Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Gdyni
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 250
Rok wydania: 1976
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Leśnik
WARSZAWA
MARIA KUNCEWICZOWA
Leśnik
INSTYTUT WYDAWNICZY PAX 1977
Obwolutę i okładkę projektował
Marian Stachurski
Redaktor
Irena Nowicka
Redaktor techniczny
Adam Małaszewski
We are not real,
We crave reality...
(Herman Ould)
Izabella Rawicz była młodziutką piękną wdową po starym hrabim, trwoniącą bez pamięci mężowską fortunę na białoruskich kresach Polski. Ruda sarniooka kobieta oddychała zdawałoby się jedną namiętnością: kupować. Skoro w roku 1848 przedsięwzięła zamianę parafiańskiego ogrodu na park angielski, skupowała po sąsiednich majątkach stuletnie lipy i przeflancowywała jak kwiatki we własny grunt. W rok później kupiła od popa dzwonnicę, którą rozebrała, przewiozła do siebie i zamieniła na „Belweder”. Kupowała kamienie przypominające głowy ludzkie i zwierzęce. Przepłacała w czwórnasób czarne koty, białe źrebięta, żydowskie lichtarze, chłopskie korale i cygańskie chusty. Z tego kupowania powstały wkrótce wielkie długi.
Piotr Krzysztofowicz, kancelista z bernawczyckiego Zarządu Powiatowego, często musiał zjawiać się w Druwieńcach, by asystować komornikowi albo wręczać pani Rawiczowej nakazy podatkowe i upomnienia. Służący prowadził go do kancelarii nieboszczyka, nie wietrzonej od lat, gdzie zniszczeniu uległo wszystko, czym niegdyś żył stary graf: księgi rachunkowe majątku, broń, papiery rodowe, listy narzeczonej, pasy słuckie, łacińskie modlitewniki i zbiór rękopiśmienny przemów regenta Mitarnawskiego, miejscowego Demostenesa, wszystkie zaczynające się od litery Z.
W zatęchłym pokoju czekał godzinami na jaśnie dziedziczkę. Zwykle dawała znać, że jej nie ma, albo że czasu brakuje, bo właśnie zajęta jest kupnem tatarskiego siodła czy też win królewieckich.
Pewnego razu, znudzony czekaniem, błądził po parku i natknął się na tę Izabellę. Nic nie kupowała. Czasu wydawała się mieć w bród, ale czy rzeczywiście była w Druwieńcach obecna, można by powątpiewać, tak nieobecny miała wzrok. Po długich certacjach raczyła wreszcie pojąć, na czym rzecz polega i po co ten człowiek się zjawił. Ale się nie przejęła. Z uśmiechem nietutejszym zaczęła mówić bzdury, od których Piotra rozbolała wątroba. Wysuwała jakieś swoje racje, psu na budę niezdatne, czegoś gniewała się i gardziła. Głos miała czyściutki. Piotr po chwili złapał się na tym, że to nieważne, o czym dziedziczka mówi, tylko należy słuchać, jak ów głos dźwięczy hrabiowską piosenką. Odszedł z niczym.
Później postarał się, by za każdym razem, gdy wypadała sprawa z Druwieńcami, pristaw jego tam posyłał. Postanowił ratować hrabinę, wbrew niej samej, radą i uczynkiem. Oczywiście rady nie usłuchano, jednak kilka zwłok płatności, kilka redukcji sum należnych skarbowi, udało się kanceliście uzyskać drogą drobnych urzędniczych matactw. Izabella przyjmowała później jego zdyszane relacje mówiąc o czym innym. Łatwo zrzekł się jej uwagi, chodziło mu tylko o możność napawania się grą twarzy i głosem. Odnosił wrażenie, że wtedy on, pisarz z Powiatu, przenika do kraju Lucypera. Nie widzi wprawdzie i nie słyszy tego, co hrabina, ale jakimś cudem bierze udział w grzesznej rozkoszy arystokratów. Uczuciem najbardziej pochłaniającym go w tamtych czasach był wstyd. Wstydził się patrzeć na Izabellę, na jej cudaczne i pachnące suknie, na cienkie palce ze spiczastymi paznokciami, na twarz, której nagość była bardziej miłosna niż gołe ciała dziewek bernawczyckich. Gorzał ze wstydu, ale patrzył i był szczęśliwy. Na samym dnie świadomości tliła się nadzieja, że nieunikniona ruina skażę kiedyś Izabellę na przytomniejsze spojrzenie w jego oczy.
Jesienią pałac miał być wystawiony na licytację. Pod koniec lata Piotr miał okazję częściej niż kiedykolwiek kursować między urzędem a Druwieńcami. Tymczasem hrabina stała się nieuchwytna. Lokajczyk wzruszał ramionami.
— Jaśnie hrabina wierzchem wyjechała... — albo:
— Nikogo puszczać nie kazano, jaśnie hrabina spoczywa — zakrywał dłonią uśmiech, który oznaczał coś szpetnego.
Piotr zaczął przesiadywać w czeladnej. Pokojowe szeptały po kątach i podtykały mu różne przysmaki. Usiłował pochwycić wieść o Izabelli, ale one sądziły, że same były celem tych odwiedzin i szeptały o nim. Któregoś popołudnia, kiedy rozłożywszy na kolanach torbę z aktami czekał sposobności, podjadając ulubiony ponoć sernik dziedziczki, od strony pokojów wszedł do izby wysoki mężczyzna w liberii. Na jego widok służące poczerwieniały. Stał w progu i patrzył na nie. Frak liberyjny był czarny ze srebrnymi galonami, pończochy na muskularnych łydkach białe. O ile ubranie świadczyło o zawodzie lokaja, o tyle głowa przeczyła mu — była pańska, pokryta czupryną jak zwichrzonymi piórami. Jedno takie buntownicze pióro leżało w poprzek czoła, pogłębiając czerń oczu. Nie chciało się wierzyć, że usta tego mężczyzny przeznaczone są do milczenia lub do służbistych odpowiedzi.
— Kawa! — mruknął. — Kawa i likwor.
Dziewczyny zakrzątnęły się tłumiąc chichot. Wkrótce na tacy stanął samowar, dwie filiżanki, flaszki i dwa kieliszki; Piotr odchrząknął:
— U pani hrabiny goście?
Czarny odwrócił ku niemu piękną twarz. Przez chwilę przyglądał mu się z wyższością krzywiąc wargi, potem zaprzeczył.
— Proszę zameldować mnie, ja w wiadomej sprawie z Powiatu. Bardzo pilno! — poniosło pisarza... Sam nie wiedział, kiedy się znalazł w drzwiach do pokojów. Tam jednak żylasta noga w jedwabiach zagrodziła przejście.
— Gdzie? Bez zameldowania nie wolno.
— Puszczaj! — rozgorączkował się czegoś Piotr.
Liberyjne bary jeszcze urosły. Piotr szarpnął srebrną pętlą, ale tamten zamknął jego kiść w swoje palce, jak w kajdany. W tej samej chwili z daleka doniósł się czyściutki głos:
— Bojarsiu! Bojaruniu! Nasza kaffa... café...
Nie zwalniając uścisku, Czarny zwrócił się w stronę głosu: — Tu nie kaffa, tu papierki z Powiatu.
Piotr jednocześnie zakrzyknął:
— Jaśnie pani hrabina! Molestują mnie. A sprawa zwłoki nie cierpiąca...
W głębi korytarza coś zaszumiało, głos zaśpiewał:
— Wpuść Pafnucego, Bojarsiu!
Frak zwolnił przejście.
Na żółtobiałym obłoku unosiła się Izabella Rawicz. Dopiero po chwili kancelista zrozumiał, że obłok to łoże i pościel. Znowu wstyd! Znowu szczęście. Piotr spuścił oczy, bo i perfum było dosyć dla rozkoszy. Hrabina roześmiała się:
— Cóż za sprawa, dla której chorych trzeba napastować?
Piotr tym razem nie byle co ze sobą przynosił: owoc żmudnej dreptaniny, nocy bezsennych, niezliczonych wykrętów, przeszpiegów, gróźb i skamłania.
— Pani hrabina., ja... mnie udało się... Subhasta cofnięta być może. Pan sprawnik zgadza się. A tylko on prosi, coby to żyto...
Coś ugięło się, coś dźwięknęło. Piotr podniósł wzrok — i zmartwiał. W obłoku białym obok Izabelli unosił się teraz Czarny. Nie miał już na sobie fraka z pętlicami, śnieżna koszula oblekała tors, pozwalając szyi pysznić się nagością. Na dłoni trzymał filiżankę i dzwonił w nią łyżeczką. Pisarz wypuścił z rąk papiery. Nieswoim szeptem wyrzekł:
— Jaśnie hrabina... Proszą sługa odprawić. Rzecz nadto seriozna.
Obłok wzburzył się i rozbłysł dwojgiem ramion jak błyskawicami.
— A kysz, a kysz, Pafnucy! Bacz, by sługa ciebie nie odprawił. Masz co gadać, gadajże, a nie, to wracaj, skąd bogi przywiodły.
Ściany i zwierciadła runęły do nóg Piotra razem z porządkiem świata.
— Jaśnie hrabina, jakże to! Ja mam iść precz, którym o dobro twoje zabiega, a bradiaga jakiś koło osoby twojej? I jakiż ja Pafnucy! Nie Pafnucy, a Piotr, krew i życie za pomyślność twoją oddać gotowy.
Koło obłoku znalazł się nagle Piotr, siłą niedobrą rzucony naprzód. Ale widać żadna siła nie mogła podołać Czarnemu. Znowu dał się słyszeć cieniutki śmiech:
— A na co mnie krew twoja, twoje życie, Pafnucy? Subhasta tyle nas teraz zajmuje co les neiges d'autan i co ty sam, panie Krzysztofowicz.
Kancelista porwał się z miejsca. Zanim jakakolwiek myśl ulżyła naporowi krwi, wyciągnął szpony do nagiej szyi gacha.
— Poszoł won! — zacharczał.
I teraz znowu poczuł na sobie zbójeckie kleszcze tamtego. Obrócony w kupę dygocącego mięsa, musiał przypaść do ziemi.
— Dosyć, Bojaruniu! — zaśpiewała hrabina — chodź do mnie! Bonne chance, adieu, mój Pafnucy.
Piotr zwlókł się z kobierca i poszedł. Na progu przystanął, żeby splunąć w kierunku obłoku. Te same żelazne ramiona, które go sponiewierały, kołysały teraz ciało hrabiny. Dwie , głowy wspierały się o siebie, ruda i czarna. Dwie głowy, mieczem rozkoszy odcięte od świata. Pośród złotobiałego puchu leżała męska pierś przekreślona blizną, a nad blizną fruwały dłonie Izabelli i szept:
— Bojarusiu... bojarze mój... Nic nie mów, kocham twoje milczenie.
Milczenie okryło odtąd Piotra Krzysztofowicza. W pół roku później ożenił się z Cecylią, o której mówiono Augusta. Nie wiadomo czemu, może od imienia złej pamięci króla Sasa, w bernawczyckim powiecie Agusta oznaczało Niemkę i osobę brzydką. Podobno, zwierzyła się z czasem jego siostrze Reginie, Piotr nigdy z nią nie rozmawiał i wcale się nie oświadczył. Wszystko załatwił faktor.
Cecylia, „Augusta", była córką starego Elichwira — tak chłopi miejscowi przekręcali saskie nazwisko Eichler — i jego białoruskiej żony Martyny, młynarzówny z Szerska. „Stary Elichwir”, ożeniony późno i niestosownie, stanowisko nadleśnego w dobrach książąt Mittgensteinów piastował od czasów niepamiętnych. Jego jedyne dziecko Cecylia, wychowane w lasach, było przyzwyczajone do ubogiego życia i do tego, że pytań nie warto zadawać. W dni powszednie obrządzała kurniki, szyła, tkała, leczyła — w niedzielę, jeśli ojciec był w domu, odczytywała na głos psalmy luterskie, jeśli go nie było — śpiewała z matką i dziewkami «Ne chody, Hryciu, na weczernyciu», a u siebie w izdebce przez lat kilkanaście wertowała zawsze te same mało zrozumiałe książki: «Pamiątkę po dobrej matce» Klementyny z Tańskich Hoffmanowej — dar pani administratorowej, tom pierwszy «Goethes sämtliche Werke» w twardej, ale wyplamionej okładce, ofiarowanej jej kiedyś przez młodą stryjenkę, i stary kalendarz Wileńskiego Towarzystwa Rolniczego. Słów ludzkich ani lenistwa nie była ciekawa. Idealne zdrowie i duch niemieckich prababek w połączeniu z białoruską ciszą usposobiły ją do zgody na każdy los. O mężu wiedziała, że nie żądał za nią posagu, że jest z polskiej, znaczy ze szlacheckiej rodziny, i że na rządowej posadzie. Jego domek w Bernawczycach nad rzeczką Leśną potraktowała jako dziuplę, gdzie będą się lęgły małe. Obetkała szpary i czekała porodów.
Piotr od początku do końca wspólnych dni i jedyną rację bytu żony widział w zaprzeczeniu hrabinie. Cecylia miała być tym, czym nie była hrabina. A więc błogosławioną brzydotą powszedniości. Rozsądkiem. Karmicielką. Niewolnicą. Próżnią jego serca i pełnią sumienia.
Stała się tym wszystkim bez żadnego wysiłku.
Rodziła i pieczołowicie chowała dzieci. Nie dbała o urodę swoją i bliskich, żadnej rzeczy ani sytuacji. Nawet wiersze, które pisywała, wypełniając tym świąteczne odwieczerze, były bardzo brzydkie. Za to w całym obejściu, co więcej, w sąsiedztwie, póki żyła Cecylia, nie znalazłbyś istoty głodnej, nie opatrzonej w chorobie, opuszczonej w smutku. Obchodziło się przy tym bez rozmów. Gdyby nie ta milkliwość, kto wie, jakby się ułożyło współżycie z Piotrem. Zwolniony z wyjaśnień, zapadający co noc, wraz ze swoją haniebną raną, w ciche tłuste objęcia, Krzysztofowicz dość szybko odzyskał poczucie własnej ważności. O szczęściu przestał marzyć. Znielubił je nawet, jako zabawkę arystokratów. Nie wiedział właściwie, co lubi. Wiedział tylko, czego nienawidzi: tajemnic. Chciał, żeby każda godzina była na wskroś wiadoma, każdy ruch celowy, każda rzecz bezpośrednio przydatna. Niezwykłe skojarzenia myśli, przedmiotów czy uczuć, uznał za bezecne, czyli arystokratyczne.
Dwa razy Cecylia naraziła się mężowi. Raz z powodu konwalii i raz bez powodu.
Odkąd byt Piotra spoczął na solidnych małżeńskich podstawach, kariera urzędnicza potoczyła się gładko. Przełożeni nie przepadali za nim, ale dbali, żeby awansował ten gorliwy człowiek, którego milcząca praca mogła się w każdej chwili obrócić przeciw ich gadatliwemu lenistwu. Pewnej wiosny został mianowany asesorem z pominięciem dwóch starszych biuralistów. Zanim zdążył wieść o tym osobiście zakomunikować żonie, została uwiadomiona przez pisarczyka. W domku nad Leśną zapanowało wzburzenie. Ciotka Regina, ociężała i ślamazarna pannica, rzuciła się na dzieci z pawimi okrzykami:
— Królewicz ty mój! Królewna! Obaczycie, wasz tatko niedługo sprawnikiem zostanie! Klęknijcie, pomódlcie się Bogu.
Ponieważ modły nie dały się zorganizować, uciekła łkając do ogrodu, gdzie swoim zwyczajem zaszyła się w pewną pamiętną dla siebie gęstwinę nad rzeczką.
Cecylię także poniosło natchnienie. Uczucie, jakie ją ogarnęło, to była wdzięczność dla Piotra. Wyprowadził ją z lasów, osadził pośrodku szanowanych rodzin miejskich, obdarzył sekretem nocnym, nade wszystko zaś godnością żony i matki, teraz znów pomnaża dobrobyt, dodaje ważności. Chwyciła narzutkę, popędziła do rzeźnika po pół funta świeżutkiego łoju.
Gdy o zwykłej porze, ani na chwilę wcześniej, Piotr Krzysztofowicz, nowo mianowany stanowoj pristaw, przez Polaków zwany asesorem wkroczył do jadalki, zastał na stole przy swoim talerzu butlę żubrowej nalewki, niebawem zaś pojawiła się dymiąca misa kołdunów. W odpowiedzi na czułe stękania Cecylii ucałował ją w czoło, dzieciom pozwolił wdrapać się sobie na plecy, wreszcie chrząkający, triumfalny, siadł do obiadu. Jak zwykle porozumiewano się raczej ruchami brwi, łokci i nieartykułowanymi dźwiękami. Dzieci, Kazio i Frania, pakowały w jadło wszystkie dziesięć palców i twarze. Jeżeli wybuchał między nimi zatarg albo psota, rzecz pozostawiano naturalnemu biegowi, co najwyżej przykazując wzrokiem Reginie, by uprowadziła niesfornych. Kołduny były znakomite, żubrówka siarczysta, a racuchy polane konfiturą z czarnych porzeczek rozpływały się w ustach.
Piotr otoczony dziećmi, wielbiony sapaniem Cecylii, lękliwością Reginy, odczuwał pełnię życia. Zmęczył się wreszcie, odepchnął talerz i leniwym ruchem sięgnął po sól, by wedle swego obyczaju zakończyć obiad kromką osolonego razowca. Kiedy myszkował między przedmiotami, jakaś rzecz nagle przewróciła się, coś wilgotnego spadło na dłoń, a w twarz buchnął zapach najzupełniej od kuchennych różny. Leśny albo parkowy. Słodki i ostry, świeży jak powiew od sukni jedwabnej czy od jakiegoś obłoku. Perfuma hrabiny... Asesor uważnie spojrzał i stwierdził, że na ręku leży mu pęk konwalii. Podniósł wzrok na żonę. Jej płaska twarz rozpłynęła się w błogim uśmiechu. Wyzwolił rękę spod kwiatów, strzepnął wodę i ze złością warknął:
— Cóż to jest? Co to znaczy?
— Maiglöckchen — odszepnęła Cecylia na pół dumna, na pół niespokojna.
Dawno temu, gdy była podlotkiem, przyjechał był na leśnictwo w drodze powrotnej z Drezna do Petersburga stryj ze świeżo poślubioną, młodą Gemahlin. Jedyny to był okres, kiedy w domu rodzinnym używano na co dzień niemieckiej mowy. Ojciec, chodzący w ruskiej czapie i w łapciach, musiał na cześć brata przypomnieć sobie stare słowa, których jego ślubna baba nie znała. Wtedy właśnie Cecylia jadła tort upieczony białymi rączkami Drezdenki i nauczyła się na stole jadalnym stawiać Maiglöckchen. Natychmiast po odjeździe gości zarzucono zagraniczne obyczaje. Ale teraz, w dniu sławy Piotra, dusza Cecylii była głęboko poruszona, i wypłynęło na wierzch tkliwe, niepowszednie wspomnienie. Okazało się ono złą usługą. Piotr chwycił konwalie i odrzucił daleko pod piec.
— Ty! Augusta! Żeb mnie więcej nigdy głupstw na stole nie bywało.
Pchnął krzesło, bez żadnego słowa odszedł, a wieczorem kazał sobie posłać na ceratowej kanapie w kancelarii. Tak pusto i srogo zakończył się ten dzień, który Cecylia pragnęła w pamięci utrwalić jako wybrany z tysiąca.
Drugi raz Cecylia została przez męża nazwana Augustą po odpuście w Klerohach.
Udała się tam parę mil piechotą w towarzystwie Kaziuka i licznych znajomych. Chodziło o dziękczynienie za cud. Kazio, karmiony potrawką cielęcą, połknął kostkę i został, siniejący już, z oczami w słup, ofiarowany cudownemu obrazowi Chrystusa Pana w Klerohach. Jakoż niebawem kostka opuściła w ataku straszliwego kaszlu organizm sześcioletniego dziecka. Nazajutrz po święcie Przemienienia Pańskiego, dobrze z południa, w upalny sierpień, wróciła pątnica do domu wraz z synem. Chłopiec, ledwie żywy ze zmęczenia, położył się od razu na podłodze w kuchni. Cecylię, przez cały czas pielgrzymki wesołą, czynną, także wtedy moc opuściła. W obecności osłupiałej Reginy i wylękłej sługi pozwoliła sobie kucnąć koło Kazia, pocałować go w rękę i zapłakać. Na tę właśnie chwilę Piotr stanął w progu.
— Co to? — rzucił się do małego — chory? Co jemu? — Wtenczas oboje, matka i syn, roześmieli się. Cecylia krzyknęła:
— Jaki chory?! Jak rybka zdrowieńki!
Krzysztofowicz obrócił się w stronę żony. Blady, patrzył na nią uważnie i bez przychylności.
— Tak czegóż płakała?
Wzruszyła ramionami, nie ruszając się z miejsca. Siedziała na podłodze, wielka, nieforemna, istna bryła surowego ciasta, przyrzucona szmatami; pot ściekał jej po twarzy, kosmyki włosów oblepiały czoło, czuć ją było mlekiem czy drożdżami, jak zawsze w ciąży. Policzki, targane raz śmiechem, raz płaczem krzywiły się bez sensu.
— Nu, a śmiejesz się czego?
Podszedł tak blisko, że kolanami dotykał jej ust.
— Nia wiedajesz? — przemówił raptem po białorusku. — Tak tedy htoż wiedać budzie? A?
Szarpnął ją za ramię.
— Wstawaj! Wstyd tobie, Augusta, przy ludziach podłogi suknią drogą wycierać. Wstyd! Wstyd! Grafinią być zachciała...
Trząsł nią, aż kolebało się obfite łono i czepiec opadł z głowy. Stanęła na nogi. Kazio także zerwał się przerażony, jednak ojciec nie puszczał matki, pchał ją gdzieś w kierunku drzwi i niemal bódł czołem rozbiegane oczy. Zaczęła się skarżyć:
— Piotruś, czegóż ty? Puść, a to boli. Czegóż?...
— Czegóż?... — powtórzył. — Nie wiedaju.
Regina była świadkiem obu upokorzeń bratowej. Zbyt gnuśna, zbyt czuła, sama nie umiała jeszcze zadawać bólu istotom nienawistnym. Cecylię i Reginę stawiano kłótliwym kobietom za wzór. Jednak Regina doznawała ulgi, kiedy na Cecylię lub jej dzieci spadały plagi losu.
W jakiś rok po ożenku Piotra, Regina, która z powodu swego sieroctwa mieszkała z braterstwem, przeżyła wielkie szczęście zakończone bolesnym zdumieniem.
Oto hrabicz Michał z Durny, kiedy ją zobaczył u pani Czuczyńskiej, pulchną, złotorzęsą, „zrobił się dziwny”.
Do pani Czuczyńskiej, wdowy po plenipotencie dóbr durniańskich, zamieszkałej na dożywociu w Bernawczycach, dwór zwykle zjeżdżał po sumie. W Durnie nie gospodarzyła wówczas żadna dziedziczka, tylko porał się sam z majątkiem i dwojgiem dzieci zdziwaczały wdowiec. Więc po kościele można było wracać na obiad albo nie, stosownie do humoru hrabiego.
Zaczynała się wizyta od „kieliszeczka nalewki” w salonie, którą z dygami roznosiły na tacach piegowate — matka i córka — Czuczyńskie. Ale później zwykle stół rozsuwano w jadalni i jaśnie państwo wraz z francuską guwernantką zgadzali się pokosztować bigosu. Jeszcze później, dziekan z wikarym przychodzili na elbika i hrabia z księżmi siadał do kart pod rozczulonym wzrokiem Czuczyńskiej.
Wtedy Mlle Joséphine mogła bezpiecznie ulotnić się do sypialni pani domu na kawę z anyżkowym likierem i na porcję sekretów o alkowach i stodołach durniańskich, podczas gdy hrabianka Marta szła bawić się z Zenią Czuczyńską, a hrabicz przepadał nie wiadomo gdzie.
Hrabianka była „doskonałym towarzystwem”, więc wszystko, co o tych zabawach opowiadała potem matce na ucho skruszona Zenia, obracało się przeciwko niej.
— Onaż sierotka! Niech dokazuje, póki pora, aniołeczek biedny.
Regina starsza, bo szesnastoletnia, miała w dokazywaniu bardzo ważną rolę. Jeżeli nie mogła przyjść z powodu zajęć gospodarskich, posyłano po nią nie raz i nie dwa razy. Ona to, przybrana w ornat z obrusa, musiała dawać hrabiance ślub z Zenią, której węglem domalowywano wąsy i bakenbardy. Ona też, później, w charakterze porucznika gwardii, wskakiwała w spodniach furmana Hawryłki przez okno z ogrodu, żeby Martę wyrwać z objęć małżeńskich Zeni i uprowadzić, tą samą drogą, z łóżka do altany.
Któregoś popołudnia — wczesna to była jesień, jeszcze upalna, ale już trącąca przestałymi liśćmi — Marta szczególnie grymasiła.
— Ach, nie tak, nie tak! — wołała do Reginy. — C'est pas du tout ça. Nie wiadomo, jak ty romansujesz! Jeśli po pańsku, tak szeptajże, ile wlezie, oczy wywracaj, klękajże... „Mon ange!... Oh, ma biche!... Ma fleur céleste", i ręka suń pod sukienka. A jeśli po chłopsku, tak wal się na mnie z butami, a ja tedy trocha zakrzyczę. Ty, Regina, ni ryba, ni rak, potniejesz tylko, a miłości ni, ni.
Reginka już chciała zrzucić z głowy kaszkiet i na znak buntu rozpuścić włosy koloru żyta, kiedy poczuła, że jej plecy opasuje jakieś ramię, czyjeś ciepło ogarnia ją całą i ktoś mówi z cicha:
— Ja pokażę. Ja nauczę, jak trzeba.
Potem coś miękkiego i gorącego przypieczętowało jej usta. Od razu pojęła, że ramię jest nieznajome, smak pocałunku obcy, i że tej nauki nie wolno przyjąć. Udała, że nic nie wie. Z upajającą świadomością grzechu umyślnie zamknęła oczy. Nawet cichot Marty i biadolenia Zeni nie zdołały jej zmusić do uznania prawdy. Zenia wszakże zaczęła szczypać nielegalną parę. Twarde ramię zmiękło i trzeba było otworzyć oczy na świat już przemieniony.
To był oczywiście hrabicz Michał, brat Marty. Od tamtej wrześniowej niedzieli nauka trwała przez długi, piękny miesiąc.
Złota młodzież ogłosiła, że ce brave Michel zrobił się dziwny. Mickiewicza sonetów widać się naczytał, bo opuścił doborową kompanię i po zadworkach supiry do księżyca wypuszcza.
Istotnie, ogród kancelisty w Powiecie ciągnął się aż do rzeki Leśnej, którą księżyc umiał prześlicznie marszczyć w fałdeczki, polerować na srebro i przesycać baśniami.
W chłodne, coraz mocniej zgnilizną pachnące wieczory, Reginka, oszołomiona, pobierała lekcje szczęścia. Siadywali z Michałem na zmurszałej ławeczce w altanie, wokoło nich liście umierały na tysiączne sposoby, jedne jak zwinięte od żaru karteczki, inne jak ćmy w bezwładzie zimowym, niektóre jak sama miłość szepcząca coraz rzadsze przysięgi. Hrabia uczył łagodnie i cierpliwie. Sonetów Mickiewicza bynajmniej nie czytał, a supiry wypuszczał z tej racji, że Reginka była pierwszą w jego karierze dziewczyną ufną. Jego dotychczasowe konkiety — gumienne, dworskie i miasteczkowe — każda miała swoją świadomą lub nieuświadomioną strategię. Wszystkie spodziewały się złego, nie dobrego, i jeśli ulegały, to z desperacją albo z nadzieją na cud. Reginka chłonęła nauki bez żadnej myśli ostrożnej.
— Przysuń się. Nie mów „hrabia Michał”, mów „Michasiu", domu nie opowiadaj, rozpleć warkocz, nie wzdychaj tak głośno, kaftanika tego nie noś, Stokrotko, połóż się, nie drżyj — tak przykazywał nauczyciel i tak postępowała złotorzęsa Reginka.
Rodzinie nie opowiadała, ale ani na chwilę nie wątpiła, że niebawem „Michaś” sam, wziąwszy ją za rękę, wprowadzi do domu, gdzie brat, purpurowy ze szczęścia, uczęstuje gościa, a bratowa wyciągnie z kufra sztukę płótna na sierocą wyprawę. Tymczasem Leśna przestała błyszczeć. Sieczona deszczem ławeczka, po tylu rozkołysach padła w gruzy. Przy tym smażono powidła, solono rydze, Reginka była ciągle potrzebna i w ogród wybiegała okutana; przez tołubczyk trudno było się dobrać do jej śliskiej skóry.
Raz, po dniu szczególnie cierpkim, znowu księżyc wzeszedł nad opustoszałe drzewa. Ale nazbyt jasno i zimno przyświecał. Reginie nos posiniał, pod stopami coś chrupnęło — kałuża, powleczona lodową koronką. Hrabicz miał rękawice podbite futrem i łaskotał nimi twarz Reginy. Broniła się. Raptem jedną ręką, odzianą, chwycił jej obie dłonie, a drugą, nagą, uderzył w policzek. Łzy zasłoniły jej wzrok, jednak z uśmiechem spojrzała na nauczyciela:
— Za co?
Zaśmiał się.
— Za nic, Stokrótko.
Przyglądał się jej spod oka, poświstując.
— Regina... Ot, i Regina — powiedział. — A wiesz ty, rabo moja, co twoje imię znaczy? Ono znaczy: królowa.
Teraz śmiał się długo i tak złośliwie, że ziąb przeniknął do jej serca. Wstała i skierowała się ku domowi. Widocznie jednak nie chciał, czy nie mógł jej jeszcze porzucić, bo wstał także. I tak jakoś oboje weszli w dom Piotra.
Braterstwo właśnie odsiadywali kolację, on przy garnuszku polewki, ona z pończochą na grzybku. Regina obejrzała się, czy hrabicz aby wszedł na pewno. Zobaczyła, jak stawiał nogę na skrobaczce u drzwi, i serce w niej rozgorzało nie mniej niż uderzony policzek. Śmiało pisnęła;
— Bracie! Niech brat pozwoli!... Hrabicz Michał przyszedłszy.
Przymknęła oczy w oczekiwaniu na błogi los kobiecy zaprzedany mężowi. I, po raz drugi w życiu, podniósłszy powieki zastała świat odmienionym. Twarz brata, zazwyczaj senna, była skurczona wściekłością, zęby onażone jak u psa, który zaraz ugryzie. Bratowa w popłochu wycofywała do kuchni kosz z bielizną.
— Won — wrzasnął kancelista. — Won z poczciwego domu, paniczyk bezecny! Do siostry mojej przyczepił się, hrabskie nasienie? Żeb mnie tu noga twoja nie postała! A nie — tak psami wyszczuję.
Regina zakwiliła podobnie do ugodzonego zająca.
— Co ty, co ty, bracie drogi? Zmiłuj się!
Pisarz nie myślał o zmiłowaniu. Płynnie podbiegł do siostry i jak gdyby skuszony potrzebą jakiejś haniebnej symetrii uderzył ją w ten policzek, który jeszcze był blady.
— Ot, tobie amory — objaśnił. — A bękarta wyrzucę.
Że po tym wszystkim czas się odwrócił dla Reginy do góry dnem i że to dno, czarna kopuła, nie miało na sobie żadnej gwiazdy, rzecz jest zrozumiała. Ale czyn braterski, tak bardzo zuchwały, został niepojęty na całą resztę życia.
Bękart się nie zjawił. Nie pojawiła się także zemsta. Michał wolał schować obelgę do kieszeni, niż dać sprawie rozgłos. Tak oto i zło, i dobro pierzchło z egzystencji Reginy. Owszem, dziecko nawiedziło wkrótce domek nad Leśną, ale był to Kaziuk, syn Cecylii i okrutnego brata.
Regina powzięła do malca uczucie złożone ze sprzecznych namiętności. Obserwując pęcznienie żywota bratowej, podejrzliwie spozierała na swój panieński brzuszek. Kiedy Kaziuk po raz pierwszy wrzasnął na tym świecie, Regina krzątając się koło Cecylii, chwyciła się za łono, po czym przycisnęła dłonie do uszu. Krzyk niemowlęcia szarpał jej wnętrzności grozą i rozkoszą. I zawsze już później, patrząc na Kaziuka czy słuchając jego głosu, rozdarta bywała między chęć przyswojenia sobie istoty, która raczej jej się od Boga należała, i żądzą starcia w proch bratowego dziedzica.
Mały Kaziuk lubił wszystkie smaki, kwaśne i słodkie. A nawet jeżeli mu się trafiła gorzka jagoda, nie wypluwał, bo po gorzkim słodkie jeszcze lepiej smakuje. Gdzie gąszcz był zbity, pełzał rankiem po ogrodzie od krzaka do krzaka i obskubywał raz porzeczki, raz maliny. Gdy robiło się gorąco, siadał i patykiem grzebał w ziemi. Często udawało mu się wygrzebać glistę albo zagrodzić drogę mrówce czy jakiemuś żukowi, zdążającemu nie wiadomo dokąd i po co. Malusieńka żywioła borykała się z patykiem sprytnie i żarliwie, o co bynajmniej nie czuł żalu. Jedynie czego nie mógł darować, to bezwładu. Czasami żuczek czy mrówka, przygniecione, traciły prężność, odmawiały gry. Wtedy zachęcał je szturchaniem i prosił:
— Nuże, nu! Uciekaj! Kąsaj! A nie, tak schowaj się, jaż ciebie i szukać nie będę...
Jeżeli mimo to nie dawały nadziei, że gdzieś kiedyś wyjdą znowu spod jakiegoś listka, wpadał w złość, miażdżył sabotażystów, a nieraz dostawało się także rumiankom i lebiodom, bo stały obok, nie próbują nic poradzić na upór zmarłych.
Zdarzało się, że w takich chwilach płaksiwy głos kobiecy zaczynał wołać od strony domu:
— Kaziuk, Kaziuk, gdzie ty? Odezwij się, a to mama prosi.
Rzucał patyk i drętwiał. To, przed czym uciekł do ogrodu, sunęło znowu za nim. Przybierał czym prędzej postać takiego samego niezguły, jak przetrącony robak. Zatajał dech, nie odpowiadał na żadne zaklęcia.
Ciotka Regina chrzęściła gałęziami i wreszcie odnajdywała chłopca.
— Isz, ty! Gadzina... — wzdychała opuszczając ręce. — U mnie dusza mało nie wyskoczy, a on maliny przed śniadaniem źre.
W domu czekały tortury. Przed komodą stał już stołeczek, a na niej miseczka porcelanowa z wodą. Zawijano do środka kołnierz od kurtki Kaziuka i uchylano na piersiach koszuli. Tak obnażony musiał wstępować na swój szafot — na stołek przed komodą. Ciotka chwytała ręcznik i mydło, on kopał, pluł mydlinami; na pewno potop nie większy gniew budził u postaci biblijnych niż u Kaziuka ten półkwaterek mydlanej deszczówki. Tymczasem usta Reginy, tak często drżące z lęku przed bratem czy z zazdrości o bratową, robiły się wąskie i twarde. Ogarniała wściekłe ciałko, dławiła jego opór piersiami i nogami. Kiedy, ocaliwszy z zalewu uszy, stawał znów na podłodze, ciotka miewała oczy zasnute bielmem. Pokora? Triumf? W bernawczyckim domku nie było osób biegłych w odcyfrowywaniu skrytych namiętności.
Ojca zazwyczaj już się w stołowym nie zastawało; wychodził do Powiatu, nie doczekawszy końca krzyków i ablucji. Za to matka w brudnawym kaftanie, luźno puszczonym na fałdzistą spódnicę, w czepku, a nieraz w chusteczce, przytrzymującej na czole plaster cytryny od bólu głowy, siedziała przy zastawionym stole. Skoro zza drzwi sypialni wyłaniał się Kaziuk, otwierała ramiona. Nawet jeżeli Regina oskarżała bratańca o ugryzienie jej w palec, matka milczała nie wypuszczając syna z uścisku. To on po chwili już znowu się szarpał, to on się wyrywał, aby wreszcie spocząć z dala od wszelkich objęć, bądź wrogich, bądź serdecznych.
Czasami, gdy wieczorem nad miarę wojował z Reginą, chwytała go za rękę i ciągnęła w stronę kancelarii. Nigdy wtenczas nie przerywał stanu niegrzeczności, ale dawał się wlec bez oporu.
— Nu, tak poczekajźe! Niech ciebie tatko nauczy.
Krzysztofowicz, z fajką w zębach, siadywał przed kantorkiem pełnym szuflad o tajemniczej zawartości. Regina zawodziła:
— Proszenż ja Piotra skarcić Kaziuka. Zachciało się jemu żaby w słoiku hodować, a ot modlitewka, co ja jego nauczyłam, za nic on nie chce na Anioł Pański zmówić.
Piotr chrząkał i odsuwał się od kantorka. We wzroku, którym obejmował syna, dałoby się uchwycić odrobinę zdziwienia, odrobinę nudy i sporo obawy, poza tym mógł się w nim taić równie dobrze gniew, jak pełna obojętność.
I Regina, i Kaziuk mieli nadzieję na gniew.
Niebacznie prowokowany ten gniew ojcowski wybuchł znacznie później i przy nikłej okazji. Oto Olutek-Kiełbaszka, zwany tak, bo nade wszystko uwielbiał kiełbasę, preceptor asesorskich dzieci, przyszedł pewnej niedzieli pod koniec kanikuły odwiedzić pupilów. Frania, jak zwykle, uwiązała sobie wnet różową kokardę, Regina zadzwoniła kluczami, a Cecylia schowała się do sypialnego. Wkrótce całe młode grono zasiadło na ganku wkoło butli z kwasem chlebowym. Olutek wyciągnął z kieszeni brudne karty i poszła gra w halb zwölf. Frania z początku krzyczała, że chce grać na orzechy, jednak kiedy szczęście jej posłużyło, znikła w loszku i wyłoniła się z powrotem z zardzewiałą blaszanką pełną ciężkich miedziaków. Nastrój zrobił się zgryźliwy, kiedy fortuna odwróciła się od właścicielki skarbu, a miedziaki poczuły magnetyczny pociąg do Olutka-Kiełbaszki.
Wtem od strony ogrodu zjawił się asesor. Szedł ze spuszczoną głową i dopiero na schodkach ganku zadziwił się i drgnął. Olutek szastnął nogami, Regina westchnęła... Piotr uporczywie patrzył na stos miedziaków i na pustą blaszankę.
— Cóż ono za nowość. Od kiedyż to wy tak?
Kaziuk podskoczył z ławki.
— Ono wcale u nas nie nowość, proszę tatki. Nas pan Olutek jeszcze w zimie wyuczył, my ksiendza dziekana zausim ograliby...
— Pieniądze czyje? — mruknął Krzysztofowicz.
— Oni moje byli — rozżaliła się Frania — a to pan Olutek ich wymaniwszy był.
Tej nieścisłości Regina nie mogła znieść. Cała w pąsach szepnęła:
— Nie wymaniwszy, a wygrawszy, powiedz.
Asesor zbladł. Decyzje rodziły się w nim jak ataki choroby. Dopiero co łagodny, rąbnął pięścią w stół i zaryczał:
— Dosyć! Nie potrzeba mnie profesorów takich! W karty pieniądze tracić wyuczył? A? W dzień święty oszukiwać durniów nie powstydził się? A? Dosyć! Dosyć!
Olutek znikł jak kamfora. Tegoż dnia zostało postanowione, że od jesieni Regina z dziećmi zamieszka w Brześciu, gdzie Kaziuk i Frania będą uczęszczali do szkół powiatowych.
W domu niejakiego Wrońskiego wynajęto dwa pokoje i we wrześniu nastąpiły przenosiny. Za domem był sad, gdzie Kaziuk poznał bezkarność spożywania zakazanego owocu. Pan Wroński spokojnie obserwował zza firanki, jak młody lokator obrywa gruszki. Dopiero kiedy złodziejaszek zeskakiwał z drzewa, znajdował się w obliczu brodatego starca, który spozierał nań z litością.
— Sł'ej, sł'ej, ty bełwanie, co z ciebie będzie? — zapytywał starzec.
Początek nauki zrazu zupełnie pochłonął małoletniego Kaziuka. Zajmowały go sposoby oprawiania kajetów, rytuał powitań między klasą a pedagogiem, pienia religijne na początku i końcu dnia szkolnego, nade wszystko zaś ściągi, podpowiadania, ukryty nurt ironii, grube słowa, handel markami, gra sprzymierzeń i zdrady. Niejednego guza oberwał od siłaczy klasowych, niejeden też chuchrak szczypał go pod ławką, wpatrując się anielskim wzrokiem w pedagoga. Do ostrych starć nigdy jednak nie dochodziło. Wbrew najszczerszej chęci Kaziuka, w groźnej chwili coś mu zawsze dyktowało słowa i ruchy, które zażegnywały katastrofę.
Kapelan Lwigórski lubił o sobie mawiać, że jest majstrowały. Na lekcji religii rzadko roztrząsano prawdy wiary, za to, jeżeli ktoś okazał zepsuty zegarek, ksiądz brał się raźno do naprawy. Rozkładał na stoliczku kółeczka i śrubki, chłopcy opuszczali ławki. Niebawem wkoło amatorskiego warsztatu skupiał się tłum majsterków; inni siadali gromadkami na podłodze, grali w orła i resztkę, wkuwali historię albo bili się. W wypadku zbyt potężnych hałasów ksiądz porywał się od pracy i chustką powiązaną w supły grzmocił walczących po głowach.
Osobny dział majstrowania stanowiły szopka i Grób Chrystusa Pana. Przy tym zajęciu zainteresowanie było powszechniejsze, często nawet uczniowie z innych klas, w charakterze perukarzy albo krawców, bywali wzywani, a sam pan prefekt — dyrektor — dostarczał swoje stare kamizelki na dalmatyki królewskie, batystowe zaś pantalony pani prefektowej na anielskie szaty. Rzecz dziwna: w miarę jak przybywało kłopotów, a to z równowagą żłobka, a to z krzywizną posochów pasterskich, a to z gołębim Duchem Świętym, mającym przyświecać Grobowi, serca wypełnione wrodzoną namiętnością do żarcia, do bijatyki, do kobiecych łydek, szlachetniały. Kiedy raz Milo Dubowski, starszy już kawaler, oblekając święte niemowlę w koszulkę, upuścił je na ziemię, nie tylko kapelan jęknął, wszyscy runęli na złoczyńcę z zaciśniętymi pięściami, a przecież ani jeden cios nie został wymierzony, bo Milo, z oczyma pełnymi łez, sam ukląkł i całował Jezuska.
Kaziuk wiedział, które postępki radują kapelana, a które starszyznę klasową. Wydarzeń takich, jak owo z upuszczonym Jezuskiem, kiedy i ksiądz, i uczniowie czuli jednakowo, bywało niewiele. Najwięcej trzeba było wybierać między chaberkowym spojrzeniem „Lwigóry" a tłustym rechotem Mila. Otóż tu Kaziuk poznawał swoje nieszczęście: wyboru nigdy nie mógł raz na zawsze dokonać. Skoro tylko Dubowszczak odciągnął go w kąt, aby pokazać nieprzyzwoitą rycinę, albo ziać w twarz machorą, malec dałby się za Mila posiekać. Kiedy jednak kapelan podczas spowiedzi świętej przestrzegał przed Milem, obrzydzając grzech nieczystości, Kaziuk zaraz wyrzekał się kamrata.
W drugim roku nauki rozgniewał bardzo nauczyciela geografii. Był to człowiek młody, bardzo nerwowy. Słysząc szepty, idące śladem „wyrwanego do mapy", widząc osłupiałe oczy ucznia utkwione w ustach podpowiadaczy, dostawał histerii. Kaziuk uczyniłby wszystko dla uspokojenia pulsujących mięśni w twarzy geografa. Ale i protegowanie głuptasów pociągało go bardzo. Kiedy więc pewnej pamiętnej soboty Wincuś Gorolko załamał się na Himalajach, asesorczuk zwinąwszy kajet w trąbkę, zaczął zza pleców sąsiada czym prędzej trąbić utrapione nazwy. Gaurizankaru już nie zdążył. Nauczyciel chwycił go za kark... Przerażając błyskiem króliczych zębów, wypchnął za drzwi, powlókł do salki rekreacyjnej i tam grzmotnął nim o podłogę. Odszedł, zanosząc się jak. w kokluszu.
Narastała okropna cisza. Kaziukowi jeszcze ciągle, a nawet coraz bardziej, było żal geografa. Ale i Wincusia także było mu szkoda. Czuł skruchę i szczerze pożądał rózeg woźnego Krassoty. Nagle zmartwiał. Była sobota. Właśnie ten dzień, kiedy pan prefekt w sali rekreacyjnej odczytywał wszystkim klasom tygodniowe noty i komu należało, kazał sprawiać suchą łaźnię. W oddali rozległy się kroki... Kaziuk zamknął oczy i zasłonił uszy; bronić się nie zamierzał, pragnął tylko, aby ta cała potworność — publiczne ściąganie portek, piekący ból, rozwiana broda Krassoty — nadciągnęła i minęła prędzej. Tymczasem kroki zatrzymały się koło jego głowy.
— Ty, kochaneczku, kto będziesz? — zapytał głos prefekta. — Podnieśże łepetynę, niech zobaczę, czyją fizys swawola szpetotą naznaczyła.
Pulchna ręka uchwyciła podbródek Kaziuka.
—Tek... tek... Ot, i nieładnie. Takiej zacnej familii odrostek do stanu pożałowania godnego własną swawolą doprowadzony. Bożeczka mój, jakiż to crimen na sumieniu twoim, Krzysztofowicz?
I oto Kaziuk, żałując zarówno geografa, jak Gorolki, już nie wie, który grzech ważniejszy: podpowiadanie czy nieczułość dla kolegi — i umywa ręce.
— Panie prefekcie, jak Bog kom, jaż nic złego nie chciał. Ja tylko tak sobie lekcja przepowiadał, a pan Bielewicz raptem rozchorowawszy się. Aj, aj, jak u niego oczy wyłupili się! Ja mało ze strachu nie umarł.
