści stanowiły nieszczęścia złej Zosi na tle szczęścia jej dwóch dobrych kuzynek, a tutaj nic podobnego się nie działo, jednak dziewiętnastowieczną ramę, ciągle tę samą co u hrabiny de Ségur, wypełniała mieszanina Orientu z Zachodem, arystokratyzmu z mieszczaństwem, dobroduszności ze ślepotą.

Hitler, wojna, ucieczka z kraju, nagły rozpad mego losu, wszystko nabrało w rumuńskim Eldorado charakteru awantur niegrzecznej Zosi, którą jej macocha słusznie bije rózgą, podczas gdy wzorowe dziewczynki dostają podwójny deser w jadalni pod porcelanowym kloszem. Wśród niewzruszonych palisandrów i miniatur poczułam się niegrzeczną Zosią i w stanie niegrzeczności dotąd pozostaję.

W charakterze widma wylądowałam także w pewnym studio malarskim na Montparnasie w listopadzie pewnej wojny, którą Francuzi nazwali „osobliwą”1, a Brytyjczycy „fałszywą”2, bo jej we Francji po prostu nie było. Malarka Renia miała w Polsce ojca i jeszcze kilku panów, do których zachowała sentyment, ale podobnie jak ulica paryska przeżywająca na przekór polityce którąś tam z rzędu belle époque, jej pracownia nie była nastawiona na tragedię. W kuchni załadowanej wszystkim, co może podnieść smak naleśników do wyżyn artystycznego przeżycia, ani w łazience pachnącej dziesięcioma odmianami perfum — kataklizm się nie mieścił, lustra mojej przyjaciółki nawykły do twarzy skupionych na własnym odbiciu, w jej alkowie czaprak króla Jana i wyburzały gorset krakowski, rozpięty na ścianie, patronowały nocom bez problemów i porankom z czekoladą na tacy. W tym podniebnym mieszkaniu, którego okna wychodziły na cmentarz tylko dla światła i dla śmiechu, Historia przez duże H brzmiałaby pretensjonalnie, czym prędzej więc odrzekłam się demona pychy i przyjęłam kurs na normalność.

Zaczęłyśmy znosić do domu pończochy i coquilles St. Jacques, chodziło się na poranki do teatru, zapraszało przedwojennych dziwaków, gadało z konsjerżką o jej kocie, Filou. Warszawa, Lublin, Łuck, Kosów stały mi kością w gardle, dostawałam zeza od patrzenia w bok, taki nierzeczywisty wydawał się Paryż i taki rzeczywisty koszmar. Ale cokolwiek bym wtenczas powiedziała, leżąc na Montparnasie, wsparta o czaprak króla Jana, nakryta krakowskim gorsetem, nie byłoby do wiary, więc leżałam i żułam croissanty, a tymczasem upiorność niewidoczna dla oka rosła w moim wnętrzu jak zadawniony nowotwór.

Tak oto doszło do tego, że w Paryżu, czekającym na Hitlera, kupiłam sobie od emigrantów hiszpańskich wracających pod plagi caudilla, mieszkanie na własność, co więcej: nazajutrz udałyśmy się z przyjaciółką na „targ pchli”, żeby tam ze stosu bezdomnych przedmiotów wyłowić takie, które zamieszkają ze mną. Wybór padał przeważnie na rzeczy tak zwane zabawne, czyli nieprzydatne, a więc na przykład wazony z dziurawym denkiem, lampy naftowe „do przerobienia” na prąd, nadgryzione sztychy, wyobrażające szkołę piesków itd. „Stały” adres warszawski zamieniłam na „stały” paryski, dosztukowując do niego przeszłość zakupioną na „pchlim targu”. Nie raziły mnie destrukty antykwarskie zamiast familijnych antyków, bo w rodzinie plątały się francuskie mity. Nostalgiczni Hiszpanie znikli pewnego poranku, a do ich pustego azylu wkroczyłam ja, z trumiennym kluczem w garści.

Zabawa w gospodarstwo trwała w Paryżu sześć miesięcy. Kiedy stanęłam pierwszy raz w ogonie po dokument upoważniający do łóżka w Londynie, przekonałam się, że moja upiorność przestała być sprawą wewnętrzną, zmieniła również mój wygląd. Dobroczynna dama myśląc, że nie rozumiem po angielsku, mruknęła do swego towarzysza: „Ta to przyjechała z Księżyca. Patrzy, jak gdyby ludzi nigdy nie widziała”.

2

Bitwa o Wielką Brytanię zaskoczyła mnie w Londynie opodal polskiej ambasady, w pensjonacie, gdzie dawniej mieszkali dyplomaci i korespondenci pism, a w sierpniu 1940 roku roiło się od displaced persons, czyli osób bez miejsca. Przestałam się wyróżniać. Właśnie dlatego, że nie przyjechaliśmy z Księżyca, nikt z nas nie uważał za ludzi istot przekonanych o nietykalności swoich miejsc. Zresztą oni sami jeszcze wtedy mieli siebie za nadludzi, czyli za rasę dźwigającą ciężar odpowiedzialności za całego Białego Człowieka. Zainteresowani raczej kolorowymi podludźmi, nie bardzo wiedzieli, jak się ustosunkować do Europejczyków, którzy stracili swoje miejsca. Na górze politycznej działała racja stanu; społeczeństwo brytyjskie, traktujące politykę jako brudną robotę, za którą przyzwoity obywatel płaci, ale się jej nie dotyka, tych odgórnych racji nie znało.

Tymczasem Londyn pęczniał niesamowitością. Pęczniała Brytania. W miarę jak się rozsypywały georgiańskie i wiktoriańskie wnętrza, odsłaniając klozety pokoleń, rosła liczba Anglików, Walijczyków i Szkotów nagle ogołoconych z tradycji, nagich w świetle pożaru. Rodacy z prowincji gardzili uchodźcami z bombardowanych miast, historia nachyliła nad Wyspą ironiczne oblicze, wyspiarze również tracili swoje miejsca.

Jednocześnie wzbierał i różnicował się tłum kontynentalnych bieżeńców. Powstawała hierarchia, na szczycie drabiny znalazły się najwcześniejsze ofiary: czerwoni Hiszpanie i Katalończycy, potem Żydzi i liberałowie niemieccy, których zastaliśmy po drugiej stronie Kanału jako pionierów naszego własnego losu. Każda następna transza hitlerowskiego podboju dostarczała kolejnych nomadów — czeskich, węgierskich, belgijskich, holenderskich, norweskich, polskich, francuskich, bałkańskich. Tam, gdzie młot Germanów spadał najgęściej, a więc w krajach ekspansji na Wschód, odpryski były najgęstsze, a przez to mniej cenne.

W anglosaskiej stolicy stanęły naprzeciw siebie, skulone pod bombami, dwa zastępy bezdomnych: ci, co stracili mieszkania, i ci, co stracili i mieszkania, i swoje dalekie kraje.

W tej konkurencji wygrały fantomy zagraniczne; zawiązano różne komitety, różne towarzystwa pomocy nieszczęśliwym aliantom i zgwałconym neutrałom. Wśród ekspatriowanych cudzoziemców byli żołnierze nadal zdolni do walki i byli polityczni przywódcy. W urzędowych lokalach porozumiewali się ze sobą generałowie i leaderzy, przegrupowywano siły, zawierano tajne układy — wśród tłumu trwały zwyczajne zabiegi o przeżycie. Stare horyzonty pękały; zaostrzał się apetyt, katastrofy przeradzały się w przygody, przeszłość bladła, przyszłość obiecywała złote góry, na stacjach kolejki podziemnej, zmienionych na schrony, zawiązywały się romanse; przedwojenne małżeństwa i klasowe podziały traciły sens, tu i ówdzie wybuchały interesy, w obliczu wspólnej śmierci ogłaszanej wyciem syren kwitło braterstwo nieznajomych.

Klimat sprzyjał Utopiom. Najłatwiejsze były utopie narodowe, od dawna przygotowane przez podręczniki szkolne i patriotycznych poetów, więc dobrzy Niemcy wierzyli w drugą Republikę Weimarską od Bałtyku po Bajkał, Francuzi w nową Joannę d’Arc z generalskimi szlifami i z Westminsterem zamiast Chartres, Hiszpanie proponowali przeniesienie Watykanu do Barcelony, Serbowie wznosili modły o nagłą śmierć wszystkich Chorwatów, Chorwaci ogłosili dzień nieuchronnej przeprowadzki Belgradu do Zagrzebia świętem narodowym Jugosławii, Węgrzy troszczyli się o to, żeby Dunaj połączył się z Renem, a Polacy, żeby dokonał się cud — drugi cud nad Wisłą. Belgowie, Holendrzy, Skandynawowie przysięgali na ulepszony statut Ligi Narodów z siedzibą w Hadze, odpowiednio instruowani wojskowi z Kontynentu rwali się do padania trupem pod odpowiednimi sztandarami, podczas gdy gospodarze Wyspy organizowali milicję i zbroili jachty dla obrony przed inwazją. Kupcy dziwili się: „Jak mogliście dopuścić do okupacji waszych krajów? Patrzcie na nas: w razie czego wszystkie sklepy żywnościowe się zamknie i wygłodzony nieprzyjaciel sam się wycofa”.

Oczywiście maszyna losu działała ponad teoriami, mieszając z błotem marzenia. A przecież na spodzie orkanu kręciły się po ziemi strumyki dobrej woli i myśli rozsądnych. Kręcili się także z zapartym tchem optymiści. Kręcili się nawet święci, którzy uciekli z bożnic i kościołów. Kręciło się dużo poezji. Dużo tęsknoty do lepszego świata. I tak na marginesie programów rządowych i partyjnych rosła sobie Utopia Absolutna, sto tysięcy razy wyrzucona za drzwi przez pracodawców, artystów i historyków: kult abstrakcyjnego człowieka, czyli humanizm.

W Biblii mówi się o ciemnościach, które kryją Ziemię na znak Boskiego gniewu, w różnych świętych księgach jest mowa o ciemnościach przed aktem stworzenia i po końcu świata, ale zwolennik metafizyki rzadko rozpoznaje fatum boskości w zorganizowanych czynach ludzi. Podczas drugiej wojny światowej ciemność skryła dużą część Ziemi, nie widziano w tym jednak ręki Boga, tylko rozkaz policji i trud właścicieli mieszkań. Także nie myślano o zbuntowanych aniołach, obserwując ewolucje lotników nad bombardowanymi miastami, ani wycie syreny nie brzmiało dla przechodniów jak głos Oblubienicy Szatana, dopiero teraz we wspomnieniu te rzeczy nabierają znaczeń apokaliptycznych. Wtenczas zaciemnienie okien i latarń przynosiło ulgę. Dla tych, którzy jeszcze mieszkali, czarna płachta na szybach odgradzała od wojny, dla fantomów, snujących się po ulicach, ślepe okna pozwalały myśleć, że już nikt nigdzie nie mieszka, więc nikt nie jest wygnany.

Mimo częstych alarmów i pożarów w nocy trudniej istniało się w dzień. Słońce ukazywało, jak dużo powszedniości jeszcze nie zostało spalone; że mnóstwo drzew, różne sadzawki, różne zakręty Tamizy nadal żyją, wiatr chłodzi, południe grzeje, muchy latają, szafy skrzypią, żołądek woła jeść, jedna płeć woła o drugą. Ci, co nie musieli zabijać ani pisać papierków, mogli zajmować się sobą, mogli się grzebać w tej nocy, gorszej, która wypełnia ludzkie wnętrze, porami sączy się na zewnątrz i snuje kokon strachu albo kokon głupoty, izolujący od świata. Skoro prawem wojny było zło, szukało się w sobie zadatków na Księcia Ciemności czy Oblubienicę Szatana; jeśli się nie znajdowało, werdykt brzmiał: zero. Jestem zero, nie bronię się przed nieprzyjacielem i nie rozumiem nowego porządku.

Rok naokoło mnie jest 1968, a wewnątrz mnie zawsze ten sam, od urodzenia ten sam, i myślę, że demonizowanie człowieka w dzisiejszej literaturze i sprowadzanie go do zera w malarstwie wzięły swój początek w tych skrawkach bezsilnej powszedniości, kiedy podczas wojny człowiek wstydził się uczuć ludzkich. Różne wtenczas toczyły się wojny. My na Zachodzie nie wiedzieliśmy na przykład, że akurat wtedy pod nogami młodej dziewczynki powszedniość topniała jak kra na Wołdze w promieniach doktryny, która miała zabić jej matkę i zniszczyć dzieciństwo. Ani nie były jeszcze napisane „Medaliony”, gdzie się czyta, jak można zachować czyste ręce, przerabiając ludzi na mydło. Żołnierze na frontach bili się o ojczyzny, a wewnątrz ojczyzn doktryny biły się z ludzkością o władzę nad nią samą. Zarazy śmiercią jeszcze wówczas nie znano. Między jednym a drugim nalotem chodziliśmy do parków gapić się na dzieci i wróble, chodziliśmy na mszę i z przygodnymi partnerami do łóżka; na kawę bez smaku i na zupę bez mięsa (lord Woolton zalecał marchew), chodziliśmy do kina (czasem następny program nie następował, bo nie miał gdzie nastąpić). Świętowało się chrześcijaństwo, naród i rodzinę, wielbiło wodzów, przeklinało wrogów, kochało rzeczy, których już, albo nigdy, nie było, zegar się zaciął na ostatniej godzinie przedwojennych wakacji, wszystko, co przychodziło później, działo się we śnie i nie obowiązywało świadomości. Świadomość miała powrócić w domu. Po wojnie.

Któregoś dnia poeci bez miejsca udali się do H. G. Wellsa z Czarną Księgą sadyzmu. Materiał zebrano w Warszawie, zredagowano w Londynie. Chodziło o to, żeby arcykapłan humanistów zaintonował hymn zgrozy, żeby za jego przewodem dusze cywilizowane na całym świecie mogły zaśpiewać: „Święty Boże Rozumu, mocny a nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami, głupcami, niech markiz de Sade nie wynurza się z Twego piekła”. Arcykapłan zastanowił się nad zdjęciem wisielca z zagipsowanymi ustami, dyndającego na drucie kolczastym, i zapytał: „Co ten człowiek chciał krzyknąć?” „Oni zwykle krzyczą: niech żyje Polska” — odpowiedzieli poeci. Anglosasi nie lubią sentymentalnych okrzyków. Wells skrzywił się: „Zepsuliście mi apetyt na lunch”.

Potem jednak nastąpił w Londynie kongres fantomów pod prezydencją tegoż Wellsa (1941). Uczestnicy należeli do Międzynarodowego Klubu Poetów, Prozaików i Eseistów, czyli do Klubu Pióra, Pen. W Niemczech, Włoszech i Hiszpanii oddziały tego Klubu zostały zlikwidowane, w Rosji nigdy nie doszło do jego założenia. Przedstawiciele krajów okupowanych przybywali na kongres piechotą albo taksówką, natomiast Dos Passos i Thornton Wilder przylecieli ze Stanów bombowcem, mimo że nie należeli oni do Klubu Pióra, ani do Klubu Fantomów. Potępiono zbrodnie, pochwalono cnoty. Wykazano, że „duch żywię” i „lata, gdzie chce”. Rezultat praktyczny? Ofiary dyktatur przekonały się, że jest ich dużo, więź między nimi jest ponadnarodowa i w krajach nie okupowanych także istnieją sympatycy wspólnej ojczyzny ludzi abstrakcyjnych.

Pensjonaty londyńskie czasu wojny... Boarding houses, residential hotels... To były miniatury owej ponadnarodowej społeczności, której wspólnym wrogiem jest bomba, a wspólną wiarą los dobry ukryty w kieszeni jak bilet na loterię.

Pensjonat na Bedford Way miał klientelę angielsko-polską i obie grupy porozumiewały się ze sobą przy pomocy strachu i wisielczego humoru. Sypiało się w fotelach bez koloru i w piwnicy bez okien, bomba spadła, kiedy mnie akurat nie było, i szafa z lustrem rozbiła się o puste łóżko.

Z kilkoma ciuchami, które ocalały, bo przed nalotem nie odebrałam ich z pralni, przeniosłam się pod Oxford. Dorchester on Thames jest wsią rozłożoną na nadrzecznych łąkach w cieniu gotyckiego opactwa, zajazd pod znakiem świętego Jerzego pamięta dni Szekspira, a także stosunkowo niedawną wizytę jednego z książąt Hamletów. Sala jadalna to stodoła z belkowanym pułapem i wielkim kominkiem, przy którym, z wyjątkiem lotników z pobliskiej bazy w Benson, mało kto wtenczas grzał ręce. Ale ja zamieszkałam przy nowej drodze w nowym domku, należącym do kierownika szkoły podstawowej. Jego żona kiedyś pracowała na poczcie, córka obecnie studiowała matematykę w college’u dla dziewcząt. Skierowała mnie tam Violet Mason, przyjaciółka Olgi Małkowskiej, wdowy po polskim harcmistrzu, który na krótko przed pierwszą wojną światową zginął na „Titanicu”, ustąpiwszy jakiejś kobiecie miejsca w łodzi. Violet Mason, fundatorka „Dworku Cisowego” opodal Czorsztyna, uczelni dla Wilczków o powiększonych migdałach i złych cenzurach, napisała o Polsce książkę pod tytułem „Kraj tęczy” (Land of the Rainbow”). Zatem do wiejskiego azylu w Anglii weszłam przez tęczową bramę, sięgającą mało znanych tam gór. Państwo W. dawno wyrośli z harcerskich majtek i z ciekawości świata, moje przybycie uznali za jedną z tych przykrości, które szanujący się Brytyjczyk wita uśmiechem: „Ładna pogoda, nieprawdaż?”

Niebawem się dowiedziałam, że pan lubi śpiewać, ale nigdy nie śpiewa, pani nie lubi robić na drutach, ale stale robi na drutach, córka lubi marynarzy, ale zna wyłącznie teologów. Odległość Oxfordu od Londynu okazała się astronomiczna, w Londynie była wojna — w Dorchesterze były tylko kartki na żywność. Związek między tymi zjawiskami wyglądał niejasno. Pociski spadające na okoliczne lotniska czy dworce nie podobały się, bo sprawiały hałas i męczyły straż ogniową, mali cockneye ze zwęglonych szkół także się nie podobali, nie mieli manier i dawali zły przykład. Podobały się stokrotki, cielęta, psy. Yorkshire pudding i rodzina królewska. Churchill, ponieważ był premierem, musiał się podobać, ale po cichu mówiło się o tym, że jako mały chłopiec wrzucił do stawu starszego brata.

Jednak Violet Mason była wnuczką earla of Crawford, żoną naczelnego publicysty w „Timesach”, Wickhama Steeda, i jej książka o „Kraju tęczy” leżała na widocznym miejscu w sitting roomie, czyli pokoju do siedzenia. Rada nierada, musiałam podjąć się roli Atlasa podtrzymującego polską tęczę nad Tamizą.

Wieczory zimowe były długie i spędzało się je przy kominku: pan zawsze czytał dzieło o rybach, pani zawsze szydełkowała bury szalik dla siostrzeńca w wojsku, córka zawsze uczyła się w Oxfordzie. Pan nie miał zwyczaju zadawania pytań ludziom dorosłym, za to strzygł uchem bardzo pilnie, kiedy pani zadawała mi ich coraz więcej. Była praktyczna. Skoro fatum przypędziło aż do jej domu kogoś z kraju tęczy, postanowiła wzbogacić swoje wykształcenie. Sięgając wstecz do czasu na poczcie, nie przypominała sobie ani jednego polskiego znaczka, więc przede wszystkim musiałam opisywać i tłumaczyć symbolikę polskiej poczty; to z kolei zaprowadziło do historii, i tu spiętrzyły się trudności. Długa epoka bez królów i bez rządu, tylko z poetami, nie mieściła się w pojęciach mojej gospodyni. „Po co? Dlaczego? Czyż nie można było tego uniknąć?” — powtarzała ze smutkiem albo z irytacją, jak ta papuga na plakacie, która pyta krowę: „Czy twoja podróż jest naprawdę konieczna?” Ponieważ reprezentowałam tęczę, szybko zrezygnowałam z brzydkich faktów i ograniczyłam się do pięknych kolorów wyobraźni. Ani się obejrzałam, kiedy z osoby bez miejsca przedzierzgnęłam się w propagandzistkę najwspanialszego miejsca na ziemi. Ale konfrontacje z rzeczywistością nie dawały „się uniknąć”. I tak na przykład młody lotnik polski wyciągnął raz z portfela fotografię narzeczonej w kostiumie kąpielowym i pan W. odwrócił oczy, a pani W. szepnęła: „To jest Polka? Pani mówiła, że Polki są uduchowione”.

Radio państwa W. zazwyczaj nie działało, chyba że pani uderzyła je mocno kułakiem po wierzchu, wtenczas zdarzało się, że docierały do nas echa bitew lądowych, niektóre przychodziły aż z Afryki, przynosząc nazwy egzotycznych wiosek. Przez pewien czas powtarzało się coś, co brzmiało: Mo-ga-diszu. Akurat wtedy przedstawiłam moim gospodarzom Stefanię Zahorską. Jej miedziane włosy olśniły pana W., nazwisko powtórzył sobie kilka razy. W parę dni po wizycie bąknął: „Dlaczego właściwie Mrs. Mo-ga-diuszu nie została na obiedzie?”

Innym razem pokazałam zdjęcie mego domu w Kazimierzu. „No tak, to jest szwajcarski szalet — orzekł dumnie zadowolony ze swojej geografii — drewniany, bo w krajach północnych cegły pękają od mrozu.”

Kiedyś dyskutowało się o kuchni polskiej i wspomniałam kaszę tatarczaną, zajrzeliśmy do słownika i ustalili angielską nazwę. Pan W. skłonił głowę: „Tak, wiem, to się daje bażantom”. Pochwaliłam zdrowotną wartość kaszy tatarczanej dla ludzi, pan W. znowu przytaknął: „Tak, wiem, to się daje bażantom”. Na co dzień cofnęłam się do swojej skorupy, pisałam „Klucze”, ale co tydzień jeździłam do Londynu na różne posiedzenia, czasami z odczytem na dalszą prowincję niż Oxford, zawsze w charakterze eksponenta spraw mglistych, bez związku z interesem osobistym tubylców. Raczej mnie to dziwiło, że tak liczni słuchacze, przeważnie kobiety, jeśli nie żołnierze, fatygowali się na te spotkania; później zrozumiałam, że chodziło o jeszcze jedną odmianę seansu spirytystycznego: grałam rolę medium, przez które mówią duchy, odsłaniające tajemnice odmiennego bytu.

Wszystko to nie pozostawało bez wpływu na samowiedzę. Literatura płynęła po wierzchu, odbijając wrażenia i obrazy współczesne, ale w głębi czas się odwracał i przynosił pod rozwagę początki tego czegoś, czym obecnie byłam dla siebie — osobą wyrwaną z życia, dla nich Polką, pisarką, a więc nauczycielką faktów nie znanych i wątpliwych. W takim odpływie rzeczywistości na swoim własnym dnie odnajdowałam dzieciństwo. Z nostalgią i ufnością garnęłam się do poranka moich dziejów, który był także początkiem świata. Rozpamiętywałam, sprawdzałam i tu właśnie czekało mnie szokujące odkrycie: w dzieciństwie to najwyższe dobro, które mi teraz odjęto, do którego tęskniłam, bez którego nie mogłam rzekomo być sobą — dom — to właściwie przede wszystkim były okna i drzwi.

W latach, kiedy wiele godzin spędzałam z babcią, wyglądanie oknem należało do codziennych zajęć starszych pań, które chętnie czuły obok siebie małą dziewczynkę zagapioną na uliczne dziwy. Do obrzędu należała poduszka na parapecie, haftowana krzyżykami w róże i monogramy, albo wałek z włosia w pluszowej poszewce bordo. Babcia, wsparta łokciami na miękkościach, w uniesionych dłoniach trzymała różaniec i bezszelestnie przesuwała w palcach jego ziarna na wysokości własnej twarzy, jak gdyby odżegnując się od widoków, za które nie ponosiła odpowiedzialności. Zdaje mi się, że niewielu wnuków spędzało czas w ten sposób, ale wnuczki w oknach widywało się często.

3

Niedziela po południu w Warszawie, rok pewnie 1904 albo 1905, kamienica numer 19 na ulicy Siennej. Rodziców nie ma, poszli z wizytą. Brata studenta nie ma, poszedł do kolegi. Marianny i Helci nie ma, pojechały na Pragę do brata szewca i do niedobrej bratowej. Jesteśmy tylko my z babcią, słoneczny obrus na stole i słoneczne firanki w oknie, gdzie kwitnie chiński jaśmin, niepozorne ziółko, przywiezione przez matkę znad Morza Azowskiego, niepozorne ziółko o białych kieliszkach i zapachu, od którego kręci się w głowie i robi się słodko na języku. Patrzymy na podwórko, stoję na stołeczku obok babci, klęczącej na fotelu, czas także stoi — nie wiadomo na czym. Wszystkie balkony oficyn puste, ogródek z sękatą akacją i kępą bzu należy do gospodyni i wolno mi tam bywać jedynie w jej towarzystwie, ale jej nie ma. Za to stróż Piotruś i jakieś dziewczyny, siostrzenice albo szwagierki, siedzą na ławce pod sztachetami i hałasują, ten hałas jest przyjemny, chciałabym wiedzieć, o co chodzi. Stróż Piotruś (wtenczas nie mówiło się dozorca) jest ważny, może kiedyś powiedzieć żandarmowi albo nie, że u nas w pokoju brata odbywają się zebrania, może na przykład jutro uprzedzić albo nie, że idzie „rewizja”, może nie pozwolić zwalać naszego węgla do pustej piwnicy pani Sobolewskiej, może naskarżyć, że to ja wpędziłam kota na akację i dlatego kot zagryzł ptaszka, może się upić i nie otworzyć bramy albo kłócić się z Helcią, że zadeptała sień. Teraz stróż coś opowiada, czego na trzecim piętrze nie słychać, zsunął na tył głowy czapkę z żółtą blachą, blacha świeci. Piotruś wygląda jak święty z wąsami, bije się ręką po kolanie, prawym ramieniem dowodzi, kołuje, rozcina; co rozcina? Dziewczyny pochyliły się naprzód i do niego, ze skręconymi szyjami słuchają, potem łopocą bufiastymi rękawami, trzymają się za brzuchy, śmieją się, wszystkie naraz wybuchają wrzaskiem. Piotrusiowej nie ma; co ona robi w niedzielę, śpi? Gdzie jest Walek, syn Piotrusiowej, który nie jest synem Piotrusia? Co to właściwie znaczy mąż? żona? szwagierka? rewizja? Nie ma kogo się zapytać, babcia nie powie, rodzice nie mają czasu, brat będzie się śmiał, a Marianna i Helcia „są głupie”.

Ktoś raptem zaczyna strasznie krzyczeć, cienko, ostro, jakby gorącą igłą chciał przekłuć mi uszy, odejmuje igłę, potem wbija ją głębiej; co to jest, babciu? Babcia pokazuje różańcem przestrzeń za murem, gdzie jest drugie podwórko od ulicy Złotej. Mrużę oczy, słońce siadło na dachu i oślepia, jaśmin pachnie, wysilam wzrok i widzę, że po tamtym podwórku, które jest całe wyasfaltowane, chodzi bardzo powoli mężczyzna i macha dyscypliną, między nogami z przodu ma chudziutki goły tyłek, a za sobą rozczochraną głowę i krótkie, wiosłujące w powietrzu ramiona. Szepcę: „Co on mu robi, dlaczego?” Babcia całuje krzyżyk. „Ten chłopczyk na pewno był niegrzeczny i tatuś go karci.” Ciągnę babcię za spódnicę: „Chodźmy, chodźmy”, ale babcia nie chce. Odwracam się plecami, uciekam, szukam ciemnego kąta, czegoś się dowiedziałam, tylko nie wiem czego, w nocy mi się będzie śniła dyscyplina, spadająca miarowo na chudy tyłek, obudzę się, dotknę dłonią ściany i odetchnę, że jestem w domu, a tamto straszne zostało za oknem. Nazajutrz znowu przysunę stołek do okna i znowu czegoś się dowiem. Później przyjdzie noc bez okien, straszne sny i nowy dzień za oknami.

Lepsze od okien są drzwi. Na kuchennych schodach czuć kotem i obierzynami, służące sapią, niosąc bieliznę z prania albo koszyki z targu. Piotruś zamierza się miotłą, wymyślają sobie, jest wesoło, ale wstyd, nie wiadomo, co ze sobą zrobić, żeby się ktoś nie obraził i nie popchnął. Na schodach frontowych, zaraz za progiem jest pedał, który naciska się nogą, jeżeli był dzwonek z dołu, drzwi klatki schodowej same się otwierają, słychać trzaśnięcie, potem kroki idące po stopniach w górę, czasem to może być listonosz z listem poleconym, kroki mogą być prędkie albo powolne, można przechylić się przez balustradę i widzieć, jak czyjś kapelusz robi się coraz większy i czyjeś palto coraz dłuższe, można zgadywać, kto to jest, można zamknąć oczy i mówić sobie, że to zupełnie kto inny, można także oglądać tę ni to pannę w balowej sukni, ni to anioła, z rożkiem w ręku, istotę białą, matową, jak gdyby naklejoną na szybę w wielkim oknie półpiętra, obramowaną wieńcem czerwonych szafirowych szkiełek w przezroczyste gwiazdki — widok niezapomniany, w każdym świetle inny, ale jednak nie taki ciekawy jak to, co jest za nim — ten obszar pełen ruchu, zakazów i nowości. Zaiste, nikt nie był szybszy ode mnie, kiedy rozlegał się dzwonek albo kiedy skrzypnęły jakiekolwiek drzwi.

Z perspektywy hotelu w Beaulieu w martwym sezonie 1968 oglądam teraz te okna i drzwi, o których w Dorchesterze nad Tamizą wmawiałam sobie i innym, że stanowiły ukochaną zaporę między mną a nieszczęściem, między mną a drzewem wiadomości złego, między mną a wrogiem, i wróg wyrwał je z zawiasów i otworzył: co? piekło? czyściec? Pola Elizejskie? sumienie?

Kiedy rosłam w mieszkaniu na Siennej, marząc o ulicy, nie zauważałam sprzętów, ale teraz mogłabym wyrysować i namalować każdy mebel tego wnętrza, gdzie razem ze mną rosła secesja pomieszana z legendą. Secesja pochodziła ze sklepów meblowych na Bagnie, legendę, uzbieraną po różnych prawdziwych i nieprawdziwych przodkach w prawdziwym i nieprawdziwym czasie, matka przywiozła ze sobą z Rosji. Bo myśmy nie urodzili się w Warszawie ani w polskim dworze, ani w chałupie, ani w suterenie, myśmy „przyjechali”, myśmy „wrócili do kraju”. Dziadków nie znałam, babkę miałam jedną, tę różańcową, i ona, córka zesłańców, urodziwszy się na Kaukazie, także „wróciła” z nami po latach pięćdziesięciu. Moja matka urodziła się w Taganrogu jako córka kapitana wojsk rosyjskich, wykształconego na kazionnyj szczot dlatego, że pradziad, oficer legionów napoleońskich, osierocił go wcześnie i car ulitował się nad dzieckiem cudzego weterana i oddał w sołdaty. Mój ojciec, potomek drobnoszlacheckiej rodziny mazurskiej, przeflancowanej w wieku XVII na Dziki Wschód Rzeczypospolitej, ujrzał świat w Czernawczycach na Białej Rusi, syn pół urzędnika, pół powstańca i Zofii Szczepańskiej z domu Eichler, polskiej Saksonki, matrony i poetki. Sam był dyplomantem uniwersytetu petersburskiego, słuchaczem Szkoły Dróg Komunikacji w Moskwie, ale kiedy jedyna siostra, Maria pokochała w Grójcu młodziana o nieprawdopodobnym nazwisku Fortunat Podolszczyc, zrezygnował z inżynierii i podpisał, żeby siostrę zaopatrzyć w posag, kontrakt pięcioletni z Ministerium Oświaty na nauczyciela matematyki w gimnazjum nowego typu, tak zwanego realnego, w mieście Saratowie, co oznaczało natychmiastową gratyfikację w sumie rubli tysięcy pięć.

Poznali się Józef z Adeliną w Warszawie, gdzie ona uczęszczała do klasy skrzypcowej Apolinarego Kątskiego w Konserwatorium na Tamce, a mój ojciec „kandydat nauk matematycznych”, spędzał wakacje u rodziny. Ślub odbył się w kościele Panny Maryi na Lesznie, po czym wyjechali do Saratowa, następnie do Samary (dzisiaj Kujbyszew); mój najstarszy brat, Aleksander, urodził się w Saratowie, ja, po śmierci dwóch następnych po nim chłopców, znacznie później, także nad Wołgą, w Samarze.

Po życiu spędzonym w dwóch trzecich gdzie indziej tych dwoje wróciło do ojczystych korzeni wioząc ze sobą skarb: syna siedemnastoletniego maturzystę i późną córkę, żeby zapewnić im los prostszy od swojego. Poza tym matka przywiozła perski dywanik, pianino z Beethovenem, wytrawionym w czarnej płycie szklanej, serwantkę, stolik do kart, francuski zegar, kilka kaukaskich klamer i kindżałów, kilka naszyjników z syberyjskich kamieni, jakieś pudełeczka, z szylkretu, portret swego ojca, malowany przez kolegę z pułku, medalion, przedstawiający Erosa i Psyche, wydanie paryskie „Maria przez Malczeski”, skrzypce i kompletny strój ślubny mojej babki; więcej nie pamiętam.

Pamiątki ojca były cięższe. Przeprowadził znad Wołgi nad Wisłę monumentalną umywalnię z marmurowymi blatami, tym cenną, że posiadała zbiornik na wodę i kran. Poza tym wiele dzieł matematycznych, encyklopedię Orgelbranda, słownik Lindego, „Księgę przysłów polskich” Adalberga, „Śpiewnik” Glogera, roczniki „Kraju”, „Boską” i „Nie-Boską Komedię”, „Jerozolimę wyzwoloną”, Biblię, dzieła zebrane Mickiewicza, Tołstoja i Turgieniewa, niezliczone dodatki do „Tygodnika Ilustrowanego” w twardych i szmatławych okładkach, „Quo vadis”, „Krzyżaków”, „Lalkę”, „Anielkę”, „Martę” i szereg innych klasyków, pięknie albo brzydko oprawnych. Poza tym: spiżowego Kirgiza na koniu, zegar-banię malachitową, wspartą na dwóch nimfach, marmurowy mosiężny komplet na biurko, czyli kałamarze i suszkę, plus — nie na biurko — dwa srebrne puchary z napisami, grube albumy pełne grup w szkolnych mundurach i wycieczkowych rubaszkach — dary uczniowskie przy rozstaniu w Samarze.

Wszystko to poupychane po kątach, zastygłe, przebrzmiałe, spaliło się dopiero we wrześniu 1939 roku w mieszkaniu numer 13 w kamienicy numer 8 na placu Trzech Krzyży w Warszawie, ale w pustych pokojach wozwraszczeńców na początku stulecia pamiątki były jedyną wyspą życia, tylko że trudno było spać, jeść i pracować na suwenirach; zresztą Aleksander pragnął nowości. Podobno to on z matką, otrzymawszy od ojca fundusik powstały ze sprzedaży ruchomości rosyjskich, stworzyli scenę naszego warszawskiego życia, a więc młodopolski „salon”, a w nim bambusowe etażerki, na których wysmukłe wazony, ociekające brudnoczerwoną i zieloną glazurą, dźwigały makartowskie bukiety, przetkane pawimi piórami. Kanapki z czarnego drzewa, wyściełane gniecionym pluszem barwy grynszpanu, takież kruche krzesełka, czarne stoły i stoliki, od święta nakryte gipiurą, majolikowe lampy z kloszami udającymi kwiat z falbaną i tajemnicze „tumby” rzeźbione w nenufary, absurdalne słupy, podtrzymujące architekturę snów. W kącie na ukos mieściło się pianino, instrument moich tortur pod szklanym wzrokiem Beethovena.

Stołowy był przystępniejszy, bo tutaj babcia, nieustraszona wobec gdańskiego baroku, ustawiła samowar z Tuły i turecki młynek do kawy — dwa punkty słonecznej atrakcji, dwie pociechy w mroczne popołudnia, a na dywanowej sofie rozesłała znajomy, wystrzępiony szal. W oknie kwitł i pachniał azowski jaśminek.

Takimi zastała te pokoje moja budząca się pamięć; zastała też gabinet ojca, kawalerkę brata za portierą w długim przedpokoju, sypialnię rodziców, ciasną od szaf, komód i parawanów, kuchnię, brzęczącą, skwierczącą, buchającą woniami, alkowę dla sług, kryjówkę babci, donajmowaną u sąsiadów, obwieszoną świętymi obrazami, a pod jednym lampkę oliwną na łańcuszkach, palącą się czerwono.

Cała ta Atlantyda, ściany, sprzęty i okoliczności, zapadła się na moje dno po kilku zaledwie latach egzystencji, kiedy rodzice wyjechali do Płocka. Była to widać Atlantyda lżejsza od legendarnej, skoro w kilkadziesiąt lat po zatonięciu zaczęła się wynurzać. Cud sprawił czarodziej skądinąd niezbyt potężny, choć poeta, młodszy kolega Aleksandra, Antoni Bogusławski. Bywał na konspiracyjnych naradach u mojego brata w bambusowo-pluszowym salonie na Siennej i spotkawszy mnie w Londynie po drugiej wojnie światowej przyjrzał mi się ubawiony i zawołał: „A więc tak teraz wygląda ciekawa Marylka, która podsłuchiwała pod drzwiami!” Jakaś magnezja zapala się w mrokach i widzę siebie małą, opartą plecami o drzwi. „Ja nie podsłuchiwałam, ja czekałam” — mówię i usiłuję sobie przypomnieć, na co i dlaczego czekałam; oczywiście na otwarcie drzwi; dlaczego? Któż wie, dlaczego czeka się na cuda...

W każdym razie w tamtym powojennym dniu w Londynie rozpoczął się proces wynurzania się mojej Atlantydy, który obecnie dobiega końca, wyrzucając na powierzchnię dobrze zakonserwowane słowa, sceny, widoki.

...Ojciec wiesza w salonie reprodukcję „Hołdu pruskiego”.

Oleś mówi: „To nie ma nic wspólnego ze sztuką, to jest podkolorowana fotografia”.

Ojciec: „Kiedy w Krakowie odbywał się hołd pruski, fotografii nie znano, to jest genialna wizja artysty”.

Ja: „Tatusiu, co to jest wizja artysty?”

Ojciec: „To, co tu widzisz”.

Oleś: „Marylko, nie patrz na ten kicz”.

W Zachęcie stoimy przed pejzażem zimowym Fałata.

Oleś: „Patrz, Marylko, to jest genialna wizja artysty”.

Ojciec: „Genialna? Od kiedy to śnieg jest szafirowy?” Wieczorem w domu „Hołdu pruskiego” nie ma na ścianie, nie ma też nigdzie szafirowego śniegu, stojąc na krześle kuchennym ojciec wiesza nad centralną kanapą w salonie ogromną reprodukcję „Madonny sykstyńskiej” w ciężkiej ramie, matka z Olesiem znikają w stołowym, zamykając za sobą drzwi.

Sobotnie porządki. Babcia wyciąga z bukietów pawie pióra i wyrzuca do kosza na śmieci.

Oleś: „Co babcia robi? Czy babcia oszalała?”

Babcia: „To ty oszalałeś; nie wiesz, że pawie pióra to nieszczęście w domu?”

Moja matka: „A czy mama nie wie, że Krakowiacy noszą pawie pióra przy konfederatkach? O «Weselu» Wyspiańskiego chyba mama słyszała, przecież cenzura w Warszawie zabroniła, więc grali prywatnie u Dicksteinów i Oleś był Panem Młodym, a Julcia Dickstein była Rachelą, od niej są te pióra”.

Babcia: „Pióra! Oleś, ot, lepiej by matematyki uczył się. A nie komedianta udawał, a jeszcze i z Rachelą”.

Studenci, pióra, królowie, hołdy, jabłka, węgiel, wszystko przychodziło ze dworu, od frontu i od kuchni, i czymże było mieszkanie numer siedem, jak nie podłogą i nie stołem, na które spadały fascynujące odpryski świata?

Ale to się zmieniło tego dnia, kiedy na ulicy strzelali.

Kupujemy z babcią szynkę w kooperatywie „Merkury”, raptem ludzie zaczynają się pchać, przyciskają mnie do czegoś twardego, jest ich coraz więcej, nie mogę oddychać, babcia podnosi mnie z trudem i sadza na kontuarze, słychać trzaski, krzyki, subiekt przebija się do drzwi i zakłada od wewnątrz żelazną sztabę. Świsty w powietrzu, kopyta po asfalcie, ludzie ucichli, ktoś mówi: „Szarża. Kozacy”.

Kiedyśmy wyszły, śnieg na chodniku był rozbabrany i w jednym miejscu czerwony. Pusto. Na rogu kupka żandarmów. Walimy pięściami do bramy, Piotruś w końcu otwiera, biegniemy bez tchu po schodach na górę, mama obejmuje nas, zatrzaskuje drzwi, pierwszy raz cieszę się, że drzwi są mocne, „Czy nikt tu nie przyjdzie?” Pierwszy raz cieszę się, że nikt nie przyjdzie, nazajutrz pierwszy raz nie chcę iść na spacer, matka pozwala mi włożyć nowy płaszczyk. Wracam z babcią z Saskiego Ogrodu Marszałkowską i, jak zwykle, zastygam przed sklepem Singera, gdzie za szybą siedzi przy maszynie do szycia wielka lala w łowickim stroju. Za sobą od strony jezdni słyszę trzask i już wiem: strzelają. Marianna powiedziała, że w razie strzałów najlepiej położyć się na ziemię, więc czym prędzej padam plackiem na chodnik. Babcia szarpie mnie: „Skaranie boskie! Stangret strzelił z bicza, a ta wali się w błoto w swoim białym płaszczu!”

4

Drukowana w Paryżu „International Herald Tribune” z drugiej połowy stycznia 1968 przynosi rano zdjęcia z trzęsienia ziemi na Sycylii, których warianty oglądam potem znowu wieczorem w telewizji w hotelu. Boże, ile tam jest dzieci unurzanych w błocie i we krwi, szarpanych za rękę przez swoje i nie swoje matki, uprowadzanych na noszach do miejsc, gdzie będzie wygodniej umrzeć. Głowy z przymkniętymi oczami, lecące w tył przez ramiona ojców, głowy antyczne, skamieniałe w grymasach bólu, mali Laokoonowie, małe Gorgony i Erynie, członkowie odwiecznej mafii ubogich, mali Prometeusze, ukarani przez Wulkan, złodzieje żarówek i sekretów, złodzieje chrustu na opał w książęcych parkach Lampedusy.

A jeżeli nie trzęsienie ziemi na Sycylii, to w prasie i na ekranie pokazują Wietnam. W „Herald Tribune” i w „Figaro” zdjęcia zwykle są te same, Amerykanie z zadziwiającą, nie wiadomo czy obojętnością, czy egzasperacją, prezentują dziecinne trupy albo żywe jeszcze figurki młodocianych Azjatów o buziach i oczach okrągłych, wyrażających niewinność. Figurki, które uciekają przed śmiercią tak wesoło, jak gdyby była ona przelotnym, tropikalnym deszczem. Często „Tribune” prezentuje ofiary amerykańskich pocisków, co „Figaro” skwapliwie komentuje, ale wczoraj i „Tribune”, i „Figaro” umieściły zdjęcia żołnierza sajgońskiego z martwą córeczką na ręku. Piękną, uśpioną, skośnooką Urszulkę Wietnamczyk w hełmie podaje jakiemuś niewidzialnemu bogu z rozdzierającą pokorą, której nie znał nasz zbolały ojciec z Czarnolasu.

Rozmówka rok temu z Jimmy, utalentowanym studentem slawistyki w Stanach:

„Owszem, przeczytałem «Treny» po polsku”.

„I co? Wzruszyłeś się?”

„Nie.”

„Czemu nie?”

„Bo ja nie żyję w XVI wieku. Teraz poeta, który stracił ukochane dziecko, nie wyrażałby się tak artystycznie.”

„A «Lament — Dylana Thomasa — na śmierć dziecka w pożarze Londynu?» Ten poeta umarł niedawno, jego uczuciowość jest współczesna; odpowiada ci?”

„Nie, cóż pożar? Facet najwyraźniej nie słyszał o Treblince.”

Swego rodzaju eskalacja wymagań. Jimmy odmawia współczucia tragediom, które się mieszczą w condition humaine; mimozy szybko więdną, niektóre dzieci wcześnie umierają, zły i dobry czas przemija od tak dawna, że pieszczenie się bólem z powodu zniknięcia istoty nie zabitej, tylko zwyczajnie umarłej, świadczy o niedojrzałości, nawet o złym smaku poety. Katastrofy żywiołowe, takie jak pożar (a więc zapewne i trzęsienie ziemi), również nie wzruszają mego Jimmy, dopiero to, co ludzie robią ludziom, napełnia go ekstazą gniewu i współczucia, napełnia go poezją. Bierze udział w marszach murzyńskich na Kapitol, spalił kartę powołania na wojnę wietnamską, zerwał z rodziną, osiadł w areszcie, zniszczył sobie karierę. A przecież lubi swój wygodny, wysiedziany fotel, swoją wielojęzyczną bibliotekę, wiek XVIII, „Ody” Łomonosowa, balet prefiksów i sufiksów, bajki Krasickiego.

Gdzież tu w tym wszystkim ofiara rozruchów 1905 roku, mój biały płaszczyk?

Wkrótce po owym wydarzeniu zaczęłam czytać. To, co „ludzie robią ludziom” — tatuś okrakiem na chudym ciele chłopczyka, Kozacy kopytami tłukący przechodniów za szybą „Merkurego”, świsty i trzaski, po których zostaje krew na śniegu, to na jakiś czas osłabiło atrakcję ulicy i przyspieszyło naukę czytania.

Obudziła się też ciekawość sekretów domowych, pewnie w tym właśnie czasie podsłuchiwałam konferencje polityczne Olesia i spędzałam długie chwile u zamkniętych drzwi salonu, kiedy do mamy przychodzili grać kwartet członkowie Towarzystwa Muzycznego, którego prezesem był Karłowicz; mama grała „drugie skrzypce”, co już samo przez się brzmiało niezrozumiale. Muzyka za drzwiami usposabiała mnie albo do płaczu, albo do podskoków, albo do snu, próbowałam później wydobywać podobne uczucia z pianina pod Beethovenem, nie udawało się, wtedy kopałam czarną deskę nad pedałami, gdzie tylko mogłam sięgnąć nogą, zostawały rysy. Kiedyś Oleś przyjrzał się tej desce i orzekł, że wygląda jak pole ryżowe po burzy — japońszczyzna była wtedy modna. Zainteresowałam się rozmowami rodziców i dlaczego ich sypialnia bywa zamknięta na klucz od wewnątrz, chociaż nic się tam nie dzieje, bo żaden hałas nie daje się słyszeć. Helcia powiedziała, że ciekawość pierwszy stopień do piekła, zaczęłam wypytywać babcię o Pana Boga i świętego Antoniego, nie podobało mi się, że Pan Bóg sam stworzył węża i jabłoń, a potem wygnał Ewę za to, że rozmawiała z wężem i zjadła jabłko. Trzeba było węża wygnać, jeżeli był niedobry, a jabłko stworzyć z kolcami — irytowałam się — dlaczego święty Antoni musi zawsze szukać zgubionych rzeczy? Pan Bóg powinien tak zrobić, żeby rzeczy wcale nie ginęły. Babcia nie posiadała się z oburzenia: „Patrzcie ją, smarkata! Chce być mądrzejsza od Pana Boga! Jakie to czasy nastały!”

Wobec powyższego ojciec postanowił uczyć mnie tabliczki mnożenia, ale i tutaj nie zaznałam satysfakcji. Nic mnie to nie obchodziło, ile jest sześć razy sześć, jedyne, co zapamiętałam, to „sześć razy osim, czterdzieści osim, pierniczka prosim” — wierszyk, który miał koronować matematyczne wysiłki, a ja zawsze deklamowałam go na początku, więc pierniczki pozostawały w szufladzie.

Sztukę czytania zawdzięczam Jadwidze Chrząszczewskiej i Cecylii Niewiadomskiej. Sztukę czytania, czyli nieobecności, bo tak się stało, że już nie musiałam pędzić w dół po schodach ani wyglądać oknem, ani wybiegać z bramy, ani chować się za wieszak w przedpokoju, żeby być gdzie indziej. Zjawiły się takie drzwi i okna, które bez klucza i bez skrzypnięcia same się otwierały na różne inne miejsca, i wszędzie tam mogłam być, nie pytając nikogo, czy można. Najwięcej książek dostawałam na Gwiazdkę, czekały pod choinką i od razu tam na dywanie, leżąc na brzuchu, skropiona gorącymi łzami świeczek, wkładałam palce w uszy i odpływałam, przestawałam widzieć i słyszeć otoczenie, przestawałam być obecna, a jeżeli mnie ciągnięto za rękę, popychano, kazano wstawać, kopałam i wołałam: „Anu! anu!” Uzbrojona w ten okrzyk, którego pochodzenia nie znam, zamierzając się nim jak płonącą żagwią na każdego, co mnie chciał zmusić do obecności, szczerzyłam mysie zęby i odmawiałam przyjęcia słów, wypowiadanych do mnie takiej, jaka akurat nie byłam; bo odkąd panie Chrząszczewska i Niewiadomska wprowadziły mnie w świat „nieprawdziwy”, świat „prawdziwy” zbrzydł i rozpadł się, a razem z nim zginęła Marylka, siostra Aleksandra, córka Józefa matematyka i Adeliny skrzypaczki, wnuczka różańcowej babci, lokatorka spod siódmego w kamienicy na Siennej 19. Obiit Marylka — fantom natus est.

1968 wygląda na rok wielkiego wzburzenia kolorów, biały częściowo sczerwieniał, żółty nie znosi białego, czarny chętnie by zbielał, żeby biały zgodził się zszarzeć, czerwony udaje różowy, kolory się rozszczepiają, jedne odcienie żółtego mieszają się z czerwienią, inne z bielą, czerń to blednie, to się rumieni jak noc o poranku, a tymczasem krew spływa do rynsztoków i obecność u siebie, zwłaszcza po swojemu, staje się sprawą trudną nawet wśród sąsiadów tego samego koloru.

Sprawy polityki, sprawy rasy, sprawy narodowe, kolory symboliczne na sztandarach i kolory fizyczne w intymności ciała, w roku pańskim 1968 spectrum ludzkich namiętności zaogniło się przez kryzys posiadania. W czasie ostatniej wojny mnie, nawykłej do polskiej szachownicy kartoflowo-zbożowej i do gęsto po niej rozsianych wiosek o ściśle funkcjonalnym przeznaczeniu, Anglia wydawała się jednym wielkim parkiem. I jakaż była moja gorycz, kiedy na każdym kroku napotykałam w tych uroczych plenerach tablicę głoszącą: „Wstęp wzbroniony pod karą sądową”. Stawałam u początku ścieżki i patrzyłam, jak gdzieś w głębi błyszczą, sobie a muzom, sadzawki, kanały, liście magnolii i ogony bażantów. Podobno teraz już błyszczą funkcjonalnie, to znaczy wstęp nadal jest wzbroniony, ale tylko dla spacerowiczów bez biletu. Ciężar społeczeństwa przygniótł posiadaczy, przemienili zamki i pałace na muzea, parki na tereny piknikowe, osiedlają się w oficynkach, w portierniach, czyhają u własnych bram na gości po pół korony od sztuki, podobno nieźle na tym wychodzą, mieszkańców, którzy zapłacą, żeby przez chwilę pomieszkać gdzie indziej, kiedy indziej, inaczej — są tłumy; markizy i duchessy za niewielką opłatą podadzą herbatę z sandwiczami sklepowym, murarzom, urzędnikom, kelnerom, w tych samych salonach, gdzie do niedawna przyjmowano wyłącznie mitry i korony; zegar bije godzinę, herbata wypita, okruszki podmiecione, markizy wracają do markizów, ślusarzowe do ślusarzy, nikt nic nie udawał, transakcja załatwiona. Na Long Island jest trudniej. Tam w pałacach niektórych milionerów skromniejsi bogacze i nieskromne kluby mogą czasem za pieniędze urządzać sobie noce weneckie, uczty Veronesa, orgie Sardanapala, ale bez udziału właścicieli. Na Cap Ferrat jeszcze trudniej. Kute w żelazie, złocone sztachety i furtki w murach prezentują ostrzeżenie: „Zły pies!”, nawet „Bardzo zły pies”. Gdziekolwiek zechcesz zboczyć z asfaltowej dróżki nad morzem, ujrzysz pod stopami olejny napis w poprzek kamienia czy cementu: „Privé”. Privé bez odwołania i bez kompromisu. Francuskiej prywatności nie wynajmuje się na pół godziny ani na noce, można ją tylko kupić od bardzo złego psa. O ileż bardziej prywatny jest zamek w Janowcu! Nad upaństwowioną rzeką pod komunistycznym niebem ruina plombowana, podtrzymywana, łatana przez maleńkiego człowieczka w wystrzępionej panamie, który w latach trzydziestych zakupił kupę renesansowego gruzu na wysokiej skarpie wiślanej i gnieżdżąc się jak sowa w kamiennej kamórce swojej wieży przetrwał — bez złego psa — Niemców, powodzie, bitwy, zmiany kodeksów i systemów. Z zawodu rotmistrz i agronom, z zamiłowania archeolog, puszczyk cichoskrzydły, olśniony księżycem nad majdanami, gdzie konie rżą w nocy i woda pluszcze o gliniasty brzeg, pustelnik zastygły w miłości do obszarów kochanowskich, ariańskich, firlejowskich, puławskich, sennych jezior polszczyzny ze strzaskanymi dzwonami na dnie, nie polityczny, nie kapitalistyczny, ani ziemiański, ani mieszczański, maniak uczuć archaicznych i dóbr niesprzedażnych, fantom obcej epoki.

Niepopularność fantomów ma podwójne dno. Nie lubi się ludzi przybłąkanych z innego czasu i właśnie dlatego nie lubi się rówieśników, którzy nie chcą umrzeć. Dentysta, Filip Blaiberg, wcinający jajecznicę w miesiąc po dniu, kiedy jego serce odmówiło pompowania krwi, nie był popularny. Naturalną koleją rzeczy powinien był wynieść się gdzie indziej, czyli zakończyć chorobę śmiercią, czyli być zjadany przez inne gatunki. Zamiast tego pozwolił przeszczepić sobie wnętrzności nieboszczyka w impertynenckiej chęci zamieszkiwania usiebie dłużej, niż pozwolił własny system krążenia.

Jest iluzją, że mieszkamy w świecie, w mieście, na wsi, w apartamencie, w pokoju! Jedyne u siebie to wnętrze naszych ciał, którego nie znamy, ciemne, śliskie wnętrze, klatka upleciona z mięśni, żył, nerwów o tajemniczym układzie, jedyny schron dla serca, jedyne naczynie dla myśli, jedyna prywatność. Stwórca pierwszego prawdziwego Golema, doktor Christian Barnard, sprawiwszy cud, uciekł z Afryki do Europy, włożył maskę, pił i szalał w karnawałowych wygłupach; później wrócił do swojego szpitala w Cape Town, przywdział sterylizowaną białość i zapowiedział nowy cud za kilka tygodni. Ale uczeni moraliści orzekli, że karnawałowy antrakt rzucił cień na dostojeństwo medycyny. Mędrcy, miejcie litość dla doktora Barnarda! Czyż nie zwróciliście uwagi na słowo rejection, rejettement, odrzucenie? Ponieważ doktor Barnard wszedł w atrybuty Boga, sprzeciwił się naturze, pozostając sam więźniem swojego ciemnego wnętrza, gdzie po nerwach lata strach, a w czaszce pełza uparta myśl o rejection, rejettement, odrzuceniu. Ileż takich myśli, takich strachów, tłucze się we wnętrzu dzieci, w ich ciemnym u siebie, kiedy stwarzają swoje pierwsze pojęcia, swoje pierwsze dzieła, ileż takich strachów, takich myśli pożerało mnie na Siennej 19, kiedy się bałam, że świat mnie odrzuci, uciekałam — „anu! anu!” — od objaśnień Olesia i chroniłam się gdzie indziej, do angielskiego pokoju Marchewki albo do francuskich salonów nieszczęśliwej Zosi!

5